Powrót
   

EUROPA ZACHODNIA 1999

 

Czas: 19 lipca 1999 – 13 sierpnia 1999

Miejsce: Polska – Wlk Brytania – Irlandia – Wlk Brytania – Belgia – Holandia –  

             Belgia – Luksemburg – Niemcy - Polska

Osoby: Agnieszka Zacharias (24, Kielce), Dawid Droń (24, Złotoryja)

Cel: Zwiedzić autostopem najważniejsze miejsca w Europie Zachodniej

Koszt: 3,000 PLN/os.

 

 

Dzień 1 – 19 lipca 1999

 

         AUTOSTRADĄ W KIERUNKU WYSP

 

 

"Sztygar" zatłoczony niemiłosiernie. Przez całą drogę stałem przy drzwiach. Zero możliwości ruchu. I w dodatku ten upał. Ale przyjechał punktualnie więc miałem 2 godziny czasu we Wrocławiu.

 

Najpierw kupiłem £50 po 6.15, a potem coś zjadłem. Wreszcie po 15.00 poszedłem na dworzec. Szukałem trochę punktu odjazdu aż w końcu zapytałem w informacji. Skierowano mnie na peron 4. Więc poszedłem tam i rzeczywiście był to peron odjazdów międzynarodowych. Wkrótce potem podjechał autokar do Londynu z Rzeszowa. Chwilę postał i pojechał.

 

Tuż przed 16.00 przyjechał wreszcie ten właściwy z Agnieszką na pokładzie. Całkiem fajny – klimatyzacja, video, wc i dość wygodny. Kierowca skasował bilet, załadowałem bagaż i poszliśmy jeszcze na zakupy. We Wrocławiu czekaliśmy ok. 20 minut. Potem ruszyliśmy do Zielonej Góry. Tam jeszcze się dosiadła jedna osoba, a potem zatrzymał się w jakimś zajeździe przed granicą gdzie czekał na niego drugi kierowca.

 

Wreszcie pojechaliśmy na granicę. Kierowca zebrał paszporty i wszystko trwało krótką chwilę bo oddał je dość szybko. Wjechaliśmy do Niemiec i autostradą pędziliśmy przed siebie. Ludzie powoli usypiali. Nas też to czekało.

 

Dzień 2 – 20 lipca 1999

 

              WYSTARCZY PRZEJŚĆ BRAMKĘ

 

Obudziłem się tak już całkiem około 5.00. Czytam drogowskazy i wszystko wskazuje na to, że jesteśmy w Holandii. Kiepska pogoda, ludzie w autokarze śpią. Ja znów trochę przysnąłem i obudziłem się po 7.00 kiedy zmieniali się kierowcy. To była już Antwerpia. Po drodze nie było żadnych granic. Wzmógł się tylko ruch na autostradzie i wtedy wjeżdżaliśmy do Francji. Zaczęło padać. W końcu dotarliśmy do portu w Calais.

 

Króciutka odprawa i wjechaliśmy na prom. Mieliśmy 1.5 h czasu aby zjeść i się umyć. Przeprawa przez kanał La Manche szybko nam zleciała i wkrótce siedząc już w autokarze ujrzeliśmy białe klify Dover.

 

No i zaczęło się… Trzeba jakoś przejść odprawę. Przed nami autokar z Warszawy więc podwójna liczba ludzi. Odprawa w Anglii polega m.in. na wypełnieniu formularza zawierającego rubrykę "adres w UK". Następnie każda osoba jest dokładnie przepytywana.

 

Kiedy przyszła kolej na nas, trafiliśmy do dwóch różnych oficerów. Agnieszka miała bardzo łagodnego, który nie zadawał kłopotliwych pytań. Natomiast ten mój czepiał się wszystkiego. Najpierw o adres, że nie mam, potem gdzie chce jechać, dlaczego do Irlandii, co będę robił w Irlandii, jak długo, którędy wracam, kim jestem, kazał pokazać legitymację studencką, potem ile mam pieniędzy, kazał pokazać, ale jak to autostopem – dziwił się, gdzie będę spał, a gdzie mój bagaż, co w nim mam. Agnieszka stała obok i razem z tym swoim przysłuchiwała się mojej konwersacji. Wreszcie ten mój zapytał tego, co egzaminował Agnieszkę czy nas puścić ale tamten był pozytywnie nastawiony i wbili nam te pieczątki.

 

Potem czekaliśmy na troje osób z naszego autokaru, którzy musieli pokazać bagaże, a potem dowiedzieliśmy się, że jedną osobę z warszawskiego cofnęli. Po tym stresującym momencie ruszyliśmy w kierunku Londynu. Lewą stroną oczywiście. Zmieniliśmy czas i jakoś dowlekliśmy się do Londynu. Zanim dojechał na Victorię zdążyliśmy obejrzeć film na video.

