Powrót
   

 

      MALEZJA 2001

 

Czas: 2 sierpnia 2001 – 5 sierpnia 2001

Miejsce: Warszawa – Amsterdam – Kuala Lumpur  – Sydney

Osoby: Dawid Droń (26, Złotoryja)

Cel: Dolecieć do Australii po drodze zwiedzając Petronas Twin Towers.

Koszt: 4,400 PLN/os. (cena biletu Warszawa – Sydney)

 

 

Dzień 1 – 2 sierpnia 2001 – czwartek

 

           NAJPIERW DO STOLICY

 

 

Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu do Australii. W sumie nie za bardzo wiedziałem na jak długo tam polecę. Teoretycznie mogłem zostać dwa lata ale różne rzeczy mogły się przecież wydarzyć. Ciężko więc w sumie było pożegnać się z wszystkimi i wszystkim i polecieć na drugi koniec świata. Zupełnie w nieznane. Ale ciekawość i chęć sprawdzenia się przezwyciężyła wszystko.

 

Połączenie miałem takie sobie. Musiałem bowiem już rano pojechać do Warszawy. Na szczęście miałem u kogo się zatrzymać i przenocować. W Częstochowie zauważyłem pewną dziewczynę, która wydawała mi się być znajomą. Zastanawiałem się i wreszcie w czasie kolejnego postoju zdecydowałem się do niej podejść. Nie myliłem się. To była Kasia Kurzawa – moja koleżanka z ogólniaka. Niestety ona nie poznała mnie i dopiero za 6 razem przypomniała sobie moje imię. Co dziwne jechała ze swoim chłopakiem z .... Nowej Zelandii. A więc ten sam kierunek. Jednak nie lecieli teraz tam.

 

Aby nie nosić ciężkiego bagażu, zdecydowałem się wysiąść na Okęciu i zostawić bagaż w przechowalni i dopiero potem pojechać do centrum. Kiedy dotarłem do Warszawy, od razu poszedłem do mojego kolegi z roku - Pawła i od razu zaczęliśmy pożegnanie. Jak za dawnych studenckich czasów. Przyszła nawet jego siostra i wspólnie obejrzeliśmy nowozelandzki film o uprawie gandzi. Taka lekka komedyjka.

 

 

Dzień 2 – 3 sierpnia 2001 – piątek

 

             ZMIANA KONTYNENTU

 

Ciężko się spało bo denerwowałem się żeby nie zaspać no i w ogóle całą sytuacją. Zamówiliśmy taksówkę i przed 4.00 rano wsiadłem do niej i pojechałem na lotnisko. Taxi kosztowało tylko 20zł. Odebrałem bagaż i czekałem do 5.00 bo wtedy rozpoczęła się odprawa. Oczywiście wszystko dla mnie było nowe i nieznane. Chodziłem sobie więc po lotnisku i obserwowałem co się dzieje. Zmartwiła mnie informacja, że jednak będę musiał zapłacić za dodatkowy bagaż. A szykowała się bardzo długa podróż.

 

Fot.1 Plan podróży.

 

W końcu znalazłem swoje miejsce na odprawę położyłem bagaż na wagę a tam 26.9 kg. Facet się uśmiechnął i powiedział, że za dużo ale wcześniej powiedziałem mu, że lecę pierwszy raz więc mnie puścił. Żadnego problemu z nadaniem aż do Sydney. Potem paszport i sklep bezcłowy. Kupiłem dwie sztangi i poprosiłem o wydanie w $US. Dostałem $7. Potem jeszcze jedna odprawa czyli pokazanie karty pokładowej. Na szczęście gościu przy tej pierwszej odprawie dał mi już wszystkie 3 karty na wszystkie samoloty więc bardzo wygodnie.

 

Fot.2 Karty pokładowe.

