Powrót
   

     QUEENSLAND 2002

Czas: 9 czerwca 2002 - 17 czerwca 2002

Miejsce: Sydney - Townsville - Airlie Beach - Morze Koralowe - Airlie Beach –

            Townsville - Cape Tribulation - Cairns - Townsville - Sydney

Osoby: Ola Bąk (27, Złotoryja), Marcin Wysocki (29, Głogów), Teresa "Terka"

          Dąbrowska (27, Wieruszów), Mietek "Mitch" Wojnowski (27, Oława),

          Artur "Wons" Rokicki (27, Łowicz), Sebastian "Świrek" Zdyb (27,

          Jerzmanice Zdroj), Dawid "Profi" Droń (27, Złotoryja)

Cel: nurkowanie na rafie, krokodyle, lasy tropikalne, bungy

Koszt: $AUD 1,500/os.

 

DZIEŃ 1 - 9 czerwca 2002 - niedziela

                 TROPIKI W ZIMIE

Trzeba było wstać o 6:00. Świrek nocował u mnie a spakowaliśmy się już wczoraj. Nie zabrałem dużo rzeczy. Po przebudzeniu więc tylko szybkie śniadanko. Dorotka jednak zdecydowała się też wstać i odprowadzić nas na lotnisko. Z pozostałymi umówiliśmy się na przystanku. Dużo więcej plecaków mieli ludzie z Guilderthrope w porównaniu do mnie i Świrka.

Na lotnisko dojechaliśmy oczywiście 400-ka i zajęło nam to 40 min. Tym razem lotnisko krajowe więc nie ma tak wielkich przepraw. A jednak potrzebne było ID. Miałem tylko legitymację studencką ale to wystarczyło. Na lotnisku rozpoczęliśmy też kręcenie filmu. Nie obyło się też bez problemów. Ponieważ moja torba była mała, postanowiłem wziąć ją ze sobą jako bagaż podręczny. Ale doczepili się do mnie, prześwietlając ją, że w kosmetyczce mam cążki do paznokci. "~To może być użyte jako broń! " - wyjaśnił mi facet, pokazując, że można je wbić komuś w szyję. Zabrał te cążki i nawet moja prośba żeby oddał je Dorocie, która przecież nie leci z nami, nie została spełniona.

Do samolotu wchodziliśmy powolutku i z włączona kamerą. Zdziwiło mnie, że samolot był tak duży i tyle osób leciało z nami. Usiadłem sobie jak zwykle przy oknie a obok mnie Mitch. Wszyscy siedzieliśmy blisko siebie i lot minął nam przyjemnie (no może tylko Wons miał jak zwykle obawy).

Po wylądowaniu w Townsville 2 godziny później, zaszokowały nas dwie rzeczy. Najpierw uderzyła nas potężna fala gęstego i gorącego powietrza, a drugą rzeczą było to, że schodziliśmy z samolotu bezpośrednio na płytę lotniska. A więc jesteśmy w tropikach. Trzeba się przebrać bo się zagotujemy. A to przecież środek zimy...

Townsville – (http://www.townsville.qld.gov.au/) – to przemysłowe miasto położone 1,500km na północ od Brisbane w tropikalnej części Australii. Zamieszkane jest przez 150,000 mieszkańców. Jest to popularny punkt wypadowy dla miłośników nurkowania na rafie.

Kiedy część osób odbierała bagaże, Ola już załatwiała transport do centrum Townsville. Udało jej się załatwić za $4 od głowy. Oprócz nas załadowało się sporo innych osób i facet rozwoził ich po całym mieście. Nas wysadził tam gdzie chcieliśmy czyli na dworcu autobusowym.

Mieliśmy 2 godziny czasu do autobusu. Wszyscy jednak byliśmy zainteresowani oglądaniem walki Tyson-Lewis. W tym celu udałem się z Mitchem do pubu po przeciwnej stronie. Ale pomimo, że mieli TV walki nie da się obejrzeć. Trzeba przejść się 5min do centrum. Świrek też sprawdzał w innym pubie no ale zdecydowaliśmy, że pójdziemy ją obejrzeć do centrum. Szybko się jednak okazało, że z 5min zrobiło się 20min, a ciężar plecaków spowodował chwilowy bunt Oli, której nie za bardzo się chciało iść. W końcu jednak dobrnęliśmy do pubu gdzie już zebrała się grupa oczekująca walki. Udało się nam wejść do środka. Co dobre to to, że w środku można było coś zjeść a my już byliśmy głodni. Zamówiliśmy więc obiad i piwo i czekaliśmy na walkę. No ale tak jak przypuszczaliśmy do walki sporo jeszcze czasu. My go nie mieliśmy i w sumie musieliśmy się zwijać tuż przed jej rozpoczęciem. Wróciliśmy na dworzec.

Ja miałem bilety na autobus więc poszedłem załatwić formalności. Autobus już na nas czekał. Bagaż wziąłem znów ze sobą a reszta zapakowała do luków. Już w środku wreszcie się przebrałem. Dostaliśmy miejsca na końcu i mi przypadło siedzieć samemu. No ale przynajmniej mogłem się rozłożyć na dwóch siedzeniach. Planowy odjazd mieliśmy o 13:45. W Airlie Beach mieliśmy być około 18:00.

Ruszyliśmy więc tym razem na południe, poprzez płaską krainę, zarośniętą krzakami i suchą trawą. Słońce nadal mocno grzało i tylko raz się zatrzymaliśmy na pół godziny przerwy. Podroż więc nie należała do przyjemnych. Każdy próbował spać bo ani za oknem nic ciekawego ani nikt specjalnie nie miał ochoty na żarty.

Airlie Beach – (http://www.airliebeach.com/) – to trzytysięczna wioska nad brzegiem Pacyfiku położona przy centralnej części Wielkiej Rafy Koralowej. W ciągu roku ma ponad 300 dni słonecznych, co powoduje, że sezon turystyczny nigdy się nie kończy.

Gdy przyjechaliśmy do Airlie Beach było już oczywiście ciemno. Nie dość, że zima, to jeszcze blisko równika. Malutki przystanek na którym czekali już agenci oferujący noclegi. O dziwo szybko się zmywali jeden po drugim. Ola strasznie się zdenerwowała, że tylko ona jedyna próbuje załatwić nocleg choć "reszta też mówi po angielsku", co oburzyło Wonsa. Dla mnie działo się to za szybko i z własnego doświadczenia wiem, że można na spokojnie przeanalizować sprawę i poszukać kiedy będzie jasność.

Padały również inne propozycje żeby np. spać na dachu przystanku (Świrek) bądź spróbować kupić dla 6 osób a spać w siedem. Marcin z Mitchem poszli szukać do miasta i też wrócili z kilkoma pomysłami. Wreszcie jednak przenieśliśmy się do centrum, tam rozdzieliliśmy się i ja ze Świrkiem poszliśmy razem czegoś poszukać. O dziwo, już w pierwszym miejscu gdzie trafiliśmy, znalazł się domek dla 8 osób z klimatyzacją, w centrum miasta za $15 lub $18 z kolacją. Niepotrzebne więc były nerwy Oli, bo na spokojnie można coś znaleźć. Wracając z tą wiadomością spotkaliśmy pozostałych, którzy dostali namiary, że tam właśnie można coś znaleźć. Wróciliśmy więc jeszcze raz i potwierdziliśmy, że jesteśmy zainteresowani. Dla wszystkich wykupiliśmy kolację i poszliśmy się rozpakować. Obiekt zwał się Magnums.

Domek wyglądał miło. Osiem piętrowych łóżek, klima, łazieneczka. Dla nas w sam raz. Po rozpakowaniu postanowiliśmy najpierw zjeść. Było już późno więc zostały nam resztki jakiejś pasty. Nie było to dobre ale przynajmniej coś tam wrzuciliśmy.

Potem wyruszyliśmy na podbój miasta. Okazało się miniaturowym miasteczkiem. Podobnym do Queenstown w Nowej Zelandii. Puby i biura podroży oferujące nurkowanie na rafie. Ładna plaża, palmy i mnóstwo Anglików. Znaleźliśmy więc w końcu miejsce na spoczynek. Pub z TV gdzie można obejrzeć mecze, a dzbanek piwa kosztuje tylko $7. Wypiliśmy więc kilka dzbanków i oglądaliśmy mecze. Tłoku w pubie nie było, papierosami też nie śmierdziało więc wszyscy byli zadowoleni. Wróciliśmy więc w dobrych nastrojach do naszego domku. 

Dzień 1: Sydney – Airlie Beach 2310km

 

DZIEŃ 2 – 10 czerwca 2002 – poniedziałek

                  KLĘSKA I WSTYD

Obudziłem się z bólem głowy. Marcin z Mitchem pobiegli wcześniej do biura podroży potwierdzić naszą rezerwację jachtu. Przybiegli z informacją, że istnieje możliwość popłynięcia na jedną z kilku wysepek koralowych. Ale trzeba się pospieszyć bo mamy niecałą godzinę. Okazało się to za mało i musieliśmy odpuścić. Ale postanowiliśmy, że zrobimy to jutro.

Zajęliśmy się więc prysznicem i robieniem śniadania. Zostałem wysłany do supermarketu po zapomniane produkty. Kiedy wróciłem śniadanie było już gotowe. Jedliśmy sobie przy drewnianych ławach przed stołówką. (Cały kompleks składa się z biura, stołówki, pubu i domków do wynajęcia - wszystko tanie tzw. Backpackers). Po śniadaniu znów na miasto i wreszcie odwiedziliśmy plażę. Tam urodził się pomysł popłynięcia katamaranem bądź skuterami wodnymi. Skutery były za drogie ale na katamaran zdecydowali się Mitch, Wons, Marcin i Teresa. Po krótkim szkoleniu wypłynęli w godzinny rejs. My w tym czasie oddaliśmy się leżeniu pod palmami i kąpielom w basenie.

Chłopaki i Teresa wrócili zadowoleni ale głodni. Trzeba było więc coś znów zjeść. Długo szukaliśmy i w końcu zdecydowaliśmy się na gyros. Nie mieliśmy w sumie żadnych planów co robić więc Mitch zaproponował wyjazd taksówką do Port Shute aby może dokładniej sprawdzić informacje dotyczące wyjazdów na wyspy. Trudno było się nam zdecydować kto ma jechać i czym. Autobus czy taxi, van czy osobowy itd. Po zamieszaniu Mitch wytargował u kierowcy vana $16 za kurs i wszyscy pojechaliśmy.

Port Shute leży 15min od Airlie Beach. Zostawił nas pod biurem a ja z Marcinem poszliśmy się dowiedzieć wszystkich szczegółów. Gdy już wiedzieliśmy więcej wraz z pozostałymi zaczęliśmy podejmowanie decyzji. Wyszło nam, że najbardziej jesteśmy zainteresowani opcją z najdzikszą wyspą. W dodatku godziny promów też nam pasują i koszt tylko $22. A więc płyniemy jutro o 9:30 na South Molle Island. To wszystko zajęło nam kilka minut więc zdążyliśmy jeszcze złapać naszego vana. Facet wysadził nas pod Magnusem.