 

Wysadzili nas na Victorii i pierwsze co zrobiliśmy to poszliśmy sprawdzić dokładną godzinę odjazdu naszego autokaru do Cork. W informacji potwierdził, że mamy o 20.00 ze stanowiska nr 19. Trzeba być o 19.15 a aktualnie była 13.30. Mieliśmy więc sporo czasu. Przede wszystkim trzeba było się pozbyć plecaków. Zdecydowaliśmy się na przechowalnię bagażu. Sporo kosztowała bo w sumie aż £8 ale co robić. Dodatkowo kupiliśmy plan miasta i poszliśmy w trasę.

 

Najpierw długo szliśmy Victoria Street aż znaleźliśmy Westminster Abbey. Tam lunęło więc musieliśmy przeczekać trochę. Nie wchodziliśmy do końca bo cholerne kolejki. Potem obejrzeliśmy po drugiej stronie Big Ben i Houses Of Parliament. Weszliśmy na Tower Bridge, porobiliśmy zdjęć i udaliśmy się w kierunku Trafalgar Square. Stamtąd do Piccadilly Circus. Usiedliśmy sobie pod amorkiem i poszliśmy na Oxford Street szukać sklepów muzycznych. Wszystkie plany miasta, które mieliśmy okazały się do dupy. Długo szukaliśmy tej Oxford Street ale dzięki temu weszliśmy do fajnego sklepiku ze starociami. Potem i tak znaleźliśmy tę Oxford Street i oba duże sklepy muzyczne na niej ale trochę się rozczarowałem. Nie tego się spodziewałem.

 

Długo wracaliśmy w upale ale doszliśmy do Hyde Parku, a potem do Buckingham Palace. Była tam jakaś uroczystość wręczania dyplomów więc były tłumy.

 

 

Szybko się więc zmyliśmy i znów z problemami doszliśmy na dworzec. Odebraliśmy bagaże i poszedłem załatwiać sprawę biletów. Stanąłem w kolejce gdzie ustawiali się jadący do Irlandii. Przede mną kupowała bilet dziwna babka. Murzynka w potarganych łachmanach, opatulona kocami pod którymi miała plecaki.

 

Wreszcie przyszła kolej na mnie. Kiedy zadałem pierwsze pytanie usłyszałem w odpowiedzi: "Czy państwo są narodowości polskiej?" Patrzę na plakietkę a tam "Piotr Kasprzyk". Fajnie się złożyło bo wszystko objaśnił mi po polsku.

 

Mieliśmy pół godziny czasu. Załadowaliśmy się wreszcie do tego autokaru pełnego Irlandczyków. Niestety za nami siadła ta Murzynka od której waliło czosnkiem. Punktualnie o 20.00 wyruszyliśmy z dworca. Przebijaliśmy się przez Londyn, widziałem nawet słynna fabrykę z okładki "Animals" Pink Floyd. Pierwszym przystankiem był Bristol. Dosiadło się kilka osób. Zrobiło się też chłodno. Ludzie znów powoli usypiali. Na następnym przystanku wysiadłem sam. Przeszedłem się po parkingu, zajrzałem do baru, a tam napisy nie po angielsku! Szybko zrozumiałem, że byliśmy gdzieś w Walii. Było już bardzo późno i bardzo zimno.

 

Dzień 3 - 21 lipca 1999

 

              CHCĘ SIĘ WRESZCIE WYSPAĆ

 

Do terminalu przyjechaliśmy około 3.00. Promy kursują dwa razy na dobę. Nasz odpływał o 3.15. Najpierw wyszliśmy wszyscy żeby dostać jakieś dziwne kartki. Potem siedzieliśmy i wreszcie po pokazaniu tychże kartek wróciliśmy do autokaru. Wjechaliśmy na prom i znowu wyszliśmy. Poszliśmy sobie do Sali telewizyjnej i usnęliśmy w fotelach.

 

Obudził nas kapitan oznajmiając, że zbliżamy się do Irlandii. O 6.55 byliśmy na miejscu i wyjechaliśmy na ląd. Do autokaru wszedł "Garda" czyli policjant irlandzki. Irlandczyków nie sprawdzał wcale, a nas zapytał ile będziemy w Irlandii. Odpowiedź, że tydzień widocznie go usatysfakcjonowała bo dał nam spokój i oddał paszporty.

 

Autokar ponownie ruszył i już jechaliśmy przez różne miasteczka i wioski wysadzając po drodze pasażerów. Zmienił się kierowca i pogoda też się zmieniła. Raz deszcz, raz słońce. Punktualnie o 11.05 (zgodnie z rozkładem) wysiedliśmy na dworcu w Cork. Pani czosnek też. Pierwsze co zrobiliśmy to zanieśliśmy bagaże do przechowalni. Tutaj przynajmniej ceny normalne: £1.30.

