Powrót
   

   NOWA ZELANDIA 2001

 

Czas: 21 listopada 2001 – 30 listopada 2001

Miejsce: Nowa Zelandia: Kaikoura – Hanmer Springs – Greymouth – Franz 

            Josef – Queenstown – Te Anau – Milford Sound – Dunedin -  

            Christchurch

Osoby: Dorota Czyżowska (28, Złotoryja), Ewa "Jadźka" Baracz (25,

          Warszawa), Agnieszka "Lucy" Szcześniak  (25, Kielce), Maciek Rabenda

          (27, Złotoryja), Bartek "Bart" Łaczyn (25, Opole), Dawid "Profi" Droń  

          (26, Złotoryja)

Cel: Objechać najważniejsze miejsca południowej wyspy.

Koszt: $1,800 AUD/os.

 

 

Dzień 1 – 21 listopada 2001 – środa

 

              LOT NAD TASMANEM

 

Wstaliśmy o 5.30 bo autobus mieliśmy o 6.20. Simony nie było a Bart spał u nas na rokoku. Spakowani już byliśmy, więc tylko toaleta i herbatka. Ja oczywiście lekkie śniadanko. Pogoda okropna, więc poubierani ciepło ruszyliśmy na przystanek. Ja musiałem kupić bilet za $3.80. Wysadził nas troszkę daleko.

 

Po wejściu do terminalu zaraz sprawdziliśmy nasz lot. Wszystko się zgadzało. Lecimy do Christchurch o 9.45 a nr lotu to NZ182. Znaleźliśmy naszą odprawę. Dorota chciała zadzwonić po dziewczyny, ale stwierdziliśmy, że nie ma sensu. Odprawiali nas fajni ludzie. Pogadaliśmy z nimi na temat wczorajszego meczu (Australia-Urugwaj 1:0). Zgodzili się też zarezerwować miejsce koło nas dla dziewczyn.

 

Po odprawie poszliśmy siąść w kawiarence. Część jadła śniadanie, część łaziła po terminalu. Zjawiły się bowiem dziewczyny i wreszcie w komplecie mogliśmy ruszyć do bramki. Po drodze sklep bezcłowy i Maciek kupił tam 4.5 litrowego Johnny’ego, czym zrobił furorę na pokładzie samolotu. Dorotka rozpakowała kamerę i rozpoczęło się kręcenie filmu. Dorota miała pewne obawy, bo kamerę rozpakowaliśmy już wcześniej w domu, choć zgodnie z prawem nie wolno było nam tego robić. Ale tak zakleiliśmy pudełko, że wyglądało na nienaruszone. Potem usłyszeliśmy, że trzeba wchodzić do samolotu.

 

Miejsce miałem przy oknie, ale na nic to się zdało, bo przez cały 3 godzinny lot nic nie było widać. Tylko chmury. Były telewizorki, jedzenie, piwko, muzyczka i starsze panie jako stewardesy reprezentujące Air New Zealand.

 

Troszkę nam głowy spadły i dzięki temu lot był bardzo krótki. Kiedy zbliżyliśmy się do ziemi i było już widać ląd, ujrzeliśmy mnóstwo zieleni, pola, lasy i owce. Wystraszyliśmy się, że lądujemy w polu ale takie właśnie jest lotnisko w Christchurch. Pogoda okropna. Leje i zimno.

 

Najpierw oczywiście odprawa. Trochę trwała ale bez kłopotów. Na mnie skoczył tylko pies, choć plecak miałem pusty. Widocznie pozostał zapach jedzenia, bo NZ, tak jak i Australia, też obawia się pryszczycy i innych chorób. Wreszcie wyszliśmy za bramkę. Ja od razu pobrałem z bankomatu $500 a potem poszliśmy odebrać samochód. Nie było żadnych problemów. Ustaliliśmy, że zamiast zamrażać $1,200 ubezpieczenia, zapłacimy dodatkowo $120. Samochód stał na parkingu na lotnisku. Złota toyota tarago. Okazało się, że automat i Maciek miał lekkie problemy z uruchomieniem ale w końcu wszystko poszło i od razu skierowaliśmy się do Kaikoury omijając Christchurch.

 

Pierwsza rzecz, jaka nas ujęła to duże podobieństwo do... Polski. Wioski, zieleń no i niestety okropny deszcz. Trudno było wpatrywać się w krajobrazy przez zaparowaną i mokrą szybę. Po drodze nastąpiła mała pomyłka, bo niepotrzebnie skręciliśmy i zjechaliśmy z autostrady i trzeba było się wracać.

 

Do Kaikoury jest prawie 200km. Krajobraz zmieniał się stopniowo, zaczynały pojawiać się górki, winnice ale dominująca zieleń i owce nie zniknęły. No i deszcz też nie zniknął.

 

Potem wyjechaliśmy na drogę, która wiodła wzdłuż oceanu obok torów kolejowych. Czasami wjeżdżaliśmy w tunele. Bardzo ładnie ale mało widać przez ten deszcz. W takim stanie dojechaliśmy wreszcie do tej Kaikoury. http://www.kaikoura.co.nz/  Szybko znaleźliśmy nasz motel, bo mieścina ma 4,000 mieszkańców. Jej nazwa oznacza po maoryjsku "miasto langusty", bo z tego właśnie słynie jak również z możliwości podglądania kilkunastu gatunków wielorybów. O tym już przekonali się wielorybnicy w XIXw.

 

Dowiedzieliśmy się, że lepiej jutro zadzwonić i upewnić się jak z wielorybami. Dostaliśmy klucz od domku. Trzy pokoiki, śliczna łazienka, kuchnia, podgrzewane łóżka, kawa i herbata w kuchni, TV, mikrofala. Lepiej jak w domu. Wnieśliśmy tylko plecaki i pojechaliśmy coś zjeść.

 

Nie szukaliśmy długo. Mała restauracyjka. Prawie wszyscy zamówiliśmy rybę, tylko Maciek steka. Wzięliśmy też chleb czosnkowy i butelkę wina. Dobre było ale mało. Zapłaciliśmy $200 ale zostawiliśmy $20 napiwku za to ich klęczenie podczas brania zamówienia. Śmieszny zwyczaj.

 

Chcieliśmy iść się gdzieś przejść ale pogoda nas zniechęciła. Zebrałem na prośbę Maćka po $50 i zrobiliśmy małe zakupy. Chłopaki napalali się na "huśtawkę", czyli Johnny’ego. Ja jeszcze sobie wyszedłem na spacer ale zaczynało się ściemniać i nadal padało, więc szybko wróciłem. Włączyłem TV, poczytałem przewodniki a reszta popijała gorzałkę. Tak też dobiliśmy do 0.30 czasu miejscowego. Pobudka zaplanowana na 6.00. Prognozy pogody złe, choć może weekend będzie dobry. Jutro wieloryby, gorące źródła i drugie wybrzeże – Greymouth.

 

Dzień 1: Christchurch - Kaikoura 184km

 

 

 

Dzień 2 – 22 listopada 2001 – czwartek

 

              WIELORYBY WIDMA

 

 

Obudził mnie telefon Barta o 5.30. Wstał żeby się wykąpać. Mój zegarek był nastawiony na 6.00. O tej porze spotkałem Maćka kręcącego owieczki na kamerę. Najważniejsza wiadomość to to, że nie pada. Ptaszki ćwierkają, piękne góry za oknem. Jest, co prawda, pochmurno i mokro, ale mamy pewność, że popłyniemy oglądać wieloryby.

