Powrót
   

 

      BROKEN HILL 2002

 

Czas: 27 września 2002 - 30 września 2002

Miejsce: Sydney - Broken Hill - Silverton – Broken Hll - Sydney

Osoby: Maciek Rabenda (28, Złotoryja), Dorotka Czyżowska (29, Złotoryja),

            Teresa "Terka" Dąbrowska (27, Wieruszów), Iwona "Siwa" Tyc (26,

            Złotoryja), Marcin "Major" Kwiatkowski (26, Złotoryja), Gośka

           "Majorowa" Kwiatkowska (26, Złotoryja), Dawid "Profi" Droń (27,

            Złotoryja)

Cel: Zobaczyć pustynię oraz australijską faunę i florę, zwiedzić kopalnie,

      Latających Doktorów oraz Szkołę przez radio, odwiedzić pub w Silverton,

      przejechać się na wielbłądach

Koszt: $AUD 400/os.

 

 

 

Dzień 1 - piątek - 27 września 2002

     NOCNA PODRÓŻ PRZEZ OUTBACK

Umówiłem się na odbiór o 20:30 spod Westfieldu. Miałem ok. godzinki czasu więc poszedłem na Kings Cross coś zjeść. Pierwszy raz byłem na Crossie w piątek wieczorem. Trudno mi było odczepić się od naganiaczy na porno-showy ale wreszcie znalazłem odpowiednie miejsce żeby coś zjeść. Czasu miałem sporo więc spokojnie na 8:30 doszedłem pod Westfield. Spóźnili się tylko 10 minut więc OK. Przyjechał Maciek, Dorotka i Teresa. Stamtąd wyruszyliśmy najpierw po Majora, a potem po Majorową i Siwą, które czekały pod sądem.

Trasa przed nami to ponad 1,100 km i planowaliśmy pojawić się w Broken Hill na rano. Tak naprawdę ruszyliśmy w kierunku outbacku około 10.00 wieczorem. Bagaży nie było dużo, atmosfera bardzo dobra, auto porządne - toyota tarago, biała, nowa. Z Sydney przez kilkadziesiąt kilometrów wyjeżdżało się OK bo autostradą. Można było nadrobić sporo czasu ale niestety nie trwało to zbyt długo. Potem już zwykła droga choć standard jak najbardziej wysoki. Radio Sydney zafundowało nam piosenkę "Highway To Hell" jakże adekwatną do miejsca do którego jechaliśmy.

Muzyka to jak się okazuje bardzo ważna kwestia w samochodzie. Co dziwne, toyota nie miała CD, a Maciek zabrał kilka płyt. Jednak jakimś cudem, nie wiem jakim, podłączył swojego discmana poprzez kasetę magnetofonową i magnetofon w samochodzie tak aby grało. Nie za bardzo chciało to w ogóle działać ale uparł się i zrobił tak, że mieliśmy CD w samochodzie.

Muzyka więc nam grała a my sobie jechaliśmy na zachód. Terka z Siwą na samym końcu od razu się rozgadały, Maciek z Dorotką z przodu, a ja z Majorami na środku. Po drodze nic nie było widać bo przecież ciemno i w sumie wielu miejscowości po drodze ma nie być. Zaraz za Sydney jednak już pierwszy przystanek. Papu. Jak to dziewczyny, przygotowane wszystko starannie i z każdej strony słyszałem zachęty żeby spróbować którąś z kanapek. Skusiłem się na wyrób "Made By Siwa" i było OK. Wstąpiłem sobie jeszcze do sklepu, kupiłem moralną i lodziacha i byłem gotowy na długą jazdę. Reszta też wypiła gorące kawy, herbatki i zapchała się bułkami.

W trakcie jazdy mało się działo, no może poza sceną kiedy Maciek zmiażdżył kręgosłup lisowi,  no ale tak naprawdę to droga robiła się nużąca, robiło się sennie. Wszyscy obawiali się nocnej jazdy bo to przecież nic przyjemnego dlatego więc zdecydowałem się, że też poprowadzę tym razem. Po pierwsze aby wreszcie pojechać coś w Australii a po drugie - i co najważniejsze - odciążyć Maćka i Terkę. Kiedy wybiło 1.30 w nocy zapytałem Macka czy chce odpocząć. Jechał już przecież 3.5 godziny. Nastąpiły więc roszady i Dorotka poszła na moje miejsce, a Maciek siadł obok mnie. Ostatni raz jechałem w lutym 2001 więc ponad 1.5 roku temu, nigdy takim dużym samochodem, automatem, nigdy po lewej stronie więc nie było to dla mnie takie hop-siup. Dlatego moja pierwsza wpadka to zamiast kierunkowskazu włączyłem wycieraczki. Cóż, kierownica odwrotnie więc i kierunkowskazy też. Podobno różnie z tym jest. No ale ktoś z tyłu nie mógł się powstrzymać od komentarza "~A wiesz gdzie jest kierownica?"  Docinki słyszałem do końca wycieczki, ale co dziwne autorami były osoby, które akurat w tej dziedzinie nie są zapewne lepsze ode mnie, czyli Siwa i Majorowa. Maciek i Terka nie wchrzaniali się zupełnie i im też nie przeszkadzało jak trzymam kierownicę, jak siedzę, co mówię itd.

Oczywiście na początku musiałem się oswoić z tym samochodem ale jechało się bardzo fajnie. Byliśmy już kawałek za Sydney więc Maciek przestrzegał mnie przed kangurami wyskakującymi na drogę. Istotnie, widać było co jakiś czas zwłoki kangurów leżące na drodze. Sama jazda była fajna bo mało samochodów, można było włączyć długie i widać było odblaski aż po horyzont. Droga idealnie prosta więc fajnie to wyglądało. Maciek zalecił mi przyczepić się do ciężarówki, która jechała przed nami. Racja - bo gdy wyskoczy kangur to dla owej ciężarówki to nic, a dla nas poważny problem. I rzeczywiście w pewnej chwili wyskoczył kangur przed ciężarówkę z prawej strony. Na szczęście dla niego, cofnął się w porę i uniknął śmierci. Jednak co mnie zaskoczyło, to kompletny brak reakcji kierowcy ciężarówki. Nie dotknął nawet hamulca.

To musiał być chyba dobry kierowca, bo co jakiś czas go gubiłem. Jak dla mnie jechał za szybko. Ja starałem się trzymać 100-110 ale on poniżej 120 nie schodził. Tak że jednak nie trwało to długo ta moja jazda za nim. Jakkolwiek kangury nie były jakimś poważnym problemem, bo było ich niewiele. Dla mnie większym problemem były samochody na długich światłach z naprzeciwka. Raz wystraszyłem się nie na żarty kiedy gościu totalnie mnie oślepił. Ale najgorsze było to, że myślałem, że to motor bo świeciło mu tylko jedno światło. A to nie był motor. Na szczęście ruch był niewielki i potem jechałem już sam tylko na długich, samym środkiem drogi. A droga stawała się naprawdę prościuteńka.

