Powrót
   

      WOLLASTON 2005

 

Czas: 27 czerwca 2005 – 29 sierpnia 2006

Miejsce: Wollaston, NN, Wielka Brytania

Osoby:  Sebastian "Świrek" Zdyb (30, Jerzmanice Zdrój),

           Marcin "Zenek" Rabenda (30, Pielgrzymka),

           Dawid "Profi" Droń (30, Złotoryja)

Cel: Zarobić jak najwięcej funtów.

Koszt: 750 PLN/os.

 

 

 

MIASTO

 

Wollaston to 3,500 wioska leżąca we wschodnim Northamptonshire, około 100km na północ od Londynu. W Anglii jest słynna z co najmniej trzech powodów. Po pierwsze do 2001 znajdowała się tam fabryka i sklep butów Dr. Martensa obsługiwana przez firmę R.Griggs and Co., po drugie niejacy Dora Scott i Ernst Bader założyli czynną tam do dzisiaj fabrykę chemiczną Scott Bader oraz po trzecie w dawnym pubie nazwanym the Nag's Head, a obecnie znanym jako The Wollaston Inn, słynny DJ John Peel prezentował sławy rocka i popu takie jak Rod Steward, Wishbone Ash, Yes, The Faces, Free czy U2. Tak więc mieliśmy zaszczyt pracować i mieszkać w miejscu gdzie kiedyś odbywały się koncerty światowych gwiazd rocka. Być może nawet korzystali z naszego pokoju…

 

Wollaston to wioska, w której można znaleźć dwie szkoły (podstawową i średnią), aż 4 kościoły (każdy innego wyznania), cmentarz, 2 sklepy (w tym supermarket sieci co.op) oraz 7 pubów, wliczając w to nasz. Jest też muzeum, biblioteka i chińska restauracja.

 

Obszarowo wioska nie jest duża, z łatwością można ją obejść pieszo, co niejednokrotnie czyniliśmy. Jest stadion na skraju wioski, są zarówno dzielnice nowoczesne, z luksusowymi domami i limuzynami na podwórku, jak i stare jednakowe domki w angielskim stylu budowane zapewne w latach 50 zeszłego stulecia.

 

Pod naszymi oknami biegła główna ulica miasteczka, która kiedyś pełniła funkcję głównej drogi do Londynu. Na szczęście kilkanaście lat temu wybudowano autostradę oddaloną od wioski kilka kilometrów i dzięki temu w ogóle nie było słychać huku samochodów.

 

Do najbliższego miasteczka, coś w rodzaju naszego powiatu, jest około 9km. Miasto nazywa się Wellingborough i nie jest zbytnio atrakcyjne. Znajduje się tam stacja kolejowa z bezpośrednim połączeniem do Luton i dalej do Londynu.

 

Fot.1. Była fabryka dr. Martensa   Fot.2. Zakłady chemiczne Scott Bader

 

 

 

 

 

Fot.3. The Wollaston Inn                       Fot.4. Kościół św. Marii

 

źródło (source):

http://en.wikipedia.org/wiki/Wollaston%2C_Northamptonshire

http://clutch.open.ac.uk/schools/crick01/Wheatsheaf_Building.html

http://clutch.open.ac.uk/schools/crick01/Wheatsheaf_2001.html

 

 

 

 

PRZYLOT

 

Wybraliśmy się do Anglii tylko w jednym celu. Chcieliśmy jak najwięcej zarobić. A jak się okazywało, było to realne. Mieliśmy tam pracować przez 9 tygodni. Przez to ani ja, ani Zenek nie mieliśmy wakacji w tym roku ale ja w sumie traktowałem ten wyjazd jak takie właśnie wakacje.

 

Rok szkolny skończył się 24 czerwca, a już 27 czerwca siedzieliśmy w hali odlotów na katowickim lotnisku Pyrzowice. Świrka odwieźli rodzice, którzy jednak szybko się zmyli, Zenkowi towarzyszyła żona i młodszy brat. Mnie zawiózł ojciec ale też szybko pojechał do siebie.

 

Fot.5. Potwierdzenie rezerwacji biletów.

 

Atmosfera była bardzo miła. No, może tylko Ania była przygnębiona wyjazdem męża na tak długo. Świrek nie pomagał jej przejść łagodnie nad sprawą bo zaczął coś wspominać, że ma ze sobą 30kg prezerwatyw. Zenek był lekko podenerwowany bo to miała być jego pierwsza podróż samolotem, a strach potęgowany był przez resztki alkoholu we krwi gdyż Zenon ostro się zaprawił na góralskim weselu w sobotę i niedzielę.

 

Kontrola paszportowa była szybka dla Zenka ale nie dla mnie i Świrka. Świrek na wesoło opowiadał panu o Australii bo facet zauważył wizy w paszporcie, a dla mnie przygotował serię pytań typu: "Pana drugie imię", "Imiona rodziców". Być może zdjęcie w dowodzie nie jest tak wyraźne jak duże w paszporcie.

 

W poczekalni jakoś długo samolot nie podjeżdżał i też żadnego komunikatu nie było. Ale bardziej niż my, denerwowały się dwie młode i ładne dziewczyny. Jednak zaraz potem pojawił się samolot i mogliśmy wchodzić na pokład. Świrek zajął miejsca i zawołał te młode i ładne dziewczęta. Atmosfera była bardzo wesoła i prawie przez cały lot wygłupialiśmy się z "Diabełkami", bo tak je Świrek nazwał. Zeniowi latanie nie podobało się za bardzo i stwierdził, że do Maćka do Australii nie poleci.

 

Po dwóch godzinach byliśmy na miejscu w Luton. Diabełki spotkały się z ojcem jednej z nich, a my zabraliśmy bagaże i wpakowaliśmy się do darmowego wahadłowego autobusu, który miał nas zawieźć na dworzec kolejowy. Tam kupiliśmy bilety do Wellingborough i zaczęły się dziwne rzeczy dziać. Pociągi poopóźniane po 2 godziny, zmiany peronów, odwołane pociągi itp. Ogólne zamieszanie. Po jakimś czasie podjechaliśmy jedną stację aby wysiąść w Luton i tam złapać już bezpośredni do Wellingborough. Jakaś kolejarka powiedziała mi złą godzinę odjazdu i przez to wprowadziła nas w błąd. Na szczęście znalazłem rozkład jazdy i dzięki niemu udało mi się odpowiedzieć na pytanie kiedy będziemy mogli coś złapać. Prognozy nie były pomyślne bo sporo czekania. Prawie 2 godziny.

 

Wysłałem smsa do TT, że będziemy koło 23.00 w Wellingborough. TT prosił o kontakt aby mógł powiedzieć szefowi, żeby po nas przyjechał na dworzec. Zadzwonił Maciek z informacją, że będą na nas czekać.

 

My tymczasem zjadaliśmy ostatnie kanapki przygotowane przez moją mamę. I czekaliśmy na pociąg. Mijały nas expresy ale w końcu podjechał nasz pociąg. Wygodne siedzenia, stoliki i szybka podróż. Po chwili byliśmy na miejscu gdzie czekał na nas Maciek i Rumcajs. Samochód był zaparkowany z drugiej strony. Zapakowaliśmy się bez problemu i ruszyliśmy w kierunku Wollaston. To około 5 mil od Wellingborough więc podróż nie zajęła nam dużo czasu. Pogadaliśmy chwilkę i zajechaliśmy pod The Wollaston Inn. Rumcajs rzucił wtedy: "This is your new home". Kiedy wypakowywaliśmy się wyszedł TT, który już skończył swoją robotę.

 

Obładowani poszliśmy na górę do naszego pokoju. Chłopaki wcześniej przygotowali nam wszystko, skombinowali dodatkowe łóżko, posprzątali. Kiedy zrzuciliśmy bagaże, chłopaki zabrali nas do kuchni aby pokazać nam nasze nowe miejsce pracy. Kiedy wszedłem od razu uderzył mnie ten specyficzny zapach kuchni, znany mi skądinąd z Australii. Po krótce wytłumaczyli co i jak ale wszystkim  nam się spieszyło do baru.

 

Przeszliśmy więc do baru gdzie już spora ekipa się zebrała. TT nas przedstawił a nam powiedział ksywy jakie noszą pozostali z ekipy. Piwo lało się strumieniami, potem poszły na stół nasze flaszki, które przywieźliśmy i rozpoczęła się prawdziwa biba. Było ostro, bardzo ostro...

 

 

OSOBY

 

Całym tym bajzlem rządziło dwóch kolesi. Założyli spółkę, wykupili Nag's Head, odremontowali, zmienili typ lokalu i nazwę i ruszyli z interesem. Mieli w sumie wyraźny podział obowiązków, Andy Parker, czyli KAPITALISTA, był odpowiedzialny za sprawy finansowe oraz obsługę klienta i bar. Chris Spencer, czyli RUMCAJS, to szef kucharzy i odpowiedzialny za wszystko co z kuchnią związane. Oczywiście podział był czysto umowny ale generalnie trzymali się swoich działek. Tak więc technicznie podlegaliśmy Rumcajsowi i to on ustalał nam grafik i zlecał robotę do wykonania.

 

KAPITALISTA – Andy Parker, wiek 35, ksywę dostał od TT ze względu na swoją miłość do pieniędzy. Jego głównym zajęciem było leczenie kaca, przeszkadzanie w kuchni, podjadanie z talerzy i załatwianie bankietów na górze w sali. Miał specyficzne poczucie humoru. Trudno było się zorientować czy mówi poważnie, czy kłamie, czy się nabija. Choć nie oszukał nas, to jednak słynne były moje podróże do jego biura w piwnicy po nasze pieniądze. Unikał tematu wypłaty i dopiero przyciskany do muru, wypłacał pieniądze. Nie było między nim a nami zatargów, współpracowaliśmy tam gdzie było trzeba. Ostrzeżeni przez TT, nie spoufalaliśmy się z nim. Trzymaliśmy dystans. Mimo, że kilka razy postawił nam piwo, pochwalił publicznie a nawet kiedyś dzwonił do mnie bo nie mógł się dogadać z jakimś naćpanym Polakiem, który okupował jego pub w Northampton. Kapitalista jeździł volvo, czasem bardzo szybko, przyjeżdżał około 9 rano i siedział, z przerwami, do 1 w nocy. Jego ulubionym zadaniem zlecanym nam było czyszczenie ścieżki. Ogólnie rzecz biorąc wyglądał na gburowatego ale po prostu miał taki styl bycia. Przez cały okres czasu, nie zaszkodził nam. Jednak z każdą sprawą trzeba było do niego chodzić kilkanaście razy. Nie tylko o kasę, ale i o prysznic kiedy się zepsuł czy dokumenty.

 

RUMCAJS – Chris Spencer, wiek 35 lat. Ksywa nadana przez TT z powodu charakterystycznego wyglądu w czapce kucharskiej i chodu. Z zawodu kucharz, sporo jeździł po świecie, z Indonezji przywiózł sobie żonę. Mieliśmy sporo szczęścia, że nie mieliśmy okazji pracować z nim zbyt długo. W czasie naszego pobytu, Rumcajs dwa razy pojechał na wakacje. Dużo mniej pracowity niż Kapitalista, ale za to dużo bardziej nerwowy i zdecydowany. Potrafił zwolnić kogoś w ciągu 5 sekund. Okazał się dość fałszywy, nie potrafił powiedzieć niektórych rzeczy wprost. Polecał przekazać pewne informacje nam poprzez innych. Tak było z pracą w Cricku, kiedy wreszcie musiałem z nim porozmawiać (informacje przekazywał przez TT), a potem poinformował nas poprzez Hip-hopa o tym, że za piwo mamy płacić. Nie był lubiany przez innych kucharzy, na szczęście dla nas przeniósł się w tym czasie do Cricka. Kiedy z nim tam pracowałem, knajpa dopiero startowała więc nie miałem za dużo pracy i dlatego nie było między nami tarć. Generalnie starał się o nas dbać i obiektywnie patrząc nie mogliśmy narzekać. Choć mieliśmy świadomość jaki może być. Tak samo jak w przypadku Kapitalisty, byliśmy raczej ostrożni wobec niego.

 

Fot.6. Rumcajs, Gruby i Kapitalista.

 

Kuchnia:

 

HIP-HOP, Paul Burgess, wiek 23, zastępca Rumcajsa. Ksywa nadana przez TT ze względu na muzykę, której słuchał. Jeden z najbardziej życzliwych osób dla nas. Wesoły i pasjonat swojej pracy. Często jednak wymyślał dla nas różne dziwne zajęcia. Zresztą czuł się odpowiedzialny za losy kuchni i gonił pozostałych kucharzy do roboty. Lubił się popisywać ale w wielu przypadkach szedł nam na rękę. Wiele nam pomógł w ostatni dzień. Niestety z powodu słowa "head" został usunięty z ekipy przez Rumcajsa po swoim powrocie z wakacji w USA. Pochwalił się koleżance, że będzie headchef, czyli głównym kucharzem w Wollaston, a ta informacja doszła do Rumcajsa, który poczuł się obrażony, gdyż to on nadal był headchef i zwolnił Hip-hopa. A był on założycielem całej ekipy i pracował od samego początku. Tym bardziej czuł się rozżalony decyzją Rumcajsa. Był nawet na plotkach u nas i żalił się na tę decyzję oraz opowiadał nam o kulisach innych spektakularnych decyzji personalnych i nie tylko. Dostał za to tosta od nas. Hip-hop stał się kumplem Świrka ze względu na miłość do Harleyów. Byli nawet razem na jakiejś imprezie gdzie był pokaz tych motorów. Hip-hop nadał nam ksywy, które częściowo się przyjęły wśród innych kucharzy: Dave, Doug and Darren. Nigdy nie wyjaśnił skąd się to wzięło. Podobno Doug (Świrek) to postać psa z kreskówki.