 

Zdążyliśmy się zebrać już przed 7.00. Do biura nie było daleko. Poszedłem się dowiedzieć, co z moją rezerwacją zrobioną przez internet. Wszystko gra ale mamy poczekać na kapitana, który o 7.15 zdecyduje czy można płynąć. Pani była trochę zdziwiona, że nie jestem Amerykaninem, bo mój mejl przyszedł z amerykańskiego serwera.

 

Do czasu przyjścia kapitana udaliśmy się do kawiarenki na lekkie śniadanie. Ale ja nie byłem głodny, szczególnie kiedy ogłoszono, że warunki mogą potęgować chorobę morską.

 

O 7.45 pokazali nam krótki film o bezpieczeństwie na łodzi i podjechaliśmy autokarem do przystani. Tam powitał nas po maoryjsku przewodnik. Właściwie dwóch młodych na stażu i jeden doświadczony Maorys. No i wypłynęliśmy. Od samego początku kołysało strasznie a łódka skakała po falach. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się i kapitan próbował zlokalizować wieloryba za pomocą echolokacji. Wkładał jakiś przyrząd do wody i czekał ze słuchawkami na uszach ale nic z tego nie wychodziło. Wtedy płynęliśmy w inne miejsce. Niestety w czasie postoju przeciążenia były okropne. Po kilku takich razach, ludzie zaczęli rzygać i bardzo się niepokoić. Dopadło i Dorotkę, która nie wytrzymała. Raz po raz dopadało pozostałych. W sumie jakieś 75% pasażerów rzygała jak koty a załoga tylko podstawiała torebki. Ja miałem duże problemy, aby się powstrzymać. Siedziałem blady nieruchomo z zamkniętymi oczami i czekałem z utęsknieniem na koniec tej wyprawy. Miałem gdzieś te wieloryby.

 

Szukaliśmy tych wielorybów przez 2 godziny. Wreszcie kapitan dał za wygraną i nakazał powrót. W tym czasie spotkaliśmy albatrosy i natknęliśmy się na grupę delfinów. Mieliśmy z 15 minut na oglądanie ich. Płynęły obok nas, podpływając do łódki i skacząc nad wodą. Wszyscy stali na zewnątrz i pstrykali zdjęcia. Przez chwilę chyba zapomnieliśmy o przeciążeniach.

 

Chwilę później byliśmy już na lądzie. Odwieźli nas z powrotem do biura i tam wypłacili nam rekompensatę. Dostaliśmy $77.60 z powrotem z wpłaconych $99.50. Poszliśmy do kawiarenki na drugie śniadanie ale ja miałem bałagan w żołądku, więc nie miałem ochoty nic tam wrzucać. Siedząc tak zauważyliśmy, że zaczęło znów padać.

 

Kolejnym punktem było zwiedzanie starej chatki wielorybników, co mnie bardzo ciekawiło, ale z powodu, że zasiedzieliśmy się w tej kawiarence do tego punktu programu nie doszło. Mieliśmy bowiem do przejechania dzisiaj 338 km. Trochę mnie to zmartwiło, bo za długo tam siedzieliśmy.

 

Ostro więc ruszyliśmy w kierunku Hanmer Springs. Tam mieliśmy się zatrzymać żeby zobaczyć jak wygląda ośrodek geotermiczny z gorącymi źródłami do kąpieli o każdej porze roku. Po przejechaniu 132 km byliśmy na miejscu.

 

Dzień 2: Kaikoura – Hanmer Springs 132km

 

Hanmer Springs http://www.hanmersprings.co.nz/ to malutka wioska słynna z Hanmer Springs Thermal Pools & Spa – leczniczych gorących źródeł. Znane były już od 1859 roku. Miejsce otoczone zalesionymi górami jest również ważnym ośrodkiem sportów zimowych. No ale jednak to, co przyciąga turystów to te gorące źródła, z których można skorzystać o każdej porze roku, o czym zapewniały nas foldery prezentujące roznegliżowanych ludzi moczących się w basenach otoczonych zwałami śniegu.

 

Kiedy wysiedliśmy z samochodu okazało się, że trochę mży. Poszedłem się dowiedzieć z Maćkiem, co i jak, i zamówiliśmy prywatny basen za $15 od łebka. Ale okazało się, że chętne są tylko 3 osoby. Argumenty różne. Maciek też zaczął wymiękać ale ja się uparłem i poszliśmy. Rzeczywiście gorąca woda. Nasz prywatny był pod dachem a cała atrakcja to siedzieć na zewnątrz, kiedy pada deszcz bądź śnieg. Tak więc ten pomysł z prywatnym basenem to był trochę jakby niewypał. Ale i tak potem przeszliśmy do dużego wspólnego pod gołym niebem. Relaksowaliśmy się przez jakiś czas, aby potem zasiąść w knajpce.

 

Wreszcie zjadłem obiad. Chwilę spędziliśmy w knajpce i trzeba było się zbierać. Zaraz potem ruszyliśmy do Greymouth na przeciwległe wybrzeże. Po drodze zatankowaliśmy w Lewis. O 17.00 wyszło słońce i było widać niebo. Zrobiliśmy sobie zdjęcia po drodze i podziwialiśmy krajobrazy. Muzyka nadal wkurzająca i pogoda też, bo 15 km przed Greymouth zaczęło lać. Wjechaliśmy do miasta w obfitych opadach.

 

Dzień 2: Hanmer Springs – Greymouth 217km

 

Przejechaliśmy całe miasteczko i znaleźliśmy nasz zajazd. Jeszcze lepszy niż wczoraj. Nawet lodóweczka zaopatrzona, a rano gazetka i śniadanko, jeśli chcemy. Znów czyściuteńko jak w domu. Rewelacja. Na nasze pytanie do właściciela: "Jak długo już tu pada?", on odrzekł: "Za długo".

 

Samo miasto http://www.greymouthnz.co.nz/ to największy ośrodek na zachodnim wybrzeżu z oszałamiającą liczbą mieszkańców w ilości 13,000. Kiedyś nawet złoto tu znaleziono. Nie za bardzo mieliśmy możliwość przyjrzenia mu się. Padało, więc poszliśmy do salonu gier. Część grała w ping-ponga inni tak jak ja w bilarda. Potem wszyscy chcieli jeść, więc wsiedliśmy w samochód i podjechaliśmy do centrum. Tam raczej wszystko już zamykali ale udało się nam wejść do pizzerii gdzie wszyscy chcieliśmy wziąć pizzę. Niestety się skończyła i trzeba było wziąć pastę. Posiedzieliśmy trochę i poczytaliśmy... ściany. Poprzyklejane były bowiem do ścian różne wydania gazet z całego świata. Nie udało się nam namierzyć polskiej gazety jednak.

 

Przeszliśmy się troszeczkę miastem. Widać było jakiś zegar, kilka skrzyżowań ale zdecydowanie pogoda nie pozwalała na dokładniejsze przyglądanie się temu miastu. Ja nawet chciałem sprawdzić w książce telefonicznej, czy nadal mieszka tu chłopak, z którym korespondowałem za licealnych czasów. No ale jednak nie było na to czasu.

 

W czasie drogi powrotnej do domu, wyniknęły rozbieżności, co do jutrzejszego dnia. Przytłaczająca większość grupy nie była zadowolona z mojego pomysłu pójścia do podziemnej jaskini. Woleli na spokojnie przygotować się do wyjazdu na lodowiec.