Mijaliśmy jakieś miasteczka, całkowicie bezludne o tej porze, a potem znów tylko droga i od czasu do czasu jakaś ciężarówka. Gwiazd na niebie miliony, za oknem ciemnica straszna i jakieś kangury na skraju drogi gotowe do skoku. W takich chwilach słyszałem tylko groźne "~Uważaj!" z siedzenia obok.

Były momenty, że w trakcie kiedy jechałem słychać było tylko cichuteńką muzyczkę i chrapanie Siwej, gdzieś tam z końca. Co jakieś pół godziny ktoś się przebudzał i sprawdzał czy ja nie śpię. Terka dwa razy oferowała zmianę ale ja się czułem całkiem OK i raczej nikłe szanse były żebym zasnął. Aczkolwiek uświadomiłem sobie jak łatwo można to zrobić nie zdejmując nogi z gazu. Przy takiej prędkości jak 100-120, którą cały czas jechałem wypadek zakończyłby się tylko w jeden sposób...

O 5:00 polecono mi zjechać aby wyprostować kości. Zatrzymałem się gdzieś w polu, zresztą nic innego już od dawna nie było. Minęło też 3.5 godziny mojego kierowania więc przyszła pora na Terkę. Maciek z Dorotką poszli na koniec pospać, a ja wróciłem na swoje miejsce. Miałem zamiar też pospać. Za jakieś pół godziny zaczęło się rozjaśniać ale ja już tego nie doczekałem. Jednak też już byłem zmęczony i zmiana się przydała. Trudno to nazwać bycie wypoczętym w przypadku Terki ale jednak chyba coś tam przysnęła na końcu więc miała pewien zapas sił. Niestety dla niej zaczął się najgorszy okres jeśli chodzi o kangury. Blady świt to ich ulubiona pora. Zaczęło się ich pojawiać coraz więcej.

 

Dzień 2 - sobota - 28 września 2002

                   POD ZIEMIĄ

"~ KANGURY!!!!!!!!!" to wykrzyknęła mi prosto do ucha siedząca obok mnie Gośka. Nie wiedziałem czy są przed nami, czy w samochodzie czy właśnie zabiliśmy jakiegoś. Okazało się, że skakały sobie gdzieś w oddali za płotem (trasy są ogrodzone). Spojrzałem na zegarek - ledwie po siódmej. Wyrwało mnie to ze snu. Ale i tak trochę pospałem. Próbowałem znów jakoś jeszcze zmrużyć oko ale ponownie usłyszałem "~ ZNOWU. JAKIE ŚLICZNE!!!" I tak już było co jakiś czas bowiem naprawdę zaroiło się od nich po obu stronach drogi. Stwierdziłem więc, że ze snu już nic nie będzie i założyłem okulary żeby też popatrzeć.

Wokół nas nie było nic. To znaczy płaska, czerwona ziemia porośnięta jakimiś krzaczkami, a na niej skaczące kangury, orły rozszarpujące wraz z krukami potrącone przez samochody resztki kangurów, strusie biegające trójkami, słońce wznoszące się coraz wyżej na całkowicie bezchmurnym niebie, a przed nami prościuteńka droga i Terka za kierownicą cisnąca ponad 120km/h. Tej jej wyczyny skończyłyby się tragicznie bo była najbliższa zabicia kangura. Jednak pocisnęła po hamplach i biedaczysko cudem umknął. Jednak jego kolega ptak miał mniej szczęścia. Z tyłu opadła tylko kupa piór, po tym jak trafiła go, gdy próbował się wzbić.

Droga idealnie prosta, przypominająca drogi w USA, gdzieś na Dzikim Zachodzie. Podobne klimaty. Może trochę inne zwierzęta ale jednak jakieś podobieństwo na pewno można dostrzec.

 

Fot.1. Na drodze Sydney – Broken Hill.

 

Następny przystanek mieliśmy na jakimś śmiesznym parkingu. Były jakieś ławeczki, huśtawki, kibelek. Oprócz nas jeszcze jeden samochód się zatrzymał. Pozjadaliśmy resztki, rozprostowaliśmy kości i już tak do końca wybudziliśmy się. Do Broken Hill zostało jeszcze trochę. Zadziwiającą rzeczą jednak było to, że było chłodno. Niby żadnej chmurki na niebie, słońce ostro grzeje ale wiatr robił swoje. Był naprawdę przenikliwy i trzeba było wyciągnąć... polary.

Maciek znów zaczął kierować. Na drodze większy ruch ale mimo wszystko bardzo nikły. Im bliżej Broken Hill tym więcej tablic ostrzegających o karze w wysokości $11,000 za wwiezienie owoców do strefy "bezowocowej". Podobno w owocach są jakieś larwy, których w tym rejonie nie ma, czy coś takiego. W każdym bądź razie, byliśmy zmuszeni pozjadać owoce, a na koniec resztę wyrzucić na specjalnym parkingu do tego przeznaczonym na granicy strefy.

Do Broken Hill wjeżdżaliśmy prowadzeni przez policyjnego jeepa. Jak przystało na władzę, gazik jechał 110km/h i biedny Maciek nic nie mógł zrobić, tzn. go wyprzedzić. Dodatkowym problemem był pusty bak. Cudem wręcz doczołgaliśmy się do miasta i zaraz zatankowaliśmy.

Broken Hill - (http://www.brokenhill.nsw.gov.au/) - to miasto w Australii, w stanie Nowa Południowa Walia, w paśmie górskim Main Barrier, na wysokości około 304 metrów. Broken Hill jest największą w Australii i jedną z największych na świecie kopalń rud cynku i ołowiu, założoną w 1883 roku. Miasto jest ośrodkiem usługowym regionu hodowli owiec; od 1939 roku baza lotniczej służby medycznej. W mieście mieszka około 20,000 osób. Położone jest na półpustynnym terenie w odległości 1,100km na zachód od Sydney.

Plan był taki aby szybko znaleźć jakiś nocleg. Minęliśmy motel Lake View ale za namową Macka wróciliśmy do niego. Na recepcji jakaś kobicina wyjaśniła, że są bardzo busy bo weekend, bo holidays w szkole i że mają sporo zabukowanych miejsc. Ale podobno jakiś domek jest wolny. Podjechaliśmy tam i okazało się, że całkiem przyzwoity. Oprócz Dorotki wszystkim bardzo się podobał. Postanowiliśmy, że zostaniemy, bo w dodatku cena była dość niska ($75). Kiedy wróciliśmy z powrotem nie było kobiciny a był (zapewne) były górnik. Broda do pasa, muskuły rozrywające koszulkę ale nad wyraz uprzejmy. Okazało się, że to on rządzi i wyszło na jaw, że "~ ona nie umiała tego przeczytać. Wasz domek też jest zabukowany. Możecie dostać kabiny." Obejrzeliśmy te kabiny ale nie zachwyciły nas.