 

W dalszej kolejności usiłowałem doszukać się czegoś o dojeździe do zamku Blarney. Usłyszeliśmy polski język i Agnieszka zagadnęła do dwóch Polek ale w ogóle nie wiedziały o co chodzi. Potem niespodziewanie jakaś turystka (Amerykanka?) dała mi rozkład autobusów oznajmiając, że już go nie potrzebuje.

 

Ale żeby dojechać do Blarney, trzeba było mieć forsę irlandzką. Poszedłem więc szukać banku. W czasie kiedy szukałem zaczepiła mnie jakaś dziewczyna z facetem… pociągając mnie za włosy. Widać, że szukali zaczepki. Ale olałem ich i znalazłem bank. Wymieniłem te £50 angielskich na £56 irlandzkich.

 

Po powrocie poszliśmy na miasto szukać informacji turystycznej. Malutkie miasteczko, w sumie mało ciekawe.

 

Cork (irl. Corcaigh)

http://www.corkcity.ie/?reloaded / http://www.corkcity.ie/newcomersguide/polish.shtml

to drugie co do wielkości miasto Irlandii, leżące przy ujściu rzeki Lee. Ośrodek administracyjny hrabstwa Cork i największe miasto prowincji Munster. Historia Cork sięga VI w., kiedy to Święty Finbarr postawił tu swoją pustelnię. Jednak zaczątkiem dzisiejszego miasta stała się osada Wikingów zbudowana w 1172 roku. Nazwa Cork, pochodzi od irlandzkiego Corcach Mór Mumhan, czyli Wielkich Bagien Munsteru. Nazwę tę Cork zawdzięcza rozlewiskom rzeki Lee. Centrum miasta leży na wyspie, a większość ulic powstała w wyniku zasypania dawnych kanałów rzecznych.

 

Dotarliśmy do informacji i tam facet wyjaśnił jak dojechać do zamku Blarney ale nie za bardzo potrafił mi pomóc jeśli chodziło o wyjazd z miasta. Bo o to również już rozpytywałem wiedząc, że dziś wieczorem musimy się wydostać z miasta. Musiałem sobie więc radzić samemu. A ciężko było bo nie mieliśmy planu miasta z zaznaczonymi liniami autobusowymi. W końcu poszedłem do informacji autobusowej i tam pani wymyśliła mi linię nr 5, przystanek Commons Inn.

 

My tymczasem kupiliśmy sobie bilety do Blarney i z grupą "żółtych plecaków" (prawdopodobnie z Portugalii) pojechaliśmy na zamek. Na miejscu kupiliśmy wejściówki studenckie bez okazywania legitymacji. Ładny zamek ale i równie ładny park. Długo chodziliśmy po parku aż wreszcie poszliśmy na zamek. Stanęliśmy w dość długiej kolejce nie wiedząc w sumie o co chodzi tym ludziom. Znaczy wiedziałem z czego słynie ten zamek ale nie przypuszczałem, że to trwa tak długo. Grubo ponad godzinę staliśmy na krętych schodach gdzie przez malutkie okienka wiało jak sto pięćdziesiąt. Po tych mękach ucałowaliśmy i my ten słynny kamień i zeszliśmy już szybko.

 

 

Kamień z Blarney, Kamień Elokwencji, (ang. Blarney Stone, Stone of Eloquence) – wapienny blok o wymiarach ok. 30 x 120 cm, wmurowany w mury obronne zamku w Blarney (hr. Cork, Irlandia). Legenda głosi, że ten kto go pocałuje, uzyska dar elokwencji i przekonywania. Nie jest to zbyt proste, gdyż jest on wbudowany poniżej linii blanków. Osoba która chce tego dokonać musi być zwieszona głową w dół i przytrzymywana za nogi.

 

Przekonania o takich właściwościach kamienia pochodzi z opowieści o właścicielu zamku, który był odpowiedzialny za kolonizację okolicznych terenów. Mimo niewywiązywania się ze swoich obowiązków i wynikłego stąd gniewu Elżbiety I, angielskiej królowej, dzięki swoim zdolnościom krasomówczym zawsze zdołał uniknąć odpowiedzialności. Od tego czasu słowo blarney w języku angielskim oznacza sprytną, pochlebczą mowę.

 

 

Jeszcze raz poszliśmy do parku coś zjeść i do miasteczka. Potem na przystanek na który podjechał autobus troszkę wcześniej. Władowaliśmy się do niego, a ja poszedłem pogadać z kierowcą a propos tego wyjazdu z miasta. Potwierdził, pokazał miejsce ale na koniec odwołał wszystko i doradził wsiąść do następnego do Blarney i wysiąść za rondem.