 

MURZIN, Leon Ash, wiek 22, zastępca Hip-hopa. Ksywa nadana przez TT ze względu na kolor skóry. Jednak nie był on prawdziwym Murzynem. Pochodził St Lucia na Karaibach. Murzin był leniem. Lubił też wymyślać bzdurne roboty kiedy miał władzę. Sam jednak najczęściej uciekał na górę aby pobawić się swoją komórką. Chodził w dziurawych skarpetach i podejrzewaliśmy, że śpi w samochodzie. Miał opinię jebaki i lubił się popisywać swoją tężyzną fizyczną. Często łaził goły po staff roomie tuż przed prysznicem czym wzbudzał sensację wśród dziewczyn. Murzin rozdzielał napiwki, nawet czasem przynosił nam do pokoju. Raz przyszedł, przyniósł, spierdział się głośno i wyszedł. Jednym słowem - świnia. Kiedy miał wolny czas ćwiczył sztuki walki. W związku z tym, umawiali się ze Świrkiem kilka tygodni na sparing. Kilka razy zwracał uwagę, że Świrek źle się odnosi do dziewczyn, że podobno prosiły go o interwencję. Okazało się to jednak bzdurą i Murzin próbował działać jako szeryf i dobry wujo. Murzin miał niesamowitą łatwość uczenia się polskiego, czym robił karierę wśród nas. Trzeba przyznać, że zarówno wymowa jak i odpowiednie słówka nie brzmiały banalnie w jego wykonaniu. Oczywiście zdążył poznać wszystkie przekleństwa i tym nas raczył najczęściej. "Pieprz się skurwysynu" oraz "odejdź pedale" to jego ulubione pozdrowienia. Poznać go było można po charakterystycznym wymawianiu popularnej wśród kucharzy frazie "Oui chef". Robił to iście gardłowym sposobem, ciągnąc ją niemiłosiernie. Denerwującym był fakt puszczania przez niego jedynej chyba płyty jaką miał. Były na niej dwa kawałki AC/DC oraz jakieś rapowanki. Kiedy pracował słuchaliśmy tego kilkanaście razy na dzień. Z Murzinem było kilka scysji. Kiedyś przesadził nazywając mnie "pedałem" więc go zrugałem. Chwilę później był już kolegą ze mną i sam zaproponował, że przyniesie picie z baru. Zenek miał inną scysję wywołaną przez Świrka, do której się dołączyłem. Zenek zostawił zegarek w kuchni, który wziął mu Świrek, Jednak schował go w pokoju. Zenek poszedł po niego i Bogu ducha winnemu Murzinowi nagadał od złodziei i postraszył, że pójdzie do Kapitalisty. Okazało się, że Murzin zrozumiał przesłanie Zenka i się strasznie oburzył. Jednak wszystko rozeszło się po kościach. Podsumowując, nie przepadaliśmy za nim ale nie należał do tytanów pracy więc i my się obijaliśmy zazwyczaj. Dobrą jego cechą był bardzo wyraźny angielski.

 

MONAR, Lee Robinson, Szkot. Bardzo cichy i spokojny człowiek. Ksywę dostał ze względu na wygląd. Istotnie wyglądał jakby wyszedł z ciężkiego nałogu heroinowego. Zachudzony, zabidzony z zapadłymi policzkami. Z Monarem nigdy nie było żadnych problemów. On nawet krępował się nam zadawać jakieś prace i wolał to sam zrobić niż miałby nam zlecić. W zwiazku z tym miał u nas poważanie. Za naszej kadencji, raz jedyny został na piwie po pracy. Nawet wtedy pogadaliśmy trochę. Poza tym zawsze się spieszył do dziewczyny, z którą planował ślub wkrótce. Jeździł cinquecento i nie wchodził w żadne konflikty w kuchni. Jednak jak się okazało, to on został szefem całej brygady kiedy wynikł konflikt Rumcajsa z Hip-hopem. Podobno kiedyś w innej knajpie, Monar był szefem Hip-hopa, a tutaj zgodził się zostać zwykłym kucharzem. Teraz jednak, kiedy zapowiedział Rumcajsowi, że odchodzi, Rumcajs zdecydował, że nie warto tracić aż dwóch zdolnych kucharzy i zaproponował Monarowi bycie nr.1 w kuchni. O dziwo Monar na to przystał. Rumcajs wiedział co robi, bo Monar to najbardziej pracowity kucharz, człowiek od czarnej roboty. Całe godziny stał przy samym piecu i pilnował wszystkiego. Bardzo pozytywna postać.

 

KONIK POLNY, Dave Lodge, Anglia. Jedna z najzabawniejszych ksyw nadana przez TT. Jednak kiedy się spojrzy na niego, od razu widać dlaczego. Chudy blondyn o wzroście 1.98, z pociągłą twarzą wygląda istotnie jak ogromny konik polny. Konik (bo tak go w skrócie nazywaliśmy), to bardzo zabawna postać. Człowiek od deserów. Słodkości to jego świat. Nie zważał na nic co się działo dookoła niego. On po prostu robił ciastka. Często wychodził ostatni, nawet po nas. Po pracy zawsze lampka wina i oliwki. Ze względu na swój wygląd, chłop miał kompleksy i ciągle próbował uwieść jakąś kelnerkę ale za każdym razem dostawał kosza. Z nami miał pozytywną relację. Często robiliśmy sobie psikusy. Konik zostawiał nam na sam koniec, swoje przyrządy umazane czekoladą, która cholernie ciężko się myło, oklejał nam zmywarkę taśmą do jedzenia, zabierał sam rzeczy ze zmywarki, wrzucał czyste rzeczy do zlewu itd. My rewanżowaliśmy się mu chowaniem jego ulubionych rzeczy, pakowaniu jego torby i wystawianiu jej na zewnątrz, majsterkowaniu przy samochodzie (wycieraczki, kartofel w rurze wydechowej) itd. Konik nie był konfliktowy ale kiedy Murzin schował mu jego przepisy, Konik nie zawahał się rąbnąć z całej siły o ziemię talerzem, mimo, że tuż obok stał Kapitalista. Wtedy wpadł w szał i trzeba było kilku godzin aby doszedł do siebie. Sypały się wyzwiska i wszyscy zaniemówili kiedy Konik szalał. Konik w listopadzie 2005 odwiedził Polskę.

 

KONFIDENT, Vincent, Anglia. Jedna z najbardziej konfliktowych i fałszywych osób. W dodatku leń. Bardzo nam działał na nerwy. Żaden z nas go nie lubił. Typowy włazidup. W dodatku złośliwy. Najważniejsze dla niego było skończyć jak najszybciej. Dlatego po 22.00 zarzucał nas całym sprzętem i ostentacyjnie czekał i poganiał nas abyśmy jego rzeczy myli najpierw. Potem szybko się przebierał i szedł balować do baru, albo zmywał się i jechał na balety do miasta. Jeździł dziwnym samochodem, podświetlanym na niebiesko od spodu, co wyglądało jak UFO. Konfident kilka razy przesadził i spięliśmy się z nim. Najbardziej nie lubił go Zenek i w czasie ostrego picia o mało nie doszło do rękoczynów. Konfident zawsze robił nam na złość jeśli chodzi o obiad. Opóźniał i zawsze wyzywał, że jemy za dużo. Potem zostawało i wyrzucaliśmy to do śmieci. O to też często się kłóciliśmy. Lubił się też nami wysługiwać aby zrobić coś za niego. Był też odpowiedzialny za rozdawanie napiwków. Na tym polu nie było jednak z nim problemów. Raz jedyny tylko zapunktował u mnie, kiedy osobiście przyniósł mi obiad wprost do pokoju. Kiedy go pochwaliłem, że to co zrobił było dobre, bardzo się ucieszył. Jednak generalnie starał się trzymać sztamę z Hip-hopem, a kiedy go nie było z Murzinem. Hip-hop jednak przejrzał jego taktykę i doszło między nimi kiedyś do awantury. Konfident musiał zostać i zrobić swoją robotę sam, a nie zlecić nam. Pogratulowaliśmy wtedy Hip-hopowi konsekwencji i sprawiedliwości. Konfident posługiwał się bardzo trudnym językiem.

 

JÓZEK, Joe Buckley, Anglia. Zaledwie osiemnastoletni kucharz o wyglądzie rzeźnika ale bardzo pozytywnie do nas nastawionym. Można rzec, człowiek o gołębim sercu. Zawsze uczynny i zawsze trzymający naszą stronę. Dbał o nas, zawsze dopytywał czy wszystko u nas w porządku. Trochę traktowany z góry przez pozostałych kucharzy. Bardzo się napalił na naszą pożegnalną imprezę i bardzo chciał spróbować się z Polakami. Zapewne ze względu na wiek, nie za bardzo potrafił podejść do tego taktycznie i w konsekwencji skończyło się to dla niego tragicznie. Jednak chyba był z całej imprezy bardzo zadowolony. O jego angielskim mówili nawet pozostali Anglicy, że jest okropny. Dla nas było to coś nieprawdopodobnie niezrozumiałego. Jednak był on cierpliwy i potrafił kilka razy powtórzyć o co mu chodziło. Sam zaoferował się pojechać po TT i Kevina kiedy przylecieli nas zmienić.

 

Crick:

 

GRUBY, Anglia. Ten gościu podobno zakładał restaurację z Rumcajsem. Był więc od samego początku. Kiedy my przyjechaliśmy, Gruby pracował już nad otwarciem Cricka. Grał tam pierwsze skrzypce. W stosunku do mnie był spoko, zawoził mnie, pomagał i nie mogę złego słowa na niego powiedzieć. Jednak okazało się, że nie jest lojalnym członkiem załogi. Pewnego dnia po prostu nie przyszedł do pracy. Rumcajs się wściekł. Odnalazł go w knajpie jego brata czy ojca. TT uważał go za przemądrzałego i było w tym sporo racji, jednak jakoś to mnie nie denerwowało. Nie miałem żadnych z nim problemów. Spędziliśmy kilka nocy razem w Cricku, zawsze dawał coś do zjedzenia. Pewnej niedzieli był sam więc musiałem mu pomagać bo zrobiło się dość busy. W pracy też nie było nigdy tarć.

 

ED210, Ed, Anglia. TT przechrzcił go na "Babcię" bo nosił na głowie siatkę. Mulat, podobno stary znajomy z dawnych czasów Rumcajsa ale facet miał zaledwie 21 lat. Moje pierwsze spotkanie nie za bardzo mi się spodobało (co mu potem wypomniałem przy piwie) bo jego pierwsze słowa jakie do mnie skierował to: "Mam dla ciebie robotę…" Nie było z nim większych problemów ale żadna rewelacja. Działał i mieszkał w Cricku. Kiedy po przerwie wróciłem do Cricka, poszedłem do swojego pokoju zastałem pokój urządzony. Myślałem, że mieszka tam jakaś kobieta a okazało się, że to Ed210. Ciuchy i kosmetyki – to było to, co zobaczyłem. Ed210 raz nas odwiedził w Wollaston i nawet wypił browara w naszym pokoju. W 2007 odwiedził Polskę.

 

NEIL, Neil, Anglia. Bardzo fajny facet. Bardzo uczynny, zrownoważony i w miarę inteligentny. Nie mieliśmy z nim dużego kontaktu bo siedział w Cricku ale kiedy tam pracowałem to zawsze mogłem na niego liczyć. Nie był osobą jakąś szaloną. Na pierwszej imprezie zasłynął wraz z Luisem Figo, kiedy po tym gdy przynieśliśmy kolejną flaszkę, zesztywnieli na baczność i z miejsca nas opuścili. Bardzo się nas wystraszyli.

 

ŚMIERDZIEL, Anglia, 17. To był niezły gość. Wszyscy z niego polewali. Rumcajs zatrzymał go po poprzednim właścicielu Cricka. Niby miał go nauczać żeby później zapewne wykorzystać. Jednak Śmierdziel był oporny na wiedzę. Pierwszy kontakt mieliśmy z nim w Wollaston kiedy Rumcajs przywiózł go do Wollaston aby zobaczył jak wygląda prawdziwa praca w kuchni bo do tej pory to jego praca polegała na wyciąganiu mrożonej pizzy i wkładaniu jej do kuchenki. Tutaj miał zobaczyć jak pracują prawdziwi kucharze. No i ledwie zaczął pracować to od razu przeciął palec. Potem zrobił to jeszcze kilka razy!! Hip-hop nie mógł tego znieść. Operowanie nożem nie było najmocniejszą stroną Śmierdziela. A właściwie dlaczego Śmierdziel? Chyba nikt w życiu nie widział tak zniszczonego uzębienia. Chłopak nie miał prawie 50% zębów. A te, które mu zostały to były czarne od próchnicy pniaki i gołe korzenie! Odór jaki płynął z jego ust był nie do zniesienia. Po prostu nie było możliwe stanąć przy nim i porozmawiać. Fetor jak z kibla. Jednak jako kolega z pracy był całkiem OK. Poprosiłem go kiedyś o obiad to aż się ucieszył, że mógł coś przygotować bo każdy traktował go raczej jako per noga. Trochę się guzdrał ale w końcu zrobił mi wszystko tak jak chciałem. Zawsze pytał czy przynieść mi picie i wiele razy sam z siebie mi pomagał przy końcu roboty. Oczywiście wtedy kiedy pracowaliśmy w Cricku bo w Wollaston już nigdy nie był. Generalnie więc był to spokojny i uczynny chłopak. Został kiedyś na jedną imprezę i Rumcajs postawił mu piwo ale tylko jedno i szybko zawiózł go do domu.

 

STEF, Anglia. Nie za bardzo mi pasowała. Cwaniara, którą Rumcajs też zostawił z poprzedniego pubu. Z wyglądu trochę zdzirowata. Ramiona umięśnione (siłownia), pokryte tatuażami, a w cywilu ubierała się jak muzyk country&western. Zamieniłem z nią może kilka słów. Potem Gruby pokazał mi na komórce jej roznegliżowane zdjęcie. Podobno sama to wysyłała chłopakom. Generalnie więc nic specjalnego. Pracowała tylko w Cricku.

 

 

Kelnerstwo:

 

 

MOLLY, 35, Australia. Nieoficjalna szefowa kelnerów i zastępca Kapitalisty. Trzymała to w ryzach, dbała o lokal. Do nas była pozytywnie nastawiona. Podobno w przeszłości była groupie i całkiem jest to możliwe. Rockowa dusza, lubiła dobrą zabawę. Ostro grzała. Mieszkała sama na górze. Odeszła w połowie wakacji choć obiecała, że wróci na Boże Narodzenie. Mogliśmy na nią liczyć w trudnych chwilach, zawsze pomocna i generalnie mieliśmy w niej wsparcie. Bardzo lubiła TT i Maćka i często z nimi piła. Nie za bardzo poważała Kapitalistę i Rumcajsa.

 

PINOKIO, Matt, 29, Australia. Pajac totalny. Został managerem w Cricku i pozjadał wszystkie rozumy. Strasznie niesympatyczny koleś aczkolwiek nie za bardzo mieliśmy z nim kontakt. Traktował nas z góry. Zadzierał nosa i próbował nas trochę przycisnąć ale z mizernym skutkiem. Rzadko kiedy spełniał moje prośby. Ani nie przyniósł mi picia kiedy go prosiłem, ani nie znalazł płynu do mycia naczyń. W końcu poskarżyłem się Rumcajsowi i płyn się znalazł. Wkurzył się na mnie. Mieliśmy jedną wspólną imprezę na której przeleciał Vicky II. Strasznie się nawalił wtedy. Jednak generalnie był chamem. Kiedy nocowałem w Cricku, w środku nocy wszedł trzy razy do mojego pokoju aby zabrać telewizor. Oświecił światło, trzaskał się i nawet nie przeprosił. Jeden z najgorszych w całej ekipie.