 

 

Dłużyło się to wszystko, miałem znów sporo czasu. Zwiedziłem nawet kaplicę na lotnisku, aż wreszcie odnalazłem swoje wejście do samolotu. No i wszedłem do niego. Jednak obsługa holenderska bo to linie KLM. Przywitał nas pilot. W sumie mały samolocik a ja mam miejsce przy oknie. Zero strachu.

 

Wystartował o 6:47. Zaraz zaczęli podawać śniadanko. Polskie produkty, tak jak i gazety, które można było sobie wziąć tuż przy wejściu do samolotu. Większość pasażerów to Polacy. Po śniadanku trochę się gapiłem przez okno ale było widać tylko chmury. No i przed 9.00 byliśmy już w Amsterdamie. Nie przechodzi się żadnej kontroli jeśli ma się przesiadkę. Po prostu idzie się do innej bramy i czeka na odprawę. Wielkie to lotnisko. Przypomniałem sobie, że przecież dwa lata temu dotarłem tu autostopem i nawet przez myśl mi nie przeszło, że dwa lata później będę leciał stąd na drugą półkulę.

 

Dzień 2: Warszawa - Amsterdam 1,100km

 

Znalazłem swoją bramkę i rzeczywiście jest lot do Kuala Lumpur o 12.00. No to 3 godziny czasu... Siadłem sobie i przeczytałem całą Rzeczpospolitą, którą dali nam przed wejściem na pokład samolotu z Warszawy. Potem zmienili bramkę i wszyscy przeszliśmy do tej właściwej. Okazało się, że nie lecimy KLM a malezyjskimi liniami. To oczywiście na początku trochę mnie wprowadziło w zdziwienie i lekki niepokój, czy aby na pewno to jest ten lot. Ale wkrótce przyszli piloci i obsługa (na zielono) no i z półgodzinnym opóźnieniem wystartowaliśmy.

 

Samolot dużo większy niż tamten tzn. Boeing 747 – największy samolot pasażerski na świecie. Rzeczywiście ogromny w środku, dwupiętrowy z rozkładem 2 + 4 + 2 siedzenia w jednym rzędzie. Siadłem obok jakiegoś Holendra ale znów przy oknie. Obsługa super. Telewizorki w siedzeniach (12 kanałów video i 21 radia), słuchaweczki. Jedzenia do wyboru, mnóstwo jakichś pierdółek typu: orzeszki, ciasteczka, jogurciki no i alkoholu, soków i mineralnej do bólu. Na jednym kanale aktualna pozycja samolotu na mapie, czas w Amsterdamie, czas w Kuala Lumpur, czas w obecnym miejscu, wysokość, prędkość, czas do zakończenia itd. Na mapie zaznaczony dzień i noc na świecie. Więc sobie śledziłem na mapie i przez okno gdzie jestem. Nie było chmur więc widać było super. Wysokość cały czas w Europie 8,800m, a w Azji 11,200m. Lecieliśmy przez Niemcy, Czechy, Słowację, Węgry, Rumunię potem całe Morze Czarne, Turcję, Iran, Pakistan, Ocean Indyjski, Indie i Malezję.

 

Chmury skończyły się praktycznie całkowicie nad Rumunią. Nad Morzem Czarnym już nie było żadnej. Turcja to krwawo czerwone skały i zero zieleni. Tak samo widać było Iran. Pustynia, góry, czasem wyższe, czasem niższe.

 

Lot zajął nam 12 godzin, różnica czasu 6 godzin. Dziwne bo noc się do nas zbliżała i ciemno zrobiło się o 17.00! Szybko. Ja zanim zjadłem obiad już umknęły mi Węgry! Pakistanu i Indii już nie widziałem bo było za ciemno. Nie spałem jednak bo za bardzo byłem podjarany. Czekałem już tylko na lądowanie.