Zbliżała się pora meczu Korea - USA więc ja, Marcin i Ola postanowiliśmy iść do wczorajszego pubu obejrzeć to spotkanie. Pozostali poszli próbować innych lokali. Po meczu wyszliśmy coś zjeść bo przecież o 21:30 grają nasi. Kiedy się najedliśmy wróciliśmy po resztę do domu ale chłopaki już się dobrze bawili bo wypili whisky. Taki też zresztą mieli plan. Pić whisky z colą na meczu. Resztki z butelki rozlali nam a my daliśmy im po kawałku pizzy. Byliśmy gotowi do wymarszu. Zabraliśmy tylko flagę i przeszliśmy się przez najbardziej zaludnione miejsca aby pokazać, że kibice Polski idą zobaczyć jak Polska gra z Portugalią.

Stolik w pubie wcześniej zarezerwowałem ale w sumie nie było potrzeby. Oprócz nas, kilku Angielek i jednego Anglika, który kibicował Portugalii nie było nikogo. Naturalnie, że chłopaki dokupili whisky ale mieszali ją z colą w taki sposób żeby wszystko było widać. Następowało to oczywiście przy kłótniach kto ma lepszy pomysł jak to zrobić. Wyszło na to, że na stole stało 9 szklanek z colą przy 3 pijących. Trudno się nie zorientować przy takiej ilości ludzi w pubie. Ale to nie miało większego znaczenia bowiem właśnie wstaliśmy aby odśpiewać hymn i zamachać flagą.

Tuż po rozpoczęciu meczu Mitch dosiadł się do Brytyjek i w końcu wywalczył e-mail od jakiejś Szkotki. Świrek przez cały mecz stał, przeklinał i zaczepiał Brytyjki (które niedługo poszły) oraz tego biednego Angola, który miał go już chyba dość. My natomiast pogrążaliśmy się w smutku tracąc bramki jedną za drugą. A na smutek dobre jest piwo. Pod koniec meczu Świrek miał już naprawdę dość i ochoczo odgrażał się na temat demolki pubu. Skończyło się na jednym wyrzuconym kieliszku na ulicę. Wons strasznie wyzywał piłkarzy a Mitch krążył w koszulce Świrka szukając czegoś do wypicia. Mecz oczywiście skończył się katastrofą i w takich nastrojach ruszyliśmy do domu. Tym razem takimi drogami żeby nie spotkać nikogo. Wstyd nam było bardzo.

Zobacz video: http://www.youtube.com/watch?v=otgZ5Jf3sTY

Do domu nie dotarliśmy wszyscy. Mitch i Świrek zaginęli w akcji. Wons zaczął pisać SMSy na temat występu Polski i otrzymywał też ciekawe ("Arabia jest przecież gorsza". "Polska gola!!!"). Troszkę zmęczeni, przygnębieni położyliśmy się spać.

 

DZIEŃ 3 - 11 czerwca 2002 - wtorek

              KORALOWA WYSPA


Mitch ze Świrkiem podobno wrócili o 2.00 w nocy. Byli na jakiejś imprezie gdzie tańczyło się w pianie... Nie wiadomo po co przynieśli ze sobą kule bilardowe. Ale o tym wszystkim dowiedzieliśmy się po przebudzeniu. Mitch od samego początku zagabywał o tę wyspę. Nie widać było entuzjazmu, bo wszyscy się rozleniwili ale jednak zaczęliśmy się zbierać.

Wysłałem SMSa Tedowi, którego napisałem wczoraj wieczorem. Na pewno go odebrał więc nie powinienem mieć problemów w pracy. Torby oddaliśmy do magazynu a sami zajęliśmy się śniadaniem. Przy dźwiękach AC/DC z płyty Back In Black pospiesznie zjadaliśmy śniadanie.

Świrek złapał taksówkę i znów tego samego gościa. Zostało nam 15 minut do odpłynięcia promu! Poprosiliśmy faceta żeby depnął trochę i rzeczywiście pospieszył się. Chyba w 8 minut byliśmy w porcie. Niestety kolejka po bilety. Stanąłem z Mitchem za biletami. Reszta poszła łapać prom. Czułem, że nie zdążymy więc pobiegłem sprawdzić czy da się kupić bilety na promie. Kiedy dobiegłem Ola już negocjowała. Musiałem więc wrócić po Mitcha. Jak się okazało facet sam zaproponował zniżkę. I to sporą! W dodatku zostały nam 4 dodatkowe bilety. Po prostu bardziej się nam opłacało wziąć bilet grupowy a zapłaciliśmy zamiast $22 zaledwie $15. W życiu byśmy się nie zorientowali, że tak można. A facet sam nas namówił.

Celem naszej wyprawy była wyspa o nazwie South Molle Island. Wyspa ta – (http://www.southmolleisland.com.au/) - to typowa wyspa przeznaczona do odpoczynku. Kurorty mogą pomieścić około 600 osób. Kiedyś jednak była wyspą gdzie jedynie pasły się owce. Z Shute Harbour jest zaledwie 8km na wyspę.

Na promie wypiliśmy kawkę i podziwialiśmy krajobrazy. Droga nie była długa. Wkrótce bowiem naszym oczom ukazała się wysepka porośnięta palmami, z długim molem i ładną plażą. Tu właśnie wysiedliśmy. Od razu zrobiła na nas wrażenie. Z pomostu widać było kryształową wodę i ryby pływające między ludźmi.

Fot.1. South Molle Island.

Przy zejściu z mola przeszliśmy przez bramę wjazdową witającą gości. Szybko porobiliśmy sobie zdjęcia i doszliśmy do głównego punktu wyspy - kompleksu. Jest tam hotel, restauracja i basen. Przy plaży wypożyczalnia sprzętu. Dostaliśmy instrukcje, że trzeba decydować się na sporty wodne przed 13.00 bo potem przychodzi odpływ. Dostaliśmy też mapkę wyspy z zaznaczonymi trasami do spacerowania. Uznaliśmy wszyscy, że trzeba zdobyć najwyższy szczyt wyspy (640m), a potem wrócić i coś porobić w wodzie.

Ruszyliśmy więc zgodnie z mapą w stronę ścieżki. Zatrzymaliśmy się na polu golfowym, tuż obok kortów tenisowych bo Marcin zaczął się mocować z kokosem. Ciężko mu szło ale w końcu udało mu się go rozłupać i rozdał każdemu porcje, najpierw mleczka, a potem miąższu. Zajęliśmy się jedzeniem kokosa i powolutku wspinaliśmy się przez busz w górę. Przechodziliśmy obok kolonii latających lisów czy nietoperzy i w miarę wzrostu wysokości, zmieniała się flora i krajobrazy. Po blisko godzinie szczyt został zdobyty. Mogliśmy podziwiać piękną panoramę 360 stopni wokół nas. Upał dawał się też we znaki. 

Fot.2. South Molle Island – najwyższy szczyt wyspy.

Po powrocie zapadła decyzja o wypożyczeniu kajaków. Jak się okazało nie były to zwykle kajaki a po prostu deski z lekkim wgłębieniem gdzie można było siąść. Sprawiały ogromne problemy ze sterowaniem. Straszliwie wywrotne o czym przekonał się Wons, który raz po raz, lądował w wodzie.

Celem naszym było dopłynięcie do przesmyku łączącego naszą wyspę z drugą. Sztuka okazała się dość trudna. Bardzo się obawiałem wywrotki ponieważ zapomniałem zdjąć okularów. Powiedziałem o tym Marcinowi, który bez namysłu zaproponował, że zawiezie mi je na ląd. Rzeczywiście tak zrobił a musiał się przecież wracać kawałek. Nie przeszkodziło mu to oczywiście dogonić nas bardzo szybko. Dopłynęliśmy bez wywrotki. Ale oprócz suchych koralowców i palącego słońca nic tam ciekawego nie było. Zawróciliśmy więc szybko a powrót był dużo łatwiejszy prawdopodobnie ze względu na prądy. Przy brzegu chłopaki wymyślili grę w piłkę na tych deskach ale nie wyglądało to dobrze i sami szybko zrezygnowali. Oddaliśmy łódki, które kosztowały $5 na cały dzień.

Kolej na basen. Wyglądał imponująco choć woda nie była taka ciepła jak by się można było spodziewać. Świrek popisywał się skokami a później udzielał rad Oli, która też bardzo chciała skoczyć na główkę. Dopięła swego i potem już tylko skakała. Aby wyschnąć rozłożyliśmy się na leżakach koło basenu i zaczęliśmy intensywnie myśleć o obiedzie. Zajrzeliśmy do restauracji i wybraliśmy każdy coś dla siebie. Moje nuggets wyglądały miło ale strasznie długo na nie czekałem i kiedy Rachel je przyniosła miałem już dość. W dodatku wszyscy już zjedli i zaczęli bawić się z ptakami, które przyleciały wyczuwając jedzenie. Podobnie Mitch, Wons i Świrek nie byli zadowoleni z jedzenia. Ale coś tam poczuliśmy. Poleżeliśmy jeszcze trochę na leżakach i wreszcie poszliśmy znów na plażę.

Tym razem plaża wyglądała fatalnie. "~Ktoś zajebał wodę." - stwierdził Świrek na widok odpływu i masy błota, która została po niej. Mitch poszedł filmować, Ola z Marcinem gdzieś zniknęli, a my czekaliśmy na statek. Kiedy dopłynął byliśmy nielicznymi, którzy na niego czekali. Usiedliśmy na górnym pokładzie i jeszcze robiliśmy zdjęcia. Rejs zajął nam 25 minut. Wpłynęliśmy do Portu Shute koło 17.00.

Zobacz video z South Molle Island: http://www.youtube.com/watch?v=emmoeyfaKdA

Żeby się wydostać trzeba było zadzwonić po taksówkę. Poszedłem więc to zrobić i za chwilę pojawił się van. Tym razem inny gość i skasował nas na $21. Wysadził nas pod domem. Mieliśmy 2 godziny czasu przed wyprawą.

Ja z Marcinem i Olą poszliśmy na lody, a reszta rozpierzchła się po sklepach. Świrek kupił cudowne okulary, a Ola dostała wreszcie kości do gry. Potem poszliśmy do biura dowiedzieć się szczegółów. Kilka niemiłych rzeczy doszło. Musimy zapłacić podatek od krajobrazu z $15, a na statek nie wolno wnosić alkoholu i dużych toreb. Za duże torby trzeba zapłacić $4 jeśli chce się je zostawić w biurze. Wkurzyliśmy się więc trochę. Poszliśmy najpierw do supermarketu zrobić jakieś zakupy (słodycze, alkohol (a jednak!), wodę) a potem wróciliśmy przepakować się.

