Powrót
   

 

AMERYKA PŁD 2012

 

Czas: 17 lipca 2012 – 22 sierpnia 2012

Miejsce: Argentyna – Chile – Wyspa Wielkanocna – Peru – Boliwia - Brazylia

Osoby:  Basia Droń (24, Złotoryja), Dawid Droń (37, Złotoryja)

Cel: Poznać Amerykę Południową

Koszt: 15,000 PLN/os.

 

                  

PRZED PODRÓŻĄ

 

 

PLAN

 

Przygotowania do wyjazdu rozpoczęły się późnym latem 2011 roku. Przede wszystkim trzeba było wiedzieć, co się chce zobaczyć, bo najprawdopodobniej taka wyprawa przytrafia się raz w życiu. Dlatego tak ważny jest dobry plan.

 

Zacząłem od przeszukania internetu w celu znalezienia jakichś ciekawych stron dotyczących Ameryki Południowej. Gdy miałem kilka zapisanych w "ulubionych", zacząłem je skrupulatnie czytać. Potem sam zadawałem pytania na forach i powolutku krystalizowała mi się trasa przejazdu, koszt i ramy czasowe.

 

Po ustaleniu trasy i obowiązkowych punktów na niej, zacząłem czytać wpisy na najlepszej chyba stronie podróżniczej: TRIP ADVISOR . Wszelkie sprawy związane już bezpośrednio z danym miejscem, można dokładnie zaplanować dzięki społeczności tam piszącej. Wielokrotnie pisałem prywatne mejle do ludzi tam się udzielających i dzięki ich radom i sugestiom, mój plan nabierał konkretnej wizji.

 

Tam też dowiedziałem się, o sprawie Szlaku Inków, która lekko zagmatwała mi mój metodyczny sposób kompletowania poszczególnych przystanków. Okazało się, że muszę się bardzo spieszyć gdyż, aby przejść Szlakiem Inków do Machu Picchu, należy zarezerwować miejsce na szlaku znacznie wcześniej. Powodem jest dyrektywa rządu peruwiańskiego o ochronie tego obiektu, która w konsekwencji oznacza, że tylko 500 osób dziennie (łącznie z przewodnikami i tragarzami) może przebywać na szlaku. Stąd organizowane są listy rezerwacji, które na terminy letnie zapełniają się już w marcu!

Można to sprawdzać TUTAJ

 

Zmusiło mnie to, do szybkiej reakcji i pospiesznego zarezerwowania dwóch dni. Jako że ani nie rozpoczynaliśmy, ani nie kończyliśmy podróży w Peru, konieczna była gimnastyka umysłowa, aby dokładnie obliczyć w tył i w przód ilość potrzebnych dni do rozpoczęcia i zakończenia podróży. Dlatego ten etap planowania był bardzo ciężki do zrealizowania, bo jednocześnie szukałem biletów lotniczych po najlepszych cenach. Wszystko to musiałem zgrać ze sobą. Po zarezerwowaniu terminu, praktycznie możliwości manewrowania terminem wylotu i powrotu były minimalne.

 

Żeby ostatecznie zarezerwować przejście Szlakiem Inków, trzeba było znaleźć odpowiednia firmę, która tego dokona i wpłacić zaliczkę. Po przeglądnięciu kilkunastu stron z różnymi organizacjami specjalizującymi się w trekach w Peru, wybrałem firmę i wpłaciłem zaliczkę. Zostałem zmuszony do założenia konta na PayPalu, gdyż w ten sposób przelałem pieniądze. Firm można szukać TUTAJ .

 

Faktura za Szlak Inków.

 

 

BILETY LOTNICZE

 

Oczywiście przez całą jesień obserwowałem oferty różnych linii lotniczych i ich biletów z Polski, Anglii, Niemiec, Austrii i Czech. Gdy dowiedziałem się, że na terenie Ameryki Południowej poruszanie się jest możliwe praktycznie tylko dzięki chilijskiej linii LAN, przeczytałem ich ofertę dotyczącą przelotów wewnątrz kontynentu i moje poszukiwania zostały ograniczone do 3 linii w Europie, należących do sojuszu One World. LAN bowiem proponuje tańsze bilety dla Europejczyków latających wewnątrz Ameryki Południowej, pod pewnymi warunkami. Najważniejsze z nich to: minimum 3 odcinki, zakaz cofania się oraz najważniejszy, loty na trasie Europa – Ameryka – Europa muszą odbyć się linią należącą do sojuszu One World. Dlatego mogłem wybierać pośród takich linii jak: LAN, Iberia, British Airways, American Airlines. Ta ostatnia odpadła, pomimo że jest najtańsza, gdyż wszystkie loty z Europy do Ameryki Południowej odbywają się przez USA. Choć moja wiza kończy się w kwietniu 2013 roku, to niestety Basia nie posiada jej w ogóle. Koszt wizy plus czas na to stracony, nie jest wart zachodu. Stąd musiałem zdecydować pośród tych trzech pozostałych. Dość szybko odpadł LAN, gdyż był najdroższy na tych trasach oraz w przypadku lotu do Buenos Aires, jak sobie wymyśliliśmy, LAN leciał najpierw do Santiago, po czym się cofał do Buenos Aires. Dla nas to było bez sensu, więc skazani zostaliśmy na Iberię lub British Airways.

 

Musiałem najpierw kupić bilety w Iberii żeby móc kupić bilety w LANie. Dlatego cały proces kupowania biletów odbył się w ciągu dwóch dni. Gdy udało mi się wypatrzyć cenę poniżej €1000 z Berlina do Buenos Aires i powrocie z Rio de Janeiro, czyli tzw. multi-city, kupiłem te bilety i od razu przystąpiłem do zakupu poszczególnych odcinków w Ameryce. Wtedy już musiałem dokładnie wiedzieć, jaką mamy trasę, aby tylko poskładać poszczególne odcinki i oczywiście dobrać do nich odpowiednie daty. W międzyczasie naturalnie monitorowałem połączenia autobusowe między poszczególnymi punktami. To był najtrudniejszy etap planowania. Przejrzałem dzisiątki firm autokarowych we wszystkich krajach i sprawdzałem nie tylko połączenia jako takie ale również godziny odjazdów aby mieć pewność, że nie zostaniemy na lodzie w jakimś mieście. Za radą wyczytana na forach, wziąłem dwa dni zapasu na wypadek nieprzewidzianych zdarzeń w Boliwii (strajki/blokady/pogoda).

 

Po zakupie biletów od razu przystąpiliśmy do programu lojalnościowego w sojuszu One World. Zamówiłem karty w Iberii, na które mogliśmy zbierać mile/punkty, które potem można wymieniać na loty. Spodziewaliśmy się zarobić sporo mil na takich długich odcinkach, ponieważ loty wykonywane LANem też się wliczają do programu.

 

Nie obyło się bez problemów z biletami. Najpierw Iberia skasowała połączenia Berlin – Madryt – Berlin ze względu na niewywiązanie się przez Niemców z budową nowego lotniska BBI. Gdy 16. maja otworzyłem tę wiadomość, o mało nie dostałem zawału widząc nagłówek "cancellation". Problem był taki, że miałem potwierdzić zmianę, ale nie dało się tego zrobić przez stronę, bo wyskakiwał błąd, a dzwonić do Hiszpanii nie zamierzałem. Iberia nie ma przedstawiciela w Polsce. Nie martwiłem się tym jednak zbytnio i po prostu pojechaliśmy na Tegel. Oto jakiego mejla dostałem od Iberii 16. maja:

 

Dear Sir/Madam. DRON:

                               

A number of changes have been made in relation to your contracted flights.

They are shown below:

                 

                                CANCELLATION

 

We are sorry to inform you that your flight has been cancelled.

                Flight       Operated by             Origin *   Destination *           Date         Local time

Cancelled                 IB3547    IBERIA    BER         MAD        17 jul 2012              19:35 (GMT +2)

Cancelled                 IB3548    IBERIA    MAD        BER         22 ago 2012            15:45 (GMT +2)

 

* Berlin (BER), Germany | Madrid (MAD), Spain | Berlin (BER), Germany

See your booking details by clicking on the following link to take you to Bookings Management.

 

Please contact us on 902 400 500 (in Spain) by selecting menu option 3 so that we can find the alternative that is best for you. Check here to see the phones in other countries.

                 

                                CHANGE OF TIME

 

Your fight time has changed.

                Flight       Operated by             Origin *   Destination *           Date         Local time

Previous   IB3547    IBERIA    TXL          MAD        17 jul 2012              19:35 (GMT +2)

New          IB3547    IBERIA    TXL          MAD        17 jul 2012              19:35 (GMT +2)

Previous   IB6024    IBERIA    GIG         MAD        21 ago 2012            19:10 (GMT -3)

New          IB6024    IBERIA    GIG         MAD        21 ago 2012            19:10 (GMT -3)

Previous   IB3548    IBERIA    MAD        TXL          22 ago 2012            15:45 (GMT +2)

New          IB3548    IBERIA    MAD        TXL          22 ago 2012            15:45 (GMT +2)

If you agree with the proposed changes, please confirm your new time by telephone at 902 400 500 (in Spain) and select menu option 3. Check here to see the phones in other countries.

 

LAN zachował się jeszcze gorzej, bo pozmieniał w ogóle godziny odlotów i skasował nam jeden lot. Mało tego, nie poinformował nas o tym! Gdybym nie był dociekliwy i nie sprawdzał siatki połączeń to bym w życiu się nie dowiedział, że dokonali zmian. Przypadkowo zauważyłem, że godziny są inne na stronie w rozkładzie lotów, a inne mamy na potwierdzeniu. Odszukałem przedstawiciela LANu w Polsce i dzięki niemu skorygowaliśmy godziny lotów. Musiałem o tym poinformować agencję z Iquitos, a najgorsze, że musieliśmy zmieniać daty lotów ze względu na za mały czas na przesiadkę. Dodatkowo mogłem również zmienić numer paszportu Basi, bo od tego w ogóle się wszystko zaczęło, że zacząłem szukać informacji o tym, na stronie LANu. Co śmieszne ale i irytujące, to fakt, że zmiany nie pojawiły się na stronie internetowej w naszej zakładce z biletami. Dopiero zapewnienie przedstawiciela, że nie musimy się martwić, bo wszystko jest w systemie, trochę nas uspokoiły. Tutaj LAN bardzo dał ciała.

 

Tak wyglądała informacja od przedstawiciela LANu, po mojej interwencji:

 

Dzień dobry,

Nowy numer paszportu wpisany jest w naszym systemie rezerwacyjnym i będzie widoczny dla personelu odprawiającego na lotnisku. Informacja ta nie przechodzi na stronę www.

 

Rozkład lotów uległ zmianie. Przepraszamy, że nikt z działu sprzedaży internetowej nie skontaktował się z Państwem. Aktualnie Państwa rezerwacja jest na następujące loty:

 

22 lipca

Odlot z Santiago de Chile – 12.25

Przylot na Wyspę Wielkanocną – 16.20

25 lipca

Odlot z Wyspy Wielkanocnej – 17.35

Przylot do Limy – 23.25

27 lipca

Odlot z Limy – 10.35

Przylot do Iquitos – 12.25

30 lipca

Odlot z Iquitos – 08.20

Przylot do Limy – 10.00

Odlot z Limy – 13.40

Przylot do Cuzco – 15.00

(bezpośrednie loty z Iquitos do Cuzco zostały skasowane)

18 sierpnia

Odlot z Calamy – 10.15

Przylot do Santiago de Chile – 12.20

Odlot z Santiago de Chile – 13.10

Przylot do Rio de Janeiro – 18.20

 

 

30 lipca możemy Państwu zmienić przeloty na późniejszą godzinę:

Odlot z Iquitos – 12.00

Przylot do Limy – 13.40

Odlot z Limy – 14.45

Przylot do Cuzco – 16.05

Proszę o informację, że taka zmiana Państwu odpowiada.

 

18 sierpnia, po zmianie godziny lotu z Calamy, czas na przesiadkę w Santiago de Chile jest za krótki, powinien wynosić min. 1 godzinę. W związku z tym proponujemy jedną z następujących zmian:

1)

17 sierpnia

Odlot z Calamy – 09.35

Przylot do Santiago de Chile – 11.40

Odlot z Santiago de Chile – 13.10

Przylot do Rio de Janeiro – 18.20

2)

18 sierpnia

Odlot z Calamy – 16.45

Przylot do Santiago de Chile – 18.50

Nocleg w hotelu i przejazd na trasie lotnisko-hotel-lotnisko na koszt LAN Airlines

19 sierpnia

Odlot z Santiago de Chile – 11.20

Przylot do Rio de Janeiro – 16.30

 

Proszę o informację, która opcja bardziej Państwu odpowiada.

 

Po wyborze przez Państwa zmian, zmienimy bilety. Możliwa jest tylko jedna zmiana biletu z powodu zmiany rozkładu lotów, każda następna będzie płatna zgodnie z warunkami zastosowanej taryfy.

Z poważaniem,

Marcin Kacprzak

GSA LAN Airlines | DTL Sp. z o.o. | Ul. Świętokrzyska 36 | 00-116 Warszawa

Tel. +48 22 4553823 | fax +48 22 4553827 | e-mail: lan@dtl.waw.pl

 

To wszystko skomplikowało trochę sprawy, ale najgorsze było to, że uświadomiłem sobie jeszcze jedną rzecz, że w ogóle możemy nie zdążyć na pierwszy lot z Santiago, ponieważ wyczytałem, że tunel na granicy między Argentyną i Chile może zostać zamknięty z powodu śniegu. To najpoważniejszy błąd, jaki popełniłem przy planowaniu podróży. Nie uwzględniłem, że to Andy, środek zimy i tunel. Dlatego odszukałem stronę internetową z aktualną pogodą w tym miejscu  i do końca monitorowałem czy droga jest otwarta czy zamknięta, co można wyczytać na stronie pograniczników chilijskich. Tuż przed naszym wylotem, tunel był zamknięty na 6 dni! Wobec tego zadałem pytanie przedstawicielowi LANu, w tej sprawie:

 

Przy okazji chciałbym zapytać o jeszcze jedną sprawę. Naszą podróż rozpoczynamy w Buenos Aires i mamy zamiar dojechać autokarem do Santiago przed 22 lipca. Niestety dochodzą do nas głosy, że czasem taka podróż jest niemożliwa ze względu na zamknięcie drogi i tunelu w górach. W związku z tym, chciałbym zapytać o plan B. Tzn, wykupiliśmy tzw LAN AIRPASS, który rozpoczynamy w Santiago 22 lipca. Jeśli zamkną tę trasę i cofną nas do Mendozy w Argentynie żeby poczekać czasem kilka dni na otwarcie trasy, czy możliwe jest dokupić jeszcze jeden fragment podróży w ramach naszego LAN AIRPASSu na trasie Mendoza-Santiago? Czy potraktowane będzie to jako zupełnie oddzielny bilet, czy jako część naszego "pakietu"? Oczywiście wiąże się to z kosztem zakupu takiego biletu. Jeden segment z Mendozy do Santiago kosztuje €85 a gdy kupuje się oddzielny bilet to cena wynosi €432! De facto, nie rozpoczniemy jeszcze naszej podróży ale będziemy już na terenie Ameryki Płd więc dokładnie chciałbym wiedzieć jak przedstawia się taka sytuacja.

Poza tym, przy takich częstych lotach możliwe jest, że np się gdzieś spóźnimy na lot. Co wtedy należy zrobić? Czy możliwe jest przebukowanie takiego biletu?

 

Odpowiedź niestety nie była dla nas przyjemna i do końca musieliśmy drżeć o pogodę na przełęczy Los Libertadores:

 

Airpass można kupić tylko poza Ameryką Południową, więc będąc w Argentynie, niestety, nie będzie możliwości dokupienia odcinka  w tej samej taryfie. Trzeba będzie kupić oddzielny bilet na trasie Mendoza-Santiago de Chile.

 

Zmiany biletów są możliwe tylko przed godziną odlotu danego lotu. Zmiana kosztuje 50 USD, jeśli będą wolne miejsca w tej samej taryfie, lub za dodatkową opłatą do wyższej dostępnej taryfy. W przypadku spóźnienia, nie będzie możliwości skorzystania z danego lotu. Jeżeli będziecie Państwo już wiedzieli, że nie zdążycie na lot z Santiago de Chile, proszę o pilny kontakt z biurem LAN, żeby zmienić rezerwację i opłacić zmianę.

 

Potem długo czekaliśmy na potwierdzenie naszych biletów. To trwało kilka dni i nie doczekaliśmy się potwierdzenia przed naszym wyjazdem z Polski! Dopiero 19. lipca dostaliśmy potwierdzenie, więc polecieliśmy do Ameryki w ciemno…

 

  1.DRON/DAWID   2.DRON/BARBARA                              

 

  3  LA 847 L 22JUL 7 SCLIPC HK2       I  1225 1620   *1A/E* 

 

  4  LA 847 V 25JUL 3 IPCLIM HK2          1735 2325   *1A/E* 

 

  5  LA2380 H 27JUL 5 LIMIQT HK2          1035 1225   *1A/E* 

 

  6  LA2381 H 30JUL 1 IQTLIM HK2          1200 1340   *1A/E* 

 

  7  LA2033 H 30JUL 1 LIMCUZ HK2          1445 1605   *1A/E* 

 

  8  LA 143 H 17AUG 5 CJCSCL HK2          0935 1140   *1A/E* 

 

  9  LA 784 V 17AUG 5 SCLGIG HK2       I  1310 1820   *1A/E*   

 

Teraz już nie było odwrotu i możliwości zmiany planu. Do poszczególnych odcinków musiałem tak zorganizować przejazd i pobyt żeby pokrywało się to z lotami wewnątrz Ameryki oraz żeby ostatecznie znaleźć się w Rio skąd mieliśmy wracać. Tak więc w marcu mieliśmy kupione bilety lotnicze oraz zarezerwowaną wizytę w Machu Picchu. Oczywiście potem sprawy się jeszcze lekko zmieniły ale bilety były zapłacone więc odtąd mogliśmy skoncentrować się na poszczególnych segmentach podróży wypełniając je programem.

 

ATRAKCJE

 

Wszystko mieliśmy w planie organizować sobie samemu. Praktycznie jeszcze tylko w trzech przypadkach musieliśmy skorzystać z usług miejscowego organizatora i dlatego musiałem jak najwięcej się dowiedzieć jeszcze tutaj w Polsce na ten temat żeby dokonać odpowiedniego wyboru. Jednym z miejsc była Amazonia, gdzie musieliśmy kogoś wynająć żeby nas tam zaprowadził, druga to Salar de Uyuni czyli solnisko i laguny w górach w Boliwii, a trzecia to Droga Śmierci. Pozostałe rzeczy z naszego planu mogliśmy bez problemu zorganizować sobie na miejscu.

 

Po weryfikacji wszystkich tych miejsc i spędzeniu kilku tygodni na czytaniu wpisów na forach i różnych artykułów, doszedłem do wniosku, że zarezerwujemy tylko Amazonię gdyż z analizy wielu wpisów wywnioskowałem, że to jedyne miejsce z tych trzech gdzie warto to zrobić jeszcze tutaj niż szukać na miejscu. Dodatkowym argumentem było to, że trochę mało czasu sobie zostawiłem na to. Musiałem maksymalnie wykorzystać czas w Iquitos na Amazonię, a nie na szukanie odpowiednich operatorów.

 

Co do pozostałych dwóch, to wręcz odwrotnie: lepiej to zrobić na miejscu, bo taniej i zawsze się jest elastycznym jeśli chodzi o skład personalny i możliwości negocjacji. Właściwie dotyczy to Salarów. Droga Śmierci jest łatwa do zorganizowania.

 

Po wyborze kilku firm i wymianie kilkunastu mejli, mieliśmy  już zarezerwowaną wyprawę do dżungli amazońskiej. Tym razem nie musieliśmy wpłacać zaliczki lecz musieliśmy zabrać ze sobą dolary amerykańskie, bo w takiej walucie rozliczaliśmy się.

 

Dalsze sprawy toczyły się już szybciej. Analizowałem już dokładniej połączenia autokarowe, spisywałem godziny połączeń, ceny oraz czytałem na temat atrakcji, które mieliśmy nadzieję zobaczyć. To zajęło mi około 3 miesięcy. Znów posiłkowałem się forami, Trip Advisorem oraz przewodnikiem z serii Lonely Planet, który kupiłem w internecie. Etap planowania samej podróży był gotowy.

 

NOCLEGI

 

Cały czas trwały też przygotowania do pobytu na miejscu od strony technicznej. Musieliśmy pamiętać o szeregu czasem drobnych rzeczy, które tam mogły zamienić się w wielkie problemy. Oczywiście znów z radą przychodzi internet ale również nieoceniona książka Jacka Pałczyńskiego: Sztuka podróżowania. Cała masa niesamowitych rad udzielonych przez fachowca.

 

Jeszcze w grudniu zarejestrowaliśmy się na portalu Couchsurfing czyli śpimy u ludzi w domach. Przez kilka tygodni obserwowałem i szukałem informacji i recenzji tego przedsięwzięcia i wspólnie zdecydowaliśmy, że spróbujemy z tego skorzystać. Byliśmy, prawdę mówiąc, sceptyczni wobec tej idei, ale gdy w grudniu 2011 utworzyliśmy tam profil, nie sądziliśmy, że to okaże się łatwiejsze niż przypuszczaliśmy. W skrócie, system polega na zapraszaniu do siebie do domu podróżników i udzielaniu im jakiejkolwiek pomocy, łącznie z noclegiem. Oczywiście wszystko odbywa się za darmo i nie ma obowiązku rewanżu. Wszystko opiera się na zaufaniu, bo zazwyczaj takie osoby widzą się raz w życiu. Można pisać i prosić o nocleg, można też zapraszać i oczywiście być zapraszanym.

 

Swoje ogłoszenie zamieściliśmy w lipcu, na dwa tygodnie przed wylotem. Byliśmy bardzo zaskoczeni gdy posypały się oferty od ludzi. W ten sposób wybraliśmy kilku gospodarzy, u których mieliśmy przenocować. Dzięki temu, mogliśmy zaoszczędzić trochę pieniędzy, bo odezwali się ludzie z dużych miast. Nie musieliśmy się martwić o nocleg w: Buenos Aires, Santiago, Limie czy nawet na Wyspie Wielkanocnej. Niektóre z tych ofert zawierały też pomoc przy poruszaniu się po mieście oraz wiele cennych wskazówek.

 

Jedynym noclegiem zarezerwowanym przeze mnie był nocleg w pobliżu kanionu Colca, bo to było konieczne ze względu na rozmiar wioski. Właściciel pensjonatu – Belg – przekazał mi też w mejlach wiele cennych rad dotyczących dojazdu, samego kanionu oraz innych spraw.

 

Ostatecznie powstał dokładny plan wyjazdu, który przekazałem też pozostającym w Polsce aby mogli sprawdzać gdzie się znajdujemy.

 

 

 

 

 

CO ZABRAĆ?

 

Jak się spakować na 5 tygodni w jeden plecak? A jak się spakować na 5 tygodni i na cztery pory roku w jeden plecak? Taki mieliśmy problem, gdy uświadomiliśmy sobie, że będziemy tam 35 dni.

 

DOKUMENTY:

 

Ze względu na nasz ślub, Basia musiała zmienić dokumenty. Było trochę problemów, ponieważ Szlak Inków rezerwowaliśmy w marcu więc musieliśmy podać stary numer paszportu. Wiązało się to z koniecznością zabrania ze sobą tego starego, przeciętego (!) paszportu aby go okazać na szlaku.

 

Żadnych wiz nie trzeba, choć warto przeczytać na stronie MSZ ewentualne uwagi, co do wjazdu do poszczególnych krajów. Można też zarejestrować własną podróż na ich stronie żeby w razie czego, mogli szybko reagować.

 

Nie ubezpieczaliśmy się dodatkowo tylko korzystaliśmy z międzynarodowych legitymacji ISIC i ITIC. Tam w pakiecie jest od razu ubezpieczenie, tylko trzeba pamiętać o tym aby wykupić na wszystkie kraje świata. Basia tutaj też miała problem z nazwiskiem, które było inne od tego w paszporcie.

 

Wszystkie dokumenty mieliśmy zeskanowane i umieszczone w skrzynce pocztowej w razie zgubienia. Zabraliśmy też ze sobą dowody osobiste i trzymaliśmy w innych miejscach niż paszporty.

 

PIENIĄDZE:

 

Przed wyjazdem założyłem dodatkowe konto walutowe w polskim banku. Dostałem do niego kartę. Konto było w USD ponieważ tam jest to waluta o wiele popularniejsza niż euro. Dodatkowo zabrałem ze sobą kilkaset dolarów w gotówce, w razie konieczności nagłej wymiany oraz na opłacenie wyprawy do Amazonii.

 

Miałem też zwykłą kartę debetową z Aliora, która gwarantuje mi brak prowizji od wypłat z bankomatów na całym świecie. Próbowałem zgłosić bankowi o moim wyjeździe żeby widząc "dziwne" transakcje w Ameryce Południowej, nie zechcieli mi jej zablokować ale jakoś nie obchodziło ich to za bardzo. Bardzo się bałem połknięcia karty przez bankomat, bo to oznacza zniszczenie karty i wtedy pozostalibyśmy bez środków do życia. Dlatego wyrobiłem dodatkową kartę oraz zabrałem angielską, która niestety kończyła ważność w połowie naszego pobytu tam.

 

Basia miała podobny zestaw: polska aliorowska debetówka plus brytyjska z Barclaysa. W sumie więc mieliśmy 5 kart i ewentualną możliwość przelewania z jednego konta na drugie w razie wypadku. W Barclaysie oboje zgłosiliśmy nasz pobyt w Ameryce żeby nie blokowali karty.

 

Na potrzeby noszenia gotówki zakupiłem specjalny pasek australijskiej firmy PacSafe z kieszenią od wewnątrz oraz z plastikową klamrą, która miała nie piszczeć na bramkach.

 

SPRZĘT:

 

Kupiłem nowy aparat, trzy karty pamięci i dokupiłem dodatkowe baterie. Wiedziałem, że będą miejsca bez możliwości doładowania więc trzeba mieć zapas. To samo z kamerą. Dodatkowa większa bateria. Kupiłem też przejściówkę do ładowania w każdym kraju świata z dodatkową ładowarką USB szwajcarskiej firmy Skross. Miała pasować wszędzie.

 

Kupiłem też tablet aby mieć kontakt ze światem w miejscach gdzie będzie internet oraz do jeszcze jednego celu. Po dokupieniu specjalnej przejściówki na mikro USB mogłem podłączyć swój aparat do tableta i zrzucać co jakiś czas zdjęcia. Nie ma chyba niczego gorszego niż zgubić aparat lub stracić go w wyniku rozboju. Aparat można kupić ale zdjęć już się nie odtworzy. Dlatego tablet był potrzebny do zrzutu zdjęć natomiast sam tablet oczywiście nie gwarantował zachowania zdjęć, bo też mógł zginąć lub zostać skradzionym więc wyszukałem w sieci serwis Dropbox, który oferuje za darmo 2GB miejsca na serwerze i dostęp z każdego miejsca na świecie. Tam zrzucałem zdjęcia z aparatu via tablet, gdy tylko był internet. Miałem pewność, że żadne zdjęcie nam nie zginie gdyby nawet wydarzyło się coś złego.

 

Oboje też mieliśmy doładowane telefony, chociaż korzystanie z nich, miało być ograniczone tylko do sytuacji kryzysowych. Minuta połączenia z Polską to 12zł, odbieranie 6zł. Z Polską kontaktowaliśmy się przez SMSy, MMSy i Facebooka. Kontakt z miejscowymi przez komórkę okazał się niemożliwy, bo potrzeba prawdopodobnie jakichś prefiksów. W przewodniku miałem zapisane adresy i telefony polskich placówek dyplomatycznych.

 

UBRANIE:

 

Wynikało z naszego planu, że będzie zimno (Argentyna, Chile), deszczowo (Wyspa Wielkanocna), ciepło (Peru, Rio), gorąco (Amazonia), bardzo zimno (Boliwia). Trzeba było zabrać wszystko na te pory roku. Polskie zimowe kurtki i buty. Lekkie rzeczy, nieprzemakalne rzeczy, buty do trekkingu, rzeczy do długich podróży, czapki, stroje kąpielowe – generalnie całkowity misz-masz. Przed wyjazdem zakupiliśmy kilka nowych rzeczy dla Basi, m.in. kurtkę softshellową i buty trekkingowe.

 

LEKARSTWA:

 

Czytając na temat poszczególnych miejsc nie umknęło mi wiele ostrzeżeń dotyczących zagrożeń zdrowia. Mnóstwo ludzi ostrzegało przed chorobą wysokościową dlatego poświęciłem trochę czasu na poczytanie o niej. Z mojego planu wynikało, że bardzo źle zaprogramowałem nasz pobyt tam, ponieważ doświadczymy gwałtownej zmiany wysokości (Iquitos – Cuzco), podczas gdy należy tę wysokość stopniować i aklimatyzować się.

 

Dzięki lekarzowi w rodzinie, zabraliśmy ze sobą żelazo, które braliśmy na 10 dni przed spodziewaną chorobą. Miało nam to pomóc przynajmniej zredukować skutki tej choroby. Poza tym wydaliśmy 200zł na apteczkę, w której oprócz zwyczajowo zabieranych w podróż rzeczy znalazły się też tabletki nasenne, które mieliśmy zażywać w czasie naszych wielokrotnych podróży nocnych, zarówno lotniczych jak i autokarowych. Do tego dokupiliśmy zestaw: kołnierz dmuchany na kark, zwany przez nas "pontonem" oraz zaślepki na oczy. Na allegro zakupiłem też najsilniejszy możliwy środek na owady niezbędny w Amazonii, który bardzo dobrze się sprawdził oraz krem przeciwsłoneczny z filtrem +50. Warto odżałować trochę pieniędzy i mieć spokojną głowę, że się nie poparzymy.  Do tego cała masa środków przeciwbólowych i plastrów.

 

Nie szczepiliśmy się ani nie braliśmy lekarstw na malarię. Szczepienia są tylko zalecane (chociaż czytałem, że czasem na granicy żądają dokumentów), a malarii raczej nie ma w porze suchej. Poza tym, koszt szczepionki uniwersalnej to nawet 500zł. Zastanawiałem się nad szczepionkami czytając tę stronę.

 

 

INNE RZECZY:

 

Oczywiście zabraliśmy też sporo innych drobnych rzeczy, które wydawały się nam potrzebne. Nie wszystko się przydało i nie wszystko się zmieściło. Do otwierania, cięcia, piłowania, wkręcania itp. zabrałem ze sobą tzw. multi-tool czyli zestaw noży, śrubokrętów, piłek, nożyczek itd. w jednym. Porządny sprzęt słynnej amerykańskiej firmy Leatherman.

 

Mikro-kuchenka parafinowa plus naboje do niej. Nie wiedzieliśmy gdzie nam się przytrafi nocować więc na wszelki wypadek zakupiłem takie coś. Malutka i lekka paczuszka nie zajmuje dużo miejsca i co najważniejsze, można ja przewozić samolotem.

 

Kubki metalowe, po jednej sztuce sztućców, kosmetyki zakupione specjalnie na podróż w pojemnikach mniejszych niż normalne (np. pasta do zębów 6g, pianka do golenia 50ml itp.), ręczniki szybkoschnące, folie ochronne na plecaki itd. itd…

 

Przygotowania trwały długo, ale o niczym chyba nie zapomnieliśmy i dzięki temu czuliśmy się pewnie. W ostatniej chwili zrezygnowaliśmy i nie zabraliśmy mat samopompujacych się. Nie mieliśmy miejsca na nie.

 

PODZIĘKOWANIA

 

Na koniec chciałbym podziękować kilku osobom za pomoc w organizacji naszego wyjazdu.

 

Dziękuję

Hani Droń czyli mojej Mamie za znaczne wsparcie finansowe;

Pawłowi Mosińskiemu za recepty i porady medyczne;

Krystianowi Wójcikowi za wsparcie logistyczne;

Edycie Jakubowskiej za transport;

Kubie Dembińskiemu za informację o serwisie couchsurfing;

Weronice Grobelskiej za cenne lekcje hiszpańskiego;

p. Marcinowi Kacprzakowi z LANu w Polsce za pomoc w rozwiązaniu problemów z biletami;

ludziom z portalu tierralatina za dobre rady;

przewodnikom ze strony "koniec świata";

wszystkim piszącym na Trip Advisorze;

różnym blogerom zarówno w Polsce jak i w innych krajach;

i innym, których da się wymienić z imienia i nazwiska, bo wielu ludzi było po prostu anonimowych, ale ich informacje przyczyniły się, że dobrze się przygotowaliśmy do tej podróży.

Na koniec dziękuję mojej żonie za to, że to wszystko wytrzymała…

 

 

 

ZACZYNAMY…

 

 

 

Dzień 1 - 17 lipca 2012 - wtorek

 

        BERLIN TXL

 

No i zaczęło się. Nie obyło się bez wczesnego wstawania, mimo, że lot dopiero o 19.30. Trzeba było być już spakowanym i gotowym do wymarszu, bo o 9.00 byliśmy umówieni na zjeździe na autostradę z gościem z Legnicy odnalezionym przeze mnie na portalu carpooling, który specjalizuje się w łączeniu w pary kierowców i autostopowiczów. Co prawda trzeba często dołożyć się do paliwa takiemu kierowcy ale i tak opłaca się to obu stronom.  Gościa znalazłem kilka tygodni wcześniej. Oczywiście sprawdzałem busy, pociągi i samoloty ale cenowo facet wypadł najkorzystniej więc się zdecydowaliśmy. Obiecał nas zawieźć za €30 do Berlina, a za dodatkowe €10 nawet podrzuci nas na lotnisko. Trochę wcześnie byśmy się tam znaleźli, ale przynajmniej bez nerwów i najtaniej z wszystkich opcji.

 

Od 6.30 męczyłem się z instalacjami na moim nowym tablecie. Potem szybkie zapakowanie się do Hani i wyjazd do Nowej Ziemi. Pożegnanie z rodziną, wałówka i wyjazd do Sępowa skąd mieliśmy już wyruszyć na autostradę dzięki uprzejmości Edi.

 

O godz. 8.45 byliśmy już na zjeździe niedaleko miejscowości Czerwony Kościół i czekaliśmy w deszczu i przy silnym wietrze na białego vana, który powinien się lada moment pojawić. Na szczęście dla nas, staliśmy na zadaszonym przystanku i nie mokliśmy, jednak niska temperatura i przenikliwy wiatr powodował, że nie czuliśmy się tam komfortowo. Edi postanowiła nam towarzyszyć do samego końca i dzięki temu czas upływał nam przyjemniej.

 

Jednakże minęła już 9.00, potem 9.10 i wreszcie 9.20 więc po ponad pół godzinie stania, zaczęliśmy się niecierpliwić. O godz. 9.25 zadzwoniłem do kolesia zwanego przez nas "pacjentem", z pytaniem o co kaman, że go jeszcze nie ma. Pacjent wyraził zdziwienie, że dzwonię, choć prosił o telefon dzień wcześniej i wszystko uzgodniliśmy. Stwierdził, że trochę mu jeszcze zejdzie, bo on ma wiele spraw do załatwienia w urzędach i za jakieś 40 minut powinien się zjawić. Jednocześnie zasugerował żebyśmy przenieśli się, wg niego o kilka metrów dalej, do budynku stacji benzynowej. Facet nie zdawał sobie sprawy, że po pierwsze stacja jest oddalona od naszego punktu o dokładnie 1500m, a po drugie każde z nas ma na plecach 23 kg plecak + 10 kg mały na piersiach. Dodatkowo pada deszcz i jest zimno, nie ma tam pobocza i chcielibyśmy już jechać. Skoro wiedział, że ma sprawy to po kiego grzyba umawiał się na 9.00, a my musieliśmy wstawać o 6.00? Już byliśmy wkurzeni na gościa.

 

Całe szczęście, że Edi nie odjechała i dzięki niej, mogliśmy przemieścić się w miarę bezboleśnie na stację Bliska i tam w spokoju usiąść przy stoliku, coś zjeść i napić się ciepłej herbaty. Była godzina 9.30 kiedy zamelinowaliśmy się na tej stacji sądząc, że pacjent zjawi się do 10.00. Edi się zmyła pożyczając nam 20zł, ponieważ my nie mieliśmy ani złotówki. Basia wydała tylko 8zł więc do Ameryki mieliśmy wziąć ze sobą 12 złotych polskich.

 

Kiedy po herbatce minęła 10.00 i pacjent się nie zjawił, zacząłem się wkurzać na niego. Stacja była cicha i spokojna, nikt tam przecież nie zajeżdża bo ceny mają z kosmosu. Obsługa nie ma co robić, przyjęli jakiś towar, pozmywali podłogę i generalnie nie mieli czym się zajmować.

 

Po kolejnych 20 minutach siedzenia na wysokich taboretach i wyglądania na tego frajera, zacząłem się nie na żarty zastanawiać, czy on w ogóle przyjedzie. Gdy minęła 10.30 czułem już, że trzeba organizować sobie jakiś dojazd do Berlina, bo szkoda czasu marnować na stacji Bliska pod Legnicą. W końcu stwierdziłem, że jeśli do 11.00 się nie zjawi, zwijamy się stamtąd i kombinujemy w inny sposób. Nie trzeba było jednak czekać, bo pacjent zjawił się o 10.55. Wpadł, rzekł tylko "przepraszam", załadowaliśmy się do tego vana, on zatankował i mogliśmy jechać. Tylko 2 godziny spóźnienia...

 

Jazda była mało ekscytująca, bo pacjent siedział sam z przodu. Basia uderzyła w kimę, ja sobie czytałem gazetę i nie miałem ochoty na gadkę z pacjentem. On w czasie jazdy robił różne rzeczy, np. jadł, przeglądał papiery, dzwonił albo odbierał telefony po polsku i niemiecku. Gdy już byliśmy w Berlinie, zapytał czy nas wysadzić na Tempelhof. Wkurzyłem się znowu, bo gadałem z nim dwa dni wcześniej, że mamy lecieć z Tegel, a on taki wszechstronnie znający Berlin, powinien wiedzieć, że Tempelhof jest od 4 lat zamknięte. Gdy mu to powiedziałem zdziwił się i stwierdził, że on myślał że lecimy z tego lotniska i dlatego nas nie zawiezie na Tegel tylko wysadzi na stacji metra, bo zresztą spieszy się. Wysadził nas koło stacji Tempelhof, skasował pełne €30 i pojechał sobie.

 

Berlin: Stacja kolejowa Tempelhof                                                                                                             ©google maps                                           

 

Weszliśmy na tę stację, ale pociągi były zarówno na górze jak i na dole. Szukaliśmy jakiejś mapy aby rozeznać się gdzie jesteśmy i dokąd mamy jechać. Ciężko nam szło, zeszliśmy na dół, tam było metro, ale jakieś roboty były, więc trzeba było się przesiadać, wobec tego wróciliśmy na górę. Chciałem się kogoś spytać ale nikogo z obsługi nie widziałem. Mniej więcej zorientowałem się po mapie gdzie jechać i którym pociągiem ale nie za bardzo wiedzieliśmy jaki bilet kupić bo były różne strefy. W końcu spytałem jakiegoś gościa, który kupował bilet w maszynie i wyjaśnił nam jaki bilet mamy kupić. Wystarczył jeden, choć musieliśmy się przesiadać.

 

Bilet komunikacji miejskiej w Berlinie.

 

Jechaliśmy kolejką "ring" kilka przystanków, po czym wysiedliśmy na stacji Jungfernheide, przeszliśmy 150m i już widać było, że nie jesteśmy sami, bo kilka osób było z bagażami. Stanęliśmy na przystanku gdzie jeździły autobusy prosto na lotnisko. Bilet okazał się ważny i mogliśmy spokojnie już podjechać do lotniska Tegel.

 

Berlin: droga niedaleko stacji Jungfernheide.                                                                                 ©google maps

 

Na lotnisku byliśmy o wiele za wcześnie niż potrzeba, ale lepiej tak niż się denerwować. Szukaliśmy jakichś miejsc żeby się wyłożyć z naszymi ciężkimi plecakami ale nie było ich zbyt wiele. W końcu coś znaleźliśmy koło okna, a potem zwolniły się jakieś siedzenia i tam już koczowaliśmy. Zjedliśmy nasze polskie zapasy, sprawdziliśmy nasze nowe termosy i po prostu siedzieliśmy i obserwowaliśmy rzeczywistość wokół nas.

 

Basia zaobserwowała kręcących się kloszardów, którzy wybierali z koszy plastikowe butelki. Wyglądało to jak jakiś wyścig, bo z ustaloną częstotliwością pojawiali się niedaleko kubłów ze śmieciami. Byli też oczywiście ciągle zmieniający się pasażerowie i oczekujący na nich znajomi i rodzina. Naszą uwagę zwróciła grupka młodych ludzi z transparentem "Willkomen zu hause, Stephen". Czekali na lot z Zurichu i sami byliśmy ciekawi kim jest ten Stephen. Transparent był naprawdę spory, na nim było napisane "kochamy cię" w kilku europejskich językach więc tym bardziej byliśmy ciekawi. Kiedy w końcu zjawił się ten cały Stephen, małolaty o mało co się nie posikały ze szczęścia. Wyglądało to wszystko na przyjazd jakiejś gwiazdy, bo razem z nim pojawili się podobni, podstarzali hipisi z instrumentami. Stephen otoczony gawiedzią, nie mógł się ruszyć, natomiast jego ziomale już sobie poszli. Potem jednak zdziwiło mnie, że Stephen wraz ze swoją kobietą, odszedł w zupełnie inną stronę.

 

Po tym wydarzeniu zameldowałem się Hani, przy okazji załatwiając sprawę Agaty. Potem trochę połaziłem po lotnisku, poobserwowałem starty, szukałem wieży, popatrzyłem gdzie mamy stanowisko odprawy i wreszcie nadszedł czas udania się tam.

 

Berlin: wieża na lotnisku Berlin-Tegel.

 

W kolejce już sami hiszpańskojęzyczni więc mieliśmy próbkę jak ma to wyglądać przez następne kilka tygodni. Byli też Argentyńczycy, z którymi moglibyśmy się spotkać w następnym samolocie. Ale martwiło nas opóźnienie, bo przecież za dużo czasu w Madrycie nie mieliśmy. Gdy doszliśmy do stanowiska odprawy, podaliśmy pani nasze karty lojalnościowe, na które tylko ciężko westchnęła, bo musiała je wpisać, a tipsy jej w tym przeszkadzały.

 

Karta programu lojalnościowego.

 

Na bramkach piszczało, choć przecież miałem pasek z plastikową klamrą. Potem przeszliśmy do maleńkiej salki, oczekując na nasz samolot, który miał 25 minutowe opóźnienie. Samo lotnisko naprawdę już bardzo źle wygląda i nie dziwi, że Niemcy wybudowali nowe wielkie, ale co dziwi, to fakt, że robota jakoś im kiepsko poszła i pomimo naszych biletów wystawionych już na BBI, musieliśmy lecieć z tego ciasnego Tegel.

 

Lot opóźnił się o 30 minut, tak podano ale po wejściu do samolotu i po tych wszystkich obowiązkowych procedurach, sam start wykonano 50 minut później niż zakładano. Na szczęście karty pokładowe mieliśmy już obie: zarówno do Madrytu jak i do Buenos Aires więc pozostało nam tylko znaleźć w Madrycie naszą bramkę.

 

Karta pokładowa.

 

Zdziwieni byliśmy, że za jedzenie kazano nam płacić. Myśleliśmy, że Iberia nie jest tanim przewoźnikiem ale jednak na trasach europejskich, trzeba za żarcie płacić. Zastanawialiśmy się czy do Buenos też trzeba będzie płacić.

 

Pilot nadrobił 30 minut spóźnienia i po wylądowaniu nie wyglądało to tak źle jak w Berlinie. Mieliśmy teoretycznie duże szanse aby zdążyć ale czas podany na znakach do naszej bramki wskazywał 24 minuty. Musieliśmy się pospieszyć, bo lotnisko w Madrycie jest 4 lotniskiem w Europie więc trochę trzeba się nabiegać. Jechaliśmy pociągiem, schodami ruchomymi, taśmą, zwykłymi schodami aż wreszcie znaleźliśmy naszą bramkę i ogromne tłumy. Ludzie czekali na dwa samoloty: jeden nasz do Buenos i obok do Santiago. Po paszportach można było zauważyć, że w większości byli to ludzie z Ameryki Południowej. Kupiliśmy sobie wodę mineralną i cierpliwie czekaliśmy na wejście do samolotu.

 

Karta pokładowa.

 

Wielki Airbus nie zrobił na nas pozytywnego wrażenia. Kiepski wystrój, ciasno i stare stewardessy. Procedury upychania ludzi zajęły mnóstwo czasu. Ciekawostką była kamera na zewnątrz, która przekazywała obraz ze startu. A sam start opóźnił się o pół godziny więc było już po 1 w nocy kiedy wreszcie wzbiliśmy się w przestworza. Przed nami 12 godzinny lot w mało komfortowych warunkach.

 

Gwoździem do trumny dla Iberii było jedzenie jakie przynieśli. Wszystko zmielone, bez smaku i w kiepskich ilościach. Generalnie Iberia wypadła na obu lotach bardzo kiepsko i teraz tylko musieliśmy się jakoś usadowić aby przetrwać ten lot. Napompowaliśmy sobie nasze "pontony" na kark, założyliśmy zaślepki na oczy i połknęliśmy środki usypiające. Basia wzięła tylko połówkę, ja łyknąłem całą pigułę żeby się nie męczyć i rzeczywiście jak pisało w ulotce, po pół godzinie już odleciałem.

 

Dzień 1: Złotoryja(A) – A4(B) – Berlin Tempelhof (C) – Berlin Tegel (D) =  299km

 

Dzień 1: Berlin Tegel (D) – Madryt  =  1854km

 

Dzień 1: = 2153km

 

 

Dzień 2 - 18 lipca 2012 – środa

 

BOSKIE BUENOS

 

 

Pierwszy raz przebudziłem się gdy mapka wskazywała nasze położenie nad Wyspami Kanaryjskimi. To oznaczało, że to dopiero początek, a przed nami sporo godzin lotu. Obróciłem się "na drugi bok" i znowu zasnąłem.

 

Kolejna pobudka już w zupełnie innym miejscu świata. Lecieliśmy nad Brazylią i zbliżaliśmy się do Urugwaju. Dostaliśmy deklaracje do wypełnienia oraz oczywiście śniadanie. Za chwilę pod nami ukazała się La Plata czyli największe na świecie estuarium powstałe z połączenia ujściowych odcinków rzek Parany i Urugwaj do Oceanu Atlantyckiego. Nad nim wybudowano dwie metropolie: Montevideo w Urugwaju, które minęliśmy najpierw i Buenos Aires w Argentynie, nad które mieliśmy za chwilę nadlecieć.

 

Ogromne połacie domów rozciągały się aż pod horyzont, gdy samolot zniżał się, a pierwsze promyki słońca dopiero się pojawiały. Planowo mieliśmy lądować o 7.50 czasu miejscowego, czyli 12.50 dla nas. Dzięki środkom nasennym, nie byliśmy jakoś szczególnie niewyspani ale oczywiście noc w samolocie nie należy do najprzyjemniejszych.

 

Buenos Aires

 

Wylądowaliśmy w miarę punktualnie. Szybko znaleźliśmy się w długiej kolejce do odprawy. Procedury mało przyjemne ale poszło sprawnie, zrobili nam zdjęcia, wbili pieczątki i mogliśmy ruszać do celników.

 

Pieczątka pograniczników argentyńskich.

 

 

Wcześniej oczywiście, trzeba było się przebrać, wszak zmieniliśmy całkowicie strefę klimatyczną. Przebraliśmy się więc w cieplejsze ciuchy i z kolejnymi deklaracjami w ręce, ruszyliśmy ku rentgenom u celników. Ale o dziwo nie chcieli od nas tych papierków, a w bagażu nie znaleźli nic podejrzanego więc w tej chwili byliśmy już oficjalnie na terytorium Argentyny.

 

Naturalnie najpierw potrzebowaliśmy pieniędzy i trzeba było je wybrać z bankomatu aby móc dojechać do centrum. Odpędzając się od taksówkarzy, szukaliśmy bankomatów. Na mojej karcie angielskiej miałem kilka funtów więc chciałem z nich najpierw skorzystać, tym bardziej, że karta traciła ważność 31 lipca. Niestety karta Barclaysa nie zadziałała w pierwszym bankomacie.

 

Poszliśmy do drugiego ale tam facet akurat go mył, tzn. szyby na zewnątrz. Tutaj się udało i mieliśmy kilka peso, wystarczająco aby móc kupić bilet na autobus. Wyczytałem w przewodniku, że autobusy są dość tanie ale nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie znajduje się przystanek. Poszliśmy do informacji aby się upewnić i pani pokazała nam kierunek gdzie mamy iść. Po drodze zrobiliśmy pierwsze zakupy – Basia chciała jakieś batoniki. Okazały się całkiem drogie po przeliczeniu na złotówki.

 

Po wyjściu na zewnątrz wyglądaliśmy na trochę zagubionych ale na szczęście jeden z taksówkarzy wskazał nam miejsce odjazdu autobusów do centrum i jeszcze dodał rzecz dla nas dziwną, że będziemy potrzebowali monet. W takim razie, ufając mu, poszedłem do banku aby dostać te kilka monet żebyśmy mogli zapłacić za bilet.

 

Ledwo wszedłem do banku, a facetka od razu położyła kilka monet na blacie. Widać, że wizyty obcokrajowców w tym banku dotyczą chyba tylko tego problemu. Wymieniwszy banknoty na monety, mogliśmy podejść do przystanku skąd autobus numer #8 miał nas zawieźć do samego centrum, czyli Plaza de Mayo.

 

Kiedy zbliżaliśmy się do przystanku, a z naszymi ciężkimi plecakami szło się nam wolno, widzieliśmy jak właśnie odjechała ósemka. Po dotarciu na przystanek, nie znaleźliśmy żadnego rozkładu i musieliśmy po prostu poczekać na następny.

 

Pogoda była słoneczna lecz było zimno. Termometr na lotnisku wskazywał +5°C i odczuwało się ten chłód. Czekaliśmy tak kilkanaście minut aż wreszcie podjechał autobus. Trochę kiepski, zdezelowany i z wąskimi drzwiami. Na dodatek kierowca nie wziął od nas przygotowanych wcześniej pieniędzy i wskazał nam jakąś dziwną maszynę. To dlatego potrzebne są monety, bo ta maszyna przyjmuje tylko monety. Niestety nie było instrukcji i nie za bardzo nam szło jej obsłużenie. Męczyliśmy się bo nie wiedzieliśmy jak skasować te bilety – monety ciągle wypadały. W końcu kierowca nam trochę pomógł i udało się nam kupić bilety.

 

Przed nami co najmniej półtorej godziny jazdy. Mogliśmy obejrzeć sobie miasto ale autobus jechał najpierw przez jakieś obrzeża i slumsy i nic ciekawego, poza tonami śmieci walającymi się na wietrze, nie było widać. Ludzie też mało ciekawi, widać od razu, że to biedne i nieprzyjemne dzielnice ale nie wzbudzaliśmy przesadnego zainteresowania wśród wchodzących pasażerów.

 

W miarę zbliżania się do centrum, widoki się zmieniały i ludzie też jakby bardziej na poziomie. W autobusie nie było oczywiście żadnej mapki więc musieliśmy śledzić trasę na naszej przewodnikowej. Niestety ta obejmowała tylko ścisłe centrum więc zanim "wjechaliśmy na nią", sporo czasu minęło. Dodatkowo zaryzykowaliśmy pierwszą konwersację po hiszpańsku i spytaliśmy się o nasze miejsce wysiadki. Panie były bardzo uprzejme i życzliwe i dokładnie nam powiedziały gdzie powinniśmy wysiąść.

 

Buenos Aires czyli w tłumaczeniu Pomyślne Wiatry to stolica Argentyny, największe miasto tego kraju i jedno z największych w Ameryce Południowej. Centrum finansowe, handlowe, naukowe i kulturalne kraju. Znajdują się tu liczne instytucje naukowe, biblioteki, 3 uniwersytety (najstarszy zał. w 1821 r.). Stare zabytkowe centrum otaczają nowoczesne arterie komunikacyjne, luksusowe osiedla mieszkańców wśród parków i lasów. Na północy i zachodzie wielkie skupiska dzielnic biedoty (villas miserias), w których żyje blisko 800 tys. osób. Liczne muzea, galerie chętnie odwiedzane przez turystów; teatr z największą widownią na świecie – El Teatro Colon (blisko 3,5 tys. miejsc). Buenos Aires zamieszkuje 2,700.000 ale cała aglomeracja liczy 12,530.000 mieszkańców.

 

Wreszcie po opanowaniu planu i informacji od tych miłych pań, znaleźliśmy miejsce gdzie zdecydowaliśmy się wysiąść. Było to ścisłe centrum czyli Plaza de Mayo. Stamtąd mieliśmy przejść nieduży odcinek aby znaleźć się na naszej docelowej ulicy – Defensa w dzielnicy San Telmo.

 

Nie mieliśmy problemu z jej znalezieniem ale pojawił się mały problem bo tuż przy wejściu był ochroniarz pilnujący wejścia do budynku. Niestety nie posługiwał się angielskim więc zostałem zmuszony do przeprowadzenia konwersacji po hiszpańsku. Starałem się wytłumaczyć mu, że przyjechaliśmy do naszych znajomych, którzy tutaj mieszkają. O dziwo zrozumiał mnie i z dużą dawką uśmiechu wskazał nam windę i otworzył od niej dla nas drzwi. Na koniec rzucił dokładny adres, tzn. numer mieszkania i winda ruszyła.

 

Gdy wybrzmiał dzwonek, drzwi się otworzyły i ujrzeliśmy naszych pierwszych gospodarzy z serwisu Couchsurfing.  Przed przyjazdem wymieniliśmy kilka mejli i dogadaliśmy się, że zostajemy u nich na jedną noc. W związku z tym, że nasi gospodarze i w ogóle Argentyńczycy mieli ferie zimowe, zaoferowali się nam również pokazać miasto.

 

Wreszcie zdjęliśmy nasze plecaki, trochę się rozpakowaliśmy, Cecilia zrobiła nam kawę, pojawił się jej mąż Gustavo i trochę pogadaliśmy. Było jeszcze całkiem wcześnie więc nie tracąc czasu, ruszyliśmy w miasto.

 

Gustavo wyjaśnił nam skąd taka olbrzymia ilość śmieci na ulicach. Wzięły się z powodu strajku śmieciarzy, który trwa od 4 dni. Mijaliśmy więc góry rozwalonych czarnych worków, śmierdzące przeładowane kubły i stada ptaków rozszarpujących worki. Czuć było też oczywiście, może nie fetor, ale ogólnie mówiąc nieprzyjemny zapach. Towarzyszyły też wszechobecne psie gówna pozostawiane przez ubrane w zimowe ciuchy miniaturowe psy. Te duże leżały jakby nieżywe, czasem w takich miejscach, że uniemożliwiały normalne przechodzenie. Trudno powiedzieć czy te psy miały właścicieli.

 

Po wyjściu z bloku, skręciliśmy w prawo i szliśmy w kierunku od centrum ulicą Defensa. Zatrzymaliśmy przy małym placyku, na którym znajdowała się ławeczka z figurką znanej postaci z kreskówek. Nam nic nie mówiła ta figurka ale wielu turystów robiło sobie z nią zdjęcie.

 

Buenos Aires: pomnik Mafaldy

 

Postać nazywa się Mafalda i jest to dziewczynka przynależąca do argentyńskiej klasy średniej, bezkompromisowo nastawiona do świata. Jest głęboko zaangażowana w sprawy ludzkości, nie akceptuje świata w jego obecnym kształcie. Rysunki przedstawiające Mafaldę i bandę jej przyjaciół ukazywały się w Ameryce Łacińskiej, Europie i Azji między 1964 a 1973 rokiem. Mafalda została przetłumaczona na ponad trzydzieści języków, na jej podstawie powstały też dwie serie kreskówek i jeden film animowany.

 

Tuż obok, Gustavo pokazał nam najwęższy dom świata, (który został chyba pobity przez domek pewnego Izraelity w Warszawie), a potem poszliśmy do wielkiej hali targowej. Tam można było kupić sobie zarówno jedzenie, jak i inne dziwne sprzęty, jak to bywa w takich miejscach.

 

Później przeszliśmy obok placu, na którym w lecie tańczą różne pary argentyńskie tango, aż wreszcie weszliśmy do małej, urokliwej knajpki na obiad. To coś w rodzaju pubu w starym stylu. Pub nazywa się Bar El Federal. Restauracja jest najstarszą restauracją w mieście. Mieści się w starej dzielnicy San Telmo. Została otwarta w 1864 roku, jako magazyn, a później przeniesiona do obecnej dwupiętrowej kamienicy we włoskim stylu, wybudowanej w końcu XIX wieku. Wnętrza są utrzymane w oryginalnym wystroju z początku XX wieku.

 

Buenos Aires: Pub El Federal                                                                            ©michellelustosa

 

Nasi gospodarze pomogli nam wybrać coś dobrego i padło na milanesę. To takie mięsne danie przypominające trochę lazanię lub nawet pizzę ale na bazie mięsa. Zarówno wyglądało jak i smakowało bardzo dobrze.

 

Postanowiliśmy sami uregulować rachunek za siebie i naszych znajomych, ale chcąc zapłacić kartą, kelnerka poprosiła o paszport. Zdziwiło nas to bardzo, ale podobno tak jest przyjęte, że potwierdzają tożsamość. Problemem był jednak fakt, że Basia miała kartę na inne nazwisko niż paszport. Na szczęście miałem jej stary paszport, który trzeba było wziąć żeby móc przejść Szlak Inków w Peru, więc wykorzystaliśmy go w tej sytuacji. Trochę ten system z podpisywaniem rachunku bez pinu nas zdziwił i lekko zaniepokoił, ale Cecilia i Gustavo uspokajali nas, że tak to się tu odbywa.

 

 

Buenos Aires: paragon z pubu.

 

Najedzenie mogliśmy ruszyć w miasto. Po drodze Gustavo kupił nam kilka miejscowych słodyczy, z których ponoć Argentyna też słynie. W międzyczasie naradzaliśmy się w sprawie naszych biletów do Santiago na jutrzejszy wieczór. Zrezygnowałem bowiem z zakupu ich przez internet sądząc, że na miejscu będzie większy wybór firm przewozowych, a może i ceny będą niższe. Gustavo zgodził się nam pomóc je kupić i w tym celu postanowiliśmy najpierw załatwić tę sprawę. Musieliśmy wrócić do głównego placu i stamtąd podjechać metrem. Idąc w kierunku Plaza de Mayo, natykaliśmy się co rusz na ciekawe widoki. Nie tylko stare budowle przykuwały naszą uwagę, ale również nadal obecna w sercach Argentyńczyków nienawiść do Anglików w sprawie Falklandów, czyli Malwinów.

 

Buenos Aires: grafitti na murze – "Anglicy wynocha z Falklandów"

 

Po dojściu do Plaza de Mayo, zeszliśmy na stację metra bo musieliśmy przejechać się kawałek do głównego dworca autobusowego zwanego Retiro. Podobno metro w Buenos Aires jest najstarszym metrem w Ameryce Południowej. Nie jest może szczytem nowoczesności i wygody ale trzeba przyznać, że ma swój urok.

 

Nie obyło się bez przesiadki aż w końcu dojechaliśmy do miejsca skąd musieliśmy przejść na centralny dworzec autobusowy. Idąc w jego kierunku minęliśmy dworzec kolejowy, a wokół niego mało przyjemne rejony. Nie dość, że nawierzchnia kiepska, to jeszcze straszny tłok, bo ludzie ustawili sobie tam kramiki i handlowali czym popadnie. Twarze raczej mało przyjemne, w głębi podwórek widać, że to niskie warstwy społeczne. Handlarze załatwiali setki małych interesów, palili ogniska, śmieci walały się dookoła, a oni smażyli sobie orzeszki ziemne.

 

Przebiliśmy się przez te tłumy ale trochę nas zmartwił ten rejon w perspektywie jutrzejszej naszej wieczornej wędrówki z całym naszym dobytkiem. Wiadomo, że od razu wzbudzimy żywe zainteresowanie miejscowej społeczności. No ale to dopiero jutro. Teraz właśnie weszliśmy na główny dworzec aby zakupić bilety do Santiago de Chile na jutro wieczór.

 

Gustavo podjął się załatwienie tej sprawy i w końcu znaleźliśmy stanowiska tych dalekobieżnych. Niestety ogarnęło nas lekkie zdziwienie gdy w kilku okienkach pod rząd poinformowano nas, że biletów już dawno nie ma. Powodem są ferie zimowe i całe autokary już dawno zabukowano na wyjazd w góry. Naprawdę nas to zmartwiło i zaczęliśmy się zastanawiać co z tym fantem zrobić. Po próbie w innych firmach okazało się, że nie kupimy biletu do Santiago na jutro. Musieliśmy wymyślić coś innego. W sumie dużego wyboru nie było i zdecydowaliśmy się na zakup biletów do Mendozy, dużego miasta niedaleko od granicy z Chile. Tam, wg zapewnień sprzedających, bez problemu znajdziemy połączenie do Santiago gdyż wybór przewoźników jest znacznie większy. Bilet kosztował 450 peso, a odjazd był zaplanowany na 18.45. Mieliśmy więc jeden cały dzień na zwiedzanie Buenos Aires.

 

Z zakupionymi biletami wracaliśmy tą sama drogą, wstępując na chwilę na halę dworcową stacji kolejowej Retiro. To obecnie zabytek wybudowany na początku XX wieku, który był miejscem kręcenia kilku filmów. Rzeczywiście ładny przykład miejscowej architektury.

 

Po powrocie do samego centrum, wysiedliśmy w samym sercu miasta – Plaza de Mayo. Jest to główny plac miasta utworzony w roku 1536. Swą dzisiejszą nazwę plac uzyskał 25 maja 1810 roku kiedy Buenos Aires uzyskuje niepodległość i uniezależnia się od Hiszpanii. Pośrodku placu znajduje się Pirámida de Mayo. Mały obelisk upamiętniający pierwszą rocznicę uzyskania przez miasto niepodległości. W północnej części placu znajduje się Banco de la Nación. Zaś całą wschodnią część placu zajmuje Casa Rosada (różowy dom), siedziba prezydenta, a zarazem jeden z najciekawszych budynków w mieście. Budynek pochodzi z XVIII wieku, jakkolwiek większość budynków wokół placu pochodzi z XIX wieku.

 

Buenos Aires: Plaza de Mayo i Casa Rosada

 

Tego dnia pod Różowym Domem odbywały się, jak zapewne często, jakieś demonstracje. Mnóstwo transparentów ale ludzi nie za wielu. Cały plac otoczony jest drzewami ale ze względu na porę roku było trochę szaro. To na pewno obniżyło walory atrakcyjności tego miejsca ale generalnie należy przyjąć, że plac jest całkiem ok. Mieliśmy tylko na początku niezłą rozkminę jeśli chodzi o wymowę nazwy. Wydawało się nam, że wymawianie słowa "mayo" jako /majo/ jest w porządku, jednak miejscowi wymawiają je /masio/, co zupełnie nam nie pasowało. No ale tak już jest i od tej pory też sami tak mówiliśmy.

 

Potem ruszyliśmy ku najszerszej ulicy świata, którą już wcześniej widzieliśmy kiedy jechaliśmy autobusem. Podobno ma 140m szerokości i 16 pasów jezdnych. Nie liczyliśmy ale przejście przez nią trwa sporo czasu. Nazywa się Avenida 9 de Julio, a jej nazwa upamiętnia dzień uzyskania niepodległości przez Argentynę - 9 lipca 1816. Poszliśmy w najważniejsze miejsce tej alei, na Plaza de la República, w miejscu gdzie Avenida 9 de Julio krzyżuje się z Avenida Corrientes. Tam zlokalizowany został El Obelisco czyli Obelisk z 1936 roku wybudowany w 400 rocznicę osiedlenia się pierwszych hiszpańskich osadników w Río de la Pata. Wysoki na 67m jest główną wizytówką miasta, miejscem gdzie odbywają się różnego rodzaju happeningi, wydarzenia artystyczne oraz gdzie spotykają się kibice by świętować zwycięstwo swojej drużyny. Tam porobiliśmy sobie zdjęcia, choć wysokość El Obelisco nie pozwalała ująć go w całości w kadrze.

 

Buenos Aires: El Obelisco

 

Gustavo zaprowadził nas najpierw na Avenida Florida. To jedna z najpopularniejszych ulic stolicy Buenos Aires. Wiecznie zatłoczona, na której zawsze coś się dzieje. Promocje, festyny, i mnóstwo butików. La Florida ma ok. 2km i przebiega przez tzw. Microcentro, serce miasta. W okolicy opisywanej ulicy, skupia się wiele sklepów, sklepików, dyskontów, stoisk, itd... Gdy dodamy do tego naprawdę ciekawą architekturę okolicznych budynków ulica może robić wrażenie. Niestety już się ściemniało, więc tej architektury nie widzieliśmy za dużo, ale ludzi było nadal sporo. Rozbawiła nas jakaś dziewczyna, która pozostawiona dosłownie na kilka sekund sama, wpadła w paniczny szał i zaczęła krzyczeć i płakać dopóki nie odnalazła ją jej mama.

 

Buenos Aires: Avenida Florida

 

Wróciliśmy na pod Różowy Dom, tym razem był kolorowy, bo oświetlany z różnych stron. Gustavo spytał nas, czy mamy ochotę oglądać jakieś kościoły ale zrezygnowaliśmy. Zapytałem go jednak o słynną argentyńską wołowinę i to dało mu do myślenia. Zaproponował nam pójście na deptak nad rzekę, bo podobno nocą ładnie się on prezentuje, a oni w tym czasie przygotują nam kolację argentyńską, oczywiście na bazie wołowiny. Przystaliśmy na ten pomysł i rozstaliśmy się na Plaza de Mayo niedaleko mieniącego się kolorami pałacu pani prezydentowej.

 

Buenos Aires: Plaza de Mayo i Casa Rosada

 

Wytłumaczyli nam jak tam dojść i ruszyliśmy ochoczo obok Różowego Domu aby dojść na duże pół-rondo, z którym mieliśmy już problem. Chodziło o przedostanie się na drugą stroną. Trochę pokrążyliśmy ale wreszcie się udało. Potem jeszcze jedna bardzo ruchliwa ulica i... wylądowaliśmy na wąziutkim pasku ziemi tuż za krawężnikiem. W ciemności nie zauważyliśmy, że tam był płot. Nasze miejsce docelowe było za płotem, ale musieliśmy trochę nadrobić drogi. Mimo wszystko jednak, po kilkuset metrach udało się nam dojść nad rzekę.

 

To ruchliwy deptak, wzdłuż którego ciągną się różnorodne sklepy z pamiątkami oraz znajduje się tu Galeria Pacifico z luksusowymi sklepami, kawiarniami i licznymi wystawami fotografii, malarstwa i rzeźby. Wzdłuż alei w kierunku portu znajdują się liczne biurowce. Wzdłuż portu ciągną się liczne restauracje, apartamentowce i biurowce zagranicznych i miejscowych korporacji. Znajduje się tu też wiele drogich hoteli.

 

Było już pusto, ciemno i dość chłodno. Usiedliśmy sobie na ławeczce i obserwowaliśmy panoramę wieżowców rozświetlonych neonami. Mijaliśmy nielicznych spacerowiczów kiedy wreszcie się podnieśliśmy i poszliśmy w kierunku mostu na rzece. W usytuowanych kawiarenkach, ruch był nieduży, widać że był to absolutnie okres poza sezonem.

 

Buenos Aires: Galeria Pacifica

 

Zdecydowaliśmy się w końcu na powrót. Wybraliśmy inną drogę, aby wrócić Defensą. Po drodze chcieliśmy wejść do jakiegoś sklepu ale większość już była zamknięta. Znaleźliśmy jednak jakieś mini-delikatesy, zrobiliśmy jakieś skromne zakupy z myślą o naszej podróży.

 

Buenos Aires: paragon ze sklepu

 

Mijaliśmy grupki młodych ludzi ale nie czuć było jakiegoś napięcia, generalnie nie było symptomów niebezpieczeństwa. Dzielnica San Telmo, w której się znajdowaliśmy, to najstarsza dzielnica miasta przylegająca do samego centrum. Szliśmy "naszą" ulicą Defensa aż w końcu doszliśmy do znanej nam bramy. Chwilę później byliśmy już w mieszkaniu Cecilii i Gustavo.

 

Nasi gospodarze przygotowali ucztę mięsną. Oprócz zamawianej przeze mnie wołowiny, była też jakaś kiełbasa i bardzo podobna do naszej kaszanka. Cecilia zrobiła sałatkę, był też miejscowy chleb.

 

Buenos Aires: słynna argentyńska wołowina

 

Wołowinka naprawdę smaczna, fajnie przyrządzona, soczysta. Bardzo dobre jedzonko. Kiełbasa trochę gorsza od naszej, a kaszanka taka sama. Wziąłem jeszcze jeden kawałek mięsa bo naprawdę taka okazja może już nie pojawić się w życiu. Nie jestem ekspertem od mięsa ale muszę przyznać, że chyba rankingi nie kłamią i argentyńska wołowina musi być w czołówce.

 

Oczywiście przy okazji sporo rozmawialiśmy. O naszych planach, o ich planach, o Argentynie, o Polsce itd. Piliśmy sobie herbatkę, pojawił się alkohol i tak nam mijał czas. Planowaliśmy też kolejny dzień, Gustavo organizował nam mapy i przewodniki, wybierał najlepsze opcje podróży. Jedyną przykrą rzeczą było to, że Gustavo bardzo źle się poczuł i przeprosił, że raczej nie pojedzie z nami do La Boca i Recoleta – dwóch naszych punktów programu z dnia jutrzejszego. Przyjęliśmy to ze zrozumieniem.

 

Kiedy zrobiło się późno, dostaliśmy koce, rozłożyli nam łóżko w salonie i sami zniknęli w swoim drugim pokoju. My byliśmy 5 godzin do przodu więc kładąc się była dla nas ok. 3-4 rano. Ale jakoś oboje nie odczuwaliśmy specjalnego zmęczenia. Emocje chyba nas trzymały w ryzach. Niemniej jednak Basia ze spaniem nie ma problemów, dlatego wzięła sobie śpiwór, zwinęła się w kulkę i już spała. Ze mną gorzej, bo ja zacząłem wydziwiać. Nie wziąłem śpiwora, bo mi się nie chciało rozpakowywać. Nie wyciągnąłem dresów, bo nie wiedziałem gdzie są. W nocy, łóżko mi się rozjechało, koc był za krótki, zrobiło się zimno, wiało mi od spodu i generalnie nie mogłem zasnąć. Kiepska noc a w perspektywie kolejna ma być w autokarze. Wygląda na to, że od kilku nocy nie będę dobrze spał.

 

Dzień 2: Madryt – Buenos Aires 10,062km

 

Dzień 2: Buenos Aires: (A)-(G) trasa autbusu #8 - 47km

 

Dzień 2: Buenos Aires: Plaza de Mayo (A) – Nocleg (B) - Pub El Federal (C) – Dworzec (D)

Obelisk (E) - Avenida Florida (F) – Deptak (G) – Sklep (H) =  13km

 

Dzień 2: = 10,122km

 

 

Dzień 3 - 19 lipca 2012 – czwartek

 

KOSZMAR ZBURZONEGO PLANU

 

Noc nie była dla mnie przyjemna ale wstałem pełny zapału na dalszy podbój miasta. Niestety mój entuzjazm został szybko zrównany z ziemią poprzez wiadomość jaką nam przekazali nasi gospodarze. Z ich relacji, w oparciu o najnowsze media, wynikało, że cały kraj został sparaliżowany poprzez strajk kierowców autobusów. Podobno w Ameryce Południowej, strajki to dość częsta praktyka domagania się swoich praw i przywilejów i dlatego oni sami nie byli zbytnio tym zaskoczeni. Podobno, już w tym roku raz strajkowali, a że aktualnie były ferie zimowe więc był to doskonały moment na takie akcje.

 

Jednak Cecilia zapewniała nas, że pewnie do południa strajku już nie będzie i spokojnie możemy sobie iść na zwiedzanie miasta. Gustavo był już nieźle zaprawiony chorobą i nie do końca podzielał optymizm swojej żony. Oglądał kanał informacyjny, z przekazem na żywo z dworca, na którym jeszcze wczoraj kupowaliśmy bilety. Widać było, że był wkurzony, bo wiedział, że wczoraj sprzedając nam bilety ludzie z firm transportowych doskonale wiedzieli, że na drugi dzień kraj będzie sparaliżowany.

 

Zaczęliśmy się zastanawiać co zrobić w przypadku przedłużenia się strajku do godzin wieczornych. Musieliśmy odjechać z Buenos Aires, bo już w niedzielę mieliśmy nasz pierwszy lot z serii naszego LANPASSu na Wyspę Wielkanocną. W przypadku spóźnienia na ten lot, cały plan runąłby nam kompletnie. Nawet nie chciałem o tym myśleć. Konsekwencje byłyby dla nas tragiczne. Zbyt wiele rzeczy mieliśmy już zarezerwowane aby to w ogóle móc zmieniać. Co najwyżej mogliśmy pozwolić sobie na jeden dzień zwłoki, poświęcając zwiedzanie Santiago.

 

Myśleliśmy o samolocie ale ceny były kosmiczne. Dlatego wkradł się mimo wszystko lekki niepokój w nasze samopoczucie. Ale było dość wcześnie rano i wszyscy mieliśmy nadzieję, że jednak ten strajk się skończy. Dlatego po śniadaniu postanowiliśmy trzymać się naszego planu i realizować go skrupulatnie.

 

Upewniliśmy się, że jest możliwe dojście pieszo do La Boki i wyruszyliśmy żwawo. Szło się nam przyjemnie, bo pogoda była bardzo przyjemna. Było chłodno ale nie zimno, a na błękitnym niebie świeciło dość mocno słońce. Pierwszym zaskoczeniem było posprzątane miasto. Musieli to zrobić w nocy. W każdym razie, śmietniki zniknęły. Mijaliśmy biegaczy i zwykłych mieszkańców idących do pracy. Trzymaliśmy się planu trasy, weszliśmy do pewnego parku gdzie pojawiło się sporo ludzi z psami. Obowiązkowo ubranych w kolorowe fatałaszki. Sporo matek z wózkami, a nawet jakaś drużyna sportowa wykonywała swój trening.

 

Zrobiliśmy kilka fotek, doszliśmy do większej ulicy i dość szybko odszukaliśmy wejście do dzielnicy La Boca. To portowa dzielnica położona na południowy wschód od centrum miasta. Nazwę (La Boca – usta) zawdzięcza swemu położeniu u ujścia rzeki Riachuelo do rzeki La Plata. W dzielnicy znajduje się siedziba jednego z najpopularniejszych klubów sportowych Argentyny – Boca Juniors, a także stadion La Bombonera, który zauważyliśmy dość szybko.

 

Buenos Aires: Stadion Boca Juniors

 

Jednak nie tak prędko udało się nam znaleźć i zobaczyć charakterystyczne kolorowe domki. W La Boca znajdował się główny port Buenos Aires, ale ze względu na płytkie wody nie mogły do niego zawijać ciężkie, dalekomorskie statki. W późniejszym czasie port został przeniesiony na północ. W XIX wieku dzielnicę tę zaczęli zasiedlać emigranci włoscy, głównie genueńczycy, którzy nadali jej obecny wygląd. Emigranci stworzyli zabudowę typu Conventillos. Domy były malowane farbami pozostałymi z malowania statków, każdy w innym kolorze. Z powodu powodzi domy były często budowane z blachy falistej i mocowane na palach.

 

Kamienice Conventillos wyróżniały się dużą ilością małych pokoi zamieszkane przez pojedyncze rodziny oraz kuchni i łazienki wspólnej dla wszystkich lokatorów. Charakterystyczne były także nieregularny dziedziniec oraz balkony z których wchodziło się do mieszkań. Był to obszar malowniczej rozmaitości, na którym mieszały się różne kultury i osobistości jak strażacy, prostytutki, stręczyciele, pijacy, ekwilibryści i karły – uwiecznieni w rzeźbach na uliczce La Boca.

 

La Boca w roku 1870 miała swój charakterystyczny wygląd i w 1895 roku stałą się drugą częścią stolicy. Zamieszkiwało ją 38,000 mieszkańców z czego 17 tysięcy pochodziło z Argentyny, 14 tysięcy było Włochami, a pozostałą część stanowili Hiszpanie i inne narodowości.

 

Mieszkańców dzielnicy, podobnie jak obecnie drużynę piłkarską Boca Juniors, nazywa się Xeneizes (deformacja słowa "zeneixi" które oznacza genueńczyków w ich własnym dialekcie). Sama drużyna jest powodem dumy dla mieszkańców a jej kolory, żółty i granatowy stały się również kolorami całej dzielnicy.

 

Zaczepki zaczęły się już pod stadionem. Namawiano nas do zrobienia sobie zdjęcia w kapeluszu i szalu w pozie tanga albo z wyciętym z kartonu Messim lub Maradoną. Szczególnie ten drugi był malowany na wielu murach. Widać, że kult Diego nadal jest żywy.

 

Buenos Aires: okolice stadionu Boca Juniors

 

Nie daliśmy się skusić na takie tanie chwyty i szliśmy dalej. Charakterystyczną cechą tej dzielnicy są też artyści wystawiający swoje prace na sprzedaż. Sporo było takich osób oferujących swe wyroby.

 

Kolorowa część La Boki okazała się malutka. Dość szybko ją zwiedziliśmy. Szału nie robi ale jest rzeczywiście dość kolorowa i zatłoczona. Mnóstwo nagabywaczy do swoich restauracyjek i knajpek i od liku tancerzy i nauczycieli tańca. A właściwie tanga. W ogóle w całym mieście hasło "tango" obowiązuje. Mnóstwo szkół, murali i samych tancerzy.

 

Buenos Aires: La Boca

 

Pośród tej całej zgrai naciągaczy, jeden całkowicie nas zaskoczył bez problemu zgadując skąd jesteśmy. Osłupieliśmy, kiedy powiedział nam, że jesteśmy z Polski. Na nasze pytanie skąd to wie, odparł mało skromnie: "Lata praktyki w tym miejscu", co Basia skomentowała już po polsku: "Niezłe polskie mordy musimy mieć skoro nawet tu je rozpoznają." Nie daliśmy się skusić na żadne zaproszenia.

 

Buenos Aires: La Boca

 

Po przechadzce po dzielnicy i wysłaniu kilku SMSów do Polski, czas był wracać. Chcieliśmy od razu pojechać do drugiego miejsca na naszej liście dzisiejszego dnia i dlatego rozpoczęły się poszukiwania autobusu. Nadal nie widać było żadnych rozkładów więc zaczęliśmy obserwować napisy na autobusach i w końcu wybraliśmy jeden z nich. Ale problemem był brak monet, których potrzebowaliśmy na bilety. Dlatego poszliśmy do kilku sklepików oferujących te same co wszędzie pamiątki w celu rozmienienia banknotów. Ale ciężko szło, przeganiali nas, licząc, że coś kupimy. Zmuszeni do takiego ruchu, kupiliśmy jakąś wodę mineralną i zdobyliśmy monety. Teraz już tylko wydostać się z tego miejsca, a potem wysiąść w odpowiednim miejscu w mieście.

 

Zdecydowaliśmy się na autobus #29 ale w samym centrum już szybko zaczął kręcić i wysiedliśmy w miejscu nie dość bliskim naszemu celowi podróży. Musieliśmy trochę się nachodzić aby w ogóle zorientować się czy dobrze idziemy ale na szczęście szliśmy dobrze i po pewnym czasie weszliśmy na małą uliczkę, która doprowadziła nas do sporego parku. Tam odpoczęliśmy na ławeczce a przed nami lśniła w promieniach słońca brama główna cmentarza Recoleta.

 

Buenos Aires: cmentarz Recoleta

 

Cementerio de la Recoleta to cmentarz gdzie znajdują się groby najważniejszych i najbardziej wpływowych mieszkańców Argentyny: naukowców, artystów, bohaterów wojennych i prominentnych polityków, w tym kilku prezydentów. Najsłynniejszą osobą pochowaną na cmentarzu jest Eva Perón.

 

Cmentarz został zaprojektowany przez francuskiego inżyniera Próspero Catelina i zmieniony w roku 1881 przez włoskiego architekta Juana Antonia Buschiazzo. Wejście na cmentarz prowadzi przez neoklasycystyczną bramę z wysokimi greckimi kolumnami. Na cmentarzu znajduje się wiele misternych, marmurowych mauzoleów z licznymi statuami, w różnych stylach. Część z nich zachowana jest w bardzo dobrym stanie, inne prawie się zawalają.

 

Po chwili odpoczynku weszliśmy na teren cmentarza, choć wrażenie było jak gdybyśmy spacerowali po jakimś miasteczku. Wybrukowane uliczki, a grobowce osiągające kilka metrów wysokości bardziej przypominają domy niż miejsca pochówku. Oczywiście nie znaliśmy tych wszystkich wybitnych ludzi zasłużonych dla Argentyny ale na pewno nigdy wcześniej nie widzieliśmy takiego cmentarza. Część tych grobowców to naprawdę okazałe wille z kilkoma pokojami. Co dziwne widać w środku trumny. Często obok trumny, ustawionej w jakimś specyficznym miejscu, znajduje się jakaś ławeczka, fotel... Są zdjęcia, obrazy, schody do piwnicy. Bardzo dziwny sposób chowania ludzi.

 

Buenos Aires: cmentarz Recoleta

 

Były tez groby zdewastowane, choć nadal bogato wybudowane. Te wille były otwarte, czasem trumny również. Niektóre były kompletnie zaniedbane, porośnięte trawą ale zdecydowana większość do bogate, wypucowane budowle. Znaleźliśmy też grobowiec Polaków. Jakaś zbiorowa mogiła wojskowych. Później zauważyłem, że pieczę sprawuje nad nią słynny sponsor Rydzyka – Jan Kobylański z Urugwaju, przewodniczący jakiegoś polonijnego ugrupowania południowoamerykańskiego.

 

Czas było wracać i wiedzieliśmy, że pieszo nie damy rady. Zanim doszliśmy do ulicy, którą przyszliśmy z centrum, wstąpiliśmy do supermarketu aby kupić sobie coś na obiad. Najłatwiej zrobić spaghetti i dlatego kupiliśmy makaron i sosy.

 

Buenos Aires: paragon ze sklepu

 

Teraz tylko wsiąść w jakiś autobus, który zawiezie nas do centrum. Podjechała #17, wskoczyliśmy i byliśmy już coraz bliżej centrum. Wsiadł też jakiś gościu, który reklamował jakieś szampony czy coś. Odstawił przedstawienie, próbując namówić pasażerów na zakup jego produktu. Bez skutku.

 

Gdy zauważyliśmy znajome nam już tereny, wysiedliśmy i od razu udaliśmy się do domu. Tam spotkaliśmy jakąś dziewczynę, która sprzątała mieszkanie. A właściwie nieźle ściemniała z tym sprzątaniem. Generalnie mieszkanie wymagało porządnego posprzątania dlatego nie zdziwiła nas obecność jakiejś sprzątaczki ale jej praca dawała wiele do życzenia.

 

My zajęliśmy się naszym obiadem, choć wszystkie naczynia były w zlewie, a w nim brakowało kurka z ciepłą wodą. Weszliśmy do kuchni kiedy sprzątaczka poszła sprzątać gdzie indziej. Poszperaliśmy po szafkach żeby znaleźć jakieś naczynia odpowiednie dla naszego dania. W tym czasie nasi gospodarze nadal oglądali telewizję i za chwilę Cecilia przyszła nam powiedzieć, że strajk się skończył.

 

Wyluzowani i zadowoleni zaczęliśmy konsumpcję naszego prymitywnego dania na szybko. Wiedzieliśmy, że przed nami 5 tygodni takich obiadków. Niestety nasze dobre samopoczucie szybko się skończyło kiedy Gustavo przyszedł i zdementował dobre wiadomości. Strajk się nie skończył i na razie nie zapowiada się żeby było lepiej. Pora była już mocno popołudniowa i powoli zbliżał się czas naszego odjazdu.

 

Gustavo wytłumaczył nam, że i tak musimy się stawić na dworcu w porze naszego odjazdu aby móc ewentualnie odebrać pieniądze za bilety. Niestawienie się na dworcu oznaczałoby pożegnanie się z kasą i z biletami. Dlatego musieliśmy tam jechać tak jakby strajku nie było. Oboje zaoferowali, że pojadą z nami aby ewentualnie nam coś pomóc.

 

Cecilia zapłaciła tej dziewczynie za tę marną pracę, którą wykonała. Na szczęście zniknęły gówna pieska z balkonu. Byliśmy gotowi na wyjście. W ostatniej chwili Cecilia wręczyła nam coś, bez czego bardzo trudno by nam się żyło na tym wyjeździe. Basia po prostu zostawiła telefon z ładowarką. Dodatkowo, żeby podłączyć ładowarkę, użyła przejściówki Skrossa, za którą zapłaciłem 200zł i która miała działać we wszystkich krajach świata. Ogromne szczęście, że ona to w ostatniej chwili zauważyła.

 

Pies został w domu, a my ruszyliśmy wczorajszą drogą na dworzec. Tym razem mieliśmy plecaki ze sobą, a ludzi było jakby więcej więc staliśmy w ścisku w metrze. Gustavo kupił nam bilety i nie chciał za nie pieniędzy od nas.

 

Buenos Aires: bilet na metro

 

Musieliśmy przejść przez tę dzielnię slumsów ale na szczęście byli z nami znów miejscowi więc nie było żadnych problemów. Płonące ogniska jednak nadal robiły na nas wrażenie.

 

Na dworcu miliony ludzi. Niektórzy czekali od rana na swoje autobusy. Jakieś tam jeździły ale ogromna większość była uziemiona. Ludzie w nienajlepszych nastrojach. Słychać było wrzaski, krzyki i nawet walenie pięściami w szyby biur. W końcu usłyszeliśmy brzdęk rozbijanej szyby, przekleństwa i ogólny hałas podniesionych głosów. W tym wszystkim mieliśmy odszukać naszą firmę, nasz autobus i dowiedzieć się czegoś na temat ewentualnego odjazdu.

 

Gustavo wziął to na siebie, bo my z tymi plecakami nie mogliśmy za bardzo się poruszać w tym tłumie. Przechodziliśmy z miejsca na miejsce, aż w końcu zdecydowaliśmy się na jedno miejsce w pobliżu naszej firmy. Do okienka ustawiona była kolejka pasażerów, a za szybą kilku pracowników odpowiadających ciągle to samo: "nic nie wiemy". Tuż obok usadowiły się kamery chyba wszystkich stacji argentyńskich telewizji.

 

Siedliśmy sobie na podłodze pod ścianą bo innego wyjścia nie było. Chaos trwał nadal. W pewnym momencie przeszedł facet, który sprzedał nam bilety dzień wcześniej. Gustavo zaczął z nim rozmawiać i powiedział, że są przecieki, że strajk się chyba skończy. Rozochocony taką informacją, Gustavo poszedł do okienka się zapytać. Niestety jego temperament plus zapewne wstyd przed nami z powodu sytuacji w jego kraju, ujawnił się podczas tej rozmowy. Zaczęła się niesamowita pyskówka między nim a pracownikiem firmy przewozowej. Jego żona musiała go siłą odciągać, bo goście za szybą grozili wezwaniem policji. Basia przysłuchiwała się temu i sama była w szoku jak bardzo nasz gospodarz zaangażował się w tę sprawę. Niestety niczego się konkretnego nie dowiedział.

 

Siedzieliśmy więc pod ścianą w milczeniu, czekając na jakikolwiek sygnał o końcu tej chorej sytuacji. Termin naszego odjazdu już minął, byliśmy na pewno spóźnieni ale nadal z nadzieją, że coś się ruszy. Mijały minuty, tłum ludzi przewijał się po całym dworcu, telebimy z informacjami o odjazdach wariowały wskazując jakieś dziwne kierunki i godziny.

