Powrót
   

      TASMANIA 2002

Czas: 25 grudnia 2002 - 2 stycznia 2003

Miejsce: Sydney - Launceston - Strahan - Gordon Dam - Hobart - Port Arthur –

              Bicheno - Launceston - Sydney

Osoby: Ola Bąk (27, Złotoryja), Marcin Wysocki (29, Głogów), Teresa "Terka"

           Dąbrowska (27, Wieruszów), Iwona "Siwa" Tyc (26, Złotoryja), Dawid

           "Profi" Droń (27, Złotoryja)

Cel: Połazić po górach, zobaczyć pingwiny i diabły tasmańskie, obejrzeć tamę na

       rzece Gordon

Koszt: $AUD 1,100/os.

 

Dzień 1 - środa - 25 grudnia 2002

              ŚWIĘTA POZA DOMEM

Po obfitym obiedzie przygotowanym przez Simi i Dorotkę, wyszedłem z dość sporym plecakiem na przystanek. Po drodze spotkałem Majorową. Na przystanku wkrótce pojawili się wszyscy oprócz Oli ale za to był Stiopa. Kierowca nie miał wydać ale jakoś uzbieraliśmy na mój bilet i dojechaliśmy na lotnisko. Za chwilę przyjechała Żmija z Karoliną i Olą i bagaże. Złożyliśmy sobie życzenia i poszliśmy się odprawiać. Od samego początku Ola zaczęła mnie zaczepiać. ~ Gdyby nie mój urok osobisty to miałbyś problem odebrać bilet na tę swoją legitymację studencką. Później jeszcze trochę czekaliśmy, a Terka tradycyjnie musiała gdzieś dzwonić.

W samolocie sporo wolnych miejsc. Ja usiadłem z Olą i Marcinem, a Terka z Siwą całkiem gdzie indziej. Lot krótki, ładne widoki niczym z Antarktydy nad chmurami. Jednak nad samą wyspą chmur już nie było. Kiedy wyszliśmy na płytę w Launceston powiało chłodem. Pies obwąchiwał torby a Ola już panikowała bo miała ciasto. Jednak okazało się, że zabronione są owoce. Ciasto przeszło.

Następna rzecz to samochód. Miał być ford falcon ale dostaliśmy hyundaia sonatę. Bagaże ciężko było zmieścić i nawet zagadałem jakichś gości co się na nas gapili jak upychaliśmy torby żeby się zamienili na auta ale nie chcieli. Było już ciemno i ruszyliśmy w kierunku miasta.

Launceston – (http://www.launceston.tas.gov.au/) - ma ok. 90,000 mieszkańców i jest oddalony od lotniska o 15km. Jest to trzecie najstarsze miasto Australii (po Hobart i Sydney) i jest położone w środkowo-północnej części wyspy. Główną atrakcją miasta jest Cataract Gorge czyli wąwóz wyżłobiony przez rzekę w skale. Launceston jest wiodącym ośrodkiem naukowym, kulturalnym i przemysłowym na Tasmanii.

Ja siadłem z przodu i od razu Siwa miała problem. To samo co zwykle - muzyka. Samochód mógłby nie mieć kół i kierownicy ale musi mieć radio i CD. Aby nie było kontrowersji ustaliliśmy, że ta osoba która siedzi z przodu ma prawo wyboru muzyki i pozostali nie mają nic do gadania. Skorzystałem z tego przywileju i puściłem "badziewiaste i nudne" Free z płyty Fire & Water.

Marcin miał jakąś ulotkę na której był adres jakiegoś motelu i tam najpierw się udaliśmy. Jednak źle pojechaliśmy i jechaliśmy z drugiej strony rzeki. Trzeba się było wracać. Kiedy wjechaliśmy na właściwą drogę, zaskoczyła nas odległość bo ujechaliśmy dobre 10km zanim znaleźliśmy to miejsce. Zamknięte na 4 spusty kiedy tam poszedłem z Marcinem. Ale na podwórku spotkaliśmy właścicielkę. Niestety wszystko dawno zabukowane. Nie poradziła nam też gdzie jechać. Trzeba było szukać od nowa. Godzina była już późna.

Marcin zajechał na stację benzynową i wysłał mnie na zwiady. Facet okazał się dość miły i kompetentny. Długo pokazywał mi mapę, rysował swoją. Stanęło na tym, że miałem dwa adresy backpackersów i adres bottle shopu o którego dopominała się Siwa. Dodatkowo kupiłem dwie butelki wody mineralnej dla dziewczyn i w drogę.

Bottle shop nieczynny a backpackers jak najbardziej tak. Kiedy weszliśmy z Marcinem do środka uderzyła nas woń wódki, puste butelki po wódce, roześmiane towarzystwo na schodach i zamknięty office. Zaczęliśmy się przyglądać cenom i nagle zagadnęła nas dość ładna dziewczyna. Okazała się być właścicielką czy manadżerką. Prawdę mówiąc ledwo stała i nieźle jechało od niej wódą. Miejsca są po $18 od głowy. Kiedy Marcin poszedł się konsultować z dziewczynami, ja próbowałem ją zagadnąć o Tasmanii ale grzecznie odpowiedziała, że może jutro bo dziś jest... zmęczona. Kiedy Marcin wrócił zapłaciliśmy za 4 osoby. Czyli wyszło po $15. Było to nasze pierwsze oszukaństwo i nie ostatnie.

Ola pobiegła szybko do pokoju i czekała aż my poznosimy bagaże. Sądziłem, że dziewczyny będą chciały mieszkać razem i dlatego zaniosłem swoje graty do Oli i Marcina jednak Terka kategorycznie odmówiła nocowania z Siwą i zażądała pokoju z Olą i Marcinem. Grzecznie więc przeniosłem rzeczy do drugiego obok.

Nie było całkiem późno więc zacząłem z Marcinem przeglądać przewodniki i wpadliśmy na pomysł aby jeszcze dziś zobaczyć ten słynny wąwóz bo podobno miał być ładnie oświetlony. Dziewczyny trochę się zawahały ale zgodziły się na spacer. Trzeba było się jakoś wymknąć.

Na schodach nadal impreza i dziewczyny mnie zaczepiły i trochę z nimi musiałem pogadać. Ale już wszyscy nieźle mieli w czubach więc szybko dołączyłem do reszty grupy. Na miejscu było pusto. Przed wejściem do wąwozu biegał sobie kangur, potem posum. Przeszliśmy alejką ale w sumie kiepsko było widać. Doszliśmy do wiszącego mostu i z powrotem. Słabo widać.

Cataract Gorge to zaledwie 5km odcinek na rzece Esk, kończący się na tamie hydroelektrycznej. Szczyci się najdłuższym na świecie jednoprzęsłowym wyciągiem krzesełkowym. Obecnie ze względu na elektrownię i tamę, poziom wody drastycznie został obniżony. Atrakcja zoologiczną są pawie i posumy często spotykane w tym rejonie.

Po powrocie kolejna narada nad całokształtem wycieczki. Sprawa się skomplikowała jeśli chodzi o trasę jutrzejszego dnia. Na pewno wąwóz za dnia ale potem którędy? Marcin optował za pominięciem wybrzeża północnego i rzeczy typu the Nut, Siwa natomiast jak najbardziej była za tym aby okroić to słynne łażenie po górach. Oś konfliktu więc była Marcin - Siwa. Jednak to Terka spowodowała wzrost temperatury rozmowy, zresztą nieświadomie. Szlak o którym Marcin myślał, miał w instrukcji podane od 4h do 8h. Terka wystrzeliła, że dla nas trzeba liczyć 4h a Siwa, jak to Siwa wzięła to na poważnie i oświadczyła, że nie będzie biegać z jęzorem po górach na wyścigi. Kiedy Marcin to usłyszał wkurzył się, trzasnął drzwiami i nas zostawił. Sprawa nie została więc załatwiona.

Po tym wszystkim poszliśmy spać, a Siwa przypomniała mi, że ja mam jej przypominać o pigułce hormonalnej na cerę. Zostawiła opakowanie w centralnym miejscu z czego później Terka robiła sobie jaja, że niby to był znak dla mnie, że Siwa jest zabezpieczona. Chrapanie Siwej jakoś zniosłem i wcale nie narzekałem na nią.

Dzień 2 - czwartek - 26 grudnia 2002

     NA DWORZE U KRÓLA SALOMONA

Budzik Siwej dzwonił o 7.00 ale ja do 8.00 się nie podniosłem. Wtedy wparowała Terka z kamerą. Marcin wcześniej był w sklepie. Śniadanko przygotowane. Trzeba tylko umiejętnie się wymknąć żeby nikt nie poznał, że 5 osób. Udało się to bez problemu. Skierowaliśmy się znowu do wąwozu. Przeszliśmy go dookoła, pooglądaliśmy pawie pasące się na łączkach i wróciliśmy.

Fot.1. Cataract Gorge.