Pomysł był taki żeby założyć jak najwięcej na siebie i pakować w jeden plecak rzeczy od dwóch osób. Ja nie miałem problemu bo miałem małą torbę, którą wziąłem ze sobą. Część rzeczy zdecydowanie się nie nadawała na zabranie na łódź więc trzeba je było zostawić w biurze. Poszliśmy więc pod biuro, zostawili rzeczy i czekaliśmy na autobus. Dołączali do nas pozostali. Ich torby były naprawdę małe. Wiekowo byli jak my. Sami biali.

Autobus się podobno zepsuł więc wzięli nas na trzy raty busikiem. Ale było to bardzo blisko. Wysadzili nas na nabrzeżu a potem poszliśmy już zobaczyć łódź. Było już ciemno. Ludzi było sporo. Zabrali nam bagaże jakimś wózkiem a sami zaczęli sprawdzać bilety. Coś tam było niejasnego z tymi biletami ale nas wpuścili na tę łódź. Kazali jednak wszystkim zdjąć buty. Weszliśmy na Anakondę III. (http://www.ozhorizons.com.au/qld/whit/anaconda/anaconda.htm)

Szokiem dla mnie były rozmiary tej łodzi. Wyobrażałem sobie, że jest dużo większa. Zaczęło się przydzielanie do kajut. Od razu się wkurzyliśmy bo gościu, którego nazwaliśmy Krokodyl Dundee, motał się strasznie. Trudno mu było przyznać 7 osobom dwie 4-osobowe kajuty i dołożyć dodatkową osobę.

Częściowo jednak winę za to zamieszanie ponosi również Ola, która podała dla żartów inne imiona niż rzeczywiście mamy. Miało być śmiesznie kiedy czytali obecność bo ja byłem "Dawideczek" a Wons był "Cipeczka". Niestety nie dość, że zapisali to po swojemu to i tak nie umieli tego przeczytać i nikt nie wiedział za bardzo o co chodzi. Wreszcie jednak udało mu się nas rozdzielić.

Rozmiar kajut był również zatrważający. Dwa piętrowe koja, szafka i łazieneczka. Może ze 2m kw. Dostałem się do kajuty z Marcinem i dziewczynami. Chłopaki dostali Anglika jako czwartego. Zresztą 90% wszystkich to byli Anglicy. Przeważały pary ale, jak zauważył Mitch, było kilka samotnych. Później wyszło na jaw, że na pokładzie jest para z Holandii, Amerykanka i Niemiec. Reszta to Angole, którzy zagadywali nas głównie o mecze. Nie za bardzo mieliśmy ochotę na rozmowę na ten temat.

Zapoznania ciąg dalszy nastąpił wkrótce. Zebrano nas na górny pokład, polano szampana i ogłoszono podstawowe zasady. Przedstawiła się załoga. Kapitan (skipper), kucharz, ze dwóch marynarzy, Krokodyl i dwóch instruktorów nurkowania w tym jeden z Nowej Zelandii. Po tym przedstawieniu zeszliśmy w dół na niższy pokład i zaczęło się omawianie kwestii nurkowania.

Wśród nas było już kilku zaawansowanych nurków. Ogromna większość pozostałych przyjechała aby tutaj właśnie popróbować. A więc Richard - instruktor, rozpoczął kurs teoretyczny. Opowiadał o ciśnieniu, o znakach pod wodą, o chorobach itd. Potem rozdał deklaracje dla chcących spróbować. Naturalnie połowę wypełniały spisy chorób i inne bzdury. Był też 10-pytaniowy test z wykładu. Cała nasza siódemka zgłosiła chęć próby.

Zanim się obejrzeliśmy już było późno a i od brzegu spory kawałek. Pozwiedzaliśmy łódkę, pogadaliśmy z Anglikami i część naszych zapragnęła iść spać. Mnie przypadło kojo "na gałęzi" ale odczekałem jeszcze trochę. Zostałem bowiem ze Świrkiem i Mitchem i oglądaliśmy film z kamery. Dopiero późno wróciłem do siebie. Wszyscy już spali.


DZIEŃ 4 - 12 czerwca 2002 – środa

            WIELKA RAFA KORALOWA

Wszystkich chyba obudziła kotwica. Huk niesamowity. Nie narzekałem na spanie. Było OK. Świrek marudził, że miał klaustrofobiczne wizje. Zawołali nas na śniadanie o 8:00. Śniadanie typowe. Płatki, mleko, dżemy, vegemite, tosty, sok. Ale ilości spore. Każdy sobie przygotowuje sam. Wszystko zostawione na stole. Nie było więc problemu z niedojedzeniem. Załoga jadła po nas.

Celem wyprawy był rejs po Morzu Koralowym wokół Whitsunday Islands. Whitesunday Islands są częścią dużej, idyllicznej grupy wysp, które są również znane jako Cumberland Islands. Składają się one ze 165 małych wysp z wspaniałymi plażami i krystalicznie czystą, błękitną wodą. Leżą na tej samej długości geograficznej co Tahiti, wysokie temperatury są więc tu gwarantowane przez cały rok. Morze, ze swoimi długimi, białymi, piaszczystymi plażami zachęca do żeglowania, surfowania i nurkowania. Można tu podziwiać podwodny świat z delfinami, żółwiami wodnymi i innymi fantastycznymi zwierzętami.

My staliśmy u wód jednej z tych wysepek. Część ludzi zapragnęła dopłynąć do niej wpław. Nie za bardzo się to spodobało kapitanowi ale pozwolił im. Pozostałych wszystkich zawiózł Krokodyl pontonem. Zebraliśmy ze sobą siatkę, piłkę i stroje do nurkowania. Tutaj bowiem miał się odbyć pierwszy trening.

Fot.3. Jedna z wysp Whitsunday.

 

Podzielono nas na grupy sześcioosobowe. Trening odbywał się w wodzie po kolana. Pozostali w tym czasie opalali się, grali w siatkę albo krykieta. Świrek z Mitchem byli w drugiej grupie. Stwierdzili, że nie powinno być problemów choć trzeba się przyzwyczaić.

Jako ostatni poszliśmy my. Najpierw założyliśmy tzw. kondomy czyli obcisłe kombinezony. Potem założyli nam pasy z ołowiem i kamizelki z butlami. Ustawiliśmy się w kółku i instruktor opowiadał co jest co. Wreszcie kazał wziąć ustnik do ust i spróbować uklęknąć na dnie ciągle oddychając. Szczerze mówiąc pierwszym wdechem bym się udusił. Jest to jednak inne oddychanie niż normalnie na powierzchni. Przede wszystkim nie wolno się spieszyć bo nie da się oddychać aż tak szybko. Ja byłem lekko zestresowany i dlatego nie udawało mi się do tego przyzwyczaić. Ola i Marcin wcześniej już nurkowali na Malediwach więc dla nich nie było problemu.

Po kilku próbach uspokoiłem jednak oddech, przestawiłem się na oddychanie tylko ustami i zaczęło być wszystko w porządku. Przeszliśmy więc do kolejnych ćwiczeń. Pierwszym było czyszczenie maski na dwa sposoby. Przedmuchiwanie ustnika, wypychanie wody z okularów. Jako tako mi to szło. Na koniec najtrudniejsze zadanie. Trzeba podać partnerowi drugi ustnik. Byłem w parze z Olą. Zgubiłem niby swój i mam wziąć od niej. Jej poszło OK ale ja podobno krzywo go włożyłem i zarówno ona jak i instruktor śmiali się z mojego wyglądu. Nie wiedziałem o co im chodzi więc myślałem, że coś źle zrobiłem. Ale instruktor powiedział, że wszystko jest w porządku. Tyle ćwiczeń na głębokości 1m. Czas na prawdziwe nurkowanie.

Najpierw zabrano nas z powrotem na statek. Trzeba było przecież zjeść obiad. Procedura ta sama. Wszystko wyłożone na stół a każdy podchodzi i zabiera ile chce. Bez zarzutów bo dużo i dobre. Mięso, surówki, ziemniaki. Później zapowiedziano, że dostaniemy trochę wolnego czasu a potem popłyniemy na inną plażę. Tam wysadzą nas, dadzą nam płetwy, maski i rurki i możemy sobie snorkelować po powierzchni. Za darmo. W tym czasie instruktorzy będą nurkować z 6 osobami.

Po wylądowaniu na plaży pokrytej martwymi koralami i przez co chodziło się dość boleśnie, wszyscy rzucili się do wody. Naturalnie dla mnie była to kompletna nowość więc nie za bardzo wiedziałem czy w ogóle sobie mogę poradzić pływając w płetwach i masce z rurką. Byłem raczej nastawiony na "nie" ale 2 minuty później kiedy ja się przekomarzałem z Olą, Wons wrócił i bez ceregieli wypalił: "~ Zaraz Ci jebnę jak nie pójdziesz. 20m od brzegu zaczyna się rafa. Jest zajebiście kolorowo. Rybki i korale. Szok. Chodź i nie wkurwiaj mnie." 

Za chwilę Świrek dorzucił podobny tekst a Ola już bardzo natarczywie upierała się. No i namówili mnie. Żebym nie zdezerterował Ola chwyciła mnie za rękę i prawie siłą zmusiła do pływania. Oczywiście trzeba przyznać im rację. Już na 20 metrze od brzegu zaczyna się rafa. To właśnie to, co wiele razy ogląda się w TV. Byłem w absolutnym szoku. Druga sprawa, że pływanie z maską i płetwami to bułka z masłem. Trzymaliśmy się jednak razem za ręce i oboje z Olą byliśmy zszokowani pięknymi widokami. Słońce ślicznie oświetlało wszystko i widoki były przewspaniałe. Najprawdziwsza rafa koralowa. Aż się chciało wpłynąć w te głębokie doły. Rafa była pofałdowana. Czasami dochodziły aż do samej powierzchni ale czasami były urwiska na kilka metrów pod wodą. Wszystko jednak znakomicie było widać. Odpłynęliśmy chyba na jakieś 50-60m od brzegu i pływaliśmy tak ze 20 minut. Do mnie i do Oli dołączyli pozostali, Teresa porobiła zdjęć pod wodą i wróciliśmy na brzeg.

Za chwile jednak dopłynął Marcin i namówił nas na popłynięcie dalej bo tam miała być najpiękniejsza część rafy. No to znów popłynęliśmy w grupie i oglądaliśmy zafascynowani kolorami i pięknem rafy. Jednak po jakichś 10min za bardzo się zanurzyłem i niestety woda nalała mi się przez rurkę. Naturalnie zakrztusiłem się, znów nieświadomie zanurzyłem i znów to samo. Na szczęście a może i nieszczęście w pobliżu był okazały koral, który sięgał powierzchni. Z tego wszystkiego stanąłem na niego aby odetchnąć chwilę. Nie mogłem złapać na nim równowagi, podpłynął Mitch przytrzymałem się go i jakoś doszedłem do siebie.