Zaczęły się poszukiwania w samym już mieście. Jednak gdziekolwiek chodziłem się pytać problemem była liczba uczestników naszej wycieczki. Za dużo nas było. W przewodniku były podane tanie noclegi więc zaczęliśmy się kierować w tamtą stronę ale jednak jeszcze raz zaryzykowaliśmy w centrum. Z zewnątrz wyglądało porządnie. Wjazd przez bramę na coś w rodzaju dziedzińca. Naokoło kompleks pokoi, werandy na górze. Recepcja zrobiła wrażenie jeszcze większe. Elegancka pani w firmowym żakiecie, czerwone dywany. Ceny nie były zbyt wygórowane jak na taki standard - stwierdziliśmy. Wzięliśmy w ciemno bez oglądania pokoi, od razu na dwie noce. Wyszło po $75 na głowę za dwie noce. Maciek jeszcze zbił cenę jako posiadacz złotej karty banku St.George. (Nota bene nie miał ani centa na niej!) Dostaliśmy piątkę i trójkę do których poszło nasze małżeństwo czyli Majorowie.

Pokój nr 9, który dostaliśmy istotnie zrobił na nas wrażenie. Niestety bardzo złe. Wnętrze przypominało raczej salon fryzjerski z podłużnym stołem przymocowanym do ściany po jednej stronie, nad którym było ogromne lustro. Cztery krzesła obok siebie idealnie oddawały klimat salonu. Był telewizor - a jakże - ale pamiętał czasy pierwszych osadników w Broken Hill. Trzy dychy miał lekko. Na górze klimatyzacja ale chyba tylko atrapa. Dodatkowo jarzeniówki i malutka lodóweczka zaopatrzona w kilka piwek i soczków. Z tego wszystkiego od razu wypiliśmy z Maćkiem po jednym, wiedząc mimo wszystko, że nas skasują za nie później. Na szczęście łazienka była jak najbardziej przyzwoita.

Będąc jeszcze w recepcji nieśmiało dopytaliśmy się o miejscowe kopalnie. Pani była tak uprzejma, że dała nam broszurkę i tam znaleźliśmy numer telefonu bo jak się okazało w sobotę jest jedno zejście o 14.00. W ogóle z czasem było zamieszanie bo czas trzeba było przesunąć o 30 minut i niektórzy z nas poprzestawiali zegarki w drugą stronę. Ja w ogóle się tym nie przejmowałem. Co tam pół godziny. Zadzwoniłem na wskazany numer ale nikt nie odbierał więc postanowiliśmy z Maćkiem, że pojedziemy tam osobiście. Nie udało się nam jednak zbyć Majora i Terki i pojechaliśmy w czwórkę.

Hałdy kopalniane widać z centrum. Wielkie napisy "Underground Tours" są dobrze widoczne więc pojechaliśmy w tym kierunku. Zgodnie ze znakami powinniśmy skręcić w pewnym momencie w prawo ale nic tam nie było więc pojechaliśmy w drugą stronę. I dobrze. Podjechaliśmy pod samo wejście ale wszystko pozamykane. "~Pewnie nie ma chętnych" - stwierdziliśmy. Ale za chwilę podjechała babka i poinformowała nas, że jesteśmy za wcześnie i żeby być o 13:45. Czyli w ten sposób zabukowaliśmy wycieczkę. Byliśmy pewni, że będziemy jedyni.

Po powrocie część ludzi chciała się wykąpać ale my z Maćkiem stwierdziliśmy, że przecież za moment idziemy do kopalni więc nie ma sensu. Rozpakowaliśmy się, poprzebieraliśmy i zaczęły się dyskusje czy w kopalni będzie ciepło czy zimno. Ja się uczyłem w szkole, że im głębiej tym cieplej ale Siwa stwierdziła: "~ Jak byłam w Wieliczce to kurwa zmarzłam jak chuj." No i było po dyskusji. Może więc dlatego wzięła sobie klapki...

Kiedy wjeżdżaliśmy na hałdę znowu byliśmy prawie spóźnieni. Ale udało się nam zdążyć. Bilety po $30 kupiłem ja, bo ja byłem skarbnikiem i trzymałem tzw. klasowe pieniądze. Trzeba było dokładnie podać pani nazwiska, bo mieliśmy dostać certyfikaty z wycieczki. Potem przeszliśmy do miejsca gdzie jakiś gościu rozdawał kaski, prochowce i lampki. Wszystko to pamiętało odległe czasy ale mieliśmy niezły ubaw. Szczególnie wtedy kiedy Maciek nie mógł się zmieścić w płaszcz. Ale pan przyszedł z pomocą oferując model XXXL w kolorze niebieskim, nowy. Szybko więc ochrzciłem go jako inż. Karwowski bo wyróżniał się spośród całej masy szaro-burych, zwykłych roboli.

Zobacz video:   http://www.youtube.com/watch?v=vxhrEWj9Y2U

Nie byliśmy sami. Było naprawdę sporo ludzi. Oprócz nas kilka grup z Australii i jedna z Kanady. Kiedy przewodnik dowiedział się, że jesteśmy z Polski pochwalił się nazwiskiem (sz-cośtam-ski) i że podobno umie nawet mówić po polsku. No ale nie pokazał swoich umiejętności. Kazał natomiast zamontować lampki i akumulatory, które okazały się nadzwyczaj ciężkie. Kiedy cała grupa była już przebrana i gotowa zaczął się wykład na powierzchni.

Niestety facet mówił bardzo dużo, szybko i niewyraźnie. Po wstępnym wykładzie na temat sygnałów, kierunków itd. zaczęliśmy grupami zjeżdżać na podobno 130m pod ziemię. Kiedy z nami zjeżdżał obiecał, że będzie mówił wolno i wyraźnie. Oczywiście szybko o tym zapomniał.

Na dole czekała na nas grupa. Staliśmy w miejscu gdzie rozłożone były na stole różne minerały wydobywane w kopalni. No i zaczął się prawdziwy wykład. Trzeba przyznać, że facet wie wszystko o tej kopalni i o tym co się wydobywa, przetwórstwie i opowiadał bardzo szybko przy tym ciągle żartując i zadając zagadkowe pytania. Swoją wiedzę bazował na 36-letnim doświadczeniu.