Z miasta wyjeżdżało się przyjemnie bo ładna autostrada. Samochód zapakowany na maxa bo wcześniej zrobiliśmy zakupy w Colesie bo przed nami dzicz i brak sklepów, a jeść przecież trzeba. W drodze do jaskiń - bo tam się kierowaliśmy - zatrzymaliśmy się w Deloraine po informacje. Babka z dziadkiem trochę czarowali ale nabraliśmy jakichś ulotek i byliśmy gotowi na wyprawę do jaskiń. Trzeba się było spieszyć ale ważniejsza okazała się rytualna część - jak się okazało - każdego dnia, a mianowicie kawa. Poszliśmy więc do kawiarenki. Ale kiszka straszna. Nie dość, że szklanki brudne to jeszcze czekaliśmy na nią pół godziny, przynieśli o jedną za dużo (którą ja musiałem wypić) a wcześniej Marcin zaliczył opierdziel, że trzymał nogę na krześle. Zebraliśmy się stamtąd szybko.

Kierowaliśmy się do jednego z wielu parków. Dziś do Parku Narodowego Mole Creek (http://www.parks.tas.gov.au/natparks/molecreek/highlights.html), w którym główną atrakcją miało być zwiedzenie King Salomon's Cave, czyli jaskini króla Salomona. To jedna z wielu jaskiń w tych rejonach. Oczywiście bardzo stara i można w niej zobaczyć oprócz różnorakich form geologicznych, również przedziwne żyjątka, które w jakiś niesamowity sposób zaadoptowały się do takich warunków.

Marcin cisnął mocno żeby zdążyć na tour po jaskini. Pobiegłem kupić bilety ale okazało się, że Olka nie chce iść z jakiegoś tam jej powodu. Trudno. Przewodnikiem był młody chłopak, który fajnie opowiadał. Byliśmy tam 45 minut. Spoko widać wszystko bo ładnie oświetlone, miły komentarz. W środku temperatura 9 stopni ale da się wytrzymać. Piękne stalaktyty i inne formy. Wyszliśmy zadowoleni.

Stamtąd już tylko jazda do Mt Cradle. Bardzo kręta droga, robi się upalnie ale ruch zerowy. Wkoło pustkowia. Podczas jednego postoju znaleźliśmy kolczatkę. Mordowała się z mrowiskiem i mrówkami olbrzymami. Tasmańskie mrówki znane jako Jack Jumper Ants to najniebezpieczniejsze mrówki na świecie. Ich jad może nawet być śmiertelny dla człowieka.

My ruszyliśmy dalej w drogę. Kiedy dojeżdżaliśmy do, mniej więcej, celu dzisiejszego dnia, zaczęliśmy się rozglądać za noclegiem. Wjechaliśmy pod drzwi jakiegoś moteliku. Poszedłem z Siwą. W środku wypas ale gościa nie ma. Przyszedł jak zadzwoniłem dzwonkiem. Wpierniczał lunch. Niepotrzebnie się spieszył bo jak powiedział cenę to już sobie odpuściliśmy. $170 za dwójkę. Dziękujemy panu.

Pojechaliśmy kawałek dalej a tam backpackers za $22. Obsługujący to Szkot. Zaraz zaczęliśmy gadać o piłce nożnej. Marcin przyniósł "klasowe pieniądze" i znów zapłaciliśmy za 4 osoby. Domek na końcu drogi, spory kawałek. Ale nie pojechaliśmy tam od razu bo jeszcze chcieliśmy coś zjeść i pójść na spacer.

Po drugiej stronie drogi była restauracja ze ślamazarnymi kelnerkami. Nie serwowali obiadów tylko lunch więc musieliśmy się zadowolić hamburgerami. Po jedzeniu zostało nam tylko podjechać do parku i pójść sobie na spacer. Nazwa tego parku to Cradle Mountain-Lake St Clair National Park. Kiedy wjechaliśmy do parku, pierwsze kroki skierowałem z Marcinem do recepcji aby kupić przepustkę. Długo dyskutowałem z panią, jaki rodzaj wybrać i zdecydowaliśmy z Marcinem, że te za $33 z wstępem do wszystkich parków w Tasmanii dla wszystkich osób do końca naszego pobytu.

Zabezpieczeni na wypadek kontroli pojechaliśmy szutrową drogą nad jezioro Dove bardzo często prezentowane na widokówkach z Tasmanii. Nad nim rozpościerał się szczyt Mt Cradle, na który mieliśmy się wdrapać jutro.

No ale dziś tylko mała rundka naokoło jeziora po szlaku przeznaczonym dla starych dziadków. Spacer zajął nam 2 godziny. Przez cały czas Siwa zastanawiała się jak to możliwe stanąć na szczycie góry, bo wydawała jej się za cienka.

Po spacerze wróciliśmy do jedynej restauracji, czyli tej samej co lunch i ujrzeliśmy wszystko zajęte. Udało się nam jednak wcisnąć ale czekanie nas wykańczało. Ponad godzinę, w dodatku nie chcieliśmy frytek tylko puree, ale "dziś się właśnie skończyło" i niestety musieliśmy się zadowolić pizzą i pastą. Choć po jedzeniu nikt nie narzekał bo było dość dobre.

Przy wjeździe do naszego backpackersa, pasł się wombat i trochę go sobie pooglądaliśmy. Wreszcie dotarliśmy do naszego pokoju. Cztery łóżka piętrowe ze skaju ale nie najgorzej. Szybka kąpiel i wszyscy do łóżek. Ja wylądowałem na gałęzi. Dość ciepło i coś w nocy gryzło, było trochę duszno ale generalnie spokojna noc.

Dzień 2: Launceston – Mt Cradle 170km

 

Dzień 3 - piątek - 27 grudnia 2002

                   ATAK NA SZCZYT

Wstałem jako ostatni. Śniadanko obok w kuchni już gotowe. Zaczęło się zamieszanie z przygotowaniem do wyjścia w góry. Pozabieraliśmy jak się okazało dużo zbędnych rzeczy, w tym kurtki przeciwdeszczowe. Rewelacją były stroje naszych dziewczyn. Siwa wyglądała niczym dziewczę z Jarocina: dżinsy podwinięte z grubym pasem z klamrą, koszulka na ramiączkach czarna, podciągnięta pod biust i do tego obowiązkowe czarne glany. Ale to nic w porównaniu z Olą, która założyła ubranie jakby jechała na wykopki do babci: rozciągnięte dresy, bluzeczka w kolorowe paseczki niczym z dyskoteki z lat 70 i na to koszulka czarna założona na lewą stronę. Uroku dodawały jej złamane okulary, które nazwaliśmy Gucci. Paradowała w nich przez prawie całą wycieczkę. Zrobiliśmy jeszcze drobne zakupy w backpackersie i pojechaliśmy w to samo miejsce co wczoraj, nad jeziorko.

Fot.2. Jezioro Dove i w tle szczyt Mt Cradle.

Wymarsz nastąpił o 9.15. Wg map, trasa miała mieć maximum 8h. Szybko okazało się, że będziemy mieli bezchmurne niebo i w związku z tym niemiłosierny upał. Trochę się posmarowaliśmy ale nie wszędzie jak później się miałem przekonać. Szło się nam przyjemnie, tempo wolniutkie, skałki i górki łatwiutkie więc marsz był przyjemny. Co chwilę mieliśmy jakieś przystanki, ja byłem odpowiedzialny za kamerę, bo nikt za bardzo nie chciał tego nosić i nawet Teresa pogodziła się z faktem, że nie będzie filmu z trasy. Ale ja tam nie miałem nic przeciwko noszeniu kamery. Tak więc od czasu do czasu były momenty filmowane.

Na mapie wyglądała nasza trasa groźniej niż w rzeczywistości. Dlatego w pewnym miejscu miało nastąpić ewentualne rozdzielenie grupy i część tylko miała atakować szczyt a reszta wrócić szlakiem do auta. Jak się jednak okazało wszyscy byliśmy zdecydowani wejść na Mt Cradle. To tylko 1,525m ale to, co sprawić może problem to skały, po których należy się wspinać.

Rozpoczęliśmy więc wejście na szczyt. Na początku było dość łagodne wejście choć grunt nie był przyjemny, piach i drobne kamienie. Im wyżej tym piachu mniej ale i gwałtownie podniósł się poziom trudności. Zrobiło się bardzo stromo i od pewnego momentu były już tylko ogromne, i mówię, ogromne głazy po których trzeba się było wspinać. Nie było to łatwe i trzeba się było mieć na baczności bo poślizgnięcie lub potknięcie groziło niezłym wypadkiem. Nie było to może męczące, a wręcz przeciwnie, nawet fajnie się wchodziło ale nieźle momentami trzeba się było nagimnastykować żeby wejść.

Szlak wiódł naokoło góry więc musieliśmy ją obejść. Z drugiej strony widać było... śnieg. Niektórzy z wchodzących nie mogli się nadziwić i próbowali go dosięgnąć aby dotknąć, pewnie pierwszy raz w życiu. Co chwilę coś kręciłem i oglądałem sobie piękne widoczki. Na szczyt dotarłem przed Siwą tylko. Na górze już wszyscy pozostali odpoczywali. Znów zrobiłem kilka ujęć.