Wyglądało to dramatycznie ale to nie koniec. Koral okazał się bardzo ostry i praktycznie zaklinowałem się w nim. W dodatku z łódki zaczął się na mnie drzeć Krokodyl, że niszczę rafę. Do brzegu z 50m, nie mogę się uwolnić z korala, ledwo łapię dech. Jakoś się uwolniłem, chwyciłem Olę za rękę tak mocno, że ją... podtopiłem. Przez moment nie wiedziałem co za bardzo robić. Trochę spanikowałem, inni też się wystraszyli bo moje zakleszczenie wyglądało poważnie. Wtedy zdecydowałem, że płynę do brzegu. Ola jakoś sobie dała radę a mi pomógł Marcin, który też się jakoś tu znalazł. Z jego pomocą i trochę przestraszony wylądowałem na plaży. Dopiero teraz zauważyłem, że cały ociekam krwią. Strasznie się poharatałem tym koralowcem. Obie nogi pocięte. (Jak się później okazało rany po koralach są bardzo bolesne i strasznie długo się goją).

Śmialiśmy się z tej przygody choć w pewnej chwili trochę się przestraszyłem jak zamiast powietrza wdychałem wodę. No ale wyszedł brak doświadczenia. W sumie pierwszy raz robiłem coś takiego i nawet nie zdawałem sobie sprawy, że gdyby nie panika to bez problemu można dać sobie radę. Dopiero później Ola pokazała mi parę tricków jak robić aby było dobrze.

Na dziś jednak wszyscy mieliśmy dość już snorkelowania. Popływaliśmy ponad pół godziny. Zresztą w tym czasie skończyła zejście pierwsza grupa a w drugiej miał być Świrek i Mitch. Zabrał ich więc Krokodyl na statek a my leżeliśmy na plaży i odpoczywaliśmy.

Odpoczynek jednak za bardzo się przedłużał i coś nas to zaniepokoiło. Marcin wyraźnie się zdenerwował a to bardzo rzadki widok więc rzeczywiście chyba zapomnieli o nas. Po ładnym czasie dopiero Krokodyl przyjechał po nas. Zabrano nas na Anakondę i zaczęły się przygotowania do nurkowania.

W tym czasie przywieźli Świrka, który nurkował tylko 7minut bo woda mu się wlewała pod maskę i trochę spanikował. Nie pocieszył mnie tym faktem bo przecież to nie żarty. Minę więc miałem nietęgą ale postanowiłem, że nie wycofam się teraz.

Ubrano nas już tym razem w pianki, pasy z ołowiem, kamizelki, zegary, butle, maski i płetwy ze snorkelingu i na ponton. Ciężko się chodzi z taką ciężką butlą i ołowiem przy pasie. Łatwo wpaść do wody siedząc na burcie pontonu. Musieliśmy być bardzo ostrożni. W sumie byliśmy tylko my tzn.: ja, Marcin, Ola, Teresa i Wons. Było to ostatnie zejście więc popłynęło z nami dwóch instruktorów. Richard i ten bardziej doświadczony, choć cichy, Andy - Nowozelandczyk.

Podpłynęliśmy w sumie niedaleko brzegu i niedaleko miejsc gdzie chwilę wcześniej snorkelowaliśmy. Kazali napluć do maski żeby nie parowała. Na samym początku postawili przed nami trudne zadanie. Tak jak na filmach z Bondem trzeba było na "trzy" gibnąć się do tyłu za burtę. Potem Teresa wyznała mi, że nie wierzyła, że to zrobię. Ale kiedy zaczęli odliczać i  wypadło "trzy" wszyscy jak jeden fiknęliśmy kozła do tyłu i już byliśmy w wodzie.

Dzięki temu, że mieliśmy powietrze w kamizelkach wszyscy utrzymywaliśmy się na wodzie. Sprawdziliśmy czy wszystko OK i niestety od razu woda nalała mi się do maski. Musiałem poprawić, ścisnąć mocniej, przedmuchać (ćwiczenia się przydały) i pomimo wielkiego pietra byłem gotowy na półgodzinną przygodę. Wcześniej byliśmy uprzedzeni o różnicach ciśnień i metodach wyrównywania go. Marcin jeszcze raz przypomniał mi o tym tuż przed zejściem abym koniecznie nie zapomniał. Jak się później okazało to właśnie przez to Świrek wypłynął bo mało co i by mu rozwaliło głowę. Mitch też miał obawy o uszy bo pamiętał jak to było w Meksyku jak nurkował. Więc mając to wszystko w pamięci oraz dzisiejsze doświadczenie ze snorkelowania no i Świrka przestrogi nie czułem się za pewnie ale chęć pokonania własnej słabości chyba zwyciężyła.

Richard wypuścił powietrze z mojej kamizelki a nalał mi wody i powolutku zanurzałem się w wodzie. Głębiej i głębiej. Pamiętałem o spokojnym oddechu. Zacząłem sobie zdawać sprawę, że oddycham poprawnie, maska mi nie przecieka i płynę w dobrym kierunku. Starałem się trzymać blisko instruktora choć ten drugi płynął na końcu dla bezpieczeństwa. Płynęliśmy od brzegu w kierunku pełnego morza i naturalnie robiło się coraz głębiej. Płynęło się bardzo lekko i swobodnie. Czułem się jak kosmonauta w przestrzeni no i oczywiście całe to otoczenie robiło piorunujące wrażenie.

Sprawy techniczne szły bardzo dobrze. Dopiero po pewnym czasie kiedy poczułem silny ból w uszach uświadomiłem sobie, że nie wyrównuję ciśnienia. Zatkałem więc nos i usta i przedmuchałem uszy. Poczułem ulgę. Richard cały czas pytał każdego z nas czy wszystko OK. Nie było ze mną problemów. Znów głębiej i znów trzeba wyrównać ciśnienie. Od tej pory robiłem to praktycznie co minutę.

Dopiero po jakichś 10 minutach bardziej zacząłem zwracać uwagę na to, co widzę a nie na to czy przeżyję. Muszę jeszcze przyznać, że miałem jakąś straszną schizę, że wypadnie mi ustnik. Nie wiem dlaczego tak sobie ubzdurałem ale strasznie się tego obawiałem choć nie jest to takie proste zgubić go. Może to przez to dzisiejsze poranne ćwiczenie kiedy krzywo go włożyłem. Dość, że strasznie zaciskałem zęby, że aż szczęki mnie bolały i pewnie bardziej prawdopodobne by było, że go odgryzę niż wypluję.

A pływaliśmy wśród cudownych widoków. Woda krystalicznie czysta, widoczność na głębokości 8-9m na około 10m. Oglądaliśmy najróżniejsze "budowle" koralowców, ryby i inne dziwolągi. Pływaliśmy tunelami, wzdłuż ścian, wpływaliśmy w doły, omijaliśmy przeszkody. Ja cały czas płynąłem tuż za Richardem.

Fot.4. Wielka Rafa Koralowa.

 

W pewnym momencie jednak ze zdziwieniem zacząłem zauważać, że się wznoszę. Oni zostali na 9 metrach a ja pływam na jakichś 4m. Widzę ich dobrze bo jestem nad nimi i widzę jak zorientowali się, że mnie nie ma. Zaczęli się rozglądać wokół a ja nie za bardzo mogę coś zrobić. Wreszcie Richard mnie zauważył i podpłynął. Napuścił mi wody do kamizelki i spokojnie opadłem na ich głębokość. W uszach ból ale już wiedziałem jak sobie radzić. Do końca sesji już wszystko było OK.

Ostatnie 10 minut trochę zmarzłem (wszak nasze pianki miały krótki rękaw i krótkie nogawki) ale w ogóle o tym nie myślałem. Richard zebrał nas w okrąg i pokazał, że wychodzimy na górę. Tym razem odwrotnie: napełnialiśmy sobie kamizelki powietrzem i powolutku wychodziliśmy na powierzchnię.

Za chwilę pojawiły się nasze głowy na powierzchni. Tuż obok czekał na nas ponton. Wszyscy uśmiechnięci a Richard pytał czyż to nie wspaniałe i jakie łatwe. Wszyscy w doskonałych humorach ale ja tak patrzę i doliczyć się nie mogę. Z czego oni się tak cieszą jak przecież nie ma Oli! Pytam więc wystraszony gdzie Ola a Teresa ze spokojem odpowiada mi, że Ola już dawno wypłynęła. Ja nawet nie zauważyłem. Spytałem się więc Richarda co się stało. Okazało się, że poszło o ząb. Za duże ciśnienie i strasznie ją rozbolał. Prawdę mówiąc ja też odczuwałem wszystkie plomby w zębach dziwnie pełne. Nie bolały mnie ale takie dziwne uczucie jakby były wypełnione klejem.

Uwolniliśmy się z kamizelek i wdrapaliśmy się na ponton. Wszyscy bardzo zadowoleni. Ja naprawdę dumny i szczęśliwy z siebie. Przywieźli nas na statek, rozebraliśmy się z pianek. Wszyscy na nas już czekali. Zaczęły się opowieści i relacja co kto widział. Humory jednak znakomite. Ola i Świrek nie za bardzo się w ogóle przejmowali, że nie dotrwali do końca. Świrek był pewny, że to ja odpadłem kiedy widział jak wyławiali Olę.

Z przyjemnością oczekiwaliśmy na kolację, która znów była pyszna. Gorąca lasania i mnóstwo surówek. Humory podtrzymywaliśmy sobie przemyconą whisky. Mitch wydeptał ścieżkę do lodówki po browary. (Każdy musiał wpisywać się w zeszyt ile wypił i rozliczano nas na koniec). My jeszcze mieliśmy trochę naszej whisky i chodziliśmy tylko po coca-colę do lodówki. Musiało to dziwnie wyglądać - siódemka Polaków pije spore ilości coca-coli a coraz bardziej są pijani... Mitch jednak nadrabiał za nas wszystkich. Jemu zawsze mało.

Od samego początku mieliśmy swoją ulubioną kanapę pod pokładem i tam przesiadywaliśmy. Tam też kończył się dzień dla Marcina i Oli, którzy zawsze tam zasypiali. Ale dzisiaj zanim zasnęli musieli wysłuchać recitalu Wonsa i Świrka, którzy pożyczyli gitarę od Krokodyla i zaczęli próbować grać i śpiewać znane przeboje. Strasznie się uśmialiśmy wszyscy z ich popisów. Mitch w tym czasie popijał sobie na pokładzie i oglądał gwiazdy. Na 2 godziny zniknęła też Ola, która dołączyła do Mitcha.

My natomiast tradycyjnie zaczęliśmy pieprzyć głupoty i totalne bzdury. Ale humory wspaniałe, zwłaszcza po coli. Jeszcze wcześniej ja i Świrek o mało co i nie narobilibyśmy kłopotu kapitanowi. Siedząc pod pokładem wygłupialiśmy się i w pewnym momencie Świrek zdobył przewagę fizyczną, a ja zacząłem wzywać kapitana na pomoc żeby mnie uwolnił z uścisku Świrka. Tymczasem na górze wszystkim wydawało się, że ktoś... tonie. Gościu, którego nazwaliśmy Pete Sampras szukał nawet koła ratunkowego.