Niestety po pół godzinie zaczęło to być męczące. Staliśmy w ciemnej komorze w grupie 30 osób i słuchaliśmy o cynku, ołowiu i warunkach wydobycia. Wszystko OK ale przynajmniej ja chciałem coś więcej zobaczyć. Pozostali też się denerwowali a szczególnie Siwa, która podeszła do mnie i stwierdziła: "Ja go kurwa w ogóle nie rozumiem". Istotnie, facet nie miał akcentu królowej brytyjskiej. Drugie pół godziny stania działało mi już na nerwy.

Wreszcie gdzieś się ruszyliśmy. Przeszliśmy ze 20m a tam tablica ze zdjęciami i ławeczki. Wreszcie usiedliśmy trochę, zdjęliśmy hauery ale facet gadał dalej. To podobno jego dwa tysiące któreś tam zejście z wycieczką. No ale tym razem trochę nas zainteresował bardziej. Pokazał dwie maszyny jak działają aż wreszcie zaczął zagadywać ludzi bardziej śmiele. Kanadyjczyków spytał o jakąś miejscowość, a potem przeszedł do nas. Nas zapytał czy znamy "~Tajskie bije" Chodziło mu oczywiście o "Tyskie Beer" i zaczął opowiadać jak to nasi przyjechali do Broken Hill kręcić reklamę. Bardzo był zadowolony bo za trzy dni zdjęć zarobił $750, a kompletnie nic nie powiedział i tylko siedział w pubie w ciemnych okularach. Powiedział też, że aby ładnie wyglądało piwo w reklamie to dolali tam pianki do golenia. Ten fragment rozbawił całą wycieczkę.

Zobacz reklamę: http://www.youtube.com/watch?v=Z62ftDRix18

Minęło sporo czasu zanim gdzieś znów poszliśmy. Ale znów było to jakieś 50m ciemnym korytarzem. Tam wykład a na koniec minuta ciszy i ciemności za ponad 700 górników, którzy zginęli w tej kopalni.

Powrót był bardzo oczekiwany przez nas. W sumie tylko Maciek nie powiedział złego słowa o wycieczce. Bardzo mu się podobało. Mnie też się podobało ale liczyłem na coś więcej bo większość informacji, których się dowiedziałem mogę sobie sam znaleźć w książkach.

Na powierzchni oddaliśmy sprzęt i zrobiliśmy sobie kilka zdjęć. Przystąpiliśmy do realizacji kolejnego punktu programu. Wyczytaliśmy bowiem, że 11km za miastem jest jakiś punkt widokowy, gdzie ślicznie widać zachód słońca. Wzgórze ma nazwę Sculpture Symposium i można tam zobaczyć bodajże 12 rzeźb wykonanych przez 12 różnych rzeźbiarzy z różnych państw. Aby się tam jednak dostać trzeba wykupić klucz od bramy wjazdowej w informacji turystycznej.

Zaczęliśmy więc poszukiwania informacji a przy okazji sklepów. Broken Hill ma sieć ulic, które noszą nazwy pierwiastków albo związków chemicznych. Są więc takie ulice jak bromowa, chlorowa, siarkowa, wolframowa, kobaltowa czy kryształowa, na której mieszkaliśmy. Centrum informacji turystycznej odnaleźliśmy, a przy okazji Dorotka zauważyła "~...supersam z koszykami!" To wyrażenie towarzyszyło nam do końca wycieczki.

Do środka wysłali mnie i Terkę. Klucz wykupiłem za $6 ale trzeba było zostawić $20 depozytu. Dodatkowo spytałem się o Latających Doktorów. Pani dała nam mapkę i zaznaczyła trasę jak dojechać w te miejsca. Kiedy wróciliśmy Siwa oczywiście paliła, a Maciek nerwowo coś przebąkiwał o bottle shopie. Jak na zawołanie po drugiej stronie ulicy był piękny sklep oferujący cokolwiek chcieliśmy. Wybraliśmy się prawie wszyscy i każdy zakupił po sześciopaku ale każdy innego piwa. 

Nie sprawiło nam kłopotu dotarcie na wzgórze, bo prowadziła tam prosta droga. W sumie klucz był potrzebny tylko po to aby wjechać tam na szczyt, czyli dla leni. Można równie dobrze było się przejść. Choć może nie do końca, bo kiedy wylądowaliśmy na szczycie, to oprócz marsjańskiego widoku, poczuliśmy też marsjański wiatr. Wiało niemiłosiernie. Byliśmy trochę za wcześnie jak na zachód słońca. Na oglądanie rzeźb nikt nie mógł sobie pozwolić bo było straszliwie zimno. Wróciliśmy więc na chwil kilka do auta, a ja wychodziłem jeszcze sprawdzać czy już zachodzi kilka razy. Dorotka w ogóle zrezygnowała, a ja oczywiście w końcu przegapiłem. Może nie całkowicie ale gdy któryś raz z rzędu sprawdzałem to już była końcówka. Major mnie pocieszył, że nie było tak dobrze widać bo były chmury.

Zobacz video:   http://www.youtube.com/watch?v=aZIBbkYhTcA

Byliśmy naprawdę przemarznięci i każdy myślał już o powrocie do hotelu. Zmęczenie zaczynało dawać się we znaki, było już ciemno, zimno. Każdy chciał się wykąpać no i coś zjeść. Naturalnie zakupy też się nie mogły doczekać konsumpcji.

Gdy dojechaliśmy do hotelu, ustawiła się kolejka do kąpania no a my w tym czasie rozpoczęliśmy część nieoficjalną. Posiedzieliśmy tak trochę, rozlokowani na łóżkach. Majory naturalnie siedzieli u nas. Wreszcie zadecydowaliśmy, iż trzeba wyjść coś zjeść. Jakimś trafem mieliśmy ulotkę z chińskiej knajpy obok i po analizach cenowych i menu postanowiliśmy tam pójść. Wybór padł na zestaw 11 daniowy za niecałe $20. Wszyscy zaakceptowali. Wyszliśmy.

Do przejścia mieliśmy kawałeczek. Gdy weszliśmy na salę zauważyliśmy dwa duże stoły. Jeden dla nas. Oprócz nas bardzo niewiele osób. Zamówiliśmy nasz zestaw i zaczęło się oczekiwanie. Wino wybrał Maciek. Na rozgrzewkę poszły jakieś chipsy na które się wszyscy rzucili. Mi nie pasował kolor (różowy) i potem się okazało, że dobrze zrobiłem, że tego nie ruszyłem. Chipsy nie były ziemniaczane tylko krewetkowe i nikomu nie smakowały. Chwilę później zaczęły lądować na obrotowym stole różne chińskie wynalazki. Kurczaki, kaczki, baranina, steki, warzywa, owoce morza. Niestety zaczęli od dupereli i w miarę jedzenia przynosili potężniejsze rzeczy. Na szczęście porcje były malutkie i każdy zjadł tyle ile chciał nie omijając niczego. Kolacja przeciągała się w czasie i tuż przy jej końcu Dorotka nie była w stanie kontynuować posiedzenia. Maciek odprowadził ją do pokoju a kiedy wrócił przyszedł czas na desery. Nie byliśmy do końca pewni czy to jest wliczone ale wyszło, że tak. Były więc lody, zapiekane banany i kawka. Zgodnie z umową jeszcze z Sydney za Maćka, Dorotkę, wino no i oczywiście siebie zapłaciłem za swoje. Za pozostałych z "klasowych".