Zejście nie było łatwiejsze. Ale jednak szybko nam poszło. Upał był straszny a przed nami powrót przez jeszcze jedną górkę. Ostatnie zejście było najgorsze. Bardzo strome i wąskie, po piachu. W końcu wyszliśmy na szlak wokół jeziora i dotarliśmy do parkingu. Całość zajęła nam 6.5h. Było około 16.00, byliśmy głodni, brudni i trochę zmęczeni.

Zobacz video:   http://www.youtube.com/watch?v=A_6tg5IP2Oo

Po krótkiej naradzie ustaliliśmy, że pojedziemy coś zjeść w naszej knajpie i umyć się w naszym backpackersie. Jednak mądrzejsi o doświadczenie z wczoraj, postanowiliśmy najpierw coś zamówić żeby uniknąć czekania godzinę na jedzenie. Pomysł wypalił i obsługa zgodziła się przygotować wszystko na 18.00. My w tym czasie pojechaliśmy się wykąpać.

Odświeżeni przyjechaliśmy na kolację. Tym razem były normalne ziemniaki. Było piwko i w ogóle fajna kolacja znów. Po skończeniu Ola prowadziła do następnego miasta. Chcieliśmy bowiem zbliżyć się jak najbardziej do miasta Strahan, gdzie czekał nas rejs po rzece.

Dotarliśmy więc do Rosebery. Miasteczko, jak każde, bez zasięgu telefonii komórkowej, z kopalnią i kilkoma sklepami. Mieszka tam ledwie ponad 1,000 mieszkańców, a głównym miejscem pracy są nadal czynne kopalnie ołowiu, miedzi i cynku.

Pojechaliśmy do backpackersa ale był full. Dowiedzieliśmy się, że jest jeszcze caravan park za mostem i tam poszliśmy. A tu niezłe rzeczy się działy.

Poszliśmy wszyscy oprócz Terki. Na wejściu do office'u zapytałem babkę czy mają jakieś miejsca dla nas. A ona mówi, że nie. Za chwilę, że tak. To taki niby żart z jej strony miał być. Mało śmieszny. Ola miała teorię, że ja byłem nieuprzejmy zadając pytanie w ten sposób.

Pani przedstawiła nam swoją ofertę. Kiedy zaczęła wymieniać co mamy, ja się pogubiłem przy 3 pozycji i liczyłem, że Ola słucha. Ona jednak już nawet wcześniej odpuściła słuchania i liczyła, że ja słucham. A chodziło o to, że pani miała: kabiny dla chłopców (i tu ceny), dla dziewcząt, dla par, duże, małe, pokoje, przyczepy, bungalowy itd. Zgłupieć można było, bo mówiła to na jednym wdechu. Postanowiliśmy to obejrzeć z nią.

Przyczepy były za małe. Zaczęliśmy więc dyskutować co bierzemy i wtedy nagle wtrąciła się pani z tekstem: "~Chciałam zauważyć, że jeśli macie zamiar mówić w waszym języku to ja sobie pójdę. Jest to bardzo nieuprzejme z waszej strony kiedy mówicie a ja nie rozumiem."


Wywaliliśmy wszyscy gały na nią, że chyba jakaś pojebana. Ja byłem zbyt zszokowany jej tekstem żeby coś powiedzieć więc tylko poszliśmy na stronę i obejrzeliśmy domek. Za chyba $85 całe wyposażenie, dla 6 osób. Postanowiliśmy więc wziąć. Oczywiście dla 4 osób. Podobno potem baba jeszcze raz zwróciła Oli uwagę, że mówimy między sobą po polsku i baba miała duże szczęście, że mówiła to Oli bo bym chyba francę rozerwał gdyby wyskoczyła z takim tekstem do mnie. Widać, że jakaś upierdliwa i nawet trochę się obawialiśmy jakiejś kontroli bo jak sama przyznała lubi sobie z mężem wychodzić na spacer o 6.00 rano.

Wróciliśmy po samochód i na mieście zrobiliśmy lekkie zakupy. W bottle shopie zakupiliśmy po "skurwielu" czyli piwie w butelce o pojemności 0.8l  a potem próbowaliśmy zadzwonić do Świrka bo miał urodziny. Chłopak jednak nie odbierał telefonu i wróciliśmy na camping. Marcin podjechał od drugiej strony.

Rozpakowaliśmy się w środku i zjedliśmy kolacyjkę. Na miejscu był telewizor więc oczywiście dziewczyny musiały znaleźć jakiś serial w którym wiedziały o co chodzi. Trochę pooglądaliśmy materiału nakręconego dzisia,j a potem leżeliśmy na podłodze, pijąc piwko i gadaliśmy o pierdołach. Ja sobie pisałem dziennik a od czasu do czasu ktoś mnie zaczepiał. Np. Olka, w moim dzienniku i moim długopisem, zanotowała wielkimi literami jej ulubione stwierdzenie na mój temat: "durny Dawid". Spanie podzieliliśmy inaczej; Marcin z Olą dostali pokój małżeński, a nasza trójka prycze w drugiej części domku. Terka tradycyjnie na gałęzi.

Dzień 3: Mt Cradle - Rosebery 64km

 

Dzień 4 - sobota - 28 grudnia 2002

                   WODNY DZIEŃ

Usłyszałem budzik Siwej ale dopiero po godzinie obudziłem się. Śniadanie gotowe. Siwa znów stanęła na wysokości zadania i wszystko pięknie przygotowane. Nawet mleczko i płateczki... Po spakowaniu poszedłem zanieść klucz. Nie było nikogo więc wrzuciłem do skrzynki tak jak baba chciała.

Musieliśmy się spieszyć bo rejs miał być o 9.00 rano. Droga kręta i górzysta ale mało samochodów więc Marcin jak zwykle zdążył na czas. Robiło się już bardzo ciepło. Strahan wyglądało na większą mieścinę ale zasięgu Vodafone nie było nadal. Miasto również ma tradycje górnicze ale ze względu na dostęp do morza, pełni wiodącą rolę w tym regionie. Warto zauważyć, że wymowa nazwy tego miasta jest co najmniej dziwna - [stro:n].

Nie było dużo czasu aby załatwić bilety na prom. Weszliśmy więc do pierwszej agencji. Ola jednak odeszła z kwitkiem. Wszystko sprzedane. Zasugerowano żeby pójść do firmy obok. Tak zrobiliśmy i tym razem ja się spytałem pani. Nie dość, że przekręciłem ją na bilety studenckie to dodatkowo rąbnęła się na $50 na naszą korzyść.

Interesował nas rejs po rzece Gordon. Rzeka ta rozpoczyna się w centralnej części wyspy, gdzie zbudowano na niej tamę. Później wije się poprzez niezamieszkałe tereny porośnięte lasami tropikalnymi chłodnego klimatu oraz inne niezwykle rzadkie okazy drzew. Przebija się też przez wąwozy i kaniony. Woda w rzece ma mętny kolor jednak jest zdatna do picia. Podróż mieliśmy rozpocząć w porcie Macquarie i płynąć pod prąd.

Na statek znów pozabieraliśmy trochę niepotrzebnych rzeczy choć ja najmniej. Wziąłem sobie tylko koszulę na wypadek wiatru. Istotnie, trochę wiało ale jednak słońce prażyło też niemiłosiernie. Rozleniwieni pałętaliśmy się po statku, który pływał jak oszalały.

To znaczy wypłynął w morze żeby pokazać nam tzw. Wrota Piekieł - wąskie przejście i latarnię morską, a potem powoli zbliżał się w kierunku rzeki Gordon. Minęliśmy po drodze miejsce hodowli łososi i wreszcie na prawie wyłączonych silnikach powoli wpłynęliśmy w koryto rzeki. Po obu stronach las tropikalny. Woda w rzece bardzo mętna, wręcz czarna. Rejs się strasznie wydłużał. Wreszcie dopłynęliśmy do miejsca gdzie mieliśmy pół godziny na spacer po lesie. Wszyscy wypełzli ze statku i połaziliśmy sobie, oglądając dziwne roślinki.

Powrót statkiem był równie nużący. Marcin usnął na pokładzie, ja później też dołączyłem do niego, ludzie jedli lunch a Ola zaczepiła Niemców bo koniecznie chciała wiedzieć jak jest "drzewo" po niemiecku. Nie wiem absolutnie skąd taki pomysł. W sumie byliśmy zadowoleni z rejsu bo był ciekawy ale jednocześnie za długi. Podobno przepłynęliśmy ponad 50km.

Zobacz video:     http://www.youtube.com/watch?v=drXMG9AL964

Po zejściu na ląd musieliśmy coś zjeść. Zdecydowaliśmy, że powinna to być ryba. Terka koniecznie chciała łososia więc zaczęliśmy szukać czegoś fajnego. Nie było dużego wyboru i weszliśmy do jakiejś cafe fish. Tam zamówiliśmy rybę. Obsługa się pogubiła, latali jak kot z pęcherzem, co chwilę czegoś zapominali i mylili zamówienia ale udało się nam zjeść lunch. Ja niby miałem świeżą rybę prosto z morza ale nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Żadna rewelacja ten lunch.