 

Dzień 2: Amsterdam – Kuala Lumpur 10,200 km

 

 

 

Dzień 3 – 4 sierpnia 2001 – sobota

 

                  NA RÓWNIKU

 

No i kiedy już wreszcie to nastąpiło to było też ciemno choć tam była 7.00 rano. Dziwnie się czułem lądując całkowicie sam, gdzieś w jakimś kompletnie egzotycznym dla mnie miejscu na równiku. Nie miałem zielonego pojęcia co mnie tam może czekać. Mogłem polegać tylko na sobie. Cały czas też miałem świadomośc, że Malezja to nie Europa i obowiązują tu zapewne inne standardy. Przede wszystkim byłem w pełni świadomy, że nawet za najdrobniejszą ilość narkotyków grozi kara śmierci. Oczywiście sam ich nie miałem ale wiedziałem jaką cenę muszą osiągnąć na czarnym rynku i słyszałem o podrzuceniach. Dlatego musiałem być wyjątkowo ostrożny.

 

Kiedy samolot zniżył się już tak, że widać było miasto zauważyłem jak ogromne ono jest. Azjatycki tygrys z ogromnymi drapaczami chmur był jeszcze pokryty ciemnościami i widać było neony. Dziwne bo przecież to 7.00 rano ale jest ono przecież usytuowane na równiku więc dzień jest bardzo krótki przez cały rok.

 

Po wyjściu z samolotu od razu zauważyłem przyjazny napis "Welcome to Malaysia" ale zauważyłem również napis: "Informujemy, że za posiadanie jakiejkolwiek ilości narkotyków grozi w Malezji kara śmierci." Chwilę później przywitał nas piesek szkolony do ich wykrywania ale tylko pomerdał. Potem trzeba było przejechać specjalnym pociągiem do odprawy. Lotnisko to dwukrotnie zdobyło miano najlepszego lotniska na świecie. A wygląda tak: http://www.youtube.com/watch?v=OwdaQvR54c0

 

Zacząłem się zastanawiać co robić. Miałem 16 godzin czasu do kolejnego lotu do Sydney. Nie ma sensu siedzieć tyle czasu na lotnisku. Chciałem chociaż zobaczyć Petronas. Ale dokładnie nawet nie wiedziałem czy mogę wyjść. Dlatego zacząłem się rozglądać za jakimiś oficjelami. Znalazłem jakieś biuro i poszedłem się spytać. Dwóch gości spojrzało na mnie i zapytało skąd jestem. Kiedy im powiedziałem, wręczyli mi deklarację do wypełnienia. Wypełniłem deklarację, wbili mi wizę na trzy miesiące i mogłem wyjść na miasto.

 

Fot.3 Wiza malezyjska.

 

Teraz kolejna przeszkoda – jak się wydostać z lotniska? Najpierw musiałem wybrać jakieś pieniądze bo przecież nie miałem żadnych ze sobą. Poszukałem bankomatów i znalazłem kilkanaście w jednym miejscu. W pierwszym karta nie zadziałała ale w drugim już tak. Ich waluta jest dokładnie taka sama jak nasza więc był przelicznik 1:1 i łatwo było przeliczać, czy drogo czy nie.

 

Fot.4 Malezyjskie pieniądze.

 

Ok, miałem kasę, no to trzeba kupić bilet do miasta. Jeszcze nie wiedziałem czym pojadę ale szybko zauważyłem miejsce skąd odjeżdżały różne pojazdy w kierunku centrum. Kupiłem bilet do samego centrum. To dość daleko, bo około 50km i jedzie się autostradą. Kupiłem od razu powrotny żeby się nie martwić jak mam wracać.

 

Fot.5 Bilet z lotniska do centrum miasta.

 

Rozjaśniło się już na dworze więc mogłem pooglądać palmy. Ale kiedy wchodziłem do autobusu, to poczułem jakiś taki okropny podmuch gorącego powietrza. Pomyślałem, że to po prostu spaliny bo sporo autobusów się tam zgromadziło i co rusz, jakiś z nich odpalał silnik.