Tuż przed snem sam też poszedłem pooglądać gwiazdy bo widok iście niesamowity. Wszędzie ciemno, łódka się trochę kołysze a nad nami miliony dosłownie gwiazd. Wydają się tak blisko. Bez problemu widać Krzyż Południa. Posiedziałem jeszcze trochę z Mitchem i Świrkiem i poszliśmy znów obejrzeć zapis dzisiejszego dnia. Udanego.

Zobacz video z całego dnia:   http://www.youtube.com/watch?v=rSz4I7DpzDA

 

DZIEŃ 5 - 13 czerwca 2002 – czwartek

         KOLEJNY DZIEŃ NA JACHCIE

Jak zwykle obudziła nas kotwica. Ale i tak nie narzekałem na spanie. Chłopaki za to żalili się, że Anglik gadał przez sen. Wyszliśmy na śniadanie. To samo co wczoraj. Dziś też ma być nurkowanie ale na pełnym morzu i tzw. zewnętrznej rafie. Dodatkowo ma być nocne nurkowanie. Marcin i Mitch chętnie by się wybrali ale okazało się, że jest ono tylko dla grupy zaawansowanej o czym ogłoszono tuż po śniadaniu na apelu.

Przypomniano również, że nie wolno już się kąpać bo kilka pokoi (w tym nasz) zużyły za dużo wody. Po apelu zerknąłem do zeszytu z zapiskami co do tych zaawansowanych i oprócz faktu, że schodzili do 22m zobaczyłem na liście gościa o nazwisku Filip Czyżowski. Powiadomiłem resztę i rozpoczęliśmy śledztwo. Ola szybko wytypowała podejrzanego i zaczęliśmy się mu bacznie przyglądać.

Nasze zejście się znów opóźniło i trzeba było nam poczekać aż do lunchu. Znów byliśmy ostatni ale znów razem. Na statku został Świrek, który zrezygnował oraz Ola, która choć wcześniej uzgodniła z Richardem, że gdy będzie ją bolał ząb nadal to nie zapłaci, w końcu zrezygnowała także. Świrek zatrudnił się jako operator i kręcił nasze przygotowania do zejścia.

Zobacz video:  http://www.youtube.com/watch?v=wYjizYXjEu0

Ja osobiście byłem już bardziej spokojny ale jednak dreszczyk pozostał. Tym razem przecież to otwarte morze. Cała nasza piątka zapakowała się na ponton a z nami dwaj instruktorzy. Procedura ta sama; odliczanie i fikołek do tyłu. Tym razem wszystko w porządku z maską. Zanurzenie i w drogę.

Fot.5. Przed nurkowaniem na zewnętrznej rafie.

Najpierw zabrał nas na samo dno. Stanęliśmy na dnie a on podniósł z dna tzw. sea cucumber czyli po naszemu morski ogórek. Istotnie wyglądał jak ogórek a to przecież jakieś żyjątko. Każdy mógł go dotknąć. Potem popłynęliśmy dalej. Pamiętałem o przedmuchiwaniu uszu i w ogóle nie odczuwałem żadnych problemów z ciśnieniem. Bardziej skupiałem się na oglądaniu wszystkiego dookoła niż dbaniu o szczegóły techniczne. Chociaż Andy podpłynął do mnie i pokazał żeby mocniej uderzać płetwami. Miało mi się to przydać chwilę później kiedy nie mogłem dogonić reszty, która zniknęła mi za zakrętem. Praktycznie stanąłem w miejscu a potem znów mnie wyniosło ku górze. Ale były to jedyne dwa malutkie błędy, które popełniłem tego popołudnia.

Porównując z dniem wczorajszym było i podobnie i inaczej. Było nadal pięknie i kolorowo, trochę więcej ryb, większe ściany i głębsze tunele. Woda oczywiście krystalicznie czysta i o dziwo cieplejsza. Dziś nie czułem zimna wcale. Po dokładnie 33 minutach wynurzyliśmy się praktycznie w tym samym miejscu gdzie wskoczyliśmy. Porozpinaliśmy kamizelki i wciągnęli nas na łódź. Przyjechaliśmy znów bardzo zadowoleni choć Mitch jęczał, że tak krótko.

Kiedy dotarliśmy na Anakondę, Ola i kilka innych osób snorkelowała wokół statku. Krzyczała, że widziała rekina a inni to potwierdzali. Mitch i Świrek postanowili poskakać z burty a potem pokarmić ryby. W dalszej części dnia tylko odpoczywaliśmy. W kości nie zagrałem z nimi bo szybko wpadły im do wody i trzeba było wykombinować nowe. Kiedy oni grali ja wypisywałem kartki na dole a Mitch kręcił łajbę.

Później już tylko gadaliśmy o tym jak to było, Marcin robił zdjęcia a wszyscy powoli zaczynali być głodnawi. Niestety trzeba było poczekać na tych z nocnego nurkowania, którzy jeszcze nie wrócili. Wreszcie zobaczyliśmy ich z daleka bo mieli przy butlach fluoroscencyjne pałeczki. Byli zachwyceni bo widzieli żółwie i inne stwory. My byliśmy też zachwyceni, że ich zobaczyliśmy bo już cholernie byliśmy głodni.

Niestety dziś było inaczej i porcje były nakładane przez załogę. Ostatnio bowiem komuś zabrakło. No ale sam wczoraj wziąłem dokładkę... Było już późno i słońce dawno zaszło. Nam skończyła się whisky ale w lodowce Świrek zauważył, że jest gotowy drink whisky z colą. Niespodziewanie zaczął wszystkim stawiać. W ten sposób zaczął się już z nami żegnać. Wylot do Polski 25 czerwca.

Fot.6. Wieczór na "Anakondzie III".

Niestety drinki w ogóle nie kopały. Siedzieliśmy sobie więc na górnym pokładzie, słuchali Creedence Clearwater Revival i dzwoniliśmy najpierw do Doroty a potem ja chciałem zadzwonić do Mariusza i spytać się jak poszło z moim zwolnieniem u Teda. Mario jednak nie odbierał. Na sam koniec oglądaliśmy jak Anglicy bawią się tymi fluoroscencyjnymi patykami po tym jak przestali się bawić w kalambury. Powoli zwijaliśmy się na dół. Mitch zapragnął spać na zewnątrz a Świrek na kanapie na dolnym pokładzie. Tak też się stało. Ja dziś poszedłem przed wszystkimi. Tak jakoś mi się spać zachciało.

 

DZIEŃ 6 -14 czerwca 2002 – piątek

              ZNÓW NOCNA JAZDA

To ostatni dzień rejsu. Śniadanie takie samo jak zawsze. Mleczko, płatki i tosty. Do brzegu niedaleko. Ładna koralowa wysepka przed nami i tam właśnie nas zawiózł Krokodyl. Znów okazja do snorkelingu. Pozwolili założyć pianki ale ja zrezygnowałem. Świrek zobaczył jakąś dużą rybę i przeżywał to bardzo. Krokodyl wrzucał do wody żarcie a ryby podpływały i można je było dokładnie zobaczyć. Rafa też ładna tutaj i nawet widać ją było z pontonu. Postanowiłem, że spróbuję poprosić później Krokodyla żeby pozwolił mi ja nakręcić jak nas będzie zabierał.

Tymczasem na wyspie dopiero robił się upał. My już tradycyjnie byczyliśmy się. Niewygodnie się leżało bo nie było piachu tylko suche koralowce. Wreszcie podpłynął Krokodyl żeby nas zabrać. Teresa postanowiła jeszcze zostać a my wpakowaliśmy się na ponton. Nakręciłem trochę rafy.

Na statku kolej na trzecie zejście. Niestety z powodów finansowych zdecydował się tylko Marcin i Wons. Towarzyszył im Andy i w trójkę zniknęli na pół godziny. Ola w tym czasie przygotowywała nowe kości do gry i po powrocie chłopaków zagraliśmy partyjkę, którą wygrał Świrek.

Po lunchu przyszła do nas Teresa z rewelacją, że na statku jest jeszcze jeden Polak o czym naturalnie już wiedzieliśmy przecież. Zgadała się przypadkowo z jego dziewczyną i wyszło kto to jest. Nasze podejrzenia okazały się trafne. Wons jednak nie wytrzymał i wygarnął kolesiowi "~ Czy Ty się wstydzisz, że jesteś Polakiem czy już zapomniałeś jak się mówi? ~ Wstydzę się mówić po polsku..." - odparł bidula. No bo przecież chłop jest już w Australii 9 lat więc ma prawo zapomnieć jak się mówi po polsku. Dostał ksywę "Frajer" i do końca był opryskliwie traktowany głównie przez Wonsa.

Po lunchu ogłoszono, że czas się zacząć pakować. Jak zawsze trzy razy dziennie sprawdzano obecność a tym razem kazał naśladować jakieś zwierzę żeby potwierdzić obecność. Kapitan nakazał całą naprzód i sunęliśmy już tylko do brzegów Airlie Beach.

Zanim nas uroczyście pożegnano, rozdali nam certyfikaty "Odkrywcy Rafy" za szybki kurs nurkowania no i oczywiście zebrano od nas pieniądze za nurkowanie, podatek i drinki. Zapłaciłem $105 za nurkowanie i $19 za resztę. Świrkowi nie policzyli jego 7 minutowego nurkowania ale zapłacił ponad $60 za drinki. Jeszcze tylko kilka wspólnych zdjęć i lampka szampana oraz mowa pożegnalna Richarda i to by było wszystko. Jednak czekała nas jeszcze jedna atrakcja. Kucharz rozdał nam zaproszenia na bankiet dziś o 19.00 w Airlie Beach. To zamiast kolacji.

Kiedy wyszliśmy na ląd i zawieźli nas pod biuro każdy myślał tylko o prysznicu. Ale najpierw bagaże. Okazało się, że nie trzeba było za nic płacić. Wpadliśmy na pomysł, że dobrze by było spróbować wykąpać się i przebrać w naszym starym miejscu czyli w Magnumsie. Tak też zrobiliśmy.

Naturalnie Ola, bo kto inny, załatwiła klucz od pryszniców i każdy szybko zrobił co trzeba. Przebraliśmy się i przepakowaliśmy po czym zostawiliśmy bagaże w przechowalni od której klucz załatwił Mitch. Zostawiliśmy wszystko i zaczął się problem co dalej. Dziś znów grają nasi ale oprócz nich są 3 inne mecze więc ja już wiedziałem co będę robił. Pub "Oddech Wieprza" i dzbanki piwa - tego potrzebowałem na dzisiejszy wieczór. Autobus do Townsville mamy dopiero o 1 w nocy więc nie ma co robić przez ten czas. Myśleliśmy o tej imprezie ale okazało się, że trzeba jechać za miasto a bagaże możemy mieć tylko do 21:30. Targać je ze sobą nie za bardzo się nam widziało. Olaliśmy ten bankiet.