Po lunchu weszliśmy do sklepu pokupować jakieś pierdółki. Każdy coś tam wybrał i już byliśmy gotowi na wyjazd na tę długą plażę z 30m wydmami. Tam mieliśmy wypożyczyć sobie skuterki i pojeździć po plaży. Kiedy tam dojechaliśmy zobaczyliśmy kilku wariatów na motorach i samochodami, którzy jeździli po plaży. Ale nic do wypożyczenia.

Fot.3. Plaża i wydmy w Strahan.

Pokrzątaliśmy się trochę po tej plaży. Rzeczywiście nieźle długa i szeroka. Wydmy trochę zarośnięte ale jednak bardzo wysokie. W dodatku piekło niesamowicie. No i decyzja o wyjeździe ze Strahan do Queenstown.

Kolejne miasteczko Tasmanii. Podobne do pozostałych. Tradycja musi być: kawka. Tradycja II - ja nie mam kawki. Usiedliśmy w jakiejś kawiarence. Mi starczyła woda bo naprawdę było gorąco. Dziewczyny nakupowały kartek bo podobno tanie i ładne. Po kawce czas na bottle shop. Przez całą wycieczkę najwięcej jęczała na ten temat Siwa. Bottle shop i bottle shop. A jak przyszło co do czego to Siwa nic nie kupiła w tym bottle shopie. Zakupy bardzo skromne. W taki upał nikt nie miał ochoty na ciepłe piwo. Przed wyjazdem jeszcze wstąpienie po zakupy do supersamu z koszykami i znów w drogę.

Droga jeszcze bardziej kreta niż ostatnio. Oli było niedobrze i miała tę swoją skwaszoną minę przez cały czas. Mina skwasiła się jeszcze bardziej kiedy zatrzymaliśmy się przy króciutkim tracku nad wodospad Nelson. Tam bowiem doszło do bezceremonialnego ataku Oli na osobę Teresy. Dziewczyny ścięły się i jak to zwykle bywa nikt nie wiedział o co poszło bo i jakieś poprzednie rzeczy ujrzały światło dzienne. Ale kłótnia rozeszła się po kościach. Nikt nie interweniował. Poszliśmy na ten spacer. Szło się duktem leśnym, po drodze kilka fajnych zdjęć i wreszcie doszliśmy do tego wodospadziku. Takie zwykłe nic ale podobno w pewnych porach roku przybiera na sile. My przynajmniej nogi rozprostowaliśmy i nawdychaliśmy się świeżego powietrza.

Fot.4. Wodospad Nelson.

 

Zobacz video: http://youtube.com/watch?v=aRmw9rv7xJM

Dalsza droga zakończyć się miała u celu dzisiejszego dnia czyli nad jeziorkiem. Dojechaliśmy tam kiedy było jeszcze jasno. Ale zrobiło się chłodno. Poszedłem załatwiać noclegi ale kiszka. Miejsc w backpackersie już nie ma. Zostaje nam namiot. Pojechaliśmy zobaczyć camping, a Ola poszła sama pieszo. Miejsce wyglądało ok i zdecydowaliśmy się rozbijać namioty. Terka stwierdziła, że wszyscy za szybą mają włożone bilety więc musimy pójść zapłacić. Poszedłem więc z nią, a pozostali zabrali się za rozbijanie namiotów. Zapłaciliśmy tym razem za 3 osoby i jak się okazało niepotrzebnie. Żadnych biletów nikt nie dostaje, wjeżdża się i wyjeżdża kiedy się chce, nikt nie sprawdza.

Rozbiliśmy się w pobliżu dość dobrze znanego jeziora Saint Clair. (http://www.sweetwaterfishing.com.au/StClairTAS.htm). To najgłębsze jezioro w Australii (a drugie na półkuli południowej – 200m) i jest uznane jako eko-przyjazne. Podobno można tam spotkać nawet dziobaki.

Namiot pożyczony od Żmii rozbijałem z pomocą Terki i Siwej ale jak wyszło na jaw miałem w nim spać sam. Terka tradycyjnie z Olą i Marcinem, a Siwa kategorycznie wykluczyła spanie na gołej ziemi. Faktem jest, że nie mieliśmy karimat i wizja spania na twardej ziemi nie była przyjemna jednak lepsze niż gnieżdżenie się w samochodzie. Siwa wybrała hyundaia. Zanim poszliśmy spać trzeba się było wykąpać. Tym razem prysznice na monety bez regulacji. No i kiedy tak jest to dzieją się dziwne rzeczy. Ja miałem wrzątek, a Marcin obok zimną wodę. Obaj byliśmy zadowoleni;-)

Kolację mieliśmy w kuchni backpackersa. Po kolacji wszyscy oprócz mnie wypisywali kartki, ja robiłem notatki. W pewnej chwili po kuchni zaczął krzątać się facet z pierogami. Dziewczyny obserwowały go od dawna ale on dopiero teraz zebrał się na odwagę i zagadnął. Naturalnie Polak. Ale jak wyszło na jaw, urodzony już w Hobart. Przyjechał z żoną i córkami, które widzieliśmy wcześniej. Pogadaliśmy trochę z nim. Istotnie, jego akcent był wyraźny ale i tak dobrze sobie radził po polsku. Ola zażartowała, że powinien nas poczęstować pierogami i nawet chciał biec po resztę ale opamiętał się.

Noc była dla mnie twarda ale wcale nie zimna, choć nad tym jeziorem było chłodnawo.

Dzień 4: Rosebery – Strahan – Lake St Clair 260km

 

Dzień 5 - niedziela - 29 grudnia 2002

         MORDERSTWO NA DRODZE!

Tradycyjnie wstałem jako ostatni. Poskładałem namiot i poszedłem do kuchni w której już wszyscy się krzątali. Śniadanko jak zwykle przygotowane przez wspaniałe dziewczyny. Większy wybór niż w domu kiedy muszę sobie sam robić.

Kiedy wszystko posprzątaliśmy (ja się udzielałem tradycyjnie na zmywaku), wybraliśmy się na przechadzkę wokół innego mniejszego jeziora. Droga miała nas zaprowadzić wprost do Platypus Bay czyli zatoki dziobaków po naszemu. Po drodze, kiedy szliśmy szerokim leśnym duktem napotkaliśmy kolczatkę. Dziobaków niestety nie było. Powałęsaliśmy się trochę po plaży i w tył zwrot. Wracaliśmy inną drogą.

Przed wyjechaniem w dalszą drogę, tradycyjna kawusia dla wszystkich oprócz mnie. Dopiero po rytuale wsiedliśmy i do celu. A na dziś przygotowane mieliśmy wejście na Gordon Dam czyli olbrzymią tamę na rzece Gordon, tej samej po której mieliśmy rejs ale z drugiej strony.

Pogoda była optymalna do jazdy, ciepło, sucho ale bez słońca. Jechało się fajnie, wokół zrobiło się zieleniej. Nasz pierwszy postój to park z najwyższymi i najstarszymi drzewami na Tasmanii. Nazywa się je Giant Trees (http://www.gianttrees.com.au/) i niektóre mają ponad 85m wysokości.

Istotnie, owe drzewa pamiętają jeszcze Tasmana, który tu zawitał w XVII wieku. Drzewa olbrzymy oglądaliśmy w spokoju do połowy spaceru. Bo właśnie gdzieś tak w połowie doszliśmy do miejsca, gdzie za pomocą jakiegoś przyrządu, można było zmierzyć wysokość danego drzewa. Ochoczo zabrała się za to Terka, ale coś jej nie wychodziło i zadała jakieś pytanie, które rozsierdziło Marcina. Ryknął na nią aż wszyscy osłupieli, pogadał chwilę i poszedł. Wszyscy rozeszliśmy się również.

Kiedy ochłonęli wszyscy, trzeba było zdecydować czy jedziemy w górę nad kolejne jezioro. Nikt nie protestował. Droga prowadziła przez dżunglę, szutrową nawierzchnią z ostrymi zakrętami. I cały czas pod górę. Kiedy dojechaliśmy do końca, spotkało nas rozczarowanie. Pogoda się popsuła, jeziorko takie sobie i nawet Ola, która planowała kąpiel, zrezygnowała z niej. Poszwędaliśmy się na górze, widoków nie było ciekawych i nic w ogóle się nie dzialo. Jednym słowem kiszka. Zawróciliśmy i w dół.

Kiedy zatrzymaliśmy się na dole na parkingu, czuć było smród hamulców. Droga była naprawdę kręta. Samochód był innego koloru, tyle kurzu i piachu na nim było. Nie zabawiliśmy w tym miejscu długo bo nic do jedzenia smacznego nie oferowano. Jedziemy w dalszą drogę. Przed nami odcinek całkowitej dzikości.