 

Po godzinie coś się ruszyło. Cecilia przyszła z informacją, że strajk się skończył. Dodało to sił załamanemu Gustavo, który pobiegł czegoś się dowiedzieć. Przybiegł z wiadomością, że strajk się skończył ale teraz będą odjeżdżały autobusy w kolejności. To zła wiadomość, bo transport nie działał od samego rana więc najpierw pojadą te z rana. Dobra wiadomość była taka, że będą odjeżdżały co 15 minut więc powinniśmy poczekać jeszcze trochę aż nasz autobus ruszy. Zeszliśmy na stanowiska odjazdu. Na parkingu czekało ponad 60 autokarów gotowych już do odjazdu. Jeden po drugim odjeżdżały, podjeżdżały następne i tak w kółko. Łatwo się pogubić, bo wszyscy ludzie chcieli odjechać jak najszybciej więc panował ogromny tłok.

 

Gustavo znalazł jakiegoś kolesia, który zarządzał odjazdami tych autobusów w tym rejonie i on nawet trochę mówił po angielsku. Przedstawił nam go, a jemu nas aby miał na nas oko. Obiecał się nami zająć. Bo my staliśmy jak te bidy w tym chaosie, z ciężkimi plecakami obserwując cały ten bałagan i zgiełk z nadzieją, że podjedzie właściwy autokar do Mendozy i będziemy mogli już opuścić Buenos Aires. Nasi gospodarze mogli odetchnąć, że zostawiają nas w dobrych rękach i sami mogą już iść do domu. Bardzo serdecznie im podziękowaliśmy za całą pomoc, jaką nam okazali. Jeszcze w domu zostawiliśmy im nasz couchsurfingowy podarunek w postaci kalendarza na 2013 z polskimi miastami. Oni jeszcze raz nas przeprosili za taką niespodziankę jaką zgotowała nam Argentyna w drugim dniu naszego pobytu. Zapewnili, że gdyby coś się nie udało, to zawsze możemy do nich jeszcze wrócić i zostawili nam ich numery telefonu.

 

Akurat w miejscu skąd odjeżdżały autokary do Mendozy było bardzo jasno, bo tam ustawiła się jedna ze stacji telewizyjnych z całym swoim sprzętem. Widziałem jak młody dziennikarz kątem oka przygląda się nam i zastanawia się czy nas o coś zapytać. W końcu zebrał się na odwagę i ruszył w naszym kierunku. Zadał nam standardowe pytania: skąd, dokąd, jak długo itp. Jednak jego angielski był zbyt słaby, aby mógł z nami coś więcej pogadać. Kamery raczej nie były wtedy włączone, przynajmniej ja ich nie zauważyłem. Potem wielokrotnie zaczepiał innych ludzi pytając ich o ich sytuację. Jak widać znaleźliśmy się w centrum ogólnonarodowego kryzysu.

 

My jednak czekaliśmy na nasz autokar. Żeby wiedzieć który jest który, kierowcy wsadzali kartkę za szybę z nazwą miejscowości i oryginalną godziną odjazdu plus nową godziną odjazdu. W ten sposób obserwowaliśmy wszystkie autokary na kilku stanowiskach skąd odjeżdżały do Mendozy. Nasz opiekun miał sporo roboty ale nadal o nas pamiętał.

 

Po kolejnych kilkunastu minutach wreszcie podjechał ten właściwy. Jechaliśmy firmą FlechaBus. Kiedy podeszliśmy do autokaru, nasz opiekun przypomniał sobie o nas i upewnił się, że go odnaleźliśmy. Duże bagaże powędrowały do luku a my weszliśmy na górny pokład i zajęliśmy miejsce w drugim rzędzie. Przed nami usadowili się Amerykanie.

 

Buenos Aires: bilet autokarowy

 

Nocne autobusy dalekobieżne miały być, wg opinii wyczytanych przeze mnie przed podróżą, przeważnie bardzo komfortowe, z dużą ilością miejsca między fotelami, z podnóżkami, posiłkami i toaletą. Ich nazwy to cama i semi-cama, w których można podobno spać i dlatego są najdroższe ale jeżdżą też nieco mniej wygodne ejecutivo i especial. Ten, który miał nas zawieźć do Mendozy był ponoć semi-cama i mieliśmy zagwarantowany posiłek i wygodę podczas snu. Rzeczywiście pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne. Obszerne, mięciutkie fotele, w których człowiek się aż zapadał z regulacją, która pozwalała rozłożyć oparcie do prawie pozycji leżącej.

 

Jazda wydawała się komfortowa, mieliśmy obiecane posiłki na pokładzie i było też wifi. Mogłem więc uruchomić tableta ale łącze szybko się skończyło kiedy wyjechaliśmy z miasta. Generalnie autobusy dalekobieżne nie zatrzymują się po drodze ale w tym przypadku gdzieś się zatrzymał i dosiedli się jacyś pasażerowie. Potem już wyjechaliśmy na trasę prosto do Mendozy. Przed nami co najmniej 12 godzin jazdy.

 

Za oknem nic nie było widać, było już późno więc nie zostało nam nic innego żeby się zdrzemnąć. Zabezpieczyliśmy nasze bagaże podręczne aby nikt nie mógł ich sięgnąć i zażyliśmy po tabletce na sen. Nie było problemu z zaśnięciem.

 

Zobacz video z Buenos Aires: VIDEO: 1/14

 

 

Dzień 3: Dom (A) – Park (B) – Stadion (C) – La Boca(D) – Wysiadka z autobusu (E)

 – Recoleta (F) – Dom (G) – Dworzec autobusowy (H)  = 19km

Dzień 3: =19km

 

 

Dzień 4 - 20 lipca 2012 – piątek

 

NIEZAPLANOWANY KONIEC DNIA

 

Basia spała sobie w najlepsze, natomiast ja miałem problemy niczym z polskiego PKP. Strasznie grzali w tym autokarze od spodu, a jednocześnie było bardzo zimno od strony szyby. Na zewnętrznej stronie okna zbierał się lód, od środka szyba była zaparowana. Czułem spory dyskomfort i przez to nie mogłem już spać. Była ok. 5 rano, za oknem świtało i mogłem dostrzec argentyńska pampę a w oddali powoli wyłaniały się ośnieżone szczyty Andów.

 

Okolice Mendozy

 

Żadnego posiłku nie było. Wkrótce dojechaliśmy do Mendozy, a ja już nie zasnąłem. Basia się wyspała więc wszystko z jej humorem w porządku. Teraz tylko musieliśmy szybko znaleźć jakieś połączenie z Santiago. Wyglądało też, że granica nie będzie zamknięta, czego bardzo się obawiałem jeszcze w Polsce, zapominając, że przecież to środek zimy a my mówimy o drugim co do wysokości paśmie górskim na świecie. Dlatego przez miesiąc sprawdzałem komunikaty w internecie z punktu granicznego czy czasem nie jest zamknięty. Prognoza pogody się potwierdziła i raczej jeszcze dzisiaj powinniśmy dojechać do stolicy Chile.

 

Na dworcu w Mendozie przeszliśmy się w poszukiwaniu jakiegoś przewoźnika do Chile. Było kilku ale jechali o różnych porach, często dopiero o 13.30, a nam zależało żeby wyruszyć jak najwcześniej. Znaleźliśmy jednak pewną firmę, która miała pojazd o 11.30 więc byliśmy 2 godziny do przodu. Licząc średnio 7 godzin na odcinek Mendoza – Santiago potrzebne do jego przebycia, powinniśmy zdążyć przed zmrokiem.

 

Malutkie biuro firmy było w pełni profesjonalne bo można było płacić kartą, a nawet mogliśmy sobie wybrać miejsce. Jednak dziwna wydawała się nam ta tabela z miejscami bo tylko było na niej 11 miejsc. Pomyślałem, że pozostałe są już zajęte i nie przejąłem się tym zbytnio. Za pierwszym razem karty nie przyjęło – to była angielska karta Basi z Barclaysa ale za drugim razem już było wszystko ok. Dostaliśmy bilety i teraz tylko należało trochę czasu poczekać.

 

Mendoza: bilet autobusowy

 

Wykorzystując okazję, Basia poszła wydać wszystkie argentyńskie pieniądze jakie nam zostały. Były tam jakieś mini-markety więc zrobiła drobne zakupy żywnościowe i tak zaopatrzeni oczekiwaliśmy na nasz pojazd.

 

Pogoda była nadal ładna, chłodno lecz słonecznie. W oddali widać było piękne góry, które teraz pokazały w blasku słońca całe swoje piękno. Już za chwilę powinniśmy się z nimi zmierzyć i wdrapać na same szczyty. Gdzieś niedaleko po drodze powinniśmy mijać najwyższy szczyt Ameryki Południowej – Aconcaguę (6962m).

 

Miny nam bardzo zrzedły kiedy po ponad 15 minutach od planowego odjazdu podjechał na nasze stanowisko zwykły busik zamiast spodziewanego przez nas wypasionego autokaru. "Tym wypierdkiem mamy jechać 7 godzin po górach?" – sami siebie zapytaliśmy w myślach. W dodatku kierowcą okazał się na oko z siedemdziesięcioletni facet, a z tyłu kłębiły się już jakieś osoby. Bagaże były przywiązane sznurkami do bagażnika umieszczonego na dachu. Tym oto pojazdem mieliśmy wyruszyć za chwil kilka na podbój Andów.

 

Nie było wyjścia i spróbowaliśmy zagadnąć naszego kierowcę. Okazało się, że facet świetnie mówi po angielsku i wcale nie jest taki stary, bo niczym kozica wskoczył na dach swojego busika i rozplątał leżące tam bagaże. Podałem mu nasze ciężkie plecaki, ułożył je odpowiednio pod moim czujnym okiem i z powrotem przywiązał do bagażnika. Następnie wskazał nam nasze miejsca i po chwili, wraz z całym towarzystwem ruszyliśmy na długą przejażdżkę do Chile.

 

Droga była bardzo dobra, widoczność i warunki drogowe wyśmienite. Przed nami zbliżały się piękne góry, a cała ekipa była w doskonałych humorach. Bez problemu odchylali się abyśmy mogli zrobić zdjęcia czy nagrać jakieś ujęcie kamerą. Dziadek za kierownicą kilka razy do nas zagadał, był bardzo miły i wyglądał na profesjonalistę. Przyznał, że jeździ tędy bardzo często.

 

Okolice Mendozy

 

W takiej atmosferze mijały nam minuty i godziny drogi. Teren się podwyższał, drogi robiły się coraz gorsze jednak nadal ich standard był bardzo wysoki. W pewnym momencie dziadek poinformował nas, że zatrzymamy się na kawę i żeby rozprostować kości, po czym skręcił na jakąś stację benzynową.

 

Wszyscy poszli na tę kawę ale my już nie mieliśmy żadnych peso argentyńskich, oprócz jakiejś drobnicy tylko, więc nic nie mogliśmy sobie kupić. Skupiliśmy się na oglądaniu krajobrazu wokół. Usłyszeliśmy informację od dziadka, że w tych rejonach kręcony był film z Bradem Pittem. Chodziło mu o głośny film "Siedem lat w Tybecie" z 1997 roku.

 

Potem dodał, że do granicy mamy około godzinki ale nie wiadomo ile nam zajmie odprawa, a potem jeszcze 2,5 do Santiago. Zdziwiło mnie to, bo myślałem, że obowiązują tu na granicach standardy europejskie, jednak dziadek wytłumaczył mi, że czasem może taka odprawa potrwać nawet 5 godzin. Byliśmy w szoku, że aż tak długo może nam to zająć. W ogóle nie uwzględniliśmy czegoś podobnego w naszych planach.

 

Droga prowadząca do granicy była bardzo malownicza. Jechaliśmy stromymi krawędziami, gdzie w dole majaczyły błękitne oczka wodne, wjeżdżaliśmy w tunele wykute w skale, tuż obok poszarpanych skał wiszących nad naszymi głowami. Czasem pojawiały się większe przestrzenie, które pozwalały nam dojrzeć białe szczyty pasma granicznego. Generalnie zachwycaliśmy się tym odcinkiem podróży.

 

Na trasie Mendoza - Santiago

 

Po tych suchych górach i skałach wkrótce zauważyliśmy pierwszy śnieg. Potem go przybywało, zrobiło się naturalnie chłodniej, widoczność spadła, nad nami zaczęły kłębić się chmury. Minęliśmy jakiś ośrodek narciarski, sporo ludzi jeździło na nartach aż w końcu dziadek poinformował nas, że po prawej stronie widać Aconcaguę. Nie mogliśmy się tam zatrzymać, spróbowaliśmy oczywiście zrobić jej zdjęcie ale nie było to takie łatwe więc zdjęcia nie wyszły najlepiej.

 

Aconcagua

 

Powoli zbliżaliśmy się do granicy, aż wreszcie oczom naszym ukazał się słynny tunel. Tunel Chrystusa Zbawiciela (Túnel del Cristo Redentor), którego nazwa pochodzi od znajdującej się niedaleko figury Chrystusa Zbawiciela z Andów.

 

Tunel znajduje się na wysokości 3,200 m n.p.m., jego długość wynosi 3 080 m, w tym 1 564 m znajduje się na terytorium Chile oraz 1 516 m na terytorium Argentyny. Tunel został otwarty w 1980 roku i znajduje się obok podobnego tunelu, który w XX wieku był wykorzystywany przez kolej transandyjską. Z powodu lokalizacji tunelu na dużej wysokości, dojazd do niego w czasie zimowych miesięcy jest utrudniony z powodu dużych opadów śniegu.

 

Teren cały czas się więc wznosił i wreszcie zauważyliśmy kolejkę tirów ustawioną do odprawy. To znajome widoki z granicy polsko-białoruskiej czy polsko-ukraińskiej. Może tiry trochę inne, bardziej amerykańskie ale problemy jak widać podobne.

 

Pas lewy był wolny momentami i mogliśmy nadrobić sporo kilometrów przejeżdżając obok sznura ciężarówek. Jednak w pewnym momencie musieliśmy i my się zatrzymać za kilkoma autokarami i samochodami osobowymi. Dziadek wyłączył silnik i gdzieś poszedł. Przed nami czas oczekiwania na odprawę i pozwolenie na wjazd do Chile.

 

Staliśmy na szczycie przełęczy, dookoła śnieg, przez uchyloną szybę wlatywało mroźne powietrze, a przed nami widać było budkę graniczną i powiewającą flagę chilijską. Niestety oddzielało ją od nas kilka samochodów, a kolejka jakoś się w ogóle nie posuwała.

 

Dziadek przyniósł papiery do wypełnienia. Część dotyczyła przepisów fito-sanitarnych i była to cała lista wyszczególnionych produktów, których nie wolno było wwozić na teren Chile. Wypełnialiśmy więc wszystkie te papiery, numery paszportów, daty, miejsca, cele itd. Sporo pisania ale jak trzeba, to trzeba. Nic to jednak nie przyspieszyło naszej sytuacji i dalej tkwiliśmy w tym samym miejscu.

 

Mijały minuty a potem godziny gdy wreszcie doczołgaliśmy się do granicznej wiaty. Było już nam zimno, byliśmy głodni i znużeni tym czekaniem w tym busiku. Dziadek zabrał nas ze sobą do środka, ustawił w kolejce do odprawy, wręczył dokumenty przewozowe i gdzieś poszedł. Za szybą przyjmowali nas Argentyńczycy razem z Chilijczykami. Dziadek zjawił się tuż przed tym jak podeszliśmy do okienka. Chilijski oficjel wbijając pieczątkę pozwolił sobie na żarty wobec Basi pytając czy na pewno jest zamężna. Jednocześnie wbił pieczątkę na stronie, na której nie powinien tego robić. Miał cały czysty paszport ale wybrał akurat tę stronę. Oczywiście pozwolili nam wjechać do Chile.

 

Pieczątka pograniczników chilijskich

 

Myślałem, że już po wszystkim ale byłem w błędzie bo teraz trzeba było się ustawić w drugiej kolejce do odprawy celnej. Od nowa to samo. Dziadek niezbyt pochlebnie wypowiadał się na temat Peruwiańczyków, którzy oblegali wszystkie kolejki. Stwierdził, że zawsze są z nimi problemy.

 

Gdy oddaliśmy pozostałe papiery w drugim okienku, myślałem, że to już naprawdę koniec ale to dopiero początek zabawy. Dziadek przestrzegł nas żebyśmy pod żadnym pozorem nie zgubili kartki, którą nam dano i musimy ją pokazać przy wyjeździe z Chile. Tymczasem kazał nam poczekać pod wiatą, a sam poszedł przestawić samochód.

 

Dopiero teraz zrozumiałem, że panowie celnicy będą teraz dokładnie sprawdzać nasze bagaże. Kazali rozpakować cały bagażnik. Mieli do tego wynajętych miejscowych osiłków, którzy ściągali torby i plecaki i ustawiali je na taśmie prowadzącej do rentgena. Dziadek poprosił nas abyśmy dali tym osiłkom jakieś drobne za ich trud. My mieliśmy naprawdę resztki pieniędzy, których chyba wstyd było nawet dawać. No ale całą tę garść drobnicy dałem jednemu z nich. Teraz już nie mieliśmy ani jednego pieniążka argentyńskiego.

 

Nasze bagaże powędrowały przez rentgena. Część z bagaży z naszego busika zostało oficjalnie otwartych na specjalnych stołach. Celnicy wyciągali głównie produkty żywnościowe i oczywiście je konfiskowali. Dookoła kręciły się psy wytresowane do znajdowania różnych rzeczy. Chile pokazało jak bardzo są przewrażliwieni na punkcie wwożonego jedzenia.

 

Jeden z celników spytał nas, czy nasze bagaże zostały zdjęte z taśmy i ustawione do kontroli. Gdy zaprzeczyliśmy, pozwolili nam je zabrać i załadować na busika. Inni ludzie potracili swoje zakupy ale dość szybko tym razem zjawili się w naszym pojeździe. Mogliśmy teoretycznie już jechać w dół do Santiago. Według dziadka zajmie nam to ok. 2 i pół godziny. My już mieliśmy dość tej podróży. Przy wyjeździe z punktu granicznego jeszcze jeden przystanek i jeszcze jeden papierek.

 

Na trasie Mendoza – Santiago

 

Dopiero wtedy puścili nas i mogliśmy zjechać z przełęczy. A droga w dół jest naprawdę zapierająca dech w piersiach. Na mapie google kiedy pokazałem to Basi jeszcze w Polsce, stwierdziła, że wygląda to jak jelito. Dlatego tak ją nazwaliśmy i oboje czekaliśmy, kiedy wreszcie nim zjedziemy. Bardzo stromy zjazd z mnóstwem zakrętów i spektakularny widok z góry kiedy widać małe ciężarówki radzące sobie w trudnych warunkach. Nie dziwne, że zamykają tę trasę w zimie, bo ciężko ją chyba utrzymać na odpowiednim poziomie.

 

Jedna ze współpasażerek zasugerowała, że będzie taki moment, kiedy widać będzie całe "jelito" najlepiej. I rzeczywiście fajnie było je widać, tyle tylko, że to mignęło dość szybko, bo dziadek nie zwracał uwagi na nasze próby robienia zdjęć. Każdy zakręt jest ponumerowany i jest ich 27. Przy dużej różnicy wzniesień, zjazd takim "jelitem" jest naprawdę wyjątkowy.

 

 

Na trasie Mendoza – Santiago

 

Za oknem zrobiło się ciemno, w samochodzie za to zrobiło się wesoło. Ale nie dla nas. Wszyscy opowiadali sobie kawały, głośno się śmiali, my byliśmy jednak zmęczeni, znużeni i denerwował nas ten głośny śmiech. Poza tym martwiliśmy się jak sobie poradzimy z dzisiejszym noclegiem bo mieliśmy dać znać naszej nowej gospodyni jakiś cynk żeby mogła nas odebrać z ostatniej stacji metra, tak jak się wstępnie umówiliśmy.

 

Było już jednak naprawdę późno i nie było nam do śmiechu włóczyć się po Santiago po ciemku a mieliśmy jeszcze przecież wybrać pieniądze, kupić bilety na metro i w ogóle znaleźć to metro. Mieliśmy wszystko zapisane w naszym przewodniku, jej adres i numer telefonu, była też tam mała mapka miasta na wszelki wypadek. W czasie jazdy, Basia poprosiła mnie żebym dał jej ten przewodnik do poczytania. Generalnie mieliśmy straszny bałagan na siedzeniach, bo było zimno więc wyciągnęliśmy koc skradziony przez Basię Iberii, było sporo jedzenia, picia, kamera, aparat no i ten przewodnik. Pod nogami nasze małe plecaki. Było już nam naprawdę niewygodnie bo mijała któraś tam z kolei godzina naszej podróży. Chcieliśmy już tylko wysiąść z tego cholernego busa.

 

Niestety dziadek pojechał w drugą stronę i zajechał do miasta po drodze do Santiago – Los Andes. Tam zajechaliśmy na dworzec aby wysadzić jakichś pasażerów z naszego busika. To znowu opóźniło nasz przyjazd do Santiago, bo musieliśmy się wracać. Gdy wjechaliśmy wreszcie na drogę do Santiago, za oknem było już zupełnie ciemno.

 

W samym Santiago kolejna kłoda pod nogi. Jakieś straszne zamieszanie wokół dworca, mnóstwo policji i nie pozwalali nam normalnie jechać. Kierowali nas na inne drogi, tam znów zawracali. Staliśmy w korkach, na światłach by potem ponownie zawracać. Nerwowo już nie mogłem tego znieść. Nawet dziadek się wkurzył, poszedł w gadkę z policjantką i nas przepuściła w końcu. Na dworcu, zamieszanie bo wszystkie te autokary nie miały miejsca jak manewrować, staliśmy dość długo w oczekiwaniu na wolne stanowisko.

 

Jest, jest, jest! Możemy wysiąść! Byliśmy przeszczęśliwi, że wreszcie się uwolniliśmy od tego auta. Zabraliśmy nasze sprzęty z wnętrza samochodu i oczywiście musieliśmy poczekać na sam koniec, bowiem nasze bagaże wolne od nielegalnych produktów, zostały załadowane na dach jako pierwsze i przyciśnięte pozostałymi.

 

Kiedy już dostaliśmy nasze plecaki, zapytałem jeszcze dziadka gdzie my się właściwie znajdujemy ale powiedział, że to główny dworzec autobusowy w Santiago. Założyliśmy pospiesznie nasze plecaki na plecy i ruszyliśmy do środka aby znaleźć jakiś bankomat. Ale pierwszy okazał się jakiś zdezelowany i nic nie wskóraliśmy. Poszliśmy do drugiego i wysypały się tysiące peso. Przydałaby się im jakaś denominacja. Na szczęście już mieliśmy jakieś pieniądze i mogliśmy teraz kupić sobie bilety w metrze i pojechać na koniec linii.

 

Na ulicy okropny tłok jakby to była 15.00. Nie za bardzo wiedzieliśmy w którą stronę iść dlatego Basia spytała kogoś o najbliższą stację metra. Wskazano nam oddalony o kilkaset metrów obiekt i podążyliśmy w jego kierunku. Było zimno więc szukałem mojej czapki i załamany stwierdziłem, że ją zgubiłem. Spieszyło się nam więc nie było czasu teraz przeszukiwać na środku ulicy naszych plecaków żeby ją znaleźć. Szybko szliśmy w kierunku stacji ale ja nie odpuszczałem i w końcu ją znalazłem.

 

Wbiegliśmy na stację i Basia poszła kupić bilety, choć nie była z tego powodu zadowolona, że to ona musi zrobić. Metro prezentowało się znakomicie. Czyściuteńkie, pięknie odnowione, ze znaczkami wifi. Na każdym kroku ochrona i punkt informacyjny. To wszystko spowodowało, że poczuliśmy się bardzo pewnie. Ja w tym czasie zorientowałem się, w którą stronę mamy jechać.

 

Gdy podjechał pociąg, wskoczyliśmy do niego i spojrzeliśmy na listę stacji jaką mamy przebyć. Naliczyliśmy 18 stacji aż do końcowej Los Dominicos gdzie powinniśmy się spotkać z Pilar. Była już niestety późna godzina i obawialiśmy się czy będzie jeszcze na nas czekać. Dlatego chciałem na wszelki wypadek sprawdzić jej adres abyśmy ewentualnie podskoczyli taksówką. Miałem tam też jej numer telefonu, choć pamiętałem, że próbowałem jej wysłać SMSa jeszcze z Polski, na którego nie odpowiedziała więc numer powinien pozostać zapisany w telefonie.

 

Stojąc w coraz bardziej pustoszejącym wagonie, intensywnie poszukiwałem naszego przewodnika Lonely Planet. Kupiłem go w Polsce za 80zł i była to edycja najnowsza z możliwych wydana w 2010r. Bez tej biblii podróżniczej, nie mielibyśmy szans przetrwać. Jednak chwilę później okazało się, że chyba będziemy musieli bo za cholerę nie mogłem go znaleźć. Coraz bardziej zdenerwowany zwróciłem się do mojej żony z zapytaniem o nasz przewodnik. W odpowiedzi zauważyłem tylko dwie strugi łez płynące po jej policzkach. Oboje zrozumieliśmy, że przewodnik leży na podłodze w busiku, którym przyjechaliśmy do Santiago…

 

Po obopólnych oskarżeniach czyja była to wina, uspokoiliśmy się bo dojechaliśmy do stacji Los Dominicos. Wysiedliśmy na stacji i poszliśmy na górę. Były 3 wyjścia na zewnątrz, nie wiedzieliśmy, które wybrać więc wypadło na te koło stacji benzynowej. To dobry punkt na postój i dlatego tam upatrywałem jakiegoś samochodu. Był też telefon na wszelki wypadek.

 

Santiago: Los Dominicos                                                                                    ©google

 

Niestety nikogo nie było. Była godzina 21.50, staliśmy na chodniku przy ruchliwej drodze, która coraz bardziej pustoszała. Obok nas było zaledwie kilka osób. Niecierpliwie rozglądaliśmy się dookoła wypatrując Pilar lub jakiegoś znaku ale nic się nie działo. Byliśmy w bardzo nieciekawej sytuacji.

 

Z powodu zgubienia przewodnika, nie mieliśmy jej adresu więc nie mogliśmy zatrzymać taksówki. Pozostał tylko telefon. Nie było jeszcze 22.00 więc postanowiłem zadzwonić. Obok nas stał publiczny telefon więc wykręciłem numer, wrzuciłem pieniądze i... głucha cisza. Aparat chyba uszkodzony. Zszedłem na dół aby zadzwonić z metra, bo tam też widzieliśmy aparat. Basia została na górze wypatrując naszej nowej znajomej. Telefon miał sygnał, wybrałem numer ale zgłosił się automat i babka coś mi nawijała po hiszpańsku. Spróbowałem drugi raz, to samo. Wyglądało jakby to był zły numer. Gdy wróciłem na górę, zadzwoniłem z mojej komórki ale to samo, nie dało się dodzwonić. Załamało mnie to zupełnie i potwierdziło się, że musiałem źle przepisać numer lub ona mi źle podała. Dlatego zrezygnowałem z mojego pomysłu aby kogoś miejscowego poprosić o zadzwonienie z komórki.

 

Minęła już 22.00 i nie za bardzo wiedzieliśmy co robić. Noclegu w tym miejscu raczej nie znajdziemy. Nie mamy mapy, przewodnika, nawet nie wiemy gdzie jesteśmy. Było już bardzo zimno i nikłe szanse mieliśmy na zorganizowanie sobie czegoś na szybko. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy oddaleni od centrum, w którym najłatwiej znaleźć jakiś nocleg, o ponad 18 stacji metra czyli de facto znajdowaliśmy się na jakimś zadupiu.

 

Basia wpadła na pomysł żeby jeszcze zajrzeć do internetu, bo tam przecież mieliśmy jej adres. Jednak kafejki były już zamknięte raczej, a w tym miejscu w którym byliśmy to raczej w ogóle ich nie było. Jednak jak zauważyła, na niektórych stacjach był znaczek wifi zone i ewentualnie moglibyśmy się podłączyć naszym tabletem. Nie było wyjścia, bo tkwienie w tym miejscu raczej nie poprawi naszej sytuacji. Zeszliśmy na dół, złapaliśmy pociąg z powrotem i wypatrywaliśmy stacji ze znaczkiem wifi.

 

Pierwszą stacją ze znaczkiem wifi zone była stacja Tobalaba oddalona o 5 stacji od Los Dominicos. Wyszliśmy, ciągle z naszymi ciężkimi plecakami, na zewnątrz więc bilet już unieważniliśmy i szukaliśmy tej strefy wifi. Musieliśmy przejść spory kawałek ale wreszcie jest. Są nawet siedzenia. Wyjąłem tableta, włączam, łapię sygnał. I wszystko zapowiada się wspaniale do momentu, kiedy główna strona prosi mnie o jakiś kod. Nie da się ruszyć z tego miejsca bo potrzeba jakiegoś kodu. Wpisywanie czegokolwiek nie przynosi rezultatu. Nie będziemy mogli odczytać wiadomości od Pilar. W dodatku jesteśmy na innej stacji niż powinniśmy być i nie mamy noclegu. Było już bardzo późno. To już koniec próby skontaktowania się z Pilar. Musimy radzić sobie sami.

 

Wyszliśmy więc na zewnątrz aby zorientować się co to za dzielnica. Nic dobrego, bo dookoła raczej wieżowce, banki i szerokie ulice. Ciężko będzie coś znaleźć w takim miejscu. Ale stanie w miejscu nie pomoże, więc ruszyliśmy przed siebie próbując rozglądać się za czymkolwiek.

 

Po przejściu kilkuset metrów jakąś ważną ulicą, widzimy bezsens naszego położenia. Za chwilę będzie północ. Zdesperowany wchodzę do jednego z barów i pytam na głos, czy ktoś mówi po angielsku. Zgłasza się klient sączący drinka i pyta w czym pomóc. Nakreślam mu naszą sytuację prosząc o jakiś namiar na tani hotel. W tej dzielnicy trudno o coś taniego ale kilkadziesiąt metrów dalej jest pewien hotel, w którym możemy spróbować coś znaleźć. Idziemy więc tam z duszą na ramieniu i wysyłam Basię aby się dowiedziała czegoś. Sam zostaję na zewnątrz i pilnuję naszego dobytku.

 

Basia wraca z kiepską wiadomością. Hotel jest pełny, nie ma wolnych miejsc. Marne szanse na znalezienie czegoś, bo jutro jest sobota i jakaś konferencja więc wiele hoteli jest zarezerwowanych. Wskazano nam kierunek marszu i dalej ruszyliśmy. Było to bardzo frustrujące bo łaziliśmy z ciężkimi plecakami, po obcym mieście w okolicach północy nie wiedząc nawet gdzie jesteśmy. Dodatkowo było zimno i byliśmy bardzo już zmęczeni. A perspektywy były kiepskie. O bezpieczeństwie nawet nie myśleliśmy ale na szczęście nie mieliśmy żadnych przesłanek aby się bać. Nikt nas nie zaczepiał choć była to noc z piątku na sobotę więc spotykaliśmy wiele grupek chodzących z imprezy na imprezę.

 

Zrobiliśmy kolejne 500 może 600 czy 800 metrów w tej dzielnicy i wyczerpani musieliśmy odpocząć. Po drugiej stronie stało kilka taksówek pod nocnym klubem i w ich kierunku szedłem aby zapytać taksówkarza czy by nas nie zawiózł do jakiegoś hostelu. Ale zanim do niego doszedłem postanowiłem wejść do tego klubu. Wskazano mi barmana mówiącego po angielsku i wyjaśnił, że na ulicy obok są trzy hotele, w których mogę spróbować.

 

Basia pilnowała plecaków pod tym klubem, ja pobiegłem w tę boczną uliczkę szukając tych hoteli. W istocie były tam dwa - jeden obok drugiego. Pierwszy od razu widać, że za drogi dla nas więc odpuszczam i zostawiam go na ewentualny koniec. Ale wszedłem do drugiego i pytam czy mają coś. Na dziś wszystko zajęte ale powiedziała żeby spróbować obok. Dokładnie drzwi obok. Wyszedłem na zewnątrz i zauważyłem, że drzwi obok jest kolejny hotel o zupełnie innej nazwie.

 

Santiago: Hotel Aconcagua                                                                                 ©google

 

Hotel Aconcagua przywitał mnie nieznającym angielskiego recepcjonistą. Musiałem wspiąć się na wyżyny swojej znajomości hiszpańskiego i przeprowadzić prawdziwą konwersację na temat naszego położenia. Okazało się, że nie ma już dwuosobowych pokoi i już kiedy miałem odejść niepocieszony, powiedział, że ma jeszcze jedną ofertę kiedy upewnił się, że potrzebujemy pokoju tylko na jedną noc. Wskazał na cenę, która brzmiała US$116. Nie zwlekałem i zarezerwowałem ten pokój, biegnąc po Basię czekającą gdzieś tam dalej.

 

Pan na recepcji był bardzo miły, pozwolił nam zapłacić kartą, dał nam hasło do wifi i wręczył klucz.

 

Santiago: informacja hotelu Aconcagua

 

Gdy weszliśmy na górę trochę byliśmy zbici z tropu, bo otrzymaliśmy nie pokój hotelowy a cały apartament! Dwa pokoje, łazienkę, kuchnię i przedpokój. Trudno było się nam cieszyć, bo wydaliśmy sporo pieniędzy na ten pokój, nie mieliśmy przewodnika i nie wiadomo, co z naszą Pilar. Dlatego od razu sprawdziłem pocztę na CS, czy czasem czegoś nie napisała. Wiadomość była. A nawet dwie.:

 

21 July 2012 - 8:41

It is 8.45 pm, i haven't heard from you, so i am going to los dominicos metro station in a white ford explorer. I am going to be there at 9.30 with a paper saying dawid and barbara. I hope i find you there. If not, you have my address and phone. See you!

Pilar

 

21 July 2012 - 10:24

Unfortunately i was there for half an hour and you weren't there. I guess you are still travelling from mendoza or maybe still there. Anyway you are welcome any time you get here.... Just ring the bell. Maybe you can take a taxi from the bus station to my place, remember that the neighbourhood is Lo Barnechea. You can also give me a phone call. i hope everything is ok ....i will be with my ears open...don't worry about the clock. Cheers....Pilar

 

Skoro była tam o 9.30 to spóźniliśmy się zaledwie 20 minut. Na szczęście nadal na nas czekała. Teraz już było za późno aby cokolwiek kombinować, no i mieliśmy nocleg ale od razu do niej napisaliśmy, że jutro będziemy na stacji Los Dominicos o 10.00. Mieliśmy nadzieję, że przeczyta to jeśli nie dzisiaj, to przynajmniej jutro rano i zdąży nas odebrać. Tę sprawę mieliśmy jakby załatwioną. Gorzej z brakiem książki. Tu dopadło nas całkowite załamanie.

 

Basia była padnięta więc się wykąpała i poszła spać. Ja jeszcze popodłączałem nasz sprzęt żeby się naładował, zażyłem leki, bo trochę się źle poczułem przez te mrozy i śniegi i też poszedłem spać. Nasz cały dobytek był porozrzucany po całym pokoju. Nie miałem siły już tego sprzątać, postanowiłem to zrobić rano.

 

Zobacz video z trasy Mendoza-Santiago: VIDEO: 2/14

 

 

Dzień 4: Buenos Aires (A) – Mendoza (B) = 1160km

 

Dzień 4: Mendoza (A) – Los Andes (B) – Dworzec w Santiago (C) =  354km

 

Dzień 4: Dworzec w Santiago (A) – Los Dominicos (B) – Hotel Aconcagua (C) = 22km

 

Dzień 4: =1536km

 

 

Dzień 5 - 21 lipca 2012 – sobota

 

PRZYJĘCI PO KRÓLEWSKU

 

Mimo, że mieliśmy wygodne dwuosobowe łoże w cichym miejscu i że byłem padnięty po tych wszystkich przygodach, w ogóle nie mogłem spać. Obudziłem się o 3.08 i od tamtej pory tylko wierciłem się. Moją głowę zaprzątała myśl tej zgubionej książki. Cały czas zastanawiałem się jak wybrnąć z tej sytuacji. Nie sądziłem, że będzie możliwość, a przede wszystkim czas żeby w sobotę biegać po Santiago za anglojęzycznym przewodnikiem. Raczej nie sądziłem, że gdzieś będzie tak po prostu w księgarni. Jeśli już to wersja hiszpańska.

 

Drugim wariantem było zadzwonienie do firmy, która nas tu przywiozła i spytanie czy nie znaleźli wczoraj tej naszej książki i być może będzie ją można odebrać. Cały czas jednak martwiłem się, że dziś jest sobota więc nasze ruchy zapewne będą bardziej ograniczone. Nie wyobrażałem sobie jednak dalszej podróży bez tego przewodnika.

 

Moje wiercenie się obudziło Basię o 6.00. Wstaliśmy tak wcześnie choć śniadanie dopiero za jakiś czas. Zastanawiając się co zrobić z tym naszym zgubionym przewodnikiem, wpadliśmy na pomysł aby napisać do Elmera, który miał nas przenocować za kilka dni w Limie. Chciałem dać mu czas na zamówienie tej książki, a my jakoś w Santiago i na Wyspie Wielkanocnej dalibyśmy sobie radę bez niej. Tak też zrobiliśmy. Wysmarowałem wiadomość do niego z prośbą żeby to załatwił. Być może to zadziała, bo facet był bardzo nam życzliwy.

 

Aby poprawić mi humor, Basia zawołała mnie do kuchni chcąc mi coś pokazać. Myślałem, że jakieś okropne zwierzę lub coś w tym stylu ale kazała popatrzeć przez okno. Wtedy dopiero zobaczyłem piękne pasmo Andów ciągnące się dookoła miasta. Śliczny widok o poranku w Santiago.

 

Tymczasem spakowaliśmy się na nowo, sprzęt został przygotowany i mogliśmy iść na śniadanie. Zeszliśmy na odpowiednie piętro w poszukiwaniu stołówki ale był to normalny hol ze zwykłymi pokojami. Mieliśmy numer pokoju i spróbowaliśmy wejść ale było zamknięte. Jednak chwilę później drzwi się otworzyły i zostaliśmy zaproszeni na śniadanie.

 

Był to normalny pokój przerobiony na stołówkę. Przy ścianie były stoły, na których wyłożono produkty. Wybór był duży, choć nie oszałamiający. Dużo pieczywa, wędliny, coś na słodko, soki, kawa, herbata – hotelowy standard. Oprócz nas, kilka stolików zajętych. Wybraliśmy stolik na końcu i porządnie się najedliśmy.

 

Po powrocie do pokoju, jeszcze zerknąłem czy czasem Pilar nie odpisała ale niestety nie było żadnej wiadomości. Nie wiedzieliśmy czy w ogóle przyjedzie po nas o 10.00, czy czasem nie ma nas dość po wczorajszym zamieszaniu. Wyszliśmy z hotelu pełni obaw, czy kontynuowanie tej sytuacji ma jeszcze sens, skoro ona nie odpisała. Być może nie wchodziła na swoje konto ale możliwe też, że z jej strony to koniec zabawy.

 

Wsiedliśmy w pociąg na stacji Tobalaba i pojechaliśmy na znaną nam już stację końcową Los Dominicos. Tym razem wyszliśmy z innej strony, lepszej jak zauważyliśmy bo widać było całe duże skrzyżowanie. Wczoraj w nocy, nie było tak dobrze widać tego miejsca.

 

Santiago: Los Dominicos                                                                                    ©google

 

Była godzina 9.30 więc teoretycznie byliśmy o pół godziny za wcześnie. Lo Barnechea jest oddalona całkiem kawałek od ostatniej stacji metra więc może potrwać zanim przyjedzie nasza wybawicielka. Przynajmniej teraz wiedzieliśmy jakiego samochodu wypatrywać i że w ogóle ona będzie jeździć, a nie zatrzyma się. Rozpoczęliśmy dyżur.

 

Santiago: Los Dominicos

 

Ruch się wzmagał i nie wiedzieliśmy z której ewentualnie strony nadjedzie nasza Pilar. Tak minęło 20 minut, czyli była 9.50 kiedy podjechał biały ford a za kierownicą siedziała jakaś kobieta intensywnie machając do nas. Wiedziałem, że to ona a dopiero po chwili zauważyłem na bocznej szybie białą kartkę z napisem "Dawid & Barbara".

 

Pilar stanęła na światłach, a my ruszyliśmy w jej kierunku. Szarpnąłem tak mocno mój 23kg plecak, że ucho momentalnie puściło. Nie mogliśmy przejść bezpośrednio do auta bo przeszkadzały nam barierki więc je musieliśmy ominąć i zanim światła zmieniły się na zielone, już siedzieliśmy zapakowani w jej samochodzie.

 

Przywitała nas niesamowicie sympatyczna pani. Energiczna, uśmiechnięta i ciągle mówiąca coś do nas. Po szybkim wyjaśnieniu, co nam się przytrafiło zeszłej nocy i dlaczego nie udało się nam spotkać, podzieliliśmy się z nią naszym ogromnym problemem związanym z przewodnikiem. Jakoś nie zrobiło to niej wrażenia, bo powiedziała, że przecież żadnego problemu nie ma i możemy go sobie kupić tutaj. Jakoś jej nie dowierzałem dlatego poprosiłem ją aby zadzwoniła do firmy naszego dziadka, który nas tu przywiózł, czy być może nie odnaleźli naszej książki. Bez wahania wzięła komórkę, podyktowałem jej numer z biletu i czekaliśmy w napięciu. Niestety nikt nie odbierał. Stwierdziła, że raczej nikt nie odbierze bo jest sobota, a poza tym raczej nikłe szanse na odzyskanie tej książki.

 

Jednak nadal nie rozumiała naszej paniki i powiedziała, że w tej chwili może nas zawieźć do księgarni gdzie na pewno znajdziemy taką samą. Oczywiście zgodziliśmy się na to bez wahania. W międzyczasie pokazywała nam tę część Santiago, opowiadając o niektórych punktach miasta.

 

Po dojechaniu na ogromny parking przed centrum handlowym, wyszliśmy z auta i podążyliśmy za tą elegancką panią, która weszła przez automatyczne drzwi niczym gwiazda Hollywood. Przeszliśmy jeden sklep z AGD aby wyjść na "dziedziniec" skąd już prosto do księgarni. Tam pierwsza półka i od razu wszystkie pozycje Lonely Planet, a wśród nich nasza książka. Momentalnie uczucie ulgi zadomowiło się w naszych sercach, pomimo, że książka była starym wydaniem z 2007 roku i kosztowała prawie US$40. Najważniejsze, że mieliśmy ją z powrotem. Gdy Basia poprosiła sprzedawcę o książkę i spytała czy może płacić kartą, Pilar była pod wrażeniem jej hiszpańskiego.

 

Santiago: paragon i przewodnik z księgarni

 

Uradowani mogliśmy prosto jechać do Lo Barnechea do domu Pilar. Ponieważ jest to kawałek drogi, mieliśmy okazję zapoznać się już bliżej. Pokazała nam skąd wyruszymy do miasta, gdzie kupić bilet, jaki bilet, w którą stronę jechać. Potem pokazała nam swoje osiedle, wytłumaczyła jak dojść do przystanku. Wszystko po to żebyśmy sobie dali radę sami, bo ona nie może z nami nigdzie pojechać. To wiedzieliśmy już dawno, bo zapowiedziała to w mejlach. Jako matka 5 dzieci, trudno jej się gdzieś wyrwać a poza tym w ogóle nie jeździ do centrum. Sama nie pracuje tylko zajmuje się domem, a pieniądze zarabia mąż – prawnik i biznesmen.

 

Piękny dom w cichej i willowej dzielnicy robi wrażenie. To już absolutne przedmieścia Santiago. Gdy weszliśmy na teren ich willi, przywitał nas mąż Pilar, człowiek równie miły co jego żona, choć o zdecydowanie mniejszym temperamencie. Nie trzeba dodawać, że oboje świetnie mówili po angielsku więc nie było żadnej bariery językowej między nami.

 

Santiago: Lo Barnechea – dom gospodarzy                                                         ©google

 

Od razu zaproponowano nam kawę, a Pilar pokazała nam nasz pokój, z którego eksmitowała swoje dzieci. Pokój przygotowany dla nas specjalnie. Czysta pościel, ręczniki, oddzielna łazienka tylko dla nas i hasło do wifi żebyśmy mogli korzystać z internetu. Warunki niesamowite.

 

Tymczasem w kuchni, na stole już kawka a my opowiadamy ze szczegółami nasze przygody, które się nam przytrafiły do tej pory. Wyszło też na jaw dlaczego nie mogliśmy się dodzwonić do niej na komórkę. Pilar nie powiedziała nam, bo zapomniała, że aby zadzwonić z publicznego (lub z zagranicy) na komórkę potrzebny jest specjalny prefiks, którego oczywiście nie znamy. A ten specjalny kod do wifi na stacji metra, to coś w rodzaju jakby nasz pesel.

 

Potem my zaczęliśmy wypytywać jak sobie zaplanować dzień, co zobaczyć jak dojechać. Z powodu tego, że oboje rzadko jeżdżą do centrum, zaczęli się sprzeczać, którędy i jakim autobusem jechać najlepiej. Pilar poszła się więc spytać dzieci. Francisco przyniósł tableta i sam sprawdził linie autobusowe jakie nam najbardziej będą potrzebne.

 

Pilar zaproponowała podwiezienie nas do miejsca skąd ruszymy do miasta. Wskoczyliśmy do zabałaganionego forda i pośród uliczek na tej spokojnej dzielnicy, wyjechaliśmy do pętli autobusowej. Tuż obok był punkt gdzie mogliśmy kupić kartę-bilet na komunikację miejską. Podała nam numer linii i pożegnaliśmy się na jakiś czas.

 

Najpierw wybrałem pieniądze. Tym razem ja, z polskiej aliorowskiej karty. Następnie przeszliśmy na drugą stronę aby kupić tę kartę. Karta nazywa się BIP! Nie potrzebowaliśmy dwóch, bo można jedną ładować dla dwóch osób. Dostaliśmy gratis od razu mapkę komunikacyjną miasta. Potem dopytaliśmy się przechodniów o kierunek jazdy i numery linii. Wszystko jasne i możemy czekać na właściwy autobus.

 

Jechaliśmy autobusem #426 aż do samego centrum. W pewnej chwili do autobusu wsiadł jakiś dziwny gościu. Karzeł z nosem klauna i plastikową butelką, w którą walił jakąś pałką. Wyglądał na lekko upośledzonego. Po recitalu, przeszedł się po autobusie i wyżebrał jakieś drobniaki, bo przy okazji sprzedawał latarki. Większość ludzi w ogóle nie zwracała na niego uwagi co chyba oznacza, że jest stałym bywalcem tej linii. A autobus jechał prościuteńko do centrum, praktycznie w ogóle nie skręcając.

 

Santiago to stolica Chile, położona w środkowej części kraju, na przedgórzu andyjskim nad rzeką Mapocho. Jest największym miastem kraju, mieszka tam jedna trzecia ludności państwa, około 5 mln. mieszkańców a w całej aglomeracji ponad 6 mln.

 

Oficjalne powstanie miasta datuje się na 1541. Hiszpański konkwistador Pedro de Valdivia podczas ceremonii odbywającej się na wzgórzu Santa Lucía, nadał miastu nazwę Santiago del Nuevo Extremo. Obecnie Santiago pozostaje najważniejszym ośrodkiem gospodarczym, finansowym i kulturalnym kraju, a także Ameryki Południowej. Jest również znanym ośrodkiem turystycznym. Zabytki i atrakcje turystyczne miasta to katedra, zabytkowe kościoły, ratusz, pałac arcybiskupi, Cmentarz Generalny, pałac prezydencki oraz liczne muzea. W mieście są dwa wzgórza: Santa Lucía oraz San Cristóbal.

 

Wysiedliśmy w samym centrum i od razu poszliśmy coś zjeść. Zauważyliśmy miejscowy fast-food. Zasiedliśmy na wysokich taboretach, a ja poszedłem zamówić jakieś zestawy. Trzeba było płacić w jednym miejscu, w drugim odbierać zamówienie. Nie była to jakaś rewelacja ale przynajmniej się napchaliśmy i mogliśmy zacząć naszą wędrówkę po mieście.

 

Zaczęliśmy od wspięcia się na wzgórze św. Łucji. Cerro Santa Lucía czyli wzgórze św. Łucji to małe wzgórze (629m) w centrum Santiago. To pozostałość wulkanu sprzed 15 milionów lat. Położone jest przy głównej, 7,5km arterii miasta Alameda del Libertador Bernardo O'Higgins. Na terenie wzgórza można spacerować wśród fontann, mnóstwa schodów i ciekawych punktów widokowych.

 

Santiago: Góra św. Łucji

 

Weszliśmy oczywiście na sam szczyt skąd widać całe miasto. Niestety pogoda była kiepska, było dość pochmurno a przez to szaro. No ale to środek zimy więc nie ma zieleni w mieście. Potem zeszliśmy żeby przejść na przylegającą ulicę o tej samej nazwie. Pomógł nam ochroniarz żeby wydostać się z małego labiryntu uliczek. Zaciekawiły nas też kolibry, które zapylały rosnące tam kwiatki.

 

Santiago: Widok na miasto z góry św. Łucji

 

Idąc ulicą Santa Lucia, skręciliśmy potem w lewo kierując się ku głównemu placowi miasta. W tym miejscu, spotkaliśmy faceta, który prowadził sobie po mieście prawdziwą, dużą lamę. Oczywiście wzbudził w nas ciekawość jednak inni ludzie w ogóle się tym nie interesowali.

 

Santiago: centrum

 

Mieliśmy nieduży kawałek do przejścia żeby znaleźć się na centralnym placu miasta. Po drodze jednak wstąpiliśmy do supermarketu żeby zrobić porządne zakupy na Wyspę Wielkanocną, ponieważ ceny żywności podobno są tam horrendalnie wysokie. Supermarket o nazwie Montserrat na ulicy Monjitas był bardzo dobrze zaopatrzonym sklepem.

 

Santiago: supermarket Montserrat                                                                               ©google

 

Bardzo długo nam zeszło w tym sklepie bo nie mogliśmy się zdecydować na wiele produktów. Zastanawialiśmy się nad wieloma, bo chodziło o to, czy nas przepuszczą przez bramki choć to przecież ten sam kraj. Ale po doświadczeniach na granicy lepiej było dmuchać na zimne.

 

Dużo wydaliśmy i nasze plecaki sporo teraz ważyły ale była to sobota więc trzeba było się na wszelki wypadek pospieszyć z zakupami żebyśmy nie zostali na lodzie. Jakieś dziewczyny pomogły się nam spakować w reklamówki, dałem im kilka drobnych monet i potem musieliśmy na ulicy i tak to popakować w nasze plecaki bo nie mogliśmy przecież chodzić z reklamówkami po mieście. Wydaliśmy prawie 11,000 peso.

 

Santiago: paragon z supermarketu

 

Dalej poszliśmy ku głównemu placowi miasta – Plaza de Armas. Głównym budynkiem na tym wykostkowanym placu jest katedra z 1800 roku. Sam plac całkiem ładny, choć znowu dużo traci przez porę roku w jakiej się tam znaleźliśmy. Na placu znajduje się również Muzeum Narodowe, Poczta Główna oraz kilka pomników.

 

Przeszliśmy sobie tym placem wśród innych turystów i bezpańskich psów leżących podobnie jak w Buenos Aires niczym trupy. Sporo policji na koniach ale nie mieli co robić bo miejsce wydaje się bezpieczne. Zresztą Pilar i jej mąż zapewniali nas, że nic nam się niemiłego nie powinno przytrafić, bo miasto jest bardzo bezpieczne, a policji można zaufać w przeciwieństwie do innych krajów Ameryki Południowej.

 

Santiago: Plaza de Armas

 

Muzeum Prekolumbijskie, do którego dotarliśmy, było niestety nieczynne. Szkoda, bo chętnie byśmy tam weszli. Szliśmy więc dalej dochodząc do skupiska ważnych obiektów: budynku Ministerstwa Sprawiedliwości i wreszcie pałacu Prezydenta – La Moneda.

 

Palacio de La Moneda to siedziba prezydenta republiki Chile, a także trzech ministerstw: Spraw Wewnętrznych, Generalnego Sekretariatu Prezydenta i Generalnego Sekretariatu Rządu. Pałac jest zbudowany w stylu neoklasycyzmu. Zgodnie z założeniami władz kolonialnych budynek miał pełnić rolę mennicy, stąd nazwa La Moneda. Budowę rozpoczęto w roku 1784, a ukończono w 1805. W czerwcu 1845 roku z inicjatywy prezydenta niepodległego już Chile, Manuela Bulnesa budynek stał się siedzibą rządu i prezydenta republiki. W 1930 roku zagospodarowano przestrzeń przed pałacem i stworzono Plac Konstytucji, a od południowej strony dobudowano w latach 2005-2006 kolejne dwa place: Plac Obywatelski i Plac Kultury.

 

 

Santiago: La Moneda

 

Tam odpoczęliśmy na ławeczce, a potem przeszliśmy do głównej drogi, mijając ciekawy budynek giełdy, skąd mieliśmy autobus do domu. Jednak jeszcze nie był to czas odjazdu bo Basia zapragnęła napić się piwa. Mimo, że pogoda nie była odpowiednia, robiło się coraz później i przez to chłodniej, to jednak upierała się przy tym aby siąść gdzieś w knajpce.

 

Ruszyliśmy więc wzdłuż ulicy O'Higginsa szukając jakiejś fajnej knajpki. Idąc prawą stroną natrafiliśmy na... kopię Moai z Wyspy Wielkanocnej. Znajduje się ona tuż obok kolejnego obiektu, który chętnie byśmy obejrzeli ale przez to, że byłą to sobota, było nieczynne. Chodzi o muzeum kolonialne w sąsiedztwie kościoła św. Franciszka.

 

Santiago: ul. O'Higginsa                                                                                                 ©google

 

Podążaliśmy dalej prawą stroną głównej arterii miasta, znajdując jakieś knajpki po drodze, niektóre nawet z happy hour ale zawsze nam coś nie pasowało. Przeszliśmy spory kawałek aż wreszcie postanowiliśmy odbić nieco aby poszukać czegoś w bocznych uliczkach. Tam jednak też nie do końca wszystko szło po naszej myśli, aż w końcu znaleźliśmy jak nam się wydawało ciekawy lokal.

 

Po wejściu do środka zauważyliśmy jakby Europejczyka za barem, który wyglądał na szefa. Zapytaliśmy go o jakieś lokalne piwo. Dał nam kartę i opowiedział o wszystkich, które miał. Wybraliśmy dwa różne i poszliśmy siąść sobie na zewnątrz na ulicy. Było chłodno ale w środku było za głośno. Dowiedzieliśmy się, że knajpa została niedawno otwarta i rzeczywiście widać było lekką niepewność u wszystkich i świeżo odnowione pomieszczenie.

 

Zamówiliśmy piwa o nazwie: Kross i Polar Imperial, choć to drugie prawdopodobnie pochodzi z Argentyny. Ale zaufaliśmy obsłudze i odpoczywaliśmy sobie po całym dniu łażenia po mieście.

 

Santiago: pub w centrum

 

Było już ciemnawo i pora było się zbierać. Basia poszła do WC, a ja dostałem rachunek na kwotę 4,300 peso. Chilijskie pieniądze mają takie wielkie nominały, a same banknoty też różnokolorowe, że zamiast 4,300 położyłem na tacy 43,000. Wydawało mi się to cholernie dużo jak na dwa piwa, ale pomyślałem, że może mają tu takie ceny. Na szczęście kelnerka nie połasiła się na łatwy zarobek i wzięła odpowiednia kwotę, dając mi przy okazji lekcję matematyki i wprowadziła w świat banknotów chilijskich.

 

Santiago: paragon z pubu

 

Byliśmy gotowi na opuszczenie lokalu i poszliśmy w inną stronę niż powinniśmy. Przeszliśmy przez park i doszliśmy do rzeki. Coś nam nie grało więc wróciliśmy i już dobrze dotarliśmy do głównej ulicy, z której złapaliśmy po jakimś czasie autobus z powrotem do domu. Przed nami daleka droga, było już całkiem ciemno ale na szczęście mieliśmy mapkę komunikacyjną więc na bieżąco śledziliśmy trasę naszego autobusu.

 

Ale na końcu autobus miał inną trasę niż w przeciwną stronę więc musieliśmy być uważni żeby dobrze wysiąść. Ludzi było już bardzo niewielu i wypatrywaliśmy jakichś charakterystycznych punktów żeby wysiąść. Wreszcie zdecydowaliśmy się na wysiadkę. Wydawało się, że kontrolujemy sytuację ale w tej dzielnicy każda uliczka jest tak do siebie podobna, poza tym było już zupełnie ciemno i zaczęliśmy krążyć po okolicy. Wiedzieliśmy, że jesteśmy gdzieś blisko ale nie mogliśmy się połapać. Weszliśmy na górkę, ale niepotrzebnie bo w końcu spytaliśmy jakiegoś miejscowego, który skierował nas we właściwą stronę.

 

Dopiero po pewnym czasie zdołaliśmy znaleźć właściwą uliczkę i przemarznięci, bo naprawdę zrobiło się bardzo zimno, stanęliśmy pod bramą domu Pilar. Widzieliśmy ją zmywającą naczynia ale dzwonek w domofonie nie działał. Próbowaliśmy machać, szarpać bramę ale nic to nie dawało. Nie widziała nas, nie słyszała nas. Myśleliśmy, że znowu noc spędzimy na szukaniu noclegu, ale w końcu nas dostrzegła.

 

Byliśmy zmarznięci ale w domu za ciepło nie było. Cieplej jednak niż na dworze bo tam chyba temperatura oscylowała wokół zera stopni. Pilar czekała z całą rodziną na nas żeby zjeść kolację ale nam się tak przedłużyło, że nie poczekali w końcu, ale zostawili nam naszą część. Zaprosili nas do salonu, podali makarony, herbatę i zawołali wszystkie swoje dzieci, które wyraźnie speszone, podeszły do nas się przywitać. Dzieci rodziły się w przeciągu 11 lat. Cała piątka okazała się bardzo grzeczna ale raczej w ogóle niezainteresowana nami. Natomiast rodzice bardzo byli nami zainteresowani i siedzieli z nami przy kolacji rozmawiając.

 

Opowiadaliśmy im o nas, o Polsce, o świecie, oni nam bardzo dużo o Chile i ich nienawiści do Argentyny. Rozmowa była bardzo ożywiona, opowiedzieli nam też o swojej przygodzie z trzęsieniem ziemi jakie ich nawiedziło nie tak dawno. Ciężko sobie wyobrazić jak to naprawdę się odbywa ale z ich relacji wynikało, że to nic przyjemnego.

 

Po tej wspaniałej kolacji, poszliśmy wziąć prysznic i mogliśmy iść spać. Wcześniej wręczyliśmy im nasz kalendarz, który bardzo ich zaskoczył. Pilar momentalnie przywiesiła go na drzwiach, choć przecież był na 2013. Niestety w całym domu było strasznie zimno i spaliśmy pod dwiema kołdrami, a Basia wzięła jeszcze swój śpiwór. Ona zresztą od razu zasnęła, ja natomiast siedziałem z tabletem w rękach i szukałem kogoś w La Paz bo tam jeszcze nikogo nie mieliśmy załatwionego. Denerwowałem się, bo nie potrafiłem przeklejać tekstu i w ogóle nie wszystko mi wychodziło tak łatwo jak w Windowsie.

 

Ustalone mieliśmy, że jutro wstajemy wcześnie bo nie wiadomo jak jeżdżą autobusy w niedziele, a o 12.20 mieliśmy lot. To oznaczało, że musieliśmy być co najmniej 2 godziny wcześniej, a na lotnisko z naszej dzielnicy mieliśmy spory kawałek. Nasi gospodarze podpowiedzieli nam jak się tam dostać i wszystko chyba już wiedzieliśmy. Teraz tylko wyspać się przed jutrzejszym lotem.

 

Zobacz video z Santiago: VIDEO: 3/14

 

Dzień 5: Santiago: Hotel Aconcagua (A) – Los Dominicos (B) – centrum handlowe (C) – nocleg (D) = 15km

 

Dzień 5: Santiago: nocleg (A) – centrum (B) = 19km

 

Dzień 5: Santiago: lunch (A) – Santa Lucia (B) – Supermarket (C) – Plaza de Armas (D)

Pałac Prezydenta (E) - figura Moai (F) -  piwo (G) – rzeka (H) – przystanek (I) = 6km

 

 Dzień 5: Santiago: Centrum (A) – nocleg (B) = 19km

 

Dzień 5: = 59km

 

 

Dzień 6 - 22 lipca 2012 – niedziela

 

NA KONIEC ŚWIATA

 

O godzinie 6.00, o której wstaliśmy było jeszcze całkiem ciemno. Staraliśmy się być maksymalnie cicho. Posprzątaliśmy pościel po sobie, poszwy oddzielnie, wszystko ładnie zostawiliśmy ułożone i zajęliśmy się pakowaniem naszego dobytku.

 

Po spakowaniu plecaków, poszliśmy do kuchni aby coś zjeść i napić się czegoś gorącego. Niestety nie mogłem znaleźć włącznika światła. Znalazłem w drugiej części kuchni, bo kuchnia była konkretnych rozmiarów. Herbaty nie mogliśmy znaleźć więc wypiliśmy kawę. Przegryźliśmy coś na szybko, z zakupów zrobionych wczoraj i byliśmy gotowi do wyjścia. Jednak nie za bardzo wiedzieliśmy jak wyjść. Drzwi zaryglowane, brama też a oprócz nas wszyscy śpią. Nie za bardzo wypada iść na górę i ich budzić.

 

Na szczęście Pilar się obudziła i zeszła do nas. Zdziwiona, że my już w blokach startowych. Kolejny raz się pożegnaliśmy, ona zawołała męża, który zszedł również i wypuścili nas z domu. Szliśmy na przystanek ale jakoś nie było go widać więc po drodze zapytaliśmy przechodnia. Przystanek był parę metrów dalej.

 

Mało autobusów jeździło, mało ludzi spotkaliśmy na ulicy bo to 7.00 rano i w dodatku niedziela. Na szczęście zza zakrętu wyłonił się autobus, ociężale podjeżdżając na przystanek, na którym staliśmy tylko my. Pierwszy etap mogliśmy uznać za udany. Teraz trzeba przesiąść się do metra, a potem złapać ostateczny autobus na lotnisko.

 

Z przyklejonymi nosami do szyby, wypatrywaliśmy stacji metra, na której moglibyśmy wsiąść w pociąg, który szybciej nas zawiezie do centrum. Gdy siedzieliśmy już w metrze, postanowiliśmy wyskoczyć na stacji "Uniwersytet" i kiedy taka się pojawiła, wyskoczyliśmy ale niestety to był błąd, bo jak się później okazało są aż trzy stacje, które mają w nazwie "uniwersytet". Na szczęście nie przeszliśmy przez bramki więc mogliśmy wejść z powrotem do pociągu.

 

Kiedy wysiedliśmy ostatecznie na odpowiedniej stacji, poszliśmy szukać należytego terminala po nazwie firmy. Wypadło na mnie, że mam kupić bilety. Jednak to okienko było przeznaczone do sprzedaży biletów na autobusy dalekobieżne. Facet skierował mnie do innego, na zewnątrz. Tam zakupiliśmy bilety i dowiedzieliśmy się, że autobus jedzie 40 minut, a najbliższy wyjazd mamy o 8.45.

 

Santiago: bilet autobusowy na lotnisko

 

Jakoś szybko nam jednak zleciało te 40 minut, bo naprawdę trwały 20 minut. Nie wiem czy przez to, że to niedziela ale nie mogliśmy narzekać z tego powodu. Po wysiadce, zabraliśmy nasz majdan i przeszliśmy do hali odlotów. Nasz lot się już świecił choć mieliśmy 3 godziny czasu do wylotu. Ale skoro można się już odprawiać, to lepiej od razu pozbyć się tych bagaży.

 

Gdy doszliśmy do stanowiska i wręczyliśmy paszporty, wydawało mi się, że usłyszałem "dziękuję" od tego gościa, co nas obsługiwał, ale patrząc na jego typowo latynoskie rysy, stwierdziłem, że się przesłyszałem. Za chwilę jednak usłyszałem: "Lecicie na Wyspę Wielkanocną, tak?" Wtedy wiedzieliśmy, że to nie omamy słuchowe. Okazało się, że facet jest synem Polki z Łodzi i Chilijczyka, no i pracuje dla LANu. W takim razie odprawiliśmy się w miłej atmosferze dzięki naszemu pół-rodakowi.

 

Uwolnieni od ciężkich plecaków mieliśmy sporo czasu dla siebie. Poszliśmy więc połazić po sklepach. Ja zaczytałem się w książce-albumie o Wyspie Wielkanocnej. Bardzo fajnie wydany album z pięknymi zdjęciami i ciekawym tekstem. Zauważyliśmy też świetną butelkę miejscowego alkoholu w kształcie moai. Nie było sensu jej kupować teraz ale przypomnieliśmy sobie, że 18 sierpnia mamy tu być w czasie przesiadki do Rio de Janeiro. Wtedy kupimy takie, bo coś takiego w Polsce pewnie ciężko kupić, a naprawdę fajnie wygląda.

 

Po przejściu na górę do bramek, siedliśmy sobie w wygodnych fotelach niedaleko restauracji. Na niej był znaczek wifi więc wyciągnąłem  tableta żeby spróbować coś złapać. Potrzebne było jednak hasło. Zaryzykowałem i wpisałem nazwę knajpy. Zadziałało i świetnie chodziło więc poczytałem polską prasę, sprawdziłem mejle i spróbowałem znowu na CS złapać kogoś w La Paz. Jak do tej pory przyszły tylko odmowne.

 

Za ścianą znajdowała się nasza bramka więc tuż przed lotem przesiedliśmy się tam i zauważyliśmy, że raptem jest kilka osób tylko. Ciekawi byliśmy czy to normalne, że tak mało osób tam lata. Bilety sprawdzili nam na fotelach – stewardessy podeszły do nas same. I kiedy myśleliśmy, że naprawdę polecimy w kilka osób tylko, zjawiło się jakieś gimnazjum. Chyba 3 nauczycieli i z 70-80 chłopców i dziewcząt. Oczywiście zrobiło się zamieszanie. Sądziliśmy, że już czas na wejście na pokład dlatego stanęliśmy w kolejce ale chwila się przedłużała i wróciliśmy na fotel, tyle że zmieniliśmy miejsce.

 

W pewnym momencie podeszła do nas jedna z tych uczennic i coś do mnie zaczęła mówić. Odrzekłem "I don't understand" więc ona płynnie przeszła na angielski i zapytała czy mogę wstać. "Niby dlaczego?" – odparłem, na co ona że zgubiła kartę pokładową i sprawdza czy tutaj gdzieś nie leży. Nie było tej karty więc ogólnie zrobił się szum, panika i cała szkoła zaczęła szukać jej karty. Włączyli się nauczyciele, były łzy tej dziewczyny, telefon do rodziców i ciągłe przeszukiwanie bagażu przez nią samą, a także koleżanki i nauczycieli. Obsługa lotu też się w to włączyła, a przez to wszystko się opóźniało. W końcu znalazła się ta karta, była gdzieś w kosmetyczce czy gdzieś. Schowana głęboko w każdym razie. Mogliśmy wreszcie wchodzić na pokład.

 

Karta pokładowa

 

Tę trasę jak i ogromną większość w Ameryce Południowej obsługuje narodowy przewoźnik Chile – LAN. Linie są 10 najstarszym przewoźnikiem na świecie. LAN jest członkiem sojuszu Oneworld. Flota składa się ze 135 samolotów (głównie airbusy) i lata do 53 miejsc w 21 krajach. Przylot do Ameryki Południowej Iberią (z sojuszu Oneworld) pozwolił nam skorzystać z tzw. South America Air Pass czyli biletów na loty wewnątrz kontynentu za znacznie obniżoną cenę. Pierwszym lotem i w ogóle naszym kontaktem z linią LAN miał być dzisiejszy lot. Jak na razie linie LAN nie popisały się zmieniając nam godziny lotów bez poinformowania nas o tym ale teraz przyszedł czas na weryfikację ich w locie.

 

Po wejściu do samolotu okazało się, że siedzimy w pierwszym rzędzie klasy ekonomicznej. Ale od razu widać telewizorki wbudowane w ścianie więc już jest dobrze. Ale muszę bagaż podręczny usunąć spod nóg. Niestety nie dano nam jednego zestawu koca i słuchawek i Basia zaczęła się tego domagać od stewardessy. W końcu nam wydano dodatkowy komplet. A przydał się bo było strasznie zimno w tym samolocie.

 

Wreszcie wystartowaliśmy a przed nami 6 godzin lotu nad samym oceanem. Po starcie pięknie było widać Santiago i otaczające je Andy, a potem dość szybko pojawił się Pacyfik i już nie opuszczał aż do końca. W czasie lotu mogłem skorzystać z 46 filmów, kilkuset płyt do przesłuchania, gier i innych rozrywek. Jedzenie dali bardzo dobre i generalnie ujmując, ta podróż mijała mi całkiem znośnie. Basia obejrzała sobie film, a ja słuchałem muzyki i obserwowałem parametry lotu. Wyspa Wielkanocna zbliżała się powoli i pod koniec lotu zaczęliśmy obserwować ocean w poszukiwaniu malutkiej kropki pośród fal.

 

Wyspa Wielkanocna

 

Wyspa Wielkanocna (hiszp. Isla de Pascua) to wyspa na południowym Oceanie Spokojnym z 4000 mieszkańców (70% stanowią Polinezyjczycy). Należy do Chile, znajduje się w odległości 2078 km od najbliższej zamieszkanej wyspy - Pitcairn i 3600 km od brzegów Chile. Znana jest przede wszystkim ze znajdujących się na niej wielkich kamiennych posągów przedstawiających głowy - moai. Obszar Rapa Nui wynosi 164 km2. Jej długość to ok. 15 km, a szerokość ok. 20 km. Wyspa jest pochodzenia wulkanicznego i uformowały ją pomiędzy 750 000 a 100 000 lat temu cztery główne wulkany. Klimat Wyspy Wielkanocnej stanowi odmiana morska klimatu podzwrotnikowego. Do najcieplejszych miesięcy należy luty, a pora chłodna to okres od lipca do sierpnia, przy czym najbardziej deszczowy jest kwiecień. Miejsce to znane jest przede wszystkim z 887 kamiennych posągów, zwanych moai stawianych na kamiennych platformach ahu. Jedynym lotniskiem na wyspie jest port lotniczy Mataveri. Pas startowy ma 3318 metrów długości i jest zapasowym lądowiskiem dla promów kosmicznych. Jedyną linią lotniczą, której samoloty tu docierają jest LAN.

 

Wyspa Wielkanocna

 

I właśnie LANem tu dotarliśmy. Tuż przed lądowaniem mogliśmy całą wyspę zobaczyć przez okno, bo wyspa jest naprawdę malutka, a samolot zrobił wokół niej kółko zanim podszedł do lądowania. Gdy koła dotknęły pasa, mignął nam terminal, do którego potem spokojnie już podjechaliśmy.

 

Gdy otworzyły się drzwi, na twarzach poczuliśmy ciepły powiew oceanicznego wiatru i ujrzeliśmy czubki palm wyginające się od tego wiatru. Słońce pięknie świeciło, a nad nami był błękit nieba. Wspaniała pogoda po tej dotychczasowej dość chłodnej na kontynencie. Sam terminal to buda zbita z desek, choć ładnie przystrojona.

 

Pobytu na wyspie trochę się obawialiśmy ze względu na naszą nową gospodynię. 47-letnia Maria Claudia sama zaprosiła nas do siebie, ale problemem miała być komunikacja ponieważ Maria Claudia nie mówi po angielsku w ogóle. Tylko hiszpański, a mieliśmy u niej być aż 4 dni więc czekała nas mordęga, bo nasz hiszpański pozostawia wiele do życzenia. Ale postanowiliśmy stawić czoła temu wyzwaniu gdyż ceny na wyspie są bardzo wysokie i nawet ciężko sobie wyobrazić ile byśmy zapłacili za hotel.

 

Maria Claudia miała nas odebrać z lotniska, a gdyby to się nie udało to wskazała nam dokładnie gdzie mieszka. Pisała to oczywiście po hiszpańsku więc z pomocą słownika odszyfrowywaliśmy zdania i wyszło nam, że powinniśmy jakoś trafić. Mimo wszystko liczyliśmy, że po nas wyjedzie bo wysepka jest przecież malutka.

 

Teraz jednak szliśmy w kierunku terminala po odbiór bagaży. Nie czekaliśmy długo ale wtedy sobie przypomniałem, że muszę kupić tutaj bilety wstępu do dwóch parków narodowych, bo na lotnisku dają 10% taniej. Więc wróciłem się żeby poszukać gdzie oni je sprzedają, bo schodząc z płyty lotniska niczego takiego nie zauważyłem. Ale rzeczywiście stała budka z mapkami i gościu sprzedający bilety. Kupiliśmy po niższej cenie (50,000 peso), choć i tak dość drogo ale przynajmniej mieliśmy już spokój z tą sprawą.

 

Gdy odebraliśmy bagaże i minęliśmy przedstawicieli hoteli, którzy zjawiają się w swoich boksach gdy ląduje samolot z kontynentu, wyszliśmy na oblany słońcem plac, na którym gromadzili się ludzie z samolotu oraz ci lokalni. Wielu pasażerów to miejscowi, którzy wrócili, a przyjechali na lotnisko po nich ich krewni czy znajomi. Wycieczka gimnazjalna miała podstawione autobusy, a my coraz bardziej się upewnialiśmy, że po nas nikt się nie zjawił. Musieliśmy kombinować sami.

 

Stanęliśmy przy bramie wjazdowej na lotnisko, gdzie mijało nas sporo samochodów. Obok stał zaparkowany jakiś terenowy wóz, do którego podeszła młoda babka z dzieckiem. Spytała czy może nam w czymś pomóc i zaproponowała nam podwiezienie. Chciała tylko wiedzieć gdzie, więc podaliśmy jej dane, które dostaliśmy od Marii Claudii. Niby dokładnie nam opisała jak tam trafić i zapewniała, że nikt nie będzie zaskoczony, a taksówkarzowi wystarczy podać nazwisko: "Eugenia Tuki Tepano". No to podaliśmy tej młodej to nazwisko ale nie kojarzyła. W tym czasie przejeżdżała jakaś miejscowa starsza babka. Ta młoda ją zatrzymała i spytała czy wie gdzie mieszka Eugenia Tuki Tepano. Skrzywiła się ale powiedziała żebyśmy pojechali z nią. Wrzuciliśmy bagaże na pakę i wsiedliśmy do tej starszej. Oczywiście wszystkie te nasze rozmowy odbywały się po hiszpańsku bowiem znajomość angielskiego jest tu żadna.

 

Starsza pani niemiłosiernie jarała fajki. Całe auto zadymione pomimo otwartych okien. Wyjechaliśmy więc z lotniska i za kilka minut byliśmy już w centrum jedynego miasteczka wyspy – Hanga Roa. Ale nie wiedziała gdzie jechać więc postanowiła zadzwonić do kogoś kto by wiedział gdzie mieszka Eugenia Tuki Tepano. Ta osoba też nie wiedziała, więc zdesperowana palaczka, zatrzymała taksówkarza i przez otwarte okno zaczęli ze sobą gadać. Taksówkarz dziwił się i nie odpowiedział, że wie ale widocznie nasza palaczka stwierdziła, że z nim będą większe szanse na odnalezienie Eugenii Tuki Tepano.

 

Przesiedliśmy się więc znowu do samochodu taksówkarza. Ten spytał jeszcze raz o szczegóły. Podałem mu te dane jakie znałem, zastrzegając, że osoba, której szukamy to tak naprawdę nie Eugenia Tuki Tepano tylko Maria Claudia. Udał, że wie o co chodzi ale jego marsowy wyraz twarzy dawał znać, że wkurza go to, że nie wie gdzie mieszka tajemnicza Eugenia Tuki Tepano.

 

Zapytał nas czy mamy telefon do tej osoby. Miałem wbity numer w komórkę więc mu podyktowałem ale na złość nikt nie odbierał. Załamany lekko zacząłem się zastanawiać czy czasem nie pojechać już do jakiegoś hotelu, bo coś kiepsko to wygląda. Bariera językowa jest dość spora i być może coś źle zrozumieliśmy w tych mejlach od Marii Claudii, skoro ani jej nie było na lotnisku, ani nie odbiera telefonu.

 

Taksówkarz wziął się na sposób i pojechał chyba do najstarszego mieszkańca wyspy. Przez uchylone okno zawołał go z ogródka, a ten dziadzio podszedł do płotu. Wtedy taksówkarz zapytał go czy wie gdzie mieszka Eugenia Tuki Tepano. Dziadek westchnął, popatrzył w niebo i powtórzył powoli: "Eugenia….. Tuki…… Tepano..........". Nastała cisza, dziadek myślał i stwierdził, że nie wie gdzie taka mieszka.

 

Taksówkarz postanowił zadzwonić jeszcze raz i tym razem się udało. Ktoś się zgłosił i taksiarz zaczął kiwać głową. Ruszył z impetem i zjechaliśmy z utwardzonej ulicy na ubitą, czerwoną od gliny drogę, o mało co nie rozjeżdżając grupy psów, która szczekała na przejeżdżający samochód. Na taksiarzu nie zrobiło to żadnego wrażenia i wjechał w te psy, które w ostatniej chwili odskoczyły.

 

Za chwilę ujrzeliśmy zielony domek i z niego wyszła uśmiechnięta kobieta. Upewniłem się czy to jest ta właściwa osoba pytając ją: "Eres Claudia?", "Si, soy Claudia". Byliśmy na miejscu. Zabraliśmy bagaże z taksówki, uregulowaliśmy rachunek na 3000 peso, a taksówkarz zdążył nam jeszcze wepchnąć swoją wizytówkę.

 

Wyspa Wielkanocna: ulotka taksówkarza

 

No i weszliśmy do domku, który należy do Eugenii Tuki Tepano. Wtedy ostatni raz słyszeliśmy to nazwisko, choć w ciągu ostatnich 20 minut słyszeliśmy je chyba z 50 razy.

 

Wyspa Wielkanocna: dom gospodyni

 

Przechodząc próg tego domu wiedzieliśmy, że zaczyna się nasza gehenna językowa, bo od tej chwili "solo español". Od razu pojawił się mały problem, a właściwie zaskoczenie dla nas. Jak nam wyjaśniła Maria Claudia, w pokoju w którym mamy mieszkać już jest dwoje innych couchsurferów. Ja oczywiście na początku nie zajarzyłem szczegółów, myślałem że dopiero się pojawią ale oni po prostu poszli już do wioski. Jest to para rosyjsko-chilijska i zajmą jedno łóżko, a my mamy zająć drugie.

 

Kiedy zrzuciliśmy nasze plecaki, rozejrzeliśmy się po mieszkaniu i zaczęliśmy się zastanawiać co teraz zrobić. Było jeszcze dość jasno i ciepło więc chętnie byśmy się wybrali na jakiś spacerek. Nasza gospodyni spytała nas o nasze plany na cały pobyt. Nie mieliśmy sprecyzowanych planów do końca. Wiedzieliśmy, że na cały jeden dzień bierzemy auto i objedziemy całą wyspę, a jeden dzień pochodzimy sobie pieszo.

 

Maria Claudia rozłożyła na stole mapę wyspy i zaczęła opowiadać nam, co warto obejrzeć i co się gdzie znajduje. Fajnie mówiła, spokojnym, ciepłym głosem ciągle się uśmiechając, kiedy widziała nasze miny gdy w naszych mózgach paliły się synapsy i mieliśmy zwarcia w neuronach, próbując zorientować się co ta kobieta od nas chce. Mimo wszystko, dzięki jej cierpliwości i dużo większej umiejętności słuchania przez Basię niż przeze mnie, dobrnęliśmy do końca opowieści o naszym planie. Wspomniała też, że ta druga para też będzie wynajmować auto więc możemy podzielić się kosztami i wspólnie wyjechać na wycieczkę.

 

Po skończonym wykładzie spytała nas, czy mamy ochotę się przejść do wioski. Oczywiście bardzo chcieliśmy więc wyruszyliśmy w trójkę. Rozochoceni trochę sami zaczęliśmy jej zadawać pytania, bo Maria Claudia okazała się bardzo sympatyczną i otwartą osobą. Okazało się, że mieszka na wyspie od roku, a ma kontrakt na 3 lata. Pracuje w urzędzie i jest rodowitą Chilijką z kontynentu. Wyjaśniła nam, że miejscowi strasznie nie lubią tych z kontynentu i że żyją tylko z wynajmu nieruchomości, bo tym z kontynentu nie wolno kupować ani ziemi ani nieruchomości. Cały biznes na wyspie jednak organizują właśnie ci z kontynentu i gdyby nie oni, wyspa by już dawno padła. Tym bardziej dziwią głosy niektórych miejscowych, którzy chcieli wprowadzenia wiz dla tych z kontynentu, a nawet myśleli o niepodległości.

 

Idąc tak w dół, do Hanga Roa, zatrzymał się samochód, a w nim babka, która zaoferowała nam podwózkę. Pytała skąd jesteśmy więc kazaliśmy jej zgadnąć. Wymieniła chyba ze 30 krajów ale nie padło słowo "Polonia" więc musieliśmy ją uświadomić, że taki kraj istnieje. Gdy zapytała Marii Claudii i uzyskała odpowiedź, widać było że nie jest zbyt szczęśliwa, bo myślała że to też turystka a nie najeźdźca z kontynentu.

 

Nie dojechaliśmy do samego centrum. Przeszliśmy koło szpitala, który jest rozbudowywany aktualnie i słychać było warkot maszyn budowlanych. Maria Claudia ostrzegała nas abyśmy nie chorowali na wyspie, bo opieka lekarska jest na bardzo niskim poziomie. Być może teraz, po rozbudowie szpitala, będzie lepiej.

 

Kawałek dalej spotkaliśmy naszą parę z pokoju, która wracała do domu z plaży. Maria Claudia przedstawiła nas sobie, a my mogliśmy coś powiedzieć po angielsku bo oboje dobrze mówili. Felipe jest Chilijczykiem gdzieś z południa kraju, który przenocował Luizę jako couchsurfera. Ona zamiast siedzieć jeden dzień, została u niego na 3 miesiące. Potem postanowili ruszyć razem po Ameryce Południowej. Luiza jak się okazało jest z Uzbekistanu, z paszportem i obywatelstwem rosyjskim ale mieszka w Nowym Jorku. Podróżuje po Ameryce od stycznia. Istotnie jej uroda była dość specyficzna, trudno określić jaka ale dopiero kiedy powiedziała mi, że pochodzi z Uzbekistanu, można było jej urodę położyć na karb faktu jej pochodzenia.

 

Nie zatrzymywaliśmy się na dłużej, tylko ruszyliśmy w dół wraz z Marią Claudią, która opowiadała nam o prawie każdym budynku po drodze. Była szkoła więc usłyszeliśmy wykład o szkolnictwie na wyspie, że raczej sukcesów tu nie odnoszą, a jeśli chcą studiować to tylko na kontynencie. Potem był kościół. Weszliśmy do środka i Maria Claudia zwróciła nam uwagę na figurki świętych, które miały rysy polinezyjskie. Podobno niby są katolikami ale nadal mieszają czasem elementy swoich lokalnych wierzeń.

 

Wyspa Wielkanocna: kościół

 

Zeszliśmy jeszcze niżej. Byliśmy na długiej, głównej ulicy, która nie miała asfaltu tylko kostkę chodnikową. Obok ogromny kanał deszczowy i mnóstwo czerwonego błota. W oddali widać ocean, a po obu stronach najważniejsze obiekty użyteczności publicznej. Spacerowaliśmy w dół, oglądając knajpki, kino, remizę strażacką, firmy wynajmujące auta, byliśmy obok biblioteki z darmowym internetem, widzieliśmy boisko do piłki nożnej. Dowiedzieliśmy się też, że są dwa bankomaty. Minęliśmy skrzyżowanie z drugą ważną ulicą i zeszliśmy na sam dół aż do oceanu. Usłyszeliśmy też sporo nazw poleconych knajp i w ogóle całą wiedzę praktyczną na temat Wyspy Wielkanocnej. Mnóstwo faktów i ciekawostek.

 

Wyspa Wielkanocna: główna ulica Hanga Roa

 

Sporo rzeczy ciężko mi było zrozumieć, jednak moja żona wspięła się na wyżyny swoich umiejętności i jak później przyznała, miała włączonego autopilota, który spowodował, że jej wiedza była wspierana przez sporą dawkę intuicji, co pozwoliło jej na prowadzenie w miarę swobodnej konwersacji. To rozochociło Marię Claudię i czasem się zapominała zwracając bezpośrednio do mnie. Tutaj bywało już gorzej po hiszpańsku ale i tak wiele z tych rzeczy, które opowiadała przyswoiłem bez tłumacza.

 

Nadszedł wreszcie moment gdy nad brzegiem oceanu zobaczyliśmy nasze pierwsze moai. Niestety było już ciemno i słabo było go widać ale Basia uparła się na zdjęcie i Maria Claudia zrobiła nam zdjęcie z tym moai, choć oczywiście wyszło kiepsko.

 

Moai to rodzaj posągów wykonanych ze skał o pochodzeniu wulkanicznym (tuf wulkaniczny), przez mieszkańców Wyspy Wielkanocnej. Figury są monolityczne. Niektóre ważą nawet ponad 20 ton i mają ponad 6 metrów wysokości. Istnieje wiele koncepcji na to, kto wyrzeźbił moai. Albo że zrobili to polinezyjscy osadnicy około 1000-1100 r. naszej ery albo że na Wyspę Wielkanocną mieszkańcy przybyli z Ameryki Południowej i stamtąd przywieźli ze sobą swoje umiejętności kamieniarskie. W połowie XIX wieku większość z moai została przewrócona, przypuszcza się, że było to wynikiem walk na wyspie pomiędzy bliżej nieokreślonymi grupami. Współcześnie około 50 moai zostało z powrotem osadzonych na swoich dawnych miejscach.

 

Zapadł już zmrok, a oświetlenie na ulicach Hanga Roa, nie jest zbyt silne. Panuje półmrok ale ludziom to nie przeszkadza. W dodatku wielu młodych nadal jeździ po mieście bez świateł zarówno samochodami lub motorkami i można łatwo wpaść pod jakiś pojazd. Łatwo też wpaść do tego kanału deszczowego więc trzeba po zmroku poruszać się bardzo ostrożnie. Kiedy kończy się kostkowana nawierzchnia, wchodzimy na teren brudzącej gliny, a z okolicznych gospodarstw atakują psy. W takiej atmosferze wróciliśmy do naszego domku.

 

Przygotowaliśmy sobie do jedzenia skromną kolacyjkę, z zakupów, które zrobiliśmy w Santiago. Stan czystości w tym domu, mówiąc bardzo łagodnie, odbiegał od przyzwoitych standardów ale nie mogliśmy narzekać. Mieszkaliśmy za darmo na Wyspie Wielkanocnej i mieliśmy kogoś, kto w razie kłopotów zapewne nam pomoże.

 

Dzień 6: Santiago: nocleg (A) – dworzec autobusowy (B) – lotnisko (C) =  37km

 

Dzień 6: Santiago – Wyspa Wielkanocna = 3759km

 

Dzień 6: Wyspa Wielkanocna: lotnisko (A) – nocleg (B) = 3km

 

Dzień 6: = 3799km

 

 

Dzień 7 - 23 lipca 2012 – poniedziałek

 

DOOKOŁA WYSPY

 

 

Nie chcieliśmy za długo spać, tylko szybko się uwinąć i załatwić auto. Podobno otwierają wypożyczalnie o 9.00 ale różnie z tym bywa. Czasem otwierają jak im się chce. Nasi nowi znajomi mieli auto już nagrane więc odpadł pomysł dołączenia do nich. Poza tym oni brali auto na 2 dni, a nam jeden wystarczał.

 

Przy śniadaniu złamałem sobie zęba na płatku kukurydzianym. Dziwne ale nieprzyjemne przede wszystkim. Rano drugi raz ktoś do mnie dzwonił z chilijskiego numeru, a pierwszy raz był w środku nocy. Nie mam pojęcia kto to jest a oddzwonić raczej nie da się. Martwiłem się tylko czy czasem nie jest to LAN, który coś nam znów pozmieniał.