 

CHINKA, z pochodzenia chyba Malajka. Oficjalnie dziewczyna Murzina. Mało ją widywaliśmy. Nie stanowiła żadnego problemu ale niekoniecznie była też sympatyczna. Praktycznie nie mieliśmy z nią żadnego kontaktu.

 

CYGANKA, Aniela, 20, Urugwaj/Australia. Sympatyczna dziewczyna. Trochę głupiutka ale raczej nieszkodliwa. Miała dobre serce. Kiedykolwiek ją o coś prosiłem nie odmawiała pomocy. Zawsze przynosiła nam coś do picia. Sama oferowała czekoladę i inne smakołyki. Zdarzało się, że zjawiała się w naszym pokoju żeby skorzystać z internetu. Mieliśmy bardzo dobry kontakt. Ona kolegowała się z Bozią. Tuż przed naszym wyjazdem przyszły się z nami pożegnać bo wyjeżdżały na jakiś festiwal. Ze względu na jej wielkie bimbały, Murzin bardzo chciał ją przelecieć. Jak mi się wydaje, nie udało mu się. Obie Australijki mieszkały w pokoju, w którym panował niesamowity burdel. Czegoś takiego nigdy przedtem nie widzieliśmy.

 

IRANKA, ksywę zawdzięcza swojej urodzie. Kruczoczarne włosy, ciemna karnacja i ostry zielony makijaż powodowało, że istotnie wyglądała na mieszkankę kraju arabskiego lub Persji. Chyba w życiu się do niej nie odezwaliśmy. Zresztą bardzo rzadko ją widywaliśmy.

 

VICKY, 24, RPA, mieszkała z Luisem Figo po drugiej stronie ulicy. Pracowała na okrągło więc ciągle ją widywaliśmy. Była dość inteligentna, można z nią było pogadać na poważniejsze sprawy. Całkiem fajnie mi się z nią gadało na temat RPA. Sporo rzeczy można się było od niej dowiedzieć. Niestety miała swoje humory kiedy jej coś nie szło. Dochodziło wtedy do spięć. Była bardzo mało odporna na stres i w momencie kiedy robiło się busy nie radziła sobie i się wściekała. Druga właścicielka wielkich bimbałów. Tym razem na te bimbały poleciał Konik. Jednak Vicky wybrała naszego Mateusza, co było dla niego dość niespodziewane. Vicky płaciła nam funta za wcześniejsze mycie sztućców. Generalnie można ją było ocenić pozytywnie. Jeśli miała humor…

 

BOZIA, Kate, Australia. Współlokatorka Cyganki. Miała korzenie w Polsce i umiała powiedzieć kilka słów po polsku (m.in. "bozia"). Nie była absolutnie szkodliwa ale żyła w cieniu Cyganki gdyż nie była tak atrakcyjna jak Cyganka, a wręcz mało atrakcyjna i z tego względu Świrek nazywał ją Świniakiem. Miała dość dziecinne poczucie humoru, choć trzeba przyznać, że nie mieliśmy z nią ani jednego zatargu.

 

SASHA, 23, Anglia. Sasha z wyglądu nie była zła. Była nowa, przyszła po nas. W stosunku do nas była zbyt miła. Przesadzała w sprawach damsko-męskich. Zbyt frywolna i dlatego nazwaliśmy ją "Obciągara". Kiedyś właśnie podczas jakiejś nasiadówy po robocie, zaproponowała mi pójście pod prysznic żeby possać… moje palce u nóg. I mówiła to przy wszystkich wzbudzając aplauz. Trudno było skumać czy to był blef czy rzeczywiście prowokowała. Podobną sytuację miałem kiedy się wygłupiałem i udawałem, że zemdlałem. Sasha pierwsza podleciała i chciała mi robić usta-usta. Zenek stwierdził, że lepiej by było dla mnie żeby to zrobiła trochę inaczej. W pracy Sasha była spoko. Nie mieliśmy do niej zastrzeżeń i zawsze była uśmiechnięta.

 

LISEK, Amy, 16, Anglia. Jedna z ładniejszych dziewczyn. Niestety bardzo młoda ale i tak wszyscy za nią się oglądaliśmy. Trochę flirtowaliśmy i podpuszczaliśmy ją ale nie dała się sprowokować. Ksywę dostała gdyż Świrek kiedyś pajacował przy niej i zabrał jej szal, który wyglądał jak lisia kita. Kiedy jej oddawał coś tam bąknął o lisku i tak zostało. Każdy facet ją podrywał lecz nikomu nic się nie udało. Amy pracowała tylko w soboty więc widzieliśmy się rzadko. Raz ją zaskoczyłem kiedy przyszła do pracy a ja, udając wkurzonego, zapytałem: "No kiss today for today's hello?" Ale ona nie należała do tych głupich gąsek. Mimo młodego wieku.

 

PAPA DANCE, Dave, Anglia. Doszedł tuż po Lisku. Był bardzo zakręcony i dopiero się uczył. Nikt z nas nie zamienił z nim słowa. Ksywę zawdzięcza fryzurze. Typowe lata 80.

 

ANNA MARIA JOPEK, Cristina, Anglia. Przezwisko zawdzięcza wyglądowi ale jej głos był równie zaskakujący. Bardzo charakterystyczny. Ta dziewczyna była ponoć od samego początku powstania knajpy. Miała dość mocną pozycję w ekipie i dość często pracowała. Na szczęście nie popisywała się ani nie pokazywała, że jest ważna. Całkiem dobrze się nam współpracowało choć nie była do końca zadowolona z nas kiedy myliśmy sztućce. Wspomniała o tym w kartce, którą dostaliśmy przy wyjeździe. W sumie jednak mógł być to żart. Ogólnie więc ocenialiśmy ją na plus choć nigdy nie było jakiejś pełnej integracji z nią. Rzadko zostawała po pracy w barze.

 

MAJEWSKI, Gus, 22, Australia & MAJEWSKA, Suzy, 23, Australia.

Majewski od Szymona Majewskiego za wygląd. Wydawał się nam spoko kolesiem. Na początku udawali wraz z Majewską, że nie są parą ale wiadomo było, że są. Zresztą w nocy słyszeliśmy ich działalność dość często. Choć zdarzały się im i kłótnie w środku nocy, o czym nie omieszkałem im powiedzieć. Przesuwali łóżka w środku nocy… Z Majewskim rozstaliśmy się w zgodzie i nigdy nie było konfliktu jednak nasze podejrzenia co do ich nieuczciwości potwierdziły się. Majewscy oszukiwali na napiwkach. Zenek zauważył, że Majewski chowa do kieszeni część kasy z napiwków. W ten sposób okradał nas wszystkich bo nie oddawał wszystkiego i cała pula się zmniejszała. Dziwiło nas, że odkąd doszli Majewscy drastycznie zmalały napiwki. Potem wyszło, że kiedy Majewscy odeszli w skandalicznych okolicznościach (Rumcajs ich wyrzucił) napiwki wróciły do normy. Stało się to jednak już po naszym wyjeździe. Była jeszcze jedna rzecz, która nas denerwowała, a przede wszystkim Świrka. Majewska nigdy nie chowała zasłony pod prysznicem do środka i cała woda lała się na zewnątrz.

 

Crick:

 

VICKY II, 20, Anglia. Vicky II pracowała w Cricku. Wg mnie to była jedna z ładniejszych dziewczyn ale nie wszystkim się podobała. Na pewno się choć trochę podobała Pinokiowi bo po jednej z imprez przeleciał ją mimo, że przecież był wtedy z jakąś dziewczyną na stałe. Potem bodajże zaczęli nawet ze sobą chodzić (tj. Pinokio i Vicky II). Vicky II nie umiała sobie poradzić na początku gdyż nigdy wcześniej nie pracowała jako kelnerka. Ale w Cricku nie było to trudne gdyż frekwencja była niziutka. W stosunku do mnie była miła choć nie zwracała za dużej uwagi bo była wpatrzona w Pinokia. Dużo paliła i często zostawała do końca imprez po pracy. Opowiadała nam o swoim wypadku kiedy uderzyła twarzą o piec i wybiła sobie dwie górne jedynki. Nikt tego nie zauważył wcześniej, że miała je nadbudowane.

 

SHORT TOM, 18, Anglia. Człowiek o wzroście nie przekraczającym 1.60m. Miły chłopak, który mało się odzywał, jeździł na jakimś komarku i odwalał czarną robotę wśród kelnerów. Ciągle coś nosił i układał a mało zajmował się klientami. Kiedyś został na dłużej na imprezie. Jeden z nielicznych, który nie palił.

 

BAS, Anglia. Bas pracował trochę i naprawdę takiego głosu próżno szukać w operze. To była cecha charakterystyczna tego osobnika. Współpraca z nim była wzorowa. Zawsze przynosił coś do picia gdy go prosiłem. Jednak bardzo rzadko się widywaliśmy.

 

DUMNA, Anglia. Jeszcze rzadziej się widywałem z siostrą Basa. Dumna bo rzeczywiście była dumna sądząc po jej minie. Nawet może i była ładna ale bez przesady. Kolczyk w nosie szpecił. Poza tym widać było, że to nie jest praca dla niej. Zbyt plebejska. Raczej na minus.

 

RYŻA, Anglia. Ryża zgrywała równiachę. Wstrętna jak noc listopadowa ale zawsze uczynna i dowcipna. Rozgadana, zaczepiała wszystkich i usilnie dyskutowała. Koniecznie chciała się wkupić do ekipy. Nawet raz została na dłużej. Osobiście nie mogę złego słowa o niej powiedzieć. Była spoko, choć jak dla mnie za bardzo nachalna momentami.

 

Bar:

 

LUIS FIGO, Szkocja. Luis Figo nazwany ze względu na podobieństwo do tego słynnego piłkarza. Kruczoczarny, śniady i aż dziw bierze, że pochodził ze Szkocji. Spotkaliśmy go na samym początku kiedy przylecieliśmy, kiedy uciekł przerażony gdy zobaczył kolejną flaszkę polskiej wódki na stole. Podobno mieszkał z Vicky z RPA po drugiej stronie ulicy i gdzieś studiował a tu, u nas, tylko sobie dorabiał. Chyba nigdy ze sobą nie zamieniliśmy słowa. Przestaliśmy go widywać dość szybko.

 

MICHALSKI, Anglia. Michalskiego (ksywa też od piłkarza) nie pamiętam prawie w ogóle. Wiem tylko, że był taki bo widziałem go może ze trzy razy i wiem, że stał za barem. Jednak nigdy nie rozmawialiśmy i wydaje mi się, że po prostu odszedł. Nie mieliśmy w każdym razie żadnych danych na jego temat.

 

TASMAN 1, Tigh, 18, Australia & TASMAN 2, 18, Australia. Młode chłopaki z Tasmanii pojawili się Wollaston w ramach przygotowań do obsadzenia stanowisk w Cricku. Tutaj mieli się obeznać z sytuacją, nauczyć, podszkolić i wyjechać do Cricka. Z powodu młodego wieku, w głowach mieli głównie zabawę a nie poważne obowiązki więc kontakt z nimi był bardzo fajny. Szybko zaczęli obracać miejscowe dziewczyny, pokazali, że pić też umieją choć szokiem było dla nich to, co im pokazał Zenek na jednej z imprez. Później wyjechali do Cricka i kontakt się lekko urwał. Podtrzymywany był głównie przez Mateusza, z którym się zakumplowali i wspólnie rządzili Crikiem. Wspominamy ich jednak bardzo ciepło, bo na początku byli chyba jeszcze bardziej zakręceni niż my.

 

 

PRACA

 

Nasza praca to była przede wszystkim śmieszna przygoda na totalnym luzie. Składała się z wielu rzeczy. Nie było to tylko zwykłe zmywanie. Oprócz tego czekało nas obieranie różnego rodzaju warzyw no i ogólne sprzątanie.

 

Oficjalnie zatrudnieni byliśmy jako KP (kitchen porter) i mieliśmy własną sekcję gdzie urzędowaliśmy. Była niestety bardzo mała, wąska i z kiepską wentylacją. Kiedy był ruch w interesie, to temperatura tam dawała się nam we znaki.

 

Fot.7. Sekcja "dish".

 

Oprócz zlewu korzystaliśmy oczywiście ze zmywarki. Stojąc przy zlewie, po prawej stronie mieliśmy dużą półkę na której kelnerki stawiały brudne rzeczy. Miały obowiązek zostawiać nam puste talerze ale wielokrotnie dochodziło do spięć kiedy talerze zostawały z resztkami i sami musieliśmy je czyścić. Największą taką scysją był konflikt Zenka z Vicky, kiedy Zenek darł się na nią po polsku pokazując co należy do jej obowiązków.

 

Między tymi półkami a zlewem był ogromny kosz na śmieci. Po pracy trzeba było go wynieść i zawsze trzeba było dwóch bo był tak ciężki. Często lądowały w nim najróżniejsze rzeczy z kuchni jak również i woda.

 

Po lewej mieliśmy wspomnianą zmywarkę. Wsuwało się do niej tzw. raka z ustawionymi pionowo talerzami i innymi przyrządami i zamykało się zmywarkę. Mycie i suszenie trwało długo i niestety nie udało mi się, wzorem z Cricka, znaleźć regulacji szybkości mycia. Po otwarciu para buchała ze środka i robiło się bardzo parno i gorąco.

 

Wysuwaliśmy raka w lewą stronę i tam po lekkim osuszeniu zbieraliśmy rzeczy ustawiając je na półeczce z tyłu. Trzeba było czasem szybko zwalniać raka więc zbierając rzeczy parzyło się ręce o porcelanowe i metalowe części. Ale szybkość była najważniejsza.

 

Niestety nie myliśmy tylko tego, co przyniosły kelnerki. Najważniejszym elementem naszej pracy było dostarczanie naszym kucharzom czystych pojemników, patelni, garnków, łyżek i innych tego typu rzeczy. Tuż za rogiem w kuchni, mieliśmy wydzieloną półeczkę gdzie kucharze zwalali wszystko, co brudne. Naszym obowiązkiem było zbierać te rzeczy i sobie przynosić do swojej sekcji a potem im odnieść na miejsce. Atakowani byliśmy więc z dwóch stron: od strony kuchni i od strony kelnerek. Generalnie człowiek dawał sobie radę przy 4 kucharzach choć wtedy pracowało się na pełnych obrotach. Kiedy było ich 5 lub 6 nie było szans zdążyć i zawsze czegoś komuś brakowało.