Najpierw jednak poszliśmy coś zjeść. Zdecydowaliśmy się na pizzę w miejscu gdzie ostatnio. Kupiliśmy 4 wielkie i zjedliśmy sobie na plaży. Potem krótka sjesta, chwila na kiepskim internecie (kupony dostaliśmy za darmo na pół godziny w biurze) i do pubu. Przez najbliższe kilka godzin nie ruszałem się stamtąd a pozostali przychodzili i wychodzili. Zostawili bagaże potem je wzięli i poszli na autobus. Marcin i Ola próbowali mi towarzyszyć na kilku meczach ale załamał ich fakt, że Polska będzie z odtworzenia jako ostatni. Straszyli mnie nawet, że pójdą na internet sprawdzić wynik i mi powiedzą ale w przerwie Portugalii poszli na spacer z Mitchem.

Na Polsce zostałem sam. Po pierwszej połowie przy stanie 2:0 musiałem opuścić lokal i iść na autobus. Zastałem na przystanku grupę ludzi w śpiworach, którzy czekali na autobus. Ale naszych nie było. Dopiero potem zauważyłem, że nasi śpią na ławkach trochę dalej. Marcin się podniósł, spytał o wynik i zaproponował żebyśmy gdzieś skoczyli sprawdzić. Po drodze nie było żadnego pubu z transmisją i wróciliśmy do Magnumsa. Tam potwierdził się wynik 2:0 dla nas do przerwy.

Kiedy wróciliśmy autobus już stał i pakowano bagaże. Murzyn dał nam nowe miejsca. Siedziałem z Mitchem, a Teresa wylądowała z jakimś obcym. Autobus wyjechał z Airlie Beach punktualnie o 1.00 w nocy. Przed nami spory kawałek drogi do Townsville. Co tu dużo mówić - spanie w autobusie wygodne nie jest więc trochę się umordowaliśmy.

 

DZIEŃ 7 - 15 czerwca 2002 – sobota

  SZEROKOŚĆ: 16°05'S / DŁUGOŚĆ: 145°20'E 

Na miejscu byliśmy o 5.00 rano. Szarzało dopiero za półtorej godziny. Do tego czasu musieliśmy kontynuować pseudo-spanie na dworcu autobusowym. Trochę już głodni, nieświezi i przede wszystkim zmęczeni oczekiwaliśmy taksówki na lotnisko, którą zamówiła Ola. Musieliśmy tam dojechać bo tam mieliśmy samochód a wypożyczalnia czynna od 8.00 rano.

Miły facet zawiózł nas na lotnisko. Tam się przebrałem a Marcin z Olą zajęli się samochodem. Trzeba było wpisać kierowców i wytypowaliśmy Marcina, Wonsa i Świrka. Samochód stał na parkingu - biała toyota tarago, identyczna jaką mieliśmy w Nowej Zelandii. Upchanie gratów sporo nam zajęło ale daliśmy radę. Podział na siedzenia odbył się bez mego udziału i dlatego pewnie wylądowałem na ostatnim miejscu ze Świrkiem i plecakiem Wonsa w nogach. Za kółkiem siadł Marcin a obok niego Wons "(~bo jestem wysoki.)". Mitch z dwiema kobietami na środkowych siedzeniach.

Pierwszym celem był dla nas supermarket. Zajechaliśmy na podziemny parking do marketu i już w samym sklepie nie zrozumieliśmy się dokładnie. Ja i Świrek usłyszeliśmy od Wonsa, że każdy ma kupić sobie coś sam na śniadanie a jednak plan był, że wszyscy razem. Skończyło się na tym, że ja i Świrek mieliśmy oddzielne śniadanie od reszty. Zjedliśmy je jednak dopiero spory kawałek za miastem. Nie mogliśmy znaleźć żadnego fajnego miejsca, w dodatku zaczęło padać i wreszcie zajechaliśmy na jakiś camping i tam na spokojnie zjedliśmy.

A potem w drogę. Jechaliśmy w kierunku Cairns na północ. Po drodze prawie wszyscy usypialiśmy. Robiło się coraz bardziej parno i kropił deszcz. Zatrzymaliśmy się też przy sadzie bananowym.

Fot.7. Bananowy sad.

Wszyscy narzekali na wilgotność, że nie ma czym oddychać. Deszcz się wzmógł wtedy kiedy zatrzymaliśmy się przy pierwszym obiekcie. Był to park tropikalny założony przez jakiegoś gościa, który tego nie doczekał i dopiero jego pomysł zrealizowano niedawno.

Parnella Park – (http://www.paronellapark.com.au/park/here.html) – to pięciohektarowy las tropikalny poprzecinany rzeczkami, wodospadami i strumyczkami. Zmurszałe ruiny zamku, na którego balkonach wije się egzotyczna roślinność miały być ogromną atrakcją tego miejsca.

Przed wejściem pani gorąco nas zachęcała do zwiedzenia. Podobno można tu spędzić nawet 3 godziny i oddadzą pieniądze jak nam się nie będzie podobać. No, po takiej reklamie trudno się było oprzeć w dodatku, że oczywiście od razu dostaliśmy zniżkę. Niby mieliśmy wziąć przewodnika ale w końcu zrezygnowaliśmy bo wszystko zaczęło się przedłużać.

Park może i ładny ale nie zrobił na nas żadnego wrażenia. Praktycznie moglibyśmy zaryzykować próbę odbioru pieniędzy. Był mały wodospad, kilka tropikalnych drzew, stary dom porośnięty dżunglą, fontanna, tunel w którym straszyliśmy Olę i las bambusowy, w którym Świrek dał popis kaskaderski chcąc mnie kopnąć obiema nogami na raz. Niestety zapomniał, że bambus jest twardy ale tylko wtedy kiedy jest świeży. Świrek wyrżnął orła.

Zobacz video:   http://www.youtube.com/watch?v=nwoV0ykTlR4

Nie za bardzo zachwyceni porozmawialiśmy jeszcze trochę z panią o pogodzie i zapakowaliśmy się dalej. Świrek rwał się do kierownicy bo się z tyłu bardzo męczył więc chciał trochę się czymś zająć. Ola przyszła do mnie a Wonsa przerzucono na środek. Marcin pilotował Świrka. Dojechaliśmy tak do drugiej atrakcji dnia dzisiejszego - wodospadu Milla Milla. Po rozprostowaniu kości Marcin, Ola, Wons i Mitch spróbowali swoich sił w zimnej wodzie i popłynęli pod wodospad. W sumie też miałem ochotę to zrobić ale było już za późno. Może bym się trochę ożywił.

Fot.8. Wodospad Milla Milla.

Po wodospadzie chcieliśmy dojechać do Kurandy. Tam jest kolejka wysokogórska i rezerwat tropikalny. Zanim tam dojechaliśmy zatrzymaliśmy się na kawę w jakiejś dziurze. Postaliśmy trochę i wreszcie dojechaliśmy do Kurandy.

Kuranda – (http://www.kuranda.org/) – to niby mała wioska pod Cairns ale tak naprawdę to, co przyciąga turystów, to wąwóz i kolejka wokół niego. Tutaj było naprawdę ładnie. Coś tak jakby kanion a nad nim owa kolejka. Szliśmy prze ten las i cały czas śmialiśmy się z Wonsa i jego poprzyklejanych naklejek z parku na plecach. Chłop nie był świadomy z czego się śmiejemy. Porobiliśmy zdjęć i zaplanowaliśmy przejażdżkę kiedy będziemy wracać z krokodyli. Choć mało w to wierzyliśmy.

Fot.9. Wąwóz Kuranda.

Po zaliczeniu pięknych widoków pozostało nam dojechać jak najdalej i poszukać jakiegoś noclegu. Wcześniej oczywiście trzeba było coś zjeść. Świrek cały czas prowadził a ja strasznie się rozgadałem z Olą. Opowiadaliśmy sobie różne historie z przeszłości. Usłyszałem nawet historię o misiu, któremu zginały się ręce i nogi...

Dość, że wylądowaliśmy w jakiejś dziurze pełnej Aborygenów żeby coś zjeść. Ja znalazłem bankomat i wybrałem kolejne $150. Pozostali wrócili z niczym. Tutaj nic nie zjemy. Dopiero w następnej miejscowości natknęliśmy się na restaurację. No ale tradycyjnie nikt nie chciał zadecydować gdzie idziemy. Po długich pertraktacjach część wybrała kuchnię europejską a ja, Świrek, Teresa i Ola z Marcinem poszliśmy do tajskiej.

Tam przywitał nas miły pan, którego siostry córka studiuje w Polsce ale my sami trochę zrobiliśmy się w konia patrząc na cennik. Ceny, które nas tu sprowadziły odnosiły się do cen na wynos. Cóż, byliśmy już dość głodni a lokal wydawał się miły. Nie było ludzi a pani od razu przyniosła litr wody. To było oczywiście za mało bo potrzebowaliśmy jeszcze dwóch takich. Szczególnie po tym co zamówiliśmy. Jak nam powiedział właściciel dla nas będzie średnio pikantne. Jeśli to było średnio to nie wyobrażam sobie jak smakuje mocno pikantne. Można było po tym ziać ogniem.

Marcin zjadł po Teresie bo nie mogła, a Ola oddała część swojej porcji Świrkowi, któremu łzy płynęły ale się zawziął i zjadł. Ja zlałem mu jeszcze ten cholernie pikantny sos żeby go dobić ale i tak wygrał ze wszystkimi. Mimo to bardzo nam smakowało. Mieliśmy mięsko z warzywkami w tym diabelskim sosie. Głód zaspokoiliśmy. Picie nam donosili. Zostawiliśmy tam $100 w tym $12 napiwku i spotkaliśmy Wonsa i Mitcha. Było już ciemno i późno i trzeba było wreszcie gdzieś coś znaleźć do spania bo wszyscy zmęczeni.

Świrek nadal za kółkiem i tylko jeszcze jeden przystanek na toaletę w jakiejś kolejnej dziurze pod dziwnym drzewem obok kościoła. Dalej już tylko droga na północ. Zaczęły się lasy. Mnie spanie odeszło bo z Olą nadal gadaliśmy jak najęci. Reszta kipiała w samochodzie.

Wreszcie dojechaliśmy dokądś. Nie wiedzieliśmy dokąd a okazało się, że do rzeki. Już wcześniej widzieliśmy, że przy każdej rzece jest ostrzeżenie o zakazie kąpieli z powodu krokodyli. No ale nasza rzeka to potężna rzeka (Daintree) przez którą trzeba się przeprawiać promem. Prom był gotowy. Kosztował $16 i kiedy na niego wjechaliśmy gościu z obsługi pokazał nam krokodyla. Szukał go latarką po brzegu i istotnie zobaczyłem dwa czerwone ślepia w krzakach na brzegu. No, no, no. Ładna okolica.