 

W domu byliśmy sami, bo Maria Claudia pojechała do pracy (jeździła skuterem), a nasi współlokatorzy już wyjechali swoim autkiem. My spakowaliśmy najważniejsze rzeczy, zrobiliśmy ciepłą herbatę do termosów, zabraliśmy trochę jedzenia i mogliśmy iść szukać jakiegoś samochodu.

 

Pierwsza wypożyczalnia i widzimy ładny samochód czekający na ulicy. Niestety nie dla nas, a jeśli chcemy auto to dopiero o 13.30. Trochę kiepsko więc idziemy dalej, do kolejnej wypożyczalni i tam sytuacja już o wiele lepsza, a konkretnie o dwie godziny. Musimy tylko poczekać na umycie i posprzątanie. Gruba pani mówi po angielsku i ceny ma takie jak wszyscy więc postanowiliśmy wziąć to auto u niej.

 

Gdy już prawie mieliśmy podpisywać umowę, niespodziewanie za naszymi plecami zjawiła się Maria Claudia. Zorientowawszy się, o co chodzi, stwierdziła, że nie powinniśmy brać auta tutaj, bo szkoda tych ponad dwóch godzin czekania do 11.30 i zaproponowała żebyśmy poszli do jeszcze innej. Nie wiedzieliśmy, że jest jeszcze jedna, ale poszliśmy tam, gdzie ona już wcześniej podjechała i oznajmiła nam, że możemy już mieć auto od 9.30.

 

Maria Claudia pojechała do pracy z powrotem, a my dobiliśmy targu z panią z wypożyczalni. Oczywiście trzeba brać terenowe auto, bo drogi są tylko szutrowe poza Hanga Roa. Minusem jest brak ubezpieczenia więc za jakąkolwiek stłuczkę będziemy musieli płacić z własnej kieszeni. Auto wypożyczamy na 24 godziny więc musimy je oddać o 9.30 następnego dnia zatankowane do pełna. Uiściliśmy opłatę w wysokości 35,000 peso i mogliśmy wyruszyć w podróż dookoła Wyspy Wielkanocnej.

 

Wyspa Wielkanocna: potwierdzenie rezerwacji samochodu

 

Dookoła wyspy, to może trochę na wyrost powiedziane bo w sumie nie da się objechać wyspy wzdłuż brzegu. Trzeba jechać wschodnim brzegiem aż do wulkanu Raraku, potem przebijamy się na północny brzeg do plaży Anakena, a stamtąd już przez środek wyspy, jedyną asfaltową drogą prosto do Hanga Roa. Można też odbić przed Hanga Roa żeby zobaczyć jedyne moai ustawione twarzą do oceanu, tzw. 7 Polinezyjczyków.

 

Wyspa Wielkanocna: mapa wyspy                                                  ©restaurantauboutdumonde.com

 

Pojechaliśmy więc miastem aż do lotniska i wyjechaliśmy na nieutwardzoną drogę, która miała nas już prowadzić tylko w jedną stronę. Pogoda zmieniała się non-stop, to znaczy padało co jakieś 10 minut, a droga zamieniała się momentalnie w błotnisty szlak. Nasz samochód radził sobie z tymi warunkami całkiem dobrze ale po wyjściu na zewnątrz, wiatr dokładał swoje i choć ciągle świeciło słońce, to jednak w pogotowiu cały czas mieliśmy cieplejsze rzeczy.

 

Wyspa Wielkanocna

 

Wychodziliśmy z auta dość często. Nie było prawie w ogóle ludzi. Pagórkowaty typ terenu powodował, że widzieliśmy linię brzegową rozciągniętą daleko i fale rozbijające się o klify. Oczywiście szukaliśmy moai, zaznaczonych na naszej mapce ale odnajdywaliśmy tylko szczątki lub jakieś takie poprzewracane.

 

Wyspa Wielkanocna

 

Turystów bardzo mało, spotkaliśmy jakąś rodzinkę, z gościem, który ciągle mówił do kamery, jakieś pojedyncze jeepy, i grupkę oprowadzaną przez jakąś miejscową przewodniczkę. Często wychodziliśmy z auta i szliśmy nieraz sporo czasu aż do oceanu, bo brzeg miejscami był łagodny ale generalnie nic ciekawego tam nie było. Dlatego zaczęliśmy się niecierpliwić, gdzie są te "właściwe" moai.

 

Zatrzymywaliśmy się jeszcze kilkakrotnie. Zostawialiśmy auto przy drodze i szliśmy nad brzeg. Czasem sami wybieraliśmy miejsce, a czasem były oznaczenia kierujące nas do atrakcji. Nie zawsze był warto tam iść, bo ogólnie mówiąc, ta część wyspy jest bardzo surowa i atrakcji turystycznych jako takich, prawie wcale nie ma. No, chyba że kogoś naprawdę interesują oryginalne poprzewracane moai. Oprócz nich, tylko kamienie, skały i rozbijające się o nie fale. No i oczywiście porywisty wiatr.

 

Wyspa Wielkanocna: Moai

 

Zobaczyliśmy je w oddali gdy skręcaliśmy do parku narodowego Rano Raraku. Przy zjeździe zauważyliśmy platformę Tongariki z 15 wielkimi Moai. Wtedy poczuliśmy gdzie jesteśmy. Jednak w pierwszej kolejności musieliśmy zajechać do Rano Raraku. To właśnie tutaj ( i w Orongo) potrzebny jest bilet, który kupiliśmy taniej na lotnisku.

 

Wyspa Wielkanocna: bilet wstępu do parków narodowych

 

Krater Rano Raraku posiada największy zbiór moai na wyspie. Obecnie jest ich tam 397 choć większość z nich to rozpoczęte rzeźby w blokach skalnych lub wiele stojących ze swym korpusem zakopanym w ziemi. Znajduje się też tam największa niedokończona rzeźba moai o wysokości 21 metrów. Przez 500 lat miejsce to było eksploatowanym kamieniołomem gdzie wytworzono niemal wszystkie (900) posągi moai. Około 100 znaleźć można jako porzucone podczas transportu z kamieniołomu do platform znajdujących się wzdłuż całego wybrzeża Rapa Nui.

 

Zaparkowaliśmy nasze auto na parkingu i weszliśmy na teren parku. Sprawdzono nam bilety i mogliśmy przechadzać się oznakowanymi ścieżkami pomiędzy wieloma moai. Niestety trafiliśmy akurat na nasze gimnazjum, które przyleciało tutaj z nami. Jak to z dziećmi, dużo krzyku, jakiś mądry pan, który cierpliwie opowiadał historię wyspy i moai i wielu mało zainteresowanych tą lekcją.

 

Musieliśmy cierpliwie odczekiwać kiedy się przemieszczą dalej żebyśmy mogli na spokojnie sobie pooglądać te rzeźby. Innych turystów nie było zbyt wielu więc zwiedzało się miło. Akurat wtedy pogoda była ładna, świeciło słońce i mogliśmy sobie spacerować. Widoki bardzo ładne, teren na podwyższeniu więc widać oczywiście więcej. Spędziliśmy tam prawie dwie godziny.

 

Wyspa Wielkanocna: Rano Raraku

 

Przeszliśmy potem na drugą stronę góry żeby zobaczyć 3 małe jeziorka ze słodką wodą. Tam też było kilka moai. Tam też się zmieniła pogoda i zaświeciło słońce, wiatr przycichł. Niwielu turystów tam spotkaliśmy.

 

Wyspa Wielkanocna: Rano Raraku

 

Wreszcie mogliśmy opuścić park i udać się w kierunku 15 moai widzianych przed wjazdem do Rano Raraku. Zresztą były widoczne z samego parku. Ścieżki prowadziły wokół całego wzgórza i bo obejściu kamieniołomu z tym niedokończonym olbrzymem, był jakby punkt widokowy, z którego też doskonale było widać dumnie i tajemniczo stojących 15 moai. Łatwo można sobie wyobrazić, co czuli przepływający obok wyspy ludzie, setki lat temu, którzy nie mieli pojęcia co to jest. Nawet teraz te posągi robią ogromne wrażenie, gdy się je zobaczy pierwszy raz z dużej odległości.

 

Wyspa Wielkanocna: Ahu Tongariki

 

Te 15 moai to Ahu Tongariki. Ahu to platforma, na której stoją te ogromne posągi. Tongariki jest największą platformą i posiada najcięższy moai – 86 ton. Z całej piętnastki ten jeden ma kapelusz. Cała platforma została zmieciona w 1960 roku przez tsunami i dopiero w latach 90 ubiegłego wieku, odrestaurowano je i ustawiono na nowo.

 

Kiedy tam podjechaliśmy, rozpadało się porządnie. Siedzieliśmy w samochodzie, czekając na koniec deszczu i jednocześnie zrobiliśmy sobie przerwę na lunch. Obok nas biegały konie. W ogóle tych koni jest tam strasznie dużo i ciągle trzeba uważać czy czasem nie wyskoczą na drogę. Zastanawialiśmy się cały czas czy są one dzikie, czy mają właściciela. Widzieliśmy na ich bokach wypalone znamiona więc chyba do kogoś należą.

 

Pod platformą usypana jest specjalna górka, która pozwala turystom zrobić takie zdjęcie aby obejmowało wszystkie moai. W sezonie trzeba pewnie czekać na swoją kolejkę lecz dziś mieliśmy tylko jedną grupę, która oglądała je z nami. Mogliśmy bez problemu podejść do każdego moai, choć oczywiście zabronione jest wchodzenie na platformę.

 

Wyspa Wielkanocna: Ahu Tongariki

 

Potem ruszyliśmy na drugi brzeg. Nie da się przejechać wzdłuż wybrzeża bo tam kolejny wulkan więc musieliśmy lekko skrócić drogę. Na północnym wybrzeżu mieliśmy do zobaczenia jakieś ciekawe rysunki prehistoryczne odciśnięte w skałach. Próbowaliśmy tego wypatrywać i choć się nam w sumie udało, to jednak nie warto było się tam zatrzymywać.

 

Droga stała się bardzo kiepska. Mnóstwo dziur i kamieni więc inny samochód niż z wysokim zawieszeniem nawet nie wchodzi w grę. Po drodze mijamy tylko takie łaziki, osobówki tutaj nie jeżdżą. W ogóle mało było samochodów więc nikt nam nie przeszkadzał w podziwianiu widoków na wyspie. Ustawieni byliśmy teraz w inną stronę więc i widoki się zmieniły.

 

Dotarliśmy na plażę. Rapa Nui ma niewiele plaż. Ta, na której teraz wylądowaliśmy miała gdzieś tam na swoim terenie miejsce zwane "pępkiem świata". Mówiła nam o tym Maria Claudia wczoraj, że powinniśmy je zobaczyć. To kilka owalnych kamyków ułożonych w charakterystyczny sposób. Niestety nie odnaleźliśmy go. Ogólnie stwierdziłem, że wyspa jest bardzo słabo oznaczona i trzeba samemu szukać tego wszystkiego. Basi się to podobało, że nie prowadzi się głupich turystów za rączkę do wszystkich miejsc i zostawia żeby sobie porobili zdjęcia. Tutaj trzeba samemu poszperać.

 

Wyspa Wielkanocna: plaża

 

Tak czy siak, pępka nie znaleźliśmy ale zeszliśmy ze skał na plażę, piaszczystą w dodatku. Malutka, co prawda ta plaża, ale piaszczystych plaż tam jak na lekarstwo. Nie było co robić za bardzo, bo pogoda absolutnie nie nadawała się nawet na zdjęcie kurtki więc powoli wracaliśmy na skały, wspinając się po nich.

 

Kolejna porcja wertepów bo droga znowu się zrobiła niemożliwie dziurawa. Przed nami chyba najładniejsze miejsce na całej wyspie: plaża Anakena, która jest położona na północno - wschodnim wybrzeżu. Podobno to tutaj właśnie przybyli pierwsi Polinezyjczycy jak również pierwsi Europejczycy, w tym dwaj najsłynniejsi jeśli chodzi o Rapa Nui: "odkrywca" tej wyspy Holender Jacob Roggeveen i Anglik kapitan James Cook w wieku XVIII. Anakena to miejsce, gdzie znajdują się dwie platformy. Nau Nau to siedem moai, cztery z nich mają kapelusze wykonane z czerwonej skały wulkanicznej. Ponoć oczy posągów nie były puste, lecz wypełnione były białym koralem z czerwoną tęczówką oka wykonaną z kamienia wulkanicznego. Taki jeden egzemplarz gdzieś na wyspie się ostał i mieliśmy go później zobaczyć. Nie było go jednak na tej plaży.

 

Znalezienie miejsca na parkowanie zajęło nam trochę czasu. Wjechaliśmy na klif, koło którego był jakiś lasek, a w nim kempingowicze. Przeszliśmy kawałek dalej i zobaczyliśmy bardzo ładną plażę. Wreszcie trochę egzotyki, żółty piasek, palmy i całkiem szeroka plaża. Pogoda może nie plażowa ale było kilkoro śmiałków, którzy twardo opalali się. W oceanie jednak nie widziałem odważnych.

 

Wyspa Wielkanocna: Anakena

 

Sporą frekwencję zrobiło gimnazjum, które znów weszło nam w drogę. Na szczęście akurat się zbierali więc plaża powoli pustoszała. Kilkadziesiąt metrów dalej ujrzeliśmy kolejną platformę i na niej 5 moai. Wraz z tłem i krajobrazem tego miejsca, to chyba najładniejsze miejsce na całej wyspie.

 

Idąc w kierunku platformy, spotkaliśmy naszych znajomych couchsurferów. Zrobili sobie przerwę w objeździe wyspy i zamierzali tutaj nocować. Aktualnie odpoczywali, a Felipe nawet próbował snorkelować, choć woda była bardzo zimna, jak mówił.

 

Przeszliśmy dalej pod platformę. Słońce padało z innej strony o tej porze, trochę niekorzystnie jeśli chodzi o zdjęcia ale i tak miejsce nas urzekło. Spacerowaliśmy sobie powolutku po plaży, nie spieszyło się nam w ogóle. Oprócz moai, obserwowaliśmy też ciekawą florę. Była też łódka wyniesiona na brzeg i kilku fotografów czekających na odpowiedni moment aby zrobić pocztówkowe zdjęcie.

 

Wyspa Wielkanocna: Anakena

 

Wróciliśmy na klif, do naszego samochodu i skierowaliśmy się na "autostradę" czyli jedyną asfaltową drogę, o długości 18 km, która przecina wyspę na pół. Tutaj zapewne młodzi mogą sobie poszaleć na swoich motorach, bo gdzie indziej nie ma w ogóle możliwości aby jechać więcej niż 50km/h. Tutaj i 80 można jechać. Jednak my zatrzymywaliśmy się żeby pooglądać wyspę, bo będąc na środku, byliśmy dość wysoko skąd roztaczał się ciekawy widok.

 

Wyspa Wielkanocna

 

Teraz chcieliśmy dotrzeć do jeszcze jednej platformy, tej z 7 Polinezyjczykami zwanej Ahu Akivi. To jedyne posągi skierowane twarzami do oceanu, w kierunku Polinezji, skąd przypłynęli potomkowie budowniczych moai. Dlatego patrzą z utęsknieniem w kierunku swojej ojczyzny. Innym ciekawym aspektem tej platformy jest, że te siedem moai patrzących w morze, stoi twarzą do słońca wschodzącego w dniach równonocy. Fakt ten sugeruje astrologiczne znaczenie tego miejsca.

 

Dojazd do nich był kiepski, sporo wertepów ale gdy je znaleźliśmy, akurat pięknie się wypogodziło i wiatr się uspokoił. Mieliśmy idealne warunki na robienie zdjęć. Zapewne dlatego też spotkaliśmy kilku innych fotografów, którzy wyglądali profesjonalnie, patrząc na ich sprzęt. Aż wstyd było podchodzić z naszym aparatem do nich z prośbą o zdjęcie.

 

Wyspa Wielkanocna: 7 Polinezyjczyków

 

Fajne było to miejsce, takie spokojne, ciche z dala od skupisk ludzkich, nie było turystów i dodatkowo ta piękna pogoda. Mogliśmy kolejny raz się nie spieszyć, tylko delektować tym miejscem. Ale czas był nieubłagany i musieliśmy ruszać bo jeszcze jedną moai chcieliśmy zobaczyć – tę z oczami zwaną te Ahu Ko Te Riku.

 

Jednak drogi w rejonie, do którego chcieliśmy się przebić były w tak katastrofalnym stanie, że naprawdę momentami baliśmy się, że nasz jeep się przewróci. Chybotał i kolebał się na wszystkie strony, dodatkowo zrobiło się ciemno kiedy dotarliśmy do brzegu. Zaczęliśmy poszukiwania moai i dość szybko je zauważyliśmy. Z tej strony brzegu było kilka platform i dziwiliśmy się, że przychodząc niedaleko stąd z Marią Claudią pierwszego wieczoru, nie zauważyliśmy ich. Teraz też już było ciemno ale przez to, posąg zrobił się jeszcze bardziej ciekawy.

 

Wyspa Wielkanocna: Te Ahu Ko Te Riku

 

Zobaczyć to jedno, dojechać po ciemku to drugie dlatego trochę się zamotaliśmy w tym rejonie. Musiałem wjechać komuś na plac żeby móc wycofać i nawrócić. Postanowiliśmy, że przyjdziemy tutaj następnego dnia, bo było dość blisko jak się okazało, wystarczyło przejść za cmentarz, o którym wspominała nam Maria Claudia.

 

Teraz już mogliśmy wracać do domu. Musieliśmy tego dokonać w kompletnych ciemnościach. Dziś mamy nocować sami, bo Felipe i Luiza nocują poza domem więc będziemy musieli jakoś męczyć się z Marią Claudią po hiszpańsku, bo gdy był Felipe to on był naszym tłumaczem.

 

Na kolację mieliśmy robić spaghetti z rzeczy zakupionych w Santiago. Denerwowaliśmy się, że wszystko w tej kuchni było takie brudne ale jakoś udało się nam doprowadzić do porządku kilka niezbędnych naczyń. Z grzeczności zaproponowałem Marii Claudii podzielenie się naszą kolacją i chętnie się zgodziła. Przygotowywałem więc 3 porcje kiedy Basia poszła się kąpać. Musiałem coś pokonwersować z naszą gospodynią ale na szczęście nie były to jakieś skomplikowane rozmowy, a ja byłem trochę zajęty pilnowaniem kuchni.

 

No ale kiedy zasiedliśmy do jedzenia, musieliśmy coś rozmawiać z Marią Claudią więc opowiadaliśmy jej co widzieliśmy i jak nam minął dzień. Na szczęście była już Basia więc szło nam wspólnie lepiej. Maria Claudia śmiała się ze mnie, że jestem Basi słownikiem, bo istotnie to Basia była główną rozmawiającą, a ja jej podpowiadałem słówka, których w danym momencie zapominała. W ten sposób wspólnie się uzupełnialiśmy i pchaliśmy ten ciężki wózek przed siebie.

 

Po kolacji, pozmywaliśmy po sobie i mogliśmy przygotować się do snu. Co prawda mieliśmy dwa wolne łóżka ale stwierdziliśmy, że już będziemy spać razem. Mimo, że łóżko nie było jakieś bardzo szerokie to jednak nie spało się nam źle.

 

Dzień 7: Wyspa Wielkanocna = 50km

 

Dzień 7:  = 50km

 

 

Dzień 8 - 24 lipca 2012 – wtorek

 

KULT PTAKA

 

W nocy rozpętała się burza. Poprzedniego dnia też padało ale Luiza nas zapewniła, że ranek zawsze rozpoczyna się od deszczu. Maria Claudia też wspominała, że pogoda zmienia się co 10 minut i co z 100 metrów więc trzeba być ciągle przygotowanym na zmiany.

 

Zastanawialiśmy się jak sobie poradzili Felipe i Luiza w swoim małym namiocie na takim wygwizdowie. Temperatura była raptem około 12-15 stopni do tego wiatr i deszcz więc nie było zbyt ciekawie. Domek, w którym my mieszkaliśmy ledwie stał, bo był zrobiony z kartonu, a co dopiero taki namiocik. Ale rzeczywiście wypogodziło się i dla nas to oczywiście też dobra wiadomość, gdyż dzisiejszy dzień mieliśmy zaplanowany na wspinaczkę do drugiego parku narodowego – Orongo.

 

Orongo to dawne centrum obrzędowe na południowo-zachodnim cyplu Wyspy Wielkanocnej. Położone jest na krawędzi krateru wulkanu Rano Kau, w pobliżu klifu morskiego o wysokości 250 m. W przeszłości Orongo stanowiło centrum kultu tangata manu. Tangata manu ("człowiek-ptak") to tytuł zwycięzcy w rytualnych zawodach odbywanych do końca XIX w, polegających na zdobyciu pierwszego w danym roku lęgowym jaja pewnej rybitwy. Przedstawiciele poszczególnych klanów, wyłonieni na podstawie proroczych snów wieszczów, musieli przepłynąć wpław z Wyspy Wielkanocnej na pobliską wysepkę Motu Nui, wyjąć jajo z gniazda, popłynąć z powrotem na Wyspę Wielkanocną, wspiąć się na szczyt 250m klifu, dobiec do Orongo i wręczyć jajo prowadzącemu uroczystości. Zwycięstwo dawało klanowi wyłączność zbierania jaj i piskląt z Motu Nui przez cały rok. Wyścig był bardzo niebezpieczny. Wielu z uczestników ginęło w trakcie zawodów, z powodu ataków rekinów, utonięcia lub upadku z klifu.

 

Zwyczaj ten miał znaczenie religijne, obrzędów dokonywano na cześć boga-stwórcy Make-Make. Zostały one zakazane przez misjonarzy w drugiej połowie XIX w. Ostatnie zawody odbyły się w 1888 roku. Kamienne domy, w których przez tydzień mieszkali uczestnicy zawodów zostały odrestaurowane w roku 1974 przez amerykańskiego archeologa Williama Mulloya.

 

Byliśmy z Basią przygotowani na tę historię, bowiem oglądaliśmy film Kevina Costnera Rapa Nui, w którym było to dokładnie przedstawione. Co prawda film został bardzo skrytykowany przez Marię Claudię, gdy przechodziliśmy obok kina. Tam ten film jest pokazywany non-stop.

 

Luiza była bardzo zawiedziona tym miejscem, do którego się udawaliśmy. Powiedziała nam, że nuda i naprawdę nie warto tam iść, bo tylko bardzo wieje. Te odrestaurowane domki, to nic specjalnego i ogólnie była rozczarowana.

 

Jednak nas to nie zniechęciło, bo i tak bilety mieliśmy już zakupione, a poza tym chcieliśmy to zobaczyć i dlatego w spokoju przygotowywaliśmy się do wycieczki na klif. Chcieliśmy iść pieszo żeby trochę się powspinać, jednak ta pogoda nie była naszym sprzymierzeńcem. Najpierw jednak musiałem szybko oddać samochód. Maria Claudia wyjeżdżała do pracy koło 8.00 więc już jej nie było kiedy się zbieraliśmy.

 

Samochód kazała mi poprzedniej nocy zaparkować na podwórku, a nie na ulicy jak chciałem. Teraz musiałem ostrożnie wyjechać i najpierw jechać na stację benzynową, a potem oddać auto i wrócić pieszo. Deszcz nadal padał, zaciągnięte były ciężkie chmury, ale nie było wyjścia, musiałem ruszać żeby nie skasowali nas za kolejną dobę.

 

Gra toczyła się o minuty, bo było już naprawdę późno, a na stacji jak na złość kolejka. Zatankowałem dosłownie kilka litrów, bo przecież nie wyjeździliśmy za dużo tego paliwa, zapłaciłem chyba 7000 peso i mogłem auto odstawić do wypożyczalni. Gdzieś w połowie drogi powrotnej do domu, zaczęło się przejaśniać i na niebie pojawiła się piękna i wyraźna tęcza. Zaczął się miły dzień.

 

Wróciłem po Basię, dopakowaliśmy się, Basia zrobiła zapasy żywnościowe i mogliśmy ruszać do Orongo. Oczywiście musieliśmy przejść znów przez miasto. Potem kierowaliśmy się w stronę lotniska. Tam obok lotniska znaleźliśmy różę wiatrów z zaznaczonymi odległościami do poszczególnych miejsc na ziemi. Skoro 14,570 do Berlina to prawie 15,000 km do domu. Kawał drogi.

 

Wyspa Wielkanocna

 

Trzeba było obejść całe lotnisko, cały pas startowy żeby można było przejść na drugą stronę wyspy bo pas startowy rozciąga się na całej szerokości wyspy. Gdy już ominęliśmy go, zauważyliśmy strzałkę kierującą nas w górę do Orongo, choć tak naprawdę napis głosił Rano Kau. Bawiła nas ta nazwa bo od razu przechrzciliśmy ją na "rano kał". W dalszej części spaceru cały czas kierowaliśmy się tymi strzałkami.

 

Rano Kau to wygasły wulkan o wysokości 324m nad powierzchnią oceanu. W środku znajduje się jezioro, a na jego zboczu od strony oceanu umiejscowiona jest osada Orongo. Jezioro ma specyficzny mikroklimat ze słodką wodą. Specyficzne warunki są również spowodowane, że jeziorko o średnicy ponad kilometra jest osłonięte ze wszystkich stron od wiatru.

 

Nasza wędrówka w górę była dość łagodna. Teren podnosił się stopniowo ale przez pierwszą część nie widać było niczego za nami, bo szliśmy przez gęsty las. Nie jest to jakiś wysoki las. Wśród drzew można dojrzeć palmy i raczej takie krzakowate drzewa niż wysokie, smukłe sosny znane z naszych europejskich lasów.

 

Wyspa Wielkanocna: Rano Kau

 

Dopiero potem odwracając się, widzieliśmy ponad koronami drzew lotnisko a za nim Hanga Roa. Przed nami jednak jeszcze sporo marszu, aby wspiąć się na sam szczyt góry. Stawaliśmy co jakiś czas żeby przyglądać się wyspie, której z każdym krokiem w górę, było widać coraz więcej.

 

Wyspa Wielkanocna: widok na Hanga Roa

 

Pogoda była wyśmienita, było mocne słońce, zero wiatru i szło się nam bardzo przyjemnie. Co dziwne nie spotkaliśmy ani jednej osoby zarówno wchodzącej z nami, jak i schodzącej. Była cisza i można było usłyszeć tylko szum lekkiego wiatru.

 

Ale po drodze, gdzieś mniej więcej w połowie trasy, spotkaliśmy sporą grupę… krów i byczków. Pasły się na zboczu góry i gdy nas ujrzały, przestały skubać trawę i zaczęły się nam intensywnie przyglądać, muczeć, a byczki przygotowywały się do ataku. Trochę mieliśmy obawy czy uda się nam przejść i dlatego poszukałem jakiegoś drąga, którym ewentualnie mógłbym się obronić przed szarżą byków.

 

Podziałało, bo krowy usunęły się ze ścieżki i tylko odprowadziły nas wzrokiem kiedy przeszliśmy dalej w górę. Chwilę później już widać było szczyt i jakieś samochody i sylwetki ludzkie na samym wierzchołku. Za plecami już cała część wyspy z lotniskiem i Hanga Roa. Dalej oczywiście już tylko bezkresny ocean.

 

Wreszcie się wdrapaliśmy na sam szczyt. Oczom naszym ukazał się ogromny krater, z prawie pionowymi ścianami, wypełniony wodą, na której pływało coś w rodzaju rzęsy. W tej samej chwili odczuliśmy całkowitą zmianę pogody w postaci bardzo porywistego wiatru. Nie było wyjścia, trzeba się było ubrać, założyć czapkę i dopiąć kurtki. Wiało tak mocno, że aż urywało głowę. Ale widoki ładne. Obok jeszcze jedno wzniesienie skąd widać jak strome są ściany krateru, a jednocześnie widać jak na dłoni stolicę wyspy.

 

Wyspa Wielkanocna: Orongo

 

Po przerwie na ciepłą herbatę, ruszyliśmy granią tuż nad kraterem w kierunku Orongo. To raptem może z 200-300 metrów ale przy tym wietrze szło się dość ciężko. Przy samym wejściu, jakaś rodzinka poprosiła mnie o zdjęcie, a potem weszliśmy już do małego budynku na skraju krateru i klifu. Pokazaliśmy bilety, wpisaliśmy się w księgę gości i przy zapewnieniu, że zwiedzanie wioski potrwa około 40 minut, wyszliśmy ponownie na wiatr.

 

Przed nami przemożny Ocean Spokojny, a na nim 3 malutkie wysepki: Motu Nui (największa), Motu Iti oraz ostaniec morski Motu Kao Kao. A my staliśmy na 250m klifie, po którym najpierw schodzili, a potem się wspinali ci herosi, którzy płynęli na wyspę po jaja ptaków. Ciarki nam przeszły po plecach, bo trudno sobie wyobrazić takie zawody. To wydaje się praktycznie niemożliwe bez specjalistycznego sprzętu. Te trzy wysepki pamiętaliśmy z filmu.

 

Wyspa Wielkanocna: Orongo

 

Droga dla zwiedzających składała się z 10 stacji, opisanych w przewodniku, który dostaliśmy w punkcie kontroli biletów. Jeśli ktoś nie znał historii, to rzeczywiście mogło się to wydawać nudne, ale my byliśmy zadowoleni, że tu dotarliśmy.

 

Główną atrakcją są domki, w których mieszkali zawodnicy i wodzowie podczas tego uroczystego okresu. Zwrócić trzeba uwagę na małe wejścia do tych kamiennych domków, które są ulokowane na poziomie gruntu i aby tam wejść trzeba było się po prostu wczołgać do środka. Domki zostały odrestaurowane, choć jeden pozostawiono w oryginalnym stanie. Obecnie to kupa gruzu.

 

Wyspa Wielkanocna: Orongo

 

Przeszliśmy całą trasę praktycznie sami. W pewnym miejscu staliśmy w "przeciągu", bo z jednej strony gigantyczny ocean, od którego wiało straszliwie, a od drugiej strony potężny krater. Niesamowite miejsce.

 

Gdy już schodziliśmy, nad oceanem z jednej chmury padał deszcz. Widok ciekawy, kiedy woda z oceanu jakby łączy się z chmurami, a obok jak gdyby nic, świeci słońce i inne chmury są nieszkodliwe. Ale to tylko pozory, bo kiedy się odwróciliśmy i skierowaliśmy się do wyjścia, zauważyliśmy taką samą panoramę nad tą częścią wyspy, do której teraz zmierzaliśmy. Krótko mówiąc obserwowaliśmy jak potężna ulewa zmywa pas startowy lotniska i opłukuje miasteczko Hanga Roa.

 

Zastanawialiśmy się, czy nas dopadnie ta pompa ale na razie mogliśmy tylko obserwować jak strugi deszczu rozbijają się o płytę lotniska i tekturowe domki w dole. Szliśmy sobie w dół, drogą, którą można przyjechać gdy ma się samochód. Nie zdecydowaliśmy się na marsz przez łąki i las, tak jak wchodziliśmy.

 

Wyspa Wielkanocna: ulewa nad Hanga Roa

 

Gdy minął nas ostatni samochód jaki był na górze, zrozumieliśmy, że chyba zbyt pochopnie postąpiliśmy nie próbując go zatrzymać gdyż na naszych twarzach zaczęły pojawiać się krople deszczu. Jeśli ta ulewa dotrze do nas, nic z nas nie zostanie, bo nie mieliśmy żadnych szans na jakieś schronienie. Czy "żółwie" nas dopadną? O co chodzi z "żółwiami?" Basia w kółko powtarzała te "żółwie", bo tak brzmiała wymowa słowa "deszcz" po hiszpańsku na wyspie. W Polsce uczyli nas, że jest to "lluvia" /jubia/, a tu słyszymy "żuvia", co przechrzciliśmy na "żółwia". I teraz kiedy zbliżał się deszcz, mówiliśmy, że "żółwie atakują".

 

Niestety "żółwi" było coraz więcej, wiatr też się wzmagał, nad nami niebo zrobiło się prawie czarne i w pewnym momencie wpadliśmy pod ten deszcz. Momentalnie byliśmy przemoczeni do suchej nitki. To było tak intensywne jakby ktoś wylał nam na głowę wiadro wody. Krople formowały strugi tak obfite, że praktycznie nic nie widzieliśmy jak tylko ścianę wody. Dodatkowo wiatr powodował, że nic nie słyszeliśmy.

 

Szliśmy dalej w tej ulewie, po grząskiej drodze, brodząc w błocie i czekając kiedy przestanie lać. W pewnej chwili usłyszałem nadjeżdżający samochód. Nie wiedziałem skąd się on tam wziął ale kierowca mijając nas, wytężonym wzrokiem pytał nas czy ma się zatrzymać. Skinąłem mu, że owszem, potrzebujemy tego auta i on wtedy się zatrzymał.

 

Byli to dwaj młodzi miejscowi, którzy w odpowiedzi na naszą odpowiedź skąd jesteśmy, przywitali się po... holendersku. Jak zwykle to samo. Mylenie Polski i Holandii jest dla mnie jakimś kuriozum. Co prawda można się przesłyszeć i zamiast "Poland" usłyszeć "Holland" ale Holendrzy raczej przedstawiają się jako "the Netherlands", przymiotnik brzmi "Dutch" gdy dla Polaków jest to "Polish". Nie ujmując nic Holendrom, jest ich dwa razy mniej niż nas i są kilka razy mniejszym krajem. No ale jak widać, podróżują chyba po świecie więcej niż Polacy, stąd taka ich popularność. No i mają lepszych piłkarzy.

 

Samochód był zagracony ale mimo wszystko głupio było wchodzić w takim stanie do tego auta. Najgorsze były buty z podczepionym co najmniej kilogramem błota do podeszwy. Nie było szans nie wybrudzić im tapicerki ale jakoś się tym w ogóle nie przejmowali. A my byliśmy zadowoleni tym bardziej, że zjeżdżając z góry, zaoszczędziliśmy naprawdę sporo czasu. Dopiero wtedy spostrzegliśmy jak daleko było do miasta. Po drodze współczuliśmy tym, którzy szli, bądź jechali na rowerze pod górę. Nie wiedzieli co ich czeka za kolejnymi zakrętami, bo u podnóża góry, na początku drogi i w mieście już była piękna pogoda.

 

Chłopaki wysadzili nas w samym centrum. To dobrze się składało bo chcieliśmy wybrać trochę gotówki z bankomatu. Podobno są dwa i pierwszego dnia Maria Claudia pokazywała nam gdzie jest jeden z nich ale nie mogliśmy go znaleźć. Zeszliśmy na dół, aż do samego brzegu ale nic nie znaleźliśmy. Nie było wyjścia i trzeba było się kogoś spytać. I tutaj nastąpiła moja kompromitacja, bo zamiast sprawdzić w rozmówkach, które przecież zawsze mieliśmy przy sobie, przykozaczyłem i wypaliłem do pewnego gościa: "Perdone, donde hay una dinero machina?". Facet zrobił oczy jak 5 złotych i stwierdził, że nie wie o co mi chodzi. Dopiero potem zorientowaliśmy się, że nie mógł tego zrozumieć bo bankomat to "cajero automatico" a nie jakieś "dinero machina". Zonk, że aż wstyd.

 

Nie dowiedziawszy się konkretnie nic, znów ruszyliśmy pod górę szukając bankomatu. Udało się nam go znaleźć ale niestety był nieczynny. Wiedzieliśmy, że jest jeszcze jeden ale trzeba było go teraz odszukać. Zauważyliśmy biuro informacji turystycznej więc powinni nam pomóc. Wysłałem Basię na rekonesans. Wyszła razem z grubym gościem, z którym bardzo ciężko nam szło dogadywanie się. On cały czas wskazywał nam na ten, który by zepsuty, a my mu ciągle próbowaliśmy to wytłumaczyć. Jakoś nie docierało to do niego. Wreszcie zapytaliśmy go, czy na stacji benzynowej jest bankomat i stwierdził, że jest. Mogliśmy go pożegnać. Raczej nieodpowiedni człowiek na tym miejscu. Strasznie chaotyczny był.

 

Po dotarciu na stację, na której już rano byłem, znaleźliśmy bankomat w sklepie samoobsługowym. Przy okazji wybrania 30,000 peso, kupiliśmy sobie po piwie. Jedno miejscowe, a drugie importowane z Tahiti. Jak zwykle przed naszymi wyjazdami zostaliśmy poproszeni o zbieranie etykiet z egzotycznych piw. Najśmieszniejsze jest to, że nawet nie znamy człowieka, któremu zbieramy te etykiety. Nie mniej jednak, zakupiliśmy te piwa, przepłacając okrutnie bo jedno kosztowało ponad 2,000 peso, a buteleczka była ledwie 0.33l.

 

Byliśmy już głodni i dlatego też potrzebowaliśmy pieniędzy żeby coś sobie kupić. Postanowiliśmy skorzystać z sugestii Marii Claudii jeśli chodzi o wybór restauracji. Wskazała nam pomarańczowy domek na dole miasta, koło stadionu i tam też się udaliśmy. Oboje mieliśmy ochotę spróbować miejscową rybę, bo przecież tego tutaj chyba nie brakuje.

 

Po dotarciu tam, zaczęliśmy się zastanawiać co oznaczają nazwy poszczególnych potraw i tłumaczyliśmy je ze słowniczkiem z naszych rozmówek. W tym momencie włączyła się do rozmowy, pani zza lady i spytała po angielsku czy może nam w czymś pomóc. W ten sposób wybraliśmy sobie zestawy z rybą oraz świeżo wyciskany sok z papai i mango. Spory kufel świeżego soku był pyszny ale ryba to istna rewelacja. Spore porcje na dodatek więc po tym posiłku na pewno nie powinniśmy narzekać na głód przez kilka kolejnych godzin.

 

Wyspa Wielkanocna: tuńczyk

 

W czasie kiedy czekaliśmy i jedliśmy sobie nasz obiad, pogoda zmieniała się kilka razy, tzn. padało kilka razy. My obserwowaliśmy sobie spokojny ocean, statki zacumowane gdzieś w oddali i nasz pierwszy moai, stojący tuż przy brzegu. Widać też było kilka pagórków, jeden z 3 krzyżami ale ponoć to nie najwyższy punkt wyspy. Ten chcieliśmy zdobyć, bo podobno jest to miejsce skąd roztacza się widok 360º. Niestety dojazd tam plus wspinaczka jest bardzo czasochłonna i nie mieliśmy szans żeby tego dokonać. Przydałby się jeszcze jeden dzień.

 

Tymczasem po skończonym obiedzie przeszliśmy obok wspomnianego moai i weszliśmy na teren portu. Duże statki nie mogą wchodzić do niego, dlatego małe łódki transportują rzeczy z zacumowanych w oddali statków. W tym miejscu też znajdują się liczne szkoły dla nurków ale o tej porze raczej mają zastój. Co ciekawe jednak, w małej zatoczce widzieliśmy sporo surferów, którzy próbowali łapać fale. Byli to głównie jacyś nastolatkowie.

 

Przeszliśmy dalej, wzdłuż brzegu do miejsca gdzie doszliśmy za pierwszym razem z Marią Claudią. Mały brodzik pośród kilku drzew, gdzie podobno czasem można spotkać żółwie morskie. Jednak nam nie dopisało szczęście. Idąc dalej, minęliśmy cmentarz a potem wyszliśmy na ogromną polanę gdzie widać było kilka platform ze stojącymi moai, w tym z tym jedynym z dorobionymi oczami. Były też kopie, na które można było wchodzić, bo te prawdziwe są otoczone oznaczeniami zabraniającymi podchodzenia.

 

Wyspa Wielkanocna: kopia Moai

 

Pogoda się zmieniała, generalnie coraz częściej padało, wiatr był chłodny ale też przebijało się słońce. W pewnym momencie pojawiła się ogromna tęcza. My chcieliśmy sobie gdzieś usiąść i wypić nasze browary ale nie było nigdzie odpowiedniego miejsca. Spotykaliśmy na dole, na kamienistych plażach miejscowych zbierających jakieś owoce morza. Łapali je i wrzucali do wiader. Jak widać, ocean żywi miejscowych nadal.

 

Wyspa Wielkanocna

 

Spotkaliśmy też wczorajszego fotografa, który czekał na zachód słońca, bowiem znajdowaliśmy się na zachodnim brzegu, a słońce powoli przygotowywało się do zejścia poniżej linii horyzontu. Ta część wyspy jest dość rozległą polaną, na której rzucają się w oczy platformy z moai, jedyne wyższe obiekty. Przez to strasznie tam wiało i było to dla nas bardzo uciążliwe. Ponieważ brzeg jest tu dość wysoki, aby zejść nad samą wodę, trzeba bardzo ostrożnie schodzić po ogromnych głazach i pilnować żeby nie spaść z bardzo stromego zbocza. Po analizie topograficznej w końcu zdecydowaliśmy przejść przez skały i zejść poniżej gruntu, gdzie znalazłem jaskinię, w której mogliśmy się schować przed deszczem, a przede wszystkim przed wiatrem. Za skałami, poniżej na klifie, była zupełna cisza a słońce oblewało ten brzeg zachodzącymi promieniami, które dały nam ukojenie. Mogliśmy więc sobie usiąść i patrząc w niekończący się ocean, otworzyć nasze piwa.

 

Wyspa Wielkanocna

 

Dwa razy zaczęło padać, ale szybko weszliśmy do pieczary, która chroniła zupełnie od wiatru i deszczu i byliśmy bezpieczni. Deszcz mijał tak szybko jak przychodził i znów mogliśmy się cieszyć słońcem. W pewnej chwili zauważyliśmy dwie łodzie i wiosłujących miejscowych. Wyglądało jakby przygotowywali się do jakichś zawodów.

 

Kiedy zaczęło się ściemniać i słońce na dobre się z nami pożegnało, mogliśmy wracać do domu. Przeszliśmy całe miasteczko aż na ostatniej prostej prowadzącej do naszego zielonego domu, zatrzymał się nagle samochód obok nas i ktoś do nas coś zaczął mówić. Byliśmy zajęci rozmową między sobą więc bardzo się zaskoczyliśmy kiedy ktoś z samochodu coś do nas zaczął mówić. Szybko okazało się, że to Felipe i Luiza, którzy widząc nas idących do domu, zawrócili żeby nas zapytać czy dokładamy się do produktów na pizzę i kupujemy jakiś alkohol, bo dziś wieczorem mają zjawić się goście u nas w domu. Oczywiście zgodziliśmy się na ten układ i wskoczyliśmy do ich samochodu.

 

Podjechaliśmy do supermarketu, lub raczej minimarketu i dokupiliśmy kilka składników na pizzę plus jakieś wina. Kupiliśmy też kilka piw i wyszło po 4,000 na głowę. Zapakowaliśmy zakupy i wróciliśmy do domu.

 

Maria Claudia przygotowywała pizzę, bo mieli zjawić się goście. Gośćmi mieli być inni couchsurfingowcy, których podobno na całej wyspie jest 5 sztuk. Miał przyjść niepisany szef społeczności – Robert oraz mieszkająca od 15 lat na wyspie Lilly. Robert pisał do mnie jeszcze przed przyjazdem choć nie chciał nas przyjąć do siebie. Gdy się zjawił u Marii Claudii, stwierdził, że nas kojarzy bo do niego pisaliśmy. Mijał się z prawdą ale nie prostowałem tego, bo w sumie nie miało to znaczenia. Wyjaśniło się też dlaczego nas nie chciał przyjąć – mieliśmy 0 referencji.

 

Ogólnie ten Robert nie za bardzo przypadł mi do gustu. Wkręcony w couchsurfing ale raczej kolekcjonował referencje bo z dumą ogłosił, że pyknęła mu stówka. Z zachowania lekko dupowaty choć sprawiał wrażenie miłego. Lilly to trochę starsza kobieta i widać, że podobnie jak Maria Claudia, bawi się tym couchsurfingiem. Mieszka tu już tak długo, że chyba dzięki temu ma jakiś kontakt ze światem.

 

Lilly spóźniła się trochę ale i tak zdążyła na pizzę. Wszyscy zjedliśmy ją dość szybko, popijaliśmy wino i po kąpieli włożyłem świeżą bluzę od dresu. Chwilę później dupowaty Robert wylał wino, prosto na moją bluzę. Wszyscy zaczęli prześcigać się w pomysłach jak nie dopuścić do zafarbowania i padło na pomysł Luizy, która kazała posypać plamę solą.

 

Zdarzenie miało miejsce podczas gry w "Uno", którą zaproponowała Maria Claudia. Przy okazji gry, prowadziliśmy ożywione dyskusje na najróżniejsze tematy, głównie o życiu na wyspie. Chilijczycy rozmawiali po hiszpańsku, my z Luizą po angielsku, Felipe łączył te dwa światy, choć zarówno Robert jak i Lilly mówili po angielsku, a co najśmieszniejsze okazało się, że Maria Claudia rozumie sporo, tylko nie mówi. Ale jak trzeba to i się odezwie.

 

Wyspa Wielkanocna: couchsurfing

 

Ogólnie było wesoło i przyjemnie. Dowiedzieliśmy się sporo szczegółów, nie tylko o wyspie ale również o Ameryce. Opowiadaliśmy oczywiście też o Polsce, bo dla nich to bardzo egzotyczny kraj i nigdy nie spotkali naszych rodaków. Siedzieliśmy tak aż do północy. Robert namawiał nas abyśmy jutro uczestniczyli w akcji sadzenia drzew, którą on koordynuje. Jak wiadomo, drzewa na wyspie zostały wytrzebione prawdopodobnie do transportu moai jak się przypuszcza i dlatego teraz trzeba je sadzić. Nikomu jednak nie chciało się wstawać tak wcześnie. Mieliśmy inne plany na ten dzień.

 

Kiedy Robert i Lilly poszli, Maria Claudia wyciągnęła strój ludowy z wyspy i kazała się dziewczynom przebrać. Basia skorzystała z okazji i wystąpiła w piórach niczym rodowita Rapa Nui, Luiza zrezygnowała argumentując mniejszym rozmiarem pewnych części ciała.

 

Ostatecznie cała impreza skończyła się o 1.30. Rozeszliśmy się do pokojów, Luiza i Felipe wrócili na swoje łóżko. Maria Claudia miała najgorzej, bo musiała jutro wstać do pracy. My mogliśmy pospać choć mieliśmy zaplanowaną wizytę w mieście. No i trzeba było się spakować. Jutro wylatujemy do Limy.

 

 

Dzień 8: Wyspa Wielkanocna: Hanga Roa – Orongo – Hanga Roa = 18km

 

Dzień 8: = 18km

 

 

Dzień 9 - 25 lipca 2012 – środa

 

STREFA LEPSZYCH CEN?

 

Wstajemy później niż normalnie. Śniadanie o 10.00, a potem zgodnie z planem idziemy sobie do miasta. Chcieliśmy iść na internet, bo widzieliśmy kartkę w bibliotece, że dla obcokrajowców jest darmowy. Chcieliśmy też specjalne pieczątki do paszportu, które wbijają za darmo na poczcie. Taki sam plan mieli Felipe i Luiza ale od rana ona strasznie źle się czuła. Nie mówiła nam dokładnie o co chodzi ale nie była w stanie nawet chodzić i ciągle się pokładała. Mówiła jednak, że wszystko pod kontrolą, ma swoje leki więc potem już nie martwiliśmy się nią zbytnio.

 

Pieczątkę na poczcie dostaliśmy od razu.

 

Wyspa Wielkanocna: stempel pocztowy

 

Z internetem gorzej, bo w bibliotece po ostatniej burzy, coś nie działało i po chwili oczekiwania, pani poprosiła nas żebyśmy przyszli za pół godziny. Jakiś technik próbował naprawić problem. Pani oddała nam nasze paszporty, bo trzeba było okazać je na wstępie i postanowiliśmy w tej przerwie poszukać kartek do wysłania.

 

Kupiliśmy te kartki, bez naciągania ze strony sprzedających i wróciliśmy na pocztę je wysłać. Potem z powrotem do biblioteki ale nadal net nie działał więc zdecydowaliśmy się na kafejkę internetową. Zapłaciliśmy 600 peso i sprawdziliśmy najważniejsze wiadomości. Odezwała się pewna Polka z La Paz i wstępnie się z nią umówiliśmy, choć nie mogła nam zaoferować noclegu, a tylko spacer po mieście. Nie było żadnych wiadomości od LANu więc te nocne i poranne telefony pozostały nierozwiązaną zagadką.

 

Wróciliśmy sobie spacerkiem przy dość ładnej pogodzie. Powoli żegnaliśmy się z wyspą. Praktycznie wszystko, co trzeba, zrealizowaliśmy. Jedyną rzeczą, której nie udało się nam wcielić w życie, była wizyta na najwyższym punkcie wyspy. Trochę żałowałem, że nie dało rady tego zrobić ale za dużo czasu spędziliśmy na południowym wybrzeżu gdzie praktycznie nic ciekawego nie było.

 

Będąc tuż przy domu, zatrzymaliśmy taksówkarza który jechał powoli po wertepach. Umówiliśmy się z nim na 15.15 pod domem. Nie musieliśmy więc dzwonić żeby zamówić, a przy okazji ustaliliśmy już cenę na 3,000 peso.

 

Po powrocie do domu, pozjadaliśmy jakieś resztki, które nam zostały jeszcze z kontynentu, a potem rozpoczęliśmy pakowanie. O dziwo, Maria Claudia była w domu ale miała jechać potem do pracy. Chcieliśmy się z nią pożegnać, dać jej kalendarz ale jak powiedział Felipe, miała przyjechać na lotnisko pożegnać się z nami wszystkimi. Tak się bowiem składało, że Felipe i Luiza też lecieli tym samolotem do Limy.

 

Wykorzystując chwilę i dostęp do prądu, zgrałem zdjęcia z aparatu na tableta a z tableta na pendrive'a. Lepiej na zimne dmuchać, bo przy kradzieży aparatu i tableta, pendrive raczej się ostanie. Przerzuciłem też jeszcze zdjęcia na dropboxa, do którego mam dostęp z każdego kompa na świecie.

 

Kiedy powiedzieliśmy o taksówce Felipe i Luizie, chętnie do nas dołączyli i gdy zjawił się taksiarz, ciężko było się upakować z naszymi bagażami. Ale się udało i pojechaliśmy na lotnisko. Felipe zostawił jakiś list dla Marii Claudii, my mieliśmy nadzieję, że jednak ona się zjawi na lotnisku.

 

Dojazd na lotnisko zajął 10 minut. Kolejka składała się z kilkunastu osób. Gdy przyszła nasza kolej, zorientowałem się, że w małym plecaku mam multi-toola i w ostatniej chwili wyciągnąłem go i zapakowałem do dużego plecaka. O mały włos straciłbym go, a przecież wart był naprawdę sporo.

 

W poczekalni Luiza cały czas leżała na ławce. Podniosła się dopiero kiedy zjawiła się Maria Claudia. Najpierw pożegnała się z nami. My wręczyliśmy jej nasz kalendarz i szczerze jej podziękowaliśmy za gościnę, ona wręczyła nam naszyjniki z muszelek jako pamiątkę z Wyspy Wielkanocnej. Miły gest z jej strony. Potem podeszła do Felipe i Luziy, a później ostatecznie pożegnaliśmy się. Wsiadła na swój skuter i odjechała do domu.

 

Była ładna pogoda więc wyszliśmy z terminalu na zewnątrz i za płotem obserwowaliśmy lądowanie naszego samolotu. Gdy przyleciał i wszyscy wysiedli, ruszył wózek z naszymi bagażami, a za chwilę mogliśmy już przejść osobistą i czekać na wejście na pokład w hali odlotów. Internet był tam bardzo słaby więc szybko zrezygnowałem z surfowania.

 

Wyspa Wielkanocna: lotnisko

 

Wreszcie nas wypuścili. Na schodkach do samolotu, zagadał nas facet obsługujący lotnisko. Życzył nam miłej podróży. Znaleźliśmy nasze miejsca z tyłu. Felipe i Luiza mieli swoje gdzieś zupełnie w innej części samolotu. Chwilę później opuściliśmy Wyspę Wielkanocną. Przed nami co najmniej 5 godzin lotu do Peru i kolejna zmiana czasu.

 

Zobacz video z Wyspy Wielkanocnej: VIDEO: 4/14

 

 

karta pokładowa

 

Samolot był może w połowie zapełniony. Przed nami leciał facet z matką i ciągle się wiercili i przesiadali. A to leżał, a to stał, regulował oparcie, włączał i wyłączał filmy, gry, mapy na ekranie. Za to steward, który na obsługiwał był mega grzeczny. Tak słodki jakby przedawkował nutellę. Natomiast najśmieszniejszą rzeczą była sytuacja, kiedy pod koniec lotu, przez cały samolot przeszedł... kapitan i z każdym się przywitał. Nigdy w życiu nie doświadczyłem takiej sytuacji.

 

Lądowanie odbyło się aż godzinę przed planowanym! Lotnisko w Limie, mimo że bohater wielu odcinków popularnej brytyjskiej serii "Koszmarna wyprawa" ("Banged Up Abroad") wyświetlanej na National Geographic, zrobiło na nas miłe wrażenie. Było czysto i spokojnie, bez chaosu choć musieliśmy się wracać żeby wybrać pieniądze z bankomatu, a potem rozmienić duże banknoty w banku niedaleko. Pani wbijająca pieczątki była bardzo senna i robiła to bardzo powoli. Nie zadawała żadnych pytań.

 

Lima: pieczątka wjazdowa do Peru

 

Bagaże wyrzucili razem z lotem z Kolumbii. Po odbiorze pożegnaliśmy się z Felipe i Luizą, która obiecała napisać z informacją o swoim gospodarzu z Rio, u którego ewentualnie byśmy mogli się zatrzymać. Przed nami tylko już oczekiwanie na Elmera, który obiecał nas wziąć z lotniska.

 

Żeby wyjść z lotniska, musieliśmy mieć zeskanowane bagaże więc jeszcze trochę to potrwało ale wreszcie znaleźliśmy się na zewnątrz. Mnóstwo ludzi kłębiło się z kartkami z napisanymi imionami pasażerów. Szukaliśmy swoich imion ale nie zauważyliśmy nikogo takiego, choć w pewnym momencie miałem wrażenie, że ktoś do nas macha.

 

Nie było wyjścia i musieliśmy poczekać. Nie denerwowaliśmy się zbytnio ponieważ przylecieliśmy o godzinę wcześniej więc Elmer miał szansę na dotarcie na czas. Nie było jeszcze północy. Taksówkarze nie dawali nam spokoju, a my nie wiedzieliśmy gdzie najlepiej się ustawić żeby się nie rozminąć z Elmerem.

 

Wreszcie zjawił się Elmer z kartką z naszymi imionami ale nie była nawet potrzebna, bo rozpoznał nas od razu. Był trochę speszony tym spotkaniem, bo byliśmy jego pierwszymi gośćmi. Bardzo mu zależało żebyśmy u niego się zatrzymali. Wiedzieliśmy, że jest lekarzem i nie będzie miał czasu dla nas zbyt dużo ale ucieszyliśmy się, że obiecał odebrać nas z lotniska. Lądowaliśmy bowiem tuż przed północą i wydostanie się z lotniska o tej porze nie za bardzo się nam uśmiechało. Na szczęście nie musieliśmy się już tym przejmować.

 

Przeszliśmy na parking i upchaliśmy nasze plecaki do jego małego autka. Od razu kazał zamknąć drzwi od środka i wyjaśnił, że jesteśmy w jednej z najmniej przyjemnych dzielnic Limy. Może się zdarzyć, że nawet na światłach ktoś może próbować coś zabrać z samochodu. Chwilę później sami zauważyliśmy, że po kilkupasmowej ulicy prowadzącej z lotniska, chodzą ludzie i naprawdę o wypadek nietrudno.

 

Nie jechaliśmy zbyt długo. Wjechaliśmy na strzeżone osiedle, do podziemnego parkingu i widać było, że nie mieszkają tu przypadkowi ludzie. Schludne klatki schodowe, ogrodzony teren kilku bloków, czysta winda i wreszcie mieszkanie, gdzie mieliśmy się zatrzymać. Zastanawialiśmy się czy on mieszka z rodziną ale szybko wyjaśnił nam, że jest rozwiedziony i ma dwa mieszkania. W jednym mieszka on, a drugie wynajmuje. I to właśnie tam mieliśmy przenocować dwie noce wraz z jakimiś innymi lokatorami. Ale każdy miał swój pokój i tylko kuchnia była wspólna. Nawet łazienkę mieliśmy przy swoim pokoju tak więc narzekać nie mogliśmy na nic.

 

Chwilę pogadaliśmy w kuchni i konkretyzowaliśmy plan na jutrzejszy dzień. Ustaliliśmy, że wyjdziemy razem z Elmerem, bo on musiał iść do pracy. Podrzucić miał nas na przystanek, a potem już sami mieliśmy sobie dać radę. Dostaliśmy jego numer telefonu, pokazał nam na mapie gdzie jechać i z grubsza byliśmy gotowi na podbicie Limy. Niestety nie mógł nam zaoferować pralki, na którą liczyliśmy. Co prawda zadeklarował się, że może wziąć nasze brudy do swojej matki ale nie było sensu robić zamieszania.

 

Poszliśmy spać o 1.30, a wstać mieliśmy o 7.30 więc nie mogliśmy być wyspani choć warunki zapewnił nam bardzo dobre. Szerokie łóżko, choć może było zbyt suche powietrze jak dla mnie i pachniało nowością w tym mieszkaniu tzn. jakby świeżymi tynkami, coś takiego. Poza tym, coś mi siadło na płuca kilka dni temu i noce miałem ciężkie, męczył mnie kaszel, który budził Basię. Była zła na mnie, że ją budzę ale nie mogłem nic na to poradzić.

 

Dzień 9: Wyspa Wielkanocna: nocleg – poczta – lotnisko = 6km

 

Dzień 9: Wyspa Wielkanocna - Lima = 3764km

Dzień 9: Lima: lotnisko (A) – nocleg (B) = 10km

 

Dzień 9:  = 3780km

 

 

 

Dzień 10 - 26 lipca 2012 – czwartek

 

CHAOS WŚRÓD KLAKSONÓW

 

Nie wyspaliśmy się w ogóle. Męczył mnie kaszel, Basia się wkurzała, że jej przeszkadzam, strasznie sucho było w tym pokoju. Ciężko się wstawało ale chcieliśmy się załapać na spotkanie z Elmerem żeby samemu nie kombinować z wyjściem. Dzisiaj całodzienne zwiedzanie Limy.

 

Lima to stolica i największe miasto Peru, położone nad Oceanem Spokojnym. Mieszka w nim ponad 8 milionów mieszkańców. Założone w 1535 przez Francisco Pizarro. Miasto jest głównym ośrodkiem przemysłowym, handlowym, finansowym, kulturalnym i naukowym kraju. Lima pomimo wielokrotnych zniszczeń posiada szereg zabytków, m.in. katedrę z XVI wieku, zespół pałacu prezydenckiego oraz kościół i klasztor św. Franciszka. Zespół urbanistyczny starego miasta został w roku 1988 wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W stolicy Peru jest uniwersytet (zał. w 1551 r., najstarszy na kontynencie), Biblioteka Narodowa, muzea. Ocenia się, że ponad 4 miliony mieszkańców zamieszkuje dzielnice nędzy lub prymitywne domy zbudowane na plaży.

 

W kuchni spotkaliśmy Elmera w śmiesznym sweterku, który już przygotowywał sobie śniadanie do zabrania do szpitala. Uprzedził nas, że jest bardzo wyczulony na zdrowe jedzenie i czy nam to nie przeszkadza. Oczywiście nie było problemu z tego tytułu i załapaliśmy się na świeży sok z papai, który nam zaserwował. Umówiliśmy się też co do naszego powrotu, tzn. Elmer wręczył nam klucze, zapisaliśmy sobie dokładnie adres, wzięliśmy numer telefonu i obiecaliśmy, że nie zgubimy jego kluczy. Umówiliśmy się też wstępnie na wyjście wieczorem.

 

Potem zeszliśmy do garażu do samochodu i ruszyliśmy w kierunku miasta. Jednak musiał nas zostawić na pierwszym skrzyżowaniu, bo nie miał czasu pchać się z nami do centrum. Zostawił nam instrukcje jak się tam dostać, kilka praktycznych rad i zniknął gdzieś w tłumie aut.

 

Jego rady wydały się nam nieco dziwne ale szybko się przekonaliśmy, że są bardzo prawdziwe. Byliśmy w głębokim szoku kiedy doszliśmy do miejsca, gdzie niby powinniśmy złapać autobus do centrum. Nie mogliśmy pojąć, co miał na myśli mówiąc nam, że w Limie nie ma przystanków autobusowych. ~"To jak się zatrzymują te autobusy?" – zapytaliśmy zdziwieni. Okazało się, że po prostu się zatrzymują i już. Jeśli jest potencjalny pasażer i kawałek miejsca do zatrzymania dla kierowcy, to on się tam zatrzyma. Idealne miejsce do światła. Nie ma sprawy jeśli jest to jeden autobus ale jeśli jest ich w danym miejscu kilkanaście? Jak to wygląda?

 

Doszliśmy do pewnego miejsca gdzie gromadzili się ludzie i zatrzymywały się autobusy. Zresztą autobusy to raczej przesadzony termin. To jakimś cudem poruszające się zardzewiałe wraki czegoś, co było kiedyś autobusem lub mikrobusem. Prawdę mówiąc przeważająca większość tych pojazdów to mikrobusy i stare vany. System oparty jest na dwóch gościach, z których jeden jest kierowcą, a drugi naganiaczem. Kierowca lawiruje między innymi użytkownikami ruchu kierując jedną ręką i tą samą ręka zmieniając biegi, natomiast druga ręka jest przyklejona do klaksonu na super glue. Każdy z kierowców działa tak samo plus wszyscy kierowcy ciężarówek i osobówek i dlatego nie słychać na ulicy warkotu silników tylko jeden przeraźliwy dźwięk klaksonów.

 

Drugi gostek, który nagania, próbuje przekrzyczeć dźwięki klaksonu wypowiadając tak głośno jak tylko to możliwe, nazwy co najmniej trzech miejsc, do których i przez które zmierza jego wrak. Powtarza to jak katarynka, nie przestając nawet na minutę. Dodatkowo wspomagając swoje struny głosowe, trzyma tekturową tabliczkę z napisanymi nazwami, które wypowiada. Często wyskakuje w biegu zanim autobus się zatrzyma, zaczepia ludzi stojących na chodniku, podtyka im pod oczy tabliczkę, krzyczy do ucha gdzie jedzie i zazwyczaj goni swój pojazd, który już ma wbitą dwójkę i właśnie odjeżdża na ostatni pas ruchu. Naganiacz przebiega przed maską następnego, który podjeżdża w zwolnione właśnie miejsce, chwyta się barierki przyspawanej obok drzwi i z jedną nogą wiszącą nad jezdnią, odjeżdża na następne światła.

 

Taki widok zastaliśmy w miejscu, które polecił nam Elmer. Nie wiedzieliśmy co się tu dzieje. Nie mogliśmy zrozumieć w jaki sposób mamy kupić bilet ale przede wszystkim do którego z tych pojazdów wsiąść bo nazwy wypowiadane przez naganiaczy nic nam kompletnie nie mówiły. Zaczęliśmy wsłuchiwać się i obserwować tabliczki aby odszukać jakiś znajomy kierunek. Konsultowaliśmy się z mapą, bo oczywiście nie był to żaden przystanek tylko skrzyżowanie, więc żadnego rozkładu czy mapki nie było. W ogóle nie mieliśmy pojęcia na jakich zasadach działa ten system.

 

Ale nie było wyjścia i musieliśmy zacząć coś działać zamiast tkwić w przerażeniu. Nie wiedzieliśmy czy jest daleko do Plaza de Armas – centralnego miejsca w mieście, bo żaden autobus tam nie jechał z tego miejsca gdzie się znajdowaliśmy. Musieliśmy więc spróbować się dostać na Tacnę. Takiej tabliczki szukaliśmy.

 

Po kilku próbach zapytania się naganiaczy o Tacnę, w końcu jeden się zjawił, który tam jechał. Wsiedliśmy do takiego gruchota i czekaliśmy na moment jak kupić bilety, bo gdy chciałem zapłacić kierowcy, pokazał żeby siadać i czekać. Ale ten drugi w ogóle do nas nie podchodził. Elmer ostrzegł nas, że bilet ma kosztować odpowiednią sumę i żebyśmy nie dali się oszukać. Dodał też, że raczej nie otrzymamy żadnego biletu, a tylko wręczymy monety.

 

W końcu podszedł naganiacz, skasował nas i tylko nam wręczył jakiś bilet. Widać, że gringo musi zostać obsłużony profesjonalnie.

 

Lima: bilet komunikacji miejskiej

 

Nie było też mowy o kantowaniu. Zapłaciliśmy tak jak wszyscy. Droga nie była krótka, ludzie się zmieniali ale liczyliśmy, że dojedziemy gdzieś w pobliże Plaza de Armas.

 

Po długiej podróży w końcu zdecydowaliśmy się wysiąść. Posługując się mapką z przewodnika udało się nam przebić na centralny plac. Tam zastaliśmy przygotowania do Dnia Peru, który zbliżał się nieubłaganie. Przygotowania odbywały się pod postacią pucowania wszystkiego, co się dało wyczyścić czy pomalować. Ogólne sprzątanie, strzyżenie trawników, malowanie latarni i ogromna ilość policji. Część policjantów w pełnym rynsztunku obstawiała newralgiczne punkty placu, inni mieli próby, w których jeździli wokół placu na motorach upstrzonych w kolorowe światełka i flagi Peru. A sam plac bardzo ładny.

 

Plaza de Armas to centralny plac miasta, najstarsza część miasta. Na środku placu znajduje się fontanna z 1650 roku wykonana z brązu a wokół placu położone są następujące zabytki:

Katedra zbudowana na zlecenie Francisca Pizarra w 1535 roku. Przebudowana w latach 1564 do 1758, a potem po zniszczeniach w wyniku trzęsienia ziemi w 1940 roku. Jest budowlą trójnawową z 10 bocznymi kaplicami. W jednej z nich, kaplicy św. Jana Chrzciciela znajduje się uważana za jedną z najpiękniejszych rzeźba Chrystusa. W innej kaplicy złożone zostały szczątki samego Francisca Pizarra. Inną budowlą jest Pałac Arcybiskupa zbudowany w 1924 roku w stylu kolonialnym oraz Pałac Gubernatora czyli barokowy budynek - od 1937 siedziba prezydenta Peru.

 

Lima: katedra

 

Wszystkie te budynki od razu zauważyliśmy ale najpierw przyglądaliśmy się katedrze. Porobiliśmy sobie kilka zdjęć, dzień dopiero się zaczynał, nie było turystów a pogoda podobno typowa zimowa, czyli ciepło ale z dużym zachmurzeniem.

 

Lima: Plaza de Armas

 

Byliśmy bez śniadania więc trzeba było od tego właśnie zacząć. Nie było aż tak wielkiego wyboru jakby można się było spodziewać w tym miejscu ale w końcu coś znaleźliśmy. Basia chciała spocząć gdzieś na placu więc spodziewaliśmy się wysokich cen. W jednej z knajpek, zajęliśmy miejsce na dworze z widokiem na piękną katedrę. Starszy kelner wręczył nam menu, z którego wybraliśmy podstawowy zestaw śniadaniowy za 18 soli. To, co przyniósł szału nie zrobiło ale pozwoliło się nam napchać na jakiś czas. Wysłałem Hani SMSa z okazji imienin i byliśmy gotowi na podbój Limy.

 

Chcieliśmy wejść do katedry aby zobaczyć grób Pizarra ale ceny nas zniechęciły. Aż 30 soli za wejście do kościoła? Podziękowaliśmy za taki interes i poszliśmy jedną z wielu wąskich uliczek w kierunku klasztoru św. Franciszka. Mijaliśmy otwierające się dopiero sklepiki i generalnie miasto nas wcale nie przerażało. Było bardzo dużo policji, nikt nas nie zaczepiał, ludzie nie zwracali na nas większej uwagi. Dojście do klasztoru nie zajęło nam zbyt wiele czasu.

 

Mijaliśmy też dziwnie wyglądające knajpki, które oferowały kanapki z mięsem. Zdziwienie nasze budziło owo mięso, które się odkrawało od leżącej na stole upieczonej świni. Jakoś tak bardzo swobodnie to wyglądało i może przez to, trochę dla nas zaskakująco. Taka świnia na ulicy, którą można sobie skubnąć.

 

Lima: centrum

 

Klasztor św. Franciszka to kompleks budynków w skład których wchodzą: kościół, klasztor i kaplice - La Soledad i El Milagro. Pierwszy kościół został zbudowany z drewna i gliny w 1557 roku. Po jego zniszczeniu przez trzęsienie ziemi w 1656 roku został odbudowany przez portugalskiego architekta Constantina de Vasconcellosa w stylu barokowym.

 

Lima: klasztor św. Franciszka

 

Była możliwość zwiedzenia tego kompleksu i spróbowaliśmy kupić bilet ze zniżką ISEC. Udało się i zamiast 7 zapłaciliśmy 3.50. Dołączono nas do anglojęzycznej grupy i obeszliśmy cały klasztor łącznie z katakumbami.

 

Lima: bilet wstępu do muzeum św. Franciszka

 

Nic specjalnego w sumie, oprócz może zabawnego obrazu przedstawiającego ostatnią wieczerzę i Jezusa zajadającego się pieczoną świnką morską – przysmakiem Peruwiańczyków. Gdybym powiedział o czymś takim, że Jezus jadał świnki morskie, pewnie by mnie uznano za bluźniercę...

 

W planach było też zwiedzanie biblioteki ale gdy doszliśmy do końca programu wycieczki, ani śladu biblioteki. Podszedłem więc z reklamacją, a pani wyjaśniła, że zaczęli od biblioteki a nas jeszcze wtedy nie było. Wskazała nam jednak gdzie się znajduje i sobie sami poszliśmy. Na górze widać było naprawdę stare księgi ale oczywiście nie można było zbyt blisko podchodzić.

 

Po niecałej godzince byliśmy z powrotem w mieście i szliśmy do muzeum inkwizycji. Minęliśmy parlament, otoczony przez policję i weszliśmy do muzeum. Tam starsza pani kazała nam poczekać na przewodniczkę. Gdy ta się zjawiła byliśmy tylko my i jeszcze jedna turystka. Ale za chwilę zjawiła się jakaś grupa i mogliśmy wszyscy razem ruszyć na 40 minutową trasę.

 

Nic szczególnego tam nie było. Trochę obrazów, cele w podziemiach i woskowe figury w pozach, w jakich torturowano niewiernych. W podziemiach ciężko było się przecisnąć jednej supergrubej Włoszce. Było trochę śmiechu ale udało jej się jakoś wygramolić stamtąd. Na koniec, pomieszczenie gdzie można obejrzeć wystawione za szkłem egzemplarze konstytucji peruwiańskich, w tym najnowszą z 1993 roku. Taki był koniec wycieczki. Zostały toalety z muszlami bez deski i papieru i z bardzo wąskimi rurami...

 

Skierowaliśmy się ponownie w stronę Plaza de Armas i chcieliśmy odszukać pomnik Pizarra. Niestety nie mogliśmy go znaleźć, choć staliśmy dokładnie w miejscu gdzie był zaznaczony na mapie. Najwidoczniej usunięto go chyba.

 

Ludzi całe mnóstwo i ustawili się wszyscy przy bramie pałacu prezydenckiego gdyż odbywała się próba orkiestry wojskowej. Policja dalej trenowała, ludzie z urzędu miasta zawieszali flagi i ogólnie trwały bardzo intensywne przygotowania do dwudniowego święta narodowego. Mijając jakiś ważny budynek zauważyliśmy pewną uroczystość dekorowania pań policjantek, które podjechały na motorach pod same drzwi tego urzędu. Wyszła do nich jakaś ważna pani i je udekorowała. Oczywiście towarzyszyła temu telewizja i mnóstwo dziennikarzy. Widocznie, to ważne wydarzenie dzisiejszego dnia.

 

Lima: Plaza de Armas

 

Tymczasem my sobie poszliśmy zakupić churros, czyli taki podłużny pączek, którego sprzedają na straganach ulicznych. Potem ruszyliśmy deptakiem do następnego placu. Po drodze wstąpiliśmy do jednego sklepu ze sprzętem aby kupić dodatkową baterię do aparatu. Niestety nie mieli takiej baterii.

 

Lima: centrum

 

Gdy doszliśmy do odpowiedniego placu, zaczęliśmy się zastanawiać w jaki sposób dostać się do dzielnicy Miraflores. Tam dopytaliśmy jakichś dziadków i poszliśmy na ulicę Wilsona aby złapać autobus do Miraflores. Byliśmy już zorientowani o co chodzi w tym systemie więc poszło nam lepiej i dość szybko znaleźliśmy autobus, który powinien od razu jechać na złomowisko zamiast do Miraflores. W środku tłok, muzyka i krzyki naganiaczy. Basia stwierdziła, że muszę to nagrać na kamerę, bo taki widok nie trafia się często.

 

Wysadzili nas na plaży, bo tak prosiliśmy kiedy już po samym Miraflores zaczął krążyć. Plaża to może nie jest ale dzielnica zawieszona nad plażą na ogromnym 79 metrowym klifie. Ocean dopiero, hen, w dole, do którego zejście by nam zajęło bardzo dużo. Zresztą nawet się nie dało chyba zejść. Na terenie Miraflores można znaleźć mnóstwo hoteli, kawiarni, parków i restauracji. To przyjemna dzielnica położona nad Pacyfikiem i dlatego popularna wśród turystów.

 

Lima: Miraflores

 

Głównym punktem, do którego dotarliśmy jest Larcomar czyli kilkupoziomowy kompleks handlowo-wypoczynkowy. Sporo ludzi się tam przewijało bo znaleźć można tam głównie food-courty najróżniejszych firm ale i butiki i biura podróży. Na samej górze, skąd zaczęliśmy "zwiedzanie" był piękny punkt widokowy. Niestety chmury mieszały się z mgłą i generalnie kiepsko było z widocznością. Dlatego szybko zeszliśmy na poziom niżej aby poszukać jakiegoś fast-fooda i wrąbać lunch.

 

Po kilku okrążeniach wybraliśmy jakiś lokalny Otto-Grill, który zaserwował nam dwa rodzaje mięsa nieznajomego pochodzenia. Strasznie słone to było, aż nie dało się jeść. Mięso było dziwne i zastanawialiśmy się czy czasem nie były to świnki morskie. Basia oczywiście część podarowała mi, bo sam wygląd już jej się nie spodobał.

 

Lima: Miraflores – paragon z restauracji

 

W sumie nie można narzekać na ilość i sposób podania (na fajnych deskach zamiast talerzy) ale zdecydowanie przesadzili z solą. Zadziwiła nas też biała kukurydza, bo z początku nie wiedzieliśmy co jemy bo wyglądało to jak czosnek ale nie było ostre.

 

Lima: Miraflores                                                      ©ottogrill.com

 

Po posiłku postanowiliśmy przejść się wzdłuż brzegu. Na początku chcieliśmy jeszcze zejść na plażę ale nie było raczej szans na to. Nad nami fruwali paralotniarze, bo wiało im nieźle w tym miejscu. Planowaliśmy też zapytać się o szczegóły jak wrócić na naszą dzielnicę ale kolejki w punktach turystycznych zniechęciły mnie.

 

Szliśmy brzegiem, mając ten brzeg grubo pod sobą. W końcu przycupnęliśmy na ławce żeby odpocząć. Wtedy zaczepił nas jakiś żul, który próbował nam wcisnąć otwieracze do butelek. Odmówiliśmy ale niespodziewanie zawiązała się rozmowa między nami. Jak na żula z Iquitos, bardzo dużo wiedział o Polsce. Pamiętał mecz, który i ja pamiętałem choć byłem dzieckiem wtedy. Chodzi o ten mecz na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii w 1982 roku i nasz pogrom Peru 5:1. Widać, że boli ich to do tej pory.

 

Po tej ciekawej rozmowie, która oczywiście odbywała się całkowicie po hiszpańsku, zaczęliśmy iść zgodnie ze wskazówkami naszego nowego kolegi w kierunku przystanków, tzn. miejsc gdzie ludzie zatrzymują najczęściej autobusy. Wracaliśmy już do domu więc potrzebowaliśmy się dostać na naszą dzielnicę San Miguel ale szybko się zorientowaliśmy, że takiego połączenia nie będzie. Wracać na Tacnę też nie bardzo się nam chciało, bo robilibyśmy ogromne koło więc patrząc na mapę zdecydowaliśmy, że trzeba pokombinować i wysiąść gdzieś po drodze, a następnie złapać inny pojazd do San Miguel.

 

Kiedy podjechał autobus i zdecydowaliśmy się do niego wsiąść, naganiacz obiecał nam powiedzieć, gdzie się przesiąść gdy mu wytłumaczyłem dokąd zmierzamy. Wskazał nam odpowiednie miejsce, pokazał gdzie najlepiej łapać i przeszliśmy kawałek aby znów ustawić się na łapanie. Oczywiście za każdym razem musieliśmy płacić za bilet, coś takiego jak bilet wieloprzejazdowy raczej długo się tu nie pojawi.

 

Gdy już złapaliśmy odpowiedni autobus, który miał nas zawieźć do San Miguel, martwiliśmy się czy będziemy wiedzieć gdzie wysiąść. Na szczęście rano, kiedy startowaliśmy do centrum, próbowaliśmy zapamiętać charakterystyczne szczegóły topograficzne. Przede wszystkim wiedzieliśmy, że musimy wysiąść obok wielkiego centrum handlowego Tottus.

 

Nie było problemu z orientacją i wykorzystując obecność takiego kolosa obok naszego "domu", postanowiliśmy sobie zrobić zakupy. Przed nami kilka dni w dżungli więc raczej zakupy nam tam nie grożą. Ruszyliśmy w kierunku hipermarketu.

 

©oaulestia

Lima: hipermarket

 

Spędziliśmy tam całkiem sporo czasu, ale kupiliśmy przede wszystkim malutką paczuszkę proszku do prania. Co prawda dla dzieci ale zawsze to coś. Zrobiliśmy zakupy na śniadanie, jakąś wędlinę, jogurty do picia i pieczywo. W piekarni, piekarze pokazywali sobie nawzajem na Basię i zza regałów oceniali ją, nie wiedząc że ja obserwuję ich z innego miejsca. Natknęliśmy się też na polską wódkę, gdy szukaliśmy lokalnych piw na dzisiejszy wieczór. Zrobiliśmy spore zakupy, tak że musiałem wyciągać pieniądze z mojego magicznego paska do spodni z ukrytą kieszenią, w którym nosiłem grubszą kasę.

 

Lima: paragon z hipermarketu

 

Gdy wyszliśmy na zewnątrz o 18.30, już było ciemno. Szliśmy z pełnymi reklamówkami w kierunku naszego strzeżonego osiedla i zastanawialiśmy się czy łatwo będzie nam wejść przez bramę. Jednak nikt nas nie zaczepił, o nic nie pytał więc deliberowaliśmy czy to dlatego, że Elmer ich poinformował, czy po prostu tak pilnują.

 

Udało się nam trafić do właściwego bloku, klatki, windy i w końcu do mieszkania. Rozpakowaliśmy i zjawił się później Elmer. Przyniósł nam przenośny modem i umówiliśmy się, że za pół godziny do godziny wróci i gdzieś wyjdziemy. Była godzina 19.00 więc mieliśmy kilka godzin i liczyliśmy, że do 23.00 będziemy z powrotem, bo przecież rano musimy jechać na lotnisko.

 

Elmer był tak miły, że znów obiecał nam, że podrzuci nas na lotnisko ale mimo wszystko musimy wstać wcześnie, spakować się, coś zjeść i jakoś dojechać na lotnisko. Dlatego czekaliśmy cierpliwie na Elmera ale kiedy minęło najpierw pół godziny, potem wybiła 20.00 i jego nadal nie było, zaczęliśmy się niecierpliwić. Nie mieliśmy co robić bo modem nie był kompatybilny z moim tabletem więc nie pozostało nam nic, jak legnąć do wyra i czekać.

 

Po 20.30 zwątpiłem, że w ogóle się zjawi, a o 21.00 nie chciałem już żeby przychodził bo my już wypiliśmy sobie piwa zakupione w Tottusie, zaczęliśmy się pakować i chciałem się wykąpać i iść spać. Dawno się nie wyspałem więc powoli traciłem ochotę na błąkanie się po dzielnicy.

 

Gdy wybiła 21.30, rozebrałem się i poszedłem się kąpać. Wtedy właśnie przyszedł Elmer z dziewczyną, podobno odstawieni i gotowi do wyjścia. Basia rozespana, ja pod prysznicem i na szczęście to Basia z nimi rozmawiała. Wyszło na to, po szybkiej konsultacji ze mną, że odpuszczamy i nie idziemy nigdzie. Trochę mi było żal ale zamiast pół godziny czekaliśmy trzy godziny więc on też trochę przesadził. Mieliśmy lekkiego kaca moralnego, że tak wyszło ale to była chyba dobra decyzja.

 

Po załatwieniu tej sprawy, mogliśmy się porządnie spakować i wreszcie na spokojnie położyć się spać. Jutro rano znowu na lotnisko. Kierunek Iquitos w Amazonii. Wreszcie prawdziwa Ameryka Południowa.

 

Zobacz video z Limy: VIDEO: 5/14

 

Dzień 10:Lima: nocleg (A) – Plaza de Armas (B) – kościół św. Franciszka (C) – autobus do Miraflores (D) – Larcomar w Miraflores (E) – przesiadka (F) – Tottus (G) = 33km

 

Dzień 10: = 33km

 

 

 

Dzień 11 - 27 lipca 2012 – piątek

 

PANIKA NA LOTNISKU

 

 

Pobudka została zaplanowana na 7.00. Byliśmy oczywiście już generalnie spakowani ale trzeba było jeszcze trochę rzeczy dołożyć. Mieliśmy też zrobione porządne zakupy i dzięki temu mogliśmy zjeść fajne śniadanie.

 

O godzinie 7.45 zjawił się nasz peruwiański przyjaciel i 15 minut później już byliśmy na zewnątrz. W momencie kiedy zeszliśmy do garażu po auto, zorientował się, że auta nie ma i przez chwilę zastanawiał się gdzie ono jest. Potem przypomniał sobie, że zostawił je na górze. Wtedy musieliśmy wyjść z garażu i tam już po odnalezieniu samochodu, mogliśmy zacząć upychanie naszych bagaży.

 

Zanim ruszyliśmy, Elmer chciał mieć z nami zrobione zdjęcie i prosił nas o pozytywne referencje na CS. Nie mieliśmy powodów aby mu dać negatywne, bo chłop naprawdę się postarał i jeszcze nasze dupy zawoził na lotnisko. Ale z tym był mały problem jak nas ostrzegł, gdyż o tej porze dnia, główna arteria przechodząca obok lotniska (to ta sama, którą tu przyjechaliśmy) jest potwornie zakorkowana i trzeba nie lada cierpliwości aby się przez te sznury aut przebić.

 

Elmer jednak poradził sobie w inny sposób. Znając swoje miasto wyśmienicie, podążył bocznymi uliczkami aby maksymalnie zbliżyć się do lotniska. Dzięki temu mogliśmy pooglądać różne inne szemrane dzielnice, którymi przebijaliśmy się tego piątkowego poranka. Przejeżdżaliśmy też obok uniwersytetu, który jak z dumą przekazał nam Elmer, jest najstarszym uniwersytetem w całej Ameryce Południowej. Elmer nie omieszkał dodać, że sam tam studiował.

 

Po rajdzie bocznymi i wąskimi uliczkami, i tak musieliśmy w końcu skończyć na głównej drodze i utknęliśmy w korku ale byliśmy zdecydowanie bliżej lotniska. Wlekliśmy się w sznurze aut, których rodowitymi krajami produkcji były praktycznie wyłącznie kraje azjatyckie. Samochodów z Europy generalnie się nie widuje. Inną ciekawostką była dla mnie dziwna cena paliwa. Jak wyjaśnił Elmer, paliwo sprzedaje się, podobnie jak w USA, na galony, stąd taka cena.

 

W końcu wyłonił się port lotniczy Lima-Jorge Chávez i mogliśmy wjechać na jego teren. Jednak zatrzymała nas policja i Elmer musiał pokazać dokumenty. Szybko jednak go puścili, bo policjant nawet ich nie oglądał. Podobno szukają kradzionych aut i czasem wyraz twarzy wystarczy aby policjant nie zdecydował się na kontrolę papierów. Tak nam tłumaczył Elmer.

 

Nie chcieliśmy narażać go na koszty i czas, którego potrzebował aby dojechać do pracy więc szybko wyskoczyliśmy na postoju "kiss & fly", pomachaliśmy Elmerowi i mogliśmy wejść do terminalu. Niestety podczas wysiadki, w znaczny sposób uszkodziłem swój plecak. Pękł jeden z bocznych szwów i plecak zaczął powoli się rozlatywać.

 

       ©tucla

Lima: lotnisko

 

Po wejściu do hallu, zastanawialiśmy się jeszcze czy czasem nie okleić go folią ochronną ale stan nie był jeszcze tak zły aby potrzeba było wydawać bodajże 35 soli za tę czynność. Jednak gdy przyszła nasza kolej na odprawę, początkowo obsługujący nie zauważył pęknięcia, jednak potem zerwał bilety i wypisał mój jeszcze raz, podtykając mi pod nos oświadczenie, że mój bagaż jest uszkodzony. Ale oczywiście kartę wydał.

 

karta pokładowa

 

Całe lotnisko było bardzo zatłoczone, staliśmy w długich kolejkach do odprawy osobistej. Ta, odbyła się oddzielnie dla nas, bo jedna kolejka była dla kobiet, a druga dla mężczyzn. Wystaliśmy się w tych kolejkach ale kiedy już udało się nam przejść wszystkie bramki, to zaczęliśmy poszukiwania jakiegoś fajnego plecaka dla mnie. Niestety nie było zbyt dużego wyboru.

 

Wi-fi też słabe na lotnisku więc wrzuciłem tableta do plecaka i poszliśmy pod naszą bramkę w oczekiwaniu na nasz lot. Obok nas ustawiła się grupka włoskich turystów, o której zaraz zrobiło się bardzo głośno na całym lotnisku, bo jeden z nich oparł się o drzwi awaryjne i przez to uruchomił alarm.

 

Oczekiwanie się przedłużało aż wreszcie pojawili się mocno spóźnieni członkowie załogi z wyróżniającym się łysym jak kolano stewardem. Mogliśmy w końcu wejść na pokład samolotu, a chwilę później wystartowaliśmy bez żadnych dodatkowych opóźnień.

 

Jak zwykle, chciałem wykorzystać czas spędzony w samolocie, na porobienie zapisków w moim notatniku ale ledwie zacząłem pisać, gruby facet siedzący obok mnie, zagadał mnie właśnie o moje notatki. Jak zaczęliśmy gadać, to już nic więcej nie napisałem, bo przez całe 2 godziny rozmawialiśmy. Facet okazał się być Węgrem i leciał na wycieczkę z rodziną. Rozmawialiśmy o wszystkim: o podróżowaniu, polityce, historii, liniach lotniczych, naszych krajach i oczywiście o naszych prywatnych sprawach. Bardzo miło się z nim rozmawiało, bo gościu był bardzo pozytywnie nastawiony, skromny a przy okazji bardzo inteligentny.

 

Od czasu do czasu przerywałem rozmowę aby zerknąć przez okno, bo pod nami wyłaniały się różne ciekawe widoki. Najpierw góry, a potem długo oczekiwana puszcza amazońska pośród której wiła się królowa wszystkich rzek – Amazonka. Wspaniały widok.

 

Amazonka

 

Gdy wylądowaliśmy na lotnisku w Iquitos, od razu odczuliśmy zmianę pogody. Było bardzo gorąco i słonecznie. Czuć było od razu, że jesteśmy gdzieś w tropikach bo powietrze było ciężkie.