Droga do wnętrza wyspy na której ostatnia miejscowość jest oddalona od przedostatniej o 47km a od tamy 12km. Zatrzymaliśmy się więc w jakiejś wiosce aby coś wreszcie zjeść. Marcin zajechał pod jakąś knajpkę-motel. Lokal w stylu kowbojskim. W drzwiach kolorowe paski plastikowe przeciw owadom, w środku urządzone w stylu dawnym, w drzewie, obok druga sala z podestem na którym stało pianino, na stole gitara z głośników sączył się blues i country i na środku stół bilardowy. Zanim podano nam to co zamówiliśmy (choć nie było tego, co chcieliśmy) zagraliśmy partyjkę w bilarda i w szachy. Kiedy przynieśli mi moje gorące naleśniki, czułem już spory głód. Spore zdziwienie poczułem kiedy przyszło płacić. Babka skasowała mnie na 18 bucksów za te dwa nędzne naleśniki! Wszyscy mieli niezły ubaw ze mnie.

Opuściliśmy to ranczo i przed nami zostało owe 47km zupełnego pustkowia. Droga robiła się nużąca, choć wokół było zielono. Jednak Marcin postarał się żebyśmy nie pospali. W pewnym momencie nawrócił mówiąc: "~Zaraz Wam coś jeszcze pokażę, jeśli nie spieprzył". Po otwarciu drzwi chwyciłem kamerę i pobiegłem na miejsce zdarzenia. Na jezdni wił się wąż, na którego Marcin przypadkowo najechał. Ola krzyczała na mnie żebym się nie zbliżał, a kiedy jej nie posłuchałem (żeby zrobić lepsze ujęcie - praca operatora jest niebezpieczna) usłyszałem: "~ I żeby Cię tak uchlał!!!". A jeśli chodzi o węża to biedak się męczył, pluł krwią (praca operatora jest też okrutna) i nic nam nie pozostało, jak go dobić. Marcin postanowił wykonać wyrok. Zawrócił i chciał na gościa najechać. Ale chybił! Kiedy zaczął cofać Olka krzyczała: "~ I teraz będzie 5,000 razy po nim jeździł!!!". Ja dzielnie filmowałem przebieg egzekucji (praca operatora jest czasami niepotrzebna) wbrew uzasadnionym protestom dziewczyn. Wąż nie dawał za wygraną i skurczybyk przeżył, ale Marcin też nie dawał za wygraną i waląc go po łbie jakąś dechą, chyba ulżył mu wreszcie w cierpieniach. Miejmy nadzieję, że wąż nie był pod ochroną.

Z niesmakiem pojechaliśmy w kierunku tamy. Z jednej strony byliśmy okrutni ale z drugiej strony, wąż nie miał żadnych szans na przeżycie więc trzeba było go dobić. A że tak niefortunnie nam poszło.... Chcieliśmy dobrze.

Materiał video jest zbyt drastyczny. Jeśli chcesz go zobaczyć, wyślij SMS o treści "wąż" na numer 666. Cena 59.86zł. Musisz mieć 36 lat.

Po drodze minęliśmy owe ostatnie miasteczko - raczej osadę dla pracowników tamy. Kilka kilometrów dalej był ładny punkt widokowy i wyszliśmy pooglądać jeziorka i góry. W tym czasie też jakaś okrutna mrówka pogryzła Olę. W nagrodę Marcin pozwolił jej pokierować do tamy.

Na tamie przywitała nas jakaś skośna wycieczka. Wszystko było zamknięte ale można było zejść na wał, co też z Marcinem zrobiliśmy. Zbudowana w 1974 r. robi wrażenie. Ma wysokość ponad 140m i utworzyła jezioro o kubaturze 12km sześciennych. Ogromna betonowa ściana zablokowała rzekę w kanionie. Poziom wody opadł i ukazał się brzydki widok zniszczonych drzew. Pobiegaliśmy w te i nazad po wale, poczytaliśmy o konstrukcji i z powrotem. Mimo, że dziewczyny nic nie mówiły dosłownie, łatwo się było zorientować, że chętnie by zrezygnowały z prawie 200km jazdy żeby zobaczyć trochę betonu... Mi i Marcinowi się jednak podobało.

Fot.5. Tama Gordon.

W drodze powrotnej trzeba było zatankować i zrobić jakieś zakupy. Sprawa noclegu nadal była otwarta. Sklep ze stacją. Stacja OK ale sklep niczym GS w PRL-u. Dziewczyny jednak coś wybrały. A nawet udało im się dorwać świeże jeżyny. Przed nami miasteczko o nazwie Norfolk. Tam też włączyły się telefony. Ja odebrałem SMS z życzeniami imieninowymi. Zatrzymaliśmy się przy pizzerii i zamówiliśmy - jak się okazało - o jedną pizzę za dużo. Miły facet doradził żeby spróbować tutaj znaleźć coś do spania. W między czasie zadzwoniliśmy wreszcie do Świrka ze spóźnionymi życzeniami. Odebrał wreszcie.

Po kolacji podjechaliśmy na caravan park. Kiedy wszedłem na posesję usłyszałem tylko głos. Rozmawiałem jakby z duchem bo gościa nie widziałem. Ale wszystko zajęte. Poradził karczmę. Poszedłem tam z Terką. Pan bardzo się starał nam pomóc i mógłby tylko znaleźć miejsce dla mnie i Terki, czyli dwóch osób. Nie zostało nic innego jak pojechać... do bottle shopu. Wyskoczyłem z samochodu a w drzwiach usłyszałem od starej kobity: "~Czego?" Podobno było nieczynne. Ale przerobiłem ją, że mi sprzedała sześciopaka. Musiałem coś postawić na imieniny. Doszedł Marcin i chciał drugiego kupić. Nie pozwoliłem jednak i sam dokupiłem za swoje. Mieliśmy więc 12 browarów ale nie było spania. Ciemno już było. Nie było bata, trzeba było ciąć na Hobart.

Jak nam mówiono, przez regaty Sydney-Hobart mieliśmy nikłe szanse coś odszukać. Nie spodziewaliśmy się jednak, że w Hobart trzeba się bawić w kotka i myszkę żeby coś odszukać. Zjeżdżaliśmy zgodnie ze znakami szukając campingu ale po kilku kilometrach wszystko gdzieś się rozpływało. Wreszcie wyskoczyłem do sklepu spytać się gdzie tu jechać. A zastałem tam dwóch typków. Długie, tłuste włosy, bezzębne szczęki, boso i w podartych dżinsach i obowiązkowo wytatuowane przedramiona. "~What's up?" zagaił kiedy kulturalnie spytałem o drogę. Ale bez problemu podali jak dojechać. Niestety porąbaliśmy znów drogę i kolejny raz wylądowaliśmy gdzieś na skraju miasta. Trzeba było jechać z mapą na kolanach. Jakoś wreszcie doczłapaliśmy się do jednego z campingów. Pozamykane wszystko ale ktoś wytoczył się z budy. Waliło gorzałą od gościa. Próbowałem go przekręcić bo od razu walił, że nie ma miejsc. W końcu zgodził się, że namiot za $14. Po namyśle olaliśmy go. Coś tu było nie tak.

Szukaliśmy następnego. Znaleźliśmy ale brama zamknięta a za bramą jakaś gościówa leżała na asfalcie i coś majaczyła do gwiazd. Już mieliśmy uciekać kiedy ktoś przyjechał i był to właściciel. Wybiegłem aby z nim zagadać ale polecił nam ten poprzedni. Ostatnią naszą szansą więc był camping w centrum miasta.

Trzeba tam pojechać. Droga wiodła przez całe miasto, same centrum. Prowadziłem Marcina z mapą na kolanach a Terka świeciła mi latarką. W tym czasie Ola cały czas mi przeszkadzała, dogryzając i przedrzeźniając mnie. Śpiewała i kazała robić "czyku-czyku". Tak jak się spodziewaliśmy camping był już nieczynny choć brama otwarta. Wszedłem więc na teren ale zaraz wyskoczył gościu z budy. Opowiedziałem mu wzruszającą historię, że nie mamy gdzie spać a on tylko machnął ręką i kazał wjechać, jeśli tylko znajdziemy miejsce. I rzeczywiście ciężko było. Camping zawalony na maxa. W dodatku wielu już spało. Upał niemiłosierny, zero wiatru, duchota. Nie dziwota, że część ludzi spała pod chmurką.

Poszliśmy się wykąpać a potem po rozbiciu namiotów znaleźliśmy jakąś ławkę przy której zasiedliśmy żeby skonsumować zakupione bronki. W czasie biesiady doszło do dwóch incydentów. Najpierw Marcin odmówił Siwej zapalenia papierosa zapalaczem do gazu, twierdząc, że nie potrafi. Siwa ostentacyjnie nas opuściła w poszukiwaniu zapalniczki. Za drugim razem Ola chciała zrobić kawał Marcinowi i wstrząsnęła butelką. Po otwarciu nastąpił wytrysk i Marcin oblał Olę, na co ta podniosła larum.

Dalsza część posiedzenia przebiegała spokojnie aż do chwili kiedy musieliśmy się zbierać do swoich namiotów. Królewna Siwa, zwana Kopciuszkiem na czas wycieczki, stwierdziła, że ziemia w Hobart jest wystarczająco miękka i zgodziła się spać ze mną w namiocie.