Ostatnim punktem programu miało być wyjście do miejscowego pubu. W przewodniku podają, że w sobotnie wieczory miejscowe puby tętnią życiem. Ja miałem ochotę zobaczyć jak wygląda taki pub w samym środku górniczego miasta gdzie do najbliższego miasta jest 150km. Dlatego nawet nie myślałem o pójściu spać. Wiadomo było, że Majorowa nie pójdzie a jak ona to mąż też nie, Siwa była pewniakiem, Maciek wyglądał też na chętnego a Terka nic nie mówiła, że nie ma ochoty iść. Jednak pod koniec kolacji odpadła Terka a Maciek zaczął się wahać. Kiedy weszliśmy do pokoju Siwa nie wierzyła, że ja mówię poważnie o wyjściu. Ale ja mówiłem poważnie. Maciek definitywnie wskoczył do łóżka. W takim razie ubrałem się cieplej i ruszyłem wraz z Siwą na podbój miasta.

Jeśli Broken Hill tętni życiem, to Jerzmanice Zdrój to Las Vegas. Minęliśmy pięć pubów, które były... zamknięte. Doszliśmy do centrum i zauważyłem neon "Live" co oznaczało, że być może coś się będzie działo ciekawego. Przy wejściu pan poinformował nas, że musimy wypisać karneciki jako przepustkę. Ale wpuścili nas. Oczom naszym ukazały się dwie sale. W jednej maszyny do gamblingu, a druga to sala rodem z polskiej gieesowskiej przeszłości lat 70. Na podwyższeniu zespół, jak najbardziej live, odgrywający standardy Beatlesów i Rolling Stonesów (wcale nienajgorzej) a na parkiecie trzy pary w tym jedna lesbijska. Na sali z siedem osób w wieku powyżej 60 lat.

Podszedłem do baru i spytałem o jakieś lokalne piwo bo chciałem spróbować. Barman pokazał mi, że jest ale skrzywił się i powiedział żebym tego nie pił. Poprosiłem raz jeszcze ale on odmówił znowu. Zdziwiony ponowiłem próbę ale on stanowczo nalegał żebym wypił VB. No cóż, uległem i wziąłem VB za jedyne $2.40. Usiedliśmy z Siwą przy malutkim stoliku i patrząc na pary tańcujące przy akompaniamencie zespołu gadaliśmy sobie. Poszła druga kolejka, przyszedł SMS od Świrka i tak nam zeszło. Wyszliśmy po 23.00. Gdy wróciliśmy wszyscy oczywiście dawno spali zmęczeni po poprzedniej nocy i całym dniu. Mnie po tych kilku piwkach też się dobrze spało. Na szczęście śniadanie było wliczone w cenę pokoju więc spokojnie nie trzeba było się martwić. 

Dzień 1 i 2: Sydney – Broken Hill 1170km

 

Dzień 3 - niedziela - 29 września 2002

   SZKOŁA, DOKTORZY I PUB NA PUSTYNI

Obudziłem się kiedy pani pukała ze śniadaniem. Jak się okazało Siwa już brykała po pokoju. Ja powoli się rozbudzałem i na śniadanie nie byłem przygotowany. Na szczęście dla mnie, dziewczyny okazały się tak miłe, że śniadanko zjadłem sobie nie wychodząc z łóżka. Maciek kiedy ruszył się z łóżka zaprezentował nam całą gamę porannych ćwiczeń fizycznych w stylu Jasia Fasoli. Zaczęliśmy powoli się zbierać.

Najpierw pojechaliśmy oddać klucz i odzyskać $20. Tam przy okazji spytaliśmy o School Of The Air. Niestety do czwartku zamknięta z powodu wakacji. Ale i tak postanowiliśmy pojechać zobaczyć ją.

School Of The Air – (http://www.cultureandrecreation.gov.au/articles/schoolofair/) – czyli Szkoła przez radio, to rodzaj szkoły oferowanej dla dzieci zamieszkujące odległe tereny środkowej Australii. Powstała w 1950 roku i aż do 2002 oferowała naukę przez radio. Obecnie radio zostało w głównej mierze zastąpione internetem. Podręczniki są wysyłane pocztą lub poprzez Latających doktorów. Lekcje odrabia się z pomocą rodziców lub rodzeństwa. Codziennie uczeń spędza w takiej szkole około godziny.

Fot.2. Szkoła przez radio w Broken Hill.

 

Kolejny punkt to Flying Doctors. Troszkę za miastem, naturalnie przy lotnisku. Znów jednak byliśmy za wcześnie. Postanowiliśmy, że spróbujemy pojawić się na ostatnią turę o 15:15. Do tego czasu możemy skoczyć do Silverton.

Silverton – (http://www.silverton.org.au/) - to miał być gwóźdź programu dzisiejszego dnia. Oddalone o 25km od Broken Hill, niby miasteczko a w rzeczywistości pub na środku pustyni i miejsce wielu filmów (m.in. Mad Maxa). Obecnie pozostała tam garstka mieszkańców i słynny pub. Jednak życie napędza przemysł filmowy.

Zobacz zwiastun Mad Maxa 2: http://www.youtube.com/watch?v=w5W0YQCcI7E

Kiedy Terka prowadziła, ja kierowałem ją trzymając mapę, kamerę i piwo. Skutkiem tego oczywiście było rozlanie piwa ale ujęcia pustynne zapewne wyszły. W czasie drogi mijaliśmy wielu motocyklistów oraz inne samochody. Terka nawet jednego by przytarła.

Tuż przed Silverton ujrzeliśmy drogowskaz "Camel Rides". Bez zastanowienia skręciliśmy. Na malutkim parkingu leżały sobie wielbłądy. Cennik jak najbardziej znośny. Pięć dolców za pięć minut. To powinno wystarczyć. Dobiliśmy targu. Zaczęliśmy od sesji zdjęciowej i wywiadów do kamery. Potem rozlokowaliśmy się parami. Ja dostałem wielbłąda na spółkę z Terką, Majory oczywiście razem, a że Dorotka robiła zdjęcia i kręciła Maciek został z Siwą.

Oboje stwierdzili, że to nie za dobry pomysł. Po prostu szkoda wielbłąda, który mógłby się nie podnieść. Gdy przedstawili swoją uwagę właścicielowi ten zgodził się z tą sugestią. Dostali dwa oddzielne zwierzaki.