 

Czekając na bagaże zauważyłem martwego owada, którego rozmiar od razu mówił nam gdzie się znajdujemy. Gdy go pokazałem Basi, nie za bardzo miała tęgą minę. W ogóle ta część wyprawy, nie była tą częścią, na którą czekała, w przeciwieństwie do mnie. Po wyborze odpowiedzialnej firmy o nazwie Amazonian Trips (http://amazoniantrips.com/), umówieni byliśmy z nimi, na odbiór nas z lotniska i od razu mieliśmy jechać do lodży w Amazonii żeby nie tracić czasu tego dnia. Jeszcze w samolocie, wspomniany Węgier śmiał się, gdy mu powiedziałem, że ktoś ma na nas czekać. Przez to że był już tu kilka razy, radził mi się za bardzo nie napalać na rzekomą wizytę ludzi z firmy organizującej. Podobno taka mentalność. Nie przejąłem się zbytnio jego słowami, bo z naszej korespondencji wynikało, że jest to profesjonalna firma, a kobieta z którą pisałem była Amerykanką i pisała bardzo wiarygodnie.

 

W końcu wyszliśmy na zewnątrz, a tam zaatakowały nas hordy taksówkarzy. Oblepiły nas z każdej strony czarne głowy i zaczęli łapać ludziom za bagaże i kłócąc się między sobą, wyrywali sobie zdobyte łupy. Paranoja totalna. Oczywiście opędzaliśmy się od nich, czekając na kogoś z tabliczką z naszymi imionami. Widzieliśmy kilkanaście takich osób ale zgarniali innych turystów.

 

Po jakichś 15 minutach, ogrodzony skrawek terenu przy wyjściu z lotniska opustoszał i zostaliśmy tylko my i kilku taksówkarzy, którzy nie zdobyli nikogo. Naturalnie każdy z nich musiał nam zaproponować przejazd do miasta ale my twardo czekaliśmy na kogoś z Amazonian Trips. Nazwa nie mówiła taksówkarzom nic więc zacząłem się lekko niepokoić. Umówione było, że sam szef ma nas odebrać, czyli niejaki Walter. Ale po kolejnych dłużących się okropnie minutach, Waltera nie było. Trzeba było działać.

 

Zostawiłem swoją żonę z bagażami w miejscu osłaniającym ją od palącego słońca, po czym sam ruszyłem z powrotem do budynku terminalu w poszukiwaniu internetu, aby móc sprawdzić czy nie przyszła jakaś wiadomość. Nie mieliśmy dostępu do neta od Wyspy Wielkanocnej więc może coś się tam wydarzyło. Niestety lotnisko w Iquitos, to raptem jeden sklep, komisariat policji i jeszcze jakieś biuro. Ludzi malutko i generalnie nic się tam nie dzieje. O jakieś kafejce mogłem tylko pomarzyć.

 

Musiałem kogoś zapytać ale zarówno w biurze jak i w komisariacie przegonili mnie. Została mi jeszcze ochrona lotniska ale i tam jakiś wąsaty gbur też mnie pogonił. Jednak w tym pomieszczeniu był jeszcze jeden młody ochroniarz, który wyszedł na zewnątrz do mnie i zapytał o co chodzi. Nakreśliłem mu naszą dramatyczną sytuację i wyjaśniłem, że walczymy z czasem bo jeszcze dzisiaj po południu mieliśmy wypływać do dżungli. Dlatego musimy szybko skontaktować się z firmą.

 

Chłopak wyciągnął swój prywatny telefon i zaczął łapać internet, informując mnie, że szanse na złapanie sygnału tutaj są nikłe. Nie było wyjścia, musiałem czekać, a on cierpliwie próbował coś złapać. Po nieudanej próbie zadzwonił do swojej siostry ale ona też nie mogła nam pomóc. Zaczął znów próbować i w końcu, po 15 minutach wyskoczył google, a potem weszliśmy na stronę Amazonian Trips i znaleźliśmy numer telefonu. Oczywiście całe to zamieszanie było przeze mnie, bo nie miałem zapisanego numeru telefonu do nich. To znaczy miałem, ale on przepadł wraz z naszą pierwszą książką Lonely Planet.

 

Gdy zdobyliśmy numer, młodzian poprosił wąsatego gbura żeby tam zadzwonił, bo sam musiał akurat wtedy gdzieś iść – ktoś go wzywał. Gbur nie bardzo chętnie chciał to zrobić ale młody wyraźnie go o to prosił więc z ogromną łaską wykręcił numer do Amazonian Trips. Rozmawiał może z pół minuty i zakomunikował mi po angielsku, że za 10 minut ktoś będzie. Grzecznie mu podziękowałem, wtedy zjawił się z powrotem mój młody wybawca i jemu też bardzo wylewnie podziękowałem za cały trud jaki włożył w to aby nam pomóc.

 

Po powrocie do Basi, zaczęliśmy wypatrywać kogoś, kto ma po nas przyjechać. Nie było żadnego ruchu więc łatwo się obserwowało. Co jakiś czas podjeżdżał jakiś samochód albo tuk-tuk ale nikt nie zajechał pod terminal przylotów. Jednak zaciekawił mnie jakiś gość, który podjechał tuk-tukiem i biegał z tabliczką po terminalu dla odlatujących. Postanowiłem przyjrzeć się temu kolesiowi bliżej i wyszedłem mu naprzeciw. Wtedy zauważyłem nagryzmolone na tej tabliczce moje imię i nazwisko, lecz było ono na wpół zmazane. Co za kretyn! Gdzie on łazi?! Ale złość została przykryta uczuciem ulgi, że ktokolwiek zgłosił się po nas. Za chwilę koleś, który po nas przyjechał dał mi telefon, a tam usłyszałem głos Waltera. Nie do końca go rozumiałem ale z tego co gadał wynikało, że wszystko jest pod kontrolą i niedługo się zobaczymy.

 

Basia nie omieszkała skomentować wyboru firmy przez mnie, gdy dowiedziała się, że zamiast taksówki pojedziemy tuk-tukiem do miasta. W dodatku musieliśmy trzymać nasze plecaki żeby nie spadły, bo tuk-tuk nie miał tak dużego bagażnika. Nasz nierozgarnięty przyjaciel zaskoczył nas ponownie, gdy na nasze pytanie czy mówi po angielsku odparł z dużą dawką pewności: "Yes", po czym na pytanie dokąd jedziemy znów powiedział "yes". Na tym zakończyliśmy konwersację po angielsku…

 

Jechaliśmy powolutku, bo taki tuk-tuk za dużo przecież nie wyciągnie, słońce prażyło nam w jedną rękę, którą trzymaliśmy bagaże, obok nas przejeżdżało tysiące motocyklistów i tuk-tuków. Powoli zbliżaliśmy się do miasta, które było zupełnie inne od tego, co zobaczyliśmy do tej pory w Ameryce. Ludzie też inni ale przede wszystkim w oczy rzucały się te szaleńcze motorki i tuk-tuki. Tysiące takich pojazdów.

 

Nasz kolega w fioletowej koszulce, który dosiadał naszego tuk-tuka kręcił w mieście kółka i dość szybko straciłem orientację. Wreszcie podjechał pod jakiś budynek i wysiadł. Zorientowaliśmy się, że jesteśmy pod biurem Amazonian Trips. Fioletowy od razu zabrał się za nasze bagaże, z budynku wyszedł jakiś gość i nam pomógł z plecakami. Zrobiło się miło.

 

Zaproszono nas do środka, wszyscy bardzo uprzejmi, bo był tam jeszcze jeden młody koleś. W środku, na podwyższeniu znajdowało się właściwe biuro. Na ścianie biała tablica, na której podana była data i godzina przylotu naszego samolotu i moje imię i nazwisko. Za biurkiem siedziała jakaś dziewczyna i od razu pomyślałem, że to Debbie, czyli Amerykanka z którą korespondowałem. Zapytałem więc ją czy to ona ale dziwnie odpowiedziała więc nie wiedziałem o co chodzi. Okazało się szybko, że ta dziewczyna w ogóle nie mówiła po angielsku więc mnie nie rozumiała.

 

Starszy gościu, który nas zapraszał do środka próbował z nami rozmawiać ale my nadal nie wiedzieliśmy o co chodzi i przede wszystkim gdzie jest ten cały Walter. Z początku myślałem, że to ten starszy koleś to Walter ale tak jak i w przypadku tej laski, też się pomyliłem. Musieliśmy czekać, w sumie nie wiedząc na co. Zjawił się też jakiś Japończyk, który nieustannie coś klepał na komórce, zdaje się, że grał w jakąś grę. Ale był totalnie wyluzowany, rozsiadł się w fotelu i czekał razem z nami. Nasze błędne oczy wędrowały, po tym niezbyt ciekawym lokalu i cały czas zastanawialiśmy się, czy coś z tego będzie, czy nas wystawią do wiatru.

 

Po jakichś 10 minutach pojawił się jednak sam Walter. Ten prawdziwy. I zaczął się show! Na wstępie ryknął na wszystkich, po czym systematycznie zaczął każdego po kolei niszczyć. Zrobił im taką jazdę, że wszyscy migiem zaczęli spieprzać z budynku na ulicę. Ta młoda laska jako jedyna odszczeknęła mu się, że to nie jej wina, a cała ta jazda była spowodowana... nami. Walter tak się wściekł na swoich ludzi, że nas olali, że specjalnie przyjechał żeby dopilnować sprawy tym razem osobiście. Facet się zagotował, żyły na szyi mu wyszły niczym dwa kable telekomunikacyjne i jechał tam z nimi równo. Momentalnie biuro opustoszało i tylko ten Japończyk dalej grał jakby nic się nie wydarzyło.

 

Gdy podszedł do nas, wziął kilka głębszych oddechów i zaczął płomienną przemowę błagalno-przepraszającą. Wyjaśniał, że jest przepracowany, właśnie wrócił z dżungli i musiał zaufać swoim ludziom, którzy dali ciała na całej linii i w związku z tym bardzo nas przeprasza. Widać było, że to co mówi chyba raczej jest prawdą i facet nie ściemnia. Gdy zapytałem o Debbie, wyjaśnił, że to jego żona, ale ona mieszka w Stanach. Trochę dziwny układ no ale spoko, Debbie nam niepotrzebna. Walter osobiście zaczął zajmować się nami, bo wszystkich innych wygonił przecież.

 

Oczywiście trzeba było zapłacić. Zastanawiałem się czy można im zaufać po czymś takim i czy warto teraz już to robić, no ale i tak trzeba zapłacić więc wyjąłem przygotowaną wcześniej gotówkę i całe szczęście, bo płacenie kartą było niemożliwe i musielibyśmy szukać bankomatu. Wypłaciłem mu uzgodnione z Debbie $390, poprosiłem o rachunek a on kolejny raz zaczął nas przepraszać.

 

Iquitos: potwierdzenie zakupu pakietu

 

Zadzwonił po swoich ludzi i wyjaśnił, że mają nas zawieźć do portu i potem płyniemy już do lodży. Zapytałem go o nasz hotel, który rzekomo mieliśmy mieć zarezerwowany na jedną noc po powrocie z dżungli i obiecał, że się tym zajmie. Mieliśmy już się niczym nie przejmować i szybko zapomnieć o tej fatalnej wpadce po naszym przylocie.

 

Załadowaliśmy się na kolejnego tuk-tuka po czym przejechaliśmy kawałek do portu gdzie stało kilkanaście starych łódek. Zeszliśmy do pomostu i tam oczekiwaliśmy na naszą łódkę. Nie trwało to długo, zjawiła się jakaś wysłużona łajba z silnikiem hondy i kazano nam ładować się na nią. Wraz z nami był tam ów Japończyk oraz dorzucono nam kilka beczek wody.

 

Gdy mieliśmy odpływać, na łódce zjawił się Walter i zapewnił nas, że 100% będziemy mieli Raula jako przewodnika. To był jeden z warunków uzgodnionych przeze mnie z Debbie, że po dżungli będzie na oprowadzał Raul. Wyczytałem tylko pozytywne opinie na jego temat na TripAdvisorze więc zależało mi żeby to on był za nas odpowiedzialny. Walter obiecał, że tak będzie. Mogliśmy ruszać w górę rzeki. Gdy tylko Walter zszedł na ląd, załadowali wszystkie graty, odbiliśmy od brzegu.

 

Iquitos: port

 

Nasze docelowe miejsce miało być oddalone o 97 km od Iquitos więc czekało nas około 2 godziny płynięcia. Za sterami siedział jakiś biały, natomiast oprócz nas i Japończyka, był jeszcze jeden chłopak, który po chwili od wypłynięcia wyjaśnił nam, że właśnie wpływamy na Amazonkę i znajdujemy się w miejscu gdzie mieszają się wody Amazonki (ciemne i muliste) z jednym z jej dopływów (jasne i czyste). Istotnie, ciekawe zjawisko gdy dwie rzeki płyną obok siebie. Jednak za chwilę cięliśmy już tylko wody Amazonki.

 

Amazonka to rzeka o największym średnim przepływie na Ziemi. Jej długość jest sprawą kontrowersyjną, najczęściej podawana jest wartość 6400 km, jednak według innych źródeł jest to pierwsza rzeka na świecie pod względem długości (7040 km), o 390 km dłuższa od Nilu. Szerokość rzeki dochodzi w środkowym biegu do 20 km, zaś w biegu dolnym do 100 km!

 

Amazonka posiada największe na świecie dorzecze (o powierzchni ok. 7 mln km²) i największe zasoby wodne. Dlatego też w jej dorzeczu wyrastają największe lasy tropikalne. Płynie przez Peru i Brazylię oraz częściowo, jako rzeka graniczna, przez Kolumbię. Źródła Amazonki znajdują się w peruwiańskich Andach na wysokości 5170 m n.p.m.. Źródła Amazonki odkrył polski podróżnik Jacek Pałkiewicz, który w roku 1996 dotarł do samych źródeł.

 

Dwugodzinna podróż szybką łódką mijała nam bardzo przyjemnie. Podziwialiśmy widoki po obu stronach rzeki. Najpierw było sporo zabudowań o cechach miejskich, potem coraz rzadziej, jakieś domki wiejskie aż wreszcie pojedyncze chatki na brzegach rzeki. Widać też ludzi robiących pranie w rzece, porozwieszane ubrania, dzieci bawiące się na błotnistym brzegu i coraz gęściejszą ścianę lasu.

 

Amazonka

 

Zatrzymaliśmy się w jakiejś wiosce na chwilę. Nasz sternik poszedł po jakieś zakupy, szybko wrócił i mogliśmy znów płynąć Amazonką. Momentami mijaliśmy większe statki, które wytwarzały spore fale, że momentami bardzo chybotało naszą łódką i wtedy sternik na chwilę zdejmował nogę z gazu. Potem płynęliśmy blisko brzegu i widać było czasem stromy brzeg, czasem błotnistą maź łagodnie przechodzącą w zieloną roślinność, mnóstwo było też odsłoniętych korzeni, które są w porze deszczowej całkowicie przykryte wodą.

 

Amazonka

 

Wreszcie wpłynęliśmy w jakąś mniejszą odnogę i po chwili byliśmy na miejscu. Na wysokim brzegu ujrzeliśmy kompleks drewnianych domków. Byliśmy w miejscu o nazwie Chullachaqui. Nazwa oznacza opiekuńczego ducha dżungli, który ma zdolność do ukazywania się w różnych formach, jako zwierzę w dżungli lub znanej nam osoby. Zwabia intruzów w głąb dżungli, gdzie zostają na zawsze nie mogąc wrócić. Chullachaqui może pomóc lub zaszkodzić w zależności od tego, czy niszczymy lub szanujemy dżunglę. On jest hojny dla tych, którzy racjonalnie wykorzystują zasoby leśne, ale szkodzi tym ludziom, którzy wchodzą w jego przestrzeń bez zgody i niszczą rośliny i zwierzęta.

 

Amazonia: Chullachaqui

 

Na błotnistym brzegu powitał nas niski, młody chłopak o lekkich rysach indiańskich w wojskowym mundurze władający świetnym angielskim. Przedstawił się jako Raul. Było też kilku innych chłopaków, którzy ochoczo wzięli się za rozpakowywanie towarów, które przywieźliśmy.

 

Zaprowadzono nas do naszego pokoju. Był w innej części całego kompleksu niż pokój tego Japończyka. Ludzie gdy dowiedzieli się jak ma na imię ten Japończyk, zaczęli robić sobie z niego lekkie jaja. Dla nas imię Masa też brzmi trochę śmiesznie ale nie aż tak żeby się z niego nabijać, choć po hiszpańsku znaczy dokładnie to samo, co po polsku.

 

Nasz pokój to dwa proste łóżka tylko z prześcieradłem, zaułek z trzecim, łazienka z prysznicem, a nad nami brak sufitu, tylko słomiany dach. Oczywiście okna to wycięte w drewnie prostokątne dziury. Zamiast sufitu i szyb w oknach, siatki przeciw owadom ale od razu Basia zauważyła tu i ówdzie spore dziury więc tak do końca nie byliśmy bezpieczni.

 

Amazonia: Chullachaqui

 

Rzuciliśmy nasze plecaki na prycze, a za chwilę zjawił się Raul, który wyjaśnił nam dlaczego wszystko w łazience jest takie czerwone. Podobno starają się wydobywać wodę z głębokich złóż (24m) ale jest ona zanieczyszczona tlenkiem żelaza i dlatego taki rdzawy kolor. Naturalnie tej wody nie wolno nam pić i służy tylko do mycia. Oczywiście nie ma ciepłej wody, a ciśnienie jest ledwo wyczuwalne, więc jest to zaledwie ruda strużka cieknąca z czerwonego kranu.

 

Zawołano nas na lunch. Stołówka znajdowała się w centralnej części całego kompleksu, który miał budowę niczym Pentagon w Waszyngtonie. Była część mieszkalna, stołówka i sala z hamakami do odpoczynku i połączona kładką druga część mieszkalna, w której my rezydowaliśmy. Aby więc udać się na stołówkę, musieliśmy przejść przez kładkę.

 

Przy długim stole zasiedliśmy my, Masa oraz pewna trzyosobowa rodzina Peruwiańczyków z Limy. Chłopaki z obsługi przynieśli nam lunch. Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni. Trzeba sobie wyobrazić jak ciężko jest im coś fajnego przygotować w takich warunkach, a jednak było prosto ale smacznie i w sporych ilościach. Ryż, ryba/kurczak, surówki, kompot a na deser suszone banany. Wszytko ładnie podane.

 

Na obsługę składało się kilku chłopaków. Nie do końca wiedzieliśmy, kto jest za co odpowiedzialny ale wszyscy mieszkali 12 minut drogi przez dżunglę w swojej wiosce. Tak samo Raul, który był przewodnikiem. Wszyscy oni na noc wracali do siebie do wioski więc turyści zostawali w ośrodku sami.

 

Gdy już wszyscy pojedliśmy, Raul ogłosił mobilizację i mieliśmy stawić się gotowi do wypłynięcia na Amazonkę w poszukiwaniu różowych delfinów. Raul obsługiwał większą łódkę z silnikiem i dlatego wszyscy się zmieściliśmy na jednej. Wchodząc na łódkę, Peruwianka poślizgnęła się i wylądowała dupą w błocie.

 

Po kilku minutach wypłynęliśmy na Amazonkę i zaczęliśmy płynąć w kierunku mierzei. Dopiero teraz widać było jak szeroką rzeką jest Amazonka, a to przecież nic w porównaniu z jej dolnym odcinkiem.

 

Mijaliśmy rybaków łowiących ryby, w oddali słychać było statki prujące wodę w kierunku innego ważnego miasta w dżungli – brazylijskiego Manaus. Taka podróż z Iquitos do Manaus może potrwać ponoć nawet i tydzień. Potem wyłaniały się te statki, przypominające parowce z XIX wieku.

 

Tymczasem my zaczailiśmy się w okolicach dużej łachy piachu i Raul zaczął wydawać jakieś dziwne dźwięki, które miały przywołać delfiny. Pływaliśmy w kółko ale jakoś tak średnio wiedzieliśmy czego się spodziewać. Dopiero po chwili spokoju, zaczęliśmy dostrzegać wynurzające się od czasu do czasu ciała jakichś zwierząt. Trudno było przewidzieć z której strony to nastąpi więc zrobienie zdjęcia, czy w ogóle zauważenie tego zwierza było dość wyzywającym zadaniem. Jednak po kilku minutach zaczęliśmy rozumieć tę grę i coraz częściej udawało się nam je zobaczyć.

 

Inia (Inia geoffrensis) to gatunek walenia z rodziny Iniidae żyjący w wodach Amazonki i Orinoko, a niekiedy również na okresowych rozlewiskach tych rzek. Osiąga długość 2-2,5 m oraz wagę około 100-150 kg. Żywi się rybami i niekiedy skorupiakami. Ma kolor jasnoszaro-różowy. Płetwy mięsiste, grube, płetwa ogonowa ma postrzępiony brzeg. Inia jest największym gatunkiem spośród delfinów słodkowodnych. Jest najpospolitszym delfinem zamieszkującym rzeki.

 

Raul udawał jednego z nich, pluskając i wydając dziwne dźwięki i syn Peruwiańczyków zaczął go też naśladować. Co jakiś czas wyłaniała się szare cielsko ale dość szybko znikało więc nie jest możliwe zobaczyć takiego delfina na dłużej niż ułamek sekundy. Dlatego nie doczekaliśmy się jakiegoś spektakularnego wyczynu żadnego z delfinów.

 

Amazonka: delfiny

 

Po pokazie, popłynęliśmy na łachę piachu, aby troszkę pochodzić po dopiero co powstałej wyspie na środku Amazonki. Spędziliśmy tam kilka chwil, obserwując piękny zachód słońca. Była przyjemna ciepła pogoda, a niebo mieniło się dziesiątkami kolorów.

 

Amazonka

 

Powoli zapadał zmrok i kiedy już byliśmy z powrotem na łódce płynąc do naszej lodży, było już całkowicie ciemno. Raul oczywiście bez problemu odnalazł naszą malutką rzeczkę, przy której wybudowano lodżę i po kilku minutach byliśmy już gotowi na kolejny posiłek dzisiejszego dnia. Tym razem tylko przy świetle wydobywającym się z lampki naftowej ustawionej na stole, z trudem odróżnialiśmy poszczególne rzeczy, które znajdowały się na talerzu. Towarzyszył nam koncert ptaków, owadów i najróżniejszych stworów, których nawoływania były tak głośne, że całkowicie zagłuszały odgłosy i głosy produkowane przez nas przy stole. Obiad znów był bardzo dobry i duży.

 

Amazonia: Chullachaqui

 

Raul ogłosił, że po chwili odpoczynku, mamy się stawić w stołówce ponieważ wypływamy na poszukiwanie kajmanów. Mieliśmy wziąć koniecznie repelent oraz latarkę. Mogliśmy się rozejść na chwilę relaksu do naszych pokoi. Drogę do naszego pokoju wyznaczała paląca się przed drzwiami jedna lampa naftowa, którą mieliśmy wziąć do naszego pokoju. Nie dawała zbyt dużo światła ale dało się jakoś przyzwyczaić.

 

Basia stwierdziła, że nie ma ochoty oglądać kajmanów i anakondy ponieważ się boi zarówno ich samych jak również wypadku na łódce. Tym razem bowiem mieliśmy płynąć wąskimi i płytkimi pirogami bez silnika, które wyglądały bardzo niestabilnie. Dlatego zrezygnowała i mogła już iść sobie spać, co bardzo ją ucieszyło.

 

Noc już zapadła dawno ale odgłosy dżungli zmieniały się co jakiś czas. Co chwilę jakiś nowy gatunek się budził, bądź wstawał, może wychodził na żer... W każdym razie, orkiestra grała na całego, pohukiwania, piski, ryki, ćwierkanie, szelest, syczenie, buczenie i szum to było to, co zagłuszało wszystko inne. Przy zgaszonym lub minimalnym świetle robiło to piorunujące wrażenie. Wyobraźnia podpowiadała swoje, a rozum utwierdzał w przekonaniu, bo to przecież Amazonia.

 

Plik:Amazon rainforest.jpg

Amazonia                                                                                ©wikipedia

 

Byliśmy w Amazonii czyli w regionie w Ameryce Południowej w dorzeczu Amazonki, na obszarze Boliwii, Brazylii, Ekwadoru, Gujany, Gujany Francuskiej, Kolumbii, Peru, Surinamu i Wenezueli. Teren ten zajmuje obszar siedmiu milionów kilometrów kwadratowych, z czego około 5,5 miliona kilometrów kwadratowych zajmuje amazoński las deszczowy – wilgotny las liściasty leżący na terenie dziewięciu państw. Amazonia stanowi ponad połowę wszystkich lasów deszczowych oraz największy i najbogatszy gatunkowo obszar na planecie. Lasy amazońskie mają niezrównaną różnorodność biologiczną. Jeden na dziesięć znanych gatunków na świecie mieszka w dżungli Amazońskiej. Region jest zamieszkany przez około 2,5 miliona gatunków owadów, dziesiątki tysięcy gatunków roślin i około 2000 gatunków ptaków i ssaków. Różnorodność gatunków roślin jest największa na Ziemi. Według niektórych ekspertów na jednym kilometrze kwadratowym może rosnąć w przybliżeniu 75,000 rodzajów drzew i 150,000 gatunków wyższych roślin. Mieszka tu około 20% wszystkich ptaków Ziemi. Panuje tam wilgotny klimat równikowy o wysokiej średniej sumie opadów (do 4000 mm), ze średnimi rocznymi temperaturami od 24 do 27 °C.

 

Kiedy się ocknąłem z zamyślenia na temat Amazonii, Raul już wołał na zbiórkę. Oprócz Basi, stawili się wszyscy pozostali. Mieliśmy płynąć dwiema łodziami więc wylądowałem na łódce z Masą, a wiosłował pomocnik Raula. Zanim jednak usiadłem na deseczce opartej o dwie burty, poczułem straszne ukłucie w uda i plecy. Bardzo dziwne uczucie, jakby tysiące mikroskopijnych igieł mi ktoś wbił w ciało. Chciałem zobaczyć o co chodzi i dlatego przyświeciłem sobie w to miejsce i wtedy zrozumiałem o co chodzi. W świetle latarki, ujrzałem tysiące komarów i innych owadów tnących mnie przez spodnie i koszulkę. Skupiły się na tych rejonach bo resztę ciała dobrze wysmarowałem najsilniejszym dostępnym na polskim rynku repelentem – Muka. Jak pisali w instrukcji, ten środek można używać w ekstremalnych warunkach tropikalnych, dlatego zakupiłem po jednym dla każdego z nas. Jak widać działał ale nie sądziłem, że będę musiał pryskać nim też spodnie. Gdy jednak zostałem zmuszony do zrobienia tego, także i tam komary odpuściły. Mogłem spokojnie delektować się podróżą.

 

Siedziałem za Masą i płynęliśmy równolegle do łódki Raula i Peruwiańczyków. Poruszaliśmy się wzdłuż brzegu świecąc latarkami po brzegu aby wypatrywać oczu kajmanów. Co jakiś czas przeleciał jakiś wystraszony ptak, coś plusnęło w wodzie. Nie rozmawialiśmy w ogóle, Raul też nic nie mówił więc mogliśmy zachwycać się specyficzną ciszą. Ciszą, zagłuszaną tylko odgłosami dżungli. Bardzo mi się ten moment podobał. Płynęliśmy bardzo leniwie, cichuteńko odpychając się od wody, której chłód dawał przyjemne odczucie na twarzy. Wokół nas tylko przyroda, a w świetle księżyca powyginane w dziwne kształty drzewa stojące nad brzegiem rzeki, udawały najróżniejsze pozy, które tylko własna wyobraźnia mogła interpretować.

 

Amazonia

 

Niestety jeśli chodzi o cel wycieczki, to tutaj było gorzej. Kajmanów ani innych nocnych zwierzaków nie znaleźliśmy. Mijaliśmy kilometry brzegu jednego, potem drugiego, wpływaliśmy w zatoczki, pod wiszące liany ale niczego nie znaleźliśmy. Jednak mimo wszystko byłem bardzo zadowolony z tego ostatniego punktu tego dnia. Psychicznie odpocząłem bardzo, po ciężkich poranno-popołudniowych przeżyciach.

 

Po powrocie zastałem śpiącą Basię. Zgasiłem lampkę naftową i przy akompaniamencie milionów stworzeń, oddałem się w objęcia Morfeusza. To był bardzo intensywny dzień, więc z zaśnięciem nie miałem żadnych problemów.

 

Dzień 11: Lima: nocleg (A) – lotnisko (B) =  12km

 

Dzień 11: Lima – Iquitos  =  1003km

 

Dzień 11: Iquitos: lotnisko (A) – biuro (B) – port (C) =  10km

 

Dzień 11: Iquitos – Chullachaqui Lodge  =  97km

 

 

Dzień 11:  =  1122km

 

 

Dzień 12 - 28 lipca 2012 – sobota

 

SPACERKI PO LASKU

 

Basia po przebudzeniu stwierdziła, że źle się czuje. Ale udało jej się jakoś zebrać na śniadanie, które było gotowe już o 8 rano. Znów pozytywnie nas zaskoczyli, bo było smacznie i zdrowo (sporo owoców).

 

Za oknami witał nas już słoneczny i upalny dzień. Dżungla znów zmieniła się w zieloną gęstwinę. Chłopaki z obsługi przygotowywali pirogi, na których mieliśmy udać się na połów piranii. Basi średnio się widziało pływanie tymi łódeczkami ale zdecydowała się tym razem popłynąć z nami.

 

Najpierw jednak musieliśmy dobrać sobie odpowiednie obuwie czyli gumiaki, których sporo było wystawionych na werandzie. Był lekki problem ze znalezieniem rozmiaru dla mnie ale w końcu się udało i wszyscy mieliśmy na nogach te gumiaki. Wysmarowaliśmy się kremem z filtrem 50, ponieważ prażyło niemiłosiernie, a znajdowaliśmy się przecież prawie na równiku. Zebraliśmy sprzęt utrwalający i wyruszyliśmy dwiema łódkami w górę odnogi, przy której stacjonowaliśmy i którą płynęliśmy zeszłej nocy.

 

Amazonia: Chullachaqui

 

Ja i Basia dostaliśmy małomównego asystenta Raula, natomiast reszta ekipy płynęła z Raulem. Ale oczywiście byliśmy obok siebie i Raul, co jakiś czas, instruował nas co widzimy. Widać było jakąś kulkę na drzewie, co podobno było leniwcem. Były kolorowe ptaki no i ogromne ważki, których łopot skrzydeł było słychać. Mnóstwo innych latających potworków i towarzyszące im najdziwniejsze na świecie dźwięki i odgłosy. Chlupało też w wodzie lub szeleściło w koronach drzew, gdzie zazwyczaj małpy skakały po gałęziach, więc trzeba było mieć oczy dookoła głowy, bo ciągle się coś działo.

 

Amazonia: małpy

 

Jednak naszym celem było łowienie. Nie dostaliśmy oczywiście profesjonalnego sprzętu wędkarskiego, tylko zwykły kij z żyłką zakończoną hakiem. Na ten hak nasz asystent nabił nam kawałek rybki i wręczył nam wędkę żebyśmy potrzymali w wodzie. Gdy tylko to zrobiliśmy, zjawił się tabun małych rybek rzucających się na przynętę. Kilka pierwszych razów to było totalne niepowodzenie z naszej strony, bo rybki nas okradały po prostu z przynęty ale potem trochę się wycwaniliśmy i zaczęliśmy dźwigać energicznie nasze kije aby wytargać przynętę wraz z uczepioną rybką.

 

Często ryba wpadała z powrotem do wody zanim zdążyliśmy ją wyłowić, a nasz biedny asystent za każdym razem cierpliwie nakładał nam kolejny kawałek martwej ryby na haczyk. Na drugiej łódce było podobnie jednak po jakimś czasie zaczęliśmy wyławiać ryby, które ostatecznie lądowały w łódce, a nie obok. Niestety mi szło najgorzej i za cholerę nie mogłem nic wyciągnąć. W tym czasie, Basia już miała na koncie kilka. Oddawała je naszemu asystentowi, który uśmiercał je aby mogły służyć za przynętę dla kolejnych jej kuzynów.

 

Amazonia: catfish

 

Celem były piranie, aczkolwiek wyławiane ryby nie były piraniami tylko podobno catfish, co na polski ciężko przetłumaczyć, a właściwie zidentyfikować bo odpowiednikiem są sumokształtne. A gatunków jest cała masa więc nie mam pojęcia, które konkretnie to były rybki.

 

Po wielu minutach łowienia, Basia miała już ponad 7 złowionych sumokształtnych, gdy ja nadal tylko moczyłem kij i dawałem się im okradać z mięska. Frustracja we mnie rosła bo Basia kolejny raz wyciągała małą rybkę szarpiącą się na końcu kija, a ja walczyłem ze złodziejami. Jednakże Basia też była nie do końca usatysfakcjonowana, bo nie udało się jej wyłowić piranii, po którą tu przecież przypłynęliśmy. Nie udało się też nikomu z drugiej łódki więc po kolejnych długich minutach łowienia, zdecydowaliśmy się rozdzielić.

 

Amazonia: dopływ Amazonki

 

Nasz asystent wpłynął w jakąś mniejszą zatoczkę i tam, wreszcie w cieniu, mogliśmy spróbować coś wyhaczyć. Basi udało się kolejny raz i prowadziła już 10:0 ze mną ale wtedy wreszcie "strzeliłem za 3". Wyłowiłem jakąś pomarańczową rybkę, która za cholerę nie chciała puścić haczyka z przynętą i dlatego wylądowała w łódce, a nie w wodzie. Nasz asystent głośno odetchnął i poinformował, że to pirania.

 

Amazonia: pirania

 

Piranie to rodzina złożona z kilkunastu rodzajów ryb kąsaczokształtnych obejmująca gatunki słodkowodnych, w większości drapieżnych ryb, zamieszkujących wody Ameryki Południowej, głównie dorzecza największej rzeki tego kontynentu – Amazonki. Z powodu bardzo ostrych zębów, grupowego atakowania ofiary i dużej żarłoczności, w powszechnej opinii piranie uważane są za najgroźniejsze drapieżniki wód słodkich Ameryki Południowej. Mają wysokie, silnie bocznie spłaszczone ciało o długości od jednego do 40 cm, dużą głowę o tępo ściętym pysku z grubymi wargami, spod których widać tylko szczyty zębów, które są ostre, trójkątne na obu szczękach, osadzone przeciwlegle, umożliwiające im odcinanie kawałków ciała ofiary.

 

Chwilę potem kolejna pirania wylądowała na łódce i znów to ja byłem zdobywcą. W tym samym czasie Basia dalej łowiła swoje catfish, gdy ja zakończyłem połów aż 4 piraniami i jedną catfish. Basi udało się złapać aż 12 sztuk, jednak ani jednej piranii.

 

Za drugiej łódce mieli gorsze połowy ale też im się udało złapać kilka sztuk i na moje pytanie co z nimi zrobimy i czy wyrzucić je z powrotem do rzeki, Raul odparł, że je zjemy. Myślałem, że żartuje ale on całkiem serio do tego podszedł i obiecał, że nam je przyniesie na obiad.

 

Przyjrzałem się tym rybkom i jakoś nie za bardzo widziałem tutaj mięsa do jedzenia. Odsunąłem im też wargi aby zobaczyć te słynne zęby i trzeba przyznać, że są niesamowite. Ostre jak brzytwa i choć małe, w małej buzi, z pewnością bez problemu by odcięły człowiekowi palce.

 

Amazonia: piranie

 

Po rejsie, który trwał kilka ładnych godzin, dopłynęliśmy z powrotem do lodży, gdzie już gotowy był lunch. Gdy już prawie go kończyliśmy, kucharz przyniósł nam usmażone piranie, które rano złowiliśmy. Każdy chciał spróbować choć kawałek ale mięsa tam zbyt dużo nie było. Ze smaku przypominały trochę naszego wigilijnego karpia, bo były przesiąknięte mułem. Żeby się najeść, konieczne by było złowienie naprawdę znacznej ilości tych rzecznych potworów.

 

Po lunchu dostaliśmy chwilę na odpoczynek, a potem mieliśmy wyruszyć na naszą pierwszą pieszą wędrówkę po dżungli. Na ten punkt czekałem ale wszystko wskazywało na to, że pójdę tylko ja i Japończyk Masa. Peruwiańczycy po lunchu zaczęli się pakować i przebrani czekali na łódkę z Iquitos, natomiast stan zdrowia Basi się pogorszył i osłabiona nie wstała po poobiedniej drzemce. Zresztą nie miała ochoty łazić po chaszczach za bardzo.

 

Gdy Peruwiańczycy odpłynęli, Raul zrobił zbiórkę, kazał się wysmarować repelentem i kremem z filtrem i mogliśmy w trójkę wyruszyć w głąb dżungli. Sam nie używał ani jednej, ani drugiej rzeczy. Jego podobno nie gryzą owady, a jego oliwkowa skóra raczej chyba jest przystosowana do promieni słonecznych. Wziął tylko ze sobą maczetę, którą miał torować nam drogę przez gęstwinę.

 

Tuż po wejściu do dżungli zatrzymaliśmy się przy jakimś niepozornym drzewie. Raul stuknął kilka razy maczetą w pień i spod niego wyłoniły się wkurzone mrówki. Raul wyjaśnił, że to "mrówki-pociski" czyli Paraponera clavata – gatunek mrówek, który w rodzimej Ameryce Południowej zwany jest "mrówką 24-godzinną", a na całym świecie bullet ant (ang. bullet – pocisk). Ukąszenie tego niewielkiego, około dwucentymetrowego owada boli na poziomie porównywalnym do postrzału, a ból nie ustępuje, co najmniej przez 24 godziny. W skali bólu wg Schmidta jest on przykład bólu maksymalnego.  

 

Amazonia: mrówki-pociski

 

Opowiedział nam też historię siły ich żuwaczek. Miejscowi wykorzystują je do zszywania ran, gdyż są tak silne. Najpierw odcinają odwłok z jadem, po czym umieszczają głowy na otwartej ranie. Mrówki łapią skórę i zaciskają szczęki. W ten sposób rana zostaje zamknięta.

 

Kiedy skończył swą opowieść, wziął jedną z mrówek, obciął jej odwłok i pozwolił Masie wziąć ją na swoją skórę. Masa nie protestował i po chwili poczuł jej ugryzienie. Trochę krzyczał, ale Raul opanowanym głosem uspokajał go.

 

Tuż obok, pod jednym z dużych liści, odkryliśmy gniazdo os. Podobno te osy są dość wredne i szybko się wkurzają więc nasz czas na oglądanie całkiem szybko się skończył i mogliśmy iść dalej w głąb dżungli.

 

Droga była całkiem znośna bo Raul wycinał ją maczetą. Było parno i duszno, słońce nie docierało bo było tak gęsto. Wszystko ze sobą połączone, poplątane a na dole błoto i wystające korzenie. Co jakiś czas napotykaliśmy jakieś ogromne drzewa, o których Raul mówił fajne rzeczy. Były więc ogromne drzewa ze zwisającym z góry niby warkoczem, co okazało się być korzeniem.

 

Amazonia

 

Były drzewa, które były pasożytami innych drzew, walczyły o słońce, splatały się ze sobą. Drzewa, z których łatwo się robi łódki, drzewa o straszliwie twardym drewnie, pokazał nam też drzewo z nasionami jak bawełna, widzieliśmy też olbrzymiego martwego kornika, który wyniszcza pewne drzewa. Aż wreszcie pokazał nam kauczukowca i gdy go naciął, popłynęła biała niczym mleko substancja, o którą kilkadziesiąt lat temu toczone takie boje.

 

Amazonia: drzewo kauczukowe

 

Naturalnie nie wszystkie znajdowały się w jednym miejscu. Dreptaliśmy tak po podmokłych, czasem bagnistych terenach. Przebijaliśmy się przez chaszcze, przeskakiwaliśmy powalone konary i czasem zatrzymywaliśmy się aby pooglądać jakieś zwierzęta. Widzieliśmy dwa rodzaje stonogi. Jeden podobno jest niebezpieczny dla człowieka, drugi nie. Różnicą jest... parzysta lub nieparzysta liczba odnóży. Raul wiedział, którego można wziąć do ręki, którego nie. Sporo obiektów też znajdowaliśmy na ziemi. Różne owoce, nasiona, o których bym nawet nie pomyślał, że są wytworem drzewa. Jedzenie małp i innych mieszkańców dżungli. Praktycznie co kilka metrów zatrzymywaliśmy się aby coś zobaczyć i zazwyczaj były to rzeczy, których nigdy w życiu przedtem nie widziałem. Byłem bardzo podekscytowany, ponieważ strasznie mi się ten spacer podobał.

 

Weszliśmy też w miejsce gdzie ujrzeliśmy mały akwen wodny. Zieleń była tu bardziej intensywna, słońce z łatwością się tu przebijało, widać było nawet błękit nieba. Powalone konary wpadły do wody i można było nimi wejść w głąb tego jeziorka.

 

Amazonia

 

Raul ostrzegł nas przed dwiema rzeczami: mamy uważać żeby się nie poślizgnąć na konarze i nie wpaść do wody, bo mogą tu być kajmany lub anakondy i żeby się nie trzymać niektórych drzew. Jedno z nich nie wyglądało groźnie ale podobno można nawet stracić palce, tak ostre są jego krawędzie. Nawet przez myśl by mi nie przeszło, że to niepozorne drzewko może zrobić ze mnie kalekę. Drugie to wyraźnie widać było, że złapanie się za nie, skończyłoby się wbiciem kilkuset igieł w dłoń.

 

Niestety Masa potknął się, ześlizgnął z konara i ratując się złapał się za drzewo z kolcami… Na jego szczęście dopiero co wszedł na ten konar więc nie wpadł do głębokiej wody ale rękę sobie pokaleczył dość mocno. Raul pospieszył mu z pomocą i razem przez chwilę wyciągali igły z jego dłoni.

 

Kajmanów ani anakondy nie było ale miejsce było tak jak sobie zawsze wyobrażałem Amazonię. Cicha, stojąca woda pokryta zielonymi liśćmi otoczona gęstwiną, po której szczytach skaczą małpy a w środku słychać hałasujące ptaki. Nad taflą unoszące się stada owadów na tle błękitnego nieba w promieniach ostrego słońca. Nigdy nie wiedziałem jak pachnie taki las ale trzeba przyznać, że jest to zapach butwiejącego drewna, wilgoci i stęchniałego materiału.

 

Brodziliśmy po łydki w brudnej wodzie, przedzierając się przez gęsty las. Totalnie straciłem orientację ale cały czas podążałem za Raulem, Masa ubezpieczał tyły. W pewnym momencie złapał nas deszcz. I tak byliśmy już mokrzy od potu i wody spadającej z ruszanych przez nas liści więc ten deszcz nie zrobił na nas żadnego wrażenia. Zrobiło się parno, bo wszystko zaczęło parować.

 

Brnęliśmy dalej w wodzie, błocie i mule prawie po kolana. Często zaczepialiśmy się o zwisające gałązki, zaczepialiśmy nogami o coś na ziemi lub na dnie. Wiele razy traciliśmy równowagę przechodząc po grubszych konarach i ratując się, przytrzymywaliśmy się instynktownie pobliskiej roślinności, chociaż przecież wiedzieliśmy, że taka pomoc może skończyć się dla nas fatalnie. Masa wiedział o tym najlepiej.

 

Amazonia

 

Zatrzymaliśmy się gdy Raul zauważył na koronie drzew zabawy małp. Obserwowaliśmy je przez chwilę jak skaczą, biją się i biegają po drzewach nie zważając, że to tak wysoko. Raul potrafił dostrzegać ciekawe rzeczy, gdy ja nawet nie wiedziałbym w którą stronę patrzeć i czego szukać. Słyszał też sygnały ostrzegawcze ptaków i potrafił je zidentyfikować.

 

Łaziliśmy więc tak po lesie przez kilka godzin. Byliśmy mokrzy, brudni i zmęczeni ale cały czas podjarani tym co nas otaczało. Byłem bardzo zadowolony z tego spaceru i gdy wyszliśmy z drugiej strony polany, na której wybudowano naszą lodżę, trochę żałowałem, że to już koniec. Ale Raul zapowiedział jeszcze jeden spacer na dziś, tym razem po obiedzie, czyli będzie to nocna wyprawa. Ciężko mi było to sobie wyobrazić technicznie, gdyż w dzień można było nieźle się urządzić błądząc lub się przewracając a co dopiero w nocy ale podobno część zwierząt można obejrzeć tylko w nocy.

 

Przy obiedzie trochę pogadaliśmy z pozostałymi chłopakami. Opowiadali nam o pracy, o poprzednim właścicielu Niemcu, który nie wierzył w ducha ale pewnej nocy przekonał się o jego obecności... Masa przyznał się, że podróżuje od 5 miesięcy i niedługo wraca do Japonii ale znów przyjedzie do Ameryki bo tym razem omija... Brazylię. Zostawia ją sobie na inną wycieczkę. Raul odpoczywał grając na gitarze, pozostali leżeli na hamakach. Później i my poszliśmy poleżeć na hamakach gdy chłopaki wrócili do swojej wioski.

 

Amazonia: Chullachaqui

 

Wieczorem zjawił się Raul i po przebraniu się znów w gumiaki, ruszyłem ponownie tylko z Masą na nocną wyprawę. Dźwięki były inne tym razem, znów dżungla żyła swoim rytmem jak pierwszą nocą. Od razu zauważyliśmy świetliki, które były sporych rozmiarów. Wyglądały jak małe fruwające latareczki.

 

Po wejściu do dżungli, szliśmy w kierunku ryczącej żaby. Ten dźwięk wydawany przez nią był naprawdę bardzo intensywny. Słyszeliśmy go poprzedniej nocy gdy zasypialiśmy. Pojawia się nocą i niesie się po całej dżungli. Wydawać się może, że to jakiś ogromny zwierz ale wreszcie Raul dopadł tę żabę i mogliśmy ją sobie dokładnie obejrzeć, bo wcale nie uciekała choć na nasz widok zamilkła.

 

Amazonia: żaba rycząca

 

Żaba rycząca (bullfrog) zamieszkuje obecnie wiele stref klimatycznych i krajów. Łatwo dostosowuje się do nowych warunków. Swą nazwę zawdzięcza wydawanym przez nią odgłosom, podobnym do ryczenia byka. Ludzie zwiększyli obszar jej naturalnego występowania, aby lepiej walczyć ze szkodliwymi gatunkami owadów, jednak jadłospis tego gatunku jest bardzo szeroki i rozmaity, co spowodowało, że stała się poważnym zagrożeniem dla rodzimej fauny rejonów, w których została introdukowana.

 

Potem znaleźliśmy tę niebezpieczną stonogę ale celem naszej wizyty w nocy były tarantule. Raul wiedział, że wychodzą w nocy i gdzie mieszkają. Dlatego chodziliśmy od drzewa do drzewa stukając i próbując je zwabić. Niestety cały czas lał deszcz, a podobno one nie wychodzą gdy jest mokro. Mieliśmy sporego pecha, bo zeszłej nocy było czyste niebo i nie padało, a dziś akurat mocno lało. Po kilkunastu próbach wyciagnięcia tarantuli z ich gniazd, musieliśmy się poddać.

 

Jednak spotkaliśmy pająka, co prawda nie była to tarantula ale spotkanie było równie ekscytujące, przede wszystkim dla Masy. Raul bowiem złapał jakiegoś pająka, dość sporego i trzymając go za odnóża, spytał Masę czy może mu położyć go na twarz. Nie sądziłem, że mówi poważnie ale to było pytanie na serio i Masa bez specjalnych protestów wziął go sobie na twarz. Pająk szybko zwiał na głowę, zaczepił się na ubraniu ale Raul nie podarował i znów go przestawił tak, aby znalazł się centralnie na twarzy Japończyka. Wtedy zrobił mu zdjęcie jego aparatem i Masa ponownie został królikiem doświadczalnym Raula. Nie wiem co to za pająk ale Raul wytłumaczył, że nie był jadowity, choć podobno ma silne szczęki i trzeba uważać żeby nie ugryzł. Inaczej myślę, że Raul nie zaryzykowałby jego zdrowia gdyby ten pająk miał jad.

 

Amazonia: Masa i pająk

 

Chodzenie z latarkami było oczywiście dużo cięższym przeżyciem niż chodzenie w dzień. W dodatku padało cały czas więc było bardzo błotniście, ślisko i oczywiście byliśmy cali przemoczeni. Komary fruwały ale mój repelent znów zdał egzamin więc nie odczuwałem zagrożenia z ich strony. Trzeba było być ostrożniejszym żeby się nie przewrócić, bo zapewne po ziemi biegały teraz zupełnie inne stwory niż w dzień, a nigdy nie wiadomo które są nam obojętne, a które mogą wyrządzić krzywdę.

 

Nocna wyprawa była krótsza ale też co najmniej dwie godziny przebijaliśmy się po lesie. Nie wiem jakim cudem Raul wiedział gdzie iść i gdzie się znajdował bo ja znów straciłem orientację momentalnie. Bez latarki i maczety nie mielibyśmy najmniejszych szans na wyjście stamtąd. No i oczywiście bez przewodnika w postaci Raula.

 

Gdy byliśmy z powrotem pod naszym drewnianym domkiem, w którym została samiuteńka Basia, natknęliśmy się na jeszcze inną ropuchę wydającą inny charakterystyczny odgłos. Znów bym jej sam nie zauważył ale Raul widzi wszystko dookoła, co dowodzi, że gringo nigdy nie powinien iść sam do dżungli.

 

Basia już spała, ja oczywiście bez mycia, w brudnych i przepoconych, no i mokrych ciuchach uwaliłem się na łóżko zmęczony po całym dniu dreptania po lesie tropikalnym. Byłem zmęczony ale znów bardzo zadowolony z tego co zobaczyłem i czego doświadczyłem. Żałowałem tylko bardzo tych tarantuli, które nie chciały wyjść ze swojego domu żeby mi się pokazać. Kolejny raz mam pecha w spotkaniach ze zwierzętami.

 

Dzień 12: dżungla = ok. 20km

 

Dzień 12:  = ok. 20km

 

 

Dzień 13 - 29 lipca 2012 – niedziela

 

WYRZUTY SUMIENIA

 

Basia po przebudzeniu stwierdziła, że się czuje dużo lepiej. To oczywiście bardzo dobra wiadomość. Dziś mamy zaplanowane kolejne wędrówki po dżungli i tym razem Basia chce wziąć w nich udział. Póki co jednak, zaczynamy się lekko pakować, bo wszystko mamy rozbebeszone w naszym pokoju.

 

Po śniadaniu, które jedliśmy tylko z Masą, ucięliśmy sobie pogawędkę z chłopakami ale Raul zwołał nas na zbiórkę i po przebraniu się w gumiaki, byliśmy już przy łódce. Nie płynęliśmy daleko, bo tylko na drugą stronę rzeki i tam po głębokim błocie, zapuściliśmy się w głąb dżungli.

 

Dla Basi była to nowość, ja i Masa już tego doświadczyliśmy więc wiedzieliśmy czego się spodziewać. Raul obiecał nam pokazać leniwca, może anakondę, jakieś iguany i generalnie coś ciekawego.

 

Na początku nie było tak gęsto ale za to bardzo bagiennie, szczególnie po tych nocnych ulewach. Basia narzekała na okropną woń stęchłego i butwiejącego drewna i liści ale dzielnie się przedzierała przez busz. Raul tradycyjnie prowadził, torując sobie i nam drogę poprzez gęstwinę, tnąc ją maczetą. Masa ubezpieczał tyły.

 

Amazonia

 

W pewnym momencie Raul wskazał na jakiś brązowy punkt wysoko na drzewie. Oznajmił, że to leniwiec. Dla mnie to była jakaś zgrubiała część konaru tego drzewa, a nie jakiś leniwiec ale on upierał się, że to jest właśnie leniwiec. Gdy widział moje niedowierzanie, rzucił maczetę na ziemię i zabrał się za wspinanie po sąsiednim drzewie. Szło mu naprawdę nieźle ale jednak było trochę za wysoko i tylko mógł poruszać gałęzią żeby zmusić leniwca do jakiegoś ruchu i tym samym udowodnić nam, że to naprawdę ten zwierzak. Tak też się stało, leniwiec ruszył się ale po prostu zmienił pozycję i dalej miał nas gdzieś. Nic nam nie pokazał interesującego.

 

Leniwce to rodzina lądowych, nadrzewnych ssaków zaliczanych do szczerbaków. Poruszają się powolnymi ruchami z ciałem podwieszonym pod gałęziami. Rzadko schodzą z drzew. Cechą charakterystyczną tej rodziny leniwców jest obecność trzech długich palców dłoni i stóp, uzbrojonych w 3 potężne, hakowato zagięte pazury oraz długa szyja.

 

Leniwce mają wysmukłe ciało, zredukowany ogon oraz małe oczy i uszy. Obie płcie zewnętrznie nie różnią się prawie niczym. Długość tułowia współczesnych dorosłych leniwców mieści się w granicach 40-75 cm. Mają możliwość obracania głowy o ponad 270°. Długa, gęsta sierść złożona jest z dwóch rodzajów włosów, wełnistych i szczecinowatych. Na sierści żyją glony, co nadaje zwierzętom zielonkawe ubarwienie.

 

Leniwcowate prowadzą nadrzewny tryb życia. Odżywiają się pokarmem roślinnym. Ich wielokomorowy żołądek jest przystosowany do trawienia liści i gałązek. Całkowity proces trawienia może trwać ponad miesiąc. Raz na 7-8 dni schodzą z drzewa na ziemię, aby się wypróżnić. Leniwcowate dobrze pływają. Mają słabo rozwinięty wzrok i słuch. Pokarm wyszukują za pomocą zmysłu węchu i dotyku. Poza okresem rozrodu żyją samotnie.

 

Chwilę później Raul znalazł kolejnego kandydata do zaprezentowania się nam. Tym razem od razu zaczął się wspinać po niego i ku mojemu zdziwieniu, wziął go za skórę, ostrożnie unikając skaleczenia o jego potężne pazury, ściągnął go na dół i mogliśmy się mu dokładnie przyjrzeć. Jak dla mnie, to on wygląda jakby był z innego świata.

 

Raul trzymał go za skórę, która była nieźle zapchlona ale nie przeszkodziło to Raulowi zaproponować Masie potrzymania go sobie. Masa jak zwykle nie odmówił i po chwili sam trzymał wkurzonego leniwca. Nasz osobnik był wkurzony bo Raul wyrwał go z drzemki ale nie przejawiał większego zainteresowania nami, tylko zapewne marzył aby wrócić na drzewo i kontynuować sen.

 

Amazonia: leniwiec i Raul

 

Gdy Raul postawił go na pień, leniwiec pokazał jak szybki też może być. Zasuwał w górę po drzewie i po chwili ułożył się w ulubionej pozycji aby sobie pospać. Po pokazie Raul nie czekając na oklaski, ruszył dalej w dżunglę w poszukiwaniu innych stworów.

 

Wkrótce natknęliśmy się na jakiś szlak, ścieżkę z głębokimi śladami jakiegoś zwierza. Raul wyjaśnił, że to ślady kapibary. Próbowaliśmy sobie przypomnieć z filmów na Nat Geo Wild, co to kapibara ale Raul szybko dodał, że to taki duży szczur. Jeśli szczur robi takie dziury w błocie, to raczej nie chcieliśmy go spotkać wkurzonego.

 

Tak naprawdę kapibara to największy żyjący współcześnie gatunek gryzonia z rodziny marowatych. Jest roślinożernym zwierzęciem wodno-lądowym, zamieszkującym tereny Ameryki Południowej. Jest gryzoniem o masywnej budowie ciała – jego waga dochodzi nawet do 65 kg.

 

Jednak samego zwierzęcia nie widzieliśmy. Ale była szansa na znalezienie innego przedstawiciela tutejszej fauny. W tym celu musieliśmy się przebić przez pewne rozlewisko wodne. Raul szedł przodem badając grunt, my za nim i momentami wydawało się nam, że woda za chwilę wleje się nam do gumiaków.

 

Amazonia

 

Szliśmy trzymając się pni drzew, gałęzi i innych wystających elementów. Basia pytała czy nie ma innej drogi ale Raul twardo kazał nam przedzierać się przez tę wodę. W pewnym momencie wyjaśnił, że jeśli poczujemy coś miękkiego pod nogami, to może być to coś, czego szuka czyli anakonda. Ledwie skończył swoje zdanie, usłyszeliśmy krzyk Basi, którą ta wiadomość nie za bardzo ucieszyła.

 

Anakonda to rodzaj węża z rodziny dusicieli, zamieszkujących bagna, mokradła i rzeki w gęstych lasach tropikalnych Ameryki Południowej. Może osiągać do 7 m długości i nawet do 250 kg wagi. Anakonda potrafi pływać z szybkością 20 km/godz. i trwać w zanurzeniu 20 minut. Jak inne dusiciele są w stanie połknąć ofiarę znacznie szerszą od swojego ciała, nawet człowieka, co jest możliwe dzięki rozciągnięciu szczęk.

 

Nie natrafiliśmy na anakondę ale Raul nam opowiedział historię z marca gdy oprowadzał turystów i podczas spływu, zauważył jak mu się wydawało delfina, który wpłynął do dopływu Amazonki na gody. Podpływając bliżej zorientował się, że to anakonda i nie zastanawiając się ani chwili wskoczył do wody, złapał węża aby pokazać turystom. Po tym jak wspinał się dla nas po leniwca, trudno było nie uwierzyć w tę historię.

 

Chwilę później, Raul ponownie się wspinał dla nas. Zauważył (jak on to robi?), gdzieś na czubkach drzew, w zielonej gęstwinie, iguanę. Zanim wszyscy dostrzegliśmy to zwierzę w tym miejscu, upłynęło sporo czasu. Musiał skorzystać z naszego aparatu aby na zoomie wskazać nam gdzie ona się znajduje. Wtedy wszyscy za Masą głęboko westchnęliśmy "ahaaaaaaaaaaaaa" i zaczęliśmy próbować się przybliżyć do tego miejsca.

 

Teren był trudny, bardzo gęsto, sporo kolczastych roślinek ale udało się nam podejść na tyle blisko aby móc się przyjrzeć. Jednak przeszkadzały liście, za którymi iguana się chowała. Dlatego Raul, przedzierając się przez te krzaki, zaczął się wspinać aby spłoszyć ją tak żeby ustawiła się w lepszym miejscu dla nas do fotografowania. Naprawdę poświęcał się dla nas znacząco.

 

Amazonia: legwan

 

Legwan zielony (Iguana iguana) to gatunek dużej, nadrzewnej, roślinożernej jaszczurki pochodzącej z Ameryki Środkowej i Południowej. Jest roślinożercą. Dorasta zwykle 1,5 m długości, aczkolwiek kilka osobników osiągnęło ponad 2 m, ważąc ponad 20 kg. Pomimo swej nazwy legwany zielone mają różne barwy. Grzbiet i ogon legwana zielonego pokrywa rząd kolców służących do ochrony przed drapieżnikami. Może on używać swego biczowatego ogona do wymierzania bolesnych ciosów. Bardzo ostre zęby legwana zielonego nadają się do szatkowania liści, mogą również przeciąć ludzką skórę. Szerokie i płaskie, ząbkowane na krawędzi, przypominają kształtem liść. Jaszczurki te wiodą dzienny, nadrzewny tryb życia. Często spotyka się je w pobliżu wody. Zręcznie wspinają się, potrafią także spaść z wysokości 17 m, lądując bez uszczerbku na zdrowiu. Przestraszony przez drapieżnika legwan zielony ratuje się ucieczką. Jeśli znajduje się nieopodal wody, nurkuje i odpływa. Osaczony powiększa i prezentuje fałd skórny na podgardlu, nadyma i usztywnia swe ciało, syczy i macha głową w kierunku agresora.

 

Po obejrzeniu z różnych stron tego legwana jeszcze długo przedzieraliśmy się przez krzaki i błoto aż wyszliśmy na wykarczowaną polanę, która była polem dla ludzi z wioski. Tyczki do grochu były widocznym elementem upraw ale poza tym ciężko było coś dostrzec. Nie jest im łatwo chyba tam coś hodować.

 

Potem znów w las i dalej błądziliśmy po lesie. Po tych nocnych ulewach, ziemia była bardzo grząska i trudno sobie wyobrazić jak to wszystko tu wygląda kiedy jest pora deszczowa. Raul mówił, że woda może podnieść się o kilka metrów i wszystko to, po czym chodziliśmy znajduje się pod wodą. Teraz pomimo pory suchej, sporo było różnych bajorowatych stawików, któ®e pojawiały się w każdym możliwym zagłębieniu terenu.

 

Amazonia

 

Wreszcie po kilkugodzinnej przechadzce wróciliśmy do łódki i przepłynęliśmy rzekę aby móc dostać się do naszej lodży. Tam mieliśmy coś zjeść, wykąpać się jakoś w tej czerwonej wodzie i przebrać w świeże ciuchy. Później miała przypłynąć po nas łódka i zawieźć nas miała do Iquitos. Taki był plan, który zaczęliśmy powoli realizować.

 

Najpierw wykąpaliśmy się w tej brunatnej wodzie, która ściekała z kranu, potem dopakowaliśmy się i przebrani w nowe ubranie poszliśmy na ostatni lunch. Masa z nami jadł ale on wykupił o jeden dzień dłużej więc dla niego to nie była pożegnalna uczta.

 

Stwierdziliśmy, że damy chłopakom z kuchni jeden z naszych kalendarzy. Akurat byli chyba wszyscy obecni na sali więc spróbowałem ładnie to powiedzieć po hiszpańsku ale średnio mi wyszło, bo patrzyli dziwnie, a Basia się śmiała bo pomyliłem kilka słów i wyszło bez sensu. Przeszedłem więc na angielski i Raul przetłumaczył chłopakom. Obiecali powiesić go w kuchni.

 

Raul natomiast wyszedł z dość zaskakującą choć interesującą propozycją dla nas. Wymyślił, że bagaże damy na łódkę, a sami pójdziemy jeszcze raz przez dżunglę do jego wioski. Tam pokaże nam swój dom i zejdziemy aż do Amazonki, dokąd przypłyną nasze bagaże. Propozycja była bardzo fajna więc nie namyślaliśmy się długo. Niestety musieliśmy się z powrotem przebrać w te śmierdzące ubrania, założyć gumiaki i wszystko inne złożyć do łódki.

 

Przepłynęliśmy znowu na drugą stronę rzeki i ruszyliśmy w kierunku wioski. W czasie spaceru, Raul opowiedział nam trochę o sobie. Podobno matka urodziła go w dżungli gdy zbierała banany. W wiosce żyją 94 osoby, obecnie ma żonę i córeczkę i jako nieliczny, panel słoneczny dzięki któremu ma światło i radio. Żyją sobie bardzo skromnie ale są szczęśliwi. Sam tylko kilka razy był w Iquitos. Wszystko potrzebne do przeżycia daje im dżungla i rzeka.

 

Raul zapewnił nas, że będziemy mogli robić zdjęcia, filmować i możemy pytać o cokolwiek chcemy. Zaprosił nas do swojego domu, który był pierwszym jaki ujrzeliśmy. Skromny domek na balach, z kilkoma izbami i paleniskiem na zewnątrz. W środku żona i córka. Zachęcił nas abyśmy weszli do środka. Zdjęliśmy więc zabłocone gumiaki i weszliśmy do środka. Wnętrze podobne do naszej lodży, choć znacznie skromniejsze.

 

Amazonia: wioska

 

Cała wioska leży przy długiej, wybetonowanej ścieżce prowadzącej aż do Amazonki. Po obu stronach znajdują się takie same chatki na balach. Co jakiś czas widać jakieś poletko, czasem jakaś ławeczka, komórka i kury dziobiące coś w ziemi. Kilka psów, a jeden towarzyszący nam od samego początku nazywał się... John Locke.

 

Raul powoli prowadził nas w stronę Amazonki, po drodze objaśniając niektóre ciekawe obiekty. Pokazał nam szkołę i dom nauczyciela, prof. Ruiza. Potem przeszliśmy pod piekarnię i namawiał nas abyśmy sobie zakupili specjalny chleb ale wszystko zostawiłem na łódce i nie mieliśmy żadnej gotówki przy sobie. Żałowałem, bo była okazja spróbować takiego specjału. Mogliśmy wziąć i zapłacić później ale pomyśleliśmy o tym dużo później.

 

Wzdłuż ścieżki rosły fantastyczne drzewa cytrynowe, mandarynkowe, były też poletka z jakimiś warzywami. Raul pokazał nam też dziwną roślinę, która działa jako lek na ukąszenia węży. Jak mówił, niedawno 12-letnia dziewczynka została ugryziona przez jakiegoś węża i zastosowano ową roślinę. Ponoć już normalnie biega i się bawi.

 

W końcu doszliśmy do brzegu Amazonki. Nasza łódka z tym samym kierowcą oraz z tą lalunią, która przyjęła nas w biurze, czekała na nas. Żeby wejść na łódkę musieliśmy przejść jeszcze z 50m po głębokim błocie. Masa został z Raulem, a my po pożegnaniu się z oboma, zeszliśmy w błoto w kierunku łódki. Na łódce oddaliśmy nasze gumiaki, które kierowca rzucił daleko na brzeg w kierunku Raula.

 

Amazonka

 

Gdy ruszyliśmy z impetem, zorientowaliśmy się, że nie wynagrodziliśmy Raula za jego pracę. Było już za późno aby to zrobić, bo szybko oddalaliśmy się od brzegu. Pozostał duży niesmak i wyrzuty sumienia bo mieliśmy w sumie to zaplanowane ale nie było okazji. W lodży, było sporo innych ludzi, a potem szliśmy bez pieniędzy. Żałowałem potem, że nie wzięliśmy tego pieczywa, bo wtedy byłaby okazja do oddania pieniędzy i przy okazji wręczenia napiwku.

 

Przez całą drogę powrotną siedzieliśmy trochę smutni, że tak się nieładnie zachowaliśmy. Zastanawiałem się czy nie warto zostawić kilku soli w biurze u Waltera ale Basia stwierdziła, że te pieniądze nigdy do niego nie trafią. Pewnie miała rację. Myślałem jeszcze o przekazaniu koperty Masie ale zapewne wręczyliby mu ją dopiero w Iquitos. Generalnie więc daliśmy plamę na całej linii i miałem spore wyrzuty sumienia z tego powodu.

 

Płynęliśmy w kierunku Iquitos przemierzając królową rzek. Po obu stronach widok powoli się zmieniał, ukazując coraz więcej zabudowań ludzkich. Czasem były to pojedyncze domki, czasem większe skupiska, potem pojawiły się maszty telefonii komórkowej i wiedzieliśmy, że dopływamy do cywilizacji.

 

Zobacz video z Amazonii: VIDEO: 6/14

 

Amazonka

 

W drodze powrotnej nasz kierowca zauważył machającego gościa z brzegu więc podpłynął do niego i go zabrał. Jak widać to chyba normalna praktyka, takiej wodnej okazji. Chwilę później dobijaliśmy do brzegu, w tym samym miejscu gdzie startowaliśmy. Schodząc na brzeg, ta lalunia wręczyła mi telefon. Po drugiej stronie znów Walter. Serdecznie nas zapraszał do siebie do biura, opłaconym tuk-tukiem.

 

Za moment byliśmy już w biurze u Waltera. Po sporej dawce uprzejmości z obu stron na temat naszego pobytu, Walter chciał nas poinformować o tym, że w związku z tym niedopatrzeniem na początku, chciałby nam zafundować darmowy przejazd na lotnisko. Chciał się więc konkretnie umówić na godzinę. W międzyczasie zgodnie z umową miał nam załatwić hotel w Iquitos na tę noc. Powiedział, że hotel jest załatwiony i osobiście z nami tam pójdzie, bo hotel leży niedaleko od biura. Dodatkowo zaproponował nam darmowe zwiedzanie Iquitos jutro rano, jeszcze przed naszym wylotem.

 

Cała ta celebra była bardzo miła dla nas ale oczywiście spowodowane to było tą katastrofą, którą nam zafundowali po naszym przylocie. Niemniej jednak, korzystaliśmy z jego grzeczności i dlatego poprosiłem go o możliwość skorzystania z internetu. Nie byliśmy do końca pewni, o której ten samolot, bo LAN lubi sobie zmieniać godziny lotów bez powiadamiania, dlatego chciałem być pewny o której mamy ten lot.

 

Internet u Waltera w biurze był bardzo wolny ale udało mi się to sprawdzić. Lot mieliśmy o 12.00. Przy okazji napisałem mejla do ludzi z Cuzco aby czekali na nas, bo w związku ze zmianami lotów, wylądujemy tam dopiero o 16.00 i zanim dotelepiemy się do centrum, mogą zamknąć biuro, a to byłaby dla nas katastrofa. Miałem nadzieję, że zdążymy, a oni będą czekać. Napisanie tego krótkiego mejla trochę mnie uspokoiło.

 

Walter zaprowadził nas do hotelu, który rzeczywiście nie był zanadto oddalony od biura. Przed wejściem jeszcze ostatecznie umówiliśmy się na 9.50 na przewóz na lotnisko i powiedział, że czeka na nas gdybyśmy chcieli pozwiedzać miasto z nim, już od 7.00. Przy okazji któryś raz z kolei wspomniał, że bardzo ciężko pracuje...

 

 

Iquitos: centrum                                             ©google

 

Hotelik "Pascana" wyglądał skromnie ale był w porządku. Przywitał nas starszy pan, wręczył formularze i dał klucz. Pokój znajdował się w ciągu pokoi po obu stronach ścieżki. Był mikroskopijny ale miał łazienkę i wentylator. Na zewnątrz było wi-fi. Na szczęście było czysto i cicho i nie tak drogo (55/s.). Goście to prawie wyłącznie biali, którzy albo idą do dżungli albo z niej wrócili.

 

Iquitos: paragon z hotelu

 

Nie było sensu siedzieć w tym pokoju więc wyszliśmy na miasto. Trzeba było zrobić jakieś małe zakupy na śniadanie. Na rogu wstąpiliśmy do marketu. Trochę pachniało PRL-em ale udało się nam zrobić najpotrzebniejsze zakupy na jutro na śniadanie. Nie było tego sporo ale przynajmniej nie będziemy musieli się martwić jutro rano i będziemy mogli jeszcze sobie pójść na miasto.

 

Iquitos: paragon ze sklepu

 

Po wyjściu na zewnątrz ze sklepu, dotarliśmy do centralnego punktu miasta, czyli jak prawie w każdym mieście Ameryki Południowej - Plaza de Armas.

 

Iquitos to miasto w północno-wschodniej części Peru, nad Amazonką, ok. 400 tys. mieszkańców. Jest stolicą regionu Loreto i prowincji Maynas oraz jedynym tak dużym miastem na świecie, do którego nie prowadzi żadna droga kołowa ani tor kolejowy. Transport odbywa się głównie drogą wodną (rzeka) i lotniczą. Iquitos jest ważnym ośrodkiem przemysłu drzewnego i spożywczego (głównym towarem eksportowym jest kauczuk).

 

Początki Iquitos sięgają roku 1750, kiedy to założono tam misję jezuicką. Obecnie miasto to jest miejscem, z którego wielu turystów wyrusza na wyprawy w dżungle Amazonii. Pierwszy uniwersytet w Iquitos został założony w 1962 roku. W mieście znajduje się port rzeczny. W Iquitos znajduje się zaprojektowany przez Gustave'a Eiffela w 1887 roku Casa de Fierro (Żelazny dom).

 

Dom Żelazny zlokalizowaliśmy dość szybko. Pierwotnie został zbudowany na wystawę światową w Paryżu w roku 1889. Elementy domu skonstruowano w Belgii w latach 1887 - 1889. Pokazany na wystawie został zakupiony przez potentata w produkcji kauczuku Anselmo del Aguilara. Rozebrano go wówczas na części i przewieziono do Peru - statkiem przez Atlantyk, potem Amazonką.

 

Iquitos: Dom Żelazny

 

Były spore tłumy na placu, bo kończyły się obchody Dni Peru. Widać było świąteczny nastrój na ulicach. Miasto przystrojone flagami, rodziny z dziećmi odpoczywały na ławeczkach przy fontannie. Oczywiście nieustanne brzęczenie wszechobecnych tuk-tuków też dawało znać o sobie. My spacerowaliśmy sobie po centrum. Była przyjemna ciepła pogoda, choć powoli zapadał zmrok.

 

Iquitos: hotel      

 

Później ruszyliśmy nad brzeg Amazonki. Tam wzdłuż pasażu rozlokowały się ekipy muzykantów i sprzedawców. Mimo ciemności, fiesta trwała nadal. Puby były pełne rozmuzykowanej gawiedzi. Słychać było brazylijskie rytmy wybijane na bongosach, mnóstwo tańczących ludzi. Po drugiej stronie kwitł interes. Jakiś pokaz sprzedawców tajemniczej maści i całe hordy sprzedawców oferujących odpustowy chłam.

 

Przechadzaliśmy się wśród tych wszystkich ludzi ale ciężko się było przebijać. W ciemnościach, na Amazonce widać było czasem jakieś migoczące światełko statku. Zawróciliśmy w pewnym momencie aby kierować się do hotelu. Czekało nas jeszcze pranie po tej dżungli.

 

Po dotarciu do hotelu, zabraliśmy się za pranie. Nie było to wygodne, bo malutka umywaleczka nie pozwalała na zrobienie tego porządnie. Gorzej jeszcze było z rozwieszeniem tego. Cały nasz mikro-pokój był poplątany siecią sznurków, na których wywiesiliśmy nasze pranie. Włączyliśmy wentylator i liczyliśmy, że na rano będzie suche.

 

Na sam koniec poszedłem do jadalni gdzie najlepiej działał internet i trochę nadrobiłem zaległości. Posiedziałem do późna, a po powrocie do pokoju zdecydowaliśmy się jednak na wyłączenie wiatraka.

 

Dzień 13:  Chullachaqui Lodge (A) – Iquitos (B) = 97km

 

Dzień 13: Iquitos: port (A) – biuro (B) – sklep (C) – Dom żelazny (D) – hotel Pascana (E) = 2km

 

Dzień 13: = 107km

 

 

Dzień 14 - 30 lipca 2012 – poniedziałek

 

WALKA Z CZASEM

 

Wyspaliśmy się całkiem dobrze. Mieliśmy ze dwie godziny czasu aby jeszcze trochę pochodzić za dnia po mieście. Zjedliśmy na szybko śniadanie, w necie sprawdziłem jeszcze kilka informacji o mieście i mogliśmy wychodzić.

 

Poszliśmy znów na Plaza de Armas. Obejrzeliśmy dokładnie Żelazny Dom, potem znów przeszliśmy się pasażem wzdłuż Amazonki. Tym razem był pusty, a knajpy które wczoraj pękały w szwach, dziś były o tej porze jeszcze zamknięte.

 

Iquitos: centrum 

 

Kierowaliśmy ku znanej dzielnicy Iquitos – Belen. Na mapie wyglądało, że nie jest to daleko więc taki spacerek dobrze nam zrobi na przebudzenie. Jednak popełniliśmy fatalny błąd, nie smarując się kremem ani nie zabierając czapek. A smaliło bardzo mocno mimo tak wczesnej pory.

 

Wkrótce ujrzeliśmy w dole Belen. Belen to jakby miasto w mieście. Znajduje się na terenach zalewowych Amazonki. Dzielnica Belen podzielona jest na dwie części, miasto na wodzie i okolice targowiska na lądzie. Zejść tam można schodkami.

 

Gdy dotarliśmy do schodów, którymi można było tam zejść, Basia stwierdziła, że nie powinniśmy tam iść. To oczywiście najbiedniejsza część miasta, zalewana notorycznie przez wody Amazonki. Nikt bogaty nie chciałby tu mieszkać. Mieszkańcy ratują się budując domy na wysokich palach. Widzieliśmy je z góry, a dzielnica ciągnęła się aż po horyzont. Błyszczały dachy domków zbudowane z blachy, a między domami widać było wąskie alejki, które służyły jako ulice. To wszystko jednak ginie pod wodą.

 

Iquitos: Belen

 

Gdy tak staliśmy i patrzyliśmy na te domki, ktoś nas stamtąd zauważył i intensywnym machaniem próbował nas zaprosić na dół. Nie skusiliśmy się, bo rzeczywiście nie wyglądało to na bezpieczne miejsce. Głupio by było stracić sprzęt, a poza tym oglądanie biedy też nie jest do końca czymś przyjemnym.

 

Przeszliśmy na inną ulicę aby nie iść ciągle tym samym deptakiem. Było już bardzo gorąco i wstąpiliśmy do sklepu aby napić się czegoś zimnego. Zauważyliśmy, że ludzie piją jakiś lokalny napój gazowany i też to wzięliśmy. Nazywa się Oro i rzeczywiście jest peruwiańską marką napoju bezalkoholowego, należącą do firmy Ajegroup. Oro sprzedawane jest w Peru, Ekwadorze i Wenezueli. Stanowi konkurencję dla Inca Kola. Oba napoje cechuje charakterystyczny, żółty kolor. Sprzedawany w butelkach PET o pojemności 525 ml.

 

Oro                            ©wikipedia

 

Niezbyt dobry, taka słodka sztuczna lemoniada ale najważniejsze, że było zimne i jakoś zgasiło nasze pragnienie na chwilę. Mogliśmy już spokojnie wrócić do hotelu, spakować się i czekać na transport od Waltera.

 

Nie mieliśmy zbytnio czasu aby dokładniej przyjrzeć się miastu ale mi się to miasto podobało. Ma swój specyficzny klimat. Na pewno bliskość dżungli i Amazonki oraz świadomość, że nie da się stąd wyjechać lądem, robi swoje ale w powietrzu unosi się rodzaj luzu jaki tu panuje. Trochę skutkami ubocznymi są tu zaniedbane i walące się budynki w centrum miasta, które straszą cudzoziemców ale są też ładnie odrestaurowane stare kamieniczki i hotele, które naprawdę miło się prezentują.

 

Zobacz video z Iquitos: VIDEO: 7/14

 

Po powrocie do hotelu, spakowaliśmy się i chwilę później przyszedł właściciel hotelu aby nas poinformować, że mamy tuk-tuka z kierowcą na zewnątrz. Walter też się zjawił. Jeszcze raz nas przepraszał, zapraszał ponownie i oczywiście napomknął o czymś, czego spodziewaliśmy się, że nie zapomni zrobić – poprosił o dobrą recenzję na Trip Advisorze. [RECENZJA] Przypomniał nam o tym kilka razy zanim ostatecznie uścisnęliśmy sobie dłonie, a jego nieudolny kierowca, który błąkał się po terminalu dla odlatujących, znów nas miał zawieźć tą samą drogą.

 

Po pół godzinie byliśmy na miejscu. Bagaż sprawdzają ręcznie i trochę nas to wkurzyło. Trzeba było otwierać nasze plecaki żeby sobie mógł pomacać a tak i tak gdybyśmy chcieli coś wywieźć, to bez problemu bym to ukrył. No ale takie mają procedury i trzeba było się im podporządkować.

 

Odprawa jakoś przeszła. Jeszcze w lodży w dżungli, zeszyłem sobie pęknięty plecak aby móc przejść przez bramki. Wiadomo było, że konieczny będzie zakup nowego sprzętu. Ale na szczęście udało się jakoś przejść przez wszystkie procedury i za niedługo już siedzieliśmy w hali odlotów. Tam wśród oczekujących pasażerów chodzili... kelnerzy. Pierwszy raz coś takiego widziałem. Nosili pełne tace, po kieszeniach też mieli różne produkty poupychane i można było sobie bezpośrednio od nich coś kupić.

 

Samolot się nie opóźnił więc dość szybko znaleźliśmy się na pokładzie. Tym razem nie siedzieliśmy razem. Ja miałem miejsce obok jakichś lovelasów. Ona praktycznie cały czas siedziała mu na kolanach i nie mogli ani przez chwilę nie dotykać się. Basia siedziała obok wysokiego blondyna, który w ogóle nie zdejmował okularów słonecznych. Wyglądał na pedofila ze Szwecji, jak go określiła Basia. Tuż za mną jakiś dzieciak, który przez cały czas mnie kopał w plecy.

 

Tak minął nam lot do Limy, gdzie mieliśmy się przesiąść na samolot do Cuzco. Na lotnisku w Limie, trochę się pogubiliśmy nie mogąc znaleźć przejścia na nasz samolot. Zrobiło się nerwowo bo nie mieliśmy zbyt dużo czasu na te manewry. Musieliśmy wyjść na zewnątrz aby znów przejść odprawę. Dziwne to trochę bo przecież bagaży nie odbieraliśmy.

 

Idąc do bramki zatrzymałem się przy stanowisku z informacją o autobusach. Myślałem, że może będzie się dało kupić bilet na autobus do Arequipy z Cuzco bowiem nasz plan na stolicę Inków był bardzo napięty. Dziś lądujemy późno, w biurze załatwić formalności, potem trzeba załatwić nocleg i wczesnym rankiem wyruszamy na szlak. Gdy wrócimy do Cuzco wieczorem, od razu mamy z niego wyjeżdżać więc potrzebne nam są bilety już teraz aby potem nie zostać na lodzie.

 

Niestety panie w okienku nic nam nie pomogły. Musieliśmy działać na miejscu. Zanim jednak wylądowaliśmy w Cuzco, zmienili nam bramkę i znów musieliśmy się przenosić. Ale ostatecznie nie spóźniliśmy się i zasiedliśmy w samolocie razem. Czekał nas lot nad górami i lądowanie w Cuzco, które leży ponad 3km nad poziomem morza więc różnica poziomów na dziś jest naprawdę duża. Bardzo obawialiśmy się, że chwilę po wylądowaniu odczujemy skutki choroby wysokościowej. W każdym razie byliśmy na to przygotowani.

 

karta pokładowa

 

Lot był króciuteńki, widoki fajne, widać było góry a Cuzco miało barwę czerwono-brązową. Gdy koła dotknęły pasa startowego, wszystko było zgodne z planem. Samolot nie był opóźniony więc powinniśmy zdążyć do biura przed zamknięciem. Szybko odebraliśmy nasze bagaże i zauważyliśmy rozstawione kramy z informacjami hotelowymi. Spytaliśmy o bilety do Arequipy na 1 sierpnia. O dziwo było można kupić. Pani powiedziała, że do odbioru będą w hotelu gdzie pracuje, wieczorem. Zapłacić mamy oczywiście od razu. Aby zaoszczędzić czas, zgodziliśmy się na cenę jaką zaproponowała (80 soli za jeden). Namawiała nas na nocleg w hotelu, bo podobno wszystko zajęte i raczej ciężko nam będzie coś znaleźć. Wahaliśmy się czy jej zaufać ale jednak postanowiliśmy odpuścić i spróbować poszukać czegoś tańszego niż 140 soli, które nam zaproponowała.

 

Zarezerwowaliśmy bilety, poszedłem do bankomatu aby wybrać kasę. Niestety nie udało się. Na szczęście był obok inny i ten już zadziałał prawidłowo. Zapłaciliśmy za bilety i jeszcze na odchodnym zapytaliśmy o ceny taksówek do centrum. Nie było bowiem wyjścia, musieliśmy brać taksówkę licząc się z tym, że nas oskubią. Powiedziała, że 20 soli to normalna cena.

 

Po wyjściu zaatakowała nas horda taksówkarzy ale ich ceny oscylowały wokół 40 soli. Niektórzy słysząc od nas "dwadzieścia", uciekali inni łapali się za głowę i spuszczali do 30 ale my byliśmy nieustępliwi aż w końcu jeden zgodził się na przejazd za 25. Jego czarna taksówka robiła pozytywne wrażenie. Zapytałem go o to czy ma papiery na przewóz, pokazał mi plakietkę, że jest oficjalnym taksówkarzem. Straszyli w przewodniku, że sporo podrabianych jeździ i można się władować w kłopoty dlatego o to pytałem.

 

Powiedzieliśmy mu gdzie ma nas zawieźć. Oczywiście wskazaliśmy adres biura, który sobie już tym razem wcześniej spisałem u Waltera w biurze. W czasie drogi, próbowaliśmy go wysondować na temat noclegu ale nic konkretnego nam nie powiedział. Wjechaliśmy do centrum, potem na główny plac z piękną katedrą i wysadził nas tuż obok wąskiego przesmyku prowadzącego do naszego biura. Musieliśmy przejść ok. 300m aby odnaleźć nasze biuro.

 

 

Zanim jednak dotarliśmy do biura, mijaliśmy w tym wąskim przesmyku o nazwie Procuradores mnóstwo ciekawych sklepów ze sprzętem, sporo restauracji, hotelików no i ogromne rzesze hipisujących turystów z Europy i Ameryki. To taki specyficzny typ turystów rzucający się od razu w oczy.

 

Ale my byliśmy zajęci odnalezieniem naszego biura i dlatego tylko rejestrowaliśmy te rzeczy, nie zatrzymując się po drodze. W pewnej chwili jakiś starszy gość wręczył nam ulotkę i zaproponował nocleg u siebie. Powiedział żeby powołać się na Jimmy'ego a cena to 40 soli. W porównaniu do 140 tej pani na lotnisku i braku czasu na grymaszenie oraz, co najważniejsze, znakomitej lokalizacji bo tuż za rogiem gdzie staliśmy, oferta wydała się nam godna rozważenia. Ale najpierw ważniejsze sprawy.

 

W biurze firmy Andes Path, z którą załatwiałem Szlak Inków + Machu Picchu zastaliśmy ciężarną, długowłosą panią, która obsługiwała jakąś parę Europejczyków. Biuro to zwykła, mała klitka ale wyglądało nawet profesjonalne. Mnóstwo plakatów, ulotek, wifi na miejscu. Zaczęliśmy od potwierdzenia kilku ważnych faktów.

 

Zgodnie z fakturą, którą dostałem jeszcze w marcu, zapłaciliśmy już $250 zadatku. Teraz mieliśmy dopłacić $370. Dodatkowo Tania przysłała jeszcze mejla 9. lipca z informacją, że mamy dopłacić $21 za osobę, bo koleje peruwiańskie podniosły cenę. Tak to brzmiało w oryginale:

 

about news; we must  led you know that peru rail company (train ticket) unfortunately made increased all prices and it gonna be $21 usa per person. thank you for understand us.  see you soon.

 

Musieliśmy się też umówić na godzinę wyjazdu. Wyszło, że musimy wyjechać o 4 rano żeby zdążyć na pociąg o 6.30 z Ollantaytambo. Potem na 104km szlaku mamy wysiąść i iść 8 godzin po górach aż do Machu Picchu. Później nocujemy w Aguas Calientes i rano znów wracamy do Machu Picchu po czym wracamy pociągiem do Ollantaytambo gdzie odbierają nas busem i przywożą do Cuzco. Czyli taka pętla z noclegiem pod Machu Picchu.

 

To wszystko już wiedziałem w marcu kiedy dogadywałem się z nimi w tej sprawie. Jednak kiedy już wszystko zostało potwierdzone usłyszeliśmy, że planowany powrót do Cuzco będzie ok. 23.00! Tego akurat nie ustalałem z tą panią bo mowa była o popołudniu. Stąd mój plan wyjazdu do Arequipy o godzinie 20.00. I na pewno wiedziałem o tym już w marcu ale Tania, pani która z nami rozmawiała, próbowała wmówić nam, że się mylę i powrót był zawsze planowany na 23.00. Jednak informacja na ich stronie potwierdza moją wersję.

 

 

Powiedzieliśmy jej wściekli, że mamy już autobus do Arequipy wykupiony i nie ma opcji abyśmy zjawili się w Cuzco po godzinie 19.00. Zdenerwowała się na nas i stwierdziła, że to nie jest tak łatwo teraz to odkręcać, bo pociągi są już zapewne zabukowane. Podobno jeżdżą tylko 3 dziennie a my mieliśmy zarezerwowany ten ostatni, na 18.00. Wcześniejszy jest o 13.30 i wtedy bez problemu zdążylibyśmy na autobus do Arequipy.

 

Nie mogliśmy sobie pozwolić na zmianę autobusu na następny dzień, jak sugerowała Tania, bo znów mieliśmy zabukowany nocleg w Kanionie Colca, do którego trzeba było przecież jakoś dotrzeć. Wszystko by nam się posypało i dlatego musieliśmy zdążyć wrócić przed 20.00 do Cuzco.

 

Tania stwierdziła, że musi poszukać możliwości znalezienia dla nas miejsca w pociągu o 13.30. Jeśli znajdzie to będziemy musieli... zapłacić karę za zmianę rezerwacji. Ale to jeszcze zależy od Peru Rail, które zarządza tymi pociągami. Odesłała nas na godzinkę na miasto a sama miała to odkręcić.