 

 

Dzień 3 - 23 listopada 2001 - piątek

 

     KIEDY NIE PADA, TO ZARAZ ZACZNIE

 

Obudził nas właściciel przynosząc śniadanie i gazetę. Jak zwykle w Nowej Zelandii ilości do jedzenia są ogromne. Bardzo się najedliśmy a potem zaczęło się czekanie na łazienkę. Następnie szybko się spakowaliśmy i ruszyliśmy w kierunku Franz Josef Glacier. Czyli tylko 181km.

 

Pogoda oczywiście fatalna, czyli leje. Ale im bardziej na południe, tym lepiej to wyglądało. Chmury się przerzedzały i wreszcie wyszło słońce. Droga do Hokitiki była prosta i łatwa. Ruch też nieduży, choć tu i ówdzie można było zauważyć samochody kempingowe.

 

Dzień 3: Greymouth – Hokitika 40km

 

Po minięciu Hokitiki dopiero zobaczyliśmy, co to Nowa Zelandia. Ośnieżone szczyty, bujna zieleń, cieplutko, niebieskie niebo, ocean. Wszyscy wpadliśmy w znakomite nastroje. Droga zrobiła się kręta, lasy zamieniły się w dżungle i przed nami coraz wyższe góry.

 

 

Zatrzymaliśmy się dwa razy. Pierwszy raz, bo krowy weszły na drogę, a pies, który je prowadził nie mógł dać sobie rady. Ale w końcu nakazał im zejść i mogliśmy jechać dalej.

 

Zobacz video: http://www.youtube.com/watch?v=kPrLtoJd6Pw

 

Potem zatrzymaliśmy się na moment nad jeziorem żeby podziwiać widoki. Pogoda śliczna więc wszystko to wyglądało wspaniale. Jednak im bliżej Franz Josef tym gorzej z pogodą i wreszcie... lunęło. Dla nas załamka.

 

Dzień 3: Hokitika – Franz Josef 133km

 

W samym miasteczku http://www.explorefranzjosef.com/ mimo wszystko pierwsze kroki skierowaliśmy do informacji. Po długim namyśle zdecydowaliśmy się na lot helikopterem na lodowiec. Mieliśmy tylko 15 minut do odlotu. Kazano nam wziąć okulary słoneczne więc musiałem iść i kupić ($NZ20). Kiedy doszliśmy do miejsca gdzie załatwia się wszelkie formalności, pogoda zdecydowanie się pogorszyła i odwołano nasz lot. A właściwie przełożono na 15.30 więc pojechaliśmy do naszego moteliku.

 

 

Warunki noclegowe znów takie same, więc nie ma o czym pisać. Po rozpakowaniu trochę się rozpogodziło, więc pojechaliśmy do miasta, bo nasz motelik był już poza nim.

 

I już wszystko gotowe tylko, że nie możemy lecieć w 6 osób. Podział był taki, że ja z Bartem mam lecieć później. Maciek z dziewczynami i ze sprzętem audiowizualnym. Ruszyli więc jako pierwsi ale po chwili wrócili i znów lot odwołano. Wkurzyło to i tak niepewnego Barta i oznajmił, że wycofuje się z lotu całkowicie. Sprawa zawisła więc. Poszliśmy do knajpy ale ja jeszcze miałem kanapki przygotowane wcześniej więc ruszyłem na podbój sklepów pamiątkarskich.

 

Tymczasem znów lunęło. Maciek zdążył jeszcze zamówić pieszą wycieczkę na lodowiec na jutro rano i wróciliśmy do motelu. Wypisywaliśmy kartki i czekaliśmy aż się rozpogodzi żeby wrócić do miasta. W końcu doczekaliśmy się i pojechaliśmy na kolację. Nie szukaliśmy długo, bo to mała mieścina i tylko kilka restauracji. Poszliśmy do "zniczy" (przy wejściu były dwie charakterystyczne rzeźby przypominające płomienie). Tam zamówiłem miejscową owieczkę, wcześniej małże a na koniec deser. Wyszło sporo jak dla mnie, bo $40. Rozmawialiśmy na temat tego helikoptera i też zrezygnowałem, bo trochę łyso lecieć samemu a i reszta też jakby się zniechęciła.

 

Po kolacji wróciliśmy do motelu. Bart męczył się dość długo ze ścielaniem łóżka, ja w tym czasie czytałem gazetę i oglądałem TV. Chcieliśmy przypomnieć właścicielom o śniadaniu w tym celu poszedłem z Dorotką do recepcji żeby im powiedzieć ale wyszło obciachowo bo tutaj nie mieliśmy wykupionego. Pani strzeliła karpia a my niemniejszego.

 

 

Dzień 4 - 24 listopada 2001 - sobota

 

         W SANDAŁACH MOŻNA WEJŚĆ

 

 

Wstaliśmy wcześniej, bo ten zaplanowany lot niby miał się odbyć o 8.00 a potem zaraz wycieczka. Ale lotu w końcu nie było i zamknęła się dyskusja na ten temat. Poszliśmy na śniadanie. Duża kanapka a potem małe zakupy w supermarkecie przed wyprawą. Wpłaciliśmy po $45 na wyprawę i dostaliśmy zalaminowane plakietki z imionami. Ale Maciek powpisywał różne dziwne rzeczy. Ja naturalnie dostałem "profesor". Później ruszyliśmy po sprzęt. Dostaliśmy buty, skarpety, spodnie. Załadowali nas do autobusu i pojechaliśmy pod lodowiec. Tam podzielono nas na grupę całodniową i półdniową. Przydzielono nas do Ivana z Argentyny. Chwilę potem wyruszyliśmy.

 

Długo szliśmy przez busz a potem po kamieniach. Ivan robił przerwy żeby opowiedzieć o lodowcu. Lodowiec Franz Josef sięga zaledwie 250m nad poziomem morza, co jest niezwykłe i jedyne na świecie. Poza tym jest to jedyny lodowiec, który sięga lasów tropikalnych. Jest to mniej więcej położenie francuskiego miasta Cannes na półkuli północnej. Dowiedzieliśmy się też, że Franz Josef porusza się około 10 razy szybciej niż inne lodowce i tak po prawdzie jest jednym z niewielu obecnie prących naprzód, gdyż większość lodowców obecnie się cofa. Ma 12 km długości i znajduje się zaledwie 19 km od morza.

 

 

Na samym końcu kamienistej drogi przebraliśmy się i w górę. Sam lodowiec wyglądał bardzo ładnie, bo była fajna pogoda. Szybko się okazało, że coś złego dzieje się z kamerą i nic się nie nagrało. Posuwaliśmy się wolno. Gęsiego wspinaliśmy się wyżej i wyżej. W pewnym momencie nadepnąłem, jak mi się wydawało, na małą kałużę, ale ona okazała się być dziurą na głębokość do pasa. Wszystko na lewej nodze zmoczyłem, bo wpadłem po pas. Woda chlupała mi w bucie, spodnie mokre a przed nami kawał drogi.

 

Po chwili zdobyliśmy małą półeczkę i tam Ivan zrobił przerwę na zdjęcia. Dla mnie chwila na wylanie wody z buta i wykręcenie skarpet. Maciek się zlitował i dał mi jedną swoją skarpetę.

 

Byłem gotowy ale przerwa się przeciągała. Jadźka i Lucy zagadywały Ivana ale wreszcie przewodnik wydał nakaz do wymarszu. Ale ...w dół! Zbaranieliśmy. Ale to był koniec wyprawy. Wyżej się nie wchodzi. Zaczęło się schodzenie. Maciek żartował, że równie dobrze można było iść w sandałach. Istotnie cała ta szopka ze sprzętem okazała się trochę naciąganą propagandą. Ale i tak warto było wejść na Franza. Zejście poszło szybko. Kamera już działała. Zniesmaczeni schodziliśmy w dół tą samą drogą. Tam przebraliśmy się i za chwilę podjechał busik. Zapakowaliśmy się, powiedzieliśmy "cześć" Nowozelandczykom, którzy kiedyś mieszkali w Warszawie i do domu.