 

Najgorsze były weekendy bo i kucharzy dużo, więcej kelnerek i ciągłe zamówienia. Skupiało się to na przestrzeni kilku godzin jednak od rana trwały przygotowania do tego punktu kulminacyjnego. Kłopot sprawiało chodzenie między kucharzami kiedy oni pracowali niczym w transie. My musieliśmy się tam wślizgiwać aby porozstawiać, pozawieszać i poprzenosić im czyste rzeczy. Zawsze był problem z kwadraciakami bo było ich kilka a potrzebowali ich do sałatek. Ciągle słyszeliśmy : "square bowls, please!". Utrudnieniem był też zator na drodze do kuchni. To miejsce wydawania porcji. Stały tu kelnerki czekające na odbiór swoich rzeczy i bardzo często Kapitalista, który podjadał resztki i więcej przeszkadzał niż pomagał.

 

Pracując w takich warunkach dopadał nas stres. Trwało to kilka godzin. Oczywiście najgorsze były weekendy ale wtedy było nas dwóch i mogliśmy sobie jakoś pomagać. Jeden zmywał i ładował zmywarkę, a drugi przynosił i roznosił. Był również tym, który musiał wykonywać polecenia. Często bowiem się zdarzało, że wynikały jakieś niespodziewane sytuacje i trzeba było reagować. A to brakło papieru do wycierania, a to jakiś płyn trzeba było przynieść, a to coś wynieść kartony, śmieci itd. Młyn. Kiedy się wracało z takiej misji zastawało się swojego kolegę zawalonego stosem brudów i trzeba było się odkopywać. Kiedy brakowało miejsca, brudne rzeczy kładliśmy pod zlew i one czekały na dogodny moment do umycia.

 

Niektórych rzeczy nie wolno było nam myć w zmywarce. Były to rzeczy teflonowe, czyli wszystkie patelnie, jak również noże (bo podobno się tępią). To oczywiście opóźniało naszą pracę a trzeba pamiętać, że przy ostrym ruchu, patelnie były najczęściej mytą rzeczą. Kolejnym utrudnieniem był fakt, że były one czasem potwornie gorące i nie można było ich tak nagle umyć. Czasem słyszeliśmy z kuchni: "Fucking hot!!!". To powodowało kolejne opóźnienia a to powodowało kolejne itd. W taki sposób traciliśmy cenny czas i prawie zawsze byliśmy w tyle.

 

Niektórzy kucharze utrudniali nam np. prosząc żeby patelnie były suche, więc musieliśmy te patelnie wycierać papierem. Jednocześnie kelnerki też prosiły nas o jakieś pierdoły a i ich półka uginała się od brudnych zwrotów. Kiedy dochodziła nam robota w postaci sprzątania po nich, robił się ogólny bałagan i każdy na każdego krzyczał.

 

Aby jednak móc wydawać posiłki wieczorem, trzeba było je najpierw przygotować. Poranki więc nie obfitowały w zmywanie po kelnerkach ale koncentrowaliśmy się na pracy w kuchni. Miksery, garnki i brytfanki – to było to, co zmywaliśmy ranem. Jednak głównie naszym zadaniem było obieranie warzyw. Obieranie ziemniaków to klasyka, często jednak obieraliśmy marchewki (wliczając w to małe marchewki tzw. baby carrots), dynie a nawet zdarzało się że przepiórcze jajka. Obieranie było znośne, często szło się do "schronu" czyli do piwnicy gdzie magazynowali warzywa i gdzie robili makarony. Tam było radio, miejsce do siedzenia i można było na spokojnie sobie obierać.

 

Do wyboru były ziemniaki białe i czerwone. Jedne na puree a drugie na frytki. Kiedy było nas dwóch, to miało to sens, bo gdy jeden obierał drugi dawał sobie bez problemu radę sam. Gorzej gdy się było samemu i brakło ziemniaków i trzeba było wszystko rzucić i iść je obrać. Obieranie było bardzo czasochłonne i po powrocie człowiek zastawał wszystko zawalone brudami. Trzeba było nadrobić stracony czas.

 

Wieczorem, czyli po 22.30, zaczynało się ogólne sprzątanie kuchni oraz naszego pomieszczenia. Kucharze oddawali nam wszystkie brudy oraz demontowali półki, grille i inne przyrządy używane przez nich cały dzień. Na koniec demontowali piec z rozżarzonymi palnikami i rusztami. To było niebezpieczne a i tak nasze mycie nie pomagało bo ciężko umyć gąbką stalowy ruszt. Jednak markowaliśmy mycie, poskrobaliśmy zastygły tłuszcz, ochlapaliśmy wodą i odnosiliśmy to.

 

Aby szło nam szybciej, umówiliśmy się, że zawsze o 22.00 będziemy sobie nawzajem pomagać i dlatego pracowaliśmy we trzech. Szło zdecydowanie szybciej. W tym czasie kelnerki również znosiły ostatnie rzeczy od klientów oraz prosiły o wymycie sztućców bo czekało ich polerowanie więc chciały mieć to szybko zrobione. A że taca z nimi była dość ciężka, to prosiły nas o wniesienie jej na górę.

 

Kucharze kończyli szybciej od nas, na końcu zostawał zawsze Konik, którego niejednokrotnie wyprzedzaliśmy. Naszym końcowym etapem było odniesienie talerzy i innych niezbędnych rano naczyń do kuchni, posprzątanie naszej sekcji i wyniesienie śmieci. Zenek zajmował się zawsze zmywarką, ja mopowałem podłogę, Świrek roznosił talerze. Potem wszyscy czyściliśmy dużego raka i ściany. Trzeba było wynieść jeszcze ciężki kubeł ze śmieciami.

 

Fot.8. Od lewej: Józek, Zenek, Konik, Profi i Hip-hop

 

Pewnego dnia w dużym kontenerze na parkingu zalęgły się robaki. Białe, wijące się – takie, które można spotkać na rozkładających się zwłokach. Spowodowane to było tym, że zepsuła się ciężarówka śmieciarzowi i trzeba było poczekać kilka dni dłużej. A kontener pękał w szwach. Kapitalista miał za to robotę – przypalanie robaków palnikiem do ciastek i lodów. Kiedy już wreszcie zabrano te śmieci, Hip-Hop ze mną czyścił całe to miejsce różnymi detergentami. Ale i tak nie dało się tego wyczyścić porządnie.

 

Do tego kontenera byliśmy zobligowani też zanosić kartonowe pudełka. Trzeba było je rozrywać żeby śmietnik zbyt szybko się nie zapełnił. Czasem tych kartonów było na kilka przechadzek. Co rano praktycznie przywożono towar więc kucharze go rozpakowywali a kartony zostawiali nam.

 

Innymi naszymi zajęciami było też tzw. czyszczenie ścieżki, a po ichszemu "stones". Było to patio wyłożone kostką brukową, gdzie ustawione były stoliki w czasie ładnej pogody. Problem z tą kostką był taki, że kucharze i my chodziliśmy po niej w czasie pracy. Trzeba było się dostać do dry-store (spiżarka) albo do dropdown (schronu) czy wreszcie aby iść na śmietnik. A że podłoga w kuchni często była zalana tłuszczem i olejem, cały ten tłuszcz był roznoszony na te kamienie. Powstała długa i ciemna plama pomiędzy drzwiami. Kapitalista miał bzika na punkcie tej ścieżki i dlatego 3 razy w tygodniu wstawaliśmy godzinę wcześniej aby ją szorować detergentami i wrzątkiem. Wg mnie nic to nie dawało ale Kapitalista był zadowolony.

 

Część tego patio była ogrodzona płotem i tam gromadzono zużyty olej. Kiedyś ktoś przewrócił beczkę i trzeba było to sprzątać. Zasypaliśmy olej piaskiem a potem te ciężkie wiadra piachu trzeba było wynieść. Ciężka robota ale na szczęście tylko jednorazowa.

 

Tak samo jak czyszczenie walk-in fridge czyli ogromnej lodówki umiejscowionej w przybudówce kuchni. To taka spiżarka gromadząca łatwopsujące się produkty. Kiedyś musiałem ją dokładnie wyszorować. Każdą półkę zdemontować i wymyć, tak jak i ściany. Podobnie kiedyś Murzin wymyślił abym wymył wszystkie zamrażarki. Wlewałem więc wrzątek do nich aby lód odpadł i sprzątałem je. Zamrożone produkty przenosiłem do innych. Nie miało to większego sensu bo wystarczyło przecież wyłączyć taką zamrażarkę i wszystko by odpadło więc zaoszczędziłbym zbędnego skrobania. No ale nie wiedzieli co z nami zrobić więc wymyślali różne dziwne zajęcia.

 

Przed weselami zdarzało się nam być zatrudnianym do noszenia stołów i krzeseł. Czasem pomagaliśmy też wnieść sprzęt DJ Bobo. Śmieszne bo facet obsługiwał wszystkie większe imprezy na górze. Wtedy zazwyczaj mieliśmy bardzo dużo roboty. Od rana w kuchni młyn bo przygotowywali najróżniejsze smakołyki, w dodatku spore ilości, a potem w trakcie wesela knajpa i tak działała więc było podwójne obciążenie.

 

Kiedyś Kapitalista wymyślił, że mamy znosić brudne naczynia z góry, w trakcie imprezy. My w tych fartuchach biegaliśmy między gośćmi i wynosiliśmy talerze a w tym czasie zawalili nas kucharze patelniami i czekali aż wrócimy. Kelnerki przyniosły swoją porcję naczyń z dołu i byliśmy uziemieni. Pozytywnym faktem było to, że mogliśmy się najeść po takim weselu do syta, bo zazwyczaj sporo wykwintnych dań pozostawało i proszono nas o zapakowanie tego im do domu.

 

Najbardziej śmierdzącym i niewdzięcznym zajęciem było czyszczenie odpływu z kuchni. Umiejscowiony na parkingu właz do odpływu po podniesieniu ukazywał przerażająco śmierdzące gnojowisko resztek organicznych pływających w zawiesinie. Zadaniem naszym było wyłowienie specjalną tacą tych najgrubszych, załadowanie to do worków i wyrzucenie na śmietnik. Miało to na celu zabezpieczenie odpływu przed zablokowaniem. Kiedyś niestety musiałem to sam zrobić. Niesamowity smród. Po otwarciu od razu odrzucał fetor i zbierało się na rzyganie.

 

Zajęty więc mieliśmy cały dzień. Rumcajs rozpisał nam nasz grafik ale my go zmodyfikowaliśmy w taki sposób, że żaden z nas nie miał ani jednego dnia wolnego.

 

Fot.9. Grafik oryginalny i po zmianach.

 

Ale dzięki temu jedliśmy za darmo i nie nudziliśmy się. Zaczynaliśmy najwcześniej o 10.00 a pracę kończyliśmy generalnie około 1.00 w nocy. Najczęściej tuż przed pierwszą. Czasem wyprzedzaliśmy Konika i to on zostawał z mopem aby umyć podłogę. Jeśli nas wyprzedził to trzeba było jeszcze iść wylać wodę do kratki ściekowej od strony parkingu. Na koniec pozamykać wszystkie drzwi, pogasić światła i pod prysznic. A potem na dół na piwo...

 

Fot.10. Po pracy...

 

 

MIEJSCE I CZAS WOLNY

 

Nasze miejsce pracy było w tym samym miejscu co nasz dom. To stary, obszerny budynek położony na środku wioski przy ulicy London Road 87. Wejście do restauracji było oczywiście od strony ulicy, troszkę dalej był parking a z niego wejście do kuchni. Tuż obok kuchni było kolejne wejście, tym razem do części mieszkalnej. A ta znajdowała się na piętrach. Najpierw na pierwszym piętrze była duża sala bankietowa, a w drugiej części dwa pokoiki oraz prysznic z WC. Jeden z tych pokoi był dla Polaków, a po sąsiedzku był tzw. staff room czyli miejsce gdzie kucharze się przebierali lub odpoczywali w czasie przerwy. Na przeciwko niego był też maciupki pokoik gdzie trzymano różne sprzęty kuchenne.

 

Drugie piętro było podzielone na pokój Molly, pokój Tasmanów (potem Majewskich) oraz pokój Cyganki. Na końcu była łazienka z wanną i prysznicem w formie "dojarki". Po drugiej stronie holu, nad salą bankietową była kuchnia. W kuchni był cały potrzebny sprzęt, a więc lodówka, mikrofalka, naczynia i sztućce oraz pralka i suszarka do ubrań. W kuchni, tak jak i w pokoju Cyganki, panował notorycznie kompletny syf. Rzadko chodziliśmy do kuchni, z początku musieliśmy zanosić jedzenie do lodówki ale od kiedy załatwiłem z Rumcajsem lodówkę w naszym pokoju, to nasze wizyty w kuchni ograniczyły się wyłącznie do odwiedzania pralki. Pralka była w ciągłym użyciu i trzeba było polować na moment kiedy można było załadować ją ciuchami. To samo było z suszarką ale dzięki niej zaoszczędzaliśmy mnóstwo czasu na suszeniu. Programator w pralce był zepsuty i praktycznie zawsze było gotowanie. Raz Świrek załadował nasze białe uniformy ze swoim różowym ręcznikiem i wyciągnął różowe uniformy. Kucharze mieli z nas polewkę później, że niby zapisaliśmy się wszyscy do klubu gejowskiego.

 

Do łazienki na początku chodziliśmy na górę ale od kiedy Hip-hop nareperował kibel, to przenieśliśmy się na nasze piętro. Tutaj też zawsze po pracy mieliśmy obowiązkowy prysznic w kolejności: Zenek, Świrek i ja. Szybko okazało się, że nie opłaca się zostawiać żelu bo kucharze go będą używać. W ten sposób musiałem dokupić na miejscu. Po prysznicu dużo kremu na ręce i można było iść na dół.

 

Pewnego dnia mieliśmy, a właściwie ja miałem niezłą przygodę z prysznicem. Coś się dziwnego stało, że spod podgrzewacza poszedł ostry strumień prosto w twarz. Prawie, że ścięło mnie z nóg. Na szczęście była to zimna woda. Jednak nie dało się tego naprawić. Molestowaliśmy Kapitalistę aby to naprawił aż w końcu Świrek zaciągnął go prawie siłą żeby to obejrzał. Kiedy stwierdził, że się nie da naprawić, za pół godziny przywiózł identyczny ze sklepu. Razem ze Świrkiem założyli. Jednak zanim to nastąpiło przez kilka dni musieliśmy korzystać z "dojarki". Ostro się raz poparzyłem przez to, bo rurka z "dojarki" się wypięła i poleciał wrzątek. "Dojarka" to nakładka na dwa krany, prowadząca do jednego ujścia.