 

Cuzco (kecz. Qosqo lub Qusqu) to miasto położone w południowej części Peru na wysokości 3326 m n.p.m. Obecnie mieszka tam ok. 400,000 ludzi. Miasto zostało założone przez pierwszego władcę Inków Manco Capaca w XII wieku, zostało zdobyte w 1533 r. przez oddziały Francisco Pizarro. Podczas powstania Manco Inki w 1536 r. miasto zostało spalone. Hiszpanie w tym samym miejscu zbudowali swoje miasto. Kilkakrotnie nawiedzane przez silne trzęsienia ziemi (w 1650, 1950 i 1986 r.). W czasach Imperium Inków w Cuzco znajdowała się stolica państwa. Flaga miasta została zaadoptowana przez ruch gejowski.

 

Najpierw poszliśmy poszukać bankomatu. Najbliższy według Tani znajdował się na Plaza de Armas. Przeszliśmy więc przesmykiem Procuradores i znaleźliśmy się w samym sercu miasta. Przy głównym placu oprócz ślicznych uliczek i kamieniczek w oczy rzucają się dwie duże budowle: kościół La Compañia de Jesus oraz katedra Santo Domingo. Katedra budowana była przez blisko 100 lat i ostatecznie ukończona w 1654 roku. Kościół Jezusa był budowany mniej więcej w tym samym czasie. Hiszpanie zbudowali swoje budowle po wyburzeniu oryginalnych świątyń inkaskich.

 

Cuzco: katedra Santo Domingo

         

Całe Stare Miasto prezentowało się znakomicie. Niestety powoli zapadał zmrok i niedane nam było pospacerować sobie po mieście za dnia. Jednak iluminacje świetlne bardzo korzystnie prezentowały miasto i nic ono nie straciło ze swego uroku. Przed przyjazdem tutaj wiele słyszałem o zachwytach nad Cuzco i mogę potwierdzić, że miasto jest bardzo ładne. Szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu na jego zwiedzanie.

 

Cuzco: kościół La Compañia de Jesus

 

Pierwszy napotkany bankomat wypluł mi moją dolarową kartę. Już tam chyba nic nie było. Ale potem z drugiej udało się wybrać pieniądze i w dodatku dolary amerykańskie. Jest taka opcja w bankomatach w Peru. Po wybraniu kasy, poszliśmy do hotelu odebrać nasz bilet autobusowy ale poinformowano nas, że jeszcze nie jest gotowy. Wykorzystując chwilę wolnego, rozejrzeliśmy się za plecakiem dla mnie. Sporo tych sklepów a wiadomo było, że mój plecak długo nie pociągnie i trzeba koniecznie zrobić tutaj zakupy.

 

Oglądaliśmy kilka ale zawsze coś nam nie pasowało. Ceny też różne: od 90 soli za byle jaki do 800 za oryginalnego North Face'a. Przelicznik był mniej więcej jeden do półtora, więc nie mogliśmy też za bardzo szastać kasą bo to był wydatek, który w ogóle nie był brany pod uwagę. Niestety był niezbędny. W końcu upatrzyliśmy sobie 3 plecaki w różnych sklepach i po upewnieniu się, że sklepy będą czynne do późna, odłożyliśmy decyzję o kupnie na potem.

 

Wróciliśmy do biura do Tani z nadzieją, że uda jej się załatwić ten wcześniejszy pociąg. Pokazała nam wcześniej, że były jakieś pojedyncze wolne miejsca w tym pociągu o 13.30 ale musiała dzwonić do Peru Rail. Ale oznajmiła, że udało jej się zmienić rezerwację, natomiast wiąże się to z karą! Trzeba dopłacić $16 za jedną osobę, za zmianę rezerwacji. Nie było wyjścia i dopłaciłem jej te $32. Odebraliśmy papiery i musieliśmy w końcu iść do naszego hoteliku, który podaliśmy Tani jako nasze miejsce noclegowe. Nie było już wyjścia i musieliśmy tam zostać choć nawet nie wiedzieliśmy jak to wygląda. Wiedzieliśmy tylko, że Jimmy tam zarządza i powiedział 40 soli za noc.

 

Zabraliśmy nasze plecaki z biura i poszliśmy ten kawałek pod górkę i nie do końca wiedzieliśmy czy dobrze znaleźliśmy to miejsce. Konieczne było wejście po stromych schodach i mocno zapukać do drzwi. Gdy otworzyła stara Indianka zapytaliśmy o Jimmy'ego, kiwnęła tylko głową i od razu nas zaprosiła. Basia poszła zobaczyć pokój i wróciła z miną nietęgą no ale nie było wyjścia. Na szczęście cena była 30 soli.

 

Gdy wszedłem do pokoju od razu wiedziałem dlaczego Basia miała taka minę po powrocie z pokoju. Pokój przypominał nasze piwnice. Ściany o grubości ścian na zamku w Malborku, niski sufit, brak okien i mocno zdezelowane dwie prycze więzienne. Z sufitu zwisała zwykła żarówka, a drzwi były zamykane na zwyczajną kłódkę. Na jednej ze ścian był natomiast ogromny plakat z widokiem na Machu Picchu. Zapewne ukrywał niedoskonałości umiejętności murarskich budowniczych tego przytuliska. Jedna gwiazdka to było i tak zbyt dużo ale mieliśmy tu spędzić raptem 5 godzin, bo już o 3.30 powinniśmy się wynosić. Dlatego zgodziliśmy się tu pozostać.

 

Cuzco: nocleg

 

Mieliśmy jednak jeszcze jedną sprawę do załatwienia. Nie mogliśmy iść na szlak z naszymi plecakami więc trzeba było coś wykombinować. Pytaliśmy Tani o możliwość zostawienia u niej w biurze tych ciężkich plecaków i ona się zgodziła ale musieliśmy je zostawić już teraz, bo ona zamykała biuro i rano nie było możliwości tego zrobić. Dlatego postanowiliśmy spytać naszą Indiankę czy pozwoli nam je zostawić. Spodziewaliśmy się jakiejś drobnej opłaty ale przynajmniej mogliśmy mieć nasze bagaże ze sobą do końca dzisiejszego dnia.

 

W holu spotkaliśmy jakąś dziewczynę, która na naszą prośbę o tłumaczenie z angielskiego na hiszpański dla pani Indianki, poszła po koleżankę bardziej biegłą w angielskim. Uzbrojeni w profesjonalnego tłumacza, poszliśmy do recepcji z naszą prośbą. Jak się okazało, koleżanka pani Indianki mówiła po angielsku i tym sposobem mogliśmy bez problemów wyjaśnić naszą sprawę i pomoc dziewczyny nie była konieczna.

 

Pani Indianka wskazała nam schowek na bagaże, który już był totalnie zawalony plecakami ale to oznaczało, że istnieje opcja przechowania naszego bagażu. Ustaliliśmy szczegóły i jak obiecała nam nasza pani Indianka, nie weźmie za to żadnych pieniędzy. Mogliśmy spokojnie wyjść na miasto coś zjeść, zrobić zakupy, odebrać bilet i kupić plecak.

 

Było już ciemno i znaliśmy niewielki kawałeczek centrum, więc ruszyliśmy wąskim przesmykiem w kierunku Plaza de Armas. Teraz miasto wyglądało trochę inaczej, ale nadal prezentowało się pięknie. Zrobiliśmy rundkę po głównym placu żeby zorientować się, gdzie można wstąpić.

 

Cuzco: Plaza de Armas

 

Zaczęliśmy od kolacji. Po samych słodkościach serwowanych przez LAN w dwóch samolotach, odczuwaliśmy prawdziwy głód. Dlatego musieliśmy zjeść coś ciepłego. Klimat też na to wskazywał bo po powrocie z tropików, w Cuzco czekało na nas ledwie kilka stopni powyżej zera. Było więc dość chłodno ale w ogóle nie odczuwaliśmy żadnych problemów związanych z wysokością. To bardzo nas cieszyło. Jednak jeść trzeba.

 

Restauracje były ekstremalnie drogie. Wyraźnie nastawione na klientów z Europy i Ameryki. Szukaliśmy czegoś tańszego i szybkiego, bo czas miał znaczenie dla nas. Dlatego w końcu zdecydowaliśmy się na jakiś fast-food oblegany przez ludzkość na Plaza de Armas. Nazywał się Bembos. Ale wcale nie był taki tani.

 

Cuzco: restauracja Bembos                   ©bembos.com.pe

 

Zamówiliśmy sobie po bardzo dużym burgerze i czekaliśmy aż dziewczyna wezwie Barbarę przez mikrofon po odbiór. Śmieszny sposób wydawania jedzenia.

 

Cuzco: paragon z restauracji

 

Najedliśmy się tymi burgerami, bo były ogromne choć oczywiście niezdrowe. Potem zapytaliśmy policjantki o supermarket, bo trzeba było zrobić sobie jakiś prowiant na jutro. Wskazała nam jeden w jakiejś bocznej uliczce i zdążyliśmy wskoczyć do niego w ostatniej chwili kiedy go zamykali. Po nas już nikogo nie wpuszczano, więc mieliśmy spore szczęście.

 

Dzięki temu, że zapuściliśmy się w boczne uliczki odchodzące od głównego placu, mogliśmy zobaczyć tę część miasta, która jak wyszło na jaw, wcale nie ustępowała samemu centrum. Jak widać, całe miasto, a przynajmniej jego historyczna część, to zabytek klasy światowej. Byliśmy pod dużym wrażeniem tego miasta.

 

Cuzco: centrum

 

Zrobiliśmy zakupy i potem mogliśmy już iść odebrać nasz bilet na autobus. W hotelu spotkaliśmy naszą panią z lotniska, a recepcjonista wydał nam bilet. Wszystko w porządku oprócz tego, że oczywiście sporo przepłaciliśmy. Zamiast 65 soli zapłaciliśmy 80 więc na dwóch biletach straciliśmy 30 soli. Gdybyśmy wiedzieli, że wszystko jest tu czynne do 22.00, to bez problemu byśmy sobie kupili bilet w mieście. Ale skąd mieliśmy to wiedzieć...

 

Cuzco: bilet autokarowy

 

Został nam już ostatni punkt programu. W międzyczasie ustaliliśmy który plecak w którym sklepie wybieramy. Mieliśmy trochę czasu więc jeszcze zrobiliśmy sobie rundkę po mieście. Niestety było ciemno ale ulice były pełne ludzi jakby to była pora popołudniowa. To miasto ewidentnie ma swój klimat. Zupełnie inny od Limy czy Iquitos. Trudno sobie wyobrazić, że to miasta z tego samego kraju.

 

Cuzco: centrum

 

Plecak kosztował 280 soli. Kupiliśmy go tuż obok naszej piwnicy. Gdy wróciliśmy mogliśmy go spokojnie przepakować. Chciałem zrobić jakąś herbatę do termosu ale na górze, gdzie miała znajdować się kuchnia, nie mogłem znaleźć żadnych naczyń, światła i zapałek do gazu. W dodatku nie było tam okna i niesamowicie wiało, lodowatym powietrzem z gór. Zrezygnowałem z tej przyjemności szukania tych wszystkich rzeczy tak samo jak z kąpieli w baño comunal bo pewnie nie było wody ciepłej. Zresztą było bardzo zimno i chodzenie po tej piwnicy bez kurtki było ryzykowne.

 

Teraz tylko trzeba spróbować zasnąć i jakoś wstać o 3.30 żeby być gotowym na 4.00. Zastanawialiśmy się czy na pewno nas odnajdą w tej piwnicy. Rozłożyliśmy śpiwory, stary plecak wsunąłem pod łóżko, zgasiliśmy światło i w kompletnej ciemności zakończyliśmy dzień.

 

Dzień 14: Iquitos:  Hotel Pascana (A) – Belen (B) – lotnisko (C) = 12km

 

Dzień 14: Iquitos – Lima  = 1003km

 

Dzień 14: Lima – Cuzco = 586km

 

Dzień 14: Cuzco: lotnisko (A) – biuro (B) = 5km

 

Dzień 14: Cuzco: biuro (A) – nocleg (B) – Plaza de Armas (C) – hotel (D) – supermarket (E) = 5km

 

Dzień 14:  = 1611km

 

 

Dzień 15 - 31 lipca 2012 – wtorek

 

RICHARD

 

Gdy się bardzo chce zasnąć, to zazwyczaj ciężko tego dokonać. Tak też się stało w naszym przypadku. I nie była to wina choroby wysokościowej, jak przypuszczaliśmy, że może się nam przytrafić ale kwestia temperatury. Basia cierpiała z powodu zimna, ja natomiast z powodu gorąca. Różnica wynikała z naszych śpiworów. Tuż przed wyjazdem kupiłem sobie porządny, skandynawski śpiwór o komforcie -7ºC i dlatego było za gorąco, Basi śpiwór miał słabsze parametry więc w tej piwnicy było jej zimno.

 

Kiedy już udało się nam zasnąć, przypomniał sobie o mnie Alior Bank, który był tak uprzejmy poinformować mnie, że moja karta została zablokowana. Na wpół przytomny odesłałem im SMSa z informacją, że wszystko pod kontrolą i to ja wybieram pieniądze ale musiałem znów dostać SMSa, że kartę odblokowali. Kontynuowanie spania nie miało już sensu, bo właśnie nadchodził czas pobudki.

 

Czułem, że to będzie niezły dzień: zmiana klimatu, zmiana wysokości, zmęczenie, brak snu i 8-godzinny spacer po Andach. Ale trzeba było się wziąć w garść i stawić czoła temu wyzwaniu. Dlatego już o 3:30 byliśmy na nogach. Dopakowaliśmy przybory toaletowe, śpiwory i cichuteńko wyszliśmy z naszego schronu przeciwatomowego. W totalnych ciemnościach, udało mi się doczłapać do recepcji gdzie na podłodze spał jakiś gościu. Wstał na równe nogi gdy go obudziłem i szybko zerknął do zeszytu aby sprawdzić czy zapłaciliśmy. Uregulowałem dług i poprosiłem go aby otworzył tę pakamerę gdzie trzymali bagaże. Wtedy on zażądał 6 soli za tę akcję. Po ostrej wymianie słów odpuścił i otworzył nam schowek. Władowaliśmy tam nasze plecaki z głęboką nadzieją, że jeszcze tam będą kiedy wrócimy.

 

W tym czasie już słychać było łomot pięściami w drzwi i krzyk kobiety wołającej: "Barbara!!!, Barbara!!!, Barbara!!!" Nie wiadomo dlaczego tylko to imię wymawiała ale jazgot jej głosu w nocnej ciszy robił podwójne wrażenie głośności. Ruszyliśmy energicznie do tych drzwi, aby nie pobudziła całego hoteliku i po chwili znaleźliśmy się już na dworze.

 

Przeszywający chłód górskiej nocy pobudził nas do działania, ale sen walczył z tym stanem i przechodząc kolejny raz przez Procuradores zanotowaliśmy tylko to, że w mieście nadal coś się działo i słychać było muzykę w klubach i restauracjach.

 

Na Plaza de Armas czekał biały bus z kierowcą. W środku bodajże dwie osoby. Była godzina 3:55 gdy ruszyliśmy w objazd po mieście. Jak zwykle w takich przypadkach konieczna jest cierpliwość, bo nigdy nie wiadomo w ile jeszcze miejsc mamy podjechać aby zabrać ludzi. Tym razem kręciliśmy się przez 35 minut i dopiero o 4:30 wyjechaliśmy z miasta.

 

Nie do końca wszyscy pasażerowie tego busa wyglądali na turystów jadących na Machu Picchu. Część z nich na pewno jechała do/z pracy do Ollantaytambo. Przed nami ok. dwugodzinna podróż. Kierowca jechał dość ostro i szybko. Ruch był całkiem spory i trzeba przyznać, że drogi dużo lepsze niż w Polsce. Technicznie jednak droga trudna, szczególnie o tej porze gdy było ciemno, ślisko a po obu stronach częste spore nachylenia terenu.

 

Kierowca busa zatrzymywał się po drodze kilka razy zabierając ludzi na stopa. W trakcie jazdy nie do końca byłem przekonany czy my naprawdę jedziemy tam gdzie powinniśmy i czy oni na pewno zdążą nas dowieźć przed odjazdem pociągu.

 

W końcu wjechaliśmy do Ollantaytambo, a potem prosto na parking koło dworca kolejowego. Kierowca wskazał nam kierunek gdzie mamy iść i szybko ruszyliśmy właśnie tam. Zaczynało świtać jednak temperatura była sporo niższa niż w Cuzco. Przypuszczam, że oscylowała wokół 0ºC ale chłód był po prostu przeszywający i szczękaliśmy zębami czekając przy bramie aż nas wpuszczą na teren dworca.

 

Dostaliśmy od Tani kopertę z papierami, biletami i innymi duperelami i teraz trzeba było to pokazać. Zauważyłem, że moje nazwisko przekręciła na jednym dokumencie. Wpuścili nas za bramę i tam zobaczyliśmy pociąg czekający do odjazdu o 6:30. Nie wiedzieliśmy czy to nasz pociąg jadący do Aguas Calientes ale wyglądało na to, że tak. W papierach odnaleźliśmy numer naszego wagonu i ustawiliśmy się do wejścia.

 

Bilet kolejowy

 

Odszukaliśmy nasze miejsca i po chwili cały przedział wypełnił się turystami. Poprosiliśmy jednego faceta o to żeby się przesiadł żebyśmy mogli siedzieć razem. Naprzeciwko nas usiadła jakaś para Amerykanów. Niestety zimno nie odpuszczało pomimo pierwszych promieni słońca, które oświetliły ośnieżone szczyty gór ponad nami. Wina leżała też po stronie Peru Rail, bo akurat w tym wagonie popsuło się ogrzewanie.

 

W pociągu serwowano przekąski i ciepłą herbatę ale dla mnie tej herbaty zabrakło. Dopiero później mi doniesiono. Widać, że starają się żeby te pociągi były na przyzwoitym poziomie ale są to pociągi tylko dla turystów więc cena też jest adekwatna.

 

Ogromna większość pasażerów tego pociągu jechała do samego Aguas Calientes skąd jechali autobusem do Machcu Picchu. My jako nieliczni mieliśmy wysiąść na 104 kilometrze szlaku i dalej ruszyć pieszo, aż do Machu Picchu. Pilnowaliśmy więc dokładnie aby nie przegapić tej stacji. Teoretycznie wiedzieliśmy o której godzinie to powinno się wydarzyć ale pociąg często stawał w polu albo wlókł się bardzo więc czas zapewne był niezgodny z harmonogramem.

 

Jeszcze szybka toaleta w pociągu przed marszem i ogłoszono, że idący pieszo mają wysiadać. Kolejarka wzięła jedną z kartek z pliku jakie dostaliśmy od Tani i wyskoczyliśmy na zewnątrz. Nie było żadnej stacji tylko wąska ścieżka wzdłuż torów. Oprócz nas wysiadło może z 10 osób.

 

Szlak Inków: początek

 

Kilkadziesiąt metrów dalej stało dwóch gości, którzy byli przewodnikami. Gdy zobaczyliśmy odjeżdżający już pociąg, podeszliśmy do nich w celu zidentyfikowania Richarda, który był naszym przewodnikiem. Tania poinformowała nas, że nie będziemy sami w grupie więc byliśmy pewni, że któryś z nich to Richard i właśnie zaczęło się kompletowanie grupy.

 

Jakie było nasze zdziwienie gdy okazało się, że żaden z nich nie jest Richardem. Pozostali ludzie zostali zidentyfikowani i utworzono dwie grupy: amerykańską i rosyjską. Jeden z przewodników doradził nam aby iść do check-pointu i tam poszukać Richarda. Wskazali nam drogę i tak tez zrobiliśmy.

 

Najpierw przeszliśmy przez most wiszący nad rwącą rzeczką, potem zaczęliśmy się wspinać aby dotrzeć w końcu do check-pointu. To tutaj potrzebny był stary paszport Basi bo rezerwacja była dokonana w marcu i wtedy potrzebny był numer paszportu. Pośpiech był konieczny ze względu na limity (500 osób dziennie) na szlaku.

 

Szlak Inków: początek

 

Nikt za bardzo się nie interesował naszymi papierami gdy przechodziliśmy przez bramkę. Jeśli tyle było krzyku i dostosowywania całego planu podróży do tego punktu programu, a tu dwóch leniwych strażników nawet się nami nie interesuje i weszliśmy sobie na teren szlaku bez żadnego problemu i bez przewodnika, to po co była ta cała akcja z załatwianiem tego pozwolenia już w marcu? Bardzo byliśmy zaskoczeni.

 

Jeszcze bardziej byliśmy zaskoczeni kiedy dotarło do nas, że żadnego Richarda tutaj nie ma. W domku było kilku innych przewodników, organizowali sobie grupy, czekali na ludzi, przygotowywali pakunki z jedzeniem... Widać było, że są profesjonalnie przygotowani do zadania. Jakby nie było, Tania mówiła, że będziemy maszerować 8 godzin. Wyruszyć mieliśmy o 8 rano, do Bramy Słońca mieliśmy dotrzeć o 15.00, a po godzinie dotrzeć do Machu Picchu. Dlatego niezbędny był prowiant na te godziny marszu. My mieliśmy się tym nie martwić, bo za to odpowiedzialni są przewodnicy. I rzeczywiście widzieliśmy, że ludzie dostawali kijki z pakuneczkami i powoli ruszali na szlak.

 

Jeden z przewodników podszedł do nas i zapytał na kogo czekamy. Gdy mu powiedzieliśmy, że na Richarda, powiedział, że zadzwoni do niego i dowie się dlaczego nie przyszedł po nas. Za chwilę wrócił i powiedział, że Richard będzie za 15 minut, bo idzie pieszo z Aguas Calientes. Trochę nas to uspokoiło i mogliśmy spokojnie poczekać.

 

Po 20 minutach dotarł jakiś niski starszy koleś, który okazał się być Richardem. Od razu nie przypadł mi do gustu, bo był jakiś taki nie do końca rozgarnięty. Basia stwierdziła, że był wypity albo na potężnym kacu. Wziął od nas papiery, poszedł je podstemplować.

 

Szlak Inków: bilet wstępu na szlak

 

Gdy wrócił zadał nam dwa pytania, które wprawiły nas w totalne osłupienie. Po pierwsze zadał nam pytanie z jakiej firmy jesteśmy. Gdy mu odpowiedziałem, że z Andes Path, co musiałem mu powtórzyć ze 3 razy, stwierdził, że nie zna takiej. Po drugie spytał nas gdzie jest nasz lunch. Tutaj zupełnie zgłupieliśmy, bo przecież Tania mówiła, że on jest odpowiedzialny za lunch, a nie my i zresztą widzieliśmy, że każdy przewodnik organizuje to sam.

 

Te informacje bardzo nadszarpnęły moje zaufanie do całej tej organizacji. Uświadomiliśmy sobie, że będziemy maszerować z jakimś niezorganizowanym kolesiem, który nam nawet nie zorganizował żarcia na 8 godzin marszu po górach. Na szczęście my byliśmy na tyle czujni, że rano sobie przygotowaliśmy jakiś pakiet przetrwania i mogliśmy jakoś przeżyć w tych górach. Zresztą najważniejsze było picie i mieliśmy ze sobą zapasy wody. Ale przecież nie wiedzieliśmy jak trudna będzie ta przeprawa. Dodatkowo na bilecie Basi zauważyliśmy, że jej numer paszportu (o który była cała afera w związku z jego wymianą w Polsce) to jakiś telefon warszawski. Skąd ona wzięła taki numer? Co za bajzel...

 

Szlak Inków (Camino de Inca) ma ok. 40 km, jest częścią Drogi Królewskiej. Osiem wieków temu za panowania Inki Roca wydeptali go kurierzy niosący wieści z Cuzco do Machu Picchu. Szlak prowadzi andyjskimi grzbietami i przecina trzy przełęcze na wysokości ok. 4000 m n.p.m. a w kilku miejscach ścieżka prowadzi krawędzią przepaści. Po drodze mija się inne osady i stanowiska archeologiczne.

 

Richard wyrwał do przodu jak dziki osioł. Facet zaprawiony w boju, bo biega po tych górach codziennie no ale nam nie chodziło o bicie rekordów. Szybko dogoniliśmy ekipy, które wyszły przed nami. Idąc przez chwilę w pobliżu tych grup słyszeliśmy ciekawe objaśnienia płynące z ust przewodników, nikt się nie spieszył, ludzie podziwiali krajobrazy. Zaczęło mnie to od razu irytować, że nasz geniusz nic takiego nie mówi.

 

Gdy dotarliśmy do pierwszych ruin Chachabamba, powiedział na ten temat dwa zdania bardzo kiepskim angielskim. Gdy zadaliśmy mu jakieś pytania, nie był w stanie na nie odpowiedzieć. Zorientowaliśmy się dość szybko, że facet ma spore problemy z artykułowaniem bardziej skomplikowanych komunikatów po angielsku. Obiecanego mieliśmy przewodnika anglojęzycznego i bardzo mnie to wkurzyło, że dostaliśmy takiego gamonia. Basia próbowała go podpytywać m.in. o liście koki, czy nam pokaże, to odpowiadał tylko "później, później" i szliśmy szybko dalej. Wyraźnie nie rozumiał naszych pytań albo nie do końca je rozumiał. Po jakimś czasie zaczęło nas to bawić i straciliśmy całkowicie nadzieję, że dowiemy się czegoś więcej na temat tego szlaku. Jednocześnie byliśmy bardzo zawiedzeni.

 

Wspomniane ruiny Chachabamba o trójkątnych ścianach były najprawdopodobniej domami mieszkalnymi, pokrytymi strzechą. Zapewne mogły w tym miejscu służyć również jako strażnice lub wartownie. My jednak niczego takiego się nie dowiedzieliśmy od Richarda. Bo my biegliśmy dalej.

 

Szlak Inków: Chachabamba

 

Ja oczywiście hamowałem ten pościg za nim, bo przecież tyle ciekawych widoków mieliśmy dookoła. Szliśmy granią, po lewej stronie i za nami ośnieżone szczyty, w dole tory kolejowe prowadzące do Aguas Calientes, wzdłuż których płynęła ta wartka rzeczka, która nazywa się Urubamba.

 

Szlak Inków

 

Urubamba to jedna ze źródłowych rzek Amazonki. Jej długość wynosi 725 km, ma źródła w Andach Środkowych. Po połączeniu z rzeką Apurímac tworzy rzekę Ukajali. Występują na niej liczne progi i wodospady, a także elektrownie wodne. Wzdłuż górnego i środkowego biegu znajdują się ruiny osiedli Inków, z których najsłynniejsze to Pisac, Machu Picchu i Ollantaytambo.

 

Richard się niecierpliwił gdy zatrzymywaliśmy się aby coś sfilmować, zrobić zdjęcie. Basia delektowała się swoimi ulubionymi storczykami a czasem bała się przechodzić skarpą. Musiałem jej pomagać zmóc lęk wysokości. Richard cały czas mówił, że sobie zaraz odpoczniemy.

 

Szlak był w sumie przyjemny. Czasem wchodziliśmy schodami w górę, czasem wąskimi ścieżkami nad wysokimi graniami, potem znów w dół, mostkiem nad rzeczką i znów pod górę. Część z kamieni, po których maszerowaliśmy było oryginalnymi kamieniami ułożonymi przez Inków.

 

Szlak Inków

 

Pogoda zmieniła się diametralnie. Zrobiło się bardzo ciepło i dość szybko pozbyliśmy się wierzchniej odzieży. Niestety musieliśmy ją jakoś upchać do naszych małych plecaków, a tam mieliśmy już zapasy jedzenia i butelki z wodą. Plecaki zrobiły się ciężkie.

 

Dalej maszerowaliśmy po kamienistej ścieżce, gdzie z jednej strony mieliśmy przepaść i w dole płynęła rzeczka i biegły tory kolejowe, prosto do Aguas Calientes. Słońce oblewało tę grań, po której się wspinaliśmy i byliśmy bezbronni wobec ostrych, porannych promieni. Wszystko to działo się na wysokości ponad 2,000m więc można się spalić.

 

Szlak Inków

 

Wreszcie Richard dał nam odpocząć. Na trasie była jakaś szopka, z dachem i ławeczkami więc przycupnęliśmy na chwilę. Akurat z drugiej strony zjawił się jakiś jego kolega więc ucięli sobie pogawędkę. My mogliśmy na spokojnie zrobić remanent w naszych plecakach, uspokoić tętno, napić się wody i schronić się przed słońcem.

 

Gdy kumpel się zawinął, my też ruszyliśmy w dalszą drogę. Sceneria się trochę zmieniła, zaczęliśmy iść w lesie tropikalnym. Było przyjemnie, bo chłód ściekających strumyczków i wielka czasza z koron drzew osłaniała nas od słońca, a jednocześnie temperatura była na tyle wysoka, że nie było nam za zimno.

 

Szlak Inków

 

Od dłuższego czasu przed nami, na przeciwległym stoku widać było szarą plamę wśród zieleni drzew, która powoli zamieniała się w kolejną stację do zwiedzania. Zanim jednak tam dotarliśmy, czekał nas jeszcze spory kawałek do przejścia.

 

Szlak schodził wyraźnie w dół i skręcał w lewo. Coraz więcej drewnianych i śliskich mostków nad rwącymi strumykami rozbryzgującymi wodę o skały poniżej naszych stóp. Czasem ja, czasem poirytowany Richard prowadził sparaliżowaną strachem Basię po tych szczebelkach, przez które widać było przepaście. Na ostrym zakręcie w prawo mieliśmy chwilę czasu na zrobienie fajnych fotek na tle wysokiego wodospadu. Bardzo ładne miejsce i nawet Richard zrobił nam zdjęcie.

 

Szlak Inków

 

To był też chyba najniższy punkt całego szlaku i teraz czekało nas wejście na 2711 gdzie ta szara plama w zieleni w końcu zamieniła się w miasto Wiñay Wayna.

 

Wiñay Wayna, Huiñay Huayna to stanowisko archeologiczne z czasów Inków położone przy Szlaku Inków prowadzącym do Machu Picchu. Znajduje się na grzbiecie górskim, nad rzeką Urubambą. Nazwa stanowiska w języku keczua oznacza "wiecznie młody".

 

Stanowisko składa się z dwóch kompleksów zabudowań mieszkalnych - dolnego i górnego. Oba kompleksy są połączone długimi schodami. Do obu części doprowadzona jest woda z naturalnego źródła. Zabudowania mieszkalne są otoczone przez tarasy rolnicze.

 

Szlak Inków: Wiñay Wayna

 

Gdy się tam wdrapaliśmy mogliśmy wreszcie podziwiać tę część szlaku, którą przeszliśmy a nad nią szczyty gór odbijającymi promienie ostrego słońca od ich ośnieżonych szczytów. Widać było też krętą ścieżkę, którą popierniczaliśmy z Richardem. Widok bardzo ładny.

 

Przed nami jednak nie mniej ciekawa panorama inkaskiego miasta. Staliśmy na samym dole, gdzie znajdowały się tarasy rolnicze, a musieliśmy się wdrapać na samą górę. Prowadziły tam długie, ułożone z bloków skalnych schody. Ciężko się tam wchodziło, a Richard znów gonił jak wariat. My przestaliśmy zwracać uwagę na niego, bo obok nas szły dwie młode Amerykanki. Towarzyszył im miły przewodnik, któremu gęba się nie zamykała – tak nawijał o tym miejscu. Takie urywane fragmenty rozmów między piechurami a przewodnikami, przypominały nam o naszym skacowanym i ponurym chłopku-roztropku, który miał tylko power w nogach i nic poza tym.

 

Richard gonił nas żebyśmy się nie zatrzymywali pośrodku schodów ale my sobie robiliśmy przerwy tam gdzie chcieliśmy, czasem zeskakując ze schodów i wchodząc do budynków mieszkalnych i robiąc sobie zdjęcia. Richard miał plan abyśmy sobie odpoczęli po morderczej wspinaczce po tych schodach na samej górze w cieniu, gdzie mogliśmy upajać się widokiem gór na horyzoncie, nitką na graniach, którą była nasza ścieżka oraz całym kompleksem budowlanym Wiñay Wayna. Oprócz nas, przycupnęło tam mnóstwo innych ekip. Mogliśmy się tam posilić, odpocząć w cieniu i zrobić kilka fajnych fotek.

 

Szlak Inków: Wiñay Wayna

 

Gdy czas się skończył, Richard rozkazał wymarsz w górę. Szlak wychodził już z gęstych lasów tropikalnych ale nadal ścieżka prowadziła przez zacienione miejsca. Minęliśmy punkt noclegowy na szlaku, dla tych, którzy zdecydowali się wyruszyć na 4–dniowy pełny szlak zwany klasycznym. Tragarze zwijali namioty a ludzie kończyli poranną toaletę. Tam też znajduje się kolejny punkt kontrolny na szlaku.

 

Wtedy już byliśmy skierowani w inną stronę i dlatego przed naszymi oczami ukazały się inne widoki. W dole elektrownia zbudowana na rzece, za nami ruiny, które właśnie zwiedziliśmy, a przed nami nowe pasma górskie. Białe szpice gór atakowały błękit nieba unoszący się nad nimi. Pod ośnieżonymi szczytami, zieleń niższych partii gór.

 

Szlak Inków

 

Dalej droga trochę się wyprostowała aż doszliśmy do momentu gdzie trzeba było wejść po bardzo stromych schodach wykutych w litej skale. Podchodzimy jeszcze dalej i wreszcie zdobywamy jakiś punkt widokowy. Pod nami dolina Urubamby, która wygląda jak wielka bruzda w zielonym zboczu. Na samym dnie przeciska się wąska wstążka rzeki. Wyżej jaśnieją pokryte śniegiem wierzchołki Kordyliery. Na samej górze gromadzili się ludzie, więc podejrzewaliśmy, że to jakiś ciekawy punkt widokowy, ale po wdrapaniu się tam z jęzorem do kolan stwierdziliśmy, że to nic nowego. Naturalnie sam widok był bardzo interesujący ale nic ciekawego dla nas, którym ten widok towarzyszył praktycznie przez cały czas spaceru. Oczywiście wiedzielibyśmy czego się spodziewać gdybyśmy mieli mówiącego przewodnika. Podobno jest to miejsce gdzie zbierano wodę w czasie pory deszczowej do kilku kamiennych wanien.

 

Do końca szlaku zostało nam już tylko wejść przez Bramę Słońca skąd widać podobno Machu Picchu. Znaki już nas tam kierowały i podniecenie rosło z każdym krokiem kiedy zbliżaliśmy się tam. Jeszcze jedno podejście, kolejne kamienne schody i już widzimy Richarda czekającego na nas pośród tłumów siedzących na skałach.

 

Szlak Inków: Brama Słońca i Richard

 

Ostatni krok, ostatni stopień, przejście przez kamienną bramę i przed nami hektary przestrzeni, a wśród zieleni i pagórków znajomy widok z wielu publikacji i przewodników – zaginione miasto Inków – Machu Picchu. Wraz z nami, w tym miejscu zebrało się kilkanaście, jak nie więcej, osób. Wszyscy patrzeli w jedną stronę.

 

Szlak Inków: Brama Słońca i widok na Machu Picchu

 

Do samego miasta mieliśmy jeszcze około 1.5km marszu. Brama Słońca to taka budowla przez którą w pewnych dniach przechodzą promienie słońca oświetlające Machu Picchu. To tutaj kończy się szlak Inków rozpoczynający się w Cuzco. Staliśmy tam kilka chwil wpatrując się w oddalone miasto Inków. Richard zaczął swój koncert z komórką, wydzwaniał kilkakrotnie, uzgadniając coś co dotyczyło nas. Domyślaliśmy się, że chodzi o ten lunch, który zawalił i stąd pewnie tak gnał. Nam jednak nie doskwierał głód, bo pozjadaliśmy nasze zapasy, a poza tym zamiast o 15.00 byliśmy tu o 12.30...

 

Przed nami ostatni odcinek szlaku, gładka szeroka ścieżka łagodnie opadająca do samego Machu Picchu. Po drodze minęliśmy jakiś grobowiec, potem zaczęły się tarasy, na których pasły się lamy. Basia robiła sobie zdjęcia z nimi, ludzie maszerowali w obie strony, bo ci którzy zwiedzili ruiny, chcieli wdrapać się do Bramy Słońca. Dlatego zrobiło się tłoczno na trasie.

 

Upał dawał znać o sobie, doszliśmy już trochę zmęczeni na skraj półki skalnej skąd można było sobie zrobić klasyczne zdjęcia Machu Picchu. Dopiero teraz dostrzegliśmy ogrom masy ludzkiej pełzającej niczym jakieś obleńce pośród ruin tego świętego miejsca. Widok smutny bo niedługo naprawdę ludzie zadeptają te wszystkie kamienne ścieżki. Na całe szczęście, nie wolno chodzić po zielonych polach i poruszanie się jest jakoś ucywilizowane ale liczba turystów po prostu przeraża.

 

Machu Picchu

 

My nie mieliśmy zamiaru dziś schodzić do miasta. Zresztą zastanawiałem się jak Richard nam poopowiada o Machu Picchu swoim płynnym angielskim na poziomie dziecka z przedszkola. Ale to miało być dopiero drugiego dnia więc na tę chwilę nie zaprzątaliśmy sobie tym głowy. Richard zresztą pędził w dół, do wyjścia. Tam coś załatwił ze strażnikami, przeszliśmy przez bramki i po chwili wręczył nam bilety na autobus. Oczywiście specjalną wersję dla obcokrajowców.

 

Bilet autobusowy na wjazd na Machu Picchu

 

Nie mogliśmy się dogadać w sprawie tych biletów, przede wszystkim czemu nie mamy biletów na jutro. Nie szło się z nim dogadać po angielsku więc Basia zaczęła po hiszpańsku ale też w sumie się niczego więcej nie dowiedzieliśmy. Wręczył nam bilety autobusowe na zjazd z góry do miasteczka Aguas Calientes. Jeden bilet na 25-minutowej trasie kosztuje... $9! Rozbój w biały dzień. Zejście na dół trwa półtorej godziny ale Richard nawet nie zająknął się na temat zejścia pieszo.

 

Autobusy napchane do maksimum kursują bez przerwy. Wjeżdża autobus nabity na maksa, podjeżdża, wylewa się swołocz i kolejna swołocz ładuje się na chama do niego żeby móc zjechać. Oczywiście przepychają się bo każdy chce jechać już teraz, teraz, teraz! W autobusie oprócz kierowcy jest jakiś bileter, który liczy ludzi, rozdziela rodziny, co doprowadza innych do płaczu, krzyku i błagań żeby ich też zabrać akurat tym autobusem. Nie ważne, że za minutę będzie następny i też się nim dojedzie ale zamieszanie musi być. To doprowadza bileterów do zdenerwowania i drą się na turystów, ci się odszczekują i generalnie jest bardzo napięta atmosfera.

 

Nam też się to udzieliło, bo ten Richard nic nam nie tłumaczył i przepychali nas jak bydło zanim wsiedliśmy do tego autobusu. Gorąc, duchota, ciasnota ale to tylko 25 minut bardzo krętą drogą, gdzie często autobusy nie mogą się wyminąć i muszą cofać do pierwszej mijanki. Współczułem kierowcom, którzy musieli naparzać tak cały dzień na górę i z powrotem. Droga oczywiście tylko szutrowa więc dodatkowo trochę nas wytrzęsło.

 

W końcu dotarliśmy na sam dół, do miasteczka otoczonego ogromnymi górami zewsząd. Mieliśmy nadzieję na ładne górskie miasteczko, choć w każdym przewodniku wspomina się je jako okropne, ale przecież przewodniki często się mylą. Na razie jednak nie było okazji się o tym przekonać, bo Richard nie odpuszczał i ciągnął gdzieś nas znowu.

 

Weszliśmy na peron i tam dopiero zorientowaliśmy się, że Richard przygnał nas do restauracji. Na szczęście nie była to dworcowa restauracja ale całkiem fajny lokal. Przywitał się z właścicielem, wskazano nam miejsce i Richard powiedział nam, że ucieka ale zaraz się zjawi żeby umówić się co będzie dalej.

 

Zbliżała się 15.00, kelnerka dała nam kartę, wybraliśmy sobie fajne rzeczy, skorzystaliśmy z toalety i po chwili na stole wylądował porządny obiad. Nie mogliśmy w ogóle narzekać i zjedliśmy wszystko ze smakiem. Nawet wzięliśmy deser. Odpoczęliśmy, odprężyliśmy się i czekaliśmy na Richarda.

 

Gdy się zjawił wstaliśmy od stołu, a tu kelnerka zaatakowała nas rachunkiem za... coca-colę. Wszystko wliczone w koszt ale picie nie. W dodatku cena butelki to 10 soli! "No ja pierdolę" – tyle tylko zdołałem powiedzieć wyciągając tę dychę. Nie miałem ochoty robić Richardowi awantury o głupie 10 soli ale zirytowało mnie to bardzo. Podobno zapłaciliśmy za posiłki. Mogli chociaż powiedzieć, że za picie się dodatkowo płaci.

 

Richard, oczywiście bez słowa wyjaśnienia, ciągnął nas dalej pod górę alejką między sklepami z pamiątkami, hotelami i restauracjami, gdzie na każdym kroku nas zaczepiano. Szliśmy, jak się domyślaliśmy, do naszego opłaconego hotelu. Droga była stroma i długa ale wreszcie dotarliśmy pod drzwi jakiegoś przybytku.

 

Hotel mocno średniawy. Widać ząb czasu go już nadkruszył ale nie mamy na to w ogóle wpływu. Bez żadnego meldunku prowadzą nas do pokoju. Niestety pokój nie wygląda dobrze. To znowu pokój bez okien! Tym razem standard dużo wyższy, spore łóżko, jakieś szafeczki, łazienka ale brak okien! Dodatkowo rzucił się nam w oczy drobny szczegół. Pościel na tym łóżku była lekko wilgotna. Tak jakby nie wyschła do końca. Nie było przyjemnie się tam położyć.

 

Mieliśmy czas do 18.30, bo na tę godzinę umówiliśmy się z Richardem. Miał nas zabrać na kolację. Nie byliśmy w ogóle głodni, bo przecież niedawno zjedliśmy porządny lunch no ale tak ustaliliśmy z Richardem. Mieliśmy więc teraz jakieś dwie godzinki luzu, który postanowiliśmy przeznaczyć na odpoczynek.

 

Niestety w pokoju bez okien, w mokrej pościeli i w dodatku z hałasującą bandą rozwydrzonych dzieciaków za ścianą, ciężko było przyciąć komara. Wstaliśmy przecież o 3:30, choć ja nawet nie wiem ile spałem, Richard przegnał nas po górach więc mieliśmy prawo być zmęczonymi ale przez te warunki, odpoczynek nie był w pełni relaksujący.

 

O 18.30 zjawiamy się na dole i czekamy na Richarda. Przychodzi w miarę punktualnie i znów idziemy tą samą drogą, w dół między knajpami i hotelami. Idziemy do innej restauracji ale też wygląda przyjemnie. Richard zostawia nas na godzinę i znów możemy wybrać coś z karty. Bierzemy spory obiad i herbatkę z koki. Na sali sporo ludzi, duże grupy rządzą się i rozsiadają, łączą stoliki. Jest głośno ale spokojnie. Kelnerka nas trochę rozśmiesza, zostawiając brudne sztućce do drugiego dania. Ale jedzenie smaczne.

 

Aguas Calientes: herbata z koki

 

Około 20.00 zjawia się Richard i zabiera nas z powrotem do hotelu. Po drodze zakupujemy dużą wodę mineralną za 5 soli! Straszne zdzierstwo w tej mieścinie. Gdy docieramy do naszego hotelu, Richard przedstawia nam dwóch innych przewodników. Jeden z nich mówi po angielsku i wspólnie ustalamy, a właściwie słuchamy co mają do powiedzenia. Mamy się stawić w recepcji o 5.30 rano. Ten mówiący po angielsku i noszący śmieszny kapelusik przewodnik będzie nas oprowadzał po ruinach. To oznacza, że Richard jutro się z nami już nie spotka. Chyba i jemu i nam spadł kamień z serca.

 

Podbudowani tą nowiną, udajemy się, po zameldowaniu, do naszego ciemnego pokoju. Bierzemy prysznic i wtedy sobie uświadamiamy dlaczego pościel jest mokra. Przecież para nie ma ujścia i wszystko leci prosto na pościel, a ta nie ma jak wyschnąć. Czekała nas mało przyjemna noc. Były jeszcze koce, których użyliśmy aby nie leżeć w tej mokrej pościeli. Nastawiliśmy budziki na 5.00 i zmęczeni poszliśmy spać.

 

Dzień 15: Cuzco (A) – Ollantaytambo (B) = 62km

 

inca-trail mapa.jpginca-trail mapa.jpg

Dzień 15: Ollantaytambo – Aguas Calientes = 39km

 

Dzień 15: = 101km

 

 

Dzień 16 - 1 sierpnia 2012 – środa

 

WALKA O SWOJE

 

Gdy wstaliśmy była 4:45. Znów półprzytomni pakowaliśmy się choć nie mieliśmy przecież dużego bagażu. Zeszliśmy na dół gdzie było przygotowane śniadanie. Kiepskie bo dżem, kilka bułek i może większy wybór napojów. Zjedliśmy więc co się dało i poszliśmy do recepcji aby poczekać na naszego nowego przewodnika.

 

O 5:25 przyszedł Augustyn. Tak nam się przedstawił i od razu wyszliśmy na zewnątrz. Znów tą samą drogą choć oczywiście była tym razem cicha i pusta. Zeszliśmy kawałek i w jednym z hoteli czekał jakiś gościu. To oznaczało, że Augustyn zbiera ekipę. Dołączył do nas ten młody koleś. Przedstawił się jako: "Peter from Alaska". Jak to Amerykanie, podają nazwę stanu lub miasta, bo kraju nigdy. Gdybyśmy pierwsi się przedstawili to powinniśmy powiedzieć: "Dave and Barbara from Złotoryja". Ciekawe jaką miałby minę. Ale chłopak był spokojny i nie zapowiadał się na problematycznego.

 

Kilka przecznic dalej, Augustyn przyprowadził trzyosobową rodzinkę z Włoch. Starszy Włoch zagadał od razu w sprawie meczu siatkarskiego na Igrzyskach w Londynie gdzie Polska rozbiła Włochów. Gratulował nam silnego zespołu. Jego żona, jak to zwykle bywa z Włoszkami, dużo gadała i kręciła film, a córka wyglądała na lekko znudzoną.

 

Nasz przewodnik okazał się być bardzo rubasznym bajerantem, który strasznie dużo gada, wszędzie go pełno ale konkretów to trzeba się dopominać. Na razie wszystko działało więc nie było podstaw do zamartwiania się ale wyraźnie trzeba było pilnować tego co robi.

 

Przeszliśmy na sam dół, gdzie ujrzeliśmy ogromną kolejkę turystów czekających na autobusy, które ruszają od 6.00 rano. Miejscowi mieli pootwierane sklepiki oraz krążyli z tackami wypełnionymi po brzegi jedzeniem, piciem i innymi gadżetami. W ten sposób nawet nie potrzeba wychodzić z kolejki aby coś kupić. Nawet dzieci zasuwały w sklepach od rana, pomagając rodzicom w handlu.

 

Zaczynało świtać gdy weszliśmy do autobusu, na który bilety wręczył nam Augustyn. Znów musiałem walczyć o to żeby dał nam od razu bilety na powrót, bo mamy przecież sami sobie wrócić ale coś tak kręcił i ciągle powtarzał, że da nam potem. Wkurzał mnie tym ale nic nie mogłem poradzić.

 

Za pół godziny podjechaliśmy pod bramę Machu Picchu. Tam już tłumy i znów chaos na bramkach. Ludzie się gubią, przewodnicy biegają z papierami, chorągiewkami i organizują swoje grupy. Nasz Augustyn ciągle gadał przez telefon i nas zostawiał. Kazał nam iść samym. Dołączyli do nas dwaj Kanadyjczycy, którzy skumali się z Peterem z Alaski. My trzymaliśmy się blisko Włochów.

 

Wspinaliśmy się na wzgórze wśród tłumów turystów, do miejsca skąd rozpościera się piękny widok na całe ruiny. Tam podobno ma zdarzyć się jakaś niesamowita iluminacja świetlna gdy słońce wzbije się ponad wysokie szczyty gór otaczających to miejsce. To ciągle powtarzał nam Augustyn, który niemal bez przerwy gadał przez telefon. Jak na razie jednak, słońce powoli przedzierało się przez mgłę rozpostartą nad ruinami, którą wiatr przeganiał z jednego końca na drugi. Wychodziły fajne zdjęcia, bo różne fragmenty raz było widać, a raz nie.

 

Machu Picchu

 

Ludzie gromadzili się w dobrych punktach aby móc zobaczyć jak promienie słońca wreszcie wedrą się do wnętrza miasta. Przygotowani dzierżąc w dłoniach najróżniejszy sprzęt aby tylko uchwycić magię tego momentu. Bo Machu Picchu dla wielu jest miejscem magicznym.

 

Machu Picchu to najlepiej zachowane miasto Inków, w odległości 112 km od Cuzco. Położone jest na wysokości 2090-2400 m n.p.m., na przełęczy pomiędzy Wayna Picchu i Machu Picchu nad rzeką Urubamba. Miasto zbudowano w XV wieku i pełniło wówczas funkcję głównego centrum ceremonialnego, ale także gospodarczego i obronnego. Zamieszkiwali je kapłani, przedstawiciele inkaskiej arystokracji, żołnierze oraz opiekunowie tutejszych świątyń. Miasto składało się z dwóch części. W górnej, zwanej hanman, znajdowały się: Świątynia Słońca, Grobowiec Królewski, Pałac Królewski oraz Intihuatana, największa inkaska świętość. W dolnej mieściły się domy mieszkalne kryte strzechą oraz warsztaty produkcyjne. Na stromych zboczach otaczających miasto znajdowały się terasy uprawne o szerokości 2-4 m., z pionowymi ścianami między nimi wzniesionymi z kamieni. Z nieznanych powodów miasto opuszczono ok. 1537 r.

 

Na pobliskich zboczach znajdują się tarasy uprawne. Miasto-twierdza zostało zbudowane z jasnego granitu. W niższej, wschodniej części miasta znajdują się pozostałości dzielnic mieszkalnych. Położona wyżej część zachodnia to zabudowania centrum kulturowego. Stąd można przejść do położonego najwyżej obserwatorium astronomicznego. Intihuatana (miejsce, gdzie przystaje słońce). Kamienny słup stojący w centrum został wyrzeźbiony w litej skale. Obserwacje astronomiczne prowadzone były także ze zbudowanej na planie podkowy Wieży Słońca oraz Świątyni Trzech Okien. Budowle te miały tak usytuowane otwory okienne, aby padające przez nie słońce podczas przesilenia zimowego oświetlało kamień we wnętrzu pomieszczenia.

 

Machu Picchu

 

Położone na różnych poziomach miasto miało system kanałów doprowadzających wodę zebraną w wykutych w skale zbiornikach. Najbardziej widocznym elementem architektury są wszechobecne schody. Doliczono się 1200 stopni. Zapewniały one komunikację wewnątrz tego położonego na różnych poziomach miasta.

 

Odkrycie Machu Picchu przypisywane jest amerykańskiemu uczonemu, profesorowi Hiramowi Binghamowi, który trafił tam 24 lipca 1911 roku.

 

Gdy wreszcie słońce wyszło, rozjaśniło całe miasto i słychać było tylko migawki aparatów. Była już godzina 7.00, a tłumów coraz więcej. Jednak kulminacją będą ludzie z pociągu, który dotrze tutaj za ok. godzinę. Dlatego warto było szybko działać. Niestety nasz przewodnik ciągle gadał przez telefon, co w końcu wkurzyło Włoszkę i zapytała go kiedy zacznie nam coś mówić na temat tego miejsca.

 

No i zaczął trochę mówić. Mówił ciekawe rzeczy, pokazywał nam zdjęcia, plany, opowiadał dużo i miał o tym pojęcie. Zeszliśmy potem do samych ruin. Widzieliśmy domy mieszkalne, oglądaliśmy miejsce kultu słońca, spacerowaliśmy po całym kompleksie. Świątynie kondora, słynne trzy okna, odrestaurowane dachy kilku budynków a także ogródek z obowiązkowymi sadzonkami koki.

 

Machu Picchu

 

Augustyn umiał odpowiadać na nasze pytania choć może za szybko to wszystko się działo. Przechodziliśmy wąskimi przesmykami, ciasnymi przejściami i pod niskimi stropami. Widzieliśmy jakiegoś biedaka transportowanego na noszach, który musiał gdzieś spaść ze skał. Widzieliśmy też króliki biegające po ruinach oraz lamy pasące się na terenie obszarów rolniczych.

 

Machu Picchu

 

Całość zwiedzania trwała 2 godziny. Miałem chęć wejścia na górę, która usytuowana jest po drugiej stronie całego kompleksu i z której musi być świetny widok na ruiny. Niestety Augustyn powiedział, że potrzeba co najmniej 3 godzin na całość, a i tak zapisać się trzeba najpierw do kolejki, bo są limity wejść. Góra nazywa się Huayna Picchu lub Wayna Picchu. Wznosi się 360m nad Machu Picchu, czyli ma ponad 2700m. Już Inkowie wybudowali szlak na Huayna Picchu oraz świątynie i tarasy na szczycie. Droga na szczyt jest bardzo stroma.

 

My nie mieliśmy za dużo czasu na ryzykowanie, bo nasz pociąg odchodził o 13.37 dokładnie. Około godziny 9.00, wszystko już zobaczyliśmy i powoli kierowaliśmy się w stronę wyjścia. Teraz akurat dotarła fala turystów z pociągu i przy bramkach zrobiło się bardzo tłoczno.

 

Znów kilka razy przypomniałem Augustynowi o naszych biletach w dół, bo miałem wrażenie, że da nogę jak tylko znajdzie się za bramką. Cały czas mnie zbywał, tłumacząc, że ich nie ma i że są przy bramkach do odbioru. Gdy tam dotarliśmy można było wbić sobie pieczątkę do paszportu, co niniejszym uczyniłem.

 

Pieczątka z Machu Picchu

 

Gdy Augustyn wszystkich nas wyprowadził za bramkę, ogłosił, że to koniec jego pracy, wręczył bilety na autobus ale nam ich nie dał. Powiedział, że mamy czas dla siebie i możemy sobie wrócić na ruiny i samemu pochodzić jeszcze raz. Nie było jeszcze 10.00 rano a my już zakończyliśmy zwiedzanie. Więc według oryginalnego planu pani Tani a Andes Path, powinniśmy teraz czekać do 18.00 na nasz pociąg żeby wrócić do Cuzco na 23.00. Całe szczęście, że zmieniliśmy godzinę odjazdu na 13.37.

 

Jednak nie zakończyliśmy sprawy naszych biletów na autobus do Aguas Calientes. Augustyn powiedział, że trzeba zadzwonić do naszej firmy w tej sprawie. Zostawił numer jakiemuś chłopakowi i sam poszedł do WC – jak stwierdził. Ten chłopak i inna babka, którzy tam siedzieli z telefonami, podobno nadzorowali tych przewodników. Cały system jest zagmatwany i niejasny dla mnie. W każdym razie chłopak zadzwonił do naszej firmy i powiedziano mu, że nie przysługują nam bilety na zjazd. No i wtedy wpadłem w szał. Zacząłem się na nich drzeć, że zapłaciliśmy prawie $700 za te imprezę i mamy teraz dylać z buta? Pokazaliśmy im nasz grafik, że jest jasno napisane o naszych biletach. Ale oni pozostali niewzruszeni.

 

To już rozwścieczyło nas całkowicie. Chciałem zejść pieszo ale Basia nie miała ochoty na spacery więc musieliśmy sobie sami kupić bilety na autobus za $18. Wściekli wysiedliśmy w Aguas Calientes i musieliśmy poczekać teraz prawie 3 godziny na nasz pociąg. Najpierw więc poszliśmy sobie siąść na ławeczce w cieniu.

 

Aguas Calientes: okolice dworca

 

Po kilkudziesięciu minutach zjawili się jacyś grajkowie, których można też czasem spotkać w Polsce na ulicach i zaczęli rozkładać sprzęt. Pod naszymi ławkami leżały dwa psy, jak to w Ameryce Południowej, wyglądające na nieżywe. Jeden z grajków położył ciężką walizkę na głowie tego kundla, a ten nawet się nie ruszył. Robili mu zdjęcia i śmiali się ze swojego dowcipu.

 

Wtedy wyszło słońce znad gór i ciężko było już tu wytrzymać. Poza tym lada chwilę, grajki mieli zacząć rzępolić. Podnieśliśmy się więc i poszliśmy na rynek tej mieściny, bo na razie znaliśmy tylko jedną ulicę oraz peron.

 

Aguas Calientes to przekształcona rolnicza wioska oddalona o 6km od Machu Picchu. Obecnie to miasteczko słynne ze względu na pobliskie ruiny Machu Picchu oraz gorące źródła (stąd nazwa). Mieszkańcy również znajdują zatrudnienie w niedalekiej elektrowni wodnej oraz w kolejnictwie dokąd dochodzi linia kolejowa z Cuzco. Jedna ulica łączy górną część miasta z małym rynkiem na którego środku stoi posąg Pachacuteca - zmarłego w 1471 r. dziewiątego króla Inków panującego od 1438 do 1471 roku, jednego z największych i najbardziej zasłużonych władców inkaskiego państwa, uznawanego za twórcę jego imperialnej potęgi.

 

Pod ten pomnik się właśnie udaliśmy, opędzając się od namolnych restauratorów i kobiet oferujących masaż. Jednej z nich pokazałem Basię i zapytałem czy nie widzi, że mam żonę i z jej masażu raczej ona nie byłaby zadowolona. Tylko się uśmiechnęła.

 

Aguas Calientes: rynek

 

Basia chciała kupić kartki i od razu je wysłać. Znalezienie sklepu nie nastręczało problemów bo było ich sporo. Kartki stały na stojakach i można było wybierać. Basia wybrała cztery i zapytała o znaczki. Facet wyciągnął znaczki, zapakował ładnie w kopertę wszystko i poprosił o... 32 sole! Chyba się przesłyszeliśmy, na początku pomyśleliśmy bo przecież to tylko 4 kartki pocztowe ze znaczkami. Kartka kosztowała 1 sol skąd więc 32 mu wyszło. Wyjaśnił, że znaczki są po 6 soli. Trochę dziwne, że znaczek na kartkę jest aż 6 razy droższy niż kartka. To tak jakby w Polsce kartka kosztująca 1.50 potrzebowała znaczka za 9 złotych. W dodatku zauważyliśmy, że nominał na znaczku to 6 soli więc nadal powinno wyjść 28 soli jeśli już. Wtedy gościu wyjaśnił, że to taki lokalny podatek, który chyba sam sobie nałożył na gringos. Ja nie wnikałem w to wszystko za bardzo, bo od dawna nie wysyłam w ogóle kartek ale dla Basi to ważna sprawa więc sądziłem, że wyłuska te 32 sole i mu da, zważywszy że już były spakowane, a kwota nabita na kasę. Tymczasem Basia była już też widocznie tak wściekła na to wszystko tutaj, że położyła mu te kartki na kasie i powiedziała do mnie, że idziemy.

 

Ciekawi byliśmy co jeszcze się nam przytrafi dzisiaj i zaczęliśmy się zastanawiać czy teraz Tania rzeczywiście wyśle busa po nas, jak się umawialiśmy. Ciekawe czy pamięta, że zmieniliśmy godzinę wyjazdu z Aguas Calientes i że dotrzemy do Ollantaytambo dużo wcześniej. Zacząłem sobie żartować, że pewnie z zemsty, że narobiliśmy takiej awantury będzie nas chciała ukarać. Basia jednak sądziła, że nie posunie się tak daleko żeby nas tak zostawić.

 

W tej mieścinie nie ma co robić. Na stacji zorganizowali targowisko ale ceny są z kosmosu. Pooglądaliśmy z nudów co mają ale to typowo bazarowe rzeczy. Chcieliśmy sobie kupić może czapki, może skarpety z lamy ale na pewno nie tutaj. Zostawiliśmy to na Boliwię, bo taniej i mniej noszenia ze sobą.

 

Aguas Calientes: targowisko

 

Wreszcie poszliśmy na dworzec. Oczywiście musieliśmy się wylegitymować żeby tam w ogóle wejść. W poczekalni nie było dużo ludzi. Usiedliśmy i po prostu czekaliśmy na nasz pociąg. Mieliśmy sporo czasu więc zajęliśmy się czytaniem i pisaniem. Obserwowaliśmy też innych ludzi przewijających się po stacji. Zwrócili naszą uwagę dwaj goście, którzy mieli takie malutkie deskorolki, na których układali palce dłoni i jeździli po parapecie robiąc różne figurki. Strasznie się tym podniecali, robili to na zmianę, jakieś obroty, podskoki i przeżywali to ogromnie jakby to były mistrzostwa świata w jeżdżeniu palcami na deskorolce po dworcowym parapecie. Patrzyliśmy na nich z niedowierzaniem głównie dlatego, że jak to Basia ujęła w pewnym momencie: "Zobacz na tych gości, oni mają brody...". Oznaczało to, że mieli około 22-25 lat, a zachowywali się jakby mieli 12.

 

Siedząc tak w tej poczekalni analizowałem z nienawiścią do Tani i jej firmy wszystkie fakty jeszcze raz i przypomniałem sobie, że tuż przed naszym wyjazdem do Ameryki dostałem tego mejla o podwyżce cen biletów kolejowych. Ściągnęła te dodatkowe $42 od nas przy zapłacie ale zastanawiałem się czy w ogóle jakaś podwyżka miała miejsce na początku lipca. Postanowiłem to sprawdzić, choć czułem, że żadnej podwyżki nie było.

 

Podszedłem do jednej pracownicy Peru Rail wtedy gdy obok niej była koleżanka i kolega aby zwiększyć szanse na dogadanie się. Na szczęście byli anglojęzyczni więc wyjaśnianie problemu poszło mi gładko. Zrobili duże oczy, bo naturalnie że o żadnej podwyżce nie słyszeli. Pouczyli mnie, że podwyżki są zawsze przeprowadzane na początku roku i ostatnia miała miejsce w styczniu. Ja oczami wyobraźni widziałem moje dłonie zaciskające się powoli na szyi Tani...

 

W końcu mogliśmy wejść na peron. Stało tam kilka pociągów, nie bardzo wiedzieliśmy do którego mamy wejść. Spytaliśmy się obsługi o jeden z nich, bo wyglądał, że to ten ale skierowano nas do innego. Tam nie mogliśmy znaleźć naszego wagonu więc też się dopytaliśmy. Stwierdzili, że naszego pociągu jeszcze nie ma więc mamy natychmiast zejść z peronu i wrócić do poczekalni. Wracaliśmy więc z powrotem po peronie jakieś 200 metrów tylko po to aby przekroczyć próg poczekalni. Wtedy okazało się, że ten pierwszy pociąg to jednak jest ten właściwy i już możemy do niego wchodzić.

 

Bilet kolejowy

 

Po tym wszystkim znaleźliśmy wreszcie nasze miejsca – na szczęście w ogóle były, bo już spodziewaliśmy się wszystkiego. Chwilę później pociąg ruszył. Podano nam mikro-lunch, a na deser wręczono ciastko z bobkiem lamy na górze... Tak to skomentowaliśmy i zajęliśmy się widokami, które trochę nas ukoiły po tej nerwówce z rana. Dach tych pociągów jest prawie szklany więc widać więcej.

 

Trochę dziwiło nas zachowanie kolejarzy, bo nie wpuszczali do WC nikogo. Zamknął się tam jeden z nich i długo siedział. W pewnej chwili w sąsiednim wagonie zauważyłem jakiegoś gostka przebranego w kolorowe fatałaszki, z maską na twarzy tańczącego po przedziale. Za chwilę taki sam gościu wyskoczył z kibla i zaczął biegać po przedziale zaczepiając turystów, tańcząc z nimi. Oczywiście z głośników leciała jakaś miejscowa muzyka. To oczywiście ten kolejarz.

 

Pociąg relacji: Aguas Calientes - Ollantaytambo

 

Gdy on tak pajacował po przedziale, teraz jego koleżanka też zniknęła w toalecie. Czekałem za co ona się przebierze ale gdy on skończył swój pokaz, ona wyszła przebrana w jakieś eleganckie ubrania. Za chwilę trzeci kolejarz też odstawiony przechadzał się po przedziale. No i co chwilę przebierali się i przechadzali po pociągu. Zrobili sobie pokaz mody. Na koniec przejechali wózkiem załadowanym tymi ciuchami i można było je sobie naturalnie kupić. Ceny rozpoczynały się od 450 soli.

 

Trochę to długo trwało więc po jakimś czasie znużeni znów wróciliśmy do oglądania krajobrazów. Teren się trochę wyprostował, zauważaliśmy wioski i ludzi pracujących w polu. Pociąg, jak wyliczyłem, jechał ze średnią prędkością 28km/h więc coś tak jak pociągi w okolicach Kłodzka.

 

Na trasie pociągu relacji: Aguas Calientes - Ollantaytambo

 

Podróż trwała prawie 2 godziny nim dotarliśmy do końcowej stacji czyli Ollantaytambo. Była godzina 15:15. Przeszliśmy przez bramkę gdzie sporo ludzi trzymało kartki z nazwiskami. Szukaliśmy naszych imion, bo na taki znak byliśmy umówieni. Niestety nikogo nie było. Tłum ludzi rozrzedzał się, część ludzi odnajdywała swoich szoferów, część szoferów pozostała z kartkami, pod które nikt się nie zgłosił. Jednak tylko dwie sieroty z Polski stały tam same bez żadnego kierowcy, który miał je zabrać do Cuzco.

 

Nie wierzyliśmy, że to się dzieje naprawdę. Nie mogliśmy uwierzyć, że ta pinda posunęła się do tego żeby nikogo po nas nie przysłać. To, co wcześniej przewidywaliśmy było raczej niedowierzaniem niż czymś realnym, jednak ziścił się czarny scenariusz i zostaliśmy wyrolowani kolejny raz. Daliśmy im jeszcze szansę do 15.30, bo może pociąg za szybko przyjechał albo oni się wleką.

 

O 15.30 Basia poszła na parking zobaczyć czy ktoś tam jest ale wróciła z niczym. A właściwie z biletem wstępu do WC. Tak żeby mi pokazać, że takie tu wydają.

 

Bilet do WC

 

Poszedłem więc i ja na ten parking sprawdzić i też nie znalazłem żadnych śladów żeby ktoś na nas miał czekać. Zapytałem busiarzy o kurs. Powiedzieli, że 10 czasem 15 czasem 20 soli do Cuzco od osoby ale wyjazd dopiero o 16.30. Taksówkarz powiedział 50, inny 60 soli ale rusza natychmiast. Zaczęliśmy rozważać opcję zapytania tych opuszczonych szoferów, którzy czekali na Mr Xion Ling i Kim Long Pun ale odpuściliśmy, bo pewnie przyjadą następnym pociągiem.

 

O 15.45 zapadła decyzja, że dalej nie czekamy i jedziemy sami do Cuzco. Poszliśmy szukać busa lub taryfy. Akurat podjechał jakiś bus, z którego wysypało się sporo ludzi. Zapytaliśmy go o cenę i powiedział, że 10 soli od łebka, a wyrusza od razu. No to super, choć jakoś nie dowierzaliśmy mu, bo tylko sami siedzieliśmy w tym busie. Pewnie zaraz pojedziemy ale trzeba poczekać aż bus będzie pełny. I pewnie by tak było gdyby nie szybkie wypełnienie się tego busa ludźmi. Oprócz nas, byli jeszcze Francuzi a reszta to lokalni mieszkańcy.

 

Spytałem jeszcze señora kierowcę gdzie nas wysadzi w Cuzco. Powiedział, że niedaleko Plaza de Armas, koło kościoła św. Franciszka czy jakoś tak. Francuzi podpowiedzieli nam, że to blisko głównego placu. Za chwilę bus był pełny i o 16.05 ruszyliśmy. Señor obiecał, że za 80 minut będziemy na miejscu.

 

Droga trochę się jednak dłużyła. Był duży ruch na drodze, było gorąco, byliśmy już zmęczeni ale przede wszystkim zawiedzeni i wściekli na Tanię. Obmyślaliśmy plan co zrobimy kiedy wysiądziemy w Cuzco: czy idziemy najpierw po plecaki, czy najpierw zabić Tanię. Wyszło, że weźmiemy plecaki (jeśli nadal tam są), a śmierć Tani zostawimy sobie na później. Wiedzieliśmy też, że musimy wziąć taksówkę na dworzec autobusowy, bo autobus odjeżdża o 20.00, a przecież trzeba być trochę wcześniej. Dlatego wyliczaliśmy czas potrzebny do ogarnięcia tego wszystkiego.

 

Tę sama drogę, którą pokonywaliśmy w nocy, teraz jechaliśmy za dnia i widoki były niczego sobie. Mijaliśmy peruwiańskie wioski ale przede wszystkim górskie pejzaże. Pogoda była ładna, było popołudniowe, mocne słońce, które fajnie oświetlało wszystko dookoła.

 

Na trasie: Ollantaytambo - Cuzco

 

O 17.40 byliśmy pod kościołem. Najpierw podreptaliśmy po plecaki. Po drodze wybraliśmy trochę pieniędzy z bankomatu oraz pstryknęliśmy kilka zdjęć, bo było jasno jeszcze. Przeszliśmy się uliczkami miasta żeby znów wejść w znajome nam Procuradores i dotrzeć do naszego hoteliku. Tam na szczęście bez żadnych przygód i opłat mogliśmy odebrać nasze plecaki. Trochę ich szukaliśmy pod zwałami innych, a ja w dodatku nie do końca pamiętałem jak wygląda mój nowy nabytek. Ale w końcu udało się.

 

Teraz przed nami gwóźdź programu czyli wizyta u Tani. Z naszego hoteliku nie było to daleko dlatego po kilku minutach wparowaliśmy do jej klitki, złożyliśmy nasze ciężkie plecaki i grzecznie poczekaliśmy aż załatwi swoich klientów. Wtedy bez kurtuazji lekko zdenerwowanym głosem poinformowaliśmy ją, że : "przyszliśmy po nasze pieniądze." ; "Jakie pieniądze?" – odparła zaskoczona i lekko już zmieszana Tania. No i wtedy rzuciliśmy się na nią niczym stado wygłodniałych lwów na antylopę na afrykańskiej sawannie. Kąsaliśmy ją całą listą nieprawidłowości i niedoróbek, którą powtarzaliśmy całą drogą i nauczyliśmy się jej na pamięć, nakręcając się jak bokser przed walką.

 

Na początku Tania twardo odpierała nasz frontalny atak ale widząc, że piana cieknie nam z ust i nie mamy zamiaru odpuszczać, a nasze głosy słychać chyba było na Plaza de Armas, zaczęła mięknąć. Na jej twarzy widać było zdenerwowanie i jej pewność siebie zniknęła. Zaczęła nerwowo dzwonić do kogoś i powtarzać, że to wszystko nie jest możliwe. Sprawdzała coś w komputerze ale my mieliśmy kolejne argumenty gotowe do odpalenia. Na koniec zostawiłem sobie skargę do ministerstwa i obrobienie dupy na Trip Advisorze, co na pewno by ją zabolało.

 

Gdy emocje trochę opadły zaczęliśmy się kłócić w trochę bardziej cywilizowany sposób, choć pozostaliśmy w okopach przy swoich racjach. Jednak wyszły na jaw pewne nieścisłości. Po pierwsze wg Tani, pierwszego dnia nie przysługiwał nam zjazd z Machu Picchu, bo powinniśmy iść na sam dół z Richardem. Zarzuciła nam, że nie chciało się nam już iść i dlatego sobie zjechaliśmy i przez to wykorzystaliśmy bilet. Stąd na drugi dzień go nie mieliśmy. Po pierwsze pokazałem jej fakturę, na której nie było oznaczone ile zjazdów zostało zapłaconych tylko było napisane, że zarówno w dół jak i w górę. Po drugie, to Richard dał nam bilety na ten zjazd, a nie my chcieliśmy je dostać. Wtedy odrzekła, że powinniśmy nie korzystać z nich i iść pieszo. No tak, a Richard by sobie zjechał. Zresztą bilety są datowane...

 

Potem wyszła na jaw sprawa jego znikomych kompetencji. Zarzuciliśmy mu brak znajomości angielskiego. Tania wtedy usiłowała się do niego dodzwonić aby to skonfrontować z nami. Basia była bardzo chętna na pogrążenie Richarda i chciała z nim pogadać. Jednak on nie podnosił słuchawki. Jakaś babka po drugiej stronie linii, nie była w stanie potwierdzić naszej wersji. Tania broniła się, że musiał umieć po angielsku skoro jakoś się dogadaliśmy w sprawie lunchu. Nie docierało do niej, że Richard posługiwał się językiem na poziomie przedszkolaka.

 

Na sprawę lunchu nie znalazła usprawiedliwienia i tutaj ją zatkało. Tak samo jak poskarżyliśmy się na pokój bez okien i z mokrą pościelą. To też nie było do zweryfikowania od razu ale wiedziała, że nie mogliśmy tego wymyślić. Nadal jednak w sprawie biletów autobusowych nie dawała się przekonać. Uparcie twierdziła, że to nasza wina. To, że przebiegliśmy szlak w 5 godzin zamiast 8, też uważała, że mogliśmy negocjować z Richardem.

 

Prawdziwa bomba jednak wybuchła gdy dowiedziała się, że nikt po nas nie przyjechał do Ollantaytambo. Zadzwoniła po babkę, która miała nas odebrać. Znów nie wierzyła, że to się stało, bo podobno to my się nie zjawiliśmy, a ona na nas czekała. Gdy to usłyszeliśmy o mało nie eksplodowaliśmy na nowo.

 

Tania obiecała, że zaraz ta gościówka się zjawi i wszystko wyjaśnimy. Znów gdzieś dzwoniła i słyszeliśmy jak ze strachem opowiadała komuś co tu się dzieje. Słychać było, że jest przerażona i trochę się nas wystraszyła. Żaliła się, że nie wie co robić. Nie wiedziała, że trochę rozumieliśmy co mówiła.

 

Wreszcie zjawiła się nasza rzekoma opiekunka, która miała nas zabrać do Cuzco ze stacji w Ollantaytambo. Babka nie mówiła po angielsku więc Tania przetłumaczyła nam, że baba nadal się upiera, iż to my nawaliliśmy bo ona chodziła 15 minut pod bramą i krzyczała głośno "Barbara! Barbara!".  No, myślałem, że krew mnie tam zaleje, puściły mi nerwy, wstałem i jak to zwykle ja, machając jej przed nosem rękami i bardzo podniesionym głosem, zwyzywałem ją od kłamców, naciągaczy i dorzuciłem jeszcze kilka innych epitetów. Nie zrobiło to na niej wrażenia, bo powiedziała Tani: "Ja nie wiem, co on do mnie mówi".

 

Stanęło na tym, że nasze słowo przeciw jej słowom. Ale w tej chwili zadałem jej jeszcze jedno, jak się okazało kluczowe, pytanie: "O której była pod bramą, że jej nie spotkaliśmy?" Babka bez głębszego zastanowienia odpowiedziała, że o 14.30 i czekała na nas do 15.00. Wtedy roześmiałem się szyderczo i patrząc na zmieszaną Tanię i wiedząc, że to koniec awantury, zapytałem czy wie, o której przyjeżdża pociąg z Aguas Calientes do Ollantaytambo. Tania oczywiście wiedziała, że pociąg nie mógł być wcześniej niż o 15.15, a wg rozkładu jest nawet o 15.22.

 

Gdy wyszło na jaw, że to my mamy rację, Tania odpuściła. Zgodziła się zwrócić nam za podróż z Ollantaytambo do Cuzco. Zażądaliśmy 60 soli za ten odcinek, bo tyle kosztuje taksówka. Sama z siebie zwróciła nam za pokój bez okien oraz kiepskiego przewodnika 31 soli jednak biletów za autobus nie chciała pokryć. Wtedy powiedziałem żeby obciążyła tym kosztem Richarda, bo to jego wina, że dał nam te bilety i zapakował nas do tego autobusu w pierwszy dzień zamiast w drugi. Zgodziła się. Dorzuciła jeszcze 46 soli i w sumie wyszło 137 soli do oddania. To ok. 200 zł więc warto było walczyć.

 

Spisaliśmy oświadczenie gdzie wynotowaliśmy nasze żale i bolączki, podpisałem się, że odbieram kasę w gotówce i mogliśmy przynajmniej trochę ukoić nasze nerwy. O skardze, Trip Advisorze oraz o naszych podejrzeniach co do stanu trzeźwości Richarda nie wspominaliśmy. Basia chciała użyć jeszcze tego argumentu ale nie mieliśmy ani pewności, ani dowodów więc to mogło być tylko puste oskarżenie.

 

Gdy otworzyła szufladę i wyjęła pieniądze, zrobiła się cisza. My wstaliśmy od stolika, założyliśmy plecaki na plecy i po prostu wyszliśmy. Nie usłyszeliśmy żadnego "przepraszam" więc nie mieliśmy zamiaru mówić "do widzenia". Tak się rozstaliśmy po blisko godzinnej walce o swoje racje i pieniądze. Baliśmy się, że czekając na te babkę od transportu, będziemy zmuszeni pogodzić się z porażką, bo przecież braknie nam czasu. Autobus do Arequipy odjeżdżał o 20.00. Braliśmy to pod uwagę, że to może być taktyka Tani, bo przecież wiedziała o naszym nocnym autobusie. Ale udało nam się coś odzyskać.

 

Któryś to raz już przebiegliśmy przez wąski Procuradores i znaleźliśmy się w miejscu, gdzie wysadził nas taksówkarz gdy tu przyjechaliśmy. Teraz musieliśmy złapać jakąś taksówkę żeby móc stąd odjechać na dworzec autobusowy. Trochę się baliśmy łapać z ulicy, bo takie są niebezpieczne ale nie mieliśmy wyjścia. Kiedy zatrzymałem jednego, od razu kazałem mu pokazać licencję i zapytałem o cenę. Usłyszałem 6 soli ale myślałem, że się przesłyszałem. Przecież na lotnisko kosztowała 25 soli, a jedno od drugiego nie leży za daleko.

 

Zapakowaliśmy bagaże i ponownie spytałem o cenę. Basia się zirytowała, bo też słyszała wyraźnie "seis soles". Facet powtórzył, że to za kurs i nie będziemy musieli płacić za wjazd na teren dworca. "Aha, to jeszcze jakaś opłata za wjazd jest?" – pomyślałem. Ale wszystko skończyło się pozytywnie. Podróż nie trwała długo, zdążyło się już ściemnić gdy zajechaliśmy na dworzec autobusowy w Cuzco. Wysadził nas pod terminalem naszej firmy przewozowej. Dowiedział się o tym w trakcie jazdy, choć wyszło nieporozumienie gdy spytał czy to "Cruz del Condor", a ja myślałem, że on pyta czy tam jedziemy...

 

Na dworcu zupełnie inni oczywiście ludzie niż na lotniskach. W dodatku bardzo dużo tych ludzi. Miejsce nie należało do najprzyjemniejszych, szczególnie po zmroku. Próbowaliśmy odnaleźć nasze stanowisko ale było trochę za wcześnie. Poszliśmy więc coś zjeść bo już byliśmy głodni.

 

Cały dworzec otoczony był mini-barami wszelakiej maści z tanim żarciem ale trochę cykałem się zaryzykować jedzenie czegoś takiego. Sraka w czasie 10-godzinnej nocnej podróży autokarem, to nie najlepszy sposób na spędzenie czasu. Dlatego wybraliśmy trochę bezpieczniejsze zapiekanki. Nie skończyło się na jednej porcji. Dokupiliśmy też 2.5 litrową wodę za 4 sole (w Aguas Calientes 5 soli za 1.5l) i posiedzieliśmy na plastikowych taboretach przy plastikowym ogrodowym stoliczku stojącym na chodniku. Pod nogami mieliśmy 4 nasze plecaki, z których ani na moment nie spuszczaliśmy oczu. Po chodniku kłębili się ludzie, przeciskając się i szturchając nas co chwilę.

 

Najedzeni, napojeni i gotowi do odjazdu, udaliśmy się do środka dworca aby odszukać naszą firmę przewozową. Bilety mieliśmy na autokar firmy o swojsko brzmiącej nazwie Tepsa. Zaskoczyli nas dwiema sprawami. Po pierwsze odebrali nam bagaże już na dworcu. Sami je załadują do luku. Po drugie kazali nam zapłacić... podatek. Wskazali na jakąś budkę z napisem TAME na środku dworca i tam mieliśmy opłacić nasz wyjazd z miasta. Opuszczając miasto w Peru, należy za to zapłacić. No nieźle. Na szczęście kwoty są jakieś śmieszne, coś w rodzaju 1.20 sola.

 

Potwierdzenie uiszczenia podatku

 

Po sprawdzeniu czy zapłaciliśmy podatek, pozwolono nam wyjść na stanowiska odjazdowe. Tam szybko się okazało, że zmienili nam numer stanowiska i musieliśmy przejść kawałek. Gdy zjawili się ludzie z obsługi, ustawili sobie mały stoliczek przy wejściu do autokaru, włączyli lampkę i zaczęli robić dziwne dla nas rzeczy. Najpierw sprawdzali na listach nazwisko, potem dokładnie oglądali paszport, sprawdzali numer, przeszukiwali bagaż podręczny, a na koniec... kazali potwierdzić wszystko odciskiem palca. Czuliśmy się jakbyśmy byli naprawdę odpowiedzialni za coś bardzo ważnego albo może eskortowali samego króla Inków z jego skarbami w luku. Jakby tego było mało, po wejściu do autokaru i usadowieniu się, przez cały autokar przeszedł facet z kamerą i nagrał każdego pasażera. To jednak, jak mieliśmy nadzieję, dla naszego bezpieczeństwa więc bardziej nas to dziwiło niż denerwowało, bo w sumie nie było w ogóle inwazyjne.

 

Autokar mega-wypasiony. Głębokie i miękkie fotele dające możliwość wyspania się. Kierowca oddzielony od reszty autokaru drzwiami, a z tyłu drugi członek załogi, odziany w śnieżnobiałą koszulę, mówiący po angielsku i serwujący jedzenie na pokładzie. Zaczęło się od kolacji, potem napoje, później już na życzenie dodatkowe napoje.

 

Po kolacji, zagaszono światła i włączyli ten FILM, w który się wciągnąłem, bo puszczali po angielsku z hiszpańskimi napisami. Oczywiście było WC. Co chwilę włączał się też jakiś brzęczyk i dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że to ostrzeżenie, kiedy kierowca przekracza 100 km/h. Wyświetlał się bowiem prędkościomierz na ścianie z aktualną prędkością z jaką się poruszaliśmy.

 

Basia nie oglądała filmu, była oczywiście zainteresowana snem więc szybko usnęła. Ja po filmie chciałem zażyć tabletkę więc chciałem skorzystać z wody, którą kupiliśmy na dworcu. Gdy gorzka tabletka zaczęła mi się rozpuszczać, ja desperacko, po ciemku szukałem naszej wielkiej butli z wodą. Zacząłem się wiercić i przeklinać, co oczywiście obudziło Basię, która wściekła jak osa rzuciła bluzgi pod moim adresem, że jej nie daję spać. Koniec końców, tabletka się rozpuściła, a ja nadal nie znalazłem wody i musiałem postarać się ułożyć bez ostatniego łyka wody przed snem.

 

Zobacz video z Cuzco, Szlaku Inków i Machu Picchu: VIDEO: 8/14

 

Dzień 16: hotel (A) – Machu Picchu (B) – dworzec (C) = 19km

 

Dzień 16: Aguas Calientes (A) – Ollantaytambo (B)  = 34km

 

Dzień 16: Ollantaytambo (A) – Cuzco (B) = 58km

 

Dzień 16: Cuzco: kościół św. Franciszka (A) – plecaki (B) – biuro (C) – dworzec autobusowy (D) = 5km

 

Dzień 16:  = 116km

 

 

Dzień 17 - 2 sierpnia 2012 – czwartek

 

WIEJSKIE KLIMATY

 

Sen wypadł tak sobie. Obudzili nas dość wcześnie bo rozdawali śniadanie. Miło było coś przekąsić i wypić ciepłego ale chętnie bym jeszcze pocisnął w kimono. Wyjaśniła się też tajemnicza sprawa zniknięcia naszej butelki wody. Po prostu poturlała się w przód pod nogi pasażerów przed nami. Oddali nam ją gdy sami ją znaleźli zdziwieni.

 

O godzinie 6.10 autokar zatrzymał się na dworcu w Arequipie. Pomimo zachwytów nad urokiem tego miasta, my nie planowaliśmy tam pobytu. Z czegoś trzeba było zrezygnować, ustalając plan i niestety wypadło na Arequipę. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Tutaj mieliśmy się tylko przesiąść na zwykły już autobus do Cobanaconde – miasteczka położonego nad kanionem Colca. Dostałem namiary na autobusy jeszcze w Polsce od Belga, który tam mieszka i prowadzi mały pensjonat, który sobie już zarezerwowaliśmy.

 

Gdy wysiedliśmy, od razu skierowaliśmy się do środka aby rozejrzeć się za autobusami do Cabanaconde. Znałem nazwę firmy ale stanowisko było nieczynne więc udaliśmy się do czynnej informacji. Tam młoda pani postraszyła nas, że autobus odjeżdża o 8.30 ale może już nie być biletów, bo to chodliwa trasa. Przy wyjściu zapytała skąd jesteśmy i gdy się dowiedziała, rzuciła na odchodnym: "Do widzenia".

 

Stanowisko nadal było nieczynne więc korzystając z okazji mogłem iść do WC. Wizyta w publicznym kiblu na dworcu to nie jest coś przyjemnego ale czasem nie ma wyjścia. Najpierw jednak trzeba wykupić bilet wstępu. Tym razem trochę taniej niż w okolicach Machu Picchu.

 

Bilet do WC

 

Wnętrze nie należało do najpiękniejszych. Wybrałem pierwszą lepszą kabinę, a tam już standardowo: brak deski na klopie i kosz na zużyty papier. Tak więc stanąłem nad tą gołą muszlą, o średnim standardzie czystości i stwierdziłem, że trochę tu ciasno jak dla Europejczyka. Były też dwie niespodzianki: ledwie trzymający zamek w drzwiach oraz tak mało miejsca dla przeciętnego faceta, że kosz i kolana nie mieściły się razem w przestrzeni przed drzwiami. Zacząłem przestawiać ten kosz to z lewej, to z prawej ale był wielki, śmierdzący i obrzydliwy, że ni za bardzo miałem ochotę go zbyt często dotykać. Z drugiej strony, pragnąłem szybko uporać się ze sprawą, więc podenerwowany użyłem zbyt dużej siły i to spowodowało, że w pewnej chwili przesadziłem, ten lichy zamek puścił, drzwi się otworzyły i zaprezentowałem obecnej tam gawiedzi tzw. Sida Viciousa z Sex Pistols. Wyglądałem mniej więcej tak:

 

Sid Vicious (Sex Pistols)

©streetblastmedia.com

 

Naturalnie nie miałem takiego uśmiechu na twarzy ale kilkunastu wąsatych Sanczo-Panczów tylko spojrzała na mnie z politowaniem i na szczęście zajęła się swoimi sprawami. Ja starałem się zająć swoimi, choć było ciężko.

 

Po załatwieniu spraw porannych, podeszliśmy do stanowiska firmy Andalucia. Tam ustawiła się już kolejka Francuzów. Czekaliśmy na kogoś aż wreszcie pojawiła się jakaś kobieta. Bałem się, że Francuzi nam wykupią resztki miejsc, bo było ich sporo ale gdy przyszła moja kolej, okazało się, że są bilety na autobus do Cobanaconde i to już na 8.00.

 

Bilet autobusowy

 

Znowu nam nie pozwolono wyjść na peron, bo najpierw trzeba było opłacić podatek. W końcu znaleźliśmy nasz autobus, zapakowaliśmy bagaż do luku i weszliśmy do środka. To zupełnie inny standard autobusu. Taki zwykły polski PKS, tyle że w naszych autobusach nie można tak się ładować jak tutaj zaprezentowano. No i nie można przewozić zwierząt.