A za rzeką to już naprawdę dżungla. Droga przez środek lasu. Czuliśmy się jak w horrorze. Jeszcze ta świadomość, że są tu krokodyle dodawała pikanterii. A las ciągnął się i ciągnął. Zaczęliśmy wymyślać historyjki z cyklu "co by było gdyby..." ale powoli traciliśmy wiarę, że coś tu będzie do przenocowania. W dodatku minęliśmy już ostatnią stację benzynową! Dotarliśmy już na Cape Tribulation a nocleg na plaży nie za bardzo się nam uśmiechał.

W końcu jednak Świrek zajechał pod jakiś camping. Był zamknięty ale w środku słychać było wesołe śpiewy Anglików, którzy właśnie prowadzili z Danią 2:0. Piwo lało się strumieniami a miejsce wyglądało na bardzo fajne i przyzwoite. Poszedłem z Mitchem dowiedzieć się w sprawie noclegów. Mitch od razu kupił browara, a ja wróciłem z wiadomością, że jest cały domek do wynajęcia za $25 od osoby. O dziwo zostałem ochrzaniony, że niepotrzebnie powiedziałem, że nas jest siódemka. Wystarczyło spytać o 4 osoby i reszta weszłaby na "krzysia". No trudno, zawaliłem ale jakoś nie pomyślałem o takim numerze. Długo się zastanawialiśmy co robić.

Marcin z Olą poszli po przeciwnej stronie sprawdzić a mnie Mitch namówił na spacer na plażę. Niestety nie mieliśmy światła a noktowizor z kamery na długo nam nie starczył. Wycieczka więc okazała się bez sensu i szybko wróciliśmy. Zresztą do plaży był kawałek i trzeba było iść przez las. Nie warto chyba ryzykować.

Po powrocie dowiedzieliśmy się o decyzji. Ja jeszcze miałem klucz od domku, który rzekomo oglądałem. Ola i Marcin zrezygnowali również z pomysłu spania w namiocie za $12 od osoby. Postanowiliśmy, że oddam klucz i podziękuję a Ola i Marcin wezmą go na nowo dla 5 osób. Zaoszczędzone pieniądze przeznaczymy na paliwo. Plan jednak został zachwiany bo ja klucz oddałem facetowi (mówiąc, że jadę dalej) a on nie wrzucił go do skrzynki. Kiedy oni poszli załatwiać babka dała im klucz od innego baraku gdzie już były 2 osoby. Jednak wszystko zostało wyprostowane i dostaliśmy ten pusty płacąc za 5 osób.

Tym razem łazienki były na zewnątrz więc musieliśmy jakoś czmychnąć. W tle słychać było krzyk Anglików kiedy strzelili na 3:0 a potem kiedy mecz się zakończył. My byliśmy jednak dość zmęczeni i każdy oprócz Mitcha, który poszedł zobaczyć co się dzieje, chciał już tylko się położyć spać. Nam nawet nie udało się wygonić Wonsa pod prysznic bo chłop już spał. Mitch też wrócił. Tuż przed snem zapytałem Olę jaki jest plan na jutro ale zostałem zbesztany za to, że "~gówno zrobiłem w sprawie wycieczki i nawet nie wiem gdzie jedziemy." Tak, że nie dowiedziałem się szczegółów i już cicho siedziałem. Dla pocieszenia dodam, że chwilę później nieświadomy niczego Mitch został potraktowany podobnie kiedy zadał identyczne pytanie. Dobrze przynajmniej, że wszystkim chciało się spać.

Dzień 7: Airlie Beach – Cape Tribulation 725km

 

DZIEŃ 8 - 16 czerwca 2002 – niedziela

                        KROKODYLE

Obudziliśmy się dość wcześnie. Ja spałem najdłużej a podobno Marcin już był na plaży. Naturalnie wszyscy najpierw poszli do łazienki. Tym razem trzeba było przejść kawałek. Potem śniadanie z resztek, które zostały z poprzedniego dnia. Akurat nic się nie zmarnowało a dla wszystkich było w sam raz.

Znajdowaliśmy się na słynnym przylądku Cape Tribulation. Cape Tribulation to nazwa przylądka położonego w stanie Queensland, północno-wschodnia Australia, 110 km na północ od Cairns. Nazwa została nadana przez Kapitana Jamesa Cooka i pochodzi od angielskiego słowa troubles – kłopoty. Cook przekraczając Wielką Rafę Koralową uszkodził swoją flotę. Nie wylądował on tam jednak - płynął dalej, szukając sprzyjającego miejsca. Na ląd zszedł dopiero w odległym ok. 200 km na północ Cooktown. Spędził tam ok. 7 tygodni i było to pierwsze "stale" siedlisko w Australii.

Obecnie Cape Tribulation leży na terenie parku narodowego Daintree National Park. Na przylądku, który jest rezerwatem przyrody Wet Tropics World Heritage, urządzono ścieżkę dydaktyczną. Pobliska zatoka ma przepiękną plażę. Cape Tribulation odwiedzana jest w okresie zimowym licznie przez turystów.

W latach 70. na plaży mieszkała komuna hippisów z całego świata, która była dla Australii tym samym co kalifornijska miejscowość Santa Cruz. Do przylądka dociera droga asfaltowa, która w tym miejscu się kończy. Dalsza podróż na północ możliwa jest jedynie samochodami terenowymi. Najbliższa większa miejscowość – Port Douglas.

Spokojniutko się pozbieraliśmy i postanowiliśmy pojechać na plażę. Kawałeczek podjechaliśmy i ukazała się nam prawdziwie tropikalna plaża. Szeroka, łagodna plaża.

Fot.10. Cape Tribulation.

 

Spokojne morze i bujna, gęsta knieja wśród której wystawały palmy. Tak jak to widywaliśmy na filmach przyrodniczych bądź przygodowych. Były również znaki przestrzegające przed osami morskimi, a nawet butelka z jakimś płynem w razie ewentualnego spotkania z nią.

Chironex fleckeri czyli osa morska (ang. poprawnie box jellyfish lub częściej marine stingers), to wolno pływająca meduza występująca u północnych wybrzeży Australii oraz w sąsiednich tropikalnych wodach przybrzeżnych Oceanu Indyjskiego i Spokojnego, znajdowana także w południowo-wschodniej Azji. Jedyny przedstawiciel rodzaju Chironex.

Osiąga rozmiary piłki koszykowej, ciało przejrzyste, do 60 czułków dochodzących do 5 m długości. Żywi się skorupiakami oraz rybami.

Ukąszenie tej meduzy jest niezwykle bolesne i niebezpieczne dla życia. Trucizna zawiera substancje atakujące jednocześnie skórę, system nerwowy oraz serce. Śmierć może nastąpić w kilka minut po ukąszeniu. Każdy z czułków meduzy zawiera truciznę wystarczającą do uśmiercenia 60 dorosłych osób.

Przypuszcza się, że osa morska spowodowała około 100 wypadków śmiertelnych w wodach Australii na przestrzeni ostatnich 100 lat, co stawiałoby ją w gronie najbardziej niebezpiecznych zwierząt morskich.

Porobiliśmy sobie zdjęcia, Mitch wszystko sfilmował i zaczął się powrót. Wracaliśmy tą samą drogą i dopiero teraz widać było jak blisko jest morze. No ale wczoraj tego widać nie było. Pogoda troszkę się zepsuła bo zaczęło lekko mżyć. Przejeżdżając przez strumyki zrobiliśmy sobie zdjęcia ze znakami ostrzegawczymi dotyczącymi krokodyli. Dojechaliśmy do rzeki Daintree i trzeba było poczekać na prom. Dziewczyny kupiły od jakiegoś straganiarza banany za $1.5/kg i zaraz na drugim brzegu zatrzymaliśmy się aby zobaczyć co oferują nam w przewozach po rzece.

Rzeka Daintree to rzeka w północnym Queensland, 100km na północ od Cairns, o długości 140km. Jest oazą dla różnorodnej roślinności oraz siedliskiem wielu egzotycznych zwierząt. Woda w rzece jest mieszaniną wody słodkiej i słonej.

W rzece Daintree żyją, niezwykle agresywne, krokodyle słonowodne. Krokodyl ten, zwany również różańcowym lub morskim, jest największym współcześnie żyjącym gadem. Długość ok. 5 m, rzadko do 7 m a masa ciała do ok. 800 kg, rzadko do 1000 kg. Najczęściej przebywa niedaleko ujść rzek do morza. Wypływa na pełne morze, bo jako jedyny spośród krokodyli potrafi żyć w słonej wodzie. Niektóre osobniki zapuszczają się z Australii aż do Azji Południowo-Wschodniej. Jest to możliwe, dzięki specjalnym gruczołom na języku, które usuwają nadmiar soli. Nadmiar ten jest usuwany przez oczy. Mówiono wtedy, że krokodyl płacze. Stąd wzięło się określenie "krokodyle łzy".

Zastanawialiśmy się więc czy wziąć długą 2.5 godzinną wycieczkę o 12.00 czy krótką godzinną o 10.30. Zdecydowaliśmy się na dłuższą. Zostało więc nam trochę czasu to postanowiliśmy się pojechać na kawę. Trzy kilometry dalej miała być kawiarenka. Deszcz się wzmógł ale jakoś nikt nie zwracał na to uwagi bo temperatura nadal się utrzymywała na wysokim poziomie.

Kawiarenka okazała się być dość miła. Atrakcją była tresowana papuga, która chodziła po klientach. Nas też zaczepiała i chodziła po karkach, barkach i głowach. Jedynie odmówiła wejścia na Teresę (pewnie dlatego, że to była samiczka). Wtedy też przestało padać i zbliżała się godzina rejsu po rzece.

Komary nadal gryzły mimo stosowania mleczka. W końcu zapakowaliśmy się na łódeczkę wraz z parą staruszków oraz czwórką Niemców. Deszcz na nowo zaczął padać i trochę mokliśmy dopóki przewodnik nie spuścił foliowych ekranów z przodu statku.

Pierwszym krokodylem był malusieńki okaz, którego trudno nam było w ogóle zidentyfikować. Pan Adam ładnie mówił o rzece i wszystkim co w niej żyło. Przygotowany był na wszystko łącznie z pytaniami naszej Oli. Pływaliśmy od jednego brzegu do drugiego oglądając roślinki, ptaszki no i oczywiście krokodyle. Podobno bardzo zresztą agresywne. Nie było ich może dużo ale wrażenie robił, przynajmniej na mnie, fakt, że były one w swoim naturalnym środowisku a nie na jakiejś farmie, których jest pełno w tych rejonach.