 

Do nas schodziła z góry Majewska, która zalewała całą łazienkę bo zasłonę dawała na zewnątrz brodzika. Murzin za to właził z brudnymi nogami a Cyganka w klapkach. To zauważyliśmy po naszym śledztwie. Często kiedy zaspani szliśmy do WC, zapominaliśmy o niskich stropach i ładowaliśmy głową w futrynę. Szczególnie na początku każdy z nas zaliczał "baśkę" przynajmniej raz dziennie.

 

Ciekawa była sprawa ze sprzątaniem tzw. strefy ogólnej. Zajmowała się tym pani Marysia, którą widywaliśmy dość rzadko. Nie mniej jednak byliśmy zobligowani płacić jej jakieś grosze co jakiś tam czas. Zbiórką zajmowała się Molly, a potem Majewska. Jednak po wyjściu pani Marysi, łazienki nie wyglądały ładnie przez długi okres czasu. Najbardziej irytowało to Świrka, który nauczony w wojsku porządku pieklił się na "syfiarzy". Łazienka była też miejscem gdzie ryglowaliśmy innych, skąd nie dało się wyjść. To był jednak pomysł kucharzy, którzy najpierw zamknęli Zenka, a potem mnie. Mieli niezły ubaw. Zenkowi udało się wygramolić, jednak mnie zamknęli tak, że nie było możliwe otworzenia drzwi na więcej niż 5cm.

 

My mściliśmy się psikusami w kuchni. Ja często pisałem głupoty na tablicy, Konikowi sklejaliśmy talerze, chowaliśmy torby na parapety, wkładaliśmy różne przedmioty do torby, Świrek wsadził kartofla do rury wydechowej samochodu Konika, odginaliśmy mu wycieraczki. Konik rewanżował się tym, że zostawiał nam zlew umorusany czekoladą albo nabrudził 100 różnych rzeczy. Raz nawet zablokował nam zmywarkę, okręcając ją taśmą samoprzylepną.

 

Nasz pokój, którego nigdy nie zamykaliśmy na klucz, składał się z 3 łóżek, stolika, krzeseł oraz szafek i komputera. W związku z tym niczego nam nie brakowało. Była nawet malutka umywaleczka, a potem doszła wspomniana lodówka. Mieliśmy duże okna wychodzące na ulicę. Generalnie był spokój choć raz zerwaliśmy się na równe nogi kiedy pod oknem przejechała maszyna do czyszczenia ulic. My myśleliśmy, że to UFO wylądowało bo wyrwało to nas z głębokiego snu i nikt nie wiedział co się dzieje. A działo się to dlatego, że przesunęły się nam godziny snu w związku z pracą. Ponieważ kończyliśmy pracę po północy, to kładliśmy się zazwyczaj koło 02.00. Pracę zaczynaliśmy generalnie o 12.00 więc o 11.00 zwlekaliśmy się z łóżek. Czasem trochę przeciągnęliśmy nasze rozmowy, albo trzeba było wstać wcześniej więc godziny snu się zmieniały ale ogólnie rzecz biorąc, nikt z nas nie narzekał na kłopoty ze snem.

 

Przed snem jednak zawsze się znieczulaliśmy. W lipcu nie opuściliśmy żadnego zejścia na dół do baru po pracy. Z początku mieliśmy darmowe piwo, potem okrężną drogą (przez Hip-hopa) zakomunikowano nam, że musimy płacić £1, co nadal było mało ale jednak nie za darmo. Szybko jednak przyzwyczailiśmy się do tych cen i zawsze z napiwków udało się nam odłożyć kilka funciaków na browarki. Wybór nie był duży więc piliśmy zawsze belgijskie.

 

 

 

Stella nie była rewelacyjnym piwem ale szybko się przyzwyczailiśmy. Nauczyliśmy się nawet lać sobie samemu, bo Molly miała dość ciągłego łażenia dla nas żeby nam nalać. Co prawda kiedy Świrek pierwszy raz sobie nalał, to była sama piana, ale potem załapaliśmy jak nalewać żeby było dobrze.

 

Ze dwa razy zdarzyło się, że Kapitalista postawił nam piwko, Rumcajs też postawił mi w Cricku. Zenek próbował też Guinessa, a ja jakieś ale ale nie podeszło mi. Siedząc na dole w barze prawie zawsze spotykaliśmy te same osoby. Konik odwiedzał bar codziennie, pił albo piwo albo wino z oliwkami. Cyganka, Vicky i Bozia były wtedy kiedy miały służbę, Majewscy i Molly zaglądali codziennie bo mieszkali na miejscu. Raz był Monar, Konfident zaglądał często ale jakoś nie przesiadywaliśmy z nim. Hip-hop, Murzin i Józek zostawali na jedno piwko i zmykali do domu. Rumcajs bywał bardzo rzadko ale za to Kapitalista do końca. Kilka razy zdarzyło się, że kiedy zeszliśmy było już wszystko pozamykane. Wtedy postanowiliśmy mieć żelazną rezerwę w lodówce. Obliczyliśmy, że każdy z nas wypił w lipcu ponad 15 l piwa. Ale to była nasza główna rozrywka.

 

Do pracy nie mieliśmy daleko, zaledwie kilka schodków. Ciężko było się więc spóźnić. W każdej wolnej chwili wpadaliśmy na górę. Tutaj też oczywiście jedliśmy obiady. Zawsze ten, który pracował zamawiał i potem przynosił dla pozostałych. Kilka razy zdarzyło się, że kucharze osobiście nam przynosili. Nawet Konfident, choć Murzin nigdy.

 

Śniadania mieliśmy nudne. Talerz mleka z płatkami i bananem napędzał nas na kilka godzin. Zestaw mleczny był na porządku dziennym, trochę sera, czasem jakaś wędlina i gumowy chleb. Pomidor rzadziej. Nasze zakupy w "kołopie" zawierały przede wszystkim sok pomarańczowy za 62p. oraz trochę droższą wodę mineralną. 

 

 

                                                       

 

 

Wyjście do sklepu to był codzienny rytuał i jedna z niewielu rozrywek dla nas. Powyższy zestaw obowiązkowy uzupełnialiśmy czasem o jakieś frykasy w postaci ciastek, nutelli albo puszek z rybkami. Kiedy Mateusz przywiózł toster, zapanował szał na zapiekanki a warzywa przynosił Świrek ze "sklepu" na dole. Oczywiście nie były to jakieś ogromne ilości, a raczej pojedyncze sztuki. Zresztą później weszliśmy w układ z Hip-hopem i mieliśmy już warzywa legalnie. Hip-hop nawet załapał się na tosta u nas.

 

Oprócz wyjścia do sklepu naszą rozrywką było również wyjście na spacer. W ten sposób z Zenkiem byliśmy praktycznie wszędzie. Obeszliśmy wioskę kilka razy dookoła. Kiedy ja pracowałem Zenek ze Świrkiem chodzili na stadion porobić coś na sportowo ale zazwyczaj kiepsko im szło i wracali zlani potem.

 

Wydarzeniem miała być szeroko reklamowana walka Świrka z Murzinem. Może nie walka, a raczej sparing, była często odkładana ale wreszcie spotkanie doszło do skutku. Nie byłem naocznym świadkiem, podglądałem trochę przez okno z kuchni ale generalnie trochę się pomacali bo mimo wszystko to nie byli z tej samej wagi. No i niby Murzin trenował coś regularnie. Prawdziwa walka nie byłaby równa.

 

Fot.11. Walka Świrka z Murzinem.

 

My mieliśmy też raz walkę z Konfidentem i Hip-hopem, którzy usiłowali zamknąć mnie w kanciapie obok staff roomu. Napadli mnie znienacka i próbowali wepchnąć żeby zamknąć. Na szczęście z pokoju wyskoczył Świrek, kiedy usłyszał moje wołania. We dwóch już daliśmy sobie radę z nimi, choć walka była zażarta. Monar orzekł, że Polska wygrała z Anglią.

 

Świrek dwa razy był w Wellingborough, ja byłem raz w Northampton z Grubym a tak nie ruszaliśmy się z Wollaston, chyba, że do Cricka. Na początku Zenek ze Świrkiem jeździli do Cricka nie autostradą tylko przez wiochy więc mieli okazję zobaczyć trochę angielskie krajobrazy. Kiedy byłem w Cricku to też sobie spacerowałem po wiosce ale w sumie obie były dość do siebie podobne.

 

Naszą główną atrakcją i rozrywką oraz łącznością ze światem był internet. Był też naszym przekleństwem. Czasem większość czasu pozostawał zawieszony i nie mieliśmy dostępu do sieci. Jednak dzięki niemu mieliśmy radio, gazety z wiadomościami i gadu-gadu. Trudno sobie wyobrazić wolny czas bez internetu. Niestety na koniec Zenka i Świrka poniosło i chcąc zrobić mi kawał weszli na pornostronę zostawiając "fajny" obrazek pod wygaszaczem ekranu. Jak się okazało na stronie był jakiś wirus albo trojan i szlag trafił cały komputer. Szczęście w nieszczęściu, że nastąpiło to na 4 dni przed naszym wylotem. Kiedy wrócili chłopaki, Kevin przeinstalował system. Inaczej byłoby kiepściutko.

 

Czytelnictwo też nam wzrosło. Sam przeczytałem 3 książki, Zenek dwa razy tyle, bo Mateusz dowiózł kilka. Ja do tego Classic Rocki, które wcześniej kupił TT.

 

Pod koniec turnusu, zapanowała moda na filmy. Zenek przyniósł telewizor, załatwiliśmy DVD i filmy od Cyganki i Majewskiej. Zenek potrafił obejrzeć kilka pod rząd komedii romantycznych nie znając słowa po angielsku. Od kiedy przyjeżdżać zaczął Mateusz, pojawiły się gry komputerowe. Fifa na playstation i bilard na internecie. Mnie to najmniej wciągnęło ale chłopaki się wczuli w rolę i ostro cięli.

 

Mateusz często zostawał na noc. Kombinowaliśmy wtedy z łóżkiem, ale jeden wolny materac zawsze gdzieś był i dzięki temu mógł w miarę normalnie spać. My tymczasem mieliśmy kilka razy problem z Majewskimi, którzy albo się dupczyli za głośno albo się kłócili. Kiedyś chyba do 4 rano przesuwali łóżka. Na drugi dzień spytałem go, czy robili przemeblowanie i potwierdził, że dwa razy zsuwali i rozsuwali swoje łóżka.

 

Generalnie i obiektywnie trzeba stwierdzić, że pomimo wąskiej gamy rozrywek potrafiliśmy sobie zorganizować wolny czas i nikt nie narzekał na nudę. Zresztą nie mieliśmy ani jednego pełnego dnia wolnego. Zawsze na te 4 godziny trzeba było do pracy iść. Tego nigdy nie żałowaliśmy.

 

 

 

CRICK

 

Crick to wioska o ludności nieprzekraczającej 2,000 osób, położona w hrabstwie Northampton w odległości ok. 6 mil od miasta Rugby. Do Wollaston jest 51km i dojazd zajmuje około pół godziny bo większość trasy pokonuje się autostradą.

 

W Cricku Kapitalista i Rumcajs kupili pub. Pub o nazwie "Wheatsheaf" mieści się w bardzo starym budynku. Pierwsze zapiski pochodzą nawet z 1770 roku. Pub znajduje się tuż obok wielkiego kościoła św. Małgorzaty.

 

 

Fot.12. Crick na początku ubiegłego wieku.

 

Kiedy go kupili, zastali go w opłakanym stanie. Uprzednio pub spełniał funkcję tylko i wyłącznie pubu, choć miał zaplecze restauracyjne. Jednak kuchnia była w opłakanym stanie i wymagała wręcz kapitalnego remontu. Lokal znany był tylko z ładnej sekcji "piwnej" oraz ładnego ogródka piwnego na zewnątrz.

 

 

Fot.13. Ogródek i wnętrze pubu.

 

Nowi właściciele postanowili uruchomić restaurację na wzór tej z Wollaston. Jednak zacząć trzeba było od posprzątania i odnowienia kuchni i restauracji. W tym celu potrzebowali naszej pomocy. Jeszcze zanim TT wyjechał do Polski, odbyła się rozmowa na ten temat. Rumcajs zgodnie ze swoją dziwną manierą, nie informował nas o swoim pomyśle, a ciągle konsultował się z TT, który przynosił te rewelacje nam. W końcu zdecydowałem się sam zacząć rozmowę.

 

Ustaliliśmy, że pomożemy mu rozruszać tę knajpę ale szybko znajdzie kogoś na stałe tam. W tym celu w pierwszym i drugim tygodniu, Zenek i Świrek pojechali na pierwszy ogień. Oczywiście knajpa nie działała i praca polegała na sprzątaniu i czyszczeniu. W tym czasie ja zostawałem sam w Wollaston.

 

Chłopaki wrócili bardzo zmęczeni bo wykonali za pierwszym razem robotę, która powinna być wykonana w co najmniej 2 dni. Za to, Kapitalista zabrał ich na steka i piwo. "Dobra praca – dobre żarcie" – miał podobno powiedzieć. A praca dość ciężka. Zenek tak pracował ze żrącymi substancjami, że mu skóra z rąk płatami odchodziła. No ale trzeba było doczyścić od dawna nieużywane piece, stoły i inne urządzenia. Oczywiście nie byli sami, Neil i Gruby też pomagali. Nawet Pinokio też pracował.

 

Jednak praca poszła dość szybko. Chłopaki pojechali jeszcze kilka razy i wreszcie przyszło otwarcie pubu. Zdecydowali się nie zmieniać nazwy. Wszak pub cały czas działał, uruchomiona miała być restauracja. Datę otwarcia wyznaczono na piątek. W tym czasie Zenek i Świrek już nie byli potrzebni bo potrzebny był ktoś już do kuchni. Żaden z nich nie chciał tam zostać sam, głównie ze względu na barierę językową, więc wypadło na mnie.

 

Fot.14. Pub "Wheatsheaf" w 2005.

 

Pracy nadal było sporo. Zaczynaliśmy dzień od dalszego sprzątania. Ciągle jednak Rumcajs i Kapitalista przywozili nowe rzeczy. Te również trzeba było rozpakować, często umyć i poukładać. Jednak był taki bajzel, że ciągle przestawiano te rzeczy. Nie było jeszcze półek, część rzeczy trzeba było wywieźć, część miała być wymieniona na nowe itd. Ogólnie harmider i nieład.