 

Arequipa: dworzec

 

Zwykli, prości ludzie z wiosek w charakterystycznych kolorowych ubraniach. Stare Indianki z kruczo-czarnymi warkoczami do pasa, często w śmiesznych cylinderkach i z ogromnymi chustami wypełnionymi... no właśnie czym? Często zastanawialiśmy się co one tam mają. Robiąc sobie jaja ustaliliśmy, że to musi być chrust. Większość tych ludzi to osoby bardzo stare, ze zniszczonymi dłońmi, bez zębów ale jednocześnie całkiem weseli i uprzejmi. Widać, iż są to biedni i ciężko pracujący ludzie ale nie odczuwaliśmy żadnej niechęci z ich strony.

 

Przed nami kolejne 6 godzin jazdy. Po całej nocy w autokarze, teraz musieliśmy się zmierzyć z niewygodami. Autokar był stary ale nie był to jakiś wrak, a w porównaniu z miejskimi busami z Limy, to okaz nowoczesności. Niestety ruszyliśmy dopiero wtedy, gdy wszyscy chętni chcieli nim jechać. To oznaczało, że sporo ludzi stało w przejściu.

 

Nam przede wszystkim doskwierał upał. Było duszno, promienie często wpadały przez ledwie uchylone okna, oślepiały nas, bo nie zawsze w oknach były zasłonki. W przejściu stali ludzie, wielu z nich miało bagaże, a droga nie do końca była w odpowiednim standardzie. Czuliśmy, że oddalamy się od cywilizacji i wjeżdżamy na tereny biedniejsze.

 

Biedniejsze nie oznacza gorsze. Wręcz przeciwnie, bym powiedział. Było bardziej sucho ale wielkie przestrzenie z ogromnymi wulkanami na horyzoncie, małymi oczkami wodnymi, półpustynnymi zboczami pokrytymi karłowatymi krzakami i szarymi kamieniami, powodowały, że czuliśmy, że zbliżamy się do zupełnie nowych obszarów do zbadania.

 

Na trasie: Arequipa - Cabanaconde

 

W pewnym momencie zauważyłem, że wśród ludzi stojących w przejściu, znajduje się tam mała dziewczynka, która grzecznie stoi przy swojej mamie. Przykry był to widok, gdy dziecko musi tyle godzin stać w takich warunkach więc nie namyślając się zbytnio, wziąłem to dziecko pod pachy i posadziłem sobie na kolanach. Nie do końca byłem pewny jak zareaguje na to ich mama i starsza siostra ale nie było żadnej reakcji z ich strony więc utwierdziło mnie to w słuszności mojego czynu. Nie upłynęło nawet 10 minut, kiedy ta mała, ogacona w ciepły strój dziewczynka położyła głowę na moim ramieniu i po prostu zasnęła.

 

Autobus oczywiście często się zatrzymywał, dochodzili nowi ludzie, część też wychodziła. Na przystankach wskakiwali też handlarze z różnej maści jedzeniem i piciem, które robiło furorę wśród pasażerów. Niestety zachowanie tych ludzi nie do końca pasuje do europejskich standardów, bo po zjedzeniu, resztki i opakowania są po prostu wypieprzane za okno. Kilka razy zdarzyło się, że wiatr wepchnął taki papier z powrotem do autokaru, na ludzi siedzących kilka rzędów dalej, co im wcale nie przeszkadzało. Złapali go i sami go wywalili przez swoje okno. Przykro było na to patrzeć, bo za oknem piękne góry i powoli znikające z horyzontu wielkie wulkany otaczające Arequipę.

 

Pojawiły się też stada owiec oraz porozrzucane po tym trudnym terenie, małe wioski, w których od czasu do czasu, zatrzymywaliśmy się. Wioski nie były takie straszne jakby można przypuszczać. Miały czasem piękne ryneczki i kolorowe domki ale również zdarzały się peryferie, gdzie zaglądając między domami, można było dostrzec biedę.

 

Na trasie: Arequipa - Cabanaconde

 

Widok zmieniał się na bardziej suchy, pustynny i kamienisty. Droga była kręta, autobus często sapał, pyrkał ale po redukcji biegów, dalej piął się w górę. Ruch na drodze znikomy i czasem się dziwiliśmy skąd ci ludzie nagle znajdują się na drodze na środku pustyni. Kierowca nigdy nikomu nie odmówił wejścia na pokład. Momentami było bardzo ciasno. Nam to aż tak bardzo nie doskwierało, bo mieliśmy miejsca siedzące ale współczuliśmy tym ludziom, którzy musieli stać tyle godzin.

 

Wreszcie dojechaliśmy do ważnej strategicznie miejscowości o nazwie Chivay. Tam nasz autobus wypluł z siebie ogromną większość ludzi, łącznie z rodziną, śpiącej mi na kolanach, dziewczynki. Autokar trochę opustoszał ale kolejna fala wieśniaków wtłoczyła się do niego. Tym razem niektórzy wchodzili nawet z żywym inwentarzem. Widzieliśmy lamę, którą pakowano do luku bagażowego! "Baby z chrustem" zajmowały sobie wzajemnie miejsca a faceci w garniturach chyba z dziewiętnastego wieku, dobierali się nawzajem do rozmów, które mieli prowadzić przez następne godziny nim dojedziemy do Cobanaconde.

 

Była też inna pasażerka. Odziana w zielony mundur reprezentowała tzw. Auto-Colcę czyli organizację zbierającą haracz za wstęp do kanionu. Jednak jak wyczytałem w przewodniku oraz na forach, bardzo często zdarzają się przebierańcy, którzy naciągają naiwnych turystów na opłatę, której tak naprawdę nie trzeba uiszczać. Nie wiedzieliśmy czy ta pani jest prawdziwa czy nie więc udawaliśmy "głupa" i gdy stwierdziła, że nic nie rozumiemy po hiszpańsku, odeszła dając nam spokój. W dodatku pomyśleliśmy, że przecież nie będziemy płacić za coś w autobusie. Gdy wejdziemy na teren kanionu, to wtedy zapłacimy.

 

Gdy po krótkiej przerwie ruszyliśmy na zachód, droga się zrobiła szutrowa. Teraz oprócz upału i wszędzie włażących promieni słonecznych, doszedł jeszcze kurz i pył z drogi. Byliśmy już naprawdę zmęczeni, a dodatkowe atrakcje w postaci dziurawej drogi, która powodowała, że nasz autobus kiwał się raz w jedną, raz w drugą stronę, mordował nas jeszcze bardziej. Już strasznie chcieliśmy dojechać na miejsce.

 

Widok za oknem znów się zmienił. Dojrzeliśmy ogromną bruzdę przecinającą ziemię, a w jej wnętrzu rzekę. To zaczynał się kanion. Jechaliśmy czasem nad jego uskokiem, mogliśmy go sobie oglądać, bo siedzieliśmy z prawej strony. Droga wiła się nad kanionem, przejeżdżaliśmy mostkami, mijaliśmy też mniejsze wioski i widzieliśmy wydeptane i wyjeżdżone ścieżki, które przecinały zbocze kanionu i pobliskich gór.

 

Kanion Colca

 

W końcu dojechaliśmy do znanego turystom punktu: Cruz del Condor. Tutaj zaplanowaliśmy sobie postój na obejrzenie kondorów ale dopiero w drodze powrotnej, bo one nie zawsze sobie tutaj fruwają. Obecna pora nie była odpowiednia. Ale tutaj do autobusu wskoczył jakiś jegomość w zielonym mundurze i znów zażądał od nas opłaty za kanion. Był bardziej namolny od tej pani. Nie chciał odpuścić mimo, że mówiliśmy do niego po polsku, skoro on do nas po hiszpańsku. Ale nie miał wyjścia i musiał zrezygnować.

 

Do Cabanaconde zostało niecałe pół godziny drogi. Od Cruz del Condor ponownie pojawił się asfalt i droga oczywiście zrobiła się przyjemniejsza. Chwilę potem widać już było nasze docelowe miasteczko, do którego prowadziła droga z góry. Wjazd na rynek i wreszcie możemy wyjść. Byliśmy wykończeni, głodni i niewyspani. Niestety przypałętał się ten gostek od Auto-Kolki i dalej nas zmuszał do zakupu biletów. Zaczął nam działać na nerwy, bo jeszcze nie wiedzieliśmy nic dokładnie co jest grane a ten dalej męczył bułę. Znów go spławiłem, tym razem bardziej obcesowo.

 

Cabanaconde to malutka osada niedaleko kanionu Colca. Na terenie całego powiatu żyje niecałe 3000 ludzi. Miasteczko leży na wysokości 3200m npm. Jest tam skromny rynek z wielkim pomnikiem kondora, który jednocześnie jest fontanną, kościół i kilka niedużych sklepów. Otoczone przez wysokie góry zrobiło na nas dobre wrażenie. Uderzył nas absolutny spokój i cisza. Nie było praktycznie nikogo na ulicy, a my nie wiedzieliśmy w którą stronę iść do naszego hoteliku.

 

Cabanaconde: rynek

 

Znając tylko nazwę, musieliśmy się od kogoś dowiedzieć gdzie się znajduje ten hotelik. Nie było nikogo na rynku więc zacząłem szukać jakiegoś otwartego sklepu żeby się zapytać. I tak trafiłem do informacji turystycznej połączonej z restauracją. Zanim doszedłem wyszła jakaś pani i od razu zaprosiła mnie na obiad. Wytłumaczyłem jej, że chodzi mi o coś innego więc wskazała gdzie mieliśmy iść, po czym ponowiła próbę namówienia mnie na obiad. Obiecałem, że rozważymy jej propozycję.

 

W tym czasie gdy ja załatwiałem sprawy z naszym hotelem, Basia czekała pod fontanną pilnując naszych ciężkich plecaków. No i obok niej znalazł się kolejny raz ten dziadek w zielonym mundurze. Ale cwaniak przyprowadził ze sobą policjanta. No i tym razem we dwójkę zaczęli męczyć Basię. Basia wreszcie się odezwała po angielsku do nich. Dziadek nie wiedział o co chodzi, a młody policjant zaczął coś klecić ale wiedząc, że się za chwilę skompromituje dał sobie spokój. Wtedy ja nadszedłem, wzięliśmy plecaki i ruszyliśmy w kierunku naszego hoteliku o nazwie Pachamama. W ogóle nie zwróciłem uwagi na dziadka z Auto-Colki.

 

Tak jak się spodziewaliśmy, nasz pensjonat nie był zbyt daleko położony. Raptem może ze 200m boczną ulicą od rynku. Gdy tak szliśmy, wypatrując jakiegoś szyldu, mijaliśmy miejscowych ludzi, którzy albo siedzieli na ławeczkach przed domem, wpatrując się w nas, albo coś tam remontowali na ulicy. Sklepy były otwarte ale bardziej przypominały garaże przerobione na sklepy. Za ladą miejscowe panie, obowiązkowo w kolorowych fatałaszkach.

 

Gdy w pewnym momencie się obróciliśmy, zauważyliśmy, że jesteśmy śledzeni. Dziadek Auto-Colca nie odpuszczał i miał nas na oku. Szedł w bezpiecznej odległości ale koniecznie chciał wiedzieć gdzie się zameldujemy. Wreszcie dotarliśmy do miejsca gdzie wisiał szyld Pachamama.

 

Cabanaconde: szyld pensjonatu               ©pachamamahome.com

 

Niestety drzwi były zamknięte. Zapukaliśmy i ktoś nam otworzył. Nie był to jednak ten Belg, z którym korespondowałem. Chłopak jednak mówił po angielsku i wyglądał na zorientowanego. Potwierdził naszą rezerwację i dał nam klucz. Zapytaliśmy czy można zrobić pranie i potwierdził, że 5 soli za 1kg prania.

 

Zaprowadził nas do pokoju. Żeby się tam dostać trzeba było wyjść na ulicę i wejść przez następne drzwi. Pokazał nam jasny pokój z dużym łóżkiem. Toaleta była na korytarzu ale nikt oprócz nas z niej nie korzystał. Obok była też kuchnia. Łazienka znajdowała się na górze wraz z innymi pokojami. Ktoś tam był ale generalnie ta część hotelu była praktycznie pusta.

 

Ten chłopak, który okazał się być Argentyńczykiem, poprosił abyśmy zamykali drzwi za sobą żeby nikt z ulicy nie wszedł. Wytłumaczył, że panują tu zasady takie aby oszczędzać jak najwięcej. To oznaczało, że prysznic nie dłużej niż 7 minut, za gaz trzeba zapłacić jak się chce coś ugotować, zakaz prania własnoręcznego. Wszystko to było przypominane w postaci naklejek dookoła całego budynku.

 

Gdy Argentyńczyk poszedł, zauważyliśmy, że gościu Auto-Colca waruje przed budynkiem. Ewidentnie czekał na nas abyśmy wyszli. My jednak póki co, nie mieliśmy takiego zamiaru. Najpierw chcieliśmy się wykąpać i coś zjeść porządnego. Zaczęliśmy od prysznica.

 

Na górze była ładna łazienka, wykafelkowana, normalnie toaleta, umywalka, lustro i kabina prysznicowa. Kiedy wszedłem za kotarę zdębiałem bo ujrzałem nad sobą... niebo. Myślałem, że mam jakieś zwidy ale nade mną rozpościerał się błękit czyściuteńkiego nieba. Zastanawiałem się jak to możliwe, że akurat nad kabiną prysznicową nie ma dachu no i przede wszystkim dlaczego tak jest to skonstruowane.

 

Potem męczyłem się z ustawieniem regulatora temperatury wody ale koniec końców udało mi się wykąpać porządnie. Zmyłem cały ten brud i kurz z podróży. Od razu poczułem się lepiej choć zaczął doskwierać nam głód. Dlatego Basia szybko zrobiła to samo i mogliśmy wyruszyć na miasto aby coś zjeść.

 

Najpierw skierowaliśmy się do tego biura-restauracji. Tam przecież zapraszała mnie ta pani na obiad. Jednak gdy tam weszliśmy, restauracja była zamknięta. W biurze natomiast siedziała jakaś młoda dziewczyna, która nie za bardzo ogarniała temat. Motała się, bo w ogóle nie mówiła po angielsku więc poprosiliśmy ją grzecznie aby zawołała kogoś, kto mówi lepiej. Słyszeliśmy, że za drzwiami jest ta babka, która ze mną rozmawiała ale usłyszeliśmy też, że nie chce się jej wyjść. "No, co za bezczelna krowa" – pomyśleliśmy i wyszliśmy stamtąd czym prędzej.

 

Zaczęliśmy poszukiwania na własną rękę ale okazało się, że wszystko jest zamknięte. Zarówno sklepy jak i knajpy. A nie było ich znów tak wiele, raptem kilka w rynku. Zdezorientowani trochę takim obrotem sprawy, postanowiliśmy wrócić do naszego hostelu aby tam coś zjeść, bo przecież też serwują jedzenie.

 

Przy okazji chcieliśmy dać im naszą reklamówkę prania aby zdążyło wyschnąć zanim stąd pojedziemy. Dlatego weszliśmy aby ją spakować i poszliśmy drzwi obok. No ale drzwi były zamknięte. Zapukaliśmy ale nikt nie otwierał. W końcu otworzyła jakaś miejscowa dziewczyna i jakoś dogadaliśmy się, że weźmie od nas pranie. "Lokal jest nieczynny aż do 18.00 bo wszyscy odpoczywają". Taką informację od niej uzyskaliśmy. To coś w rodzaju sjesty, jak widać. Zastanawialiśmy się co by było gdyby nasz autobus przyjechał później. Pewnie byśmy musieli czekać do 18.00 na zakwaterowanie.

 

Dziewczyna na szczęście zgodziła się odebrać nasze pranie. Zważyła je i wyszło, że mamy 4.5kg i mamy zapłacić 22 sole. Ucieszyliśmy się, że będziemy mieli czyste nasze rzeczy, bo odebrać je mieliśmy dopiero suche.

 

Zdeterminowani głodem, przypomnieliśmy sobie, że przecież mamy zaległe sosy i makaron, a u nas w budynku jest kuchnia więc sobie możemy coś ugotować. Zadowoleni z własnego pomysłu, zabraliśmy się za szukanie naszych produktów. Gdy już je odnaleźliśmy i poszliśmy z nimi do kuchni, okazało się, że nie ma odpowiednich naczyń aby cokolwiek ugotować. Było chyba z 50 kubków i talerzyków ale nie było żadnych garnków. Nie było rady – nic tutaj się nie zje. Trzeba czekać do 18.00.

 

Zmęczeni położyliśmy się na to duże łóżko i po prostu zaczęliśmy czekać. W pokoju było na początku ciepło ale w miarę jak słońce zachodziło, pojawiał się chłodek, a później zrobiło się zimno. Przykryliśmy się śpiworami, były też tam koce. Wykorzystując czas, podłączyłem wszystkie urządzenia aby się naładowały. Oglądaliśmy zdjęcia, coś tam bawiłem się na tablecie. Czas jakoś płynął.

 

O 18.00 poszliśmy do baru. W środku pojawiło się mnóstwo ludzi. Skąd oni się tam wzięli nie wiem. Było gwarno i młodzieżowo. Taki hipisowski styl. Cała ściana książek, które można wymieniać. Zostawiasz dwie, bierzesz jedną. Za barem duży telewizor, na którym leciała Olimpiada z Londynu. Pojawił się też ten Belg. Siedział z laptopem i odpowiadał na mejle. Argentyńczyk zbierał zamówienia, była też dziewczyna tego Belga i jacyś miejscowi do pieczenia pizzy i do roboty w kuchni. Niektórzy to praktycznie dzieci. Zapewne nie pracowali legalnie. W całym lokalu panował półmrok, a większość stolików była zajęta.

 

Znaleźliśmy jednak miejsce i zamówiliśmy sobie dużą pizzę. Ceny mieli w miarę. Czekając na realizację zamówienia, oglądaliśmy sobie ściany, na których było mnóstwo różnych zdjęć, malunków i symboli inkaskich. Była też druga ściana, na której wisiały pocztówki do kupienia. Na każdym stoliku świeczka. Oczywiście z głośników sączyła się muzyka. Lokal ewidentnie miał mieć swój klimat. Tak został pomyślany.

 

Rzuciliśmy się na tę pizzę, bo już strasznie byliśmy głodni. Szybko zniknęła z naszych talerzy. Byliśmy zadowoleni, bo jakość odpowiadała cenie i ilość też była w porządku. Wreszcie poczuliśmy się dobrze. Została nam jeszcze jedna rzecz do zrobienia. Musimy koniecznie się dowiedzieć o jutrzejszy dzień – zejście do kanionu oraz o następny, czyli jak się stąd dostać do Puno.

 

Belg zapewniał mnie, że na miejscu uzyskamy wszystkie informacje i żebyśmy nie bukowali niczego z żadną agencją z Arequipy, bo przepłacimy. Podobno kłamią, że nie wolno na własną rękę eksplorować kanionu. Dlatego koniecznie musieliśmy dowiedzieć się jak to zrobić. Do tej pory jego informacje były wiarygodne. Podał nam nazwę firmy przewozowej, godziny odjazdów więc i reszta powinna się zgadzać.

 

Belg był zajęty ale w końcu dorwaliśmy tego Argentyńczyka żeby nam pomógł zorganizować jutrzejszy dzień. Wiedzieliśmy, że chcemy zejść na dno kanionu, do tzw. Oazy. Potrzebowaliśmy namiaru gdzie to jest, co zabrać i o której wyruszyć. Na spokojnie nam objaśnił i doradził co trzeba zrobić. Plan nie wyglądał na skomplikowany. Mamy tylko uważać aby nie wyruszyć z Oazy zbyt późno, bo chodzenie po ciemku jest praktycznie wykluczone i grozi śmiercią. Powinniśmy przeznaczyć 2.5h na zejście i 3.5h na wejście.

 

Co do kolejnego dnia, to tutaj mieliśmy dwie opcje. Trzeba było wyruszyć lokalnym transportem do Cruz del Condor, na punkt widokowy aby obejrzeć kondory. To musi być ten konkretny autobus aby przed 9.00 znaleźć się w Cruz. Wtedy bowiem są jakieś prądy powietrzne i dlatego kondory rzucają się w przepaść aby móc swobodnie sobie frunąć bez wysiłku. Dalej powinniśmy wziąć kolejny autobus, który będzie przejeżdżał i nie wysiadając w Chivay, jechać dalej do skrzyżowania, na którym powinniśmy wysiąść i spróbować złapać coś do Puno. Obojętnie co. To trochę skomplikowana trasa ale tania, bo płacimy kilka soli. Druga opcja jest taka, że istnieje luksusowy autokar odjeżdżający do Puno z Chivay ale koszt to $40 USA od osoby! Postanowiliśmy spróbować tę pierwszą opcję. Aby dokładnie nam to zobrazować, Argentyńczyk narysował nam specjalną mapkę.

 

Cabanaconde: mapa i rozkład jazdy

 

Na koniec dodał żebyśmy nie zamykali drzwi na duży skobel, bo ludzie nie mogą wtedy wchodzić. Potwierdziła to Basia, która musiała otwierać tym ludziom z góry gdy poszedłem się kąpać. Po drugie powiedział, że był u niego na skardze na nas pracownik Auto-Colca, który twierdzi, że unikamy płacenia za bilet. Wyjaśniliśmy mu nasz punkt widzenia i powiedział żebyśmy spróbowali kupić bilety studenckie. Jeden dla dorosłego to aż 70 soli.

 

Uzbrojeni w wiedzę i najedzeni, wróciliśmy do pokoju. Na dworze było już bardzo zimno. Musieliśmy wskoczyć w śpiwory. Była godzina koło 19.00 więc aby jakoś zabić czas, włączyliśmy na tablecie film "Wyjazd integracyjny" ale oboje nie dotrwaliśmy do końca. Po pierwsze oczy się nam zamykały, a mieliśmy wstać o 6.00, a po drugie film jest taką porażką, że nie chciało się nam go dalej męczyć. O 20.30 było pozamiatane. Spaliśmy.

 

Dzień 17: Cuzco (A) – Arequipa (B) – Cabanaconde (C) =  631km

 

Dzień 17: =  631km

 

Dzień 18 - 3 sierpnia 2012 – piątek

 

PIEKŁO

 

O 6.00 już byliśmy na nogach. Za oknem zaczynało dopiero świtać ale zapowiadał się miły dzień. Niestety było jeszcze bardzo zimno. Odczuliśmy to w nocy. Szybka toaleta bo też w tym budynku zimno i po chwili byliśmy już w barze. Śniadanie mieliśmy wliczone w cenę więc bardzo nam to ułatwiło sprawę. Było duże, dobre i ciepłe. Od razu lepiej się poczuliśmy.

 

O 7.00 wyszliśmy od Pachamamy w kierunku rynku. Zapamiętaliśmy jak znaleźć szlak do Oazy ale zapomnieliśmy się spytać jak znaleźć jego początek w mieście. Na pewno zaczyna się gdzieś w rynku. Obeszliśmy cały plac i wreszcie musieliśmy się spytać miejscowego aby nam wskazał drogę. Szliśmy jedną z wąskich uliczek miasteczka, która prowadziła na pola za zabudowaniami.

 

Cabanaconde

 

Nie byliśmy pewni czy dobrze się zrozumieliśmy ale po chwili wyszło na jaw, że idziemy dobrze. Pojawiły się charakterystyczne cechy szlaku, o których nam mówił Argentyńczyk. Droga była zwykłą polną drogą. Trochę szła w górę i obracając się widzieliśmy dachy i górujący nad nimi kościół całego miasteczka. Na rozdrożu spotkaliśmy jakąś zagubioną parę i oni powiedzieli nam którędy do kanionu, a my im którędy do miasta. Zaczęliśmy też coraz częściej spotykać ludzi wracających z kanionu. To oznacza, że musieli wyruszyć jeszcze o zmroku, bo nocowali na dole.

 

W końcu znaleźliśmy się w miejscu, gdzie zebrała się większa grupa ludzi. Siedzieli na skałach, robili zdjęcia, widać było, że część jest bardzo zmęczona. To musiał być początek szlaku w dół. Potwierdzeniem tego była gościówa w zielonym uniformie biegająca między tymi wszystkimi piechurami. Oczywiście zaraz nas dorwała i już nie było wyjścia. Zaproponowaliśmy jej jednak sprzedaż dwóch studenckich, licząc, że nie będzie chciała żadnej legitymacji. Bez problemu się udało ale nie miała blankietów więc dała nam jeden bilet na dwie osoby. Zapłaciliśmy 70 soli. Bilet to wielka płachta, która jednocześnie jest czymś w rodzaju mapki regionu.

 

Cabanaconde: bilet wstępu do Kanionu Colca

 

Po zakupie biletu, przyszedł czas na analizę terenu i przygotowanie do zejścia. W związku z porannym chłodem, ubrani byliśmy dość ciepło: długie spodnie, góra z rękawami, czapki. Mieliśmy też zapas wody w dużych butelkach plus naturalnie sprzęt rejestrujący. Tak wyposażeni byliśmy gotowi stawić czoła bestii.

 

Kanion Colca, którego ściany wznoszą się z lewej strony na ponad 3200 m nad poziom rzeki, zaś z prawej - na 4200 m, według niektórych źródeł jest uważany za najgłębszy kanion na Ziemi (jest dwa razy głębszy od Wielkiego Kanionu Kolorado w USA). Kanion ma długość 120 kilometrów. Różnica poziomów między jego wlotem (3050 m n.p.m) a wylotem (950 m n.p.m.) wynosi 2100 m. Na samym dnie przepływa rzeka Colca.

 

Nasz punkt znajdował się na wysokości 3287m npm, a zejść mieliśmy do Oazy czyli San Galle, na samym dnie kanionu. Znajduje się ona na wysokości 2100m. Tak więc czekał nas ponad kilometrowy marsz w dół, a potem oczywiście w górę. Ze zdjęć wynikało, że na dole znajdują się baseny i małe hoteliki czy raczej gospodarstwa agroturystyczne gdzie można przenocować. Większość ludzi tak robi choć oczywiście możliwe jest zejście i wejście w jeden dzień. Taki też był nasz plan.

 

Kanion Colca: początek szlaku

 

Wystartowaliśmy o 8.00 i na początku szło się dość stromo, kamienistą drogą. Po jednej stronie była zawsze duża przepaść ale droga szła krótkimi odcinkami i zaraz zakręcała w drugą stronę. Takim zygzakiem szło się praktycznie przez cały czas. Podłoże było raz lepiej ubite, to znaczy, kamienie były większe a czasem był suchy pył, w którym but zagłębiał się nawet po kostkę.

 

Po kilku ostrych skrętach zauważyliśmy pierwszych ludzi kończących podejście. Byli skrajnie wyczerpani, podpierali się kijami i w ich oczach widać było ból i cierpienie. Według naszych obliczeń, musieli wyjść bardzo wcześnie rano z dołu, bo na drogę w górę potrzeba minimum 3.5h. W dół idzie się ponoć o godzinę krócej.

 

Za chwilę spotkaliśmy kolejnych ludzi i jeden z chłopaków był totalnie wyczerpany. Błagał nas aby mu powiedzieć ile jeszcze tego piekła przed nim. Był rozebrany do samej koszulki, dyszał jak parowóz a jego twarz była koloru krwi. Wyglądał strasznie.

 

Zaczęliśmy się zastanawiać czy my też tak będziemy wyglądać. Wszyscy wchodzący wyglądali nieciekawie ale nie byli to jacyś niedołężni ludzie tylko młode osoby, wysportowane, w sile wieku na takie podchody. To dało nam do zrozumienia, że ta góra może dać w kość.

 

Nasz problem pojawił się wkrótce. Basia zaczęła odczuwać strach przed przestrzeniami i wysokością. Wpadła w panikę, co mnie jak zwykle zirytowało więc się oczywiście posprzeczaliśmy. Chciała już wracać więc mieliśmy przerwę na to aby uzgodnić zasady. Musiałem jej pomagać przy ostrych zakrętach, gdzie widać było głębię kanionu. Szła sobie od wewnętrznej strony, powolutku aby się nie potknąć. Potem nie było już tak ostro, droga trochę się wypłaszczyła, zygzaki zrobiły się dłuższe.

 

Kanion Colca: na szlaku

 

Po drodze mijaliśmy też miejscowych, zarówno w jedną stronę, jak i w drugą. Większość z nich miała ze sobą kilka osłów, muły i konie, a na nich spore ładunki. To było zaopatrzenie dla Oazy. Zwierzęta były objuczone różnymi pakunkami ale czasem na tych biednych zwierzętach widzieliśmy turystów. Byliśmy zbulwersowani takim widokiem. Te zwierzęta były tak potwornie zmęczone, potykały się na tym ciężkim terenie, z pyska szła im piana, a na grzbiecie niosły jeszcze prawie 100kg białego grubasa, który sam nie ma sił iść pod górę.

 

Kanion Colca: na szlaku

 

Gdy wyszło słońce i zaczęło przygrzewać, musieliśmy się rozebrać. Niestety nasze ciuchy trzeba było zapakować do plecaków, a te plecaki zarzucić na plecy. Doszły nam, w sumie niepotrzebne, kilogramy do niesienia. Wodę mieliśmy na wierzchu, bo coraz częściej była potrzebna.

 

Szło się ciężko, bo było mnóstwo kamieni, piachu i kurzu. Upał dawał się we znaki, a na tym zboczu nie było żadnej osłony od słońca. Na szczęście mieliśmy krem ochronny więc nie ulegliśmy poparzeniu. Oprócz traw i wysoko odpornych krzaków, z szaty roślinnej rzucały się w oczy wielkie kaktusy. Niestety nie było szans aby dały jakiś cień.

 

Kanion Colca: na szlaku

 

Przed nami szła para, która trzymała się w takiej samej odległości przez cały czas. Mieliśmy ich na oku i dzięki temu widzieliśmy jak trasa przebiega. Więcej ludzi już nie było, bo wszyscy zdążyli przed upałem wejść, a nikt już nie schodził, bo było za późno na rozpoczęcie zejścia. Zostaliśmy my i ta dwójka.

 

W pewnym momencie, po kolejnym zakręcie wreszcie zauważyliśmy błękitną kropkę na dnie kanionu. Wyłoniła się spod krawędzi i oznaczała dla nas punkt orientacyjny. Była jednak tak malutka, że patrzyliśmy na nią z przerażeniem, że jest tak daleko. Jednak z każdym krokiem widać ją było coraz lepiej.

 

Kanion Colca: na szlaku

 

Nasza dwójka pilotów zawahała się w pewnym momencie i skręcili w jakąś boczną odnogę szlaku. My poszliśmy dalej, jak wskazywała logika. Potem wyszło, że mieliśmy rację bo już praktycznie na samym dole pojawił się drogowskaz wskazujący zejście do Oazy. Dalej już szło gładko i w końcu znaleźliśmy się przy niebieskim oczku, które oczywiście okazało się być basenem. Wokół niego kilka palm, jakieś ogródki, kaskady zrobione nad basenami, bo pojawiły się też inne, mniejsze.

 

Kanion Colca: Oaza

 

Przebijaliśmy się przez ogródki tych pensjonatów, ludzie siedzieli na zewnątrz jedząc lunch. W końcu udało się nam podejść do jakiegoś zadaszenia z długim stołem i ławkami po obu stronach. Tuż obok był bar, a przed nami spora oblana słońcem polana. Nie było czuć w ogóle wiatru, bo z obu stron były przeogromne ściany skalne. Nie widać było końca naszej ścieżki, bo jeden garb skalny wyrastał nad drugim, a jeszcze był trzeci. To przecież ponad kilometr w górę.

 

Zejście zajęło nam 3 godziny. Najbardziej dokuczało nam słońce i monotonia oraz kurz i pył. Byliśmy zmęczeni tą przechadzką. Para, która szła przed nami, pojawiła się kilka minut po nas. To Amerykanie, którzy chcieli sprawdzić alternatywną trasę, jak nam przyznali, ale się pomylili.

 

Siedzieliśmy więc w cieniu, zdjęliśmy buty i poszliśmy się odświeżyć do strumyczka, który tworzył małą kaskadę w okolicach basenu. Jacyś turyści wyszli pograć w piłkę, inni się opalali. Właściciel baru spytał czy coś chcemy. Amerykanie zapytali o lunch ale do 13.30 nie podawano jedzenia więc wzięli tylko colę.

 

Po 15 minutach odpoczynku, zainteresowało mnie całkowite dno kanionu. Z góry widać było rzekę ale do rzeki od miejsca, w którym byliśmy był jeszcze kawałek. Postanowiłem to sprawdzić. Poszedłem w kierunku rzeki ale za jakieś 50m, stanąłem na skraju kolejnej skarpy. Tym razem nie było ścieżki tylko chaszcze oraz wielkie kaktusy z rozłożystymi liśćmi. Zeskoczyłem w te krzaki i zacząłem brnąć przez nie, szukając jakiejkolwiek ścieżki. Szedłem ciągle w dół ale szło się fatalnie, bo była wysoka trawa, te kaktusy i jakieś stare, spróchniałe bale walały się po ziemi.

 

Zawahałem się w pewnym momencie, bo uszedłem już kawałek ale moja sytuacja się nie poprawiła a jednocześnie zgubiłem punkt orientacyjny gdzie mam wyjść. Zastanawiałem się czy odpuścić i wrócić, czy jednak jeszcze spróbować zejść niżej. Po chwili namysłu postanowiłem jeszcze spróbować zejść niżej.

 

Szedłem po płaskim przez moment aż doszedłem do kolejnej skarpy. Tym razem było bardzo stromo i wąsko. Zeskoczyłem na wielkie kamienie i usłyszałem szum wody. To oznaczało, że jestem już blisko. Nadal jednak nie widziałem wody, bo wszystko było zarośnięte. Jeszcze niżej, kilka skoków na ogromne głazy i wreszcie kątem oka zauważyłem rzekę Colca. Ostatni fragment to znowu zejście w dół i wylądowałem między dwoma kamolami, tak wielkimi, że nie mogłem na nie się wdrapać. Tą wąską szczeliną jakoś się przecisnąłem i stanąłem na kamiennym schodku oblewanym przez zimne wody rzeki. Dalej i niżej już się nie da iść.

 

Przede mną stała pionowa ściana skalna, która chyba nie miała końca. Trudno mi oszacować ile ma metrów wysokości ale robiła potężne wrażenie. Strumień wody był wartki, jak to w górach i woda ciągnęła ze sobą kamienie. Miły chłód dochodzący od rzeki oziębił moje rozpalone na nowo i pokłute przez igły kaktusów ciało. Usiadłem na chwilkę na kamieniu aby odpocząć. Potem wdrapałem się jednak na jeden z tych wielkich kamieni i rzuciłem okiem na większy obszar.

 

Kanion Colca: dno kanionu

 

Nie mogłem długo tutaj siedzieć. Musiałem szybko wrócić. Starałem się zapamiętywać charakterystyczne szczegóły aby móc szybciej wrócić. Na początku mi to pomogło ale potem jednak straciłem lekko orientację no i częściowo nie było możliwości wejścia tą samą drogą, bo schodząc często skakałem. Wdrapywałem się więc teraz inną drogą, szedłem naokoło i oczywiście cały czas pod górę. Po pewnym czasie zauważyłem chatki, obok których zacząłem swój marsz ku rzece i za chwilę wyszedłem na polanę gdzie odpoczywała Basia.

 

Trochę się pokaleczyłem igłami od kaktusów oraz jakimś sokiem, który uwalił mi całe spodenki. To jakaś czerwona maź, która pokryła mi spodnie i buty. Nawet nie zauważyłem kiedy to się stało ale szedłem przez krzaki więc nie było trudno o coś takiego.

 

Amerykanie pożegnali się z nami i ruszyli w górę. My jeszcze odpoczywaliśmy na trawce. Leżeliśmy sobie z głowami opartymi na plecakach i patrzeliśmy jak wielkie są te ściany kanionu. Niby widać ich koniec ale wiedzieliśmy, że to tylko lekkie wypłaszczenie, a za nim znajduje się kolejny garb. Z drugiej strony, nadal wrażenie robiła ta prawie całkowicie pionowa ściana za rzeką.

 

Kanion Colca: Oaza

 

Nie mogliśmy zbyt długo tu siedzieć aby nie przeciągać czasu. Musieliśmy zdążyć przed ciemnościami, które nastają około 18.00. Skoro wchodzi się 3.5 godziny, to dla nas policzyliśmy sobie 4 i żeby być na górze o 17.00 powinniśmy wyjść o 13.00. Dochodziła dopiero 12.00 ale Basia stwierdziła, że zapewne wejście zajmie nam więcej więc powinniśmy już wyruszyć. Będziemy sobie robić dłuższe przerwy.

 

O godzinie 12.10 podnieśliśmy się i przechodząc obok kaskady, nalałem sobie pełną czapkę wody i założyłem ją na głowę. Lodowata woda spłynęła po moim ciele i na jakiś czas miałem głowę schłodzoną. Godzinny odpoczynek na dole dodał nam trochę sił ale sami nie wiedzieliśmy jak będzie wyglądał powrót, choć wiedzieliśmy, że będzie ciężki.

 

Wyruszyliśmy spokojnym tempem i zaraz znaleźliśmy się ponownie na tej kamienistej i zapylonej drodze. Nikogo nie widzieliśmy oprócz biegających jaszczurek, które na nasz widok, uciekały z rozgrzanych słońcem kamieni.

 

Kanion Colca: na szlaku

 

Nachylenie nie było duże ale odcinki były długie i pokonywaliśmy je na zasadzie od zakrętu do zakrętu. Jednak tych zakrętów było tak wiele, że po 20 minutach Basia oznajmiła, że ona nie da rady tam wejść. Byliśmy w tej złej sytuacji, że doskonale wiedzieliśmy jak wysoko mamy wejść. Przypomniały się nam też twarze tych ludzi z rana, kiedy pokonywali ostanie metry i wyglądali tak jak wyglądali.

 

Kanion Colca: na szlaku

 

Nic nie mogłem odpowiedzieć na protesty mojej żony więc po prostu pozwoliłem jej chwilę odsapnąć i poczekać aż zmieni zdanie. Gdy ruszyła w górę, podążałem powoli za nią. Szło się potwornie ciężko. Powoli noga za nogą, kamień za kamieniem, zakręt za zakrętem. Jeśli tylko spojrzeliśmy w górę, załamywała nas ta góra i wijąca się ścieżka. Nie było nawet jakiegoś punktu odniesienia. Gdy spoglądaliśmy w dół, widzieliśmy wyraźnie błękitne dno basenu w Oazie. To zły znak, bo oznaczało, że przeszliśmy nieduży kawałek trasy.

 

Jednak najgorszym czynnikiem odbierającym nam siły było palące słońce. W kanionie nie ma wiatru, nie ma cienia, szliśmy bo zboczu kilometrowej góry, w samo południe. Słońce nas dosłownie niszczyło. Po drodze nie spotkaliśmy żywej duszy, żadnego muła, żadnego Indianina. Były tylko te jaszczurki wygrzewające się na słońcu. Zacząłem obawiać się o nasze zasoby wodne, bo żłopaliśmy tę wodę litrami. Ciągle chciało się nam pić, choć woda w plecaku zdążyła się zagotować kilka razy w tym słońcu. Nasze w sumie lekkie plecaki, ważyły teraz znacznie więcej. A minęła dopiero pierwsza godzina naszej wspinaczki.

 

Kanion Colca: na szlaku

 

Musieliśmy rozpocząć drugą godzinę. Ruszyliśmy przed siebie. Słońce prażyło niemiłosiernie a my wspinaliśmy się wąską ścieżką, która teraz okazała się dość stroma dla nas. Przy każdej chwili odpoczynku szukaliśmy wzrokiem jakiegoś punktu odniesienia żeby móc się pocieszyć jak dużo już przeszliśmy. Po przeciwnej stronie kanionu, na skale za rzeką była dobrze widoczna ścieżka, która mniej więcej przecinała tę górę w połowie. Cały czas nadal jednak była nad nami.

 

Minęła druga godzina marszu. Po drodze nikogo nie spotkaliśmy. Byliśmy zupełnie sami. Zapewne para Amerykanów była przed nami ale zbyt wcześnie wyszli abyśmy mogli ich dogonić. Robiliśmy coraz dłuższe i częstsze przerwy. Zaczęło brakować wody więc wprowadziliśmy reglamentację. Najwyżej jeden łyk podczas przerwy. Ścieżka po przeciwnej stronie nadal wyżej od nas, ciągle widzimy Oazę i ciągle nie widzimy "parasola". Tak bowiem nazwaliśmy jedyne miejsce na całej trasie, które miało malutki daszek zbudowany ze słomy na półce skalnej. Tam odpoczywaliśmy schodząc, jak większość ludzi, o tym też sobie przypomnieliśmy idąc w górę. Za każdym zakrętem mieliśmy ogromną nadzieję, że za chwilę wyłoni się daszek i będziemy mogli choć na chwilę schronić się przed tym okrutnym słońcem.

 

Wreszcie zobaczyłem daszek "parasola". Nabraliśmy więcej sił aby tam dotrzeć ale niestety mocno się pomyliłem. To jakiś kaktus wiszący nad przepaścią. To jedyne rośliny, które tam rosły. Na tak suchym terenie mało co potrafi przetrwać a rozmiary tych kaktusów były czasem naprawdę imponujące.

 

Pokonaliśmy ogromną ścianę bardzo przypominającą Organy Wielisławskie niedaleko Złotoryi. Nie pokonaliśmy dosłownie, tylko w końcu znaleźliśmy się wyżej od tej skały. Ale nadal tkwiliśmy gdzieś pośrodku zbocza kanionu. Najgłębszego kanionu świata wypadało dodać. Marne pocieszenie w tamtej chwili dla nas. Teraz najważniejsze było dotrzeć do "parasola".

 

Kanion Colca: na szlaku

 

Zdarzyło się to dopiero o 15.10 czyli trzy godziny po wyruszeniu z Oazy. Tam mogliśmy i musieliśmy zrobić sobie dłuższą przerwę. Najgorsze chyba za nami, choć sporo jeszcze przed nami. Odpoczywaliśmy tam 20 minut. Co chwilę musieliśmy się smarować kremem z filtrem bo by nas chyba tam spaliło na wióry. Nie chciało się nam ruszyć ale musieliśmy.

 

Czwarta godzina rozpoczęta. Zrobiło się stromo i wysoko. Wreszcie spotkaliśmy miejscowego na osiołku. Zjeżdżał z radyjkiem przyczepionym do siodła. Zapytaliśmy go jak daleko jeszcze. Powiedział, że "una hora". Mijaliśmy już znane urwiska i wyczekiwaliśmy kolejnego punktu odniesienia czyli kabla wiszącego nad szlakiem. Przypominaliśmy sobie o takich szczegółach bo o niczym innym nie umieliśmy rozmawiać. Słup się pojawił, najpierw jako malutki punkt ale robił się coraz większy. Ścieżka po drugiej stronie była na równi z nami, Oaza malutka, a słońce zaczęło lekko zwalniać obroty. Dolina gdzie leżała Oaza już całkowicie spoczęła w cieniu wielkiej góry jednak na nas nadal padały silne promienie.

 

Minęła 4 godzina więc już mamy pół godziny spóźnienia do tego, co zakłada standardowy plan. Ale chyba żaden plan nie zakłada rozpoczęcia marszu w samo południe. Słońce było naszym najgorszym wrogiem w tej wspinaczce. Drugim chyba monotonia i brak czegoś, do czego można iść. Byliśmy wycieńczeni. Gdziekolwiek dało się schronić przed słońcem, korzystaliśmy z tego. Niestety niewiele był takich miejsc.

 

Kanion Colca: na szlaku

 

Kabel minęliśmy i wtedy też zauważyliśmy grupę pościgową. Kilka osób szło za nami, a jeden z nich wyraźnie wysunął się na prowadzenie. Zdążył nas jeszcze dogonić, gdy odpoczywaliśmy przed ostatecznym atakiem na szczyt. Widzieliśmy bowiem nasz ostatni punkt orientacyjny: drzewa na skraju urwiska. Wiedzieliśmy, że to koniec wspinaczki. Zostało nam niewiele.

 

Na górze zameldowaliśmy się o 16:49 czyli po blisko 4 godzinach i 40 minutach od rozpoczęcia wejścia. Bardzo słaby czas ale na usprawiedliwienie możemy powiedzieć, że było to dokonane w samo południe. Na górze nie mieliśmy już wody w ogóle. Siedzieliśmy szczęśliwi, że się udało, że wybraliśmy się wcześniej bo chyba byśmy musieli wracać po ciemku. Dreadziarz, który nas wyprzedził też czekał na swoich kompanów, którzy dotarli wycieńczeni chwilę po nas. Oni szli lekko ponad 4 godziny. Trudno uwierzyć, że przeciętna jest 3.5 godziny. Może dla kogoś, kto zna tę trasę.

 

Kanion Colca: na szczycie

 

Zostało nam teraz tylko dotrzeć do miasteczka. Człapaliśmy polnymi drogami aż wyszliśmy na bruk gdzie zaczynały się osady ludzkie. Wiedzieliśmy, że musimy zajrzeć do pierwszego sklepu żeby kupić coś do picia.

 

Gdy znaleźliśmy jakiś spożywczak od razu poprosiliśmy o coś zimnego do picia na miejscu. Wyduldaliśmy z miejsca całe butle, zakupiliśmy wodę do pokoju i przy okazji jeszcze jakieś jedzenie. Siedzieliśmy na skrzynkach pod sklepem jak żule i piliśmy kolejne napoje. Młoda dziewczyna ze sklepu od razu domyśliła się skąd wracamy i trochę nas zagadywała. Powiedziała, że ludzie z oazy dwa razy w tygodniu robią zakupy w mieście i schodzą z towarem przyczepionym do mułów i osłów. Oczywiście dwa razy w tygodniu muszą po ten towar wejść. Masakra.

 

Doszliśmy do naszej Pachamamy. Teraz trzeba się wykąpać bo byliśmy mega-brudni. Skarpety i buty mieliśmy białe od kurzu. Byliśmy spoceni, spaleni słońcem i najchętniej cały bym wskoczył do pralki. Dlatego postanowiłem wykąpać się w skarpetkach bo musiałem je wyprać przy okazji. Martwiłem się tylko tą dziurą w suficie, bo było już ciemno i temperatura spadła drastycznie.

 

Wyszorowałem się porządnie. Nie wiem czy zajęło mi to więcej niż 7 minut. Wiało przez tę dziurę bardzo ale dużo lepiej się poczułem. Przy okazji wyprałem skarpety i gdy wychodziłem spod prysznica, nagle świat przyspieszył. Lewa stopa na mokrej posadzce pojechała do przodu, prawa palcami uderzyła w szafkę od umywalki, dupa klapnęła o kafelki, a głowa zaliczyła uderzenie potylicą w drzwi. Wszystko trwało około 0.23 sekundy. Jednak zanim zorientowałem się co się w ogóle stało, upłynęły co najmniej 2 minuty. Mniej więcej tak wyglądałem:

Kanion Colca: po przejściu szlaku                               ©flickr.com

 

Gdy już się otrząsnąłem po upadku, dokończyłem toaletę i zszedłem na dół gotowy do wymarszu na kolację. Też zaplanowaliśmy wizytę w naszym barze ale tym razem wzięliśmy coś innego. Ja postawiłem na kuchnię lokalną i zamówiłem mięso lamy. Basia pozostała przy tradycyjnym posiłku i wzięła pierś z kurczaka z warzywami. Oba zestawy były bardzo duże i trochę za słone. Ale zdążyliśmy już zauważyć, że większość potraw tu w Ameryce jest bardzo słona. Mięso lamy dość twarde, podobne do baraniny, w ciemnym sosie ale dawało radę. Basia wymiękła przy ilości jaką dostała i musiałem jej pomóc. Obżarliśmy się na całego.

 

Cabanaconde: stek z lamy

 

Przy kolacji spotkaliśmy Amerykanów, z którymi spotkaliśmy się na trasie dzisiaj. Okazało się, że też są od Pachamamy. Szli 4 godziny jak nam powiedzieli. Ale też dostali w kość. Druga sprawą był odbiór naszego prania. Zaczepialiśmy Argentyńczyka żeby nam je oddał ale ciągle był zabiegany. W końcu umówiliśmy się, że przyjdziemy za chwilę po naszą reklamówkę.

 

Po powrocie do pokoju, zaczęliśmy pakowanie bo czeka nas powrót na trasę już o 6.00 rano. Spokojnie więc się pakowaliśmy, potem odebrałem pranie i mogliśmy układać się do snu. Była wczesna godzina ale byliśmy ponownie wymęczeni więc dodatkowa dawka snu na dużym łóżku, powinna nam dobrze zrobić przed zaplanowanym na jutro maratonie autobusowym.

Dzień 18: Kanion Colca: początek szlaku (A) – Oaza (B) = 8km

 

Dzień 18:  = 8km

 

Dzień 19 - 4 sierpnia 2012 – sobota

 

WARTO BYĆ DOBRYM

 

Plan na dzisiejszy dzień był bogaty ale przede wszystkim mieliśmy go spędzić w autobusach. Pierwszy ruszał o 7.00 z rynku w Cabanaconde. Zanim tam się znaleźliśmy, poszliśmy na obfite śniadanie u Pachamamy. Przy okazji poprosiłem o gorącą wodę do termosu abyśmy mogli sobie w drodze jakąś herbatkę wypić.

 

Tuż przed 7.00 byliśmy już na rynku i stały dwa autobusy ale tym razem mieliśmy jechać inną firmą zamiast Andalucii. Firma nazywa się Reyna i autobus w jej barwach już powoli się zapełniał. Nam udało się zająć dobre miejsca, bo tuż za kierowcą. Mieliśmy jechać tylko 20 minut do Cruz del Condor więc postanowiliśmy wejść z dużymi plecakami do środka. Zresztą te miejsca były tuż przy wyjściu więc nie trzeba się przeciskać. Taki był pomysł.

 

Autobus nie ruszał, bo ciągle dochodzili nowi pasażerowie. Niestety każdy z nich coś ze sobą miał. Wszystkie kobiety miały wielkie tobołki na plecach, faceci jakieś torby i reklamówki w rękach, a szczytem było kiedy jakiś chłopak wszedł trzymając na rękach owcę! Ci wszyscy ludzie wpychali się do środka pomimo faktu, że już dawno nie było miejsca.

 

Gdy kierowca zdecydował, że już czas ruszyć, zamiast wyjechać z miasteczka, to on ruszył przez miasteczko, trąbiąc przez cały czas. To spowodowało, że wiele osób wybiegało z domów i wskakiwało to całkowicie pełnego już autobusu. Autobus zatrzymywał się co 100 metrów i ludzie jakimś cudem jeszcze wchodzili. Potem zatrzymał się na jeszcze jednym przystanku gdzie stało chyba jeszcze ze 20 osób i oni wszyscy weszli do tego autobusu. Nie mam pojęcia jak oni to zrobili ale ja już nie widziałem świata. Skończyło się na tym, że w kabinie u kierowcy było chyba z 5 osób, a w całym autokarze nie było już tlenu. Poza tym było oczywiście ciemno, bo cała ta masa ludzka spowodowała, że nie było widać okien. Ale najważniejsze, że jechaliśmy.

 

Wyjechaliśmy za miasteczko i powoli ten naprany autobus wtaczał się na górkę aby całkowicie opuścić teren miasteczka. Szło mu ciężko, co nie dziwne kiedy był tak przeładowany. Sapał, dyszał, parskał, kierowca redukował biegi ale niestety to nic nie dało. Autokar nie dał rady, zwolnił i wreszcie stanął. Niestety również zgasł.

 

Zaczął się seans odpalania. Kierowca chechłał silnik masakrycznie ale nic to nie dawało. Zaczęły się pomruki niezadowolenia, trochę długo to już trwało, w szoferce jakiś rejwach się zrobił ale nic nie było widać, bo drzwi były zalepione jakimiś świętymi obrazkami. Jak staliśmy, tak staliśmy.

 

Chwila się przeciągała i zaczęliśmy się denerwować. Nam akurat na czasie zależało, bo po pierwsze mieliśmy zdążyć na kondory, które na nas nie będą czekały, a po drugie musieliśmy po kondorach złapać następny autobus na krzyżówkę. Jeśli tu utkniemy, to być może załapiemy się od razu na ten drugi autokar i nici wyjdą z kondorów.

 

Zrobiło się już bardzo duszno i niewygodnie. Cały czas siedzieliśmy we dwójkę na jednym fotelu, bo nasze plecaki były z nami, obok nas kłębiły się baby z tobołkami, a my ani ruszyć się nie mogliśmy przez to.

 

Wreszcie co poniektórzy zaczęli wychodzić. Przeciskali się przez cały środek autobusu, walili pięściami w drzwi szoferki żeby ich wypuścić ale nie było to łatwe, bo w tym czasie kierowca plus kliku ekspertów zaczęli już naprawę autobusu. Niestety gdy otworzyli pokrywę od silnika, nie mogli otworzyć drzwi od szoferki w środku autobusu bo klapa była obok kierowcy. Niezłe rozwiązanie techniczne.

 

Gdy w końcu otworzyli, wszystko stało się jasne – pękła chłodnica. Tuż obok drogi był jakiś kanał z wodą i ludzie nosili wodę w wiaderku, a kierowca lał ją do chłodnicy. Oczywiście większość wylatywała na drogę i jego ponowne próby odpalenia nic nie dawały. Wiedziałem już, że nic dobrego z tego nie będzie i postanowiliśmy, jak 90% pasażerów na opuszczenie tego pojazdu.

 

Gdy wyszliśmy na zewnątrz, przede wszystkim odetchnęliśmy świeżym powietrzem i zorientowaliśmy się gdzie się znajdujemy. Nie było to dobre położenie. Do Cabanaconde było ze 3-4 km, co prawda z górki, ale z naszymi ciężkimi plecakami umordowałoby to nas. Poza tym nie było za bardzo sensu iść po to żeby tu wrócić drugim autobusem. Powinien się nam zatrzymać tutaj. Przynajmniej na to liczyliśmy. Autostop odpadał, bo tam nie było w ogóle ruchu. A naprawa tego autokaru jakoś wydała się nam mało prawdopodobna. Zresztą mało kto w to wierzył, bo duża grupa ludzi od razu pomaszerowała w dół do miasteczka. Część szła w górę, choć po drodze raczej niczego nie było. Pozostali stali tak jak my, nie wiedząc co robić. Oprócz nas było jeszcze kilku białych z plecakami.

 

Zaczęliśmy analizować sytuację i w tym momencie usłyszeliśmy warkot autobusu. Kierowca przygazował porządnie i wszyscy rzucili się z powrotem do autobusu. Zaczęli krzyczeć na tych, którzy już zeszli w dół. Niektórzy zaczęli biec z powrotem, inni odpuścili. Nasze miejsca oczywiście już od razu zostały zajęte więc musieliśmy włożyć nasze plecaki do luku. Wskoczyliśmy do autobusu i mogliśmy jechać. Mieliśmy oczywiście miejsca stojące.

 

Z mniejszą liczbą pasażerów niż pierwotnie, autokar wtoczył się na górkę i jakoś jechał dalej. Zastanawialiśmy się nad dwiema rzeczami: kiedy znów stanie i jak oni to naprawili. Ale jakoś szła ta Reyna i wreszcie dowiozła nas do miejsca docelowego czyli punktu widokowego – Cruz del Condor.

 

Cruz del Condor to owalna półka skalna zawieszona tuż nad kanionem. To jedna z platform obserwacyjnych, która znajduje się na drodze łączącej Chivay z Cabanaconde. Znajduje się na wysokości 3600 metrów i rozpościera się stąd piękny widok na kanion, który właśnie tu osiąga swoją największą głębokość. Kondory zlatują się tu między godziną ósmą a dziewiątą rano i dosłownie wiszą w powietrzu z powodu specyficznych prądów powietrznych.

 

Cruz del Condor

 

Gdy zauważyliśmy, że to nasz przystanek, wyszliśmy na zewnątrz, odebraliśmy plecaki i przeszliśmy na druga stronę ulicy. Tam cały chodnik zastawiony handlarzami, którzy rozłożyli swoje wyroby regionalne. Mnóstwo ludzi się tam kłębiło ale my ruszyliśmy w kierunku platformy.

 

Musieliśmy przejść jakieś 200m żeby się tam dostać. Oczywiście zaatakowali nas ludzie w zielonych mundurach ale pokazaliśmy im nasz bilet i już dali nam spokój. Przy barierkach ciężko było znaleźć wolne miejsce, bo już kłębiły się tłumy z gotowymi do pstrykania aparatami. Jakoś udało się nam wcisnąć między ludzi i pod nami ukazała się potworna przepaść. Dna kanionu nie sposób zobaczyć, bo brzegi są nierówne ale nawet sam ten widok plus wyobraźnia robi swoje.

 

Kondory miały się pojawić lada chwilę i rzeczywiście zobaczyliśmy kilka ale były gdzieś daleko. To oczywiście nas nie za bardzo usatysfakcjonowało, bo z daleka wyglądały jak zwykłe wrony. Ale wkrótce mieliśmy się przekonać, że to był dopiero początek podniebnego spektaklu w wykonaniu tych ogromnych ptaków.

 

Cruz del Condor

 

Kondor wielki lub kondor olbrzymi (Vultur gryphus) to gatunek dużego ptaka padlinożernego. Zamieszkuje Andy począwszy od Wenezueli na północy po Przylądek Horn na południu. Wymiary średnie tego ptaka to 120-135 cm długości ciała, a rozpiętość skrzydeł to ok. 310 cm. Kondory ważą między 7 a 15 kg. Upierzenie mają zasadniczo czarne a pokrywy skrzydłowe białe. Gnieżdżą się na półkach skalnych, wysoko w górach a żywią się głównie padliną oraz jajami rabowanymi w koloniach kormoranów.

 

Gdy oczekiwaliśmy na trochę więcej tych ptaków i przede wszystkim bliżej, zaczęło ich naprawdę przybywać. W ogóle nie machając skrzydłami unosiły się nad kanionem i zakręcając nad naszymi głowami. Niektóre wisiały wysoko, inne nisko gdzie znikały z pola widzenia w głębinie kanionu. Za chwilę znów się pojawiały, odlatywały gdzieś dalej i tak cały czas. Co jakiś czas udawało się je lepiej podpatrzeć. Z bliska naprawdę robiły wrażenie.

 

Cruz del Condor

 

Po nasyceniu się widokami, musieliśmy wrócić na drogę żeby złapać kolejny autobus w kierunku Arequipy. Trzeba było pokonać te 200m lekko pod górkę. Wniosłem swój plecak, zostawiłem pod słupem i wróciłem pomóc Basi z jej wielkim i ciężkim plecakiem. Zaczęliśmy wyczekiwanie na nasz autobus.

 

Korzystając z okazji, Basia udała się na zakupy. Wróciła z fantami zakupionymi u starych Indianek. Podobno nawet się targowała. W każdym razie była zadowolona z zakupów. Przyniosła jakieś kolorowe zawiniątka w reklamówce, więc zapewne były to wyroby tekstylne. Wybór był dość spory, choć większość tych ludzi chyba handluje tym samym.

 

Cruz del Condor

 

W tym czasie też kondory zaczęły krążyć nad naszymi głowami i robiły to coraz niżej. Dopiero teraz widać było jak są ogromne kiedy rozłożą skrzydła. Fruwały kilka metrów nad nami, robiąc wielkie koło i wracając nad kanion. Najpierw Basia, a potem ja poszliśmy oglądać je w innym w sumie nawet ciekawszym miejscu niż ta okrągła platforma. Byliśmy bardzo zadowoleni z przedstawienia jakie nam zgotowały.

 

Cruz del Condor

 

W międzyczasie cały czas wypatrywaliśmy naszego autobusu. Przejeżdżały jakieś autobusy, busiki i prywatne samochody ale długo nic naszego się nie pojawiło. Wreszcie jednak się zjawił. Kupiliśmy bilety z miejscówką za 15 soli jeden, podając nazwę miejsca, do którego chcemy dojechać, czyli Pampa Cañahuas, zapakowaliśmy plecaki do luku i ruszyliśmy w kierunku Arequipy, a najpierw oczywiście Chivay.

 

Zobacz video z Kanionu Colca i Cruz del Condor: VIDEO: 9/14

 

Autobus też załadowany ale nasza cena przebija tę, którą płacą miejscowi (1S) 15 razy więc dlatego możemy siedzieć. Tak samo zrobiła para Francuzów, która pokonywała tę trasę w taki sam sposób jak my. Wsiedli w Cobanaconde, wysiedli na Cruz del Condor i teraz jechali z nami. Innych obcokrajowców było jakby mniej. Obok nas spał jakiś Urugwajczyk.

 

Bilet autobusowy

 

Wyruszyliśmy znana nam już szutrową drogą nad kanionem. Tym razem siedzieliśmy od strony skał i od czasu do czasu widzieliśmy jakieś maszyny drogowe, więc jest wielce prawdopodobne, że ten szutrowy kawałek niedługo pokryje asfalt.

 

Po dojechaniu do Chivay, wielu pasażerów wysiadło, kierowca miał przerwę ale sporo nowych ludzi doszło. Wyszedłem na wszelki wypadek z autobusu żeby sprawdzić czy czasem ktoś na dworcu nie wyciąga naszych plecaków. Stałem z boku patrząc dyskretnie ale nikomu nawet do głowy nie przyszło żeby się nimi interesować. Ludzie mieli swoje ważne bagaże, chusty rupieci, żywy inwentarz i inne ciekawe rzeczy.

 

Wykorzystując okazję, wyskoczyłem do dworcowego sklepiku po jakieś owoce. Przerwa nie była długa, dworzec miał charakterystyczny rodzaj reklamy wymalowanej na ogrodzeniu: "Chivay walczy z analfabetyzmem". Nasza w zasadzie bardzo podstawowa znajomość hiszpańskiego pozwoliła nam zauważyć pewne symptomy tego problemu kiedy w naszym autobusie na klapie wentylacyjnej widniał napis wymalowany flamastrem: "No habrir".

 

Ruszyliśmy w drogę. Przed nami długa podróż choć oczywiście do samej Arequipy, do której ten autobus zmierzał, nie mieliśmy zamiaru jechać. My mieliśmy wysiąść po przejechaniu około 90km ale ciężką trasą. Niestety ludzi przybyło w Chivay i sytuacja się powtórzyła w sensie, że biedni ludzie stali w przejściu.

 

Od razu zauważyliśmy dwie malutkie dziewczynki, które z rodzicami i jeszcze jedną panią stały dzielnie w przejściu. Te dzieci są niesamowite. W ogóle się nie skarżą, nie płaczą, nie marudzą bo zapewne są przyzwyczajone do ich ciężkiego losu. Zresztą ich ojciec oparty o fotel łokciem, przysypiał na stojąco, obie kobiety nie wytrzymały długo i usiadły w przejściu.

 

My oczywiście od razu te dwie dziewczynki wzięliśmy do siebie na kolana. Na początku były bardzo nieśmiałe, trochę się bały ale nie odezwały się ani słowem. Musiało im być strasznie gorąco bo miały na sobie narciarskie kombinezony a na zewnątrz już dawno zrobiło się gorąco.

 

Zaczęliśmy je powoli oswajać ze sobą. Nieśmiało powolutku przełamywały się i najśmieszniejsze wydało mi się kiedy patrzyła na moje dłonie splecione na niej. Widać, że bardzo ją intrygowała taka biała skóra i powoli przysuwała swoja oliwkową rączkę do mojej, najpierw aby porównać odcienie skóry a potem chciała jej dotknąć ale jakby się bała, że coś jej się stanie. W końcu się przełamała i dotknęła ale od razu cofnęła swoją dłoń. Jej siostra, która siedziała na kolanach u Basi, przypatrywała się temu z zainteresowaniem. Ja miałem niezły ubaw z tej sytuacji.

 

Potem już poszło gładko. Zaczęliśmy się z nimi bawić w różne gry zapamiętane z dzieciństwa, pokazaliśmy im nasz aparat, robiły sobie zdjęcia, wreszcie tak się rozbrykały, ze odwróciły się do nas twarzami i zaczęliśmy próbować z nimi rozmawiać. Nie dość, że nasz hiszpański jest jaki jest, to jeszcze trzeba było się na język dzieci przestawić. Mimo wszystko jednak, dziewczynki powiedziały nam, że są z Chivay, że mają 6 i 7 lat, że jadą do rodziny i że tak naprawdę nie są rodzonymi siostrami. Ten fragment rozmowy nie za bardzo był dla nas zrozumiały, bo wyszło nam, że ten facet miał dzieci z obiema tymi kobietami i jechali w trójkę.

 

 

Na trasie Chivay – Pampa Cañahuas

 

Rodzice tych dziewczynek kątem oka spoglądali na nas ale chyba byli zadowoleni, że się nimi zajęliśmy. Bardzo nam podziękowali gdy autobus dojechał do jakiegoś przystanku. Domyśliliśmy się, że to również nasz przystanek i nasi współpasażerowie potwierdzili, że to tu powinniśmy wysiąść.

 

Tak więc wysiedliśmy wszyscy oraz Francuzi, którzy nam towarzyszyli od samego rana. Znaleźliśmy się na skrzyżowaniu ważnych dróg krajowych. Po obu stronach były jakieś budy, w sumie podobne jak u nas, jakieś sklepo-bary dla tirowców i sporo miejsca do zaparkowania. Za budami wielkie połacie pięknych terenów z wulkanami na horyzoncie. Ale nigdzie żadnych osad ludzkich. Nie było wyjścia, musieliśmy się stąd wyrwać. Argentyńczyk z Pachamamy zapewniał, że będzie jeździło tędy mnóstwo autokarów, które nas na pewno zabiorą do Puno.

 

Pampa Cañahuas

 

Puno bowiem było naszym ostatecznym celem dzisiejszego dnia. Do Puno z tego miejsca gdzie się znajdowaliśmy jest ponad 200km ale oczywiście w specyficznym terenie. Tam mieliśmy przenocować aby rano wyruszyć na jezioro Titicaca żeby odwiedzić mieszkańców pływających wysp Uros.

 

Zgłodnieliśmy już i postanowiliśmy pozjadać nasze zapasy. Basia przygotowała kanapki, wzięliśmy po pomidorze do drugiej ręki, z termosu wylaliśmy do kubków gorącą herbatkę ale cały czas spoglądaliśmy czy aby coś nie jedzie. Obok nas stanowisko otworzyli sobie Francuzi. Nie za dużo z nimi rozmawialiśmy, choć na pierwszy rzut oka wyglądali na spoko ludzi. To też para. Rodzina, której dziewczynkami się zaopiekowaliśmy, poszła coś zjeść do jednej z tych obskurnych bud. Najwyraźniej też mieli podobne zamiary do nas i Francuzów. Wszyscy czekaliśmy na jakiś pojazd, który by nas zabrał w kierunku Jeziora Titicaca.

 

Mijały minuty i przejechało zaledwie kilka autobusów ale żaden się nie zatrzymał. Część jechała w stronę Chivay więc tam skąd przyjechaliśmy. Były też ciężarówki, bardzo podobne do tych znanych z amerykańskich filmów ale żadna się nie zatrzymała. De facto łapaliśmy w tym miejscu stopa, bo obojętnie kto by się zatrzymał powinniśmy się stamtąd wyrwać. Raczej nie mielibyśmy szans tam przenocować. Ale w ogóle o tym nie myśleliśmy bo było dopiero południe.

 

Pampa Cañahuas

 

Po jakimś czasie zatrzymał się autokar. Ruszyliśmy biegiem ale Francuzi byli szybsi bo stali za nami więc wyrwali przed nami. W dodatku dobrze mówili po hiszpańsku więc szybko zbajerowali obsługę autokaru. Niestety zachowali się trochę po chamsku bo facet zapytał ile osób i bez wahania odparli, że tylko dwójka. Gdy spytałem czy jeszcze wezmą nas, kierownik autokaru odparł, że nie ma już miejsca. Myślę, że przy pomocy Francuzów udałoby się nam tam jakoś wepchnąć.

 

Wróciłem do punktu wyjścia gdzie czekała Basia z plecakami gotowymi do zapakowania. Ale to jeszcze nie był nasz czas. Za chwilę jednak, zjawił się jakiś mikrobus, który zatrzymał się przed nami. Nasza rodzinka z dziewczynkami podeszła do nich i wsiedli. Myślałem, że to ich ktoś umówiony bo nie zauważyłem żeby oni kogoś zatrzymywali. Jeszcze bardziej się zdziwiłem gdy podjechali do nas i zaproponowali, że nas zabiorą. Oprócz tej rodzinki, która tam już weszła, oryginalni właściciele to też była liczna banda. Zaskoczeni byliśmy propozycją ale okazało się, że oni jadą do Juliaki, a nie do Puno więc musielibyśmy się wracać. Namawiali nas, że to tylko godzina drogi z Juliaki do Puno więc na pewno coś złapiemy. My jednak liczyliśmy, że zaraz coś złapiemy do Puno, tak jak Francuzi, bo godzina była jeszcze młoda. Grzecznie podziękowaliśmy.

 

Mikrobus odjechał bez nas. Jednak jakieś 300 metrów dalej zatrzymał się i ci ludzie z niego zaczęli do nas machać żebyśmy przyszli. Poprosiłem Basię aby tam poszła i dowiedziała się czego chcą ale ona się zbuntowała. Zaczęliśmy się sprzeczać, a ci ludzie dalej czekali aż ktoś do nich podejdzie. Nagle w naszym kierunku zaczął iść policjant. Był tam bowiem niedaleko jakiś punkt kontrolny dla ciężarówek chyba i policja co jakiś czas łapała tiry. Gdy zaczął się do nas zbliżać, nie było wyjścia i wyszedłem mu na spotkanie.

 

Policjant był wysłany przez ekipę z mikrobusa! Wyjaśnił mi, że będzie nam bardzo ciężko coś złapać dzisiaj. Po pierwsze bo jest sobota, po drugie, i tu go nie zrozumiałem do końca, coś się dzieje w Copacabanie. Copacabana to następny nasz punkt docelowy po Puno ale to przecież w Boliwii. Jakoś wydało mi się, że się przesłyszałem albo źle go zrozumiałem. W każdym razie, gorąco nas namawiał żebyśmy jednak zabrali się z tymi ludźmi z mikrobusa. Zapewniał, że podróż zajmie nam 2.5 godziny. Chyba nie mieliśmy wyjścia.

 

Podeszliśmy do nich, a oni nas bardzo sympatycznie przywitali. Rządziła tam 5 osobowa rodzina. Ojciec-kierowca, matka-konduktorka, dwoje nastoletnich dzieci i jakieś malutkie dziecko, które leżało opatulone w kocach. Oprócz nich kolejne znajome nam już 5 osób z Chivay i teraz my. Wrzuciliśmy plecaki i zasiedliśmy z tyłu na wąskich siedzeniach.

 

Między mną a Basią sytuacja się zaogniła i po chwili milczenia, opuściłem ją i przesiadłem się kilka rzędów w przód. Dziewczynki z Chivay zasnęły, a ja nie mając nic do roboty wyciągnąłem Angorę, którą kupiłem jeszcze oczywiście w Polsce i zacząłem ją czytać.

 

Droga bardzo się nużyła bo ten mikrobus jechał bardzo powoli. Dodatkowo leciała cały czas ta sama kaseta z tymi samymi kilkoma piosenkami. Po niedługim czasie miałem tego dość. Za oknem krajobraz był pustynno-górzysty ale nie mijaliśmy żadnych miejscowości. Natomiast droga była bardzo dobrej jakości. Dodatkowym utrapieniem dla mnie było bardzo intensywnie świecące we mnie słońce.

 

Na trasie: Pampa Cañahuas - Juliaca

 

Po jakiejś godzinie, oznajmiono nam, że zatrzymujemy się żeby coś zjeść. Zatrzymaliśmy się w jakimś zajeździe. Cała rodzinka właścicieli poszła na dość długo. Przy okazji kierowca poinformował mnie, że dopiero stąd zajmie nam około 2.5 godziny. Zastanawiałem się czy czasem nie zagadać z jakimiś tirowcami, którzy też tam stali, aby może nas zabrali gdyby przypadkiem jechali do Puno. Były też osobówki. Ale ostatecznie nie zdecydowałem się na taki krok.

 

Gdy najedzeni właściciele wrócili, znów wyruszyliśmy w żółwim tempie do Juliaki. Bardzo się dłużyło to wszystko. W drodze zatrzymywaliśmy się kilka razy, gdy ktoś nas zatrzymywał. Baby z chrustem wsiadały i wysiadały, była też kolejna rodzina, która z nami trochę jechała. Jedna z takich starszych kobiet siadła z Basią, bo w pewnym momencie było to jedyne wolne miejsce w całym autobusie.

 

Po przeczytaniu całej Angory, zacząłem się zastanawiać co teraz mamy robić. Czy po przyjeździe do Juliaki, szukać tam noclegu i rano jechać do Puno, czy jechać jeszcze dziś w nocy do Puno i szukać w Puno po ciemku. Wiedziałem już na pewno, że w takim tempie dojedziemy po zmroku. Za oknem robiło się już kolorowo. Zmienił się też w pewnym momencie krajobraz. Zrobiło się bardziej zielono, pojawiły się drzewa, lasy i jeziorka ale jednocześnie zaczynała się szarówka.

 

Muzyka już tak mi działała na nerwy, że już nie mogłem wytrzymać. Na niczym innym nie mogłem się skoncentrować. Od prawie trzech godzin słuchałem tylko jednej piosenki. Niestety innym pasażerom bardzo się podobała, bo to jakiś hit był w tym czasie. Krew mnie zalewała, co potęgowało dodatkowo stres związany z sytuacją. Basia na fochu, jedziemy z jakąś bandą ledwo turlającym się gratem i to do miejsca, gdzie w ogóle nie mieliśmy być, a za oknem zaraz będzie noc.

 

Pierwsze drogowskazy zauważyłem gdy było 60km do Juliaki. Zaczynało się już ściemniać kiedy wjechaliśmy przez jakąś płatną bramkę, gdzie stali żołnierze. Nasz kierowca opłacił przejazd i na horyzoncie pojawiły się światła Juliaki. Zostało już niewiele kilometrów na całe szczęście.

 

Ciekawy byłem ile będą od nas chcieli pieniędzy za tę przejażdżkę oraz gdzie na wysadzą. W ogóle nie mieliśmy planu być w Juliace więc nic na jej temat nie wiedziałem. Ale sprawa niedługo się wyjaśniła. Najpierw żona kierowcy poinformowała mnie, że opłata za przejazd wyniesie nas 20 soli. Przy okazji zapytała gdzie chcemy wysiąść. Próbowałem powiedzieć, że najlepiej na dworcu, bo chcemy dojechać do Puno. Zaczęła się dyskusja, bo do rozmowy włączyły się matki dziewczynek. Niestety doznałem pewnego zdezorientowania spowodowanego niezrozumieniem o co mnie pytają. Prosiłem Basię żeby mi pomogła ale odmówiła stwierdzając żebym sobie radził sam. To jeszcze bardziej mnie pogrążyło i zestresowało. Jakoś jednak się dogadaliśmy i kierowca zgodził się nas zawieźć na dworzec. O dziwo, rodzinka dziewczynek obiecała, że nam pomoże znaleźć busa do Puno.

 

Gdy wreszcie wysiedliśmy po uiszczeniu opłaty, obie panie, pan i te dwie małe rozespane dziewczynki plus my z naszymi plecakami ruszyliśmy na głównym dworcu w Juliace do stanowiska autobusowego autobusów do Puno. Kobiety poszły się pytać ale coś nie poszło dobrze bo wytłumaczyły nam, że autobusu już nie ma dzisiaj i są tylko busiki ale odjeżdżają z zupełnie innego dworca.

 

Trochę nas to załamało bo traciliśmy czas, nie było pewne czy jakieś jeżdżą, wszak była sobota wieczór no a przede wszystkim nie wiedzieliśmy gdzie to w ogóle jest i jak się tam dostać. Ale ponownie sprawy wzięły w ręce te dwie kobiety od dziewczynek. Zatrzymały taksówkarza i jakoś go przekonały żeby nas tam zawiózł. My już straciliśmy rozeznanie co się dzieje, bo sprawy działy się same. Ta rodzinka tak się wczuła w pomoc dla nas, że nic już nie musieliśmy robić.

 

Taksówkarz jakimś cudem zgodził się zabrać całą naszą siódemkę więc w sumie jechaliśmy w osiem osób plus plecaki. Droga na szczęście nie była długa ale miasto było bardzo gwarne. Taksówkarz powiedział, że dziś jest dzień ślubów dlatego tyle przystrojonych samochodów jeździ po mieście. Ciekawe ile taksówek z ośmioma osobami w środku…

 

Skasował nas za te kilkuminutową podróż 5 soli. Kobiety znów zaczęły działać i wkrótce znalazły dla nas busika do Puno! Zagadały z kierowcą i powiedziały nam, że o 19.10 odjeżdża. Kierowca wciągnął nasze plecaki na dach i mogliśmy zająć miejsce. Gorąco pożegnaliśmy się z tą rodzinką. Zastanawialiśmy się czy ta ich pomoc była wynikiem naszego zachowania wobec dziewczynek w autobusie, czy tak i tak by nam pomogli. Jednak bez ich pomocy byłoby nam tam bardzo ciężko to wszystko ogarnąć.

 

Do busika zaczęły wchodzić kolejne osoby i wkrótce był już pełny. To dobra wiadomość bo oznaczało, że zaraz ruszymy. Oczywiście klientela tego busika wciąż taka sama więc przed nami rozłożyły się stare Indianki z chrustem. W środku było już zupełnie ciemno, ruch na drodze bardzo się wzmógł, co oznaczało, że to dość uczęszczana trasa.

 

W samochodzie cały czas coś brzęczało. Był to dźwięk szczekania psa ale psa-zabawki. Próbowałem to zlokalizować. Na początku myślałem, że to jedna z kobiet próbuje uspokoić swoje malutkie dziecko, które od czasu do czasu popłakiwało. Ale nie widziałem żeby miała taką zabawę. Dopiero po upływie kilkunastu minut zorientowałem się, że jedna Indianka z chrustem ma w tej swojej płachcie takie zabawki. To też wyjaśniało dlaczego one z tym tak chodzą wszędzie. To po prostu kobiety interesu i takimi duperelami handlują.

 

Pod koniec ponad godzinnej podróży zaczął się festiwal komórek. Rozdzwoniły się tuż przed Puno. Dojeżdżając do miasta zastanawialiśmy się gdzie powinniśmy wysiąść. Chcielibyśmy jak najbliżej portu żeby jutro rano szybko skoczyć na wyspy ale zupełnie nie byliśmy przygotowani na taki obrót sprawy. Musieliśmy być po prostu czujni i najzwyczajniej w świecie zaryzykować.

 

Ludzie powoli opuszczali naszego busika. Widzieliśmy, że chyba jesteśmy w centrum, bo jakoś więcej świateł i więcej ludzi. Jednak busik jechał dalej więc może wysiądziemy na dworcu? Potem jednak wyjechał z centrum i zaczął jeździć jakimiś ciemnymi uliczkami, a oprócz nas pozostała tylko jedna osoba. Stwierdziliśmy, że chyba przedobrzyliśmy i wywieźli nas na jakieś zadupie gdzie na pewno nie znajdziemy żadnego noclegu.

 

W końcu się zatrzymał i zdjął nasze plecaki. To był końcowy przystanek. Jakaś zwykła ulica, żaden dworzec czy charakterystyczny punkt. Jednak w oddali zauważyliśmy świecący neon "Hospedaje" więc od razu tam się udaliśmy. Ale podczas rozmowy z właścicielem okazało się, że nie ma miejsc. Zaskoczyło to nas bardzo. Nie wyglądał ten hotelik na jakiś specyficzny żeby miało w nim nie być miejsc. No ale cóż, taki fakt. Na szczęście jednak, właściciel skierował nas do innego, kilkaset metrów dalej. Była więc szansa, że nie będziemy musieli się błąkać po mieście w nocy za jakimś noclegiem.

 

Musieliśmy wrócić się do miejsca gdzie wysiedliśmy, skręcić za róg i tam rzeczywiście świecił się identyczny neon. Tym razem dopisało nam szczęście i był wolny pokój. Bez łazienki ale cena nie za duża – 30 soli. W takiej sytuacji nie mieliśmy zamiaru grymasić więc po zameldowaniu, odebraliśmy klucz i odszukaliśmy nasz pokój.

 

Pokój był całkiem przyzwoity, tylko było bardzo zimno w nim. Nie miał łazienki ale łazienka znajdowała się drzwi obok na korytarzu. Niestety jej stan sanitarny był opłakany. Dawno jej nikt nie sprzątał więc kąpiel raczej odpadała. Ale cieszyliśmy się, że mamy gdzie spać i że jesteśmy jednak w Puno a nie w Juliace.

 

Chwilę potem jeszcze jedną fajną rzecz odkryliśmy. Ta ogromna ciemna plama za oknem okazała się być Jeziorem Titicaca więc gdzieś niedaleko musi być port. Po drugie, z góry widać też był bardzo oświetlone miejsce usytuowane jedną ulicę dalej. To jak nam się wydawało musiał być dworzec autobusowy. To też dobra wiadomość, bo przecież musimy stąd jutro odjechać do Copacabany w Boliwii.

 

Było bardzo zimno, ogrzewanie nie działało, a Basia zaczęła zdradzać pierwsze objawy przeziębienia więc zrobiłem jej tera-flu, gorącą herbatę, wyjęliśmy nasze śpiwory, Basia dostała jeszcze koce hotelowe i zapuściliśmy sobie film "Sztos 2" na tablecie. Powoli odpływaliśmy w objęcia Morfeusza…

 

Dzień 19: Cabanaconde (A) – Cruz del Condor (B) –  Pampa Cañahuas (C) – Juliaca (D) – Puno (E) = 378km

 

Dzień 19: = 378km

 

Dzień 20 - 5 sierpnia 2012 – niedziela

 

O MATKO BOSKO!

 

Sen nie trwał dla mnie długo. Od 4 rano słyszałem krzyki, włączony głośno telewizor, biegające dzieci, nieustanne trzaskanie drzwiami. Strasznie byłem zdziwiony ale przede wszystkim wściekły. Próbowałem jeszcze się zdrzemnąć ale nic to nie dało i o 6.00 wstałem.

 

Nie było wyjścia i trzeba było skorzystać z tej brudnej łazienki. Jak zwykle korzystanie z ich WC to jest wyzwanie i kolejny raz im ten ich system zepsułem. Nikt się chyba tym nie przejął bo naprawdę rzadko się tam ktoś zapędzał ze szmatą czy mopem.

 

Gdy się już ogarnęliśmy, postanowiliśmy się zapytać w recepcji czy przetrzymają nam nasze plecaki podczas kiedy my sobie będziemy płynąć po jeziorze. O dziwo, bez żadnego problemu zgodzili się. Zanieśliśmy plecaki do magazynu i jeszcze się dowiedzieliśmy, że do portu jest 20 minut pieszo, że dworzec z którego odjeżdżają autobusy do Copacabany jest za rogiem i że najlepiej po mieście podróżować taksówką. Tak naprawdę chodziło recepcjoniście raczej o tuk-tuka bo po wyjściu zauważyliśmy, że sporo ich przemieszcza się po mieście.

 

Pierwsze nasze kroki skierowaliśmy na dworzec aby dowiedzieć się czy istnieje tu jakiś rozkład jazdy, co z niedzielami i jak w ogóle działa tutaj ten system. Przeszliśmy więc tam ale oprócz sporej ilości autobusów, mikrobusów, autokarów i busików nic innego nie zauważyliśmy w postaci informacji. Próbowaliśmy się pytać ale żadnych konkretów nie uzyskaliśmy oprócz tego, że stąd rzeczywiście wyjeżdżają busy do Copacabany. To już coś. Wiemy gdzie wracać.

 

Teraz druga sprawa to jakoś dostać się do portu. Wzięliśmy więc tuk-tuka za 3 sole i zawiózł nas do samego portu. Niestety straszne pustki tam i wyglądało jakby nic się nie działo dzisiaj. No ale była bardzo wczesna godzina. Postanowiliśmy więc poszukać jakiegoś miejsca aby móc zjeść śniadanie bo byliśmy już głodni.

 

W porcie były jakieś knajpy ale nic konkretnego nie mogliśmy tam kupić. Na pewno nie było to jedzenie śniadaniowe. Dlatego szliśmy w kierunku centrum miasta. Naszą uwagę zwróciły udekorowane samochody. Skojarzyliśmy, że to w związku z tą sobotą ślubów, które masowo odbywały się wczoraj.

 

Puno: limuzyna weselna

 

Idąc tak do centrum nadal nie natrafiliśmy na żadną porządną knajpę, w której zjedlibyśmy jakieś śniadanie. Doszliśmy w ten sposób do ulicy Juli gdzie znajduje się ogromne targowisko. Po obu stronach kompletnie rozpieprzonej drogi, pełnej dziur, wystających drutów, walających się kamieni i śmieci ustawione były kramy z żywnością. Można tam było kupić praktycznie wszystko, co dało się zjeść. Głównie jednak sprzedawano warzywa i owoce.

 

Puno: centrum

 

Szliśmy przez tę w sumie kolorową część miasta ale jednocześnie bardzo nieprzyjemną wizualnie w nadziei, że jednak coś znajdziemy. Kramy oczywiście stały na ulicy, jednak sklepy i knajpy zaczynały się już otwierać. Patrzeliśmy za jakąś knajpką z napisem "desayuno" ale wszędzie jakieś menu z nieznanymi nam słowami.

 

Targ ciągnął się daleko ale nie było sensu zwiedzać go w całości, bo wszędzie oferowano to samo. Musieliśmy wreszcie gdzieś wejść i w końcu weszliśmy na górę do jednej z jadłodajni. Taka mało atrakcyjna ale przynajmniej byli jacyś ludzie i coś jedli. Znaczy, że serwują coś do jedzenia od razu. Siedzieliśmy w nadziei, że ktoś się nami zainteresuje, może zetrze brudny stół. Poszliśmy po menu ale nic nie mogliśmy stamtąd wyczytać. Zrezygnowani odpuściliśmy i wyszliśmy z powrotem na ulicę targową.

 

Przeszliśmy dalej i nie było wyjścia, trzeba było jednak gdzieś ponownie wejść. A że wyboru nie było dużego to zakończyliśmy nasze poszukiwania w jakimś kiepskim lokalu gastronomicznym, gdzie na recepcji siedział młody chłopak. Próbowaliśmy go podpytać o to co się kryje za nazwami ale nic nam to nie mówiło nadal i wybraliśmy coś, co mniej więcej znaliśmy czyli "pollo".

 

Kiedy dania wjechały na stół okazało się, że wzięliśmy zwykłego kurczaka z ryżem, surówkę i coś do picia. Mieliśmy więc obiad na śniadanie. W dodatku kawa Basi była obrzydliwa, bo to była zwykła zbożówka. No ale trochę podłubaliśmy ten śniadanio-obiad i zapłaciwszy 12 soli, mogliśmy wracać do portu.

 

Czekało nas przebijanie się przez to targowisko. Zaroiło się od ludzi, trudno było się przeciskać, a wertepy, kałuże i czasem spore dziury też nie pomagały nam w szybszym marszu. Zatrzymaliśmy się przy jednym ze stanowisk i kupiliśmy jabłka żeby mieć na dzisiejszą podróż do Boliwii.

 

Po powrocie do portu, gdy oglądaliśmy wielką mapę jeziora, przed nami wyrósł jakiś gość, który przedstawił się jako kapitan statku. Znaliśmy te numery z innych krajów więc czekaliśmy na takiego kapitana żeby zaproponował nam swoją cenę i w ogóle ofertę. Naturalnie wiedzieliśmy, że cena będzie z kosmosu więc trzeba będzie dojść do jakiegoś kompromisu. I tak się właśnie stało. Zaczęliśmy negocjacje w sprawie wycieczki statkiem na pływające wyspy Uros.