 

Tak też zdecydowaliśmy się zrobić. Po odbiorze bagaży i władowaniu się do autobusu jadącego do Blarney, wysiedliśmy za rondem. Stanęliśmy tam z kartką na Limerick i po 15 minutach już mieliśmy gościa złapanego. Miły człowiek. Myślał, że jesteśmy Szwajcarami. Trochę odważna teza. Nie jechał do Limerick tylko do Mallow ale poprosiliśmy go o wysadzenie przed miastem bo robiło się późno.

 

Kilka mil (tutaj operuje się milami) przed Mallow zostawił nas, a ja poszedłem na poszukiwania noclegu. Z jednej strony droga, z drugiej co prawda krzaki ale za nimi tory kolejowe. Poszedłem wzdłuż drogi ale znalazłem tylko tabliczkę, że nie wolno wyrzucać śmieci. Poszedłem w drugą stronę i w końcu znalazłem miejsce między brzózkami. Całkiem nieźle zamaskowane.

 

Dzień 3: Cork – Mallow 24km

 

 

Dzień 4 – 22 lipca 1999

 

                   KLIFY I MESZKI

 

Noc minęła bardzo dobrze. Wreszcie się wyspaliśmy. Pogoda wspaniała bo żadnej chmurki więc wskoczyłem w krótkie spodenki. Ale to był głupi pomysł bo po 15 minutach zrozumieliśmy, że słońce to jedno, a wiatr to drugie. Trzeba się było przebrać.

 

Wtedy zaczęliśmy łapać. Znów na kartkę z Limerick. Minęło kolejne 15 minut i mamy bezzębnego dziadka zdezelowaną furgonetką. Pierwsze pytanie jakie zadał to czy już piliśmy Guinessa. Zawiózł nas do tego Mallow ale fajnie zrobił bo wywiózł nas za miasto. A tam trochę dłużej czekaliśmy. Niecałą godzinę ale trafiliśmy tym razem super bo facet jechał za Limerick. Facet okazał się niesamowitym gadułą. Poruszaliśmy różne tematy od języków obcych, poprzez kolory skóry kończąc na atrakcjach mijanego przez nas Limerick.

 

I tym razem nasz kierowca wpadł na pomysł aby nam ułatwić życie i zawiózł nas w takie miejsce abyśmy nie musieli nosić za dużo. Sam nadrobił spory kawałek. Wysadził nas w wiosce Newmarket on Fergus. Przeszliśmy ją całą w 10 minut i na światłach złapaliśmy następnego po upływie zaledwie 2 minut. Planowaliśmy dojechać do Ennis i stamtąd jakoś autobusami nad klify. Autobusami bo to bardzo podrzędne drogi, przynajmniej tak wynikało z map.

 

Rzeczywistość jednak okazała się inna. Facet, którego złapaliśmy w Newmarket okazał się trudnym interlokutorem bo mówił głównie po irlandzku. Dał mi niezłą szkołę mieszanki anglo-irlandzkiego. Długo rozmawialiśmy choć oboje się męczyliśmy. Był to jakiś robotnik, który wiózł betoniarkę. W samochodzie syf niemiłosierny ale cieszyliśmy się, że jedziemy. Po tych ciężkich negocjacjach wydało się, że on jedzie do miejsca oddalonego od klifów o zaledwie 2 mile! Ale fuks! Bardzo nam to przypasowało bo nie trzeba było wydawać kasy na autobusy. Gdy się zbliżaliśmy do celu, widać już było klify ale podróż skończyła się tak jak obiecał 2 mile od Cliffs of Moher.

 

Po wylądowaniu w krainie pól golfowych udałem się do supermarketu. Spotkałem tam naszego kierowcę. Później wróciłem żeby się spytać o jakieś połączenie ale doradzono mi… autostop. No to stanęliśmy. Zero drzew, kamienne płoty, wiatr znad Atlantyku i wszechobecne pola golfowe. Ruch i owszem jest ale jeżdżą albo całe rodziny albo autokary. Ale to nie przeszkodziło pewnemu Dublińczykowi zatrzymać się po pół godzinie naszego czekania. Zatrzymał się pomimo 3 dzieci w swoim samochodzie.

 

Bagażnik miał na dachu więc trzeba było użyć sporej siły aby tam właśnie władować nasze plecaki. Gdy się dowiedział, że jesteśmy z Polski, pochwalił się, że ma rodzinę w Gdańsku. Trochę dziwił się naszym podróżom, a właściwie ich sposobowi. Nie mniej zdziwione były jego dzieci, które ciężko było zrozumieć i dopiero tatuś wyjaśniał o co im chodziło kiedy nas o coś pytali. Ale podróż była bardzo króciuteńka bo zaraz byliśmy na miejscu. Powiedział nam jeszcze, że pobyt tutaj nie powinien przekroczyć 20 minut.