 

Zobacz video:    http://www.youtube.com/watch?v=ULaAnQi--NQ

 

W mieście przesiedliśmy się do naszej toyoty i przyjechaliśmy się przebrać. Byliśmy tylko chwilę, bo zdecydowaliśmy się na wyprawę na drugi lodowiec – Fox. To tylko 30km więc pojechaliśmy. Najpierw jednak znaleźliśmy punkt widokowy na Mt Cook i tam pojechaliśmy.

 

Najwyższy szczyt Nowej Zelandii dominuje w lodowej scenerii Parku Narodowego Mount Cook (3754m). Góra, z kształtu podobna do piramidy, o maoryskiej nazwie Aoraki (Przewiercająca Chmury) bez trudu daje się rozpoznać. Trzeba było przejść ok. 20 minut przez las tropikalny. Bardzo ładnie tam było. Przykro to stwierdzić, ale ani Mt Cook ani Mt Tasman nie pokazali się nam w całej okazałości przez chmury. W dodatku zaczęło padać.

 

Pierwszymi osadnikami na tych terenach byli trzej panowie: Thomas Brunner, Charles Heaphy oraz William Fox, którzy w 1846 roku wyruszyli pieszo z Nelson w towarzystwie maoryskiego przewodnika i szli przez 560 dni odkrywając Zachodnie Wybrzeże! Na cześć ostatniego z nich nazwano kolejną miejscowość i kolejny lodowiec na trasie - Fox Glacier.

 

Dzień 4: Franz Josef – Fox Glacier 25km

 

Podjechaliśmy po drodze jeszcze na punkt widokowy na Fox http://www.foxguides.co.nz/foxglacier.asp ale nie było to rewelacyjne miejsce. Jeszcze spróbowaliśmy dotrzeć do samego lodowca ale nawet nie wysiedliśmy z samochodu, bo lało już porządnie. Odłożyliśmy to na jutro. Teraz jeść. Najpierw chcieliśmy coś zjeść w tym miasteczku ale wszędzie była przerwa, więc wróciliśmy do Franz Josef. Tam dziś tanio, bo kurczak z frytkami za $5.50. Mimo to się najadłem a potem kupiłem kartki i znaczki. Aż za dużo.

 

Wróciliśmy do domu. Maciek się źle poczuł i się położył, a my najpierw graliśmy w zośkę a potem poszliśmy na spacer. Zerkaliśmy na piękny lodowiec, obserwowaliśmy dziwnie zachowujące się krowy (seks lesbijski) ale przede wszystkim podziwialiśmy ogromne połacie zieleni kontrastujące z bielą szczytów górskich i małych białych punkcików, którymi były naturalnie owieczki. Przed samym snem graliśmy w "państwa - miasta" i w "co by było gdyby...." Na samiutki koniec "gwałciliśmy" z Bartem werbalnie Jadźkę.

 

 

 

Dzień 5 - 25 listopada 2001 - niedziela

 

         CENTRUM EKSTREMIZMU

 

 

Obudziliśmy się późno, choć dziś mamy do przejechania 400km. Ale druga sprawa to to, że jest śliczna pogoda. Słońce, błękitne niebo, zero wiatru. Zrobiliśmy zdjęcia i w drogę. Ale tylko do miasteczka, bo trzeba zjeść śniadanie. Maciek nadal chce lecieć helikopterem ale loty dopiero o 12.00. W takim razie trzeba zobaczyć Mt Cook, bo przecież jest szansa. A więc w to samo miejsce, co wczoraj. Nie wszystkim pomysł się spodobał i tylko podjechaliśmy na parking i nie wchodziliśmy w busz. Ale i tak naszły chmury i przykryły obie góry. Znów zdjęcia i w drogę.

 

Pierwszy odcinek do Haast minął nam dość szybko. Była ładna pogoda więc delektowaliśmy się pięknymi krajobrazami. A było co podziwiać.

 

Dzień 5: Fox Glacier - Haast 109km

 

Pogoda piękna i widoki również. Zatrzymywaliśmy się na podziwianie owych widoków, pstrykaliśmy zdjęcia. I o dziwo szybko zleciało. Duże wrażenie zrobiła na nas droga wzdłuż jezior Wanaka i Hanea. Jedno z lewej strony, drugie z prawej. Czterdziestodwukilometrowe jezioro Wanaka ma głębokość 300 metrów. Rozmowa na jego temat miała miejsce w trzeciej części filmu "Mission Impossible". Po lewej stronie, jezioro Hawea jest równie imponujące. Krótsze, bo tylko 35 km długości ale za to głębsze – 392 metry. A naokoło góry. Bardzo przyjemnie. A co najważniejsze to, że nie padało.

 

Zobacz video:

http://www.youtube.com/watch?v=S6Z0VM_JNHM&mode=user&search=

 

Dzień 5: Haast – Wanaka 122km

 

Tuż przed Queenstown zatrzymaliśmy się w winiarni i tam zjedliśmy obiad. Naciąłem się bardzo na zupę szczawiową chyba. Nie była zła ale ilości śmieszne. Jednak samo miejsce bardzo ciekawe. Było bardzo miło. Maciek kupił sobie wino i za niedługo dojechaliśmy do miejsca gdzie skacze się na bungy. Zatrzymaliśmy się i poszliśmy pooglądać. Wreszcie to zobaczyliśmy, bo ciągle o tym rozmawialiśmy. Śmialiśmy się ale chyba bardziej z naszego strachu. A to miało raptem 47m. Widzieliśmy skok jakiejś dziewczyny, a potem poszliśmy się dowiedzieć szczegółów. Pytaliśmy o oczy ale wszystko jest niby OK. A ceny są wysokie. Za pakiet (bungy, rafting, jet i helikopter) prawie $400. Samo bungy z najwyższego (134m) za $239. No to pojechaliśmy do miasta.

 

Dzień 5: Wanaka – Queenstown 103km

 

Queenstown, http://www.queenstown-nz.co.nz/ miejscowość rozmiarów większej wioski, ma kosmopolityczną atmosferę. Co roku przybywa tu milion turystów z kraju i zagranicy, chętnie wydających pieniądze na takie atrakcje, jak spływy górskimi rzekami, przejażdżki odrzutową motorówką, skoki z opóźnionym otwarciem spadochronu czy przyprawiające o gęsią skórkę loty helikopterem (to wszystko dla początkujących).

 

Gdy dotarliśmy do miasta to od razu pojechaliśmy do informacji. Babka powiedziała nam to samo, co mówili na przedmieściach. Więc pięcioro z nas zabukowało sobie bungy, a Maciek z Dorotką dodatkowo jet. Skaczemy we wtorek o 10.00. Kiedy wyszliśmy zaczęło nas gryźć, że nie będzie raftingu. Dla mnie problemem była kasa, bo to drogo ale w sumie jak tu jestem... Zresztą Maciek mnie gorąco namawiał. Wróciliśmy więc i zdecydowaliśmy się. Tym razem tylko chłopaki. Jutro o 15.00 mamy mieć tylko kąpielówki i ręcznik. Dopiero wtedy pojechaliśmy do naszego domku.