 

W drodze do miasta widać było trochę Malezji ale oczywiście głównie billboardy bo jechaliśmy autostradą. Jednak roślinność i budowle były inne od tego, do czego byłem przyzwyczajony w Europie. Mimo wszystko czułem, że jestem w egzotycznym miejscu. Po drodze minęliśmy stadion piłkarski, gdzie niedawno Manchaster United grał swoje mecze gdy był na tournee po Azji.

 

Kuala Lumpur (mal. błotnisty zbieg) – (http://www.kualalumpur.gov.my/) – stolica Malezji i jej największe miasto, położone w środkowej części Półwyspu Malajskiego. Kuala Lumpur tworzy specjalny, wydzielony dystrykt Kuala Lumpur. Jest to enklawa na terenie stanu Selangor.

 

Ludność: 1 500 000; region metropolitalny: 4 200 000 Powierzchnia: 243,65 km². Obecnie Kuala Lumpur to jedno z najszybciej rozwijających się miast Azji Południowo-Wschodniej, z przyrostem gospodarczym powyżej 10% w skali rocznej. Nad centralną dzielnicą miasta wznoszą się wysokie i nowoczesne wieżowce. Miasto boryka się jednak z poważnymi problemami komunikacyjnymi i mimo wybudowania kilku obwodnic ruch kołowy paraliżowany jest przez korki. System transportu publicznego również nie jest rozwinięty należycie do potrzeb miasta.

 

Miasto rozbudowywane jest bez ładu architektonicznego. Obok centralnej dzielnicy miasta z autostradami i wieżowcami, znajdują się dzielnice zamieszkane przez Chińczyków z tradycyjnymi domami i wąskimi uliczkami. Architektów zachęca się do łączenia tradycyjnych stylów azjatyckich i nowoczesności. W taki sposób powstały będące dumą Kuala Lumpur wieżowce: Dayabumi Building (pierwszy drapacz chmur w Malezji), Tabung Haji Building, Menara Telecom (powstały dzięki pracy lokalnego architekta Hijjasa Kasturi) i znane na całym świecie bliźniacze wieżowce Petronas Towers.

 

Petronas Twin Towers – (http://tinyurl.com/32nah2) – bliźniacze wieże w Kuala Lumpur, stolicy Malezji. Wysokość 452 m. Są to jedne z najwyższych budowli (wież) świata. Obecnie wyższe od nich są budynki Taipei 101 oraz CN Tower w Toronto, ale wieżowce z Malezji zachowały tytuł najwyższych bliźniaczych wież świata i budowli zbudowanych przed końcem XX wieku. Wieże Petronas Towers były najwyższymi budynkami świata (nie licząc iglicy) od roku 1998 do 2004. Dwa drapacze chmur są połączone mostem o długości 58 m na poziomie 41. i 42. piętra.

 

Tak wygląda z ziemi - http://www.youtube.com/watch?v=-oJIatHF3w0  

A tak z góry - http://www.youtube.com/watch?v=hBC4a5UXoN0

 

Autobus zawiózł mnie pod sam Petronas. Chciałem się spytać o powrót, a facet na to, że mam zadzwonić! Żadnego rozkładu, żadnego ustalonego miejsca – po prostu mam zadzwonić a on mnie weźmie. Myślałem, że szlag mnie trafi. Wkurzyłem się na pajaca bo przecież nawet nie wiem gdzie jestem i gdzie się mam umówić, jestem zmęczony, spieszę się a ten mi każe bawić się w podchody.

 

Kiedy wysiadłem, myślałem, że umrę. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że lotnisko i autobus był klimatyzowany. Na dworze nie ma czym oddychać. W kilka sekund byłem mokry. To po prostu masakra! Takiej pogody w życiu nie doświadczyłem. Dotarło do mnie, że to nie były żadne spaliny a podmuch malezyjskiego powietrza. Tutaj po prostu taka jest pogoda.