 

W pierwszy piątek i sobotę zdecydowano, że będą wydawane tylko kolacje. Jednak przygotowania zaczęły się od rana. Tak więc dzieliłem pracę między sprzątaniem, a pomaganiem w kuchni. Miałem tysiące rzeczy do zrobienia. Kręciło się mnóstwo ludzi jednak wszystkim dowodził Rumcajs. Strasznie napalony na nową knajpę. Nie mniej Gruby, który już po raz drugi towarzyszył Rumcajsowi w otwarciu nowego lokalu. Neil też został przerzucony z Wollaston na stałe do Cricka. Ze starej załogi po poprzednim właścicielu zostało kilka kelnerek oraz Stef i Śmierdziel.

 

Rumcajs przywiózł sobie nawet nowy kubek na kawę. Oświadczył wszystkim, że to jest jego i żeby go nie ruszać. Zajmował się wszystkim i zapomniał, że wszyscy są głodni. Może to zabrzmi śmiesznie ale w kuchni nie było niczego do jedzenia. Rumcajs zamówił więc pizzę i chleb czosnkowy. Głodny już byłem jak cholera i czekałem z niecierpliwością na jedzenie. W tym czasie przyjechał jednak Kapitalista i przywiózł nowe talerze. Wszystkie opakowane w kartony i pianki. Wymyślił sobie żeby je umyć. Zabrałem się więc za otwieranie i mycie tego. W tym czasie podano jedzenie. I jak już się przyzwyczailiśmy, że Kapitalista przychodzi do kuchni podjadać, nie było dziwne, że zabrał się za nasze jedzenie. Oczywiście moim kosztem bo ja byłem zajęty tymi talerzami.

 

Udało się trochę skubnąć jednak większość zjadł mi Kapitalista. Kiedy ja skończyłem rozpakowywanie talerzy, zebrałem kartony i inne śmieci i chciałem je wynieść do kontenera. Przechodząc między ludźmi i stołami, zahaczyłem o kubek Rumcajsa i on oczywiście rozbił się w drobny mak. I tyle Rumcajs miał z nowego kubka. Ale nawet się nie odezwał do mnie w tej sprawie.

 

W pierwszy weekend działalności knajpy przyszło 6 osób. Ale jednak tego się spodziewano bo nie zainwestowano jeszcze w reklamę i nie wszystko jeszcze działało tak jak należy. To miała być długofalowa polityka.

 

Fot.15. Neil, Profi i Gruby w Cricku.

 

Miałem od razu nocować w ten pierwszy weekend ale nie było wszystko dograne na piętrze w części mieszkalnej. Swój pokój miał tylko Pinokio a pozostałe były puste. Co prawda Rumcajs się odgrażał, że już zamówił łóżka i pościel ale przywieźli je dużo później. Na początku wracałem do Wollaston albo z Rumcajsem, Kapitalistą albo zawoził mnie Gruby.

 

Pracy nie było dużo w sensie zmywania i innych kuchennych ale Rumcajs wymyślał inne roboty. Zamiatałem parking, czyściłem lodówki, odkurzałem schody, myłem drzwi itd. Zawsze się coś znalazło. Weekend w weekend pracy w kuchni przybywało. Najgorsze było to, że panowała tam logistyczna samowolka. Każdy kładł swoje rzeczy tam gdzie mu było wygodnie. Niby lepiej dla mnie bo nie martwiłem się o to żeby wszystko było na miejscu ale kiedy nie mogli czegoś znaleźć to zawsze zwracali się o to do mnie.

 

Z obierania wyręczał mnie Śmierdziel. Siedemnastoletni synek odziedziczony po poprzednim właścicielu, typowany był przez Rumcajsa na prawdziwego chefa. Jednak jego umiejętności ograniczały się do wyciągania z zamrażarki gotowych rzeczy i rozcinania nożem folii. Kiedy brał nóż do ręki, wiadomo było, że zaraz będzie morze krwi. Tak zdarzyło się nawet w Wollaston gdzie kiedyś przyjechał zobaczyć jak działa prawdziwa kuchnia.

 

Śmierdzielem został ze względu na fetor jaki toczył się z jego ust. Czarne pniaki zamiast zębów i całkowity brak higieny jamy ustnej powodował niesamowitego trampa. Trzeba było stać w sporej odległości od niego aby czuć się bezpiecznie. Jednak okazał się całkiem spoko gościem. Kilka razy pomagał mi w rozładunkach racków i zawsze pytał czy nie chcę coca-coli, po którą biegał co rusz. Stąd zapewne takie zęby a nie inne.

 

Kiedyś poprosiłem go o zrobienie mi dwóch burgerów. Zdziwił się, że aż dwa ale bez problemu mi przyrządził. Nawet się ucieszył. Rumcajs też go traktował pobłażliwie choć widział, że chyba nic z niego nie będzie. Kiedy rozlał całą coca-colę na dywan w restauracji, Rumcajs łagodnie mu zwrócił uwagę żeby to posprzątał. Kiedyś postawił mu piwo choć oficjalnie nie mógł ze względu na jego wiek.

 

Ta Stef to na początku wydała mi się zarozumiała. Ale potem, choć mało z nią gadałem, jakoś nie miałem problemów. Trochę zdzirowata jak dla mnie bo i pełno tatuaży i kolczyków jakby trochę więcej i strój jakiś dziwny jak w cywilu. No i najważniejsza sprawa – jej rozbierane zdjęcia na komórkach innych kucharzy. Nie wiadomo czy rzeczywiście jej ale wielu się zastrzegało, że to naprawdę jej zdjęcia. Tak się składało, że mało w ogóle z nią pracowałem bo jako mama chyba miała większe luzy w weekendy.

 

Później doszlusował jeszcze Ed210 czyli Mulat a là Lenny Kravitz. Kiedy przyjechałem w kolejny weekend do Cricka i poszedłem się wypakować do "swojego" pokoju, niespodziewanie zastałem tam umeblowany pokój z szafką pełną kosmetyków. Pomyślałem, że to ta Stef tam mieszka ale wyszło na jaw, że to elegancik Ed się tam zamelinował.

 

Pierwsze nasze spotkanie to słowa Eda: "Mam dla Ciebie robotę." Tak mnie przywitał i zaprowadził do kanciapy na zewnątrz, którą miałem posprzątać. I tak musiał przyjść Pinokio żeby ocenić co zostawić, a co wywalić. Trochę mi to zajęło ale i tak większość rzeczy sam oceniałem czy wywalić. Ed był w porządku, fajnie się siedziało z nim wieczorem. Raz nawet odwiedził nas w Wollaston i zawitał do naszego pokoju na piwko.

 

Pinokio szalał od rana do nocy. Nie miał wolnego, nie miał przerwy i ciągle gadał. Wrzeszczał, śpiewał i powtarzał w kółko, że jest managerem. To jeden z niewielu, którego nie lubiłem. Tak jak i reszta polskiej załogi. Widać od razu, że karierowicz z wyższością patrzący na pewne sprawy. Zlewał mnie bo ja byłem od czarnej roboty a on wielki manager. Ale to nic w porównaniu z tym, co robił młodym kelnerom. Personel kelnerski to wręcz dzieci, nastolatki, które dopiero się uczyły swojej pierwszej pracy. No i Pinokio je pouczał co i jak. Czasem to komicznie wyglądało.

 

Pinokio podpadł mi kilka razy ale dwa przypadki dobrze zapamiętałem. Nie przyniósł mi picia kiedy go o to prosiłem i poskarżył się na mnie Rumcajsowi z płaczem, że kazałem mu przynieść płyn do mycia naczyń, a on jest taki przecież busy. W takich sytuacjach bardzo pomocny okazywał się Śmierdziel.

 

Pinokio najbardziej przegiął kiedy 3 razy wchodził mi do pokoju po telewizor i dekoder a potem kabel, kiedy ja próbowałem zasnąć. W ogóle to myślałem, że to Ed ale wyszło, że to właśnie Pinokio. Kiedy tam nocowałem to oczywiście spotykaliśmy się na dole po pracy. Ja się kąpałem, nota bene w łazience Pinokia, choć kuchnia mogła w drugiej – swojej. Jednak mi bardziej pasowała Pinokia, bo była czystsza. Pinokio nic mi nie powiedział, choć pewnie nie był szczęśliwy.

 

Wracając do sprawy nocnego najścia, to oczywiście urwałem się wcześniej z imprezy a reszta ekipy zabarłożyła na dole na dłużej. No i kiedyś ktoś wpada do mojego pokoju, świeci światło i zabiera telewizor. Co prawda byłem schowany za rogiem ale raczej chyba wiedzieli wszyscy, że tam spałem bo niby gdzie indziej? Tak więc ktoś wpada, zabiera i wychodzi. Zostawia światło i drzwi otwarte. Czekam kilka minut, wstaję, gaszę światło, zamykam drzwi i za chwilę to samo. No to ja też. Trzeci raz po kabel. Nie rozumiem jak mógł się nie kapnąć, że ktoś tam jest, skoro światło gasło i drzwi się zamykały. Gdyby jeszcze raz wszedł to już bym go opieprzył ale na jego szczęście to było ostatni raz. Cały czas myślałem, że to Ed ale potem wyszło, że to cwaniak z Australii.

 

Kelnerstwo zmieniało się często ale było kilka stałych osób. Często spotykałem okularnicę z piegami. Dość miła, spełniała moje prośby bez problemu. Było też rodzeństwo; ona: Dumna z kolczykiem w nosie. Nawet ładna ale naprawdę Dumna. Zero uśmiechu. Jej brat to Człowiek O Najniższym Głosie Świata. Chyba przeszedł potrójną mutację. Carl miał na imię i później zastępował Mateusza na zmywaku, kiedy ten przyjeżdżał do nas. W porządku gość. Był karzeł Tom, który przyjeżdżał na skuterku i kiedyś nosił rzeczy z góry na zewnątrz. Wykonał chyba kilkaset rund. No i gwiazda kelnerstwa – Vicky.

 

Praca w Cricku nie była ciężka ale stopniowo knajpa nabierała rozpędu. Były pod koniec momenty kiedy pracowałem na pełnych obrotach. Przychodził do mnie piec, zmywałem jako ostatni kuchnię, czyściłem zmywarkę. Musiałem trochę zachachmęcić i przestawiałem szybkość mycia na kawę czyli dużo krótszy czas. Nie blokowało mnie to wtedy z brudnymi rzeczami. Ważne też było to, że miałem szybki dostęp do brudnych rzeczy gdyż wszystko widziałem co się działo. Nie byłem odgrodzony od kuchni ścianą jak w Wollaston.

 

Często w trakcie pracy Rumcajs mnie wyganiał na przerwę. Raz tylko wyszedłem na wioskę, zrobiłem pętlę i wróciłem. Potem już sam decydowałem kiedy mam sobie robić przerwę. Zazwyczaj wtedy dzwoniłem do TT. Szedłem na górę i czytałem książkę. Wracałem po 2 godzinach i byłem zawalony garami. Ale przynajmniej robota jakoś szła. Kiedy nocowałem to schodziłem na piwko, kiedy nie to nawet się nie kąpałem i wracałem z kimś do Wollaston.

 

Śniadania czasem sobie robiłem (Co-op był po drugiej stronie ulicy) albo coś brałem z kuchni. Obiady dostawałem. Był pełen luz bo Gruby robił mi co chciałem. Kiedyś zrobił mi potrójną pastę, a Śmierdziel dwa burgery. Nie narzekałem na brak jedzenia. Nawet Rumcajs się troszczył czy nie jestem głodny. Przeważnie jadłem na dworze, w ogródku piwnym. Kazali mi tylko ściągać fartuch żeby klienci mnie nie rozpoznawali.

 

 

 

WYPADKI/CHOROBY

 

Udało się nam przeżyć bez poważnych kontuzji. Jednak każdemu z nas przytrafiło się coś niemiłego jeśli chodzi o zdrowie. Oczywistym był fakt, że każdy z nas na pewno się kiedyś oparzy i na pewno skaleczy. To normalne w pracy w kuchni. Byliśmy tego świadomi i może dlatego uważaliśmy szczególnie. Jednak nie zawsze się udało ustrzec.

 

Mało brakowało i to ja bym był pierwszym chorym. Ot, po prostu zwykłe przeziębienie. Ale stało się to dlatego, że pracując kilka dni w Cricku, nie wziąłem swojego "zestawu szybkiego reagowania" i po kilku godzinach pracy w deszczowym i wietrznym klimacie, trochę mnie gardło bolało. Nie mogłem od razu tego zaatakować więc kiedy wróciłem do Wollaston, było już za późno aby sobie z tym poradzić od razu. Wyglądało to coraz gorzej, łapały mnie duszności, lewy migdał poważnie mnie napierniczał ale cały czas walczyłem z tym. Wieczorkiem piłem mleko z masłem i jadłem czosnek. Brałem witaminy, wapno i po około 10 dniach przeszło mi całkowicie. Nie miało to wpływu na ogólne moje samopoczucie bo nie było to coś poważnego i raczej przeszkadzało mi w nocy a nie w pracy.

 

Z innych przygód, dwie przydarzyły mi się w Cricku. Nie były groźne ale bardzo nieprzyjemne. Z powodu, że nie było w ogóle busy, aby mieć jakieś zajęcie zabrałem się za dokładne wycieranie ringów. Rings to takie małe szerokie metalowe tulejki, które kładzie się na talerzu klienta i do tego pakuje albo ryż albo ubite ziemniaki. Potem wyciąga się je i ziemniaki ładnie wyglądają na talerzu. Więc kiedy je wyciągałem ze zmywarki, mokre były po wewnętrznej stronie. Chciałem je wytrzeć i aby to zrobić, musiałem włożyć dłoń, a właściwie trzy palce i okręcić ring. Kiedy to zrobiłem krawędź ringa wbiła mi się pionowo w serdeczny palec. To była bardzo mała ranka jednak fatalne było miejsce bo na zgięciu. Krew leciała i kiedy ją zatamowałem musiałem trzymać palec wyprostowany bo przy każdym zgięciu, rana pękała i krew znów leciała. Było to bardzo frustrujące bo uniemożliwiało mi w ogóle pracę. Nie mogłem sobie z tym poradzić przez kilka dni! Całe szczęście, że nie miałem zbyt dużo do pracy i nie musiałem nadwyrężać dłoni.

 

Innym razem, również w Cricku, Gruby wymyślił dla mnie pracę bo się nudziłem. Miałem dokładnie wymyć jego hot bench. To główny stół, w którym trzymają czyste talerze gotowe do podania klientom. Cały ten metalowy stół jest bardzo, bardzo gorący zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz.