Wsiadanie nie sprawia problemu bo one leżą. Jednak kiedy się podnoszą trzeba się odchylić do tyłu żeby nie spaść. Dopiero kiedy stoją widać jak bardzo są wysokie. Sama przejażdżka nie robi jakiegoś piorunującego wrażenia, w ogóle nie trzęsie ale zapewne przy takiej prędkości ciężko coś poczuć. Szliśmy jeden za drugim. My byliśmy pierwsi i łeb tego drugiego miałem obok nogi. Potem nasz zrobił kupę temu drugiemu do buzi i wróciliśmy.

Fot.3. Przejażdżka na wielbłądach w okolicach Silverton.

Zsiadanie też było dziwne. Konieczne wychylenie bo najpierw zginał przednie łapy. Gibnęło nami ale ogólnie takie właśnie coś za $5. Maciek namówił jeszcze Dorotkę na przejażdżkę i w tym czasie ja trochę pokręciłem. Chwilkę później już byliśmy gotowi do wjazdu do Silverton.

Istotnie oprócz pubu były jeszcze chyba ze dwa albo trzy budynki w tym miejscu. Przed pubem stał czarny wóz z rejestracją MAX. Z przodu jakaś maszyneria na masce, w środku dwie butle, najpewniej pojazd z filmu.

Fot.4. Pub w Silverton.

W pubie aż się roiło od zdjęć z filmów i innych gadżetów. Istnieje nawet strona poświęcona filmom i reklamom kręconym w tych rejonach (http://www.filmbrokenhill.com/).

Po drugiej stronie budynku motocykliści, których tu było multum, mieli swój parking gdzie stały pięknie wypucowane maszyny. Sam pub malutki ale miał ogródek. Tam trochę mniej wiało.

Zobacz video:     http://www.youtube.com/watch?v=jgBQTM6WE90

Trochę dalej była klatka z papugami. Ptaki robiły furorę bo gadały. Umiały powiedzieć "Hello coffee", "All right" i coś tam jeszcze. Wywieszka na klatce ostrzegała jednak, że papugi gryzą. Postaliśmy koło nich trochę a potem naturalnie przyszedł czas na piwko.

Maciek był bardzo zachwycony miejscem i kiedy go spytałem o Doktorów po cichu mi odpowiedział: "~Ale czy my naprawdę musimy tam jechać? Tutaj przecież też może być fajnie;-)" Naturalnie zrozumiałem aluzję. Pora więc na browar. Poszedłem do pubu zamówić ale przy barze Maciek i Dorotka już odbierali 7 piw. Kiedy zaoferowałem płacenie "klasowymi" odpowiedzieli, że oni płacą "~... bo my mamy specjalną okazję." Przez głowę przemknęła mi myśl, że chodzi o zaręczyny ale nie pytałem. Wróciłem do stolika. Chwilę poczekaliśmy aż wszyscy się zejdą i wtedy Dorotka potwierdziła moje przypuszczenia. Oczywiście wypiliśmy za ich zdrowie, Dorotka pochwaliła się pierścionkiem z białego złota i diamentem w środku. Ja nakręciłem krótki filmik i przystąpiliśmy do konsumpcji kolejnych bronków.

Maciek ani myślał się ruszać z tego miejsca. Bardzo dobrze się czuł tutaj. Major przebąkiwał coś o wizycie w pobliskiej kafejce. Browary szły dalej ale do czasu kiedy dziewczyny zadecydowały o tym, że jednak trzeba pojechać do Doktorów. Zanim jednak to zrobimy można pojechać na punkt widokowy oddalony o 5km. Tak zadecydowała w sumie Terka. No i Maciek nie miał tak naprawdę wyjścia.

Istotnie 5km od Silverton było wzgórze zwane Mungi Mungi. Wyskoczyliśmy z auta dzierżąc browary w rękach i pstrykaliśmy zdjęcia w tle z pustynią. A wiało jak cholera. Po sesji zamiast pojechać z powrotem, Terka pojechała dalej. Za następne 5km miał być jakiś rezerwuar wodny. Kiedy tam dojechaliśmy Siwa spytała się kiedy dojedziemy do tego Mungi Mungi. Reakcja pozostałych była oczywista...

Jak się okazało zbiornik otoczony tamą to rezerwuar wody pitnej dla Broken Hill zbudowany już w 1910r. Na wał nie wolno było wejść ale ja jako pierwszy zszedłem nad brzeg przez krzaki. Za mną pozostali i tam znów piwo, zdjęcia, film i na koniec zawody w puszczaniu kaczek zorganizowane przez Majora i rzuty na odległość.

Przy zbiorniku kończyła się droga asfaltowa i zaczynała "czerwona" czyli ubita gleba. Nie wiadomo w sumie po co, Terka wjechała tam. Nikt nie protestował bo za bardzo nie wiedzieliśmy gdzie jedziemy. Terka nie piła więc jechała i już. A my się fajnie bawiliśmy w aucie. Jadąc tak donikąd zatrzymaliśmy się na robienie zdjęć. W tym też czasie Majorowa chciała wreszcie zrealizować swój plan przejechania się samochodem. Brzęczała o tym od dłuższego czasu. Pojechała więc z Terką jeszcze dalej tą polną drogą, a my piliśmy na środku tej drogi. Major jak antropolog oglądał jakieś szczątki kangura. W tym czasie podjechały dziewczyny z wyraźnie uszczęśliwioną Gośką.

Kiedy ruszyliśmy nadal z Majorową jako kierowcą, przejechaliśmy kawałeczek aż do momentu kiedy widać było żywe kangury skaczące gdzieś w oddali. Maciek wyrwał z samochodu z aparatem za nimi. Podchodził do nich i robił im zdjęcia. Inni też powyciągali aparaty. Wreszcie skończyły się sesje i zaczęliśmy opuszczać czerwoną drogę.

Zobacz Outback na video:    http://www.youtube.com/watch?v=rP5m803_NKM

Po jakichś 500m już na asfalcie Majorowa stwierdziła: "~ Bez prawa jazdy i po 2 piwach, to może już nie będę jechać.", "~Też tak uważam" - dorzuciła Terka i dziewczyny się zamieniły. Majorowa nabrała pewności po tej przejażdżce na tyle żeby pojechać do Nowej Zelandii jak później mówiła.

A my już przejechaliśmy Silverton i kierowaliśmy się do Broken Hill do Doktorów. Musieliśmy zdążyć na 3:15. Kiedy wjeżdżaliśmy na parking była 3:15. Ale bez problemu udało się nam zdążyć.