 

Nie mogliśmy uwierzyć. Bajka. Dwupoziomowe mieszkanie z wszystkim. Nawet pralka i wieża. Jest naprawdę wszystko. Rewelacja. Aż sami nie mogliśmy uwierzyć. Posiedzieliśmy trochę i ja z Bartem poszliśmy na miasto. Niby mieliśmy iść wszyscy razem ale dziewczyny robiły pranie więc trochę to długo trwało. Do centrum nie więcej niż 5 minut a miasteczko śliczne. Pokręciliśmy się po nim. Pokupowałem pamiątek i spotkaliśmy resztę grupy. Znów zdjęcia, video i poszliśmy nad jeziorko Wakatipu.

 

 

Zgłodnieliśmy więc trzeba było poszukać miejsca do zjedzenia kolacji. Trochę szukaliśmy, natrafiliśmy nawet na restaurację z telewizorem przy wejściu gdzie akurat rozpoczynał się mecz All Blacks ze Szkocją ale i tak trafiliśmy do pizzerii i tam zostaliśmy. Choć zapłaciłem $22 to wcale się nie najadłem. Dobrze, że jutro mamy śniadanie. Generalnie muszę trochę oszczędzać, bo jeszcze przed nami jaskinie i fiordy. Przez cały wieczór przewijał się jeden temat – bungy. Bardzo dużo o tym rozmawialiśmy. No ale cóż, już zapłacone. Damy radę. Wróciliśmy późno, bo już było ciemno. Kąpiel i TV. Niestety muszę spać z Bartem, bo dziewczyny wcześniej zajęły piętrowe łóżka.

 

 

Dzień 6 - 26 listopada 2001 - poniedziałek

 

                        RAFTING

 

 

W nocy budził mnie telefon Barta, bo dogorywał więc się wkurzyłem i go w końcu wyłączyłem. Zwlekliśmy się późno, bo na rafting dopiero o 13. Spokojniutko więc śniadanie, a potem telewizja. Maciek z Dorotą poszli na jeta. Pogoda dobra, bo nie pada. Kiedy mieliśmy z Bartem wychodzić, zjawiła się Dorotka z Maćkiem. Byli zadowoleni, pokazywali zdjęcia. Chwilę później wyszliśmy.

 

Najpierw doszliśmy do tego centrum ale powiedzieli, że dopiero o 13.15 więc mieliśmy jakieś 45 minut. Szukaliśmy czegoś taniego do zjedzenia i tak natknęliśmy się na food court. Tam zamówiłem fish’n’chips za $5.50. Znów duża porcja. Wróciliśmy na miejsce. Narysowali nam "S" na ręce i kazali czekać. Czekając oglądaliśmy filmy z raftingu. Wygląda to groźnie ale ludzie są zadowoleni. Zebrało się więcej kandydatów i wreszcie zapakowali nas do busa. Sprawdzili obecność i w drogę.

 

Wyjechaliśmy troszkę za miasto i tam krótki kurs ubierania pianki. Wszyscy ci z obsługi to bardzo młodzi ludzie więc nie obyło się bez żartów. Jakiś tępy Niemiec założył ją odwrotnie i obsługa robiła sobie z niego jaja. Potem dostaliśmy resztę sprzętu: kurtkę, buty, kapok i kask. Przebraliśmy się i tak wyszliśmy na dwór. Wyglądaliśmy komicznie. Zapakowali nas do zdezelowanego autobusu i rozpoczęła się mrożąca krew w żyłach przejażdżka.

 

Jechaliśmy polną, piaskowo-żwirową drogą nad kilkudziesięciometrowymi przepaściami. Czasami centymetry dzieliły nas od wjechania w wąwóz. Przez te 40 minut nasz opiekun opowiadał dowcipy i wygłupiał się. Trochę straszył, trochę podpuszczał kierowcę, który czasami niesamowicie manewrował żeby wyrobić się z przyczepą pełną pontonów. Ale udało się.

 

Dojechaliśmy nad rzekę. Tam zrobili nam zdjęcie, przeprowadzili krótki kurs bezpieczeństwa i porobili grupy. Razem z parą z USA i drugą z Hiszpanii, trafiliśmy do Hawajczyka zwanego Chief. Jeszcze na plaży zrobił nam szybki kurs komend ale kiepsko nam szło i wyrzucił nas z przodu na koniec. Amerykanie poszli na przód. W końcu ruszyliśmy.

 

W sumie chyba z 8 pontonów. Sam spływ miał trwać 2 godziny. Na początku trochę się ślimaczyło ale potem się rozkręciło. Były progi, skoki, zderzenia, ponton pełen wody. Chief dyrygował nami, a w spokojniejszych momentach wypytywał, co robimy. Wkurzał mnie więc nagadałem mu, że jestem profesjonalnym piłkarzem, który gra na prawej obronie i nawet otarłem się o reprezentację. Nie sądzę jednak żeby mi uwierzył mimo wszystko. Z czasem zmieniał się jednak z nieuprzejmego chama w spoko gościa. W drugiej godzinie zrobiło się ciekawiej. Można nawet było wyskoczyć i przepłynąć w kapoku kawałek. Tak postąpili wszyscy oprócz mnie i Maćka. A woda podobno cholernie zimna. Wokół ogromne pionowe ściany, bo byliśmy w wąwozie. W końcu wpłynęliśmy do tunelu. Ciemnica straszna a przy wylocie próg. Poniosło nas a tam czekał fotograf.

 

 

Chwilę później dobiliśmy do brzegu. Załadowaliśmy ponton na przyczepę, pożegnaliśmy Chiefa i poszliśmy do ośrodka. Tam oddaliśmy ubranie, wykąpaliśmy się i poszliśmy do kawiarni. Wtedy zaczęło kropić.

 

Każdy dostał hot-doga i gorącą herbatę, bo wszyscy byli przecież przemarznięci po tej kąpieli. Później wróciliśmy do centrum, a na ścianie już były nasze zdjęcia. Niestety cholernie drogie, bo $15 i trzeba wziąć, co najmniej dwa. My wzięliśmy sześć za $75. Ale będą dopiero jutro. Wróciliśmy więc do domu.

 

Dziewczyny oglądały film, a wróciły z ptasiego zoo gdzie oglądały m.in. kiwi. Po filmie był mecz West Ham-Tottenham i dopiero wtedy wyszliśmy na miasto. Poszliśmy do znakomitego pubu Red Rock. Fajna muzyka, fajny wystrój, TV – mecze ligi angielskiej, dobre żarcie i miła obsługa. Bardzo mi się spodobało. Wzięliśmy z Bartem dużą porcję wedges i po lokalnym browarze. Naprawdę najedliśmy się i jeszcze pooglądaliśmy mecz.

 

Potem dosiedliśmy się do reszty i tak siedzieliśmy na dworze. O 22.00 się ściemniło, zrobiło się zimno i o 23.00 wróciliśmy. Ale tylko ja, Maciek i Dorotka. Reszta została. Wykąpałem się w spokoju, włączyłem radyjko i zabrałem się za pisanie. Ale tak i tak mnie, jak i każdego z nas, prześladowała myśl, co to będzie jutro. 134 metry! Co prawda rafting trochę mnie uspokoił ale i tak Bart powiedział: "rafting to chuj". Zobaczymy bungy. Jutro o 10.00.

 

 

Dzień 7 - 27 listopada 2001 - wtorek

 

     WRESZCIE TO, PO CO TU PRZYJECHALIŚMY

 

 

Dziewczyny wróciły o 4 rano. Ja wstałem przed 9. Szybko byłem gotowy do wyjścia. Ale reszta jeszcze się guzdrała. W końcu udało się nam zdążyć jeszcze odebrać zdjęcia z raftingu i zameldować się w centrum bungy. Organizatorem całego tego wydarzenia jest firma AJ Hackett: http://www.ajhackett.com/

 

Zaczęło się od ważenia. Dostaliśmy karteczki z wagą (66) i czekaliśmy do 10.30. Cała nasza piątka weszła do autobusu, a Dorotka poszła na zakupy. W autobusie okazało się, że będziemy skakać od najcięższego do najlżejszego i wyszło, że z 25 osób, pierwszy będzie skakał Maciek (99), a ostatnia Lucy (53).