 

Zadarłem głowę do góry i ujrzałem znajomy widok. Ja pierdzielę, jakie bydlę!!! Stałem u stóp najwyższego budynku świata. Naprawdę robi wrażenie. Srebrny, lśnił w promieniach porannego słońca. Tuż przy wejściu palmy a dookoła inne drapacze, które wyglądały przy nim dość groteskowo.

 

Wszedłem do środka, "kupiłem" darmowy bilet ale moja kolej dopiero za godzinę. Połaziłem trochę na najniższym piętrze. Sporo sklepów z duperelami ale byłem tak umordowany już, że w końcu usiadłęm sobie na chłodnej posadzce i czekałem na swoją kolej wjazdu na taras widokowy. Mijała bowiem 23 godzina odkąd ostatni raz spałem. W dodatku tyle rzeczy się działo i ciągle byłem bombardowany nowymi faktami i sytuacjami, że wreszcie poczułem zmęczenie.

 

Fot.6 Bilet wstępu do Petronas.

 

Moja kolej. Wszedłem do windy i od razu jakiś ciemny spytał skąd jestem. Nie miałem ochoty na głębszą rozmowę więc za dużo nie pogadaliśmy. Za chwilę jednak wjechałem na taras widokowy. I tutaj spore rozczarowanie bo to tylko ten łącznik. Nawet nie zauważyłem tego na bilecie. Byłem rozczarowany bo to trochę nisko - zaledwie 174m ale i tak fajnie było widać miasto. Ogromna szyba oddzielała nas od przepaści i mnóstwo ludzi była przyklejona nosami do tej szyby. W pewnym momencie serce podskoczyło mi do gardła kiedy niespodziewanie z góry.... spadał człowiek! Śmignął tuż przed naszymi oczami ale na szczęście kiedy podeszliśmy bliżej żeby zobaczyć co się z nim stało, za chwilę ujrzeliśmy ogromna i kolorową czaszę jego spadochronu. Facet skoczył chyba z samego szczytu i tylko mignął nam przed nosem. Ale wrażenie było co najmniej dziwne, jeśli nie straszne.

 

Zobacz podobny skok z tego samego miejsca:

http://www.youtube.com/watch?v=v4imXqCkNLc

 

A taki jest widok z tego miejsca gdzie byłem:

http://www.youtube.com/watch?v=mxzDQeSioeQ

 

Po obejrzeniu widoków miasta należało zjechać. Znów kiedy wyszedłem na zewnątrz uderzyła mnie fala równikowego powietrza. To mnie dobijało. Chciałem się przejść trochę, po mieście ale po 500m odechciało mi się. Nie wiedziałem za bardzo gdzie iść, choć miałem przecież kilka rzeczy do obejrzenia. Jednak nie dawałem rady. Miałem ciężki plecak. Mimo, iż był to bagaż podręczny to jednak swoją wagę miał. Byłem nieodpowiednio ubrany, zmęczony i dlatego postanowiłem wrócić na lotnisko. Od razu wiedziałem, że nie będę przecież dzwonił do tego pajaca i musiałem pojechać taksówką. Zacząłem się pytać o cenę ale wszyscy mówili coś koło 100 rinngisów. W końcu wkurzyłem się i zacząłem się targować. Wytargowałem z taksiarzem powrót za 65 rinngisow i przywiózł mnie na lotnisko.

 

Zdążyłem jeszcze oczywiście znów sobie obejrzeć trochę miasta z taksówki, bo zanim wyjechał z tego centrum to przecież upłynęło sporo czasu. Nadal dziwnie się czułem sam w sercu azjatyckiej metropolii. Kiedy wyjechaliśmy na autostradę, głowa mi spadła i po prostu usnąłem w tej taksówce. Przynajmniej był przyjemny chłodek uwalniający się z klimatyzatora. Pod bramą lotniska, obudził mnie kierowca i po uiszczeniu opłaty zgodnie z umową, wszedłem do terminalu. Miałem nadal sporo czasu.