 

Gruby kazał mi wyciągnąć wszystkie talerze i przetrzeć w środku te półki. Oczywiście wiedziałem, że wszystko jest bardzo gorące i dlatego przygotowałem sobie dobre kucharskie ścierki. Zacząłem od talerzy, które trudno było ruszyć, zarówno ze względu na ciężar jak i na ich wysoką temperaturę. Ale jakoś mi szło, potem sobie ułatwiłem przesuwając talerze a nie wyciągając je. No ale przyszedł moment kiedy przez przypadek dotknąłem małym palcem metalowej półki. Usłyszałem tylko "psssssst" i skóra zjarała mi się na palcu. To był ułamek sekundy więc skóra nie miała czasu na pęknięcie. Ale przez to zrobiła się bania i cholernie to szczypało.

 

Trzymałem palec w wodzie bo to przynosiło ulgę. Niesamowitą ulgę. Ale kiedy woda wyparowywała ze skóry, nadchodził ból i trzeba było znów zanurzyć palec w wodzie aby ujarzmić go. Kiedy Gruby to zobaczył powiedział, że mogę tak robić tylko przez 10 minut, a potem muszę przetrzymać i będzie ok. Wiedziałem, że na pewno ma racje, takich rzeczy na pewno ich uczyli w college'u, a poza tym sam nie raz musiał się oparzyć więc wie co mówi. Ciężko mi było to zastosować bo piekło jak diabli ale jakoś potem zapomniałem o bólu i zająłem się robotą.

 

Drugi raz oparzyłem się już w Wollaston kiedy wyrzucono "żeberka" prosto z pieca. Wielkie i ciężkie, żeliwne grille rozżarzone prawie do czerwoności rzucali nam kucharze na nasz stół w kuchni. Ciężko się to myło ale najważniejsze było się nie oparzyć. Trudno sobie wyobrazić co by się stało ze skórą w kontakcie z tym żelastwem. Jednak ja tego doświadczyłem, choć na szczęście przez szmatę. Jednak jedna warstwa nie wystarczyła aby mnie uchronić i na opuszku wskazującego palca pojawiła się blaza. Nie było to jednak nic poważnego, poszczypało kilka godzin i przeszło.

 

Ostatnim wypadkiem jaki mnie spotkał było poważniejsze skaleczenie. Zdarzyło się to w piątek rano. Pracowaliśmy wtedy we trzech, a kuchnia była bardzo busy bo na drugi dzień było wesele, więc chłopaki już przygotowywali się do niego. Był też Rumcajs, który zlecił mi obieranie baby carrots. Te malutkie marcheweczki ciężko się obiera bo są właśnie małe. Rumcajs zawalił mnie kilkunastoma torebkami i naprawdę sporo mi to zajęło, bo oczywiście przyczepił się, że nie jest to dokładnie zrobione. Ale kiedy już skończyłem po kilku godzinach obierania, zebrałem swój majdan na który składała się deska, wiaderko z marchewkami, puste opakowania, obierak i długi nóż, którym obcinałem listki natki. I ten właśnie nóż był powodem dla którego zostałem unieruchomiony na kilka dni.

 

Niosąc to wszystko wszedłem do naszej sekcji i poczułem jak coś metalowego wbija mi się w dłoń. Okazało się, że się nie zmieściłem w drzwiach i uderzyłem ostrzem noża w futrynę. Ręka zjechała mi z rękojeści i początek ostrza wbił mi się w wewnętrzną część dłoni tuż pod kciukiem. Nie czułem bólu ale krew obficie wyciekała z rany. Z pomocą pospieszył mi Zenek, który opatrzył mi ranę. Nie bolało, nie szczypało ale strasznie mnie wkurzyło. Wiadomo, że taka kontuzja to wykluczenie z pracy. A tu wesele za pasem.

 

Kiedy mnie opatrywano, akurat napatoczył się Kapitalista i zaczął coś dogadywać, że płaczę. A ja po prostu byłem wkurzony, że takie coś mi się przytrafiło. Plastry nie trzymały się dobrze, ciężko było zginać palce, odklejało się i dopiero na drugi dzień wpadłem na pomysł aby założyć lateksową rękawiczkę, która przytrzymała plaster. Dla wygody i dobrej wentylacji obciąłem w niej palce, co Józek skomentował jako: "Michael Jackson". Ale ta obcisła rękawiczka pozwoliła plastrom być tam gdzie powinny być.

 

Świrka wypadki były mniej drastyczne choć jedno wydarzenie było dość niebezpieczne. Jego spotkało coś dziwnego. Kiedy wybierał palcami resztki ze zlewu poczuł jak szkło wbija mu się pod paznokieć. Kawałek szkła przebił rękawiczkę i wbił się w skórę. Zdębieliśmy bo nikt z nas niczego nie rozbił i nie wiedzieliśmy skąd szkło wzięło się w naszym zlewie. Potem dopiero wydedukowaliśmy, że musiało być tak: klient, ewentualnie kelnerka rozbiła kieliszek lub lampkę, szkło wpadło na talerz, inny talerz przykrył ten talerz, całość włożyliśmy do zlewu i szkło znalazło się pod paznokciem Świrka. Ale pewności, że tak było nie mamy do dziś.

 

Drugą przygodę Świrek zaliczył z tarką. Są dwa rodzaje tarek. Jedna tradycyjna, domowa i druga która tnie na cieniuteńkie plastry. Głównie używano jej do buraków. Gruby w Cricku przestrzegał mnie przed nią, tłumacząc, że jest bardzo ostra. Łapałem więc ją zawsze za plastikowe komponenty i nigdy z nią problemu nie miałem. Świrek jednak chwycił za metalową część, ręka mu się przesunęła i przecięła palca. Chodził z plastrem kilka dni ale nie wyrządziło mu to wielkich szkód.

 

Najgorsze co mu się przytrafiło to ostatnia, pożegnalna impreza. To było bardzo niebezpieczne. W skrócie mówiąc, Kapitalista tak go popchnął, że przewracając krzesła upadł na schodek pod kominkiem, pociągając za sobą Kapitalistę. Kiedy upadał i rozbijał swoim ciałem ciężkie krzesła, uderzył łokciem w kant jednego z nich i nie mógł ruszyć ręką. Był pewny, że ją złamał. Spuchła mu momentalnie i Murzin poratował go, workiem z lodem, który trzymał przy niej już do końca imprezy. Mocno ją stłukł jak się później okazało ale skutki tej akcji odczuwał bardzo długo.

 

Najmniej poszkodowanym okazał się Zenek. Pomijając drobne oparzenia, które dotknęły każdego, nic złego mu się nie przytrafiło. Oprócz jednego wypadku na imprezie, którego nota bene nie pamiętał. Stojąc i tańcząc na stole nagle runął na ziemię uderzając się żebrami o kant drugiego stołu. Dotarło do niego, co się stało dopiero na drugi dzień kiedy mówił nam, że bolą go żebra. Kiedy podniósł rękę do góry, naszym oczom ukazał się przeogromny siniak w kolorach tęczy. Wtedy skojarzyliśmy skąd go ma, jednak on nic takiego nie pamiętał i musiał nam uwierzyć na słowo.

 

Ten dzień był dla niego pechowy bowiem oprócz zbitych żeber dokuczał mu niesamowity kac. Czuł się tak źle, że nie mógł pracować. Pocił się, mdliło go i po prostu nie mógł wytrzymać. Tak czuł się też w ostatni dzień i to chyba było dla niego najgorszą chorobą w czasie naszego pobytu w Wollaston. Trzeba dodać jeszcze, że na samym początku Zenek ze Świrkiem pojechali do Cricka i tam wykonywali pracę polegającą na czyszczeniu. Używali do tego celu ostrych środków chemicznych. Niestety Zenek nie założył rękawiczek i na drugi dzień skóra z rąk schodziła mu płatami, niczym z węża.

 

Podsumowując trzeba zaznaczyć, że na szczęście nic poważnego żadnemu z nas się nie stało. Pracując w kuchni trzeba się liczyć z tym, że się jest narażonym na oparzenia i skaleczenia. Sami kucharze ręce mają całe w bliznach po kontakcie skóry z wysokimi temperaturami. Nam kuchnia w Wollaston nie zostawiła żadnych znaczków na skórze. I całe szczęście.

 

 

 

IMPREZY

 

Tak po prawdzie to były 4 imprezy. Trzy w Wollaston i jedna w Cricku. Zaczęło się oczywiście od naszego przylotu. Naturalne było, że wzięliśmy ze sobą kilka flaszek wódki. I kiedy po przywiezieniu nas przez Rumcajsa i Maćka, rozpakowaliśmy się to zeszliśmy na dół do knajpy na zapoznanie. Siedział tam już krąg osób. Postawiłem przed Rumcajsem Chopina ale najpierw zaczęliśmy od browarków. Kilka szybkich kolejek postawił nam TT, przedstawił nas, trochę sami pogadaliśmy, potem w miarę upływu czasu zmienialiśmy miejsca, poznawaliśmy się bardziej. Nie było więc szans żeby Rumcajs nie otworzył prezentu. Kiedy to nastąpiło, to już impreza rozkręciła się na dobre. Znalazła się gitara dla TT, były śpiewy a potem nawet tańce. Flaszka szybko pękła więc ktoś z naszych pobiegł bo kolejną. Kiedy zobaczył to Neil, Luis Figo oraz Michalski to w jednej sekundzie stanęli na baczność i chórem odpowiedzieli, że dziękują. Po czym migiem się zmyli. Dobrze wiedzieli czym to groziło. W takim układzie na placu boju został praktycznie tylko Rumcajs z Molly oraz polska ekipa. Rumcajs padł po tym jak Molly przyniosła kolejną flaszkę, a my zaczęliśmy skakać po stołach i kanapach. Muzyka szła ostro i głośno, a my nie byliśmy świadomi, że za kilka godzin mamy zaczynać nową pracę.

 

Skończyliśmy koło 3 nad ranem. Zawlekliśmy się na nasze nowe łóżka. TT i Maciek poszli spać do staff roomu i tam Maciek popełnił pawika. Rumcajs potem dochodził jak to się stało. Sam Rumcajs nie pojechał do domu, co ponoć zdarzało się w wyjątkowych sytuacjach. Tak więc przyjechali nowi pracownicy z Polski i szef od razu został w pracy po godzinach… Ze mną nie było lepiej gdyż jeszcze o 12 byłem nie do życia, a umówiliśmy się, że chłopaki mają nam pokazać co i jak. I to ja miałem iść na pierwszą zmianę. No ale w związku z tym, że nie za dobrze się czułem, poprosiłem o zwolnienie lekarskie. Moją przygodę z wakacyjną pracą zacząłem więc od urlopu. Tego samego dnia musieliśmy się złożyć na kwiaty dla sąsiadów bo było za głośno i poskarżyli się Kapitaliście.

 

Druga impreza to był solowy popis Zenka. Były to urodziny Vicky z RPA. Ja akurat tego dnia pracowałem w Cricku i wróciłem późno ale Vicky kilka dni wcześniej zapraszała całą naszą trójkę na imprezę do dyskoteki w Northampton. W związku z tym, że ja pracowałem w Cricku to szanse na to, że tam pojedziemy były minimalne a chłopaki sami nie chcieli jechać. W każdym razie, kiedy wróciłem koło północy, to towarzystwo wybierało się akurat do Northampton. Było chyba z 5 samochodów. Zapraszano nas ale jakoś nie paliliśmy się do wyjazdu. Postanowiliśmy zostać.

 

Ale okazało się, że dyskoteka była czynna do 1 w nocy i cała ekipa została odesłana z powrotem. Zdziwiła nas Molly, która przyszła do nas do pokoju po jakieś karty. Szukała ich gdzieś ale nie mogliśmy załapać o jakie karty jej chodziło. Była już nieźle wstawiona. Ale zdołała nas jeszcze poinformować, że impreza odbywa się na dole. No to zeszliśmy. To, co tam zastaliśmy trochę nas zaskoczyło. Ogólnie rzecz biorąc ekipa ledwie trzymała się na nogach. Panował wszelaki chaos, który próbował ogarnąć jeden z Tasmanów. W ogóle Tasmany rządziły za barem i tylko wymieniali od nas szklanki. Zarówno im, jak i nam podobała się ta rola. My mieliśmy zawsze pełne kufle, a oni mieli co robić. Jednak na piwie się nie skończyło. W ruch poszły inne trunki zza baru. Nie było ani Rumcajsa ani Kapitalisty więc teoretycznie tylko chyba Molly mogła jakoś to pilnować, jednak Molly ledwo stała na nogach. Głównie za to skakała po stołach. A towarzyszył jej Zeniu. Jeden taki taniec na stole skończył się ich upadkiem. Podobno wyglądało to masakrycznie, większość myślała, że nie przeżyją. Zeniu przez kilka następnych dni nie mógł spać na boku bo miał tak stłuczone żebra. Uderzył z całym impetem o kant stołu spadając z Molly. No ale Zenek nabrał odwagi po tym jak Tasman serwował mu wszelakie możliwe kombinacje drinków. Przy okazji Tasman oniemiał z przerażenia kiedy zobaczył jak Zenek to wypił. Przyznał, że nigdy w życiu nie widział żeby ktoś wypił tyle i w takich konfiguracjach. Bo Zeniu pomieszał wódkę z ginem, brandy, whisky zapił winem i zamówił z 10 browarów. Największym szokiem dla Tasmana był widok Zenka pijącego czystą szkocką prosto do gardła z butelki.

 

Ale nikt się tam nie oszczędzał. Solenizantka Vicky nie kontaktowała, skakała po barze, wieszała się na szyi facetom i wylała całe piwo na mnie. Oczywiście nawet o tym nie pamiętała. Przyprowadziła bardzo fajnego kolegę z RPA, Seana, z którym rozmawiała w języku afrikaan i który chyba miał ją trochę pilnować. Cyganka była nieprzytomna. Nie umiała ustać na nogach. Wyglądało to bardzo niebezpiecznie. Opiekował się nią Tasman. Z kucharzy Neil i Gruby stawali się panować nad sobą, oczywiście cały czas jarali ale generalnie unikali mocniejszych trunków i trzymali się browarków. Konfident za to kręcił się wszędzie i polował na jakieś pijane dupy. A że Zeniu łapie agresora po wypiciu i nie pałał do niego miłością to musiało dojść do konfrontacji. Na szczęście Konfident lekko odpuścił, choć się odgrażał, bo Zeniu przeszedł do ofensywy. Klepanie po plecach to oznaka sympatii ale takie klepanie jak zaprezentował Zenek nie należało do przyjemnych. Zażegnaliśmy jednak konflikt.