Zobacz video:  http://www.youtube.com/watch?v=78IKxldtHFA

W ten sposób dopłynęliśmy aż do samego ujścia rzeki do oceanu. Tam mieliśmy mieć 20min przerwy na spacer po plaży ale nikt nie był zainteresowany chodzeniem po plaży w deszczu. Później jeszcze wpłynęliśmy w jakąś odnogę rzeczki obejrzeć jakieś drzewka a na sam koniec pan Adam pokazał nam swoje prywatne zdjęcia z polowań na dzikie świnie. Mnóstwo krwi i obciętych głów na fotkach robiło wrażenie i wszyscy z podziwem patrzyliśmy na dzielnego przewodnika. A świnie były konkretnych rozmiarów.

Po wycieczce, która naturalnie znów kosztowała nas mniej niż powinna, pozostała nam tylko podróż samochodem. Wons, który rano mało co i by się pobił z Teresą kto ma prowadzić, nie oddawał kółka nikomu. Mknęliśmy szosami północnego Queensland w dół na południe. Po drodze jednak mieliśmy mieć jeszcze jeden przystanek. Były plany, że dwa ale nie mieliśmy czasu aby zdążyć przejechać się kolejką w Kurandzie. Na skoki bungy jednak czas się znalazł. Mitch i Wons zapragnęli bowiem dołączyć do klubu. Tuż pod Cairns AJ Hackett ma jedną ze swoich platform. Tutaj też przyjechaliśmy. Skromniej i niżej niż w Queenstown ale atrakcją jest zanurzenie w wodzie przy skoku oraz mingy - inna odmiana bungy (kołysanie się na linach).

Świrek zrezygnował ze skoku a Wons i Mitch ochoczo wbiegli na 50m platformę z której m.in. skakali Red Hot Chili Peppers, Judast Priest i Slash. Ja miałem za zadanie nakręcić dobry materiał. Wons bardzo się denerwował i z tego wszystkiego zapomniał opróżnić kieszenie. Świrek musiał wbiec na górę odebrać gadżety. Poszła i Teresa z Marcinem a dla nas czas się wydłużał.

Skakali różni ludzie. Niektórych trzeba było namawiać, jedni skakali z dachu inni na nogi, były gole biusty i krzyki ale my czekaliśmy na naszych. Wreszcie na skraju przepaści stanął Wons. Poszedł w dół bardzo ładnie i zanurzył się prawie po pas w wodzie. Był bardzo dumny i zadowolony. Mitch skoczył tuż za nim i oddał piękny technicznie skok. Też się zamoczył. Mnie udało się nakręcić wszystko.

Następny okres czasu spędziliśmy na czekaniu na wypisywanie certyfikatów i odbiór video. Po zdjęcia trzeba było jechać do Cairns w okolicach godziny 21.00. No więc zapakowaliśmy się do wozu a Wons nadal kierował. 

Cairns – (http://www.cairns.qld.gov.au/) – miasto i port w północnej części stanu Queensland w Australii liczące ok. 130 000 mieszkańców.

Założone w 1876 roku, początkowo jako port mający służyć kopalniom złota i innych metali (tzw. gorączka cynowa w latach 80. XIX wieku) położonym na zachód od miasta, przekształciło się w ośrodek przemysłu cukrowniczego (w bezpośredniej okolicy liczne plantacje trzciny cukrowej, zbiory dwa razy w roku), a obecnie jest znaczącym ośrodkiem turystycznym. W Cairns kończy się droga stanowa "Bruce Hwy" oraz linia kolejowa z Brisbane.

Wjechaliśmy do miasta kiedy było już ciemno. Nakręciłem kilka nocnych scen z miasta i poszliśmy na spacer oraz coś zjeść. Ola wybrała kebaby więc i ja się skusiłem. Potem część ludzi poszła kupować wyroby ze skóry krokodyli i w ten sposób pogubiliśmy się. Wons, Świrek, Mitch i ja poszliśmy do galerii Petera Lika, który jest znanym fotografikiem. Piękne obrazy-zdjęcia oglądaliśmy przez pół godziny. Potem zostało nam trochę czasu na wypisanie ostatnich kartek ale i tak Świrek zapomniał o jednej i musiałem mu iść kupić. Jak było do przewidzenia nie spodobała mu się.

Po tej przerwie na kartki, nasi bohaterowie chcieli odebrać zdjęcia ze skoków. Ale doradzono im przyjść o 20.30. W tym czasie znaleźliśmy pozostała trójkę i wszyscy udaliśmy się w poszukiwaniu bottle shopu. Po drodze wrzucili kartki i wreszcie dotarliśmy do sklepu. Mitch zakupił sześciopaka i siedliśmy na schodach popijając XXXX. W pewnej chwili zauważyliśmy znajomą twarz Angielki z jachtu. Podeszła do nas i opowiedziała przez chwilę o imprezie na którą nie dotarliśmy. Podobno instruktorzy ostro dali w palnik.

Po wypiciu piwka udaliśmy się w kierunku parku, na ławeczkę i tam koczowaliśmy aż do 23.00. W tym czasie chłopaki odebrali zdjęcia, Teresa kupowała prezenty a Ola zaczęła wypisywanie kartek. Ja co jakiś czas biegłem do sklepu zobaczyć sytuację w meczu Hiszpania - Irlandia. Mitch w tym czasie biegał do bottle shopu. Kiedy przyszła pora wyjazdu, jeszcze co niektórzy coś przekąsili i zapakowaliśmy się do samochodu a Mitch tradycyjnie poszedł sprawdzić co się dzieje w lokalach. Ale podobno nic ciekawego.

Przed nami kilka godzin jazdy do Townsville. Mitch zapragnął tańczyć i próbował nawet robić to z Olą w samochodzie. Ja miałem inne zmartwienie. Będąc jeszcze w mieście dostałem dwa SMSy na które chciałem odpisać. Poprosiłem Wonsa żeby mi przy okazji tankowania, kupił kartę do telefonu. Zrobił tak ale o dziwo nie mogłem wysyłać SMSów do Polski. Dodatkowo straciłem mój poprzedni kredyt $6. Bardzo się wkurzyłem i zaczęła się moja przygoda z Vodafone. Wydzwoniłem kilka razy do serwisu ale pani kazała czekać najpierw 16 minut a potem 2 godziny. Kiedy o 2.00 w nocy nadal nie mogłem wysłać pani dała mi nowy numer czynny 24 h na dobę. Tam jednak panowie nie odbierali. Byłem już bardzo zdenerwowany i w końcu pożyczyłem telefon od Wonsa i wysłałem wiadomości. Dobrze, że dostałem przynajmniej odpowiedź zanim skończył się zasięg. 

Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę żeby rozprostować kości, choć Ola zapowiedziała, że nie wpuści mnie do środka za szybko bo śpi. Chodziłem więc z Wonsem wokół samochodu gdzieś na pustkowiu i straszyliśmy kierowców, którzy przejeżdżali obok nas. Po chwili Marcin przejął stery i ruszyliśmy do Townsville. Dojechaliśmy w środku nocy i pozostało nam jakoś spróbować się przespać. Świrek gdzieś wybył więc miałem więcej miejsca. Pozwoliło mi to jakoś się ułożyć i zasnąć. Gdzie spali inni nie pamiętam. 

Dzień 8: Cape Tribulation - Townsville 454km

 

DZIEŃ 9 - 17 czerwca 2002 – poniedziałek

        POWRÓT DO ZIMNEGO SYDNEY 

Chyba nikt z nas się nie wyspał. Nawet nie wiem czy wszyscy spali w samochodzie. W każdym razie niemiłosiernie połamani postanowiliśmy pojechać gdzieś na śniadanie. Było dość wcześnie więc praktycznie pozostał nam tylko McDonald. Trudno coś wybrać z takiej oferty no ale musiałem coś przegryźć więc zdecydowałem się na Big Breakfast. Tak jak się spodziewałem big było tylko w nazwie i w dodatku musiałem wypić herbatę z mlekiem. Pozostali też coś tam wybrali poza Świrkiem, który odmówił konsumpcji tego typu produktów.

Nie zajęło to nam dużo czasu a spieszyć się musieliśmy. Samochód należało oddać przed 8.00 rano. Wpierw jednak trzeba było jeszcze zatankować. Dokonaliśmy tego na stacji Shella a potem już tylko na lotnisko. Zdążyliśmy. Wypakowaliśmy nasze graty, łącznie z tymi stęchłymi ręcznikami i pozostało nam kilka godzin czekania na samolot. Wykorzystaliśmy ten czas na szybką toaletę i przebranie się w bardziej zimowe ciuchy. Wszak spodziewaliśmy się innej pogody w Sydney.

Potem przesiedzieliśmy pozostały czas opowiadając różne zdarzenia zarówno z wycieczki jaki i nie, ostatnie ujęcia, upominki i oczekiwanie na samolot. Zdążyłem jeszcze zadzwonić do Doroty, która wraz z Karoliną wybierała się nas przywitać na lotnisko. Potem okazało się, że samolot się trochę opóźni.

Wreszcie zaczęła się odprawa. Poszło szybko. No ale już po roentgenie zaczęło się na nowo dłużyć. W końcu pozwolili nam wyjść na płytę. Słońce już naprawdę grzało, a ja łapałem ujęcia z płyty lotniska. Przepuszczaliśmy wszystkich aby wejść jako ostatni. Ja kręciłem wszystko. Niestety stewardessa kazała mi wyłączyć kamerę kiedy wszedłem na pokład.

Znaleźliśmy swoje miejsca i wypadło, że siedziałem z Mitchem. Robiliśmy sobie lekkie jaja z Wonsa, który ładnie mówiąc ma pewne obawy związane z lataniem a potem już tylko przygotowanie do startu. Korciło nas żeby włączyć kamerę i zarejestrować ten najfajniejszy moment podroży lotniczej ale nie wolno tego robić. Kamerę włączyłem później na kilka ostatnich już ujęć. Przez cala podróż rozmawialiśmy z dziewczynami, które siedziały przed nami. Chłopaki męczyli się z zadaniem rozwiązania łamigłówki a Wons przeżywał lot po swojemu.

Lot trwał krócej niż w drugą stronę. O 14.30 byliśmy już na ziemi i witały nas Dorota i Karolina. Odebraliśmy bagaże i byliśmy wolni. Lot krajowy więc nie ma odprawy. Szybko podjechał autobus i udaliśmy się na Randwick. Niestety ja nie wysiadłem bo tradycyjnie musiałem jechać prosto z lotniska do pracy. Świrek zabrał mój bagaż a ja już tylko sam pojechałem dalej. Niestety pełen słusznych obaw co do mojej przyszłości w Westfieldzie...

Dzień 9: Townsville - Sydney 2076km

 

 

 

        QUEENSLAND - 2002

 

 

 

 

1.

Sydney – Airlie Beach

2310

2.

Airlie Beach – Cape Tribulation

725

3.

Cape Tribulation - Townsville

454

4.

Townsville - Sydney

2076

 

 

 

 

 

5,500 km

 

ŹRÓDŁA: Wszelkie profesjonalne opisy zabytków i miejsc zostały skopiowane z poniższych stron:  www.wikipedia.org oraz www.przewodnik.onet.pl