 

Zobacz video z Kuala Lumpur –

http://www.youtube.com/watch?v=AeTwi4cfaXk

 

Wreszcie coś zjadłem ale nie wiem co to było, tzn. czy śniadanie, kolacja, obiad? Pogubiłem się w tych strefach czasowych. Poszedłem później poszukać jakichś kartek żeby wysłać. Znalazłem dość łatwo, kupiłem i wysłałem. Kiedy je wypisywałem  zauważyłem, że w jednym miejscu zebrała się pokaźna sterta butów. Dopiero chwilę później uświadomiłem sobie, że to wejście do meczetu. No tak, w Malezji jest spora grupa muzułmanów więc tutaj to coś naturalnego ale dla mnie coś nowego. Co chwilę coś mnie zaskakiwało.

 

Fot.7 Kartka wysłana do Polski z Malezji.

 

Potem znów zacząłem zwiedzanie lotniska. Miałem jeszcze jakieś drobne monety, które chciałem wydać i postanowiłem, że przecież mogę zadzwonić do domu. Choćby na minutę. Poszukałem jakiegoś kiosku gdzie mógłbym kupić jakąś kartę i dowiedziałem się od faceta, że raczej za długo nie pogadam. Wyjaśnił mi bowiem, że mogę po prostu dzwonić wrzucając monety. Ale ostrzegł, że nie będzie to długa rozmowa, jeśli w ogóle uda mi się dodzwonić. Znalazłem więc telefon i udało mi się dodzwonić do Mamy. Nie było długo ale zawsze to coś. Telefon z Malezji trochę zaskoczył ją ale chyba ucieszył. Zdałem szybko relację i nas rozłączyło.

 

Zostało mi poczekać na samolot do Sydney. Poszedłem na ławkę, włączyłem muzyczkę z walkmana i znów usnąłem. Potem przeszedłem do swojej bramki gdzie gromadzili się już ludzie lecący do Sydney ale lot się opóźnił więc dłużej czekałem. Sprawdzali nam paszporty i wizy już przed wejściem do samolotu. I to dwa razy. Chyba Australijczycy to byli.

 

 

Dzień 4 – 5 sierpnia 2001 – niedziela

 

                 DO GÓRY NOGAMI

 

Wystartowałem 0:06. Do Sydney leci się 7 godzin. Różnica czasu 2 godziny. Znów malezyjskie linie więc to samo. Super. Tym razem nie byłem przy oknie a w środku. Było ciemno więc nie widziałem początkowej fazy lotu. Spać też mi się nie udało, choć na pewno coś tam przykimałem. Potem kiedy zrobiło się jasno wyjrzałem przez okno gdy rozprostowywałem kości. Widać było tylko kolor czerwony. A więc jesteśmy już nad Australią, nad lądem. To pod nami to outback, pustynia i stąd ten kolor. Dreszczyk emocji przeszedł po moim ciele. No to ładnie. Do domu mam niezły kawałek teraz. Nie ma odwrotu.

 

W samolocie rozdali nam ulotki na temat pryszczycy. W Europie szalała ta choroba i dlatego Australijczycy strasznie restrykcyjnie podeszli do tego problemu. Dali nam też deklaracje celne do wypełnienia. Nie zastanawiałem się zbytnio nad tymi pytaniami bo wydawały mi się oczywiste. Nie mieszkałem na farmie, nie miałem kontaktu ze zwierzętami ani nie miałem zabłoconych butów.

 

Nie widziałem Sydney z lotu ptaka gdyż musieliśmy być przypięci, a ja nie siedziałem przy oknie. Podczas lądowania zagadał mnie jeden ze stewardów, który siedział tuż obok mnie. Wreszcie dotknęliśmy płyty lotniska. Co prawda zamiast wylądować o 7:40 wylądowaliśmy o 9:20 ale ci, którzy po mnie wyszli czekali cierpliwie.