 

Wychodząc z samochodu o mały włos nie rozbiłem sobie okularów. Skończyło się na tym, że wygięły mi się jak paragraf. Szybko jednak usunąłem usterkę i byłem gotowy na spotkanie z klifami. Drugim problemem okazał się brak konkretnego miejsca na pozostawienie plecaków. To działka Agnieszki więc ruszyła do miejscowych po prośbie. Nie zgodził się ani parkingowy ani gość od pamiątek ale wreszcie zlitował się handlarz koszulkami.

 

Same klify zrobiły na nas ogromne wrażenie. Klify Moher (irl. Aillte an Mhothair, ang. Cliffs of Moher) to odcinek klifowego wybrzeża Oceanu Atlantyckiego w zachodniej części Republiki Irlandii (hrabstwo Clare). Klif, zbudowany z wapieni i piaskowców, ma około 8 km długości, w najwyższym miejscu osiąga wysokość 203m. Jedna z głównych atrakcji turystycznych Irlandii. Spędziliśmy tam 40 minut. Zszedł nam prawie cały film bo pstrykaliśmy zdjęcie za zdjęciem. Naprawdę warto było tu przyjechać.

 

 

Niestety nocleg tutaj był niemożliwy gdyż to tzw. jałowy teren czyli brak drzew i krzaków. Tylko trawa a w niej kamienie. No i pagórki. Nie za bardzo zachęcające miejsce. W dodatku cały czas smagane wiatrem znad oceanu, który rozpościerał się aż po horyzont. To było nasze pierwsze w życiu spotkanie z oceanem, choć nie było nam dane zanurzyć się w nim.

 

Po decyzji o opuszczeniu tego miejsca musieliśmy dalej próbować łapać kogoś aby się stąd wydostać. Ale znów dopisało nam szczęście bo po niespełna 10 minutach już siedzieliśmy w samochodzie pewnego Francuza. Ten żabojad mówił tak cicho, że ciężko go było usłyszeć. Jednak wyjaśnił nam, że wynajął sobie samochód i jeździ po Irlandii. Narzekał na jazdę po lewej stronie a najbardziej doskwierała mu pomyłka przy zmianie biegów, kiedy szukał dźwigni po prawej stronie.

 

Dogadaliśmy się z nim, że zawiezie nas do miejscowości Lisdoonvarna na trasie do Ballyvaghan. Kiedy znaleźliśmy się na miejscu próbowałem mu wyjaśnić, że szukamy dobrej miejscówki na nocleg ale w ogóle nie pojmował tego konceptu i chciał nas wysadzić w samym centrum wsi. Powiedziałem mu żeby nas zabrał z powrotem i w końcu wysadził nas za obrębem wsi. Przeszliśmy kawałek i zauważyłem drogowskaz. Coś mi nie pasowało. Tyle tych wiosek tam ale coś mi mówiło, że to zła droga. Chociaż Francuz jechał do Galway więc naszą drogą. Zeszliśmy na polną drogę i poszedłem do najbliższego domu spytać się. Miałem rację. Francuz się pomylił. Ballyvaughan w drugą stronę. Ale już było za późno więc zdecydowaliśmy się na obozowanie.

 

Poszedłem w drugą stronę i znalazłem o dziwo las. Świetnie. Ale to był olbrzymi błąd. Co prawda wszystko na początku było OK. Po przebrnięciu przez jeżyny i ich kolce, znaleźliśmy małą polankę. Rozkładamy się z kolacją i po kilku minutach zaczyna nas coś gryźć. Ale to nie komary. Więc co to jest? Okazało się, że to setki, a może nawet tysiące malutkich muszek. Jakieś dziwne bo gryzą i to bardzo boleśnie. W dodatku włażą wszędzie: do oczu, uszu, ust, do jedzenia. W pewnym momencie stały się nie do wytrzymania.

 

Uciekłem stamtąd w poszukiwaniu innego miejsca. I w pewnym momencie nadepnąłem, na jak mi się wydawało bezpieczną kupkę liści, która okazała się ponad metrową dziurą. Wpadłem więc do jakiegoś rowu po pas. Rozwaliłem sobie rękę, ubrudziłem buty i na koniec walnąłem głową o ziemię aż mi się gwiazdki pokazały przed oczami.

 

Jednak znalazłem inne miejsce. Wróciłem po Agnieszkę, która siedziała z ręcznikiem na głowie a nad nią krążyło tysiące muszek. Migiem zmyliśmy się z tamtego miejsca. Niestety koszmar trwał dalej. Muszki zjawiły się i tu. Zaczął się koszmar gdyż siateczka w namiocie miała za duże oczka jak na te paskudztwa. Nie mieliśmy szans. Zaatakowały nas i gryzły całą noc. Byłem tak pokłuty, że dostałem gorączki i twarz miałem opuchniętą i czerwoną. Nie było miejsca w które nie ugryzła mnie muszka. W namiocie było czarno od nich. Byliśmy załamani.