 

Pozostaliśmy przy cenie 30 soli za dwie osoby. Kapitan zabrał nas do jednej z knajpek i tam wypisał nam bilet. Mieliśmy być dołączeni do innej grupy i dlatego trzeba było na nich zaczekać. Przy okazji zapytałem go o autobusy do Copacabany. Wyjaśnił, że są dwa i drugi odchodzi o 14.30, a my mamy wrócić z wysp już o 12.00 więc jak chcemy, to on może nam kupić bilet na niego. Zastanawialiśmy się do końca nad tym pomysłem ale ostatecznie go odrzuciliśmy, licząc, że może sami znajdziemy jeszcze inne połączenie. Poza tym szukanie gościa, który wziąłby pieniądze na bilet, a nie wiadomo czy by go w ogóle kupił itd…

 

Chwilę później już byliśmy dołączeni do wycieczki i maszerowaliśmy z przewodnikiem w kierunku przystani. Przeszliśmy przez bramki portu i weszliśmy na łódkę. Tam już czekał jakiś grajek, kapitan i zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie. Za nami reszta ekipy. Wtedy zaczął grać ten grajek. Oczywiście potem przeszedł z kapeluszem i dopiero wtedy głos zabrał nasz przewodnik.

 

Po pierwsze zapytał o język w jakim ma się wypowiadać. Wyszło na to, że będzie mówił w dwóch: angielskim i hiszpańskim bo na łodzi byli ludzie m.in. z Austrii, Kanady, Brazylii ale też z jakiegoś hiszpańskojęzycznego kraju. Facet mówił dość ciekawie, wtrącając anegdotki, najczęściej na temat sąsiedniej Boliwii.

 

W tym czasie byliśmy już w ruchu i mijaliśmy wyspę na jeziorze, na której wybudowano jakiś drogi hotel. Potem zaczęliśmy płynąć torem wodnym wytyczonym wśród jakiejś roślinności, która okazała się najważniejszą częścią całej kultury tych ludzi mieszkających na tych wyspach.

 

Znajdowaliśmy się na Jeziorze Titicaca, drugim pod względem wielkości jeziorem w Ameryce Południowej. Jest to najwyżej położone jezioro żeglowne dla dużych statków i zarazem największe jezioro wysokogórskie na Ziemi. Znajduje się ono na wysokości 3812 m n.p.m., a jego przeciętna głębokość wynosi od 140 do 180 m (maksymalna 281). Ma 190 km długości i 80 km w najszerszym miejscu. Powierzchnia jeziora wynosi 8372 km². Niewielki przepływ wód w tych rzekach sprawia, iż jezioro jest w zasadzie bezodpływowe. Na jeziorze Titicaca znajduje się kilka naturalnych wysp (Amantani, Taquile, Suriqui, Wyspa Słońca (Isla del Sol) oraz ponad 40 niewielkich sztucznych wysepek pływających (zwanych Uros), z których część jest zamieszkana przez Indian Uro.

 

Indianie Uros są ludem, który żyje na czterdziestu dwóch pływających wyspach na Jeziorze Titicaca. Obecnie jest ich około 2000. Powodem budowy wysp przez Indian Uros w przeszłości, była ucieczka przed najeźdźcami. Wyspy są zbudowane z wiązek suszonych trzcin totora, tak jak również i inne rzeczy, np. łodzie. Większe wyspy zamieszkuje około dziesięciu rodzin, podczas gdy mniejsze, te które mają około trzydziestu metrów szerokości, jedynie dwie lub trzy. Trzcina, z której ludzie Uros budują swoje wyspy, po polsku nazywa się oczeret. Jest to rodzaj roślin kłączowych, do których należy aż 77 gatunków roślin wodnych i bagiennych. W Polsce występują 4 gatunki (najpospolitszy jest oczeret jeziorny), który tworzy rodzaj szuwaru – zespołu roślinności nazywanego szuwarem oczeretowym.

 

Jezioro Titicaca

 

Przebijaliśmy się przez te szuwary aż dopłynęliśmy do "granicy". Na jednej z wysp widać było tabliczkę z napisem "Witamy na Wyspach Uros". Tam się, nie wiedzieć czemu, zatrzymaliśmy i za chwilę chcąc odpłynąć, nie mogliśmy tego uczynić. Wyglądało na to jakby ta trzcina wkręciła się w śrubę. Kapitan żył bardzo długiego dyszla żeby się odepchnąć od dna i wyprowadzić łódź na głębszą wodę.

 

Płynęliśmy dalej i wpłynęliśmy jakby do wielkiej zatoki otoczonej zewsząd przez te wyspy. Skierowaliśmy się w lewo, wymijając inne łodzie jak i te indiańskie zrobione z oczeretu, fantazyjnie zaplecione. Gdy płynęliśmy wzdłuż tych wysp, na brzegu stały starsze kobiety zachęcając nas abyśmy do nich podpłynęli. Jednak my mieliśmy, jak sądzę upatrzoną konkretną wyspę, do której się kierowaliśmy.

 

Kiedy do niej documowaliśmy, polecono nam wysiąść i po chwili znaleźliśmy się na jednej z tych wysp. Szczerze mówiąc czuło się trochę, że to nie jest "właściwe" podłoże ale generalnie wrażenie było jakby się chodziło po grzęzawisku pokrytym starymi liśćmi.

 

Jezioro Titicaca: Wyspy Uros

 

Skierowaliśmy się do przygotowanego miejsca na pokaz. Spore okrągłe miejsce z "wałkiem" zrobionym oczywiście z trzciny, który miał zastępować ławeczkę. Usiedliśmy wszyscy na tym wałku i rozpoczął się pokaz. Nasz przewodnik miał przygotowaną mapę jeziora i zaczął od geografii. Fajnie opowiadał, tylko oczywiście zeszło dwa razy dłużej bo mówił to samo w dwóch językach. Ale z zaciekawieniem go słuchałem.

 

Potem przyszedł mu z pomocą miejscowy i wspólnie prezentowali rzeczy związane, ogólnie rzecz ujmując, z kulturą Indian Uros. Chwalili się wyrobami, pokazali nam w jaki sposób się buduje wyspy, jak często wymienia się podłoże, które nieustannie gnije oraz udowodnili nam, że trzcinę można również jeść. Ostrzegli jednak, że tylko biały korzeń, bo im dalej tym mogą pojawić się bóle brzucha, jak u pewnego Japończyka, który zeżarł całą roślinę. Spróbowaliśmy kawałek tego korzenia. Oczywiście smakował tak jak się można było spodziewać.

 

Potem do uprzednio przygotowanej dziury w podłożu, zaczęli spuszczać kamień na sznurku aby nam pokazać jak głęboko jest pod nami. Na sznurku były odmierzone odcinki co metr i zanim zaczęli zabawę, kazali nam zgadywać. Padały liczby w rozpiętości od 3 do 30 metrów. Ja obstawiałem 20m. Wszyscy głośno liczyli każdy metr zanurzanego sznurka i zatrzymał się kamień na dnie, gdy 16m sznurka było w wodzie.

 

Jezioro Titicaca: Wyspy Uros

 

Potem mieliśmy czas wolny aby pokręcić się po wyspie. Mogliśmy zajrzeć do ich chatek, obejrzeć łódki, dotknąć broni i wejść na wieżę obserwacyjną. Oczywiście zainteresowało mnie to najbardziej więc najpierw się upewniłem, że to legalne. Przewodnik powiedział, że jeśli chcę, to nie ma problemu. Wieża trochę się trzęsła ale widok na jezioro, inne wyspy i na odległe o 5km Puno był warty wspinaczki. Nikt oprócz mnie się nie zdecydował na ten krok.

 

Jezioro Titicaca: Wyspy Uros

 

Naturalnie miejscowi wciskali nam swoje towary abyśmy trochę pokupowali różnych ścierek i wisiorków. Potem mieliśmy płynąć do centrum, czyli do najważniejszej wyspy. Bardzo usilnie nas namawiano abyśmy skorzystali z łódki, którą nazywali "Mercedes-Benz". To ładnie wypleciona łódka, która miała pokazać w jaki sposób miejscowi poruszali się po jeziorze i nadal to robią. Mimochodem tylko wspomnieli, że ta usługa jest dodatkowo płatna. Część z ludzi dowiedziała się o tym dopiero na łódce.

 

My i Brazylijczycy wybraliśmy szybszą łódkę i gdy tamci płynęli mercedesem z wiosłami, my zapuściliśmy silnik i za chwilę byliśmy po drugiej stronie zatoki. Mercedesa żegnały miejscowe kobiety śpiewając piosenkę "Vamos a la playa" (http://youtu.be/cVboKsA5sBw?t=25s) co jakoś nam nie pasowało, bo żadnej plaży tam nie było.

 

Przy drugiej wyspie było tłoczno. Łódki były ustawione jedna obok drugiej i żeby zejść na "ląd", trzeba było przejść po trzech innych. Tam już zupełnie inne spojrzenie na tę kulturę. Straszliwy kicz, komercja i naciąganie turystów do granic absurdu. Przeszliśmy kawałeczek i wszystko było jasne. Przywieźli nas tutaj abyśmy coś zjedli, napili się, wysikali, kupili kartkę, sweter, brelok, wisiorek, obraz, zrobili sobie zdjęcie i odpłynęli żeby zrobić miejsce innym leszczom.

 

Jezioro Titicaca: Wyspy Uros

 

My wbrew tym zaleceniom, poszliśmy za te budy, obejrzeć jak wygląda zaplecze. Ścieki i tłusty wypalony olej do jeziora, zdechłe ryby w zaroślach i babki na zmywaku w drewnianych budach. Nic więcej tutaj nie zobaczymy więc wróciliśmy na łódkę i czekaliśmy na resztę ludzi.

 

Jezioro Titicaca: Wyspy Uros

 

Plan był dopracowany prawidłowo i rzeczywiście wypłynęliśmy w takim momencie aby w porcie zameldować się o 12.00.  Płynęliśmy tą samą drogą ale tym razem weszliśmy sobie na dach łódki skąd był przyjemniejszy widok. Widzieliśmy m.in. pasące się świnie na tych wyspach. Nie wiadomo co one tam jadły.

 

Jezioro Titicaca

 

Po dopłynięciu nasz przewodnik zabrał nas na ląd i powiedział, że zaprowadzi nas do autobusu, który zawiezie nas do hotelu. Ale wiedzieliśmy, iż to dotyczy pozostałych ludzi, bo my byliśmy na doczepkę. Pożegnaliśmy więc go i poszliśmy szukać tuk-tuka aby zawiózł nas do naszego hostelu.

 

Na skrzyżowaniu, gdzie rano nic się nie działo, tym razem odbywały się jakieś wyścigi go-kartów i policja zamknęła część drogi. Ale dla tuk-tuka nie powinno być problemu. Teraz tylko złapać jakiegoś. Szybko nam się to udało i żeby nie było wątpliwości gdzie jechać i za ile, pokazałem mu nazwę hotelu i powiedziałem cenę żeby nie kombinował. Zapakowaliśmy się do środka i pojechaliśmy w dobrą stronę. Jednak pod koniec podróży trzeba było młodego kierowcę pouczać gdzie ma jechać, bo chłopina się pogubił. Zajechaliśmy od drugiej strony ale udało się mu nas dowieźć pod same drzwi.

 

Drzwi jednak były zamknięte. Dzwoniliśmy, pukaliśmy i za chwilę dopiero zjawiła się jakaś kobieta i nas wpuściła. Odebraliśmy plecaki i udaliśmy się w kierunku dworca. Tam spore zamieszanie i cała gama różnych pojazdów gotowych do odjazdu w kierunku Copacabany. Nie do końca wierzyliśmy, że aż tyle ich jest ale fakty nie przeczyły, że naprawdę wszystkie one jechały do Boliwii. Oczywiście wszyscy kierowcy napędzali nas do swojego pojazdu i wybraliśmy ustawiony pierwszy w kolejce.

 

Byliśmy pierwszymi pasażerami więc wybraliśmy sobie dogodne miejsce i zrobiliśmy sobie lunch. Zostały nam ostatnie monety peruwiańskie więc wyskoczyłem jeszcze przed odjazdem na dworzec aby je wydać i coś przynieść na podróż. Pobiegałem wśród kramów oferujących mniej więcej to samo i przyniosłem jakieś drobne przekąski i kilka butelek wody mineralnej. Jednak nikt inny nie wsiadł do naszego, sporego rozmiarem, autobusu i dlatego po 20 minutach, kierowca poprosił nas abyśmy przeszli do innego.

 

Ten inny to zwykły busik, z upchanymi już ludźmi ale brakowało zaledwie kilku osób żeby mógł odjechać więc mogliśmy przez to zaoszczędzić czas. Plecaki powędrowały na dach, a my do ostatniego rzędu obok 2 innych osób. Chwilę później ruszyliśmy piękną trasą wzdłuż brzegu jeziora.

 

Jezioro Titicaca

 

Droga bardzo zatłoczona, spory ruch ale różne dziwne pojazdy czasem się zdarzały. Ludzie podróżujący na pace to norma. Cały czas po lewej stronie mieliśmy jezioro, a za nim, na drugim brzegu widać było ogromne góry ze sterczącymi szczytami pokrytymi bielusieńkim śniegiem. Bardzo ładna wydawała się być ta Boliwia, do której powoli się zbliżaliśmy.

 

Większość pasażerów do Boliwijczycy wracający do siebie ale też kilka osób z granicznej miejscowości Yunguyo. To był przystanek, gdzie te kilka osób wysiadło po mniej więcej dwóch godzinach jazdy. Przez ten czas ja sobie słuchałem muzyki, Basia trochę spała, czasem oglądaliśmy widoki przez szybę ale generalnie podróż była mało komfortowa, bo mało miejsca i bardzo gorąco się zrobiło.

 

Od Yunguyo do granicy to już niecałe 5km. Niestety spotkała nas przykra niespodzianka, bo droga prowadząca do granicy była już całkowicie zablokowana przez ustawione w kolejce samochody. Brudna, zakurzona droga, po obu stronach obstawiona kramami z handlarzami oferującymi ciągle to samo, szła lekko pod górę, na szczycie której widać było wielki łuk, który był zapewne granicą państwową miedzy Peru i Boliwią.

 

Na terytorium Boliwii powinniśmy przejechać zaledwie 10km, bo tyle za granicą leży Copacabana. To tam, wedle umowy, mieliśmy za 20 soli być dowiezieni. Zmartwiliśmy się tą kolejką ale nasz kierowca ruszył przez pola, gdzie niesamowicie się kurzyło i okropnie telepało całym autem i próbował jakiejś sztuczki żeby wepchać się w kolejkę bliżej granicy. Musieliśmy pozamykać okna żeby ten kurz nie wlatywał do środka ale to spowodowało gwałtowne podniesienie się temperatury wewnątrz samochodu i wraz z efektami w postaci kiwającej się karoserii, podróż polem nie była czymś, co miło wspominamy. W dodatku, kiedy facet objechał większą część kolejki i wyjechał z podporządkowanej, nie było szans aby ktokolwiek takiego cwaniaka wpuścił do kolejki. Nie wiem na co on liczył.

 

Sprawy potoczyły się w ten sposób, że wygonił nas wszystkich i zażądał 20 soli za przejazd. Zaprotestowaliśmy, bo 20 soli to miało być za dowóz do Copacabany a nie 10 kilometrów przed miastem. On się oburzył, zrobiło się nerwowo ale w końcu odpuściliśmy. Daliśmy mu tę kasę i zostaliśmy z 4 plecakami na granicy pośród rozklaksowanych aut, straganów pełnych kiczowatych pamiątek i żarcia, z perspektywą, że czeka nas długi marsz do granicy, a potem kombinowanie z dojazdem do miasta. Ruszyliśmy obładowani jak wielbłądy w kierunku budynków gdzie mieliśmy nadzieję, że bezproblemowo nas pożegnają Peruwiańczycy, a przywitają Boliwijczycy.

 

Po dojściu do tych budynków, weszliśmy po informację, z paszportami gotowymi na stemple ale najpierw odesłano nas do innego budynku po jakąś karteczkę. Gdy poszliśmy tam, wypełniliśmy kartki i musieliśmy wrócić z kartkami i paszportami do pierwszego miejsca. Tam wbito nam pieczątki i na nasze pytanie o Boliwijczyków, wskazano nam gdzie mamy iść.

 

Boliwijczycy przywitali nas w jakimś baraku. Mieli jaśniejsze mundury, przemądrzały wyraz twarzy i kompletnie milczeli. Generalnie brak kultury, ponieważ kiedy ładnie powiedzieliśmy do nich "dzień dobry", nie odpowiedzieli nic. No cóż, są bardzo ważnymi funkcjonariuszami ważnego kraju i od nich zależy czy pozwolą nam do niego wjechać. Zaakceptowaliśmy ich i naszą rolę w tej sytuacji.

 

Gdy wręczyliśmy im paszporty, nawet nie popatrzyli na nie tylko od razu wręczyli nam kartki do wypełnienia. Oczywiście bez słowa. Wypełnialiśmy je na stojąco, po uprzednim postawieniu plecaków na ziemi. Gdy je oddaliśmy panu oficerowi, ten najpierw przybił na nich pieczątkę, a potem bez słowa mówionego wskazał palcem na swojego kolegę, wręczył nam kartki z pieczątkami i kazał zabrać z nimi nasze paszporty i udać się do stolika po drugiej stronie pokoju. Tam znów na stojąco, wręczyliśmy mu te dokumenty, on je obejrzał, wziął nasze paszporty i wypowiedział jedno słowo długo je cedząc przez zęby: "P-o-l-o-n-i-a…."

 

Uffffff, oddał paszporty z pieczątkami, kartki i mogliśmy już iść. Najgorsze chyba za nami, choć zacząłem się zastanawiać co z celnikami. Tuż obok była ich siedziba i naprawdę myślałem, że trzeba tam wejść i im się pokazać ale Basia odwiodła mnie od tego pomysłu i przeszliśmy im pod nosem. Mogliśmy tam przenieść wszystko. Najważniejsze były jednak pieczątki i karteczki.

 

Pieczątka pograniczników boliwijskich

 

W ten sposób przeszliśmy pod tym łukiem, który był chyba faktyczną granicą i znaleźliśmy się już na terytorium Boliwii. Szybko zauważyliśmy kantory i od razu pomyśleliśmy, że trzeba wymienić nasze pieniądze peruwiańskie na boliviany, bo nie mieliśmy ani jednego, a według przewodnika, w Copacabanie nie ma ani jednego bankomatu. Zdawałem sobie sprawę, że kurs na granicy musi być bandycki ale sytuacja nas zmusiła, zważywszy że była jeszcze dodatkowo niedziela.

 

Przed budynkami granicznymi gdzie mieściły się różne organizacje, stał jakiś gość, który handlował różnymi rzeczami w tym i walutą. Zapytaliśmy o wymianę soli na boliviany. Nie było problemu. Mieliśmy 250 soli, które wymienił nam na 612 bolivianów. Chciałem się trochę potargować, bo żadnej tabeli kursowej tam nie było ale Basia odciągnęła mnie od niego i powiedziała żebym sobie dał spokój.

 

Te 612 bolivianów przeliczaliśmy jako połowę złotówek żeby się łatwiej liczyło więc mieliśmy ok. 300zł. To powinno wystarczyć na nocleg, transport i jedzenie zanim dojedziemy do La Paz gdzie wybierzemy pieniądze z bankomatu.

 

Odeszliśmy więc na drogę, gdzie przejeżdżały samochody kierujące się w stronę Copacabany. Stali też taksówkarze, oferujący podwiezienie ale myśleliśmy najpierw żeby złapać jakiegoś busa lub autobus. Dlatego przeszliśmy kawałek i zaczęliśmy łapać. Kilka jednak przejechało bez reakcji a zatrzymał się taksówkarz i zaoferował podwózkę za 10B więc nie zastanawialiśmy się dłużej. Załadowaliśmy plecaki i siebie do wysłużonego auta i ruszyliśmy do miasta.

 

W drodze, zauważyłem i przypomniałem sobie natychmiast, ze w Boliwii obowiązuje inny czas i przez to straciliśmy jedną godzinę. Teraz jesteśmy już tylko 6 godzin za Polską. Ale jednocześnie zrobiło się o godzinę później choć oznaczało to również, że ściemniać się będzie teraz o 19.00.

 

Kierowca poinformował nas, że nie jest w stanie nas zawieźć do centrum, choć tak mu poleciliśmy. Nie do końca zrozumieliśmy dlaczego ale wydawało się nam, że z powodu zatłoczenia i korków. Powiedział, że dowiezie nas najdalej jak się da. Trochę byliśmy zdziwieni, bo przecież to małe miasteczko, przynajmniej nie aż takie żeby korki blokowały je o tej porze.

 

Jednak gdy dojechaliśmy po chwili do miasta, widać było, że miasto jest sparaliżowane. Wysiedliśmy w sumie niedaleko centrum, patrząc na mapkę ale tłumy ludzi, kłęby spalin i kakofonia klaksonów natychmiast wprowadziła nerwowość w nasze położenie. Byliśmy totalnie zdezorientowani tym, co tu zobaczyliśmy. Spodziewaliśmy się dziury zabitej dechami (nie mają przecież nawet bankomatu) gdzie jedyną atrakcją są rejsy na Wyspę Słońca. My oczywiście też dlatego tutaj się znaleźliśmy przecież.

 

Copacabana jest głównym miastem Boliwii na brzegu jeziora Titicaca. Miasto posiada dużą 16-wieczną świątynię - Bazylikę Matki Bożej z Copacabany. Matka Boska z Copacabany jest patronem Boliwii. Miasto jest również znane ze swojego pstrąga oraz osobliwej religijnej atmosfery. Miasto ma około 6,000 mieszkańców i jest położone na wysokości 3840m.

 

To, co zobaczyliśmy w tym mieście nie mieściło się nam w głowie. To po prostu istny armagedon. Byliśmy przerażeni tym, co się tam działo. Przede wszystkim tym chaosem i potwornym hałasem. Do tego brud, kurz i te klaksony samochodów ustawionych w kolejkach na dosłownie każdej ulicy miasta i wszędzie obecny smród spalin. Wtedy skojarzyłem słowa peruwiańskiego policjanta, który coś wspominał o dużej imprezie w Copacabanie gdy łapaliśmy stopa do Puno. Ale co to za impreza?

 

Szybko okazało się, że to jakieś święto Matki Boskiej. Jakiś rodzaj odpustu czy fiesty. Rozmiary tego jednak były niewyobrażalne. Byłem strasznie wściekły na siebie, że nie doczytałem nigdzie o tym, że takie coś wypada w ten weekend. Jak mogłem przeoczyć taką informację, że tak wielkie religijne święto wypadnie akurat w ten dzień kiedy my tu będziemy. Totalnie nam to pokrzyżowało nasze plany.

 

Naszym zadaniem było znaleźć jakiś nocleg. Od razu wiedzieliśmy, że coś tu nie gra, że przecież albo nie będzie noclegu w ogóle, albo ceny będą z kosmosu. Dużo obiecywaliśmy sobie po cenach boliwijskich, bo miały być bardzo niskie, a noclegi w Copacabanie oscylowały w okolicach $2-3. Nie powinniśmy wydać więcej niż 15-20 zł za nocleg tutaj ale coś tu chyba nie pasowało. Przede wszystkim nie wiedzieliśmy dlaczego ci wszyscy ludzie tutaj są. Co tu się dzieje, ile jeszcze to będzie trwało i czy oni wszyscy przed zmrokiem się wyniosą, czy nie.

 

Musieliśmy jednak działać. Nie mogliśmy przeciskać się z tymi plecakami po ulicach miasta, bo tłum za duży, niebezpiecznie przez to, poza tym ukształtowanie terenu powodowało, że nawet łatwo by się zeszło w kierunku jeziora ale powrót byłby pewnie niemożliwy. Dlatego zdecydowaliśmy, że jedna osoba pilnuje plecaków, a druga biega i szuka noclegów.

 

W okolicy było kilka hoteli, pensjonatów i hosteli. Niektóre dumnie reklamowały się, ze mają ciepłą wodę. Basia biegała od jednego do drugiego ale ciągle wracała z tą samą wiadomością, że wszystkie miejsca zajęte. Chyba nie było szans żeby coś znaleźć w tej sytuacji.

 

Trzeba było zapuścić się dalej, przebić przez te tłumy i dalej szukać. Tym razem ja zacząłem biegać. Schodziłem w dół pytając o miejsca ale też ciągle słyszałem, że nie ma szans na jakieś miejsce. Nie było wyjścia i zacząłem też zaglądać do wysokiej klasy hoteli. W ten sposób znalazłem dwa miejsca w trzyosobowych pokojach. Koszt jednak był wysoki, bo 200B! Zwariowali. Ale zapamiętałem gdzie są te hotele i wyruszyłem dalej.

 

Wróciłem do Basi i poszedłem w górę. Szedłem obok słynnej bazyliki ale nie obchodziło mnie to w ogóle. Dotarłem do głównego placu, na którym zobaczyłem nasz polski odpust. Cały plac był zawalony kramami, straganami, sklepikami i handlarzami z rozłożonymi bibelotami na kocach i na gołej ziemi. Nie było można w ogóle przejść. W dodatku tysiące gapiów, oglądaczy i kupujących. Masakra.

 

Musiałem systematycznie sprawdzać każdą kamienicę aby zauważyć jakąś noclegownię. Jednak słyszałem ciągle to samo. Coraz bardziej byłem zrezygnowany. Ale zatliła się nadzieja gdy wszedłem do jednej z kamienic, na coś w rodzaju dziedzińca i tam przywitał mnie młody chłopak. Powiedział, że jest dwójka z łazienką za 160B. Zapamiętałem nazwę i poszedłem szukać dalej. Kolejnych kilku nie miało miejsc ale przyjął mnie też miły pan ze sklepu z dewocjonaliami. Powiedział, że jest pokoik z łazienką za 140B. Wiedziałem, że nie będzie już lepszej oferty i umówiłem się z nim, że rezerwuję ten pokój i idę po Basię. Za 10 minut mieliśmy być z powrotem.

 

Zaczęliśmy się wspinać z plecakami ale jakby trochę nam się humory poprawiły choć cena wydawała się nam nadal dość wysoka. Nie było jednak wyjścia i po krótkiej chwili weszliśmy do owego sklepu. Tym razem faceta już nie było a kobieta stojąca za ladą, wycofała się z wszystkiego co było ustalone. Stwierdziła w dodatku, że nikt mi nic takiego nie obiecywał i żadnego faceta tam nie było. Zaproponowano nam jakiś pokój bez łazienki za 180B.

 

Wściekli, wypadliśmy z tego sklepu na ulicę pełną tych straganiarzy i od razu poszliśmy do tego drugiego hostelu z dziedzińcem za 160B. Nazywał się Residencial El Conquistador. Tam, zamiast tego miłego chłopaka, przywitała nas jakaś stara wredna baba. Kazała usiąść i czekać bo obsługiwała jakiegoś klienta. Trwało to długo, a ona coraz bardziej działała nam na nerwy. Zachowywała się jak burdel-mama i tak ją ochrzciliśmy.

 

Gdy wreszcie doszło do obsługi nas, zaczęła znowu swoją jazdę z wyższością. Osłabiało nas to, a mnie oczywiście automatycznie podnosiło ciśnienie. Zaczęła nas przepytywać z wszystkich danych i nawet już chciałem jej powiedzieć, że jestem aktorem porno gdy doszło do pytania o nasze zawody.  

 

W końcu się skończyło to przesłuchanie. Wręczyliśmy jej pieniądze i czekaliśmy na resztę. Długo jej zeszło zanim wróciła i wręczyła nam o 10B za mało. W dodatku dała nam potargany banknot. Oczywiście natychmiast uderzyłem w gadkę z nią. Zaczęła się bronić, że mówiła 170B i my źle usłyszeliśmy ale uparliśmy się już bardziej dosadnie i dlatego odpuściła i wydała nam normalnymi banknotami odpowiednia sumę.

 

Dalej jednak nie dostaliśmy kluczy od pokoju. Byłem już wkurzony na to wszystko, co tu nas spotkało w tym mieście więc ruszyłem do burdel-mamy z pyskiem żeby dała klucze. Odparła, że pokój jest sprzątany i mamy czekać dalej. Szkoda, że mój hiszpański jest taki słaby i w sumie nie nauczyłem się żadnych przekleństw, bo bym jej pewnie wtedy nawrzucał. Strasznie mnie drażniła ta baba.

 

Po długim oczekiwaniu dała nam wreszcie klucz. Wskazała nam na regulamin, że niby po 22.00 zamykają dziedziniec. Nasz pokój był na samej górze, na samym końcu korytarza. Musieliśmy się więc wdrapać na 3 piętro, otwartą klatką schodową i gdy stanęliśmy na ostatnim piętrze, barierka sięgała nam praktycznie do kolan. Wystarczyło lekko się zatoczyć, poślizgnąć i lot na dziedziniec gwarantowany. Wysokość gwarantowała zbieranie mózgu z posadzki dziedzińca na 100%.

 

To jednak nic. Gdy doszliśmy do drzwi jakieś dziecko kończyło "sprzątanie". W cudzysłowie bo przecież zamiatanie kawałka podłogi to nie jest sprzątanie. Przegoniliśmy tego dzieciaka i oczom naszym ukazał się nasz pokój za 160B, czyli mniej więcej 80zł. Myślę, że niektórzy w Polsce lepiej mają w komórkach i piwnicach.

 

Pokój wielkości 2m na 2m. W oknach szyby na gwoździu, żeliwne ramy przeżarte rdzą z różowymi firankami, antyczny stolik i łóżko szpitalne z zaszczanym materacem. Woń moczu aż gryzła w oczy ale ona raczej dochodziła z łazienki, która była pomieszczeniem obok. Futryna o wysokości 1.70, w którą kilkakrotnie walnąłem się głową, drzwi drewniane, zbite z desek, bez szyby. Tam w środku, kibel bez deski, spłuczka na drucie i prysznic z jakimś agregatem wziętym chyba z elektrowni atomowej. O brudzie nie ma co wspominać nawet. Wkopaliśmy się potwornie. Wartość tego pokoju to maksymalnie 10B. Całe szczęście, że nie wzięliśmy od razu dwóch nocy, bo przecież tyle mieliśmy tu spędzić.

 

Widok był na znany obiekt turystyczny, który mieliśmy w planie zdobyć, czyli dość wysokie wzniesienie, z którego rozpościera się piękny widok na miasteczko i Jezioro Titicaca. Niestety przeszkadzały źle zainstalowane rynny, a przy okazji widać było jakieś baniaki czy silosy.

 

Copacabana: nocleg

 

Basia się na mnie wkurzyła, że tak się wkurzałem i jęczałem o ten pokój. Nic nie mogliśmy w sumie poradzić i trzeba było jakoś sobie z tym dać radę. Teraz należało, w tym chaosie na mieście, znaleźć jakąś knajpę i zjeść porządną obiadokolację. Zaczynało się powoli ściemniać.

 

Gdy wyszliśmy na miasto, nic się nie zmieniło. Zastanawialiśmy się czy ci ludzie zwiną swój interes na noc, czy będą tu kwitnąć całą noc. Zapowiadało się to drugie, bo zaczęli ciągnąć jakieś kable, podpinać się do latarni ulicznych i już mieli światło z jakichś kwok, które podokręcali sobie do swoich kramików. Normalnie obłęd.

 

Copacabana: centrum

 

Pospacerowaliśmy po głównym placu, tam gdzie znajduje się ta najważniejsza budowla w mieście ze świętą panienką z drewna ale wokół bazyliki zaczęli zbierać się jacyś grajkowie, budowano scenę, a grajkowie polewali sobie jakieś sikacze. Powoli w mieście zaczęli nieźle garować.

 

Ruszyliśmy główną ulicą miasta w kierunku jeziora. Po drodze mieliśmy nadzieję, że znajdziemy tu sporo lokali z jedzeniem. Wcześniej jakoś nie zwracaliśmy na to uwagi. Niby były przy tej głównej ulicy ale większość zamknięta mimo, że wisiały oznaczenia, że otwarte.

 

Wreszcie znaleźliśmy jakąś otwartą restaurację. Zasiedliśmy jako jedyni i za chwilę pojawiło się jakieś dziecko z kartą dań. Trochę to przykre było patrzeć jak o tej porze dziecko jest w pracy. Potem jednak zjawił się ojciec i poinformował nas, że nie mają pizzy, którą sobie wybraliśmy z karty. No to spróbowałem się jeszcze dowiedzieć czegoś na temat jutrzejszych porannych rejsów na Wyspę Słońca ale facet też nie umiał nam odpowiedzieć. W takim razie pożegnaliśmy ich i poszliśmy szukać dalej.

 

Nie szukaliśmy długo, bo kilka budynków dalej była jakaś knajpka, w której byli prawie sami biali i w dodatku praktycznie nie było w niej miejsca. Po wejściu przywitał nas powiew gorącego powietrza i miły zapach. Stoliki były zajęte, na środku był włączony telewizor z transmisją z Igrzysk, a przy jednym ze stolików siedziała tylko jakaś stara, chyba Angielka. Pozwoliła się nam dosiąść i zajęliśmy się czytaniem karty dań.

 

Byliśmy bardzo głodni więc zamówiliśmy 25-centymetrową pizzę i herbatę. Ja dostałem ją od razu więc gdy wpadła pizza, to już ją zdążyłem wypić. W takim razie wziąłem jeszcze jedną. Zajadaliśmy się pizzą, bo była całkiem dobra ale hasło do wifi, które uzyskaliśmy od kelnera nie wchodziło. Poprosiłem go żeby sam je wbił i zadziałało. To była miła niespodzianka, że mogliśmy sobie sprawdzić pocztę i poczytać polską prasę. Nie obyło się oczywiście bez kolejnego wpisu na fejsie.

 

Naprzeciwko nas siedzieli młodzi Francuzi. Praktycznie cały czas ich miałem na oku ale kiedy nagle zrobiło się w ich rejonie zamieszanie sam zwątpiłem w swoją spostrzegawczość. Sprawa nabrała przykrego obrotu, gdy okazało się, że zginął im plecak z paszportami, kartami kredytowymi i innymi cennymi rzeczami. Pojawili się kelnerzy, właściciel baru a potem zjawiła się policja. Raczej na nic to wszystko, bo w takim miejscu w taki dzień, to nikłe szanse, że cokolwiek się znajdzie. Bardzo im współczuliśmy, bo oznaczało to dla nich ogromne kłopoty. Uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy w innym kraju niż byliśmy dotychczas i trzeba się podwójnie pilnować.

 

Najedliśmy się, trochę odpoczęliśmy w ciepłym miejscu, poczytaliśmy parę rzeczy w necie i mogliśmy wracać do naszej nory. Po dotarciu tam, musieliśmy się wykąpać bo byliśmy bardzo brudni. Z obrzydzeniem myśleliśmy o dzisiejszej toalecie i nocy w ogóle. Zaczęło się od wyrwanego zamka wewnątrz. Na zewnątrz drzwi były zamykane na kłódkę, w środku mieliśmy haczyk jak w wychodku na polskiej wsi. Basia momentalnie go wyrwała chcąc go dopchnąć.

 

W łazience uruchomiliśmy agregat atomowy ale jakoś ciepłej wody nie było. Laliśmy jednak dalej wodę w nadziei, że coś zagrzeje ta machina bo burdel-mama obiecała "agua caliente". Bardzo długo zlatywała zimna zanim poszła ciepła. Wskoczyliśmy po kolei pod ten prysznic, które swoje lata świetności miał w trzeciej dekadzie ubiegłego wieku i oczywiście w klapkach dokonaliśmy szybkiej ablucji.

 

Było bardzo zimno. W tym pokoju, gdzie szyby były wybrakowane, zimno wiało na potęgę. Musieliśmy się porządnie przygotować na zimną noc. Zważywszy na różnice w odczuwaniu zimna przez nas, pozwoliłem Basi na zamianę śpiworów. Nie było bowiem mowy, że wykorzystalibyśmy leżącą tam pościel.

 

Cerro Calvario błyszczało w światłach kiedy wyjrzałem przez okno. To wzniesienie, które góruje nad miastem i jeziorem i na które mieliśmy w planie wejść, ale już wiedzieliśmy, że wszystko nam się rypło. Coś czuliśmy, że impreza w mieście tak szybko się nie skończy, bo pojawiły się sztuczne ognie, śpiewy i coś jakby instalowanie się zespołów muzycznych, bo słyszeliśmy: ("uno-uno, dos-dos…"). Wszystko to oczywiście na placu, przy którym stał nasz pensjonat.

 

Udało się nam jednak zasnąć ale przed północą obudziły nas petardy. Strzelali na wiwat, słychać było, że trwa w mieście mocna impreza. Zaczęli głośniej jakby grać i spanie stało się niemożliwe. Na siłę próbowałem zasnąć ale to miejsce, ta złość i ten hałas całkowicie mi to uniemożliwiały. Nie było szans na sen. Co innego Basia, która co jakiś czas się budziła i zasypiała, ja niestety tak nie potrafię. I męczyłem się słuchając całych koncertów lokalnych gwiazd. Potem bisy, zapowiedzi kolejnej gwiazdy i znów cały występ. Chóralne śpiewy publiczności, a ja obracam się w zimnym śpiworze i mam nadzieję, że to ostatni już wykonawca, że zamkną te imprezę… Jak ja tam wyzywałem w myślach!

 

Przestali grać o 5.00 rano. Basia nawet usłyszała, że obiecali, że jutro to samo. Tak więc ten festyn w mieście jeszcze się nie skończył. Przynajmniej została mi godzinka snu, bo powinniśmy wstać o 6.00 żeby zdążyć na statek na wyspę. Co dalej z nami będzie, mieliśmy zadecydować po powrocie. Podczas nocnych męczarni próbowałem to przeanalizować ale nie doszedłem do żadnych konstruktywnych wniosków.

 

Dzień 20: Puno: hotel (A) – targowisko (B) – Wyspy Uros (C) – dworzec (D) = 13km

 

Dzień 20: Puno (A) – Copacabana (B)  = 143km

 

Dzień 20: Copacabana: przyjad (A) – nocleg (B) – restauracja (C)  = 3km

 

Dzień 20: = 159km

 

Dzień 21 - 6 sierpnia 2012 – poniedziałek

 

TROCHĘ WIĘCEJ LUZU

 

Wstaliśmy o 6.30. Było bardzo zimno. Od razu rozpoczęliśmy pakowanie bo chcieliśmy jak najszybciej wyrwać się z tego miejsca bo ustaliliśmy, że jeśli zostaniemy w Copacabanie, to i tak nie będziemy nocować w tej norze. Zostawiliśmy lekki syf ale chyba nawet nie zauważą, bo nie rzucał się w oczy pośród permanentnego syfu jaki tam panował.

 

Z całym ekwipunkiem skierowaliśmy się do portu w poszukiwaniu statku na Wyspę Słońca. Mijaliśmy pobojowisko po wczorajszych ekscesach i zauważyliśmy, że większość tych handlarzy nocowała na ulicy. Mieli namioty, śpiwory, koce i spali na ziemi. Towar przykryty foliami żeby nie zawilgł i już kiedy szliśmy zaczęli powoli wracać do pracy. Wyglądało na to, że wszystko zaczyna się od nowa. Byliśmy zdumieni, bo sądziliśmy że to była jednorazowa niedzielna akcja związana z tą ich Matką Boską a tu wyglądało na to, że to nie koniec.

 

Przechodząc obok pewnego skrzyżowania, zauważyliśmy ustawione autobusy gotowe do odjazdu do La Paz. Ucieszyliśmy się, że wiemy skąd odjeżdżają i zapytaliśmy o cenę i czas jazdy. Usłyszeliśmy, że przejazd kosztuje 20B i w ciągu 3 godzin powinniśmy być w stolicy kraju. Zapamiętaliśmy dane.

 

Za momencik znaleźliśmy się w porcie. Szybko się szło, bo cały czas z górki i niedługo potem próbowaliśmy się zorientować od czego tu zacząć, bo atmosfera w mieście była leniwa. Jednak, jak to zwykle bywa, nas znaleziono szybciej niż się zorientowaliśmy. Facet zaproponował nam wycieczkę na wyspę, opowiedział wszystko i zaczęliśmy się zastanawiać. Brzmiało nawet nieźle, a wszystko miało rozpocząć się o 8.30. Z naszych wyliczeń moglibyśmy zdążyć nawet na autobus do La Paz o 15.00 i bylibyśmy ok. 18.00 w mieście. Trochę już późno i szukanie znów noclegu po ciemku w La Paz mogłoby być lekko stresujące. Oczywiście zgodnie z planem, powinniśmy zanocować tutaj i wyjechać do La Paz jutro rano ale w związku z tymi obchodami, nie było nam w smak pozostanie tutaj. Musieliśmy sprawdzić gdzie indziej, czy mają inne propozycje. Na odchodnym jeszcze raz zapytaliśmy o szczegóły finansowe i dopiero wtedy wyszło na jaw, że facet podał nam cenę w jedną stronę. To diametralnie zmieniło naszą sytuację gdyż przez te szalone ceny noclegów tutaj, nie wystarczy nam kasy na to wszystko.

 

Zaczęliśmy krążyć po plaży i nabrzeżu w celu znalezienia jakiejś innej firmy. Tam jednak też nocowali handlarze i właśnie się budzili i zbierali swoje graty. Musiało być im strasznie zimno w nocy w tych namiocikach, bo na szybach samochodów był lód i szron. Słońce dopiero wychodziło na nieboskłon więc nadal było bardzo zimno.

 

Odwiedziliśmy jeszcze jedną firmę, która otworzyła swoją budkę ale uzyskaliśmy takie same dane. Dalsze krążenie z ciężkimi plecakami nie miało sensu i musieliśmy coś postanowić. Liczyliśmy pieniądze, analizowaliśmy czas, różne opcje braliśmy pod uwagę a czasu na decyzję było coraz mniej. Z jednej strony bardzo chcieliśmy popłynąć na tę wyspę. To przecież ważny punkt każdej wyprawy do Ameryki Południowej, a my już byliśmy tak blisko.

 

Wyspa Słońca (Isla del Sol) to wyspa położona na jeziorze Titicaca w Boliwii. Powierzchnia 14,3 km, maksymalna długość 9,6 km, szerokość 4,6 km. Zamieszkuje ją około 2 tys. mieszkańców, głównie Indian. Według legend Inków tutaj narodził się biały bóg Viracocha oraz pierwsi Inkowie: Manco Capac oraz jego siostra, a zarazem żona Mama Ocllo, a także samo Słońce czyli Inti. Wyspa ta jest wciąż miejscem świętym dla zamieszkujących Boliwię oraz Peru Indian Ajmara i Keczua. Jest licznie odwiedzana przez turystów, ze względu na zabytki z okresu inkaskiego, z których najsłynniejsze to Pilko Kaina oraz kompleks Chincana, w skład którego wchodzi święta skała związana z inkaską legendą stworzenia. W Challapampa znajduje się muzeum przedmiotów znalezionych tu przez archeologów, z których część wykonano ze szczerego złota.

 

Druga strona to sprawy praktyczne. Nie wiedzieliśmy czy uda się nam znaleźć nocleg tutaj na miejscu, a jeśli tak to czy starczy nam pieniędzy. Późnowieczorną podróż do La Paz raczej wykluczaliśmy żeby nie biegać po obcym mieście w poszukiwaniu noclegu. Istotną sprawą był też brak bankomatu i moglibyśmy być udupieni bez pieniędzy gdybyśmy spłukali się na tej wyspie. Dlatego z bólem serca zrezygnowaliśmy z rejsu i postanowiliśmy pojechać od razu do La Paz. Był to pierwszy punkt programu, który nie został przez nas zrealizowany. Do tej pory wszystko było realizowane co do dnia. To nieszczęsne święto pokrzyżowało nam plany.

 

Najpierw jednak musieliśmy coś zjeść. Zdecydowaliśmy, że poszukamy jakiejś lepszej restauracji, a potem od razu jedziemy do La Paz. Będziemy tam dzień wcześniej niż planowaliśmy więc jeden dzień odpoczynku się nam przyda.

 

Niedaleko portu odkryliśmy kompleks hotelowy z restauracją pod nazwą "6 sierpnia". Tak się śmiesznie składało, że dziś było 6 sierpnia i szliśmy ulicą 6 sierpnia. Gdy weszliśmy na teren tego hotelu, ujrzeliśmy kartkę informującą gości, że "ze względu na obchody święta Maryi, w dniach 2-9 sierpnia, uprasza się o zachowanie szczególnej ostrożności wobec licznie odwiedzających miasto kieszonkowców." Czyli ta impreza już trwa od wielu dni i kończy się dopiero w czwartek??!! Gorzej nie mogliśmy trafić.

 

Tuż za progiem, zaczepił nas właściciel obiektu. Grzecznie wypytał o plany i wrażenia i zrobił coś, co znów poddało w wątpliwość naszą decyzję podjętą w porcie. Facet zaproponował przetrzymanie bagaży na czas naszej podróży na wyspę kiedy to również zwolni się pokój w jego hotelu. Hotel wyglądał na porządny i głównie biali tam urzędowali. Zaproponował 140B ale szybko zszedł na 120B. Nie mogliśmy uwierzyć, że ta burdel-mama zdarła z nas aż 160B!

 

Kurczę, podważył naszą pewność w słusznie podjętą decyzję i nie wiedzieliśmy co robić. Gdy jednak chcielibyśmy zjeść śniadanie, popłynąć, zjeść coś na wyspie, wrócić, przenocować i pojechać do La Paz, wyszło nam, że po prostu nie starczy nam pieniędzy. Przez te horrendalne ceny noclegów tutaj, nie mieliśmy wystarczających środków żeby zrealizować nasz plan i dlatego już byliśmy pewni, że nie możemy tak ryzykować. Poza tym perspektywa dwugodzinnej podróży łodzią w jedną stronę też mi się nie uśmiechała. Byłem totalnie niewyspany przez te nocne harce. Musiałem to jakoś odreagować w dobrym łóżku. Koniec. Kropka. Jemy śniadanie i lecimy do stolicy. Postanowione.

 

Weszliśmy na górę do restauracji hotelowej. Starsza pani przyniosła nam śniadanie amerykańskie. Trochę ciężko było rozsmarować masło, jajecznicę podali na spodeczku od filiżanki ale generalnie dobrze było coś zjeść ciepłego w ten mroźny poranek. Nie spieszyliśmy się zanadto, bo właśnie odpłynął nam statek na wyspę i teraz wystarczyło podejść kilka metrów w górę na skrzyżowanie i wybrać jakiegoś przewoźnika do La Paz.

 

Pamiętaliśmy, że mówili 20B za bilet ale gdy podeszliśmy tym razem, cena skoczyła do 25B. Podobno tylko wcześnie rano jest wyjazd za 20B. Myśleliśmy, że ten gość buja nas więc szukaliśmy innego ale wszyscy chcieli 25B więc musieliśmy przystać na ich warunki. Weszliśmy do autobusu, dostaliśmy bilety i trzeba było poczekać aż się wypełni.

 

Bilet autobusowy

 

W czasie ładowania bagaży, zaczepiłem o coś zegarkiem i wyleciał mi teleskop. W ostatniej chwili to zauważyłem. Zegarek musiał jednak powędrować do kieszeni, a my powędrowaliśmy na sam koniec autobusu, do przedostatniego rzędu za jakimś wyżelowanym lalusiem. Za nami siedli jacyś goście, którzy przez całą podróż słuchali bardzo głośno muzyki.

 

Kiedy ruszyliśmy i przebiliśmy się przez ten bajzel na ulicach, wyjechaliśmy wreszcie poza miasto i za oknem wróciły piękne widoki. Góry wydawały się jakby trochę większe i przez to robiły jeszcze lepsze wrażenie. Tafla jeziora miała teraz barwę głębokiego błękitu. Na powierzchni wyrastały skaliste wyspy. Droga wiła się serpentynami ale wbrew moim przypuszczeniom była całkiem dobrej jakości.

 

Jezioro Titicaca

 

Po przejechaniu półtorej godziny, nagle bez uprzedzenia zatrzymaliśmy się i wszyscy wysiedli z autobusu. Nie wiedzieliśmy o co chodzi więc siedzieliśmy sobie dalej. Nagle wpadł policjant i zaczął coś do nas gadać. Jednoznacznie dał nam do zrozumienia, że powinniśmy wysiąść tak jak pozostali pasażerowie.

 

Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, zobaczyliśmy że stoimy przy brzegu jeziora i za chwilę będziemy płynąć promem. Ładowano jakieś ciężarówki na prymitywną łódkę, a drugi prom właśnie podpływał z samochodami. Jednocześnie zauważyliśmy, że wszyscy pasażerowie z naszego autobusu gdzieś się oddalili i po nerwowym ich poszukiwaniu spostrzegliśmy, że ładują się na jakąś łajbę. Wcześniej jednak trzeba było przejść przez bramkę i kupić bilet na prom. Cena była śmieszna bo zaledwie 1.50B i dostaliśmy żeton, który odebrał nam jakiś dziadzio, który obsługiwał prom pasażerski. Ruszyliśmy w kierunku drugiego brzegu, a nasz autobus innym promem. Znajdowaliśmy się w cieśninie Tiquina.

 

Jezioro Titicaca: przeprawa promowa

 

Cieśnina Tiquina jest to fragment wód, który łączy większe i mniejsze części jeziora Titicaca w Boliwii. Szeroka na 850 metrów w najwęższym miejscu łączy górne jezioro Lago Chicuito i mniejsze jezioro, Lago Pequeno zwane "jeziorkiem".

 

Na szczęście prom miał silnik i podróż nie trwała długo. Część pasażerów bawiła się w rzucanie chleba mewom, inni robili zdjęcia wielkim ośnieżonym górom, których odbicie pięknie się prezentowało w wodach jeziora. Zresztą woda w jeziorze jest krystalicznie czysta i patrząc z brzegu, można dostrzec dno.

 

Po wylądowaniu na drugim brzegu, oczywiście nikt nam nic nie powiedział gdzie mamy czekać. My bowiem przypłynęliśmy w zupełnie innym miejscu niż nasz autobus. Na szczęście prom z autobusem był wolniejszy od naszego i dlatego obserwowaliśmy go już z brzegu. Ale nie wiedzieliśmy czy mamy tam podejść, czy on podjedzie. Zostało nam obserwować pozostałych, którzy wykorzystując ten czas, poszli coś zjeść. Zakupili jakieś ciepłe jedzenie w plastikowych pudełkach i czekali aż autobus zjedzie na ląd.

 

Gdy autobus był gotowy do drogi, wszyscy równo wyrzucili resztki jedzenia, pudełka, papiery na drogę i wsiedli do autobusu. Dopiero wtedy zauważyliśmy jak ogromny syf nas otaczał. Wszędzie były sterty śmieci i fruwające na wietrze papiery. Plastikowe butelki po napojach leżały tonami w rowie i na ulicy. Smutny widok.

 

Zobacz video z okolic Jeziora Titicaca: VIDEO: 10/14

 

Autobus ruszył w drogę. Dopóki za oknem były krajobrazy prezentujące Andy i Jezioro Titicaca było pięknie. Wielkie białe góry zbliżały się ku nam, po drodze nie było wielu wiosek czy osad ludzkich, tylko płaskie przestrzenie z owymi górami na horyzoncie, które sięgały wysoko ku niebu.

 

Na trasie: Copacabana – La Paz

 

Upajaliśmy się tym widokiem ale wkrótce odbiliśmy w głąb kraju i zaczęło się zdecydowanie mniej ciekawie. Mijaliśmy wioski i miasteczka, których charakterystycznym znakiem były niedokończone budowy. Wszędzie były domy i większe budynki ze sterczącymi drutami zbrojeniowymi, pustostany lub gołe pietra i poddasza.

 

Na trasie: Copacabana – La Paz

 

Wciąż też wzdłuż drogi walały się tony śmieci. Ogrodzenia były zrobione z szarego betonu i prawie na każdym były wymalowane hasła polityczne. Po kilkudziesięciu minutach jazdy mogłem już z pamięci nazwać kilkanaście głównych partii politycznych urzędujących od kilku lat na scenie politycznej kraju. Również częste były odniesienia do hołubionego tutaj nadal Che Guevary. Widać, że kraj nie do końca ma ustabilizowaną sytuacje polityczną.

 

W związku ze świętem narodowym, we wszystkich mijanych wioskach i miasteczkach, odbywały się różne parady, marsze i pochody. Grały orkiestry, było sporo kolorowych flag i kolumny pojazdów. Zaprzęgnięte do tego były też dzieci. Powodowało to ciągłe opóźnienia na trasie, a czasem musieliśmy jeździć jakimiś objazdami po polach.

 

Na trasie: Copacabana – La Paz

 

W końcu po nudnej podróży wjechaliśmy na przedmieścia La Paz. Nie mieliśmy pojęcia gdzie nas wysadzi ten kierowca tzn. gdzie powinniśmy wysiąść. Z tego co wyczytaliśmy La Paz jest dziwnie położone więc trzeba mieć jako-taką orientację. Jednak nie panikowaliśmy tylko cierpliwie czekaliśmy i postanowiliśmy jechać do końca.

 

Ludzie wysiadali po drodze w różnych miejscach. Samo miasto przypominało trochę Limę w gorszej wersji. Przede wszystkim nie za wiele się zmieniło w kwestii czystości i niedokończonych budów. Wzmógł się oczywiście chaotyczny ruch uliczny aż wreszcie dojechaliśmy do miejsca gdzie u podnóża wielkiej góry, w niecce usytuowanej u jej podnóża zobaczyliśmy ogromne miasto. Widok był niesamowity. Wyraźnie widać było centrum finansowe z drapaczami chmur i fawele rozłożone na stoku doliny, które oblepiały całe miasto z każdej strony.

 

La Paz

 

Zjeżdżaliśmy powoli do miasta i włączaliśmy się w miejski zgiełk i hałas klaksonów. Przybywało ludzi biegających po ulicy, taksówek i niespodziewanie wyjeżdżających ciężarówek, a my przebijaliśmy się coraz niżej i niżej. Aż do momentu, zupełnie dla nas niespodziewanego, kiedy autobus nagle się zatrzymał i trzeba było wysiąść.

 

Nie za bardzo wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i w pierwszej kolejności musieliśmy zidentyfikować nasze położenie. Zauważyliśmy mały skwer po drugiej stronie ulicy, przeszliśmy tam i na ławeczce otworzyłem mapę w naszym przewodniku. Oczywiście mapy książkowe pokazują zaledwie wycinek miasta i obawiałem się, że nic z tego nie wyjdzie i trzeba będzie brać taksówkę. Jednakże udało się znaleźć nasz mały placyk, który nazywał się Plaza Felix Reyes Ortiz i znajdował się tuż obok wielkiego cmentarza. Szybko rozkminiliśmy w którą stronę trzeba iść i widząc, że droga ostro pikuje w dół, postanowiliśmy spróbować przebić się do centrum, w okolice kościoła św. Franciszka, gdzie jak pisało w przewodniku, najłatwiej znaleźć jakieś lokum.

 

Zrobiło się gorąco, ciężkie plecaki dawały znać o sobie ale przede wszystkim byliśmy przerażeni tym, co widzieliśmy dookoła siebie. Najbardziej rzucał się w oczy syf, brud, ścieki płynące obok krawężników, śmieci zalegające wszędzie gdzie to możliwe, posesje ogrodzone zasprejowaną blachą falistą oraz wszechobecni handlarze. Baby z chrustem poznane w Peru, tutaj stanowiły zdecydowaną większość populacji. Panie handlowały wszystkim i niczym. Aż trudno było uwierzyć, że ktoś kupi stojące w słońcu dwulitrowe butelki podrabianego 7Up, który w dodatku można kupić co 10 metrów.

 

Szliśmy kierując się mapą i odpoczywając na małych skwerkach z ławkami. Musieliśmy zrzucić nieco odzienia, bo na tej wysokości słońce dawało się nam we znaki. Za każdym razem gdy odpoczywaliśmy, miejscowi dziwnie na nas patrzyli i staraliśmy się jak najszybciej zwijać z tego miejsca.

 

Wymijając te kramy, często byliśmy zmuszeni dreptać po ulicy, po której jeździły w zdecydowanej większości rozklekotane i śmierdzące graty. Oczywiście o kontroli tego ruchu nie było mowy. Na ulicach panował całkowity chaos. Hałas wytwarzany przez klaksony przebijał nawet Limę i tylko nawoływania naganiaczy z mikrobusów, też znane nam z Limy, mogły przedrzeć się przez ten zgiełk.

 

Wreszcie po ok. 20 minutach doszliśmy do miejsca gdzie było trochę lepiej, pojawiali się zagraniczni turyści no i po obu stronach ulicy wyrastały hotele i pensjonaty. Postanowiliśmy zorganizować obóz na rogu skrzyżowania i zrobić małe rozeznanie. Na początek ruszyła Basia, a ja pilnowałem plecaków wraz z jakimś znudzonym ochroniarzem.

 

Basia przyniosła kilka propozycji i wiadomości, które trzeba było rozważyć. Co dziwne, hotele w centrum stolicy miały ceny ok. 200B, gdy my zapłaciliśmy za tę norę w Copacabanie 160B. Nadal strasznie mnie bolało, że tak daliśmy się wydymać.

 

Przyszedł czas na mnie i ja wybrałem inną ulicę. Schodziłem bardzo stromą ulicą i wchodziłem do różnych miejsc. Ceny wahały się od 75 do 150 ale zawsze były jakieś minusy. A to nie było ciepłej wody, a to łazienka była na korytarzu, a to wystrój nie do końca odpowiedni. Wróciłem więc do Basi i postanowiliśmy iść do hotelu, reklamowanego w Lonely Planet i w którym powiedzieli mi, że skasują 150B. Postanowiłem trochę się potargować.

 

Babka na recepcji nawet trochę mówiła po angielsku więc było nam łatwiej. Zaproponowałem jej deal, że bierzemy pokój na 4 noce ale musi trochę opuścić. Nie bardzo miała ochotę i tłumaczyła, że to szef tylko może ale zgodziła się na 140B. Zaoszczędziliśmy więc 40B.

 

Hotel Majestic przy Santa Cruz 359 to średniej klasy hotel jak na standardy europejskie ale dla nas najważniejsze było mieć pokój z łazienką, a w niej ciepłą wodę oraz żeby był dostęp do neta. Dodatkowym atutem były śniadania wliczone w cenę więc cena 140B była atrakcyjną ceną, szczególnie gdy porówna się do nory u burdel-mamy. Tutaj mieliśmy nadzieję, że przynajmniej trochę odpoczniemy.

 

La Paz: centrum                                                                                                  ©tlmelo

 

Dostaliśmy pokój na drugim piętrze, gdzie podobno wifi jest bardzo słabe. Ale w zamian, na parterze obok restauracji, stały dwa stacjonarne komputery podłączone do sieci. Hulały aż miło. Kiepską sprawą był widok z okna, bo mieliśmy go na ścianę, w dodatku przez jedno wąskie okno i dlatego było trochę ciemno w pokoju. Była też kablówka. Mogliśmy więc trochę się zrelaksować po ostatnich dniach tułaczki.

 

W związku ze zmianami w naszym planie, doszedł nam jeden dzień więcej w La Paz. Nie musieliśmy więc się nigdzie spieszyć. Rozpakowaliśmy się trochę, przebraliśmy się i zdecydowaliśmy się wyjść na miasto żeby coś zjeść. Jak do tej pory to miasto wywarło na nas jak najgorsze wrażenie niestety.

 

Na jedzenie Basia wybrała jakąś włoską restaurację z przewodnika. Odnaleźliśmy ją, choć nie do końca byliśmy pewni czy to na pewno ta. I chyba to nie ta lub zmienił się właściciel. Wejście na górę a tam wielki telewizor i pustki przy stolikach. Z karty wzięliśmy makarony i ze zdziwieniem zauważyliśmy, że jakiś chłopak wrócił po kilku minutach ze sklepu z makaronem. Długo więc czekaliśmy na danie, które okazało się mocno średnie. Ponownie znaleźliśmy się na ulicy i zdecydowaliśmy się na spacer po mieście.

 

La Paz to miasto w Boliwii z około 1,1 mln mieszkańców a razem z przedmieściem El Alto tworzy ponad dwumilionową aglomerację miejską. Położona w Andach Środkowych na wysokości od 3600–4100 m n.p.m., nad brzegami rzeki La Paz, u podnóża masywu wulkanicznego Illimani i najwyższego szczytu (6438m) pasma Cordillera Real, jednego z łańcuchów w Andach. Po Sajama to drugi szczyt Boliwii. Pierwszego udanego wejścia dokonano w 1898, a w 1985 rozbił się tutaj Boeing 727 linii Eastern Air Lines. W 2006 na topniejącym lodowcu odnaleziono część jego wraku.

 

La Paz to najwyżej położona stolica na świecie i największe miasto kraju. Założone w 1548 roku przez Alonso de Mendozę na miejscu osady Indian. W mieście znajduje się, warta zwiedzenia, Bazylika św. Franciszka zbudowana w latach 1744 - 1784 w miejscu wcześniejszego kościoła z 1548 roku.

 

Doszliśmy do placu św. Franciszka i słynnego kościoła i rzuciliśmy się w dół długą i szeroką arterią. Ruch tutaj był jakby mniejszy, na chodniku też mało ludzi i coraz mniej handlarzy. Za to zdecydowanie zwiększyła się liczba policjantów i zrobiło się czyściej. Najwidoczniej poruszaliśmy się po bardziej reprezentatywnej dzielnicy, gdzie było sporo banków, biur i innych tego typu instytucji. Cały czas schodziliśmy a między wieżowcami co jakiś czas migała nam ta sześciokilometrowa góra Illimani.

 

La Paz: centrum

 

Po drodze identyfikowaliśmy ważne dla nas ze strategicznego punktu widzenia obiekty, jak banki, bankomaty, fast-foody, biuro ekspedycji rowerowych na Drogę Śmierci oraz biuro informacji turystycznej, które znajdowało się na samym końcu tej szerokiej alei. Pod koniec widzieliśmy też ministerstwo sprawiedliwości i koczujących w namiotach protestujących. Aleja, która kolejny raz ma w nazwie datę. Tym razem 16 lipca i kończy się okrągłym placykiem z pomnikiem jakiegoś ważnego gościa na koniu. Tym gościem był Antonio José de Sucre y de Alda – generał boliwijski pochodzenia wenezuelskiego, uczestnik walk z Hiszpanami o wolność Ameryki Południowej. Dzięki niemu został wyzwolony Ekwador i Peru i to przesądziło o niepodległości państw Ameryki Południowej i wycofaniu Hiszpanów z tego kontynentu. W latach 1826–1828 był prezydentem Boliwii.

 

La Paz: centrum

 

Wracaliśmy drugą stroną i trzeba było się wspinać. Dopiero teraz uświadomiliśmy sobie, że chyba jednak odczuwamy skutki choroby wysokościowej. Szło się nam ciężko, nogi dawały radę ale zatykało nas po kilku krokach. Bardzo dziwne uczucie, szczególnie kiedy widzi się innych, którzy zachowują się normalnie. Śmialiśmy się, że gdyby ktoś nam wyrwał plecak, to nie mielibyśmy szans go dogonić, bo po kilku metrach padlibyśmy ze zmęczenia.

 

Wlekliśmy się więc noga za nogą aż wróciliśmy na wybrukowany plac przed kościołem Franciszka. Tam na schodach zebrały się tłumy ludzi, którzy podziwiali jakiś kabaret. Uliczni artyści prezentowali skecze z bańkami mydlanymi i innymi cyrkowymi sztuczkami. Schody pod kościołem funkcjonowały jako miejsca na widowni. Oczywiście artyści przeszli się potem z kapeluszem. Obserwując ich, trochę się rozleniwiliśmy i dopiero kiedy zaczęło szarzeć, ruszyliśmy w kierunku hotelu.

 

La Paz: kościół św. Franciszka

 

Nasz hotel znajdował się w centrum turystycznym jak się okazało. Z tyłu i z boku były wąskie uliczki z knajpkami i biurami turystycznymi oraz całym mnóstwem sklepów. Wszystko było dziś zamknięte ze względu na święto ale dilerzy narkotyków nie próżnowali. Doskoczył do mnie jakiś gość oferując mi "weed" albo "charlie".

 

Otwarte też miały panie na kilku stanowiskach, które sprzedawały strasznie dziwne rzeczy. To jak się okazało tzw. Róg Czarownic. Sprzedają tam najrozmaitsze tajemne talizmany robione z dziwacznych rzeczy. Widzieliśmy sporo ususzonych jagniąt, czaszek zwierząt a nawet świeżych wnętrzności. Poza tym mnóstwo kadzidełek, herbatek i ziół. Zapachy dobywające się stamtąd też były jakieś dziwne. Zaintrygowani czymś takim ze sporym zdziwieniem przyglądaliśmy się tym kramom i kobietom tam sprzedającym.

 

La Paz: Róg Czarownic

 

Potem skręciliśmy za róg i znaleźliśmy się w hotelu. Ciężko pokonywało się ostatnie stopnie chodnika prowadzące do hotelu. Ulice są tam położone pod ogromnym kątem i naprawdę się zmęczyliśmy, choć przyczyną była prawie 4km wysokość nad poziomem morza. Byliśmy w najwyżej położonej stolicy świata.

 

W pokoju okazało się, że zepsuła mi się wtyczka do tableta i nie mogliśmy już oglądać żadnych filmów z mojego pendrive'a. Pozostała nam telewizja i internet. Sporo kanałów, trochę pooglądałem Olimpiadę i zmęczony poprzednią nocą bez problemu zasnąłem.

 

Dzień 21: Copacabana: nocleg (A) – port (B) – restauracja (C) – przystanek (D) = 1km

 

Dzień 21: Copacabana (A) – La Paz (B)  = 138km

 

Dzień 21: La Paz: przystanek (A) – hotel (B) – plac generała Sucre (C) – kościół św. Franciszka (D) – Róg Czarownic (E)  = 5km

 

Dzień 21:  = 144km

 

 

Dzień 22 - 7 sierpnia 2012 – wtorek

 

KONTROLA BOLIWIJSKICH BANKÓW

 

Po obudzeniu się, zeszliśmy na śniadanie. Nie było jakieś wyszukane bo zaoferowano nam grzanki z dżemem, sztuczny sok pomarańczowy i albo kawę albo herbatę. Trzy razy musiałem powtórzyć, że chcę herbatę choć dziewczyna obsługująca słyszała, że kawę.

 

Po tym kiepskim śniadaniu, od razu chcieliśmy iść do jakiejś agencji w sprawie Drogi Śmierci. Basia od razu zapowiedziała, że na nią nie ma co liczyć i ona sobie zostanie w hotelu, gdy ja będę próbował nie zginąć. Przy okazji jednak chcieliśmy sprawdzić połączenie do Uyuni i może coś wiedzą na temat samych salarów.

 

W złą uliczkę skręciliśmy ale przez to poznaliśmy jeszcze jedną taką uliczkę z wieloma agencjami, sklepami i kawiarniami. Idąc w dół, co jakiś czas zaczepiali nas goście, którzy podchodzili do nas blisko i szeptem pytali: "Fossil?", po czym pokazywali nam jakieś małe skamieniałości z odbitymi ślimakami czy innymi przedpotopowymi gadami. Strasznie dużo takich gości nas zaczepiało.

 

La Paz: centrum

 

Agencje dopiero się otwierały więc weszliśmy do tej już otwartej. Przywitała nas babka trochę mówiąca po angielsku więc było nam łatwiej się porozumieć. Od razu zrobiła na nas pozytywne wrażenie, bo orientowała się w temacie i szybko zabrała się za szukanie informacji, po które przyszliśmy.

 

La Paz: ulotka agencji turystycznej

 

Zaczęliśmy od biletów na pociąg lub autobus, ewentualnie samolot do Uyuni. Pierwotnie miałem plan aby pojechać autobusem do Oruro, a stamtąd już specjalnym pociągiem do Uyuni. Sprawdziłem wszystko w internecie i wiedziałem, że pociąg odjeżdża w piątki więc trzeba by poczekać na niego do piątku. To wszystko chcieliśmy potwierdzić w agencji. Oczywiście przy okazji mieliśmy też w planie rozeznanie ofert rowerowego zjazdu Drogą Śmierci.

 

Babka była w miarę kompetentna. Wszystko powoli nam zaczęła sprawdzać, braliśmy różne oferty pod uwagę. Wkrótce jednak zjawił się facet i to on nas przejął pod swoje skrzydła. Mówił lepiej po angielsku choć co dwa, trzy słowa wtrącał swoje powiedzonko "Oooooki-Doki". Śmieszyło nas to bardzo.

 

W agencji spędziliśmy ponad godzinę. Przeanalizowaliśmy to wszystko też pod kątem pieniędzy, które musieliśmy wybrać z bankomatu. Im mniej transakcji tym lepiej więc chciałem wiedzieć ile potrzeba bolivianów na cały pobyt w Boliwii, bo na salarach też nie będzie dostępu do bankomatów, a potem od razu uciekamy do Chile.

 

Facet był rzeczowy i wszystko analitycznie analizowaliśmy. Stanęło na tym, że namówił nas na wzięcie autokaru do Uyuni i rezygnację z pociągu. Zaoferował nam też od razu pakiet na salary oraz oczywiście rozwiązaliśmy sprawę Drogi Śmierci. Tutaj największe zmiany, bo gdy ja wybierałem rower i Oki-Doki prezentował mi wady i zalety wszystkich pakietów, w pewnej chwili zapytał o Basię. Gdy wyszło, że Basia nie jedzie, zaczął ją gorąco namawiać na to żeby jednak spróbowała. Pokazywał nam zdjęcia, filmy, sprzęt i w końcu Basia uległa i zarezerwowaliśmy również dla niej na jutro wyjazd na Drogę Śmierci.

 

Wyszło też nam, że potrzebujemy 5,000B i po wyjściu z agencji zaczęliśmy polowanie na bankomat. Pierwszy, który napotkaliśmy akurat miał dostawę pieniędzy. Ochroniarze z długą bronią obstawili go i musieliśmy szukać dalej. Następny nie zadziałał i wyrzucił mi kartę. Basi karta z Barclaysa też nie zadziałała. Pomyśleliśmy, że coś z tym bankomatem nie tak. No ale trzy następne zrobiły to samo i były to różne banki. Zaczęło nas to niepokoić, że nasze karty może tu nie działają.

 

Idąc tak główną aleją wstąpiliśmy do zegarmistrza żeby naprawił mi mój pasek. Zrobił to od ręki inkasując 4B. Szukaliśmy też przy okazji dodatkowej trzeciej baterii do aparatu, bo wiedzieliśmy, że może być ciężko na salarach z doładowywaniem baterii. Niestety nic nie mieli takiego.

 

Jeszcze nie byliśmy spanikowani sprawą pieniędzy ale postanowiliśmy iść do jakiegoś banku i dowiedzieć się czegoś więcej. Najpierw jeszcze spróbowaliśmy wybrać w bankomacie wewnątrz banku i po klapie podeszliśmy do jakiejś pani. Nie mówiła po angielsku więc po hiszpańsku wyjaśniliśmy o co nam chodzi. Stwierdziła, że to prawdopodobnie limit mojego banku nie pozwala na wybranie takiej kwoty. Nie mogłem się z nią zgodzić, bo wiedziałem jakie mam założone limity, zresztą manipulowałem nimi ciągle.

 

Kolejny bank i kolejne fiasko. Znów chcieliśmy z kimś pogadać, bo robiło się niebezpiecznie. Ochroniarz zawołał jakiegoś krawaciarza. Ten starał się mówić po angielsku ale wyraźnie był speszony całą sytuacją. Stwierdził, że w Boliwii są nałożone limity na 2100B na daną transakcję. No to podeszliśmy z nim do bankomatu i wstukaliśmy 2100B. Chwila napięcia i… bankomat wypluł kartę. Spróbowaliśmy z 2000B i… to samo. Pożegnaliśmy krawaciarza i zaczęliśmy się sami martwić.

 

Szliśmy już długo ulicą 16 lipca i pod koniec tej długiej alei, znaleźliśmy bank brazylijski. Ucieszyliśmy się, że może Brazylijczycy pozwolą nam wybrać pieniądze. Na schodach zostaliśmy zatrzymani przez ochronę i gdy wyjaśniliśmy im, że szukamy bankomatu, powiedzieli, że ten bank nie ma w ogóle żadnych bankomatów w Boliwii. Kiepścizna…

 

Postanowiliśmy zapytać o całą sprawę w informacji turystycznej, którą zlokalizowaliśmy wczoraj na spacerze. Na samym rogu mieściło się to biuro i gdy chciałem wejść, okazało się, że jest nieczynne. O takiej porze nieczynne? Sjestę tu mają? Niczego się więc nie dowiedzieliśmy.

 

Czas na drugą stronę ulicy i kolejne bankomaty. W tym momencie już nie na żarty się zaczęliśmy martwić. Nie mieliśmy pojęcia, co zrobimy jeśli żadna z naszych kart nie zadziała. Nie mieliśmy żadnej innej możliwości manewru w tamtej chwili. Dlatego musieliśmy w końcu znaleźć jakiś czynny bankomat. Po drugiej stronie ulicy zauważyliśmy jakieś nowe banki, jeszcze nie sprawdzane przez nas. Znowu wchodzę do kabiny, Basia jako ochrona i wreszcie zadziałało! Co prawda, nie dało się wziąć 5,000 ale dwa razy po 2,000. Potem włączył się limit Aliora. Barclays natomiast nadal nie działał. Anglicy muszą mieć nie lada problem. Odetchnęliśmy z ulgą, że mamy pieniądze. I to dużo pieniędzy, bo największy banknot to 100B więc miałem 40 banknotów, co było dość grubym zwitkiem papieru.

 

Po tych wszystkich przygodach z bankami, czas przyszedł na jakieś jedzenie, bo funkcjonowaliśmy na tym dżemiku ze śniadania tylko a tyle się działo, że zapomnieliśmy o obiedzie. Napotkaliśmy pewną knajpkę. Wyglądało jak kawiarnia, bo sporo ciast i tortów mieli na wystawie i w dodatku raczej dla dzieci ale w środku, miły wystrój, czysto i przestronnie więc zajrzeliśmy. Trochę byłem sceptyczny, bo nazwa 'Dumbo' brzmiała lekko infantylnie w połączeniu z jeszcze bardziej niepoważnym logo, ale to był dobry wybór, bo zamówiliśmy sobie porządny obiad. Szybko nam go podano, był dobry i w dobrym humorze mogliśmy wrócić do agencji żeby ostatecznie wszystko potwierdzić i zapłacić.

 

La Paz: centrum                                                                                               ©Iguogo.com

 

Po dotarciu do agencji, znowu poczuliśmy w nogach ten spacer, bo szliśmy pod górę cały czas. Zadyszka nas łapała na każdym wzniesieniu, a najgorzej na schodach. W agencji nie było Oki-Doki, a nie chcieliśmy załatwiać tego z kimś innym więc powiedzieliśmy, że przyjdziemy później. Ten wolny czas wykorzystaliśmy na pokręcenie się po okolicy. Basia zatrzymywała się w sklepikach szukając kartek do wysłania. Ustaliliśmy też, że zakupy robimy w ostatni dzień.

 

La Paz: centrum

 

Nadal mieliśmy sporo czasu więc postanowiliśmy wrócić do hotelu na internet i poszukać informacji na temat firmy, którą poleca Oki-Doki na salarach. Zastanawialiśmy się całkiem poważnie nad tym aby wziąć cały pakiet u niego: autobus + Drogę Śmierci + salary. Wzięliśmy jednak namiary na firmę Lipez, którą nam zaproponował i poszliśmy ją prześwietlić w necie.

 

Gdy wpisałem nazwę firmy, wyskoczyły mi praktycznie same negatywy i po przeczytaniu większości opinii zmieniliśmy decyzję natychmiast. Mieliśmy dużo szczęścia, że Oki-Doki poszedł na obiad i mogliśmy poczytać o tej jego firmie organizującej salary. Ustaliliśmy, że weźmiemy tylko rowery i autobus do Uyuni.

 

Kolejny raz poszliśmy do agencji. Oki-Doki już był i powiedzieliśmy mu o naszych decyzjach. Jeśli chodzi o bilety na autobus, to musimy znów przyjść później żeby je odebrać. Sprawa Drogi Śmierci została ostatecznie ustalona i wypisał nam voucher i poinstruował co mamy jutro zabrać ze sobą i gdzie się spotkać z organizatorem. Mieliśmy już o 7.00 rano być w kawiarni K'umara, na szczęście niedaleko od naszego hotelu, i tam zjeść śniadanie, a potem mają nas zabrać już na trasę.

 

Potwierdzenie wykupienia zjazdu Drogą Śmierci

 

Oki-Doki wręczył też nam mapkę jak trafić do kawiarenki K'umara oraz listę rzeczy do zabrania. Radził też zapisać sobie numer polisy ubezpieczeniowej.

 

Informacja o położeniu kawiarni K'umara

 

Znowu mieliśmy dużo zbędnego czasu, który wykorzystaliśmy na spacer pośród sklepików czarownic i w oparach kadzidełek. Poszliśmy też poszukać jakiejś knajpki żeby zjeść kolację. Po drodze spotkaliśmy jakąś starszą babinkę dziergającą skarpety na drutach i postanowiłem, że sobie kupię na naszą polską zimę. Wziąłem dwie pary i daliśmy zarobić tej pani. Chodząc po dzielnicy, natrafiliśmy na jakąś arabską restaurację. Pomyśleliśmy, że dlaczego by nie zjeść jakiegoś kebaba. Właścicielem był chyba jakiś Turek, tak przynajmniej to wyglądało.

 

Kiedy zajęliśmy miejsce, jakiś długowłosy gość zapytał nas, czy będzie na przeszkadzało jak będzie palił. Odparliśmy, że i owszem więc się wyniósł dokończyć papierosa. Nam w tym czasie podano kartę, z której wybrałem kebab, a Basia… zupę pomidorową. Stan sanitarny na zapleczu nie był rewelacyjny, to raczej część budynku mieszkalnego i chyba wszystkie potrawy przygotowywano w prywatnej kuchni właściciela. Ale moje jedzenie było zjadalne, natomiast Basia pochlipała trochę tej zupy, a ja ją dokończyłem.

 

Zostało nam odebrać bilety. Na szczęście już były przygotowane i w ten sposób wszystkie sprawy zostały załatwione. Wróciliśmy już po zmroku do hotelu i do końca dnia czytaliśmy wszystkie recenzje firm organizujących wyprawy po salarach. Robiliśmy notatki i wypisaliśmy sobie kilka nazw zarówno tych, które trzeba wziąć pod uwagę, jak i tych od których trzeba trzymać się z daleka.

 

Dzień 22: La Paz: hotel (A) – agencja (B) – bankomat (C) – Dumbo (D) – kebab (E) = 3km

 

Dzień 22:  = 3km

 

Dzień 23 - 8 sierpnia 2012 – środa

 

DROGA ŚMIERCI

 

Trzeba było wstać o 6.00, bo śniadanie mieliśmy dostać o 7.00 w kawiarni K'umara. W ten sposób zrezygnowaliśmy ze śniadania w hotelu ponieważ serwują je od 8.00. A o tej porze mieliśmy już wyjeżdżać na lodowiec gdzie miała rozpocząć się nasza przygoda dzisiejszego dnia.

 

Do K'umary było niedaleko. Gdy przyszliśmy, dopiero ją otwierali. To malutka kawiarenka z dwoma stolikami przy barze. Czuć było pewną specyficzną atmosferę tego lokalu, bo i muzyka i jakieś kadzidełka specyficzne no i właściciele też jacyś inni niż w pozostałych miejscach tego typu.

 

Wręczyliśmy obsłudze voucher na śniadanie i dostaliśmy skromny poczęstunek. Była nawet sałatka owocowa na koniec. Generalnie byliśmy zadowoleni z oferty i w ogóle szczęśliwi, że cokolwiek nam zaproponowano w tym pakiecie. To była miła niespodzianka.

 

Gdy byliśmy w połowie naszego śniadania, pojawił się kolejny uczestnik z voucherem. Przysiadł się do nas, dostał to samo. Zagadał do nas i okazało się, że jest z Francji. Chwilę później zjawił się jeszcze jeden Francuz choć bez związku z tym pierwszym. Chłopaki od razu spiknęli się i palili szlugi na zewnątrz. Wszyscy czekaliśmy na naszego kierownika, który miał się zjawić jeszcze przed 8.00.

 

O 8.00 już wszyscy się denerwowaliśmy, że nic się nie dzieje, wymienialiśmy spostrzeżenia i uwagi. No ale wszyscy dostaliśmy takie same informacje więc nie pozostawało nam nic więcej jak czekać. Jednak o 8.15 Francuzi się wkurzyli i powiedzieli nam, że idą do biura dowiedzieć się dlaczego nikogo nie ma. My już też byliśmy wkurzeni i staliśmy na zewnątrz grzejąc się w porannym słońcu. Mijali nas ludzie udający się do pracy i dzieci maszerujące do szkoły. Powoli ruch się wzmagał.

 

W momencie kiedy Francuzi się oddalili, zjawił się nasz przewodnik. Jeszcze zdążyłem zawołać Francuzów ale nie ruszyliśmy od razu, bo dopiero ten nasz przewodnik zamówił sobie śniadanie. Już nas to wkurzyło, bo oznaczało, że trzeba będzie czekać co najmniej 20 minut na bęcwała. To taki koleś w stylu Cristiano Ronaldo, wyżelowany w nienagannym stroju sportowym, plecaczek, ładne buciki sportowe i taka sama gadka. Nie bardzo mi podpasował.

 

Po kolejnych minutach oczekiwania wreszcie mogliśmy ruszyć w górę, po schodach do miejsca skąd miał nas zabrać bus. Tam doszła do nas para z Niemiec i zaczęliśmy się przebijać przez zatłoczone ulice porannego La Paz. To nie była miła przejażdżka, bo zewsząd słychać było klaksony i poruszaliśmy się w ślimaczym tempie. Nasz kierowca jednak radził sobie nieźle i wkrótce mogliśmy jechać trochę szybciej bo udało nam się wyjechać na wylotówkę. Po drodze, zanim dojechaliśmy na miejsce, zatrzymaliśmy się gdzieś na przedmieściach i nasz laluś przyniósł sobie nową parę butów.

 

Miejsce gdzie ostatecznie zakończyła się nasza podróż busem było miejsce zwane La Cumbre tuż przy jeziorze Estrellani. To zaledwie 25 km od centrum La Paz ale droga się nam wydłużyła przez te korki i na miejscu byliśmy ok. 10.00. Było chłodno no ale znajdowaliśmy się na wysokości 4650m i było jeszcze dość wcześnie.

 

Zajęliśmy się dopasowywaniem rowerów. Oki-Doki zapewniał nas, że sprzęt będzie dobrej jakości bo przecież nie wybraliśmy najtańszej opcji, tylko środkową. To co zobaczyliśmy nie było dobrym sprzętem. Potargane siodełka, łyse opony, odrapany lakier na ramie… Jednak wszystkie te rowery wyglądały tak samo więc wyboru nie mieliśmy.

 

Laluś zaczął dobierać odpowiednie rowery do naszego wzrostu. W międzyczasie mieliśmy się przebrać w stroje, które rozłożyli w kupkach na ziemi. To były stroje jak na motor czyli skórzane kurtki, ochraniacze na łokcie, kolana, całuski i kaski. Kaski też na motor a nie na rower więc wyglądaliśmy trochę komicznie. W dodatku mój kask cisnął mnie w czerep, że zapytałem tego lalusia czy muszę w tym jechać ale nie zgodził się żebym to zdjął.

 

Droga Śmierci: początek

 

Zaczęliśmy testować sprzęt. Przerzutki, hamulce, wysokość siodełka, czy nie ma luzów. Nie było rewelacji ale jakoś to jeździło. Mogliśmy wyruszać ale najpierw mieliśmy zrobić sobie kilka zdjęć. Widać, że mają to obcykane już, jak się ustawić, jaką pozę zrobić itd. Zdziwiło nas tylko to, że jeden z Francuzów zniknął. Spytałem tego drugiego a on powiedział, że już pojechał bo on całą Amerykę zjeżdża rowerem więc jest zaprawiony. "No to musi być kozak" – pomyślałem.

 

Droga Śmierci: początek

 

Wreszcie wybiła godzina odjazdu. Laluś ustalił zasady, że jedzie pierwszy, a na końcu będzie jechał wóz techniczny i w razie komplikacji będzie nam pomagał. Jeśli chcemy zrezygnować, zawsze możemy wsiąść do samochodu. Co jakiś czas będą przystanki na zebranie całej grupy. No to jazda…

 

Boliwijska "El camino de la muerte" to wąska szutrowa droga łącząca La Paz i Coroico. Rowerzyści pokonują skrócony odcinek od wzniesienia La Cumbre na wysokości 4700m do przedmieść Coroico. Na długości 64 km pokonuje się 3500 metrów różnicy wzniesień oraz setki ostrych zakrętów. Składa się z dwóch odrębnych odcinków: asfaltowego nadal używanego przez samochody oraz tzw. "starą" czy "właściwą" wybudowaną przez paragwajskich więźniów, wziętych do niewoli podczas trwającej od 1932 do 1935 roku wojny o Gran Chaco.

 

Przez 70 lat była jedynym traktem komunikacyjnym wiodącym przez Yungas i łączącym boliwijskie Andy z porośniętymi deszczowymi lasami dolinami. Jeździły nią cały czas samochody i autobusy, co przekładało  się na częste wypadki, które powodowały od 200 do 300 ofiar śmiertelnych rocznie. Jednak w 2006 roku ukończono asfaltową szosę omijającą najniebezpieczniejszy fragment i stara droga przeszła do lamusa. Obecnie rzadko pojawiają się tam samochody, natomiast sporo firm organizuje zjazdy rowerowe.

 

Dodatkową atrakcją towarzyszącą zjazdowi jest krajobraz różnych stref klimatycznych od zimna wśród ośnieżonych skalistych szczytów na wysokości prawie 5,000 n.p.m. do wilgotnego gorąca dżungli na 1,200 m n.p.m. Droga wcina się w zbocza gór z jednej strony, a przy drugiej krawędzi odsłania imponujące przepaście o głębokości do nawet 600 metrów. Oczywiście trudno doświadczyć barierek, a droga często zwęża się do 3.2m szerokości. Dodatkowym utrudnieniem jest ukształtowanie terenu, wodospady oblewające pionowe ściany po prawej stronie, których wody nasączają grząską nawierzchnię oraz w porze deszczowej częste mgły.

 

Nasz przewodnik wyrwał szybko naprzód, Francuz tuż za nim, potem para Niemców i na końcu my. Basia prosiła żebym jechał za nią i dlatego pozostawałem ostatni w peletonie. Było zimno ale ubrani byliśmy grubo i podczas zjazdu nie odczuwaliśmy tego chłodu w ogóle. Mijaliśmy co prawda oblodzone skały, a na szczytach gór widać było zalegający śnieg ale na drodze było sucho.

 

Droga Śmierci: początek

 

Prędkość była dość spora ale przeszkadzały dwie rzeczy: ciągle wyprzedzające nas samochody, nierzadko ciężarówki oraz grys zalegający na poboczu, który mógł spowodować wywrotkę, bo koło zakopywało się na grubość opony. Ale mieliśmy frajdę, bo oczywiście nie trzeba było w ogóle kręcić, rower rozpędzał się sam. Po obu stronach widzieliśmy serpentyny naszej drogi i ogromne przestrzenie ale nie było żadnego zagrożenia żeby coś się stało. To jeszcze nie ten odcinek.

 

Droga Śmierci: początek

 

Jak dla mnie Basia jechała za wolno ale obiecałem jej, że będę za nią jechał więc trochę musiałem przyhamowywać. Rozciągnęliśmy się w ten sposób na kilkuset metrach i tylko w dole widzieliśmy pędzącego Francuza, a potem parę z Niemiec. Za nami cały czas powolutku toczył się niebieski wóz techniczny.

 

Po lewej stronie mieliśmy ogromną skałę z widocznymi cięciami jakiejś maszyny, która musiała wyżłobić w litej skale tę drogę. Gdy wypadliśmy zza zakrętu zauważyliśmy, że coś się stało bo laluś rozbierał rower Niemki. Samochód techniczny zaparkował na poboczu i mieliśmy chwilkę na rozejrzenie się po okolicy w czasie gdy nasza obsługa techniczna wymieniała oponę w rowerze Niemki. Pechowa Niemka złapała gumę.

 

Droga Śmierci

 

Po naprawie znów puściliśmy się w dół. Droga była kręta ale asfalt dobrej jakości, a grys był na bieżąco usuwany przez jakichś gości z miotłami. Ale daleko nie ujechaliśmy gdy Niemcy znów zwolnili i okazało się, że awaria się powtórzyła. Wściekła była ta dziewczyna, co oczywiście nie dziwi i śmialiśmy się, że wzięła rower przeznaczony dla mnie.