 

Droga na miejsce przypominała tę wczorajszą na rafting. Też były przepaście ale tym razem ludzie myśleli tylko o jednym. A byli wśród nas ludzie z USA, Holandii, Szwajcarii, Australii, Niemiec, Szwecji, Francji i Anglii. Wreszcie dojechaliśmy na miejsce. Gdy ujrzeliśmy wagonik wiszący ponad 150m nad wąwozem, ciepło się nam zrobiło. Cholernie wysoko. Wybraliśmy bowiem to najwyższe zwane Nevis od rzeki nad którą wisi wagonik. http://www.bungy.co.nz/index.php/pi_pageid/29  Podobno jakiś amerykański magazyn uznał to miejsce za drugie na świecie pod względem ekstremalnych doznań.

 

Najpierw opróżniliśmy kieszenie i założyliśmy takie jakby siodełko. Jeszcze raz nas zważyli i napisali nam wagę na ręce. Potem poszliśmy na punkt widokowy a sześciu najcięższych pojechało wagonikiem do tego wiszącego. Za chwilę widzieliśmy jak frunie Maciek. Wyglądało to przerażająco, choć skok był piękny. Moment później już siedzieliśmy w wagoniku z Bartem i patrząc w dół w ogóle nie widzieliśmy się jako skaczący. Maciek już rozluźniony z kamerą w ręku zaczął nam dogadywać. A my bladzi ze strachu. Cały czas miałem wątpliwości, bo to okropnie wysoko.

 

A w samym wagoniku ruch jak w ulu. Gra głośna muzyka, ludzie zapinają, odpinają klamry, skaczą, płaczą, wymiękają. Inni patrzą, rezygnują, zagrzewają się do walki, pocieszają. A ja to obserwuję. Bart dał radę. Teraz dołączył do Maćka i mają ubaw ze mnie. Tuż przede mną dwie dziewczyny nie dały rady. Płakały i musiały się wycofać. Szwedka i Francuzka. Wtedy przyszedł czas na mnie.

 

Uprzedziłem faceta, że cholernie się boję ale on powiedział, że nie wolno mi się mazgaić. Wytłumaczył co mam pociągnąć na dole i doprowadził mnie na skraj przepaści. Kazał jeszcze pomachać do kamery, na co nie miałem ochoty, bo koncentrowałem się na strachu. Spojrzałem w dół i słabo mi się zrobiło. Gościu wziął mnie za rękę abym jednak pomachał do tej cholernej kamery, a ja poczułem jakby chciał mnie popchnąć. Kiedy zrzucili linę aby sobie wisiała, poczułem lekkie szarpnięcie i znów miałem mokro. Co za koszmar! A ja jeszcze za to płacę! W końcu facet zaczął odliczać i kiedy usłyszałem "bungy", po prostu skoczyłem.

 

 

Prędkość potworna, szum wiatru w uszach, mozaika przed oczami i po 8 sekundach poczułem szarpnięcie. Teraz lecę w górę i widzę kalejdoskop: rzekę, góry, wagonik, góry, niebo, wodę, wagonik... Znów nabieram prędkości i spadam ale znów szarpnięcie i ponownie lecę w górę. Teraz muszę uwolnić nogi żeby się obrócić nogami w dół. Szarpnąłem za linkę i poczułem jakbym się odczepił z wszystkiego! Ale na szczęście wszystko jest prawidłowo. Siedzę sobie teraz i dyndam kilkadziesiąt metrów nad rzeką jak James Bond. Zaczynam po chwili wjeżdżać w górę. Już słyszę muzykę, łapię się krawędzi i jestem znów na górze. Krótki wywiad do kamery i po wszystkim. Mam to za sobą.

 

Potem Jadźka, która bez żadnego stresu rozsiadła się w fotelu jakby przyszła na kawę. Po skoku stwierdziła, że "to lepsze od orgazmu" i zachęcała Lucy, która niestety nie poradziła sobie ze stresem i strachem i wycofała się. My w tym czasie już musieliśmy wracać wagonikiem.

 

Zobacz video: http://www.youtube.com/watch?v=fuBW0UBGtpk

 

Na ziemi już powypinaliśmy się z tego całego osprzętu i zaczęło się kupowanie. Wziąłem koszulkę, zalaminowałem dyplom i naturalnie film, który od razu obejrzałem. Lucy mogła wydać $140 w ich sklepie. To takie małe pocieszenie. Wróciliśmy do miasta i poszliśmy po zdjęcia ale mają być dopiero za dwie godziny. Więc najpierw na obiad a potem każdy w swoją stronę. Połaziłem po mieście a potem poszedłem po zdjęcia. Za $16 dostałem 3 duże. Reszta ludzi też odebrała, a Lucy zrobiła zakupy.

 

Przed nami 180km do Te Anau więc szybko zapakowaliśmy się i przed siebie. W drodze przerwa na zdjęcia ale generalnie szybko nam zleciało. Po dojechaniu na miejsce poszukaliśmy biura turystycznego i zamówiliśmy przejażdżkę do jaskiń. Na 20.15. Te Anau to mała wioska nad brzegiem jeziora o tej samej nazwie. To drugie co do wielkości jezioro w całej Nowej Zelandii. Zasłynęło jednak z innego powodu. Na zachodnim brzegu znajdują się wapienne jaskinie odkryte zaledwie w 1948, w których gnieżdżą się całe populacje robaczków świętojańskich. Dlatego warto było tam dotrzeć.

 

Wybrałem $100 z bankomatu, a potem znaleźliśmy nasze lokum. Tym razem musimy się podzielić na dwie grupy: chłopcy i dziewczyny. I znów muszę spać z Bartem. Po rozpakowaniu pojechałem z Maćkiem na zakupy. Przywieźliśmy 2 pizze i napoje. Szybko zjedliśmy i na łódź.

 

Na łodzi mnóstwo "skośnych". Pogoda się popsuła. Dotarliśmy na miejsce za 35 minut. Obejrzeliśmy film i dopiero poszliśmy do jaskiń. Tam trochę pieszo, trochę na łódkach. Najfajniejszym momentem było spotkanie ze świecącymi robaczkami, które rozświetliły ciemne jaskinie wypełnione wodą. Całkiem przyjemna przejażdżka ale za krótka i za droga ($51). Chyba nie warta całej tej wyprawy, bo powrót nas znudził trochę. Z powrotem byliśmy o 23. Bart szybko poszedł spać a ja z Maćkiem jeszcze obejrzeliśmy na kamerze wydarzenie dnia z Queenstown.

 

 

Dzień 7: Queenstown – Te Anau 172km

 

 

Dzień 8 – 28 listopada 2001 – środa

 

         MOKRO, BARDZO MOKRO

 

 

Nie musieliśmy wstawać wcześnie, choć plany były, że albo pojedziemy na 11 do Milford Sound albo dopiero na 13. Od razu było wiadomo, że nie pojedziemy na 11, a i tak szybko się okazało, że na 13 też nie. Zaczęliśmy bowiem wypisywać kartki. Mimo, że jeszcze nie skończyłem to trzeba było wychodzić. Zajechaliśmy do przystani i zamówiliśmy rejs na 15. Pogoda nie była fajna. Padało. Potem pojechaliśmy na pocztę wysłać kartki no ale ja nie miałem dokończonych więc nie wysłałem. A potem w drogę.