Dzień 5:  Lake St Clair – Strathgordon – Hobart 324km

 

Dzień 6 - poniedziałek - 30 grudnia 2002

                        W STOLICY

Noc z Siwą w namiocie upłynęła spokojnie. Było bardzo upalnie, zero jakichś śpiworów. Rano na śniadanie mieliśmy zeszłodniową pizzę. Na zimno ma się rozumieć. Zwinęliśmy majdan i zabraliśmy się stamtąd. Plan był żeby zapłacić za 3 osoby, dlatego dwie nasze dziewczyny wyszły pieszo. Ale kiedy przejeżdżaliśmy koło bramy, nikt nawet nie wyszedł do nas, więc po prostu wyjechaliśmy. Ale Siwej naopowiadaliśmy, że trzeba podopłacać bo gościu nas złapał. A więc byliśmy w Hobart.

Hobart – (http://www.hobartcity.com.au/HCC/HOMEPAGE/HOME.html) - miasto w Australii, stolica Tasmanii. Zamieszkiwane jest przez 202 tysiące mieszkańców. Założone zostało (jako kolonia karna) w 1804 jako drugie po Sydney miasto Australii. Prawa miejskie od 1842. Nad miastem góruje, wznosząca się na wysokość 1271m n.p.m. Mount Wellington. Hobart jest głównym portem Tasmanii (tutaj kończą się regaty Sydney-Hobart) oraz port dla francuskich ekspedycji antarktycznych.

Plan był połazić trochę po Hobart. Najpierw obowiązkowe podziwianie panoramy miasta z góry Wellington. Długa 12km trasa wiła się wokół góry. Na samym szczycie wiało trochę ale widoki iście warte wjazdu. Pooglądaliśmy sobie miasto z góry, widoczność niezła.

Fot.6. Widok na Hobart z góry Wellington.

Dalszym naszym krokiem miały być browary. Chcieliśmy iść pozwiedzać najsłynniejsze browary Tasmanii - Cascade. Całkiem popularne w Sydney. Kiedy poszedłem się dowiedzieć okazało się, że już dawno zabukowane na maxa. Z wszystkim problem w mieście przez te regaty, święta, Nowy Rok. Nic nam nie zostało więc jak pojechać do portu. Co prawda uczestnicy regat dopłynęli dwa dni temu ale na pewno cumują jeszcze w porcie.

W mieście ruch dość spory. Zaczęło się krążenie po mieście i szukanie parkingu. Jeździliśmy w kółko a ja z Olą zaczęliśmy sobie w tym czasie gawędzić. W pewnej chwili szarpnęło nami, usłyszeliśmy pisk opon i zorientowaliśmy się, że Marcin wziął bardzo ostro zakręt. Zamarliśmy a Ola rzuciła do mnie: "~ Widzisz, zdenerwowałeś Marcina!", tak jakbym tylko ja był winien. Marcin dorzucił swoje: "~ Pierdolety sobie urządzacie tam z tyłu, zamiast wziąć mapę poszukać jakiegoś parkingu, centrum handlowego czy czegoś w tym rodzaju. Ile tak będę jeździł?!" No cóż, facet miał rację. Zamilkłem natychmiast a Ola szybko zaczęła udawać, że czyta mapę. Ale dla Marcina to już nie miało znaczenia. Wjechał na pierwszy lepszy piętrowy parking i zatrzymał się dopiero na 9 piętrze. Nie wiedziałem czy można się było do niego odzywać czy nie ale jak to on, za chwilę było po wszystkim.

Doszliśmy do portu po sporej chwili bo pojawiły się sklepy. No i trzeba wejść. W porcie odszukaliśmy zacumowane łódki z regat. Zrobiliśmy sobie zdjęcia przy zwycięzcy - Alfie Romeo. Wyniki można obejrzeć na oficjalnej stronie zawodów (http://rolexsydneyhobart.com/standings_ext.asp?RaceId=11).  

Fot.7. Zwycięzca regat Sydney-Hobart w 2002 roku.

Pokrzątaliśmy się trochę po porcie. Łódeczki nieźle wypasione. Byliśmy też świadkami wpłynięcia jakichś maruderów jeszcze z regat. Dostali owacje od pozostałych załóg, które już przygotowywały się do rejsu w drugą stronę.

Potem zgłodnieliśmy a akurat w tym czasie w Hobart odbywał się festiwal smaku i doszliśmy do ogromnego hangaru gdzie serwowano potrawy z całego świata. My mieliśmy ochotę na coś słodkiego i uderzyliśmy w desery owocowe. Jak zwykle można kogoś ciekawego spotkać. No i mnie obsługiwała pani, której ojciec jest, czy był, Polakiem. Przyjechał zaraz po wojnie w 1945. Trochę z nią pogadałem (po angielsku) i dopiero dostałem to co chciałem.

Po deserze poszliśmy znów na miasto. Nie za bardzo było wiadomo co robić. Ja chciałem wypisać kartki, a potem iść do centrum arktycznego. Nie było jakiegoś entuzjazmu na moją propozycję. Jak zwykle każdy wykręcał się słowem "obojętne" i że się dostosuje do większości. Ustaliliśmy więc, że każdy ma godzinę wolnego czasu i spotykamy się w parku a potem idziemy do centrum. Ola z Marcinem poszła na zakupy a reszta do parku. Ja wypisywałem kartki a dziewczyny odpoczywały. Ola wróciła z nowymi okularami za $200 a stare dostała w spadku Terka. Tak, te słynne Gucci z jednym ramieniem.

Do centrum był kawałeczek ale tradycyjnie w Hobart trzeba się zgubić. Zaszliśmy od złej strony choć wreszcie udało się nam odnaleźć to Antarctic Adventure. Bilety po $16. W sumie chyba warto. Nie było to złe. Pooglądaliśmy film, eksponaty, maszyny, ubrania, trochę historii wypraw itp. Było też miejsce z symulowanym wiatrem arktycznym w pomieszczeniu ze śniegiem i lodem ale o temp zaledwie -5°C. Były też symulatory jazdy na nartach, całkiem śmieszne i na koniec planetarium. Na luzie spędziliśmy tam trochę czasu. Znów zgłodnieliśmy ale po drodze przechodziliśmy obok tego hangaru więc wstąpiliśmy na jedzonko. Tym razem poszliśmy z Terką i Siwą do Szwajcarów na jakichś ich wynalazek. Było naprawdę dobre.

Zaczął się odwrót z Hobart w kierunku Port Arthur. Podążaliśmy przesmykami i oddalaliśmy się od Hobart. Znów bez koncepcji na nocleg. Ale dziś pogoda nam nie sprzyjała. Zaczęło kropić. Pierwsza próba z noclegiem się nie powiodła bo jak mi pan wytłumaczył przyjechała kolonia. Za drugim razem trafiliśmy na jakichś dziwnych gości. Straszna rudera na podwórku a w środku tylko 3 miejsca. Na koniec udało się nam wyhaczyć fajny bungalow na 9 osób. Tradycyjnie była nas tylko 4 kiedy kupowałem miejsca. Ola się musiała schować.

Miejsce przyzwoite - trzy łóżka piętrowe, trzypoziomowe. Terka uszczęśliwiona bo może spać jeszcze wyżej. Kolacja jak zwykle przepyszna, dziewczyny robią a ja zmywam. Po kolacji poszliśmy sobie na spacer nad jezioro. A tak naprawdę nad ocean. Myśleliśmy, że to jezioro bo z dwóch stron woda a okazało się, że jesteśmy na takim cypelku i to co nas otacza to ocean. Ładnie i spokojnie w okolicy. Po powrocie i kąpieli za 20c jeszcze gadaliśmy jak zwykle. Do końca trzymała się Ola, która próbowała ze mną nocnych rozmów ale padła. Ja na koniec.

Dzień 6: Hobart – Port Arthur 96km

 

Dzień 7 - wtorek - 31 grudnia 2002

              PODRÓŻ DO PIEKŁA

Kiedy wstaliśmy padało. Jak zwykle porządne śniadanko - dziś paróweczki, jajeczniczka, szyneczka, seruś, pomidorki itd. Po konsultacjach z Marcinem ustaliliśmy, że najpierw odwiedzimy mini-zoo z diabłami tasmańskimi. Było to bardzo niedaleko od naszego obozowiska. Akurat chcieliśmy trafić na karmienie a przy okazji załapaliśmy się na show ptaków.

Diabeł tasmański (Sarcophilus harrisii) - gatunek torbacza z rodziny niełazowatych, jedyny przedstawiciel rodzaju Sarcophilus. Jest największym drapieżnym torbaczem, a także padlinożercą. Charakterystycznym dla niego jest smród, gdy jest przestraszony, głośne wrzaski (stąd nazwa) i zawziętość w czasie pożywiania się. Osiąga prędkość 13 km/h. Ma długość około 65cm i waży do 10kg.

Naszą uwagę przykuwały właśnie diabły. Wstrętne i głupie szczuro-psy, o najsilniejszym uścisku szczęki na świecie po rekinie, biegały po wybiegu. Kiedy facet karmił je opowiadał o nich i ich przyzwyczajeniach. Ola skwitowała je zdaniem: "~Co za cymbały!" Bo rzeczywiście biegały jak głupie kiedy resztki posuma leżały metr od nich. A niby mają taki wspaniały zmysł węchu. Jednak byliśmy zadowoleni, że udało się nam je zobaczyć. Dużo fajnych rzeczy mówił opiekun i z zainteresowaniem słuchaliśmy go.