The Royal Flying Doctor Service of Australia (RFDS) -  (http://www.flyingdoctor.net/default.htm) – czyli Latający doktorzy, to organizacja non-profit, która organizuje opiekę medyczną dla osób zamieszkałych na tzw. outbacku czyli terenach pustynnych środowej Australii, do których dostęp, ze względu na odległości, jest bardzo utrudniony. System działa od 1928 roku i obecnie posiada 23 bazy, 38 samolotów i zatrudnia ponad 500 osób. Średnio dziennie wykonuje się 40,000 km, ląduje się ponad 100 razy i odwiedza blisko 600 pacjentów.

Fot.5. Latający doktorzy w Broken Hill.

Kupiłem 7 studenckich biletów i najpierw obejrzeliśmy krótki film o historii firmy. Potem przeszliśmy do hangaru żeby zobaczyć samoloty ale nie wolno było wejść do środka. Widzieliśmy też centrum dowodzenia, mapy z zaznaczonymi miejscami do których docierają, a na koniec pogadaliśmy sobie z panią w sklepie. Jeśli dobrze zapamiętałem to mówiła, że obecnie pracuje 6 lekarzy, 10 pilotów i 6 pielęgniarek. Kiedy tak z nią rozmawialiśmy właśnie wylądował jeden z samolotów z chorym na pokładzie. Poszliśmy go obejrzeć ale to nic poważnego, po prostu wrócił z badań z Adelajdy.

Tak więc po krótkiej wizycie u Doktorów trzeba było coś zjeść porządnego wreszcie. Zaczęliśmy więc szukać czegoś fajnego. Wylądowaliśmy w końcu w porządnej knajpce w centrum Broken Hill. Pusto było ale ładnie w środku. Pozamawialiśmy spore obiady. Na bogato jednym słowem. My z Maćkiem oczywiście po dużym steku średnio wypieczonym (tak żeby troszkę krwi jeszcze było) za $17, naturalnie po kilka piwek, sałateczki, potem desery i jeszcze raz kolejka piwek. Całkiem sporo czasu tam spędziliśmy ale było fajnie. W tym czasie do wszystkich po kolei dzwoniła Ola z Gold Coastu ale kiedy zadzwoniła do Terki, ta zniknęła na jakieś pół godziny.

Nadeszła wreszcie chwila żeby opuścić lokal. Słychać było w tle jakieś sugestie o pubie ale jak Maciek się dowiedział od gościa z wielbłądami, najlepszym pubem w mieście jest Social Democratic Pub. Potwierdziło się to w przewodniku. A więc nawet nie wiedzieliśmy z Siwą, że trafiliśmy do najlepszego pubu w Broken Hill. Całkowicie przypadkowo. Kiedy to wyszło na jaw nie za bardzo mieliśmy ochotę zwiedzać te trochę gorsze...

Wróciliśmy do hotelu. Piwa mieliśmy jeszcze sporo. Niestety jak się okazało za mało ale to było już późnym wieczorem. Wtedy strasznie zaczęła mnie i Maćka boleć głowa. Piwo się skończyło, włączyła się suszarnia i przyszedł ból głowy. Większość z nas wysyłała SMSy, a przez cały wieczór oglądaliśmy w TV koncert z Londynu na 50-lecie panowania królowej. Nie wiem jak to się stało ale Siwa wylądowała u mnie na łóżku i razem oglądaliśmy koncert troszkę kłócąc się od czasu do czasu na temat wykonawców. Koncert mi się podobał, występowali tacy ludzie jak Queen, Clapton, pół Black Sabbath, McCartney, Cocker i inni. Długo zresztą grali. Tak długo, że Siwa zasnęła. Kiedy Majory się zwinęli, Maciek wskoczył do wyrka, a ja poszedłem się wykąpać. Wybudziłem potem Siwą i też się położyłem. Ból głowy nie przeszedł, a ja nie miałem miejsca gdzie postawić zegarka na mojej szafce. Za dużo butelek.

Dzień 3: Broken Hill – okolice Silverton – Broken Hill  50km

 

Dzień 4 - poniedziałek - 30 września 2002

                        POWRÓT

Pukanie do drzwi pani ze śniadaniem wyrwało mnie ze snu. Maciek wyskoczył jak oparzony i przyniósł śniadanie. Tak jak wczoraj śniadanie zjadłem w łóżku. Siwa naturalnie wstała pierwsza z wszystkich i już wykąpana itd. My zaczynaliśmy się dopiero zbierać. Jednak chcieliśmy wyjechać jak najwcześniej. Maciek ponownie zaprezentowali całą skalę ćwiczeń porannych a my zaczęliśmy pakowanie.

Śniadanie było bardzo skromne i trzeba było pojechać do "supersamu z koszykami" coś dokupić. W dodatku Majory dali ciała i nie zamówili sobie śniadania poprzedniego wieczoru. Wyszło więc, że pojechałem z Maćkiem do sklepu. Mieliśmy też po drodze kupić znaczki i wysłać kartki, które wczoraj wieczorem wypisywaliśmy. Pocztę znaleźliśmy ale trzeba było poczekać 10min na otwarcie. W tym czasie zatankowaliśmy do pełna. Powrót na pocztę a potem zaczął się koszmar - szukanie "supersamu z koszykami". Popieprzyły się nam te wszystkie pierwiastki i jeździliśmy jak idioci po całym mieście. Wreszcie znaleźliśmy duży kompleks z Woolworthsem. Tam wzięliśmy wózek (a nie koszyk) i załadowaliśmy żarcia na drogę. Kiedy wychodziliśmy dzwoniła Dorotka na mój telefon. Powiedziałem, że byliśmy tak długo w pubie. Chyba uwierzyła bo kazała nam chuchać jak wróciliśmy.

Po przekąszeniu zapakowaliśmy się i w drogę. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Broken Hill zauważyliśmy drogowskaz, który stwierdzał: "Sydney 1170". Całkiem sporo. Kierował Maciek i jazda przebiegała bez żadnych niespodzianek. Za oknami zrobiło się mniej wietrznie i w związku z tym cieplej, słońce na szczęście nie raziło choć jechaliśmy na wschód. Krajobraz cały czas taki sam. Czerwono i krzaczasto.

Pierwszym przystankiem był przystanek na zdjęcie. Terka marzyła o tym zdjęciu od zawsze i chciała koniecznie pobić swoich współlokatorów. Zdjęcie na tle znaku drogowego przedstawiającego kangura a pod nim napis i podana liczba kilometrów. W okolicach Sydney można spotkać 8km i podobne ale ten był już konkretny: "Next 240". Podobno Ola i Marcin maja 210. Nie tylko Terka zrobiła sobie zdjęcie. Ja też i pozostali także. W sumie chyba nigdzie na świecie nie można takiego zdjęcia sobie zrobić. Kiedy przebiegała sesja zdjęciowa, Major tradycyjnie robił oględziny jakiegoś truposza. Prosił Maćka o dobre ujęcie zwłok, co ten uczynił.