 

Wyprzedziliśmy ich i dojechaliśmy do miejsca gdzie można było ponownie naprawić rower. Znów minęło trochę czasu i nasz przewodnik powiedział nam, że następny przystanek jest przed tunelem. Zabronił nam samym przejeżdżać przez tunel. Tam mieliśmy się spotkać. Niemka dostała rower lalusia, a on przesiadł się na ten jej.

 

Znów jechaliśmy na szarym końcu, a za nami pyrkał sobie wóz techniczny. Cała czwórka czekała na nas gdy dojechaliśmy do nich. Wtedy laluś wytłumaczył nam, że musimy objechać tunel bokiem, ścieżką a potem mamy zatrzymać się przy punkcie kontroli antynarkotykowej. Tam mamy zsiąść z rowerów i przejechać kawałek samochodem. Podobno ten odcinek jest jedynym odcinkiem wznoszącym się i dlatego pokonuje się go w samochodzie, bo za długo by to trwało żeby się na niego wspinać i pewnie wielu turystów by nie dało rady. To był 15km naszego zjazdu.

 

Droga Śmierci                                                                                                 ©Mosquito293

 

Objechaliśmy tunel bokiem i jechaliśmy jeszcze 4km gdzie spotkaliśmy drugiego Francuza czekającego na nas. Do tej pory nie wiem w jaki sposób on się tam znalazł i kiedy pojechał. No i dlaczego mógł sam jechać a my nie. To był koniec naszej przejażdżki po asfalcie.

 

Droga Śmierci

 

Tam załadowaliśmy rowery z powrotem na dach naszego niebieskiego vana i teraz czekała nas krótka przejażdżka samochodem. Jechaliśmy dalej asfaltem ale po 12km skręciliśmy w boczną szutrową drogę i po chwili naszym oczom ukazała się prawdziwa Droga Śmierci. Basia tylko westchnęła: "Nie podoba mi się to…"

 

Droga Śmierci                                                                                              ©John Macdonald

 

Po kilkuset metrach zatrzymaliśmy się ponownie i pozwolono nam wyjść. Uderzyła w nas fala gorącego powietrza. Znaleźliśmy się w zupełnie innej strefie klimatycznej. Natychmiast zapragnęliśmy zdjąć co mieliśmy pod spodem.

 

To był też ostatni moment aby skorzystać z toalety, której oczywiście nie było ale było sporo miejsca żeby się oddalić. Chyba każdy skorzystał i nawet musieliśmy czekać na Niemkę, która spóźniła się na wspólne zdjęcie na tle drogi. Tutaj też dostaliśmy lunch. Bułka, jakieś słodycze i coca-cola. Niby niewiele ale mi to całkiem wystarczyło i było całkiem dobre.

 

Droga Śmierci

 

Powoli zaczęliśmy się przygotowywać do wyjazdu. Jeszcze weszliśmy na wieżyczkę, z której ładnie było widać drogę. O dziwo było cicho i żadnej duszy na tej drodze. Myślałem, że spotkamy wielu turystów. Jeszcze jedno zerknięcie na drogę z wieżyczki i już byłem na dole.

 

Droga Śmierci

 

Czuło się lekki dreszczyk emocji przed wyjazdem na trasę. Doskwierał upał i ciężko było mi sobie wyobrazić jechanie w tym hełmie. Wkurzał mnie, bo był za ciasny i ciężko się w nim oddychało.

 

Wreszcie nadszedł moment wyjazdu. Laluś ruszył pierwszy ale zanim to zrobił rzucił na odchodnym: "Postarajcie się nie spaść." Zanim ruszyli Francuzi, Niemcy i znów na końcu my. Ledwie jednak ruszyłem kiedy spadł mi łańcuch. Musiałem go nakładać, a w tym czasie wszyscy już odjechali. Ale poradziłem sobie szybko i za chwilę znalazłem się jak pozostali na Drodze Śmierci.

 

To oczywiście nie asfalt więc jechało się znacznie gorzej ale mi to nie przeszkadzało. Nie było tak źle jak myślałem, że będzie. Nie było też tak wąsko. Krawędź była porośnięta gęstym buszem więc z jednej strony było to niebezpieczne ale z drugiej strony nie było widać co za tym buszem się znajduje. Oczywiście wiedzieliśmy, że jest tam tylko dużo powietrza.

 

Droga Śmierci

 

Jechałem za Basią, której bardzo dokuczały kamienie i w ogóle nawierzchnia. Przez to ja musiałem cały czas hamować i bałem się, że w końcu wjadę jej w koło i się przewrócimy. Basia jechała zdecydowanie za wolno. Nie było szans dotrzymania kroku pozostałym i szybko zaczęło być to frustrujące dla obojga z nas. Basia się wkurzała, że wibruje jej kierownica i do tego dochodził strach, mi doskwierał brak prędkości i ciągłe hamowanie. Przez to musiałem być bardziej skupiony na jeździe.

 

Jednak jechaliśmy w ten sposób i tylko na dużych wirażach widzieliśmy znikających za następnym zakrętem prowadzących Francuzów, którzy cisnęli na maksa. Para niemiecka odstawała ale też sobie radziła, my trochę w ślimaczym tempie ale też spokojnie sobie jechaliśmy wzdłuż ściany.

 

W końcu jednak zatrzymali się w jakimś punkcie żebyśmy mogli sobie coś pooglądać, a nie tylko jechać. W ten sposób dogniliśmy ich, a za nami podjechał nasz wóz techniczny. My niestety nie zabawiliśmy tam długo bo ledwie dojechaliśmy, to wszyscy wsiedli na rowery i znów pojechali, bo czekali na nas już dość długo.

 

No to my też musieliśmy wsiąść szybko na nasze bicykle i ruszyć za uciekającą nam piątką. Jednak długo nie ujechaliśmy gdyż cierpliwość Basi się wyczerpała i frustracja wzięła górę. Zatrzymała się i stwierdziła, że dalej nie jedzie bo ma dość mojego ciągłego hamowania, które słyszała przez cały czas. Była wściekła przede wszystkim na siebie, że dała się na to namówić, wyzywała, że kasa w błoto i ogólnie bluzgi leciały.

 

Nie wiedziałem co robić, czy ją namawiać, uspokajać, czy pozwolić jechać autem. Ona nie pozostawiła mi żadnych wątpliwości, że mam jechać sam i gonić pozostałych. Gdy się upewniłem, że naprawdę to koniec jej udziału w tym przedsięwzięciu, nacisnąłem mocno na pedały i ruszyłem ostro po tych kamieniach.

 

Droga Śmierci

 

Biedna Basia musiała podać kierowcy rower aby mógł go wziąć na górę, na dach, przebrała się w letnie ubranie i wsiadła w samochód. Mogła wreszcie pokręcić trochę filmu, porobić zdjęć i… nieźle się bać. Rowerem bowiem jechać jest łatwo, bo rower jest wąski i ma się nad nim kontrolę. Jazda samochodem po takiej drodze to inny rodzaj przeżycia, bo przez szybę nie widać krawędzi drogi a tylko przepaść. Nasz kierowca jechał dość odważnie, można rzec i Basia później w sumie żałowała, że dokonała takiej zamiany.

 

Tymczasem ja gazowałem ile się dało. Jechało się całkiem dobrze, miałem sporo miejsca mimo wszystko i już po chwili dogoniłem Niemców. Przejechaliśmy kawałek i znów był postój. Laluś pokazał nam wrak leżącego na samym dole samochodu. Podobno stało się to dwa tygodnie temu. 5 ofiar. Samochód całkowicie zniszczony.

 

Dalej jechaliśmy już razem, mijając kolejne zakręty. Niektóre bardzo ostre i wąskie, gdzie miejsca było tylko na jedno auto. Wtedy uświadomiłem sobie, że przecież teraz Basia będzie jechać tym vanem i strach mnie obleciał. Zacząłem się nerwów oglądać za siebie, czy czasem nie widać niebieskiego vana i gdy tylko wyłaniał się zza zakrętu, mogłem dalej jechać spokojniejszy.

 

Droga Śmierci

 

Kolejny przystanek i laluś zrobił nam kultowe zdjęcia na chyba najostrzejszym zakręcie, pod którym rozciągała się 600m przepaść. Zeszliśmy z rowerów i w międzyczasie gdy laluś robił fotki, podjechał nasz van. Niemcy zaczęli narzekać znów na rowery. Tym razem jego rower szwankował bo okazało się, że nie ma hamulców! Jazda na tej drodze bez hamulców była praktycznie równa samobójstwu więc pospiesznie wymieniono mu rower na ten Basi. Tak więc Basia uratowała być może temu Niemcowi życie.

 

Droga Śmierci

 

Wsiedliśmy na rowery i znów pognaliśmy w dół. Sporo zakrętów, kurz, dużo kamieni pod kołami, trochę piachu ale też zwisające gałęzie i małe wodospady powodujące, że fragmenty drogi były mokre i grząskie. Na szczęście była to pora sucha więc teren był w miarę stabilny ale podobno w porze deszczowej robi się zdecydowanie bardziej niebezpiecznie.

 

Tak też było w 2001 roku gdy odnotowano pierwszą rowerową ofiarę. Zatrzymaliśmy się w miejscu gdzie zginęła. Stoi tam teraz pomnik upamiętniający to smutne wydarzenie. Laluś zrobił nam krótki wykład o tym wypadku. Dziewczyna z Izraela jechała wraz z chłopakiem we mgle i nie zauważyli zakrętu. On zdołał się złapać gałęzi i zawisł nad przepaścią, ona poleciała w dół. Od tamtej pory do dziś, zginęło 29 rowerzystów.

 

Droga Śmierci: pomik pierwszej ofiary wypadku rowerowego

 

Tuż obok tego miejsca rozbijał się po skałach chyba największy i najbardziej spektakularny wodospad i laluś zdecydował, że będziemy przejeżdżać pod nim, a kierowca vana będzie robił fotki. Wypuszczał nas pojedynczo, a kierowca robił zdjęcia. Na tym zakręcie znajdował się też kolejny krzyż, upamiętniający jedną z setek ofiar tej drogi. Takie krzyże spotykaliśmy co jakiś czas.

 

Droga Śmierci

 

Powoli droga zaczynała się wypłaszczać, robiło się gorąco bo teren się zrobił bardziej odkryty, znikały ogromne przepaście, choć nadal było wysoko. Ciężko mi się oddychało przez ten hełm, który zastawiał usta i w dodatku zauważyłem, że przerzutki u mnie nie działały. Chciałem sobie zrzucić, bo wjechaliśmy we fragment gdzie było lekko pod górkę. To jedyny taki moment kiedy trzeba mocniej nacisnąć na pedały. W tym miejscu Niemcy spuchli więc jechałem z Francuzami, a potem już na drugiej pozycji, bo jeden z Francuzów też miał dość. Ja niestety mordowałem się strasznie z tymi przerzutkami bo miałem łańcuch na najniższej i naprawdę aż musiałem stawać na pedała żeby podjechać pod to lekkie wzniesienie.

 

Na 20km tej drogi był punkt postojowy. Był jakiś sklepik, kilka ławeczek i zadaszenie. Tam mogliśmy odpocząć. Laluś wręczył nam zimną wodę. Na początku zapomniał o Basi, która też już się zjawiła ze swoim kierowcą. Potem jednak i jej dał zimną wodę. Mogłem zdjąć ten hełm, który odcisnął mi się na czaszce. Basia robiła zdjęcia Niemcom, bo ją prosili.

 

Droga Śmierci

 

Zostało nam jeszcze 7km zjazdu, choć znów były wzniesienia. Droga już jednak nie była niebezpieczna, był łagodny zjazd, przejazd przez rzekę i znów trochę pedałowania pod górkę. Po przejechaniu tych 7km, zobaczyliśmy jakieś zabudowania, bar i kilka vanów z rowerami, co oznaczało koniec zjazdu i koniec imprezy.

 

Droga Śmierci

 

Ten ostatni fragment trochę nas zmęczył ale głównie przez kiepskie rowery i nieodpowiednie ubranie, które nie pasowało aktualnym warunkom. Dlatego z przyjemnością zdjęliśmy te ciuchy i oddaliśmy je lalusiowi. Wzięli też nasze rowery i byliśmy gotowi do wyjazdu na lunch.

 

Przejechaliśmy jeszcze kawałeczek i znaleźliśmy się w jakiejś zagrodzie, która kiedyś prawdopodobnie była jakimś ośrodkiem wypoczynkowym. Jednak swoje lata świetności miała dawno temu. Stare, odrapane budynki, basen w którym chyba nikt nie miałby ochoty się wykąpać i toalety też już z długą historią.

 

Dostaliśmy ręczniki, mydełka i szampony i 20 minut na załatwienie sprawy. Poszedłem się wykąpać. Woda słabo leciała i tak kręciłem kurkiem, że został mi w ręce. Była tylko zimna woda ale wyszorowałem się, wypłukałem cały kurz z włosów i z ciała i dzięki temu wróciły do mnie siły. Teraz tylko zjeść jakiś dobry obiad. I tutaj organizatorzy wypadli lepiej niż się spodziewaliśmy. Zaproszono nas do jednego z tych budynków, gdzie mieściła się wielka sala jadalna. Na jednym ze stołów były przygotowane posiłki do nakładania. Wybór był bardzo duży. Dwa rodzaje mięsa, zupy, sporo surówek, ziemniaki, ryż, frytki, coś do picia, desery.

 

Wszyscy rzucili się na to jedzenie, choć tylko my nałożyliśmy sobie wszystkie surówki. Ani obaj Francuzi ani Niemcy nie brali żadnych warzyw tylko ładowali mięso i frytki. Trochę nas to zdziwiło, bo te surówki były bardzo dobre. Zresztą my jesteśmy fanami świeżych warzyw więc bardzo nas ucieszył ten spory wybór.

 

Po obiedzie Niemka rzuciła hasło darmowego piwa, które Francuzi ochoczo podjęli. Pokazali ulotki, na których było napisane, że w pakiecie jest jeszcze darmowe piwo. Poszli więc się pytać ale podobno nie dojechało. Generalnie byli lekko oburzeni tym faktem ale obyło się bez awantury.

 

Po obiedzie mogliśmy jeszcze trochę posiedzieć na leżakach przy basenie w słońcu. Dookoła nas były góry porośnięte bujną zielenią, nad którymi krążył kondor. Było cicho i aż trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno byliśmy w miejscu gdzie leży śnieg i ze skał wiszą sople lodu. Tutaj smażymy się w promieniach ostrego słońca.

 

Droga Śmierci: koniec

 

Wkrótce jednak czekał nas powrót na wzniesięnie, a potem do La Paz. Oczywiście nie wracaliśmy Drogą Śmierci, tylko jej asfaltowym objazdem. Zanim na niego wjechaliśmy musieliśmy go odnaleźć lecz naturalnie nie było żadnego z tym problemu, bo kierowca zapewne pokonuje tę trasę codziennie. Jechaliśmy więc po górach, serpentynami, ostrymi zjazdami i z boku od czasu do czasu widzieliśmy naszą Drogę Śmierci. Mijaliśmy też roboty drogowe, pożary lasu ale przez większą część mozolnie wspinaliśmy się na te 4700.

 

Droga Śmierci

 

Pod nami piękne widoki, gór poprzecinanych głębokimi dolinami. Droga bardzo się nam dłużyła bo samochód jechał wolno wbijając się w wyciętą drogę prowadzącą tylko w górę. Często przeszkadzały inne, słabsze pojazdy, nierzadko załadowane ciężarówki i trzeba było czekać na jakiś prosty odcinek gdzie możliwe było wyprzedzenie takiego delikwenta.

 

Gdy zbliżaliśmy się do miejsca skąd rozpoczęliśmy nasz zjazd, jeden z Francuzów poprosił o zatrzymanie samochodu. Bardzo źle się poczuł po tych wszystkich serpentynach i pewnie wysokość też miała znaczenie. Musieliśmy poczekać na niego gdy sobie spacerował po poboczu gdzie pasły się kozy, osły i lamy. Tam już był śnieg i ostre górskie powietrze więc chyba go to orzeźwiło bo gdy wrócił, to już dojechał do końca.

 

Nie zatrzymywaliśmy się przy jeziorze gdzie był nasz punkt początkowy tylko od razu zjeżdżaliśmy do La Paz. Zaczynała się już szarówka więc widzieliśmy znajomy już widok podłączania żarówek do latarni miejskich celem oświetlenia ich kramików. Przebijaliśmy się przez korek, który niczym nie różnił się od tego porannego.

 

La Paz

 

Laluś zapowiedział, że jedziemy do ich biura, które na szczęście znajdowało się niedaleko naszego hotelu. Gdy wreszcie mogliśmy wysiąść, po męczącej podróży przez miasto, zabrał nas do biura posadził na fotelach i zabrał się za wypalanie płyt ze zdjęciami dla każdego z nas. Spytał o nasze rozmiary i wręczył każdemu koszulkę z hasłem "Przeżyłem Drogę Śmierci". Na koniec wręczył nam, a konkretnie Niemce, 30B jako rekompensatę za brak piwa. Poradził skoczyć do jakiegoś pubu.

 

Wydawało się nam, że 5B to zdecydowanie za mało żeby kupić piwo w pubie ale poszliśmy to sprawdzić. Mieliśmy rację, ponieważ jedno kosztowało 15B więc na 6 osób 30B to trochę mało. To trochę wkurzyło Niemkę i poszła razem z Basią żeby reklamować sprawę. Wróciły jednak z niczym bo tyle było przeznaczone na osobę. W takiej sytuacji jeden z Francuzów powiedział, że odpuszcza, bo żona na niego czeka i została już tylko nasza piątka.

 

Zrobiła się krępująca sytuacja bo wszyscy mieliśmy dość już tego piwa ale Niemcom głupio było zabrać całą kasę dla siebie więc postanowiliśmy to rozmienić i sprawiedliwie rozdzielić po 6B. W ten sposób dostaliśmy 12B i wszyscy rozstaliśmy się w centrum La Paz. Każdy poszedł w swoją stronę, a my zaczęliśmy szukać jakiejś restauracji żeby coś zjeść na kolację.

 

Znaleźliśmy spokojną pizzerię, w której honorowano zniżki ISIC więc po okazaniu naszych legitymacji dostaliśmy 10% upustu i całkiem dobrą pizzę. Było już późno kiedy wyszliśmy na ulicę. Do hotelu było bliziuteńko więc po kilku krokach weszliśmy do niego i dość mocno zmęczeni, bez problemu zasnęliśmy.

 

Tutaj można zobaczyć zjazd Drogą Śmierci zarejestrowany przez jakiegoś uczestnika, który miał na kasku zamontowaną kamerę.

 

Dzień 23: La Paz (A) – początek zjazdu (B) = 27km

 

Dzień 23: początek zjazdu (A) – koniec asfaltu (B) = 27km

 

Dzień 23: początek szutru (A) – koniec zjazdu (B) = 27km

 

Dzień 23: koniec zjazdu (A) – La Paz (B) = 101km

 

Dzień 23: = 182km

 

Dzień 24 - 9 sierpnia 2012 – czwartek

 

NA KSIĘŻYCU

 

Dziś sobie pospaliśmy. Na śniadanie to co było ostatnio. Ważne, że coś na początek dnia mieliśmy w żołądkach. Po śniadaniu weszliśmy na internet żeby wysłać zapytania do ludzi z Rio. Wybrałem 8 osób z nadzieją, że ktoś nas przygarnie.

 

Byliśmy gotowi na wymarsz na miasto. Od razu zaatakowali nas goście z "fossilami". Na mieście spory ruch, przeciskamy się chodnikiem i wreszcie docieramy do biura informacji turystycznej. Tym razem jest otwarta i przyjmuje nas starsza pani. Trochę mówi po angielsku więc dogadujemy się w sprawie Valle de la Luna, do której zaplanowaliśmy dzisiaj wycieczkę. Chcieliśmy się dowiedzieć jak tam dotrzeć.

 

Pani pomogła nam, pokazując na mapie gdzie wysiąść i przede wszystkim dzięki niej wiedzieliśmy, który busik lub mikrobus wziąć. Do tej pory była to dla nas obca rzecz ale w końcu musieliśmy jakiś wybrać żeby się przemieścić. Oczywiście byliśmy zaprawieni po Limie więc sam system nie był dla nas już szokiem ale teraz jeszcze trzeba było zdobyć jeden z nich.

 

Staliśmy więc na rondzie o nazwie Plaza Antonio Jose de Sucre, po którym jechały setki busików. Ludzie stali na ulicy i łapali nawet te, które jechały po wewnętrznym pasie. Wszystko to działo się pod budynkiem Ministerstwa Sportu, który to miał widoczne ślady roztrzaskanych puszek z farbą na elewacji. Jak widać Boliwia to naprawdę jeszcze mało ustabilizowany kraj. Dodatkowo w całym mieście, a szczególnie w tym rejonie aż roiło się od policji. Naliczyliśmy co najmniej 4 rodzaje policji ale nie wiedzieliśmy czym się różnią. 

 

Wielu policjantów zajmowało się kontrolą ruchu pomimo świateł ale czasem mieliśmy wrażenie, że nikt nie zwraca na nich uwagi. Jazda samochodem w tym mieście do wyzwanie dla przyzwyczajonego do zasad Europejczyka. Dodatkowo nie zauważyliśmy żeby były jakiekolwiek światła dla pieszych i trzeba było czekać na zmianę świateł dla samochodów aby w miarę bezpiecznie przejść na drugą stronę.

 

Tutaj jednak te zasady nie obowiązywały i musieliśmy wypatrywać naszych busików, które nam pani podpowiedziała. Staliśmy więc na tym rondzie, wchodząc bezczelnie na ulicę i wyłuskując wzrokiem odpowiednich numerów wśród całego gąszczu przejeżdżających samochodów.

 

La Paz: centrum                                                                                          ©Marcelo monzon

 

Mallasa to było miejsce, do którego jechały busy przejeżdżające przez Dolinę Księżycową. To około 12km od tego miejsce, w którym staliśmy i miało to nam zająć mniej więcej 45 minut. Kilka busików z napisem Mallasa umknęło nam ale wreszcie dorwaliśmy jednego i po upewnieniu się, że jedziemy w dobre miejsce, mogliśmy niczym sardynki w puszcze pomęczyć się w ciasnym busie przez kolejne 40 minut.

 

Jechaliśmy w dół, mijając najpierw wieżowce ze szkła, a potem estakady i dzielnice mieszkalne. Nie wyglądało to tak źle, jak z tej drugiej strony, z której przyszliśmy pierwszego dnia. Potem powoli wyjeżdżaliśmy z bardziej zatłoczonych ulic w kierunku spokojniejszych, bez takiego mocno natężonego ruchu. Nie do końca wiedzieliśmy gdzie wysiąść więc musieliśmy być czujni żeby tego nie przegapić.

 

W końcu upewniwszy się u współpasażerów, wysiedliśmy pod bramą prowadzącą do naszego miejsca docelowego. Niestety od razu nas wkurzyli cennikiem, ponieważ jako obcokrajowcy musieliśmy zapłacić 5 razy więcej za bilet. W sumie nie była to jakaś oszałamiająca kwota ale wkurzyliśmy się na takie praktyki, które są czysto rasistowskie. Ale bilety kupiliśmy i weszliśmy na teren doliny.

 

La Paz: bilet wstępu do Doliny Księżycowej

 

Valle de la Luna czyli Dolina Księżycowa to obszar, na którym erozja starła większość materiału z których zbudowane były góry. W większości była to glina, a nie skała i przez wieki, elementy te stworzyły nieco dziwne dzieło, podobnie do pustyni wypełnionej stalagmitami. Ten niesamowity krajobraz, który tworzą stożki skalne, doliny i szczyty przypomina powierzchnię księżyca. Ścieżki, które pozwalają schodzić lub wspiąć się na wystające na środku doliny skały, gwarantują wspaniałe widoki.

 

Na początku nie mogliśmy ogarnąć legendy ale wyjaśniło się, że są dwie możliwości zwiedzania: 15 minutowa i 45 minutowa. Wybraliśmy tę dłuższą i według strzałek chodziliśmy sobie po tych rzeczywiście księżycowych alejkach. Sterczące ostro zakończone szczyty, głęboko wżynające się w ziemię rowy i doliny, nad którymi położono drewniane kładki, dawały nam sporo radości, bo był to widok naprawdę dziwny.

 

La Paz: Dolina Księżycowa

 

Ten spacer, o dziwo, kosztował nas sporo sił. Ciężko się nam oddychało, brakowało tlenu więc oznaczało to, że mamy lekkie objawy choroby wysokościowej. Elementem wspomagającym to uczucie na pewno był upał, który tam panował. Nie było to na pewno zwykłe zmęczenie, bo ta dolegliwość dopadła nas praktycznie w tym samym momencie. Dlatego bardzo powoli wchodziliśmy na różne punkty widokowe.

 

La Paz: Dolina Księżycowa

 

Oprócz tych dziwnych skał, były też głębokie rowy wypełnione tylko unoszącym się pyłem. Roślinność, która mogła to wszystko znieść, musi być bardzo odporna na taki rodzaj podłoża i górowały nad wszystkim tylko kaktusy i jakieś krzaki.

 

La Paz: Dolina Księżycowa

 

Była też zadaszona ławeczka, na której trochę odpoczęliśmy i wzgórze, z którego widać było całe La Paz. Oprócz nas, po całej dolinie chodziły tylko jeszcze dwie dziewczyny. Szły za nami, do momentu, gdy zaczęliśmy okupację zacienionej ławeczki na wzgórzu. Wtedy nas wyprzedziły.

 

Przeszliśmy całą trasę, zaglądając w głębokie szczeliny, wznosząc wzrok ku wysokim i strzelistym skałom i przypatrując się różnym formacjom skalnym, które czasem przyjmowały najdziwaczniejsze kształty. Raz trzeba było wchodzić, później było ostro w dół.

 

La Paz: Dolina Księżycowa

 

Byliśmy zadowoleni z przyjazdu tutaj, bo warto było to zobaczyć. Teraz tylko musieliśmy wrócić do miasta i dlatego poszliśmy łapać jakiegoś busa do centrum. Nie było z tym problemu i wkrótce nadjechał taki, który nas zabrał. Rozpoczynał tutaj trasę więc był pusty ale w miarę zbliżania się do centrum, ludzi przybywało. Gościu, który siedział obok nas był naganiaczem i przez całą drogę krzyczał: "Arce, Prado, Peereeeeeeeeeeeeeeeez!!!".

 

Postanowiliśmy wysiąść trochę wcześniej gdyż w planie mieliśmy wizytę w supermarkecie. Załatwiając sprawy Drogi Śmierci w agencji, przy okazji spytaliśmy o supermarket, bo na żaden się nie natknęliśmy w pobliżu. Okazało się, że wszystkie są gdzieś daleko i w ogóle jest ich bardzo niewiele. Jak widać handel odbywa się tu praktycznie na ulicy więc supermarkety są  zbędne. No ale Oki-Doki zaznaczył nam na mapie kilka i dlatego chcieliśmy dziś wysiąść w jego pobliżu.

 

Najpierw jednak trzeba było coś zjeść i natknęliśmy się na włoską knajpę naprzeciwko ambasady Niemiec. Wyglądała ładnie. Weszliśmy na piętro, całkiem czysto i jasno, ładny wystrój, są czyste łazienki. W karcie dań też spory wybór więc postanowiliśmy, że zostajemy. Nie spodziewaliśmy się żadnych rewelacji ale byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni gdy przyniesiono nam nasze zamówienie. Wzięliśmy sobie milanesy i ich wielkość nas przygniotła. Strasznie się objedliśmy. To było bardzo dobre i bardzo, bardzo wielkie danie. Dodatkowo przynieśli nam darmowy chleb czosnkowy, który już spowodował, że zaspokoiliśmy podstawowy głód.

 

La Paz: paragon z restauracji

 

Po wyjściu próbowaliśmy zidentyfikować trasę dojścia do supermarketu i odkryliśmy, że trzeba wejść po schodach i trochę się jeszcze cofnąć. Wejście po schodach, w tym upale, z takimi brzuchami i na tej wysokości spowodowało, że znów mieliśmy mroczki przed oczami. Błąkaliśmy się po dzielnicy konsulatów i ambasad ale w końcu znaleźliśmy ten supermarket. Przeszliśmy około kilometra i ujrzeliśmy pomarańczowo-zielone barwy sieci Fidalga.

 

Po wejściu do sklepu od razu naraziliśmy się ochronie. Nie wiedzieliśmy bowiem, że musimy oddać wszystkie nasze torby i plecaki i zostawić je w schowkach. Dostaliśmy numerek i mogliśmy wejść na teren sklepu.

 

Planowaliśmy większe zakupy aby zabrać rzeczy na salary. Dlatego nastawiliśmy się na duże zakupy ale niestety ten supermarket bardzo nas rozczarował. Za dużo rzeczy to tam nie było i długo się zastanawialiśmy co tu wybrać. Wzięliśmy wodę, jabłka i trochę chleba. Basia wzięła jeszcze sardynki w puszce. Chodziło nam o rzeczy w miarę trwałe.

 

La Paz: paragon z supermarketu

 

Po wyjściu ze sklepu musieliśmy się jakoś spakować w te nasze małe plecaki, a potem już powoli kierować w stronę hotelu. Szliśmy sobie równoległą drogą aż do momentu kiedy droga wchodziła w tunel więc skręciliśmy w prawo i z powrotem znaleźliśmy się w znajomym miejscu skąd już dobrze nam znaną drogą wracaliśmy pod górkę w kierunku hotelu. Tym razem szliśmy środkiem, gdzie był pas zieleni z ławeczkami i pomnikami. Zatrzymywaliśmy się od czasu do czasu na niektórych i obserwowaliśmy ludzi. Przystanęliśmy też przy pomniku Krzysztofa Kolumba.

 

La Paz: pomnik Krzysztofa Kolumba

 

Usiedliśmy w pobliżu miasteczka namiotowego, które nadal tam stało. Ludzie wywiesili zdjęcia zaginionych podczas jakichś rozruchów politycznych z przeszłości. Koczowali naprzeciwko Ministerstwa Sprawiedliwości. Widzieliśmy też jeszcze mniej przyjemne widoki, gdy jakiś koleś odlewał się centralnie na kwietnik. Nikt mu nawet nie zwrócił uwagi pomimo wszechobecnej policji.

 

Wygodniej się szło środkiem tej alei, bo nie trzeba było się przeciskać pośród tłumu ludzi napierających z każdej strony. W dodatku my wlekliśmy się noga za nogą, bo dodatkowo byliśmy obciążeni zakupami z supermarketu. Po drodze mieliśmy dość często usytuowane ławeczki więc mogliśmy sobie robić przystanki.

 

La Paz: centrum

 

Potem spotkaliśmy śmieszne zebry, tzn. ludzi przebranych za zebry, które przeprowadzały ludzi na przejściach dla pieszych. To chyba jakaś akcja edukacyjna dla kierowców żeby się zatrzymywali na pasach. W Polsce też by się przydała.

 

La Paz: centrum

 

Później doszliśmy do kościoła Franciszka i tam znowu jakieś występy. Przycupnęliśmy na schodkach i obserwowaliśmy scenę, na której prezentowały się jakieś ludowe zespoły w strojach narodowych. Potem śpiewała jakaś wschodząca gwiazda swoje smutne piosenki i nam też zrobiło się sennie bo już się ściemniało i zdecydowaliśmy się wrócić do hotelu.

 

La Paz: centrum

 

Tam sprawdziłem na couchsurfingu czy nie ma jakichś odpowiedzi z Rio. Z 8 wysłanych, odpisało dwóch i niestety negatywnie. Znalazłem też dwóch gości z San Pedro i też wysłałem. Potem siedzieliśmy i próbowaliśmy wybrać jakąś firmę na salary. Przeszukiwaliśmy forum na TripAdvisorze i robiliśmy notatki. Mieliśmy jutro rozpytać się po agencjach jakie mają ceny i która firma to obsługuje.

 

Dzień 24: La Paz: hotel (A) – busik (B) – Dolina Księżycowa (C) – restauracja (D) – supermarket (E) – kościół św. Francisza (F)  = 25km

 

Dzień 24:  = 25km

 

 

 

Dzień 25 - 10 sierpnia 2012 – piątek

 

POWRÓT NA SZLAK

 

Do 11.45 pakowaliśmy się. Przez te kilka dni w tym pokoju, zrobił się niezły bałagan, bo i pranie Basia robiła łapiąc wrzątek do reklamówki w związku z niskim ciśnieniem oraz generalnie ciągle coś wyciągaliśmy lub wkładaliśmy do plecaków.

 

Ostatnie śniadanie było znów tym samym ale ta sama pani, która codziennie przynosiła mi herbatę, ponownie pytała mnie 3 razy czy chcę herbatę czy kawę, na siłę wciskając mi kawę. Musiałem już bardzo głośno utwierdzić ją, że jednak nie chcę jej kawy, tylko herbatę z cynamonem, bo niestety innej nie mają.

 

Potem musieliśmy opuścić pokój i zapłacić. Mieliśmy cały dzień dodatkowy w mieście, bo autobus odjeżdżał dopiero wieczorem więc musieliśmy coś zrobić z plecakami. Postanowiliśmy spróbować zapytać czy nam pozwolą je zostawić w hotelu. O dziwo, zgodzili się bez problemu i zanieśliśmy je do specjalnego magazynu. Na dziś zaplanowaliśmy sobie wizytę w muzeum koki oraz małe zakupy.

 

Zaczęliśmy od muzeum, które znajduje się bardzo blisko naszego hotelu. Na jednej z tych uliczek w pobliżu Czarownic, wisiał szyld zapraszający do środka. Trzeba było wejść do kamienicy, którą akurat remontowali, a potem już wchodziło się do muzeum.

 

La Paz: muzeum koki

 

Muzeum koki czyli w oryginale Museo de la Coca obejmuje historię rośliny koki z regionu andyjskiego i związanej z nią kokainy. Dostaje się przewodnik w danym języku (oczywiście nie było po polsku) i z tą książką chodzi się po niewielkim mieszkaniu, na ścianach którego są przyczepione zdjęcia i teksty po hiszpańsku. Wszystko to jest przetłumaczone w tej książce.

 

Generalnie może zaciekawić pasjonatów, bo mamy tu całą historię upraw a potem jak to się wszystko potoczyło w kierunku narkotyku. Są też eksponaty, jakieś fiolki, produkcja opisana a na koniec degustacja herbatki za dodatkową opłatą. Nie byliśmy jakoś bardzo zafascynowani tym projektem ale wszystko obejrzeliśmy i przeczytaliśmy. Forma może trochę nużąca ale daliśmy radę.

 

La Paz: bilet wstępu do muzeum koki

 

Potem zajrzeliśmy do kilku agencji z pytaniem o salary i oceniliśmy ceny oraz organizatorów. Byliśmy już mądrzejsi o wiedzę z forum więc mogliśmy to ocenić. Jednak nie zdecydowaliśmy się na bukowanie czegokolwiek.

 

Było już po południu więc postanowiliśmy, z racji dużej ilości czasu, przespacerować się kolejny raz naszą znajomą aleją i wpaść na obiad do tej samej knajpy, w której tak bardzo się obżarliśmy. Nie spieszyliśmy się i raz po raz zatrzymywaliśmy się na ławeczce.

 

Coś się nam pokręciło i trochę zabłądziliśmy ale w końcu udało się nam odnaleźć naszą knajpkę i zamówiliśmy mniej więcej to samo co wczoraj. Obsługiwała nas ta sama pani z oszpeconą twarzą i znów obżarliśmy się jak świnie, że aż ciężko się nam szło z powrotem pod górę.

 

La Paz: paragon z restauracji

 

Gdy wróciliśmy pod Franciszka, obserwowaliśmy jakąś Indiankę sprzedającą kompot. Miała zwykłe plastikowe wiadro z kompotem z jabłek, za pokrywkę służyła folia, z dziurą przeznaczona na chochlę, którą nalewała ten kompot do szklanek. W drugiej ręce niosła drugie wiadro z wodą, w którym pływały szklanki. To była jej zmywarka. Wyciągała więc szklankę z wiadra, nalewała tam kompot, dawała klientowi do wypicia, a potem wrzucała te szklankę do drugiego wiadra. Oczywiście kasowała w międzyczasie za tę usługę…

 

Dzień wcześniej sami skorzystaliśmy z niewiele lepszej usługi. Co jakiś czas można spotkać też gości z furą pomarańczy, którzy na miejscu wycisną sok. Gdy było gorąco, chciało się nam pić więc pomimo raczej nieciekawego stanu higienicznego tych urządzeń zaryzykowaliśmy taki manewr. Facet nadziewa pomarańczkę, potem kręci korbką i ona obracając się, sama się jakby obiera. Potem jest miażdżona i wypływający sok łapie do plastikowego kubka. Trzeba przyznać, ze sok jest pyszny.

 

Nadszedł czas, że ruszyliśmy się na te obiecane Basi zakupy. Wbiliśmy się w miejsce gdzie na dwóch piętrach ustawione były stragany z ciuchami i innymi duperelami. W sumie nie mieliśmy miejsca żeby robić jakieś potężne zakupy ale jakieś wełniane rzeczy z lamy można kupić.

 

Gdy oglądałem swetry podeszła jakaś babka i zapytała czy jesteśmy z Rosji. Potem pokazywała nam różne wyroby i opowiadała o różnicach między nimi aż wreszcie kupiłem sweter dla Hani za 130B. Basia oczywiście długo wybierała ale koniec końców nic nie kupiła. Była zła, choć wybór był bardzo duży. Łaziliśmy po tym bazarze ale w końcu wyszliśmy na ulicę.

 

La Paz: centrum

 

Basia była zła ale nie odpuszczała i koniecznie chciała kupić torebkę. Wchodziliśmy więc do wszystkich sklepów po kolei i zaczynało się przymierzanie swetrów, oglądanie torebek. No ale znów nic jej nie podobało się na tyle aby cokolwiek wziąć.

 

Wreszcie po długim staniu w kolejce, kupiła jakieś poszewki i obrusy ale ani swetra ani torebki już nie. Gdy odeszliśmy od tych sklepów, zaczęła żałować, że jednak nie kupiła którejś tam torebki. Poszła nawet do bankomatu sprawdzić czy jej angielska karta zadziała ale ponownie nic się nie dało zrobić. Barclays w Boliwii nie działa. Totalnie gówniany bank.

 

Dlatego wybrałem 1100B z aliorowskiej karty, mając nadzieję, że to już ostatni raz w Boliwii bo więcej bankomatów raczej już nie uświadczymy. W tym momencie Basia pogodziła się, że nie kupi już nic więcej. Była trochę zła ale za chwilę zaproponowałem kawę w kawiarni i szybko zapomniała o swoim problemie.

 

La Paz: kawiarnia w centrum

 

Długo sobie siedzieliśmy w kawiarni, zerkając na telewizor, gdzie nieustannie pokazywali walkę jakiegoś argentyńskiego judoki, który zdobył złoto w Londynie. Można zauważyć było, że wszyscy tu emocjonowali się wszystkimi sportowcami pochodzącymi z Ameryki Południowej.

 

Nie było już co robić za bardzo więc poszliśmy do hotelu odebrać bagaże i chcieliśmy poprosić o zamówienie taksówki, którą byśmy dojechali do miejsca skąd miał odjechać nasz autobus do Uyuni. Mieliśmy też nadzieję, że jeszcze uda się nam zerknąć na neta w hotelu żeby sprawdzić czy ktoś nie odpisał z Rio.

 

Nie było żadnego problemu z naszą prośbą. Odebraliśmy nasze plecaki, do których była przyczepiona kartka z nazwiskiem, a potem poszliśmy na internet. Same złe wieści, bo albo brak odpowiedzi albo negatywna. Jak na razie byliśmy bez noclegu w Rio i San Pedro.

 

Kiedy skończyliśmy surfowanie po necie i mieliśmy już iść, zauważyłem, że ktoś bardzo roztargnięty zostawił paszport i komórkę przy komputerze. Zabrałem te rzeczy i daliśmy je recepcjoniście. Podziękowaliśmy mu za internet oraz spytaliśmy czy może nam zamówić taksówkę. Jednak on powiedział, że to nie ma sensu, bo sam dojazd będzie drogi, a przede wszystkim przy tym ruchu, to zejdzie bardzo długo i polecił, że lepiej nam będzie iść ulicę w górę i tam szybciej złapać na ulicy.

 

Basia jednak uparła się, żeby próbować na ulicy gdzie stał hotel. Jednak żadne próby nie przyniosły skutku i przeszliśmy na bardziej ruchliwą ulicę, tam gdzie sugerował recepcjonista. Tam ruch był duży i co jakiś czas zatrzymywały się jakieś taksówki ale jakoś im nie ufaliśmy. Wyglądały na jakieś lewe więc czekaliśmy na jakąś bardziej wiarygodną. Czekaliśmy też na jakąś pustą bo zaskakująco większość była pełna.

 

W końcu zatrzymał się jakiś gościu i ustaliliśmy cenę na 15B za podwózkę do miejsca skąd odjeżdżają autokary. Gdy podałem mu nazwę ulicy (Avenida Uruguay), Basia zaczęła mnie dopytywać dlaczego mu tak powiedziałem i wystraszyła się, że jakieś głupoty mu nagadałem. A ja po prostu wcześniej sobie to wszystko sprawdziłem więc wiedziałem gdzie mamy jechać.

 

Ruch był okropny. Staliśmy w kilku korkach i powoli przeciskaliśmy się w kierunku miejsca skąd mieliśmy odjechać. Za oknem było już ciemno więc nie obejrzeliśmy sobie nic poza innymi samochodami. Oczywiście jechaliśmy przy ciągłym akompaniamencie klaksonów.

 

Po dojechaniu na miejsce, rozpętała się jakaś kłótnia między naszym taksówkarzem i jakimś kierowcą dostawczaka. Niby nasza taksówka zajechała mu drogę i ci kolesie zaczęli się kłócić. Szybko zapłaciłem za kurs i zmyliśmy się stamtąd, a oni dalej się kłócili. Potem jednak taksówkarz odjechał.

 

My natomiast nie za bardzo mogliśmy zorientować się gdzie w ogóle jest jakieś biuro żeby zaczerpnąć informacji. Co prawda stały jakieś autokary ale nie wiedzieliśmy czy jeszcze gdzieś trzeba iść, czy po prostu czekać na właściwy autokar. Ale jakiś gościu wskazał nam drogę na górę, w budynku pod którym staliśmy.

 

Tam odnaleźliśmy biuro i potwierdziliśmy, że jesteśmy we właściwym miejscu. Wręczyliśmy nasze bilety, które dał nam Oki-Doki i oznaczono nas w systemie, po czym grzecznie poinformowano, że mamy czekać na odprawę bagażową.

 

Bilet autokarowy

 

Na biurku leżała lista pasażerów naszego kursu i nie było tam ani jednego Boliwijczyka za to byli ludzie głównie z Europy, USA i Japonii. Szybko też przekonaliśmy się o tym na własnej skórze gdy ci ludzie zaczęli się schodzić. Gromadziliśmy się wszyscy w tym małym pomieszczeniu i każdy chciał jeszcze wejść do WC. Ludzie myli zęby, przepakowywali się, jedli, pili. Generalnie przygotowania do 10-godzinnej nocnej podróży były w toku.

 

Ludzie zachowywali się bardzo stereotypowo, bo najgłośniejsza była dziewczyna z Niemiec, która pouczała swojego chłopaka tonem zdecydowanym, nie znoszącym sprzeciwu, co powinien wziąć i czego nie robić. Trzy Kanadyjki trzymały się razem i eksponowały całemu światu swoje piękne flagi naszyte na plecaki, Japończycy cichuteńko dopytywali się w biurze szczegóły, które pewnie każdy już dawno znał, a dwójka Amerykanów, która siedziała z nami przy stoliku, dość głośno omawiała swoje plany podróży. Trochę dziwnie wyglądali, bo on był dwumetrowym facetem z ogromną brodą niczym Rumcajs, a ona drobna blondynka z bardzo długimi włosami, które musiały jej strasznie przeszkadzać w takiej podróży i w ogóle w życiu.

 

Organizatorzy zaprosili nas do odprawy bagażowej i zniosłem nasze plecaki na dół, gdzie dodatkowo wypełniłem niezbędne kwity i za chwilę wsiedliśmy do pojazdu. Standard ten sam co zawsze. Jak na warunki europejskie to luksus. Mieliśmy miejsca pod koniec rzędu. Przygotowaliśmy sobie wszystkie niezbędne w takich podróżach rzeczy i mogliśmy ruszać.

 

Równo o 21.15 ruszyliśmy z La Paz w kierunku Uyuni. Po drodze mieliśmy zatrzymać się jeszcze w Oruro, dokąd miała nas prowadzić asfaltowa droga. Za Oruro czekała nas droga nieutwardzona i wiele osób przestrzegało na forach, że jest to straszna męczarnia, bo bezlitośnie telepie.

 

Wyjazd z La Paz był długi i ciężki. Jeszcze ruch był na tyle duży, że musieliśmy się przeciskać. Na wylotówce autokar się zatrzymał i można było sobie coś dokupić od handlarzy ze straganów. My nie musieliśmy tego robić więc siedzieliśmy sobie wygodnie. Potem włączyli jakiś idiotyczny film o małpach, którego nie miałem zamiaru oglądać i w związku z tym, wrzuciłem na język tableteczkę i bezstresowo zapadłem w sen.

 

Przebudziłem się w Oruro na chwilę ale nie chciałem się rozbudzać więc od razu zamknąłem oczy żeby móc dalej spać i jeszcze raz się przebudziłem gdy chciałem sobie jeszcze bardziej opuścić fotel, bo miałem tę opcję. Wtedy zaczął mnie walić po ramieniu Niemiec, który siedział za mną i mu było za ciasno. Dałem sobie spokój i na szczęście znów zasnąłem.

 

Zobacz video z La Paz i Drogi Śmierci: VIDEO: 11/14

 

Dzień 25: La Paz: hotel (A) – muzeum koki (B) – restauracja (C) – taxi (D) – przystanek (E) = 8km

 

Dzień 25: La Paz (A) – Uyuni (B)  = 552km

 

Dzień 25:   = 560km

 

Dzień 26 - 11 sierpnia 2012 – sobota

 

SALARY

 

Obudziłem się gdy już było jasno. Autokarem telepało bo jechał po tej nieutwardzonej drodze. Gdy odsłoniłem zasłonkę zauważyłem, że na szybie gromadzi się lód. Za oknem widać było jakieś pustkowie. Rozejrzałem się po wnętrzu autokaru i większość ludzi jeszcze spała bądź się przebudzała tak jak ja. Basia oczywiście należała do tej pierwszej grupy. Tuż przed zatrzymaniem się, podano nam śniadanie, a potem wjechaliśmy do miejscowości Uyuni, która daje też nazwę największemu solnisku świata.

 

Gdy autokar zajechał na przystanek, na wielu naszych towarzyszy czekali już odpowiedni ludzie z różnych agencji. Na nas nikt nie czekał bo nasz plan był trochę inny. Wybór odpowiedniej firmy był dla nas najcięższym orzechem do zgryzienia. Bardzo wiele rzeczy przeczytałem jeszcze w Polsce na ten temat i niestety głównie były to opowieści bardzo negatywne. Przewijały się typowe problemy od starych jeepów, które ciągle się psuły i przez to nie można było wszystkiego zobaczyć na czas, przez pijanych kierowców, spóźniających się przewodników a kończąc nawet na bójkach między klientami i organizatorami. Dlatego zadaliśmy sobie trud w hotelu w La Paz wyszukania najmniej negatywnego operatora.

 

Najmniej krytycznych uwag było do 3 może 4 firm i spośród tych kilku, po jeszcze dogłębnej analizie stworzyliśmy ranking, na czele którego umieściliśmy firmę Red Planet. Była jedną z droższych ale gwarantowała również koniec imprezy na granicy z Chile, skąd można wziąć autobus do San Pedro, na który dają już bilet.

 

Oryginalnie mieliśmy do Uyuni przyjechać pociągiem w piątek wieczorem i po przenocowaniu, poświęcić jeden dzień na szukanie odpowiedniego organizatora. Liczyliśmy się z tym, że trzeba będzie ten jeden dzień odczekać i prawdopodobnie wyruszymy dopiero w niedzielę. Plany się zmieniły bo przyjechaliśmy autobusem i w sobotę rano więc postanowiliśmy od razu iść za ciosem i odnaleźć, pierwszą firmę na naszej prywatnej liście, którą stworzyliśmy w La Paz – Red Planet (http://redplanetexpedition.com/index.php).

 

Adres znaliśmy więc teraz tylko musieliśmy tam trafić. Zapytaliśmy się jakiegoś przechodnia o pożądaną ulicę i po niedługim czasie zauważyliśmy mały szyld informujący nas, że jesteśmy w dobrym miejscu. Malutki kolorowy budynek lecz niestety drzwi od niego były zamknięte. Mieliśmy nadzieję, że może jest za wcześnie, bo zbliżała się 8.00 i dlatego postanowiliśmy trochę poczekać zanim pójdziemy szukać innej firmy z naszego rankingu.

 

Uyuni: agencja turystyczna "Red Planet"

 

Tym razem dopisało nam szczęście bo zauważyliśmy babkę, która przyprowadziła znajome nam twarze ze sobą. Była to ta amerykańska para, która siedziała obok nas w biurze firmy transportowej wczoraj wieczorem. Drzwi się otworzyły i Amerykanie zaczęli z nią rozmawiać. Zjawili się też inni ludzie i nagle całe pomieszczenie wypełniło się ludźmi.

 

Gdy Amerykanie zaczęli przedstawiać swoje plany, wtrąciłem się do rozmowy ponieważ ich plany były identyczne z naszymi, tzn. chcieli jechać później do Chile. Babka powiedziała, że obecnie nie ma kierowcy ale jak uzbierają całego jeepa, to może zadzwoni do innej firmy po szofera. Natychmiast zgłosiliśmy swoją chęć udziału w tej wyprawie i Amerykanom też to odpowiadało. Było więc nas czworo i brakowało jeszcze dwóch osób. No i nie było pewne czy będzie kierowca.

 

Od tego czasu wszystko potoczyło się szybko. Babka pozwoliła nam zostawić plecaki na zapleczu, można było skorzystać z łazienki i generalnie bardzo miła atmosfera tam panowała. Pani czekała na decyzję w sprawie kierowcy i gdy okazało się, że udało się kogoś znaleźć, w tym czasie dołączyła do nas para z Portugalii. Mieliśmy już pełnego jeepa. Jednocześnie zapełniany był drugi jeep, który miał jechać z nami. Tamci mieli już wcześniej zamówionego anglojęzycznego przewodnika, bo nasz kierowca mówił tylko po hiszpańsku. Jednak zarówno Portugalczyk jak i Amerykanin obiecali, że będą pomagać w komunikacji bo znają hiszpański w takim stopniu aby temu sprostać.

 

Po szybkiej toalecie, usiedliśmy wszyscy w biurze i zaczęliśmy załatwiać papierkowe sprawy. Kserowali nasze paszporty, wypisywali faktury i odpowiadali na nasze pytania. Mieliśmy obiecaną zniżkę jeśli sami wypełnimy jeepa ale Portugalczycy pospieszyli się i zapłacili już wcześniej i dlatego nie chcieliśmy już wracać do tej sprawy. Dostaliśmy w końcu papiery.

 

Uyuni: potwierdzenie wyjazdu na salary

 

Cała 12 siedziała w małym biurze i oczywiście wszyscy ze sobą rozmawiali. Brylował w tej gadce bardzo fajny chłopak z Singapuru, który każdego zaczepiał. Ale był bardzo sympatyczny i dzięki niemu ludzie zbliżali się do siebie. Oprócz niego i jego żony, były tam dwie Kanadyjki, Holenderka i Francuz.

 

Pani poinformowała nas, że skoro część z nas jedzie prosto do Chile, to należy iść do pograniczników w mieście po stempel. Uprzedziła, że stempel jest płatny. Nie za bardzo rozumieliśmy dlaczego mamy płacić za pieczątkę w paszporcie ale nie było wyjścia i chcąc uniknąć ewentualnych kłopotów na pustyni, gdzie przebiega granica, postanowiliśmy iść po te pieczątki od razu teraz. Zaproponowaliśmy to też Amerykanom i w czwórkę poszliśmy do biura.

 

W drodze zapoznaliśmy się bliżej. Amerykanie, czyli Luke i Shalby, pochodzą z Portland w Oregonie i po salarach jadą z nami do San Pedro, potem odbijają w górę do Ariki a później do Peru. Jadą więc tak jakby w odwrotną niż my stronę.

 

Pogranicznicy skasowali 15B za pieczątkę i mieliśmy przynajmniej spokój z papierami. Punkt graniczny na pustyni podobno czasem jest zamykany na kilka godzin więc warto zabezpieczyć się już w Uyuni żeby uniknąć niepotrzebnego opóźnienia.

 

Po powrocie do biura i uregulowaniu wszystkich spraw związanych z płatnościami i dokumentami, ustaliliśmy z panią, że wyjazd planowany jest na godzinę 10.30. Mieliśmy więc trochę ponad godzinkę i postanowiliśmy  poszukać jakiejś knajpki żeby zjeść drugie śniadanie. Zagwarantowany mieliśmy bowiem na dziś dopiero lunch.

 

Dosłownie kilka metrów dalej, po tej samej stronie co biuro Red Planet, odkryliśmy miłą kawiarenkę prowadzoną przez… Szwedkę o nazwie La Vicuña. Niepozorny w ogóle budynek z niewielkim szyldem, ale w środku typowo domowa atmosfera, obsługa też domowa i ceny bardzo atrakcyjne. W zamian urozmaicony posiłek, ciepła herbata i jeszcze mogliśmy kupić tam wodę. Mieliśmy świadomość, że przez następne 3 dni nie będziemy mieli żadnych wygód, nie będzie sklepów, pryszniców i generalnie będziemy jeździć w 7 osób po pustyni i górach. No i temperatura ma być grubo poniżej zera.

 

Uyuni: restauracja "La Vicuña"

 

O 10.30 przed drzwiami biura Red Planet podjechała terenowa toyota. Przedstawiono nam kierowcę – Oscara, który od razu zaczął ładować nasze bagaże na dach. Po upchaniu wszystkiego musieliśmy podzielić się jakoś, kto gdzie będzie siedział. Było jedno miejsce obok Oscara, chyba najlepsze oraz dwa rzędy z tym ostatnim, praktycznie bez możliwości bezpośredniego wyjścia.

 

Uyuni: przygotowanie do wyjazdu

 

Ustaliliśmy wspólnie, że miejsce z przodu należy się temu wielkoludowi Luke'owi, bo facet ma prawie 2m wzrostu. Gdy trzeba było wejść do samochodu, jakoś nikt się nie kwapił. Kilka razy ponagliłem Basię żeby weszła, jednak ona stała dalej więc złapałem ją za ramię i wepchnąłem do tego samochodu. No i się zaczęło. Oczywiście wybuchła awantura, że ją szarpię bo ona chciała przepuścić Amerykankę, która stała za mną i której nie widziałem, a ja się tu niepotrzebnie denerwuję. Od tej pory przestaliśmy ze sobą rozmawiać i nasz dialog ograniczał się do wyzwisk. Oczywiście staraliśmy się to robić w taki sposób żeby nie dać po sobie poznać pozostałym współpasażerom ale nie wiemy czy się nam to udało. A przed nami Salar de Uyuni…

 

Salar de Uyuni to solnisko, pozostałość po wyschniętym słonym jeziorze w południowo-zachodniej Boliwii na obszarze płaskowyżu Altiplano w Andach. Zajmuje powierzchnię 10 582 km², co czyni go największym solniskiem świata. Jest położone na wysokości ok. 3653 m n.p.m. Jest to jeden z najbardziej płaskich obszarów na świecie (różnica wzniesień wynosi niecałe 41 cm). Powierzchnię solniska pokrywa skorupa, pod którą znajduje się niezwykle bogata w lit solanka. Szacuje się, że zawiera 50-70% światowych zasobów litu. Solnisko jest też idealnym miejscem do kalibracji urządzeń do pomiaru odległości satelitów, ponieważ jest ono duże, o stabilnej powierzchni i o silnym odbiciu, podobnym do pokryw lodowych.

 

Zanim jednak mieliśmy wjechać na solnisko, po drodze trzeba było odwiedzić dwa miejsca, od których zawsze zaczyna się każda wyprawa na salary. Musieliśmy opuścić miasto Uyuni, co nie było trudne, bo jest małe, ma zaledwie 10,000 mieszkańców, no i było praktycznie puste. Dlatego dość szybko znaleźliśmy przy pierwszej atrakcji dzisiejszego dnia – cmentarzysku pociągów.

 

To miejsce leży zaledwie 3 km poza Uyuni i jest z nim podłączone starymi torami kolejowymi. Miasto w przeszłości służyło jako centrum dystrybucji dla pociągów przewożących minerały w drodze do portów nad Pacyfikiem. Linie kolejowe, budowali brytyjscy inżynierowie przybywający pod koniec XIX wieku i którzy stworzyli pokaźną społeczność w Uyuni. Budowa kolei rozpoczęła się w 1888, a zakończyła w 1892 roku. Zachęceni przez boliwijskiego prezydenta Aniceto Arce, który wierzył, że Boliwia będzie rozkwitać dzięki dobremu systemowi transportu, ale linia była nieustannie sabotowana przez rdzennych Indian Aymara, którzy widzieli to jako ingerencję w ich życie. Pociągi były najczęściej wykorzystywane przez przedsiębiorstwa górnicze. W 1940 roku, górnictwo upadło, częściowo z powodu wyczerpania surowców mineralnych. Wiele pociągów zostało porzuconych i powstał ów cmentarz pociągów. Istnieją propozycje budowy muzeum na terenie cmentarza.

 

Uyuni: cmentarzysko pociągów                                                                         ©wikipedia

 

Jako że nie odzywaliśmy się do siebie, zwiedzaliśmy to miejsce oddzielnie. Niestety Basia obraziła się też na aparat i zaprzestała robić zdjęcia. Za to ja robiłem zdjęcia, tylko że Portugalczykom, którzy nawet wiedzieli jak powiedzieć "dziękuję" po polsku. Biegali wszyscy po tych starych i zardzewiałych pociągach i robili sobie zdjęcia.

 

Uyuni: cmentarzysko pociągów      

 

Nie więcej niż 15 minut tam potrzeba i za moment siedzieliśmy w toyocie gotowi do wyjazdu na salary. Ale jeszcze nie czas na salary, bo najpierw zatrzymaliśmy się w jakimś miejscu pełnym sklepików i knajpek. Można tam obkupić się w pamiątki i inne rękodzieła miejscowych rzemieślników ale generalnie zalatywało kiczem. Przespacerowałem się uliczką do końca i za rogiem zauważyłem jak kilku kierowców urządza sobie libację. Więc to prawda o tych pijanych kierowcach na salarach.

 

Ostatni przystanek przed wjazdem na solnisko

 

No i wreszcie ujrzeliśmy białą połać rozciągającą się po sam horyzont. Chyba każdy ma złudzenie, że to śnieg, a jednak to sól. Miliony ton soli, które są wybierane na wywrotki. Widzieliśmy ostro pracujących miejscowych, którzy ładowali ogromne bryły soli na ciężarówki. Zatrzymaliśmy się tam na chwilkę żeby popatrzeć jak rąbią kilofami w tę sól i usypują kopczyki, które potem ładują na pakę samochodu. Przystanek trwał kilka minut.

 

Salar de Uyuni    

 

Oscar wszystkich zwołał i popędziliśmy w kierunku pierwszego prawdziwego przystanku na solnisku. Miał to być hotel z soli, w którym mieliśmy mieć lunch. Dookoła nas, póki co, była tylko biel soli i gdzieś tam na horyzoncie majaczyły sylwetki potężnych gór. Od razu zastanowiło mnie w jaki sposób Oscar wie gdzie jechać, bo przecież nie ma tam żadnych punktów odniesienia, nie mówiąc o drogach czy drogowskazach tudzież innych znakach. Każdy kto odważyłby się samemu na taką wycieczkę od razu skazany byłby na sromotną porażkę.

 

W samochodzie wesoła atmosfera, z głośników leciały fajne rockowe rzeczy, tylko ta polska para to jakieś buce, które cały czas warczą na siebie. Tak zapewne zostaliśmy odebrani przez pozostałych, bo sytuacja między nami nie uległa zmianie.

 

Po jakimś czasie ujrzeliśmy łopoczące flagi i niski budynek wokół, którego zebranych było kilkanaście aut podobnych do naszego. Gdy się tam znaleźliśmy, wszyscy rzucili się do robienia tzw. "śmiesznych zdjęć". Wiedzieliśmy, że ludzie tam takie robią, wykorzystując złudzenie optyczne i Basia też miała ochotę na takie zdjęcia, bo zawsze próbowała w innych sytuacjach namówić mnie na takie próby. Tym razem miałaby super okazję, bo miejsce do tego typu głupot wręcz idealne.

 

Nasi portugalscy znajomi nawet przywieźli ze sobą specjalne zabawki aby porobić tu kilka zdjęć. Inwencja robiących jest nieograniczona. My jednak byliśmy w stanie wojny więc dlatego chodziliśmy osobno i nie uczestniczyliśmy w wymyślaniu takich zdjęć. To było bardzo męczące dla mnie ale wiedziałem, że Basia nie odpuści. To ja musiałem to zakończyć.

 

Salar de Uyuni    

 

Najpierw jednak Oscar zawołał nas na lunch. W środku, wszystko z soli a więc stoły, krzesła, ściany, podłogi itd. Na stół wjechały różne posiłki i trzeba przyznać, że wszystko było bardzo dobre i spore ilości. Niczego nie brakowało i można się było najeść. Red Planet spisało się dobrze w tym temacie, w odróżnieniu od wielu innych firm opisywanych przez ludzi w internecie.

 

Salar de Uyuni    

 

Po lunchu, znów dano nam chwilkę abyśmy połazili po soli i porobili sobie zdjęcia. Nie było możliwe funkcjonować tam bez okularów słonecznych, bo słońce świeciło dość mocno i oczywiście odbijało się od bieli tej soli. Dzięki tym promieniom, było również całkiem znośnie jeśli chodzi o temperaturę ale zdawaliśmy sobie sprawę, że w nocy musi tu być strasznie zimno.

 

Nuno i Vanessa dalej bawili się aparatem, tak jak i dziesiątki innych ludzi. Zebrało się tam kilkanaście terenówek więc sporo ludzi bawiło się aparatami i pomysły mieli najróżniejsze. Generalnie okazało się, że Nuno lubi się powygłupiać.

 

Salar de Uyuni    

 

Postanowiłem spróbować zrobić podejście w celu zakończenia wojny ale oczywiście najpierw była odmowa, długa dyskusja, pretensje, przepraszanie itd., itd. Cała procedura spowodowała, że zamiast skupić się na widokach, zdjęciach i integracji zespołu, to my darliśmy koty ze sobą. Ale w końcu udało się mi ją przekonać i do samochodu wsiadaliśmy już pogodzeni.

 

Przed nami długa droga bo solnisku. Żadnych dróg, żadnych znaków. Tutaj można łamać przepisy bo ich nie ma. Jedynym problemem może być złapanie kapcia, bo ta sól jest bardzo twarda i wystające fragmenty zapewne z łatwością mogą przebić oponę.

 

Salar de Uyuni    

 

O twardości tej soli, przekonaliśmy się podczas kolejnego przystanku. Tym razem byliśmy zupełnie sami na pustkowiu. W zasięgu wzroku nie było po prostu niczego. Basia próbowała robić jakieś zdjęcia ale nie za bardzo wychodziły, a ja nie miałem cierpliwości żeby się ustawiać, a co gorsza ustawiać Basię.

 

Salar de Uyuni    

 

Basia jednak wymyślała różne dziwne zdjęcia nawet miała kilka rekwizytów ale czasu było mało więc nie wszystko się udawało, a poza tym ja nie za bardzo chciałem i umiałem współpracować, w stopniu zadowalającym Basię. Niemniej jednak kilka takich "innych" fotek pstryknęliśmy. W jednej z nich wykorzystaliśmy naszego nowego kolegę Luke'a.

 

Salar de Uyuni    

 

Po 10 może 15 minutach z powrotem byliśmy w aucie i pędziliśmy ku kolejnej dzisiejszej atrakcji – rybiej wyspy zwanej w oryginale: Isla Incahuasi lub Isla Pescada. Tam mieliśmy zapłacić za wstęp i oczywiście uprzedzono nas o tym przed wyjazdem, tak samo jak przed wjazdem do parku narodowego w trzecim dniu.

 

Isla Incahuasi jest pagórkowatym i skalistym fragmentem lądu pośrodku Salar de Uyuni. Incahuasi ma powierzchnię 24,62 ha i jest siedliskiem gigantycznych kaktusów. Znajduje się też tam centrum turystyczne. Na powierzchni tej wyspy znajdują się niezwykłe i delikatne struktury przypominające korale, które często składają się ze skamieniałości i glonów. To miejsce jest pozostałością starożytnego wulkanu, który został zanurzony gdy obszar był częścią ogromnego jeziora prehistorycznego, około 40,000 lat temu.

 

Widok tej wyspy porośniętej olbrzymimi kaktusami jest czymś zapierającym dech w piersiach. Coś niesamowitego, że pośród tej solnej pustyni, wyłania się kupa skał porośnięta kaktusami dochodzącymi do 12m wysokości. Prawdziwy dziw natury.

 

Salar de Uyuni: Isla Incahuasi        

 

Po dojechaniu do miejsca skąd zaczyna się zwiedzanie, znaleźliśmy się wśród wielu innych zaparkowanych tam samochodów. Oscar powiedział, że mamy półtorej godziny i weszliśmy na teren wyspy. Kupiliśmy obowiązkowe bilety i ruszyliśmy ścieżką na sam szczyt. Droga prowadziła pośród tych olbrzymich kaktusów wyznaczonym szlakiem.

 

Salar de Uyuni: Isla Incahuasi         - bilet wstępu

 

Atacamensis Echinopsis, bo tak nazywa się ten gatunek kaktusa, ma kolumnowy wygląd co czyni go podobnym do drzewa. Dorasta do około 12 m wysokości, z łodygami do 70 cm średnicy. Rosną ok. 1cm na rok. Łodygi mają kolorowe kolce, dochodzące do 30 cm długości. Ma też białe kwiaty a ciemne zielone owoce są gęsto pokryte włoskami i są jadalne. Ten gatunek można stosować w budownictwie i meblarstwie.

 

Salar de Uyuni: Isla Incahuasi        

 

Wspinaczka nie była ciężka ale na trasie było bardzo dużo ludzi i nie było momentu żeby ktoś nie wchodził w kadr. Zrobiło się też chłodniej, bo słońce powoli zachodziło i im byliśmy wyżej, tym bardziej odczuwaliśmy podmuchy zimnego wiatru. Ale wspinaliśmy się na sam szczyt, skąd mogliśmy podziwiać równie piękny widok, co z dołu.

 

Salar de Uyuni: Isla Incahuasi        

 

Mieliśmy całą wyspę pod sobą, a dookoła biel i biel i biel. Na horyzoncie góry, a w dole malutkie poruszające się punkciki, które były ostro zasuwającymi samochodami. Dopiero teraz widać było jak ogromne połacie soli tam leżą i jak daleko one sięgają. Samochody rozjeżdżały się w różne strony i powoli znikały nam z oczu.

 

Salar de Uyuni: Isla Incahuasi        

 

A na szczycie wyspy odkryliśmy jakiś dziwny ołtarz, na którym ktoś składał ofiarę. Było tam sporo świec i… głowa kozła. Porozrzucane też były monety. Oczywiście sporo ludzi, którzy pstrykali zdjęcia.

 

Schodziliśmy inną ścieżką i przechodziliśmy obok formacji skalnej w postaci łuku. Wejście na niego nie było takie łatwe ponieważ bardzo wzmógł się wiatr ale udało mi się to zrobić. Niektórzy schodzili jeszcze w dół, do głębokiego wąwozu ale chyba nie wychodziło się z drugiej strony więc ja tylko zszedłem kawałek. Ustawieni byliśmy teraz pod słońce i widzieliśmy inną stronę krajobrazu, równie malowniczą.

 

Salar de Uyuni: Isla Incahuasi        

 

Przechodziliśmy też obok powalonego kaktusa, którzy żył ponad 1000 lat. Większość z nich oscyluje w okolicach tysiąca lat. Niektóre z nich mają tabliczki informujące o wieku i wysokości. W porównaniu z kaktusami, które mamy w Polsce w doniczkach aż trudno sobie wyobrazić, że to ta sama roślina.

 

Salar de Uyuni: Isla Incahuasi        

 

Nie spieszyliśmy się zbytnio bo słyszeliśmy ile mamy czasu ale gdy zeszliśmy do samochodu, wszyscy już w nim siedzieli, łącznie z Oscarem. Wyszło, że się spóźniliśmy choć nikt nic nam nie powiedział. W takim razie mogliśmy już odjeżdżać i kierować się do miejsca gdzie mieliśmy spędzić noc.

 

Znów jechaliśmy po soli ale po jakimś czasie sól zaczynała stopniowo szarzeć, a przed nami pojawiły się lepiej widoczne pagórki aż wreszcie sól ustąpiła miejsca zwykłej ziemi. Wyjechaliśmy z salarów i teraz jechaliśmy piaszczystą drogą wzdłuż krawędzi solniska, na powierzchni którego odbywał się teraz koncert barw, bo słońce powoli zachodziło i zmieniało swoje ubarwienie co odbijało się na powierzchni soli.

 

Salar de Uyuni

 

Nagle na tym pustkowiu wyrósł jakiś domek. Oscar zatrzymał wóz, co oznaczało że tutaj spędzimy noc. Zaczęliśmy rozpakowywać bagaże, Oscar zdjął plandekę pod którą leżały powiązane ze sobą plecaki i poszliśmy do pokoju. W naszym pokoju, który nam po prostu przypadł, znajdowały się 4 łóżka i łazienka. Wyszło, że będziemy nocować z Portugalczykami. Od razu wiedzieliśmy, że konieczne są śpiwory, bo już było masakrycznie zimno a przed nami cała noc i zapewne mroźny poranek.

 

Salar de Uyuni: nocleg

 

Drugi samochód z naszej firmy też już przywiózł naszych kolegów i koleżanki i przewodnik z ich samochodu poinformował nas, że możemy sobie doładować baterie ale tylko do 22.00 bo potem odcinają prąd. Poinformował też, że możliwy jest ciepły prysznic za 10B i że zaczynamy od gorącej herbaty, a potem podadzą kolację.

 

Razem z Holenderką z drugiego samochodu poszedłem zanieść aparat do naładowania. Leżały już tam inne ale jeszcze znalazłem miejsce żeby się wpiąć. Po powrocie do holu, zabrakło dla mnie miejsca, a krzesła nie było można przesunąć, czym wprawiłem większość w wesoły nastrój, gdy chciałem je wyrwać z podłoża. Oczywiście były zrobione z soli i stały tam przytwierdzone na stałe.

 

Kolacja znów była bardzo dobra i w jej czasie znów zaczęły się rozmowy. Głównie rozmawialiśmy wszyscy o podróżach, gdzie kto był i co widział. Poznawaliśmy się lepiej a prym znów wiódł Singapurczyk. W końcu i nas zaczepił i gdy dowiedział się skąd jesteśmy, od razu zaczął opowieść o Krakowie i Wieliczce, gdzie był dwa lata temu i był bardzo zadowolony.

 

Niewiele osób, raptem chyba 3 czy 4, zdecydowała się na kąpiel. Nikt nie miał ochoty rozbierać się w tej temperaturze i każdy raczej zakładał coś dodatkowego na siebie, bo temperatura z każdą minutą mocno się obniżała.

 

My postanowiliśmy spać razem, pod dwoma śpiworami i kocami, które tam były. Portugalczycy też zdecydowali się na taki manewr. Trochę sprawa się utrudniła gdy wyłączono agregat prądotwórczy i wszystko pogrążyło się w całkowitych ciemnościach. Było ciemno i zimno. Było też cicho bo na zewnątrz było totalne pustkowie.

 

Nuno, czyli "nasz" Portugalczyk, poszedł z Singapurczykiem na zewnątrz robić zdjęcia Drodze Mlecznej. Ja też wyszedłem to zobaczyć zachęcony przez bardzo ekscytujące wrażenia przekazane przez Nuno. Szybko wróciłem, bo było cholernie zimno. Wskoczyłem do śpiwora, przykryłem się kocem i Basia zrobiła to samo. Próbowaliśmy się rozgrzać.

 

Portugalczycy biegali jeszcze z czołówkami, ścielając sobie łóżka i biegając do toalety ale też, gdy już Nuno zrobił te swoje zdjęcia, położyli się spać. Kilka minut pogadaliśmy po ciemku, po czym wszyscy zasnęliśmy.

 

Dzień 26: Uyuni: przystanek (A) – Red Planet (B) – cmentarzysko pociągów (C)  = 5km

 

Dzień 26: Uyuni (A) – Hotel de Sal (B) – Isla Incahuasi (C) – Colcha (D) = 154km

 

Dzień 26:  = 159km

 

 

Dzień 27 - 12 sierpnia 2012 – niedziela

 

LAGUNY

 

Pobudka była o 6.00. Ciężko się wstawało przede wszystkim dlatego, że poza śpiworem było tak strasznie zimno. No ale trzeba było szybko się zebrać, spakować, bo już wołali na śniadanie. Poszliśmy do hallu, jakaś starsza pani przyniosła sporo produktów, więc kolejny raz okazało się, ze z jedzeniem wszystko jest w porządku.

 

Salar de Uyuni

 

Potem trzeba było przenieść plecaki na zewnątrz gdzie już Oscar stał na dachu i odbierał nasze bagaże. Przykrył je plandeką, na której gromadziło się podczas dnia, ładnych parę kilo piachu. Uzupełnił też paliwo z kanistrów, które miał też na dachu i byliśmy gotowi na wyjazd.

 

Salar de Uyuni    

 

Salary zostały za nami i teraz wjechaliśmy w inny rodzaj ziemi. Pod nami zaczęły się piachy i kamienie. Cały czas też jechaliśmy lekko pod górkę. Kolorystycznie też się zmieniło i dominującym kolorem był teraz brąz i czerwień. Dookoła nas były tylko ogromne góry i wulkany z wielkimi czapami białego śniegu na szczytach. Znów ślicznie się to prezentowało.

 

Park Narodowy im. Eduarda Avaroy

 

Można powiedzieć, że tutaj było coś w rodzaju dróg choć niekoniecznie trzeba po nich jeździć. Widać jednak ślady poprzednich jeepów i dlatego trochę trudniej się tu zgubić w porównaniu do solniska. A my jechaliśmy na dwa samochody, czasem jeden za drugim, czasem obok siebie bo miejsca było, że ho ho! Można też było jechać dość szybko, bo warunki na to pozwalały. Idealne miejsce dla ludzi lubiących poszaleć terenówką.

 

Park Narodowy im. Eduarda Avaroy

 

Pierwszy przystanek zaserwowali nam w miejscu gdzie powierzchnia była pokryta drobnymi skałkami. Nie były to jednak owalne kamienie, a poszarpane skały, które wyleciały z pobliskiego wulkanu. Ogromny obszar został jakby oszpecony takim nakrapianym wzorem. Między tymi skałkami przebijała się już bardzo licha roślinność w postaci jakichś krzaków. Widzieliśmy jednak grupę wigoni lub wikunii jak po polsku się na nie mówi. To gatunek południowoamerykańskiego, roślinożernego ssaka parzystokopytnego, najmniejszy przedstawiciel rodziny wielbłądowatych, protoplasta alpaki, blisko spokrewniony z gwanako i lamą, zwierzętami określanymi w języku polskim wspólną nazwą lamy. Oscar właśnie nam wytłumaczył, że to nie są ani alpaki ani lamy tylko właśnie wikunie. Przy okazji mogliśmy dostrzec też dym wydobywający się z krateru jednego z wulkanów.

 

Park Narodowy im. Eduarda Avaroy

 

Ten drugi przewodnik, który mówił po angielsku zapowiedział, że krajobraz się będzie zmieniał i jeszcze dziś dojedziemy do miejsca gdzie w ogóle nie będzie życia. Najpierw jednak trzeba było podjechać na laguny, gdzie akurat trochę życia jest. I to jakiego!

 

Wsiedliśmy do naszych toyot i ponownie wjechaliśmy na piaszczyste trasy. Oczywiście strasznie się kurzyło więc okna raczej były zamknięte. Dziś my siedzieliśmy z tyłu, a Nuno robił za pilota i rozmawiał z Oscarem. Cały czas leciała muzyka i w samochodzie było całkiem ciepło. Jednak po każdorazowym wyjściu na zewnątrz, trzeba było szybko coś założyć bo pomimo słońca, to jednak wiatr robił swoje.

 

Park Narodowy im. Eduarda Avaroy

 

Odcinki były zdecydowanie dłuższe niż wczoraj więc bardzo długo jechaliśmy od jednego wyjścia na zewnątrz do drugiego. Cały czas towarzyszyły nam ogromne wulkany, z których jeden wyróżniał się zdecydowanie. To wulkan Ollagüe o wysokości 5868m czyli nad nami górował o ok. 1600m bo my znajdowaliśmy się na wysokości ok. 4200m.

 

Po dłuższej jeździe dojechaliśmy do pierwszej laguny. Wysiedliśmy wcześniej, jeszcze na wzniesieniu aby sobie spacerkiem dojść do samego jeziorka. Z miejsca gdzie wysiedliśmy widok był piękny. Otoczone wielkimi górami oczko wodne, w którego tafli odbijały się te ośnieżone szczyty. A na jeziorku człapały flamingi. Miejsce nazywa się Laguna Cañapa.

 

Laguna Cañapa

 

Ledwie niecałe 1.5km² powierzchni na ponad 4100m wysokości to miejsce gdzie żyją sobie flamingi. Konkretnie to flamingi andyjskie, które występują w Chile, północno-zachodniej Argentynie, w zachodniej Boliwii i na południowych krańcach Peru. Zamieszkują brzegi jezior andyjskich od wysokości 2300 m n.p.m. aż do 4000 m n.p.m. Cechą charakterystyczną flaminga andyjskiego jest brak czwartego palca, który występuje u pozostałych gatunków. Długość ciała wynosi od 110 do 120 cm. Upierzenie różowe ze strefami wina na szyi; szerokie czarne pasmo na skrzydłach; dziób żółtawobiały z czarnym końcem. Kończyny żółtawe z wyraźnie czerwonymi skokami.

 

Było ich całkiem sporo bo gdy podeszliśmy bliżej, mogliśmy dokładniej im się przyjrzeć. Część z nich brodziła przy brzegu w błocie, część nurkowała, a inne nawet fruwały nad taflą jeziora. Wszyscy strzelali foty, bo widok był jedyny w swoim rodzaju. Bardzo ładne miejsce.

 

Laguna Cañapa

 

Głos przewodnika zakłócił ten stan upojenia widokiem prawdziwej natury, gdy wezwał wszystkich na obiad. Tym razem warunki polowe. Obie toyoty zaparkowali w taki sposób aby obok siebie były otwarte klapy od bagażników, co działało jako stoły. Na nich umieścili kurczaki, surówki a nawet słodycze, owoce i chusteczki do wycierania rąk i ust. Ogromne butle coca-coli, jednorazowe kubeczki i tylko miejsce żeby gdzieś położyć talerz było ciężko znaleźć. Ale znaleźliśmy sobie jakąś skałkę i zjedliśmy w spokoju nasz obiad.

 

Laguna Cañapa - obiad

 

Oprócz skał były tam też oznaki cywilizacji, bo ktoś wybudował kilka niby-kabin, które chyba służyły za toalety. Nie było tam żadnych drzwi ani chyba nawet dziury w ziemi ale wszystkie panie ustawiły się w kolejce, a te inne pilnowały żeby żaden facet się tam przypadkiem nie zapędził.

 

Nasi kierowcy zaproponowali nam wszystkim żebyśmy sobie obeszli to jeziorko powolutku, a oni w tym czasie spakują wszystko i nas dogonią. To był bardzo fajny pomysł, bo ten spacer był super. Szliśmy brzegiem tej laguny, chodząc praktycznie aż do wody. Flamingi w ogóle nie reagowały i można było się zbliżyć nawet na kilka metrów do nich. One sobie szukały jakiegoś jedzenia, zanurzając głowę głęboko w wodzie.

 

Laguna Cañapa

 

Wszystkim dużo czasu zajęło dotarcie na drugą stronę laguny, bo każdy robił zdjęcia i zachwycał się tym miejscem. Ale trzeba było wsiadać i jechać do kolejnego miejsca. To też laguna i tym razem nie trzeba było jechać bardzo daleko.

 

Laguna Cañapa

 

Widoki nadal niesamowite i niedługo znaleźliśmy się na brzegu podłużnego jeziorka, które nosi nazwę Laguna Honda. To płytka laguna z o wiele większą liczbą flamingów. Gdy wysiedliśmy na jednym z jej końców, szybko okazało się, że głupio zrobiłem nie zakładając kurtki. Słoneczko świeciło ale zimny wiatr szybko przypomniał mi, że znajdujemy się na wysokości ponad 4km i nie jest to słoneczne lato.

 

Oscar jednak szybko odjechał i musiałem pozostać tylko w bluzie. Jednak szybko zapomniałem o zimnie gdy zacząłem chłonąć widoki rozciągające się wokół miejsca gdzie staliśmy. Natknęliśmy się na dwie śmieszne tablice informacyjne. Pierwsza pokazywała przekreślonego flaminga w czasie lotu, co można odczytać jako "zakaz latania", co jednak zapewne miało znaczyć "zakaz płoszenia". Druga to zakaz sikania do laguny, zarówno dla mężczyzn jak i kobiet (dwa odrębne rysunki).

 

Spacerowi wzdłuż brzegu towarzyszył charakterystyczny dźwięk wydawany przez jedzące akurat coś ptaki. Tutaj hałas był wyraźny, a i grup i grupek było znacznie więcej niż na poprzedniej lagunie. Poza tym, flamingi zachowywały się podobnie – zajęte były grzebaniem dziobami w błocie.

 

Laguna Honda

 

Chciałem coś założyć na siebie więc poszedłem do samochodu ale stało tam chyba z 10 identycznych toyot więc nie mogłem znaleźć tej właściwej. W końcu musiałem się wrócić i gdy ją zobaczyłem był już czas na odjazd. Pożegnaliśmy laguny i ich mieszańców. Teraz czas na miejsce, gdzie nie ma życia w ogóle.

 

Objechaliśmy lagunę i powoli zaczął się inny krajobraz. Poza skałami, górami i piachem niczego więcej nie było. Wjechaliśmy na teren pustyni Siloli, która podobno jest najwyżej położoną pustynią na świecie. Dominuje kolor czerwony, co może nieść skojarzenia z Marsem. I rzeczywiście oprócz czerwonego piachu i mnóstwa kamieni, nic tu nie ma. Jednak wszyscy jadą w jedno specyficzne miejsce, przy którym robi się zdjęcia. Miejsce to nazywa się El Árbol de Piedra czyli kamienne drzewo.

 

To drzewo to ciekawa formacja skalna o wysokości 5m, która rzeczywiście przypomina drzewo. Powstała oczywiście na skutek działania wiatru i pewnie wody. Drzewko jest uznane za pomnik przyrody i wszyscy, którzy tu przyjeżdżają, spędzają nie więcej niż pół godziny.

 

Pustynia Siloli: El Árbol de Piedra

 

Tyle nam też dano. Każdy chciał mieć klasyczne zdjęcie więc cierpliwie ludzie ustawiali się w kolejce. Na szczęście nie było nas tam dużo więc szybko poszło. Potem mieliśmy chwilę czasu żeby połazić po innych skałach. Basia zrezygnowała, a ja wdrapałem się na jedną z wyższych żeby pooglądać ten ciekawy teren z góry. Tu naprawdę już nic nie rośnie. Z tego miejsca zostało nam już tylko 18km do ostatniej atrakcji dzisiejszego dnia.

 

Pustynia Siloli

 

Droga po piachach pustyni, jak również wszystkie odwiedzane przez nas laguny są częścią Parku Narodowego im. Eduardo Avory. To bohater narodowy Boliwii. Sam park ma powierzchnię ponad 7,000km² i znajduje się na wysokości między 4200 m a 5400 m w otoczeniu wysokich gór, które mierzą grubo powyżej 5,000m. Został ustanowiony przede wszystkim do ochrony ptaków, które zamieszkują różne laguny. W parku obecne są też wulkany, gorące źródła, gejzery, jeziora, pustynie oraz trzy endemiczne gatunki flamingów.

 

Wjazd do parku jest dodatkowo płatny więc musieliśmy uiścić dodatkową opłatę u strażników. Mieli taką specjalną budkę i tam ustawiliśmy się w kolejce aby zostać bilet, który potem jest sprawdzany na granicy z Chile. Gdy każdy dostał bilet, mogliśmy udać się w końcu do ostatniej dziś laguny. Ta nazywa się Laguna Colorada.

 

Bilet wstępu do parku

 

Laguna Colorada to płytkie słone jezioro o intensywnym czerwonym kolorze wody. Kolor jest wynikiem odkładanych na dnie osadów oraz pigmentacji glonów. Czerwień wody kontrastuje z rozsianymi po powierzchni białymi wyspami boraksowymi. Kolejną cechą charakterystyczna tej laguny są flamingi krótkodziobe. Długość ich ciała wynosi niecały metr i podobnie jak flaming andyjski posiadają trzy palce. Upierzeniem przypominają flamingi andyjskie, ale są bledsze. Dziób pomarańczowo-żółty z czarnym końcem lekko zakrzywiony w lewą stronę, kończyny ceglastoczerwone. Gatunek przez pewien czas uważany był za wymarły, aż do roku 1957, kiedy to odnaleziono jego przedstawicieli.

 

Laguna Colorada

 

Widok czerwonej wody na każdym zrobił spore wrażenie. W dodatku biegały po niej flamingi. Brzeg był tu inny niż na poprzednich postojach. Było dość stromo i dlatego trzeba było troszkę zejść po skarpie. Posiedzieliśmy chwilkę na brzegu i mogliśmy jechać bo zaczynała się szarówka.

 

Laguna Colorada

 

Zdążyliśmy przed zmrokiem zameldować się w naszym miejscu noclegowym o nazwie Refugio Laguna Colorada. Ciężko to nazwać hotelem bo wylądowaliśmy w nieogrzewanej sali z kilkoma łóżkami. Tym razem mieliśmy spać wspólnie wszyscy z naszego pojazdu. Najpierw jednak zaproszono nas do jadalni gdzie mieliśmy mieć podaną ciepłą herbatę.

 

Na sali byli inni, z innych wycieczek i zrobiło się zamieszanie gdy zajęliśmy nie ten stolik, co trzeba. W końcu doczekaliśmy się na tę herbatę. Potem była kolacja, a po kolacji przewodnik z drugiego samochodu wręczył nam butelkę wina. Musieliśmy pożyczyć korkociąg od jakiegoś Francuza żeby ją otworzyć. Rozlaliśmy butelkę na sześć kubeczków i zrobiło się przyjemnie, bo atmosfera się rozluźniła. Zaczęliśmy ciekawe rozmowy, a potem Amerykanie zaproponowali jakąś grę w rysunki. Mieliśmy rysować i zgadywać, co narysował człowiek obok.

 

Laguna Colorada - nocleg

 

Tak zleciał nam czas aż do 21.00. Wtedy postanowiliśmy wreszcie udać się do pokoju i przygotować do snu. Dziś śpimy w 6 osób ale łóżka za wąskie żeby spać razem więc niezbędne są śpiwory. Ostrzegano nas, że w nocy będzie jeszcze zimniej niż wczoraj więc trzeba było się dobrze zabezpieczyć. Dziś pryszniców w ogóle nie było, ciepłej wody w kranach też nie i również nie było agregatu żeby móc naładować baterie. Nie pozostało więc nam nic innego niż iść spać. Jutro pobudka o 5.00.

 

Dzień 27: Colcha K – Laguna Canapa – Laguna Honda – Arbol de Piedra – Laguna Colorada =  209km

 

Dzień 27:  =  209km

 

Dzień 28 - 13 sierpnia 2012 – poniedziałek

 

KOLEJNA ZMIANA KLIMATU