 

Już w Polsce zainteresowaliśmy się tymi dziwnymi owadami i wypadło, że były to meszki, choć 100% pewności nie mamy. Meszki to malutkie (4-6 mm) owady, przypominające muszki, przebywające w pobliżu płytkich wód płynących. Meszki kłują niemal przez całą dobę, także w dzień, gdy świeci słońce. Krwawiący ślad po kłuciu meszki jest bardzo bolesny i utrzymuje się dość długo, pojawia się obrzęk (często o odczynie alergicznym), niekiedy gorączka. Zmasowany atak, a tak się dzieje na niektórych terenach, może spowodować obszerne zmiany skórne, a nawet obrzęki płuc utrudniające oddychanie. Może to doprowadzić do śmierci zwierzęcia, a także ludzi np. pozostawionych bez opieki niemowląt. Dlatego meszek należy unikać „jak zarazy”. Dużym zagrożeniem dla dzieci, jak też dla osób dorosłych są ukąszenia i jad (ślina) meszki. Następstwem ukąszeń meszki jest bowiem ostry, rozległy obrzęk naczynioruchowy, często o odczynie alergicznym i gorączka. Mechanizm działania ukąszeń meszek nie jest do końca poznany. Jednak toksyna zawarta w ślinie owadów podejrzewana jest o rozpuszczanie krwinek czerwonych i niszczenie tkanek. http://www.pfm.pl/u235/navi/199269 , http://www.meszki.com.pl/

 

Dzień 4: Mallow – Lisdoonvarna 160km

 

 

Dzień 5 – 23 lipca 1999

 

          KĄPIEL W LODOWATYM ATLANTYKU

 

Pełni nadziei, że chłód poranka przegoni muszki/meszki bardzo się rozczarowaliśmy. Podczas składania namiotu dalej szturmowały nasze ciała. Postaraliśmy się to zrobić dość szybko i przeszliśmy w miejsce gdzie wczoraj Agnieszka na mnie czekała. Pogoda bardzo się popsuła więc musieliśmy się przebrać. Ciężko było zapalić paliwka ale jakoś zrobiliśmy sobie śniadanie. Przykucnięci za kamiennym ogrodzeniem patrzyliśmy z politowaniem na nasze opuchnięte gęby.

 

Dodatkowo musieliśmy się wracać cały kawał bo Francuz nas źle wysadził. Droga do centrum była ciężka bo pod górkę. Po wielu przystankach dotarliśmy do zakrętu gdzie wg mnie powinniśmy byli wczoraj skręcić. Ale rzeczywiście nie było drogowskazu więc byłem zmuszony pójść się spytać. Na szczęście to była właściwa droga. Teraz to już dość szybko udało się nam wyjść z centrum ale tak w sumie to z 5 km drałowaliśmy z ciężkimi plecakami.

 

Samo miasteczko to malutka osada gdzie nawet nie ma posterunku policji. Był jeden sklep gdzie zrobiliśmy sobie małe zakupki i ustawiliśmy się na wylocie. Miejsca do zatrzymywania to było i sporo ale problem w tym, że nie miał kto się zatrzymywać. Jest to zwykła lokalna droga między dwiema wsiami więc oprócz turystów i traktorów to nic tu nie jeździ. Raz na 10 minut może ktoś przejedzie. W dodatku się pomyli i nawraca o czym poinformowało mnie kilku kierowców do których dobiegłem gdy się zatrzymali.

 

Z nudów graliśmy w "Miliard w rozumie" ze słownikiem zamiast encyklopedii. A czas sobie płynął i minęło 105 minut kiedy zapakowaliśmy się do faceta, który oferował nam raptem 5 mil. Jednak kiedy nas wysadził w miejscu wcale nie lepszym niż to, z którego nas zabrał, po 5 minutach podjechał mercedes z dwiema upalonymi marihuaną Niemkami. Załadowane były maksymalnie ale udało się nam jakoś upchać w tego merola.

 

Mało rozmawialiśmy bo one cały czas się chichrały. Jazda krętymi uliczkami samochodem z kierownicą po lewej stronie i bez pasów była dziwnym przeżyciem ale ruda Niemka nieźle sobie radziła. Upewniły się, że chcemy do Ballyvaghan i tam nas zawiozły.

 

Ballyvaghan pojawił się na mojej liście do zwiedzenia z powodu zdjęcia, które zobaczyłem w Encarcie. Postanowiłem sobie zrobić identyczne.

 

 

Po drugie chcieliśmy doświadczyć uroku wiejskiego irlandzkiego pubu, który nie byłby skażony przez turystów. Ta wioska nadawała się do tego wyśmienicie.