Fot.6. Na trasie Broken Hill – Sydney.

Kolejny przystanek był na tankowanie. Stacja benzynowa i sklep na środku pustyni robi wrażenie. Cena benzyny też. Zapłaciliśmy aż $1.07 za litr. Zjedliśmy coś, pokupowaliśmy sobie lody a Siwa wreszcie zapaliła sobie. Jak się okazało właścicielem stacji był gościu o nazwisku... Garcarz. Nie zdziwilibyśmy się gdyby był ze Złotoryi...

Postanowiłem, że teraz ja pojadę. Kiedy wydawało mi się, że wszystko już jest OK, ruszyłem na wstecznym ale okazało się, że Majorowa chlipała ogórkową Knorra. Przy hamowaniu rozlała wszystko. Nic nie powiedziała choć wyobrażam sobie co o mnie pomyślała. Istotnie zalaną miała poduszkę i spodnie. No ale nie mogłem jej widzieć po siedziała za mną. Wreszcie można było jechać.

W czasie kiedy prowadziłem, prowadziłem również ożywioną dyskusję z Terką, która siedziała obok mnie. Pozostali słuchali muzyki, spali, czytali itd. Kangurów nie było dużo. Było za to stado krów przechodzące przez ulicę. No i widzieliśmy przebiegającą przez ulice kolczatkę! Kangury, misie koala, dziobaki i kolczatki to chyba najbardziej słynne zwierzęta australijskie. A nam się udało przypadkowo zobaczyć kolczatkę.

Mijaliśmy jakieś wioski-miasta, droga bez zbytniego ruchu, prędkość nie większa niż 120km/h jak kazał Maciek ("~Jedziesz nielegalnie. Nie jesteś wpisany!") więc nic się nie działo zaskakującego. Dopiero kiedy Dorotka podsunęła pomysł zabrania czerwonej ziemi ze sobą, dziewczyny uznały, że to wspaniały pomysł. Musiałem więc się zatrzymać żeby mogły nabrać sobie tej ziemi. Siwa zabrała chyba z 5kg piachu, a Majory też gdzieś zniknęli w poszukiwaniu lepszego miejsca (i może nowych trupów). Major wrócił z jakąś kością, a Gośka zauważyła pasącego się konia i już zajęła się dokarmianiem go. Siwa sobie zapaliła i dopiero po chwili mogliśmy jechać.

Następny przystanek był wymuszony przez Siwą. Akurat było fajne miejsce do zaparkowania. Tam było siku i znów zmiana kierowcy. Do Dubbo pozostało 120km i Maciek chciał dojechać do tego miejsca. Kiedy ruszył od razu  poprawił się humor Majorowej ("~ No, teraz to jest prędkość!") bo Maciek jechał prawie cały czas 140-150km/h.

W Dubbo było już ciemno kiedy tankowaliśmy. Przy stacji było miejsce żeby coś zjeść. Prawie wszyscy skorzystaliśmy z sugestii właściciela i za $8.80 nabraliśmy ile się da na talerz chińszczyzny. Byliśmy gotowi do drogi. Terka miała już jechać do końca. A zostało 410km. Powoli dopadało nas zmęczenie i znużenie. Robiło się późno i zrobiliśmy tylko jeden przystanek. Wyskoczyłem z Maćkiem w jakiejś mieścinie w poszukiwaniu monopolowego. Kiedy spytałem gościa z pubu gdzie najbliższy bottle shop, odpowiedział, że tu właśnie. Zakupiłem więc sześciopaka i wróciliśmy do wozu. Do końca sączyliśmy w trójkę bo przecież dziś dzień chłopaka, o którym musiałem dziewczynom przypomnieć.

Przed Sydney zadzwonił Marcin, że zaprasza na kolację po przyjeździe do Sydney. Co dziwne wszyscy z chęcią się zgodzili. Jednak nasze wyliczenia nie były precyzyjne i wyszło na jaw, że będziemy w okolicach północy w Sydney. Marcin przyszykował wszystko i czekał. Niestety niektórzy z nas musieli nazajutrz wstać wcześnie do pracy i pierwsi odpadli Majory. Gośka kazała się zawieźć do domu. Tak też się stało. Dorotka ledwo żyła więc i Maciek poprosił o zawiezienie do domu. Mnie i Siwą ciężko zmusić do snu więc my twardo zostaliśmy. Umówiliśmy się, że Terka odwiezie Siwą po kolacji, a ja wezmę samochód i zostawię pod domem.

Kiedy przyjechaliśmy na miejsce przywitał nas Marcin z Mitchem i obficie zastawiony stół. Sławek spał w pokoju i przez to doszło między mną a Siwą do ostrej wymiany słów bowiem Siwa strasznie głośno opowiadała wrażenia z wycieczki. Niestety atmosfera napięcia utrzymała się i później stawało się ostrzej. Zaczęła się regularna kłótnia przerwana przez Terkę. W tym czasie Siwa zmyła się z Terką. Ja zostałem jeszcze trochę, pojadłem a kiedy wróciła Terka to jeszcze poopowiadaliśmy chłopakom o wycieczce.

Ostatnim punktem programu miało być moje odprowadzenie samochodu pod nasz dom. Nie było z tym problemu do momentu kiedy zamknąłem drzwi i chciałem iść do domu. Zaintrygowało mnie mrugające światełko na pulpicie. Czerwony samochodzik. Chciałem przedzwonić do Terki co to jest ale skończył mi się kredyt. Na SMSa też było za mało. Wróciłem do domu i zadzwoniłem z domu. Ani ona ani Marcin nie wiedzieli co to oznacza. Nie dawało mi to spokoju i wróciłem sprawdzić jeszcze raz. Okazało się, że to po prostu znak, że można wsadzić kluczyk. Bo na samochodziku był narysowany kluczyk. Ci Japońce zdecydowanie za dużo pierdół umieścili w tym samochodzie. Symboli, światełek, przycisków, dźwięków itd. A pasy były zepsute i przez całą drogę jechałem z tyłu z niezapiętymi. Wróciłem więc do domu spokojniejszy i położyłem się spać. Była 3.00 rano.

 

Dzień 4: Broken Hill - Sydney 1170km

 

 

                BROKEN HILL - 2002

 

 

 

 

1.

Sydney – Broken Hill

1170

2.

Broken Hill - Silverton

25

3.

Silverton – Broken Hill

25

4.

Broken Hill - Sydney

1170

 

 

 

 

 

2,500 km

ŹRÓDŁA: Wszelkie profesjonalne opisy zabytków i miejsc zostały skopiowane z poniższych stron:  www.wikipedia.org oraz www.przewodnik.onet.pl. Mapy skopiowano z www.mynrma.com.au oraz www.auinfo.com .