Fot.8. Diabły tasmańskie.

Później przeszliśmy do "amfiteatru" a tam ten sam zresztą kolo, przedstawił nam pokaz ptaków: sowy, sokoły, papugi. Wszystko tresowane. Na koniec zrobiliśmy sobie wycieczkę po dalszej części parku i widzieliśmy różne zwierzaki od kangurów, przez posumy, orły a kończąc na jakichś w ogóle nieznanych nam ptaszyskach.

Zobacz video:  http://www.youtube.com/watch?v=xjoJCyMOBtM

Port Arthur to był cel dzisiejszego dnia. Olka od początku jęczała, że żadnych durnych więzień nie będzie oglądała. Zawsze myślałem, że Port Arthur to jakieś miasteczko ale okazało się, iż jest to tylko historic site czyli miasto-muzeum.

Port Arthur – (http://www.portarthur.org.au/) - powstał 200 lat temu i było to miejsce dla recydywistów, odsyłanych z Sydney. Skazani przebywali w budynkach, które obecnie są atrakcją dla turystów. Było to więzienie na 80 cel. W sumie przywieziono ponad 12,000 więźniów do tego kompleksu. Ma on powierzchnię 125ha. Oprócz budynków więziennych, można również zwiedzić kościół wybudowany przez skazańców, jak również popłynąć na wyspę, gdzie znajduje się cmentarz. Warto również dodać, że w 1996r. miała tu miejsce tragedia, kiedy szaleniec zabił 35 osób, strzelając na oślep.

Fot.9. Port Arthur.

Wstęp nas zszokował bo wynosił $22. Niby bilet na dwa dni ale i tak dużo żeby zobaczyć jakieś ruiny. Mimo wszystko tylko chyba ja i Terka byliśmy pewni na 100%, że wchodzimy. Reszta się migała. Olka absolutnie wykluczyła swoje wejście na teren muzeum, Siwa by raczej chciała ale"kurewsko drogo", Marcin nie chciał Oli zostawiać samej. Żeby się zastanowić potrzebna była kawusia i coś słodkiego.

Siedząc tak naprzeciwko informacji i popijając kawę, Marcin wpadł na chytry plan. Pierwsza wersja (łagodna) zakładała, że kupujemy dwa bilety i wszyscy wchodzą ale zaraz ją poprawił i ulepszył, zapowiadając, że nikt nie będzie płacił i po prostu wejdziemy. Ola podchwyciła pomysł, reszta też. I rzeczywiście Marcin po prostu przeszedł obok bileterki, za nim ja z Teresą, Siwa i na koniec Ola. Nikt nawet nie zapytał o bilet. Najzwyczajniej w świecie byliśmy w środku a widzieli nas wszyscy.

Muzeum zaczęło się od ciemnych komnat z różnymi opisami praktyk stosowanych w więzieniu. Wszystkie sfery życia były dokładnie poopisywane. Później wychodziło się na zewnątrz i przez park szliśmy w kierunku ruin. Pospacerowaliśmy po ruinach, zajrzeliśmy do posiadłości komendantów, zwiedziliśmy kościół, park i najzwyczajniej wyszliśmy z powrotem. Trochę czasu tam spędziliśmy. Ola podsumowała: "~Wiesz co, nawet mi się podobało."

Zobacz video:   http://www.youtube.com/watch?v=g5hhJeJHeJM

Byliśmy głodni więc w tym samym miejscu zamówiliśmy sobie fajny lunch. Stwierdziliśmy, że na upartego też można było za niego nie płacić ale to by była już chamówa na maxa. Dziewczyny poszły do sklepu, ja też tam zajrzałem. Nawet sporo interesującej literatury.

Pogoda nadal kiepska, lekko mży. Postanowiliśmy objechać półwysep z drugiej strony. Po drodze jednak nic nie zastaliśmy ciekawego. Chcieliśmy jednak zobaczyć te słynne klify. Kiedy dotarliśmy na miejsce, z samochodu wyszli wszyscy oprócz oczywiście Oli, która wolała sobie pospać. Troszkę rzeczywiście siąpiło ale ja jako chojrak nie wyciągałem kurtki bo mi się nie chciało.

Najpierw poszliśmy do Kuchni Diabła, potem na miejsce gdzie miały być luki skalne ale nam się coś popieprzyło i nie mogliśmy ich znaleźć. Wreszcie się udało, kiedy zaszliśmy je od drugiej strony. Ja z Terką, wbrew przepisom, przeskoczyliśmy przez płot oddzielający urwisko od ulicy w celu lepszego zdjęcia. Tak kazał nam Marcin. "~No, żeby płotu nie było widać." 

Po powrocie do auta, trzeba było konkretnie zdecydować co robimy z Sylwestrem. Jeszcze w Sydney był to punkt zapalny naszej wycieczki. Terka i Siwa zdecydowanie żądały dobrej zabawy a taką można zagwarantować tylko w Hobart. Ola też by się pewnie chętnie pobawiła, a jak ona to i Marcin, no a ja nie miałbym wyjścia. Jednak dla mnie i jak się okazało Marcina cofanie się do Hobart żeby tylko pobłąkać się po pubach wydawało się bezsensownym pomysłem. Niespodziewanie jednak w czasie wycieczki front zmieniła Terka i poparła nas. W ten sposób głosowanie w samochodzie było praktycznie przesądzone. Stosunkiem 4:1 zdecydowaliśmy, że nie wracamy do Hobart tylko jedziemy dalej. Co będzie to będzie.

W nagrodę (albo za karę?) dziewczyny wymusiły na Siwej żeby prowadziła. Na mnie też co chwilę próbowały to wymusić ale wydawało mi się to niepotrzebne kiedy Marcin dobrze sobie radził i chciał dalej jechać. W czasie kiedy Siwa prowadziła, jakieś tajemnicze substancje w organizmie Oli zaczęły się uwalniać. Jej stan psychiczny dramatycznie się pogorszył. Nastawione było radio i leciały najlepsze piosenki 2002 roku, a Ola je wszystkie śpiewała. To jeszcze mało bo zmuszała wszystkich do śpiewania. Brzuch mnie bolał ze śmiechu, a ona dalej. Dodatkowo jej teksty do Siwej i pozostałych uczestników "rozwalały nam tatuaże", jakby to podsumował Świrek. Buzia jej się nie zamykała. Marcin wykorzystał sytuację i nagrał ścieżkę dźwiękową wygłupów Olki na ukrytą kamerę.

Przystankiem pierwszym była jakaś farma. Tam małe zakupy i próba karmienia strusi. Jednak jakieś dziwne kozły nie dawały strusiom podejść do nas. Pośmialiśmy się z oczu tych kozłów i w drogę. Nie ujechaliśmy daleko bo zaraz była miejscowość Sorell. Tam mieli nawet supermarket. Ja nie przepadam za zakupami więc zostałem ale za chwilę przyszła Terka i powiedziała, że dostałem zadanie. Mam zadzwonić i poszukać jakiegoś noclegu.

Wzięliśmy więc z Terką przewodnik i na pierwszy ogień poszło Coles Bay. Jak się można było spodziewać wszystko zabukowane. Kiedy Terka poszła rozmienić na drobne banknoty, ja zadzwoniłem za ostatnie 50c do backpackersa w Bicheno. Tam były ostatnie miejsca. Babka była niecierpliwa i chciała gwarancji w postaci karty kredytowej. Powiedziałem, że zaraz oddzwonię po konsultacji. No i z Terką zadecydowaliśmy, że bierzemy. Poprosiłem i obiecałem pani, że na pewno przyjedziemy.

A tymczasem pozostali zrobili zakupy. I nie tylko kolacyjno-śniadaniowe ale i sylwestrowe. Oprócz szampanów i piwa które kupiliśmy wcześniej z Marcinem, każdy z nas dostał maskę. Siwa była kotem, Ola krową, Marcin psem, Terka zebrą a ja małpą. Zrobiliśmy użytek z masek podczas wyprzedzania samochodów. Ludzie głupieli kiedy widzieli nas w tych maskach, a ja jeszcze otwierałem okno żeby lepiej nas widzieli. Nawet jedni kolesie mieli kamerę i trochę się zdziwili kiedy nas zaczęli kręcić.

Po 2 godzinach dojechaliśmy na miejsce. Na drzwiach wisiała kartka z informacją dla nas, że pokój w drugim budynku. A nasz pokoik bardzo przytulny. To nie backpackers a raczej schronisko górskie. Atmosfera jak w domu. W środku zastaliśmy jedną babkę i dwóch kolesi grających w jakieś gry planszowe. Reszta ludzi podobno gdzieś w pubach. Przez chwilę i dziewczyny o tym myślały.