 

Po zrobieniu sobie tego zdjęcia, poszliśmy do pubu. Niestety musieliśmy tachać nasze graty. Pub był taki jak sobie wyobrażałem. Nawet muzyka była taka jak myślałem, że będzie. Poprosiliśmy o dwa najbardziej typowe piwa irlandzkie i chłopak doradził nam Guinessa oraz Smithwick's. Oba ciemne. Usiedliśmy sobie przy stoliczku i obserwując wszystko sączyliśmy browarki. 

 

Niespodziewanie kelnerka przyniosła sztućce, chleb i talerzyki. "Może tutaj mają taki zwyczaj, że obcych się karmi" – pomyślałem choć wiedziałem, że dziewczyna pomyliła stolik. Przyznała to sama potem kiedy zwróciłem jej uwagę, że niczego nie zamawialiśmy.

 

Kiedy wypiliśmy piwka, wyszliśmy na zewnątrz, przeszliśmy przez murek i znaleźliśmy na kamienistej plaży. Wreszcie mieliśmy okazję dotknąć wody z prawdziwego oceanu. Woda jednak była lodowata. Nie przeszkodziło to jednak Agnieszce… wskoczyć do wody i popływać w tej lodowatej wodzie! Przyglądała się temu chyba cała wieś bo nikt o zdrowych zmysłach nie zanurzyłby się w tej wodzie.

 

Po tej kąpieli poleżeliśmy sobie jeszcze na tej plaży i późnym popołudniem zebraliśmy się w drogę. Na końcówkę szło się krótko i krótko czekaliśmy na kolejnego kierowcę chętnego nas podwieźć. Facet miał dwudrzwiowca ale tradycyjnie już udało się nam do niego wepchnąć z naszymi gratami.

 

Po drodze mało mówił, pytał czy chodziliśmy po górach itp. W pewnym momencie na rondzie zatrzymał się pytając którą drogą jedziemy: główną czy na skróty. Myślałem, że on nie jedzie dalej więc zacząłem wysiadać ale on się zdziwił i mówi, że jedzie tylko, że na skróty – po górach. No to jedziemy. Wkrótce okazało się, że skrót jest duży ale wraca się na główną drogę. Niespodziewanie zajechaliśmy na jego podwórko. Tam nas zostawił.

 

Przeszliśmy kawałek i znowu stanęliśmy wśród tego pustkowia. Tylko kamienie, góry i wiatr. Do głównej drogi zostało nam niewiele więc to był nasz plan na dziś. Była bowiem już 17.00. Ale za chwilę zjawił się pewien Śmieszek. Zgodził się nas zawieźć na N6 między Galway a Dublinem ale nie chciał nam powiedzieć gdzie jedzie. Dopiero kiedy znaleźliśmy się na tej drodze wyjawił, że jedzie do Dublina.

 

Zupełnie się nie spodziewaliśmy, że moglibyśmy tak szybko przejechać z jednego wybrzeża na drugie ale takiej okazji nie mogliśmy zmarnować. Ustaliliśmy, że wysadzi nas przed Dublinem żebyśmy mogli jutro rano wjechać do miasta.

 

W czasie drogi trochę gadaliśmy bo gościu był całkiem przyjemny ale sporo też słuchaliśmy radia. Do Dublina było ponad 200 km więc trochę czasu to musiało zająć. Cieszyliśmy się, że jutro z rana sobie wjedziemy do miasta ale nasz plan nie doszedł do skutku. Tuż przed Dublinem droga zmieniła się w autostradę, a w dodatku nasz kierowca jechał na jakieś zadupie i musiał nas wysadzić na obrzeżach miasta.

 

Tak więc niespodziewanie wylądowaliśmy nocą w Dublinie. Wysadził nas koło stacji benzynowej z marnymi szansami znalezienia miejsca do rozbicia namiotu. Co prawda były jakieś krzaki i nawet tam poszedłem ale spotkałem tylko bandę miejscowych wyrostków pijących piwo. Koło stacji też się ciągle kręcili jacyś podejrzani. Nie było to dobre położenie.

 

Robiło się ciemno i trzeba było się w końcu zdecydować co robimy. Obszedłem stację jeszcze raz i znalazłem ciekawe miejsce. Był krzak i mur a pomiędzy nimi kawałek trawnika. Dodatkowo zastawiony przez klatkę z butlami gazowymi. Powiedziałem Agnieszce żeby je obejrzała, a ona poszła tam i przy okazji spytała się faceta ze stacji czy miałby coś przeciwko nam. O dziwo facet zgodził się bez problemu. Więc przenieśliśmy się w tamto miejsce. Widziało nas kilku wyrostków ale generalnie było to dobrze ukryte miejsce. Kiedy się ściemniło rozbiliśmy namiot. Nie gotowaliśmy niczego w obawie o wysadzenie całej stacji w powietrze. Pogoda zapowiadała się dobrze.