 

Droga ciężka, bo pada i dużo zakrętów. Mimo to zrobiliśmy kilka zdjęć. Przejeżdżaliśmy też przez słynny tunel Homera, który Maciek określił jako "najciemniejszy, a nie najdłuższy tunel Nowej Zelandii". Istotnie, nie należał do przyjemnych tuneli. Po drodze widzieliśmy też rozbite auto, aż wreszcie dobrnęliśmy do Milford Sound. A co to takiego to Milford Sound? http://www.fiordland.org.nz/Explore-Fiordland/Places-to-visit/Milford-Sound.asp

 

Otóż Milford Sound to wciskający się na 15 km wgłąb lądu fiord, otoczony szczytami o wyskości przekraczającymi kilometr. Jest to również jedno z najbardziej mokrych miejsc na Ziemi. Spada tu 7 metrów deszczu rocznie! Powoduje to, że z owych szczytów spadają niekończące się kaskady wodospadów i potoków. Fiord jest połączony z Morzem Tasmana więc można zaobserwować całą gamę zwierzaków morskich. Można się tam dostać wyłącznie jedną drogą, przez wspomniany tunel Homera o długości 1270 metrów. Po wypadku autokaru singapurskiego w 2002 roku, od 2004 roku tunel ma już oświetlenie.

 

W tym miejscu nikt nie mieszka i mieszczą się tam tylko restauracje i biura obsługujące rejsy. Poszliśmy coś zjeść ale jak dla mnie to była tam "bida z nędzą", więc nic nie kupowałem. Potem wszyscy oprócz mnie poszli na internet i wreszcie doczekaliśmy się 15 godziny. Poszliśmy na przystań. Chwila oczekiwania i weszliśmy na pokład.

 

Statek olbrzymi ale co dziwne pustawy. Przez następne 2 godziny pływaliśmy wśród fiordów, raz szybciej, raz wolniej. Oglądaliśmy nie tylko fiordy ale i rzeczki, strumyki spadające kaskadowo ze szczytów owych fiordów tworząc mini-wodospady. Były też i zwierzątka w postaci ptaków ale i fok, które wylegiwały się na skałach. Szkoda tylko, że było tak pochmurno i mżyło przez większą część rejsu. Mimo to, byliśmy pod wrażeniem.

 

 

Po rejsie wracaliśmy w stronę Te Anau tą samą drogą, czyli przez 120km odcinek bez żadnej osady ludzkiej. Wokół nas tylko lasy, góry i rzeczki. No i te śmieszne nowozelandzkie mostki z miejscem na jeden samochód.

 

Po przyjeździe dziewczyny poprosiły naszego właściciela żeby puścił nam na video nasze skoki. Obejrzeliśmy je, a ja zająłem się wypisywaniem kartek i za chwilę pojechaliśmy na kolację. Poszliśmy do tej samej włoskiej restauracji gdzie zamawialiśmy pizze. Tym razem wziąłem raviolli, no ale nie obyło się bez wina. Cena umiarkowana, bo $20. Po zjedzeniu wyszliśmy przed knajpę i na skwerku zaczęliśmy grać w zośkę. Ale po jakichś 40 minutach gra się skończyła, bo kopnąłem za wysoko i zośka wpadła na dach. Wróciliśmy więc do domu.

 

Wszyscy przysiedli się do "huśtawki" i rozpoczęliśmy grę w kości, które Maciek kupił chwilę wcześniej. Nie obyło się bez kłótni na temat zasad. Niestety dla mojej ambicji musiałem ustąpić starszemu Maćkowi i pozostałym i zagraliśmy wg ich zasad, choć nadal upierałem się, że nie ma pokera tylko jest generał. No ale to szczegół, bo graliśmy zawzięcie aż do 1 w nocy mimo, że Maciek i Bart "szykanowali" mnie tekstami z filmów, a ja jeszcze byłem za cienki żeby się im odgryźć.

 

Dzień 8: Te Anau – Milford Sound 117km (x2)

 

 

Dzień 9 – 29 listopada 2001 – czwartek

 

                   ULICA ATRAKCJĄ?

 

 

Jak zwykle nie miałem problemów ze spakowaniem się i byłem gotowy tak jak trzeba przed 10.00. Szybkie śniadanie i jedziemy. Przed nami 290km do Dunedin.

 

Dunedin http://www.cityofdunedin.com/city/home.html to przemysłowe miasto. Ma ponad 120,000 mieszkańców i całkiem bogatą historię sięgającą czasów Cooka. Prawdopodobnie słynne jest z najbardziej stromej ulicy świata. Ulica Baldwin nachylona jest pod kątem 19 stopni, co oznacza, że  na każde 2.86 metra długości, wysokość podnosi się o 1 metr.

 

Chciałem jeszcze wysłać te nieszczęsne kartki wbrew wszystkim, którzy nalegali abym zrobił to w Dunedin. Ale ja się uparłem i zajechaliśmy na pocztę w Te Anau, co zajęło nam raptem 2 minuty. No ale ukarano mnie za to odebraniem mapy.

 

Chwilę wcześniej zatankowaliśmy i wreszcie ruszyliśmy w drogę. Podróż szybko mijała więc nie odczuwaliśmy zbytniego zmęczenia. Dziewczyny jak zwykle spały, Bart też się pokładał a ja oglądałem sobie krajobrazy. Kiedy wjechaliśmy do Dunedin o mały włos nie pojechaliśmy do centrum ale w porę zareagowałem, bo coś mi świtało w głowie, ze nasz motel jest w South Dunedin. Dobrze pamiętałem i po sprawdzeniu pozostali przyznali mi rację. Odnalezienie już samego motelu nie było trudne.

 

Obsługa motelu była bardzo miła. Facet dał nam plan miasta i polecił wycieczkę na brzeg do obserwatorium pingwinów i albatrosów. Nasze mieszkanko bardzo przyjemne. Tym razem będę spał sam. Maciek chyba zmęczony, bo rozłożył się na łóżku, włączył TV i zaczął coś pisać. Dziewczyny odgrzewały wczorajsze jedzenie z restauracji. Ja zająłem się czytaniem ulotek o pingwinach. Jednak Maciek niezbyt chętnie wyrażał się o planach wizyty w tym obserwatorium. Chwilę później dziewczyny poszły do sklepu. Nie wiadomo było, co robimy, każdy sam coś sobie przygotowywał. Wziąłem więc kurtkę i wyszedłem coś zjeść. Niestety dzielnica, w której był motel była mało przyjazna głodnemu człowiekowi. Przeszedłem dwie długie ulice i nic praktycznie nie znalazłem. Dopiero na sam koniec wstąpiłem do jakiegoś chinola i kupiłem pół kurczaka.

 

Teraz miałem problem ze znalezieniem miejsca na konsumpcję. Musiałem się wrócić pod nasz motelik i tam był malutki park. Siadłem na ławce i szybko wciągnąłem kolację. Kiedy wracałem zauważyłem, że nasza toyota wyjeżdża. Zdziwiłem się ale było za późno żeby ich dogonić. Z początku myślałem, że dziewczyny nie znalazły sklepu i pojechali na zakupy ale zorientowałem się, że pojechali jednak na te pingwiny. Szkoda, że się nie dogadaliśmy do końca.