Po rozpakowaniu dobra kolacyjka. Ola szalała dalej. Zaproponowała deser pani i tym chłopakom a potem zaczęło się szaleństwo. Dziewczyny się poprzebierały a ja zabrałem się za pisanie. To zdenerwowało Olę, która wyrwała mi zeszyt i wpisała: "Mamy Sylwestra. Zaraz idę z Terką się kąpać. Trochę tu cicho, a Dawid już w piżamie. To taka krótka notka."

W dalszej części Ola przechodziła samą siebie. Rozlewała szampana pozostałym ludziom też, składaliśmy sobie życzenia z nimi. Oni w ogóle nie byli przygotowani. Trochę z nimi pogadaliśmy. Kiedy tak staliśmy Marcin powiedział mi komplement: "Profi, jak stoisz obok Romka to wyglądasz jak paker przy nim." Oczy mi się zaiskrzyły bowiem pierwszy raz ktoś był chudszy ode mnie. A Romek to jeden z chłopaków, którzy tam siedzieli. Dostał ksywę Romek bo bardzo przypominał Romka z komiksu "Tytus, Romek i A'Tomek". Długi jak tyka, blond długie włosy i chudy. Ja zostałem Tytusem (przez maskę) a Siwa A'Tomkiem.

Szampan, petardy i wygłupy Oli to był nasz Sylwester w backpackersie w jakiejś dziurze na Tasmanii. W dodatku tylko do 1.00 w nocy, bo jakaś kopnięta rodzinka chciała się wyspać. Co prawda wzięliśmy radio do siebie ale nic z tego nie wyszło. Czar prysł i poszliśmy spać.

Zobacz video:   http://www.youtube.com/watch?v=HI4GkLSrGbg

Dzień 7: Port Arthur - Bicheno 194km

 

Dzień 8 - środa - 1 stycznia 2003

     CZEKANIE NA POWRÓT Z OCEANU

Noc upłynęła spokojnie. Nie słyszeliśmy żeby ktokolwiek wracał z imprezy. W ogóle się nie spieszyliśmy z wyjściem. Jeszcze tylko zapłaciliśmy właścicielce i byliśmy gotowi do wyruszenia do Coles Bay. Nie było tak wcale blisko jak myśleliśmy.

Pogoda w sam raz na spacer. Wybraliśmy się więc, fajną trasą żeby zobaczyć tę słynną Wineglass Bay z piękną półokrągłą plażą. Widok fajny, szlak też. Potem zeszliśmy na jeszcze jedną plażę i powolutku wracaliśmy na parking. Widzieliśmy jak po jakiegoś staruszka przyjechała karetka i go zabrała z usztywnioną nogą.

Fot.10. Zatoka Lampki Wina.

Na jedzenie przyszła pora po tym jak wszyscy zeszliśmy ze szlaku. Naturalnie te lepsze restauracje nie podają nic porządnego o tej porze. Musieliśmy iść po pizzę znów. Tam nawet babka chciała mnie oszukać na $40 ale się nie dałem. Siwa odgrażała się - bo dziś były jej urodziny - że trzeba coś wypić. Chciała postawić jakieś piwo ale nikt nie miał ochoty. Skończyło się na tradycyjnej kawusi dla wszystkich oprócz mnie, ma się rozumieć. Ja dostałem lody.

Dziś celem miało być oglądanie pingwinów. Jednak aby to zobaczyć trzeba poczekać do zmierzchu. Nie wiedzieliśmy też gdzie to ma się odbyć. Dziewczyny znów zaczęły swoją mantrę na temat abym ja prowadził i chyba nawet Marcin miał dość słuchania tego i kazał mi jechać. Więc jechałem w kierunku na północ w poszukiwaniu pingwinów. Widzieliśmy tylko znaki ostrzegające "pingwiny na drodze" ale nie było widać żadnego dobrego punktu do obserwacji. Szukaliśmy takiego miejsca bo jeszcze w naszym schronisku widzieliśmy reklamujące się biuro, które organizowało wycieczki w takie miejsca. No a my musieliśmy iść na łatwiznę i samemu znaleźć.

Jednak wyjechaliśmy za daleko. Trzeba było wrócić do miasta. Na stacji benzynowej Ola poszła się spytać o miejsce i babka nam wskazała Blowhole. Pojechaliśmy więc tam. Wyszliśmy na plażę ale było zdecydowanie za wcześnie. Była na szczęście ławeczka i tam zasiedliśmy. Ola z Marcinem pojechali po gorącą herbatę a my tak siedząc natrafiliśmy na pingwina siedzącego nieopodal w krzakach. Ciężko go było dostrzec ale jednak nie było wątpliwości, że to pingwin.

Na plaży przybywało ludzi z latarkami i oczekiwaliśmy z nimi wszystkimi aż zrobi się ciemno. No ale przy okazji zrobiło się zimno. Czekanie się przedłużało, wstaliśmy aby pochodzić po plaży, ludzi już naprawdę sporo. Było bardzo zimno i powoli traciliśmy nadzieję choć słychać było pisk młodych, które czekały na rodziców. Ci natomiast pojawili się dopiero o 21:35. Było już ciemno ale dzięki latarkom turystów można je było dokładnie obejrzeć. Ślamazarne, przeskakiwały po kamieniach próbując dotrzeć do swych gniazd w krzakach. Nieporadnie im to szło bo niektórzy ludzie im trochę przeszkadzali. Ale wreszcie udało się nam je zobaczyć. Nie były to wielkie pingwiny ale malutkie nieporadne ptaszki. Ale pingwiny.

Przed nami ciężka noc bo naszym zamiarem było dziś nie spać a jechać całą noc do Launceston. Samolot mieliśmy o 7.15 więc sporo czasu. Najpierw kolacja na ławce w centrum miasta a potem oczekiwanie na Terkę, która tradycyjnie musiała zadzwonić. Przed nami ponad 150km, czasu więc bardzo dużo.

Jednak jak się okazało, odległość to jedno a warunki jazdy to drugie. Samochodów po drodze aż do Launceston minęliśmy sztuk 6, słownie: sześć. Problemem były natomiast zwierzęta. Czego to na drodze nie spotkaliśmy. Co chwilę coś przebiegało od posumów, kangurów, kończąc na diabłach. Na słupkach siadywały sowy i naprawdę prędkość musiała być ograniczona do 40km/h. Dodatkowo droga była bardzo górzysta i kręta. Niektóre zwierzęta były naprawdę bardzo nierozsądne. Jeden z kangurów nie chciał zejść z drogi przez jakieś 200m. Biegł przed nami a kiedy Marcin zjeżdżał na prawo, kangur skakał na prawo, jak w lewo na w lewo. Niezły ubaw z niego mieliśmy. Jednak dla dwóch jego kolegów przebieganie przez jezdnie skończyło się tragicznie. Oba zginęły pod kołami naszego hyundaia.

Dojechaliśmy wreszcie do Launceston. Było kolo 2.00 w nocy. Zatankowaliśmy i pojechaliśmy na lotnisko. Niestety lotnisko zamknięte. Zapowiada się noc w samochodzie. Trochę jeszcze rozmawialiśmy i liczyliśmy ile przez wszystkie nasze szachrajstwa oraz krętacko-złodziejskie  i oszukańcze praktyki zaoszczędziliśmy i wyszło nam, że $220 co pozwoliło na zakup paliwa.

Siwa z Terką nie wytrzymały długo w samochodzie i poszły pospać na ławkach w samych śpiworach. Ola została na kanapie z tyłu a my z Marcinem jakoś musieliśmy sobie dać radę z przodu.

Dzień 8: Bicheno - Launceston 159km

 

Dzień 9 - czwartek - 2 stycznia 2003

         SMUTNA RZECZYWISTOŚĆ

Lotnisko otworzyli o 5.00. Zaczęliśmy się zbierać. Niemiłosiernie połamani. Na dworze chłodno. Wypakowaliśmy nasze graty i poszliśmy się odprawić. Ludzie dopiero się zbierali. Przed naszym, jeden lot do Melbourne, więc trochę ruchu się zrobiło. Potem zasiedliśmy w kawiarence i czekaliśmy na nasz lot.

Terka straciła kilka przyrządów z kosmetyczki. W samolocie ludzi sporo. Lot bardzo przyjemny, nad Sydney wspaniała pogoda, pilot robił długie kółko więc można było obejrzeć całą panoramę miasta. Ola w tym czasie usnęła. Po wylądowaniu, trochę czekaliśmy na bagaże a potem na autobus.

Wszyscy zapakowaliśmy się do tego samego. Była 9.00 rano. Każdy zmęczony myślał tylko aby się położyć spać. Tylko ja sobie poszedłem na 7 godzin do pracy. A czemu nie?

 

                TASMANIA - 2002

1.

Launceston – Mt Cradle

170

2.

Mt Cradle – Rosebery

 64

3.

Rosebery – Lake St Clair

260

4.

Lake St Clair - Hobart

324

5.

Hobart – Port Arthur

 96

6.

Port Arthur - Bicheno

194

7.

Bicheno - Launceston

159

 

 

 

 

 

1,300 km

 

ŹRÓDŁA: Wszelkie profesjonalne opisy zabytków i miejsc zostały skopiowane z poniższych stron:  www.wikipedia.org oraz www.przewodnik.onet.pl