 

Kiedy ja miałem dość, wróciłem do łóżka. Świrek oszczędzał się najbardziej więc miał w miarę jasny ogląd sytuacji. I całe szczęście bo w porę się zreflektował, że Zenek dalej imprezuje a tu już czas kończyć. Kiedy zszedł po niego zobaczył Zenka usiłującego wejść na górę. Ktoś go jednak jeszcze tam podpuszczał na dalsze picie więc Zenek zapragnął wrócić na imprezę. Świrek jednak go zaciągnął na górę. Namęczył się przy tym strasznie bo Zeniu trzymał oczywiście w ręce szklankę z piwem. Po fizycznej walce przyprowadził go do pokoju, rzucił na łóżko i pomógł mu się rozebrać. No ale Zenek nie byłby sobą gdyby nie chciał się akurat teraz bić ze Świrkiem. Ten jednak zdał sobie sprawę z sytuacji i unikał walki jak mógł. Choć nie obyło się bez lekkiego przyduszenia Zenka. W końcu jednak sytuacja wydawała się opanowana ale Zenia coś naszło i koniecznie chciał spać na podłodze, potem przeniósł się pod łóżko Świrka. Tam zostawił pamiątkę i próbował wejść do Świrka łóżka. Ten znów musiał się z nim siłować ale w końcu dał sobie spokój. Zeniu koniecznie chciał spać na podłodze. Tak też mu pozwoliliśmy.

 

Przez cały następny dzień Zenek nie wstał z łóżka. Zaciemnił pokój i się leczył. Wyglądał fatalnie. Ogromny krwiak na żebrach zaczął mu dokuczać, nie mógł jeść, mdliło go, bolała go głowa. Na jego szczęście zmianę zaczynał dopiero o 20.00 i musiał sobie poradzić przez 2 godziny samemu. Kiedy zeszliśmy mu pomóc był blady jak ściana, ledwo stał, pocił się i marzył o łóżku. Mówił, że pierwszy raz w życiu doznał prawdziwego kaca. Natomiast Tasman, który mu nalewał prawie, że zaczął mu mówić per pan. Do końca naszego turnusu, nie mógł wyjść z podziwu i zastanawiał się jak to się stało, że Zenek nie umarł. Zrobiło to na nim olbrzymie wrażenie.

 

Impreza w Cricku to malutka imprezka w porównaniu z tymi, które miały miejsce w Wollaston. Zaczęło się od normalnego picia browarków po pracy. Tym razem musiałem zostać na noc w Cricku. Oprócz mnie i Rumcajsa był tam Śmierdziel, Neil, Gruby i Pinokio. Była też ładna miejscowa kelnerka Vicky. I to przez nią impreza przeszła do historii. Zaczęło się niewinnie od kilku kolejek i rozmów o niczym. Rumcajs złamał prawo bo Śmierdzielowi kupił piwo choć ten miał tylko 17 lat. Wytknęliśmy mu to ale Rumcajs panował nad sytuacją i więcej kolejek dla Śmierdziela nie było. Potem nawet Rumcajs zawiózł go do domu. Ludzie się wykruszali, a towarzystwo było nadal spragnione. Nie było śpiewów ani tańców ale spore picie i głupie gadki. Skończyło się na przepytywaniu ze słownika o trudne wyrazy i gadaniu helem z baloników. Najbardziej upijał się Pinokio, który powoli przestawał kontaktować. Skrzętnie zaczęła to wykorzystywać, również bardzo już pijana, Vicky. Widać było jak to się może zaraz skończyć. Ciekawe jednak było to, czy Pinokio będzie na tyle trzeźwy, iż zapamięta fakt, że kilka godzin wcześniej żegnał się ze swoją dziewczyną, która wracała do domu. Faktem jednak bezspornym dla mnie było, że Vicky prezentowała się znacznie lepiej choć miała zaledwie 20 lat jak się później okazało. Nie mniej jednak wytrzymałem z nimi do 4 rano po czym udałem się na spoczynek. Vicky i Pinokio, kiedy wychodziłem, oboje już leżeli na ziemi i mało kontaktowali. Ja sam wypiłem około 8 piw więc też miałem nieźle już w głowie choć o dziwo dobrze się trzymałem.

 

Kiedy rano zszedłem do pracy, w kuchni toczyła się już gadka na temat tego co się wydarzyło zeszłej nocy. Nie bardzo byłem w temacie bo dołączyłem do nich 3 godziny później, jednak poprosiłem Neila żeby mi streścił co się stało. Okazało się, że tak jak było do przewidzenia, Vicky spędziła noc z Pinokiem. Rano nakrył ich, bo drzwi były otwarte, Rumcajs, który przyjechał już o 9 rano. Vicky się zmyła natomiast Pinokio prosił Rumcajsa żeby nikomu o tym nie mówił. No ale ledwo Rumcajs zobaczył pozostałych kucharzy, to oni już wiedzieli a jak widać Neil sprzedał njusa także i mnie. Wieść się więc rozeszła dość szybko.

 

 

Ostatnią imprezą była nasza impreza pożegnalna. Kończył się nasz pobyt i wracał TT z Maćkiem. Polska ekipa zwiększyła się o Kevina, który przyleciał z TT. W takim razie, zgodnie z tradycją zostaliśmy obdarowani pożegnalną kartką i umówiliśmy się na imprezę.

 

Fot.16. Kartka pożegnalna od personelu.

 

Większość najważniejszych scen tej imprezy została zarejestrowana na video. Na imprezę szykowali się tym razem kucharze. Od kilku dni obiecywali sobie, że ostro dadzą popalić bo chłopaki przywiozą z Polski wódkę. I rzeczywiście wszystko wskazywało, że rzeczywiście Anglicy chcą się zmierzyć z Polakami. Od razu wiedzieliśmy, że to nie będzie równy pojedynek. Nie dość, że nigdy nie pili wódki, to w dodatku byli od nas sporo młodsi. Aby jeszcze uatrakcyjnić zawody, zaproponowaliśmy picie "wściekłych". To ich pogrążyło.

 

Zaczęło się od zamieszania z przylotem TT i Kevina bo Maciek od kilku godzin był z nami (jechał autobusem). TT znalazł się na dworcu w Wellingborough i wyruszył po niego Józek. Kiedy go przywiózł, najpierw okazało się, że flaszka żubrówki dla Murzina pękła. Mimo to, postanowiliśmy mu wręczyć rozbite resztki. Oczywiście oprócz dużej żubrówki była jeszcze mniejsza i tę dostał w zastępstwie Murzin.

 

To był niedziela więc szybko się uwinęliśmy i mogliśmy się przenieść do baru. Tam jednak było nadal sporo ludzi a Kapitalista był zajęty swoją ekipą m.in. Colinem Powellem i Blondyną oraz jakimś "Niemcem". Oni sobie pili razem, a my zaczęliśmy swoją imprezkę w rogu. Z kucharzy przyszło 4: Hip-hop z dziewczyną, Murzin, Józek i Konik. Tradycyjnie zabrakło Monara, a Konfident chyba czuł, że to nie dla niego impreza. Z kelnerstwa była Vicky oraz Majewscy. Impreza zaczęła się od kilku kolejek browarków. Majewski okazał się ok bo lał 6 piw za £5. Ale przyszedł czas na polską wódkę. Niby TT przywiózł ją dla Kapitalisty ale jak to zwykle bywa, otwieraliśmy jedną za drugą.

 

Przełomowym momentem było wysłanie Konika po syrop klonowy i tabasco do zrobienia "wściekłych". Chłopcy (głównie Konik i Józek) czuli właśnie tylko syrop i tabasco, zapominając, że wlewali w siebie sporo wódki. Poczęstowaliśmy i innych, Kapitalista i Colin Powell przyznali, że to jest ok ale nie pili więcej, choć Kapitalista samą czystą walił później. Murzin przyssał się do Żubrówki ale kiedy ona poszła, dołączył do "wściekłych".

 

Pierwsze oznaki zdradził Konik. Zaczął się pokładać na sąsiadach, język mu się zaczął plątać, tańczyć mu się zachciało. Widać było, że już nieźle ma w czubie ale kazał sobie dalej lać. Wiedzieliśmy jak to się skończy. Zanim jednak nastąpił zgon, Konik walczył z Kapitalistą. Przepychali się i tarzali po podłodze. Kapitalista też ledwo już chodził. Pojawiła się głośna muzyka, Świrek stanął na podeście i zaczęły się pokazy kulturystyczne. Obok niego stał Kapitalista ale nie dał się namówić, pomimo usilnych oklasków, na zdjęcie koszuli. Murzin za to chętnie to zrobił. No i prawie wszyscy Polacy bowiem my też nieźle piliśmy choć ostrożniej niż Anglicy.

 

Po pewnym czasie Konik padł. Leżał pod stołem cucony przez innych. Odtransportowano go najpierw na sofę, a potem na górę gdzie zajęli się nim Majewscy. Rzygał jak kot i już w ogóle nie kontaktował. Józek trzymał się lepiej ale i on skończył tak jak Konik. Na górze narzygał sobie do czapki i spał w tym. Murzin zniknął i podobno Colin Powell uratował mu życie bo Murzin chciał odjechać do domu samochodem. A wyglądał nie lepiej niż Konik z Józkiem. Poszedł w końcu na górę do Cyganki i tam spał. Na placu boju pozostaliśmy praktycznie my i Kapitalista, który nie dawał za wygraną. Trochę przesadził rzucając najpierw Świrka na ziemię, a potem mnie na stół. Świrek trafił łokciem o kant i miał już imprezę z głowy. Ja przejechałem się brzuchem po stole, zrzucając co na nim było. Szczęście, że nic potrzaskanego tam nie było bo bym się nieźle "rozerwał".

 

Dziwny numer wyciął znowu Zeniu. A właściwie dwa. Najpierw Vicky zostawiła cały utarg z niedzieli na stole. Trudno powiedzieć ile tego było ale był to podobno niezły zwitek banknotów. Trudno też powiedzieć dlaczego Vicky go położyła tam gdzie położyła (sama znów nieźle rozrabiała) ale kiedy Zeniu zobaczył ten plik banknotów, to nie namyślając się… włożył je do swojej kieszeni. Podobno bał się, że ktoś to zwinie. Kiedy po jakimś czasie Vicky zreflektowała się, że nie ma pieniędzy wszczęła alarm. I wtedy ni stąd ni zowąd Zeniu przyszedł i wyjął pieniądze z kieszeni. Mało tego, w kieszeni miał swoje więc trochę dołożył do tego. Wściekła Vicky nie zadała sobie trudu przeliczenia wszystkiego więc Zeniu był w plecy kilka funciaków. Zenek koniecznie chciał spać na materacu w pokoju Molly. Molly już nie było w Wollaston i tam mieli spać TT z kolegami ale Zenek się uparł. No to tam został, a Kevin spał na łóżku Zenka.

 

Cała impreza zakończyła się przy barze. Zostawiłem niedopite piwo i poszedłem na górę. Ukradłem komuś kabanosa z lodówki i położyłem się spać. Ale już świtało. Impreza się skończyła. Nie było zawodników.

 

Następny dzień to dzień naszego wylotu. Na szczęście mieliśmy samolot późnym popołudniem. Kapitalista miał nas zawieźć, bo tak obiecał ale wcześniej miał wypłacić zaległe pobory. Od rana jednak wybuchła ogromna afera. Otóż bowiem, Konik lub ewentualnie Józek… nawalił sporą kupę w staff roomie. Było bardzo trudno to sobie wyobrazić, jednak fakt był bezsprzeczny ktoś to zrobił. Był dowód w postaci kupy na dywanie. W dodatku kibel, drzwi i futryny były ubrudzone masą kałową i wszędzie wydobywał się smród stolca wymieszany z odorem rzygowin. W takich warunkach spali Konik z Józkiem, choć Konik został znaleziony na 2 piętrze na korytarzu. Afera z kupą poszła na konto Konika, jednak nasze wewnętrzne śledztwo wskazało raczej na Józka. Nie wgłębialiśmy się jednak w ten śmierdzący temat.

 

Awanturę jednak zrobił Hip-hop, który odpadł z imprezy dość wcześniej i miał żal do pozostałych kucharzy, że nie myśleli iż trzeba będzie pracować następnego dnia. Ale wykazał się zdrowym rozsądkiem i po tym jak kazał Konikowi i Józkowi dokładnie wysprzątać staff room, pozwolił im jechać do domu. Potem słyszeliśmy sygnał karetki i baliśmy się czy czasem ktoś z nich nie miał wypadku ale okazało się, że wszyscy dotarli do domów bez problemu.

 

Hip-hop zachował się bardzo fair w stosunku do nas. Nie miał absolutnie żadnych pretensji, że załatwiliśmy mu połowę ekipy. Martwił się, tak jak i my, że nie ma Kapitalisty. My zniecierpliwieni, że po pierwsze nie ma nas kto zawieźć (choć z tym byśmy sobie poradzili) ale przede wszystkim, że wisiał nam kasę za ostatnie 3 tygodnie. Zrobiło się bardzo nerwowo, Hip-hop dzwonił do Kapitalisty, ten obiecał, że już wyjeżdża i znów się nie zjawiał. W międzyczasie Hip-hop załatwił z Colinem Powellem, że to on nas zawiezie do Luton na lotnisko. Jeden problem nam rozwiązał. Kapitalista jednak na pół godziny przed naszym wyjazdem się zjawił i wypłacił wszystko. Był bardzo mocno skacowany i raczej nie dałby rady nas zawieźć tak jak obiecał. Wszystko w takim razie skończyło się dobrze. TT z Maćkiem rozpoczęli swoją zmianę, my pożegnaliśmy się z tymi, co byli i wyruszyliśmy z Colinem na lotnisko.

 

Po drodze zastał nas korek. Colin widząc nasze zniecierpliwienie zadzwonił gdzieś i uzyskał informację, że za 20 minut ruszymy. Na szczęście miał rację i na czas dojechaliśmy na lotnisko. Mieliśmy spory zapas czasu, w dodatku nasz samolot się opóźnił i wszyscy pasażerowie biegali od jednej bramy do drugiej. Było trochę zamieszania ale w końcu po zmroku wystartowaliśmy i przez Amsterdam a potem Berlin wylądowaliśmy o północy w Pyrzowicach. Sławek już na nas czekał i teraz tylko kilka godzin jazdy samochodem do Lubina po Anię, a potem samochodem Zenka do Złotoryi. W domu byłem koło 6.00 rano a na 9.00 musiałem być w pracy. Mieliśmy Radę. I daliśmy radę.