 

W takim razie poszedłem na spacer na plażę a potem wróciłem do pokoju. Oglądałem TV, przeglądałem ulotki i inne papiery. Na początku żałowałem tych pingwinów no ale w sumie sam sobie byłem winien, bo nie dogadałem się z nimi. Jednak mój żal mi przeszedł, kiedy ekipa wróciła, bo podobno żadna rewelacja te pingwiny. Zapamiętali smród i ową stromą ulicę.

 

Zobacz video: http://www.youtube.com/watch?v=f6Ojuhy4b-Y&mode=user&search=

 

Na sam koniec dnia poszedłem jeszcze raz na plażę tym razem z dziewczynami. Porobiliśmy sobie zdjęć, pospacerowaliśmy po plaży, pooglądaliśmy zachód słońca i tęczę. Wiało mroźnym wiatrem no ale następnym lądem z tej strony była Antarktyda więc wiatr musiał być zimny. Nie przeszkodziło to Jadźce chodzić na boso, mimo że ją ostrzegałem, że będzie chora (po powrocie do Sydney miała zapalenie płuc) i zbierać muszelki w lodowatej wodzie. Kiedy wróciliśmy do pokoju, Maciek już leżał w łóżku. Wyraźnie nie był w sosie, męczyło go przeziębienie, stał się markotny. Ja też chciałem się wyspać, bo przecież jutro musimy wstać przed 6.00.

 

Dzień 9: Te Anau - Dunedin 291km

 

 

Dzień 10 – 30 listopada 2001 – piątek

 

                   DZIEŃ DROGI

 

 

O 5.30 pobudka. Bardzo szybka toaleta i kilka minut po 6 już wyjeżdżaliśmy z motelu "Adrian". Maciek przedyskutował dzisiejszą trasę ze mną i dostałem z powrotem mapę, aby wyjechać z Dunedin. Nie było problemu, bo ruch był zerowy. W ogóle miasto zatrzymało się w latach 70-tych. Niczym specjalnym na plus się nie wyróżniało i dlatego nie mieliśmy planów aby je zwiedzać.

 

Trzeba było zatankować ale wszystkie stacje po drodze były jeszcze zamknięte. Pogoda była ładna i fajnie się jechało, choć Maciek poważnie się rozchorował w nocy, no i źle się czuł. Tak mijaliśmy jedno miasto za drugim aż o 10 wjeżdżaliśmy do Christchurch.

 

Christchurch http://www.ccc.govt.nz/ to miasto w Nowej Zelandii, położone na wschodnim wybrzeżu Wyspy Południowej. Miasto liczy ok. 300 tys. mieszkańców. Trzecie pod względem wielkości, po Auckland i Wellington, miasto kraju.

 

Christchurch jest silnie rozwinięte gospodarczo. Posiada największy port morski na Wyspie Południowej oraz międzynarodowy port lotniczy. Jest również ważnym ośrodkiem kulturalnym i naukowym kraju. Słynie z pięknej i starej katedry http://www.christchurchcathedral.co.nz/ z 1864 roku położonej w centrum miasta.

 

Znów bezbłędnie wjechaliśmy do samego centrum. Tam znaleźliśmy parking i wyszliśmy zjeść coś na mieście. Doszliśmy do słynnej katedry ale niczego sensownego nie było po drodze. W końcu zaczepił nas jakiś facet i polecił kafejkę. Tam zjedliśmy śniadanie, choć nie było ono jakieś rewelacyjne.

 

Wracając w kierunku rynku wstąpiliśmy do sklepu z pamiątkami. Wszyscy kupowali więc i ja się skusiłem. Kupiłem sobie nawet koszulkę, w którą się przebrałem na środku placu katedralnego. Zrobiliśmy kilka zdjęć, a potem powoli do samochodu. Bart z dziewczynami zostali na dole, a ja z Maćkiem i Dorotką poszliśmy po samochód. Kiedy zjechaliśmy z parkingu ich już nie było, bo byli w sklepie. Musiałem iść ich szukać. Wreszcie wszyscy w komplecie ruszyliśmy na lotnisko.

 

Kiedy dojechaliśmy trzeba było jeszcze zatankować do pełna i odstawić samochód. Pamiętaliśmy jeszcze, że musimy dopłacić $120 za ubezpieczenie ale kiedy doszliśmy do miejsca gdzie oddaje się kluczyki nikogo nie zastaliśmy. Był tylko telefon. Maciek zadzwonił pod wskazany numer, a facet kazał wrzucić kluczyki do skrzynki. To wszystko. No to poszliśmy się odprawiać. Trochę się dziwnie czułem, bo mały plecak spakowałem do dużej torby i w sumie nic ze sobą nie wnosiłem na pokład.

 

 

 

Dzień 10: Dunedin - Christchurch 365km

 

Mieliśmy sporo czasu więc trochę łaziliśmy po sklepach, trochę wypełnialiśmy deklaracje, a ja nawet przesłuchałem sobie płytę Petera Greena w sklepie muzycznym. Wreszcie weszliśmy do hali odlotów. Pilnowałem Maćkowi i Dorotce plecaków, bo poszli do wolnocłowych. Chwilę później podjechał nasz samolot ale ogłosili, że będzie opóźniony pół godziny. Istotnie podjechał beczkowóz i zaczęli go tankować. Trochę się zacząłem denerwować, bo na 19.00 do pracy.

 

Pożyczyłem trochę drobnych od Maćka i zadzwoniłem do Simony ale nie było jej w domu. Do Oli się udało i obiecała złapać Simonę i powiedzieć o moim opóźnieniu. Potem wystartowaliśmy. Było lepiej widać niż wtedy, kiedy lecieliśmy z Sydney choć nie siedziałem tym razem przy oknie. Próbowaliśmy oglądać film "Planeta Małp" ale był beznadziejny. http://planeta.malp.filmweb.pl/ Mieliśmy też bardzo długie lądowanie. Krążyliśmy nad Sydney naprawdę długo. Potem odprawa równie długa. Gościu zaczął mnie wypytywać jakbym pierwszy raz przyleciał do Sydney. Przez to pomyliłem odbiór bagażu ale w końcu wszystko się jakoś ułożyło. Za bramą szybko wyjąłem $20 z bankomatu i zamówiliśmy busa. Uzgodniliśmy z Ruskiem, ze za $8 zawiezie nas pod dom. Pierwszy wysiadł Bart, bo mieszka na Maroubrze. Potem ja w pobliżu Caffe Ciao. Spóźniłem się 45 minut ale i tak za chwilę zjawił się Świrek – tak na wszelki wypadek. Jakoś musiałem się zmusić do pracy ale nie było tak źle. Dałem radę wytrzymać i jakaś kasa wpadła. Po pracy wpadł Dave i obejrzeliśmy video. Maciek bardzo chory i poszedł spać. Ja też po ponad 21 godzinach.

 

Zobacz krajobrazy NZ na video: http://www.youtube.com/watch?v=M6nK9wcHKxc

 

 

 

 

            NOWA ZELANDIA - 2001

 

 

 

 

1.

Christchurch - Kaikoura

183

2.

Kaikoura – Hanmer Springs

141

3.

Hanmer Springs - Greymouth

217

4.

Greymouth – Franz Josef

177

5.

Franz Josef - Queenstown

404

6.

Queenstown – Te Anau

170

7.

Te Anau – Milford Sound

117

8.

Milford Sound – Te Anau

117

9.

Te Anau - Dunedin

290

10.

Dunedin - Christchurch

365

 

 

 

 

 

2,200 km

 

ŹRÓDŁA: Wszelkie profesjonalne opisy zabytków i miejsc zostały skopiowane z poniższych stron:  www.wikipedia.org oraz www.przewodnik.onet.pl