 

Dzień 4: Kuala Lumpur - Sydney 6,600km

 

Na miejscu rzeczywiście strasznie zaostrzone odprawy w związku z tą pryszczycą. Ale nie tylko. Musiałem się nieźle spowiadać oficerowi imigracyjnemu z celu mojej wizyty a potem nastąpił bardzo nieprzyjemny moment. Wezwano mnie do oddzielnego stanowiska i zadano krótkie pytanie: Czy to moja deklaracja? Ale to była deklaracja jakiegoś Greka. Wtedy przyniesiono mi moją i ponowiono pytanie. Teraz nie mogłem już zaprzeczyć. No i wyciagnięto z mojej torby czekoladki Wedla. Zaczęli się drzeć, że zaraz wypiszą mi mandat na $2,000 za nielegalny przemyt żywności. Oczywiście nie chodziło o kontrabandę ale o te procedury anty-pryszczycowe. Żadnej żywności nie wolno wwozić na teren Australii. Jednak po zastanowieniu darowali mi to, tylko ze względu na to, iż były one hermetycznie zamknięte, tzn. zafoliowane. To mnie uratowało. Oddali mi moją torbę. Miałem niezły kipisz w niej i sporo czasu zajęło mi układanie wszytkiego od nowa.

 

Wreszcie wyszedłem a Maciek z Dorotką już czekali. Byli też inni – nowi już znajomi: Jadźka i Bart. Zrobili mi zdjęcia i wsiedliśmy do autobusu. Maciek musiał iść do pracy więc wysiadł wcześniej a my do domu. Tam się rozgościłem i poszliśmy na zakupy. Dorota zrobiła obiad a ja chciałem zadzwonić bo moja Mama kazała mi koniecznie to zrobić ale w Polsce był środek nocy więc się wstrzymałem.

 

Fot.8 Przylot do Sydney.

 

Potem zadzwonił Maciek żebym przyszedł... na rozmowę o pracę. Pojechałem więc sam do centrum. Dostałem komórkę Doroty na wszelki wypadek no i wytyczne jak się w ogóle zachować w kolejnym obcym mi ogromnym mieście. Pojechałem więc 374 wzdłuż Fox Studio i dojechałem pod Circular Quay. Maciek zadzwonił kiedy wysiadłem i doszedłem do portu. Tam mnie odebrał i poszliśmy do knajpy do managerki. Restauracja zwana Waterfront - (http://www.waterfrontrestaurant.com.au/) - jest naprzeciwko opery i mostu więc już od razu oba symbole Sydney zobaczyłem.

 

Rozmowa była krótka. Kiedy zacznę szkołę i dostanę pozwolenie na pracę mogę pracować 20 godzin jako commis czyli pomocnik kelnera (nakrywanie i noszenie jedzenia). Wróciłem do domu i było już ciemno choć bardzo ciepło. Ludzie chodzili z krótkim rękawem! Środek zimy! Maciek pracował do 23.00 więc się umówiliśmy, że przyjedziemy po niego i gdzieś pójdziemy. Tak też było. Przyszli inni ludzie więc nowych ludzi sporo poznałem. Wypiliśmy po dwa piwka w knajpce i wróciliśmy taryfą ok 1.00 w nocy. Byłem już naprawdę padnięty! Nic nie spałem od 4 dni (nie liczę piętnastominutowych kimanek w samolocie). Ległem na łóżko i spałem...10 godzin!

 

Warszawa – Sydney 17,900km

 

 

                MALEZJA - 2001

 

 

 

 

1.

Warszawa - Amsterdam

1,100

2.

Amsterdam – Kuala Lumpur

10,200

3.

Kuala Lumpur - Sydney

6,600

 

 

 

 

 

17,900 km