 

Dzień 5: Lisdoonvarna – Dublin 246km

 

 

Dzień 6 – 24 lipca 1999

 

                        MINI-LONDYN

 

Niestety noc minęła fatalnie. Co prawda te meszki, które spakowaliśmy w namiot nie przeżyły ale podłapaliśmy kolejnego wroga. Tym razem atak przypuściły na nas pchły. Wzięły się prawdopodobnie z samochodu w którym jeździł pies. Strasznie nas pokąsały. Na lewej ręce naliczyłem 33 ukąszenia, a gryzły nas wszędzie.

 

Rano zebraliśmy się szybko i poszedłem się spytać na stację o bilety. Skierował mnie do kiosku. Tam zaopatrzyliśmy się w jednodniówki i czekaliśmy na autobus do centrum. Okazał się być bardzo załadowany. W dodatku trafił się nam spektakl walki matki z rozwydrzonym bachorem, który rzucał butelką z mlekiem po całym autobusie. W końcu dojechaliśmy do centrum.

 

Wyładowaliśmy się pod pomnik i szybko zlokalizowaliśmy nasze położenie. Samo centrum Dublina.

 

Dublin (irl. Baile Átha Cliath, ang. Dublin) http://www.dublin.ie/ - stolica i największe miasto Republiki Irlandii.

 

Położony na wschodnim wybrzeżu Irlandii, nad Morzem Irlandzkim, u ujścia rzeki Liffey (irl. An Life) do Zatoki Dublińskiej. Rzeka dzieli miasto na dwie dzielnice o zdecydowanie odmiennym charakterze: North Side oraz nowocześniejszą i bardziej zamożną South Side. Archaiczna irlandzka nazwa okolic miasta - Dúbh Linn (oznaczająca "Czarny Staw") - została przez stulecia zangielszczona do współczesnej, używanej również w innych językach postaci Dublin. Natomiast współczesna irlandzka nazwa Baile Átha Cliath oznacza "Miasto Brodu z Trzcinowymi Płotami".

 

Spis ludności z roku 2002 podaje, że mieszkańców Dublina jest ok. 496 tys.; natomiast mieszkańców hrabstwa Dublin już ponad 1,1 mln. Wyróżnia się też region aglomeracji Dublina (Greater Dublin Area) składający się z hrabstwa Dublin oraz okolicznych hrabstw, które łącznie zamieszkiwało w 2002 r. ok. 1,6 mln mieszkańców. Dublin jest atrakcyjnym pod względem turystycznym miastem, decyduje o tym m.in. jego specyficzna atmosfera. Zachowało się tutaj stosunkowo niewiele starszych zabytków (sprzed XVII wieku). Jednym z nich jest Zamek Dubliński, wybudowany przez Normanów na miejscu dawnej fortyfikacji wikingów w XIII wieku. Swój obecny wygląd zawdzięcza on jednak przebudowie z XVIII wieku. W pobliżu zamku, od zachodniej strony znajduje się katedra Christchurch z 1172 roku. Powstała po wyburzeniu poprzedniej drewnianej katedry wzniesionej przez wikingów. W późniejszych wiekach popadała coraz bardziej w ruinę – dzisiejszy kształt to efekt kompleksowej renowacji i przebudowy z końca XIX wieku. Drugą katedrą w Dublinie jest katedra św. Patryka. Obie stanowią własność protestanckiego Kościoła Irlandii i są udostępniane dla zwiedzających.

 

 

W centrum miasta dominuje niewysoka, stosunkowo młoda zabudowa, w przeważającej mierze utrzymana w stylu gregoriańskim i neoklasycznym (XVIII w.). W kilku miejscach zachował się układ urbanistyczny z tego okresu z charakterystycznymi ceglanymi domami. Z epoki wiktoriańskiej pochodzą natomiast budynki Biblioteki Narodowej i Muzeum Narodowego na prawym brzegu Liffey. Na północ od nich, bliżej rzeki znajdują się budynki Uniwersytetu Irlandii (Trinity College), założonego w 1592 roku. Najciekawszym obiektem kompleksu jest uniwersytecka biblioteka, znana z kolekcji iluminowanych rękopisów ze słynną Księgą z Kells (Book of Kells).

 

Wyruszyliśmy w kierunku stacji ale było to dość daleko. W dodatku zrobił się upał. Agnieszka próbowała znaleźć miejsce na plecaki ale wszyscy odmawiali w obawie o bombę. Musieliśmy iść. Droga była długa ale wreszcie doszliśmy. Na dworcu spytałem się o publiczne prysznice ale w Dublinie ich nie ma.

 

Poszliśmy więc najpierw do parku na śniadanie, a potem do schroniska spytać się o ten prysznic. Długo tam czekaliśmy bo odprawiała takiego turystę, który się lekko zdziwił rachunkiem. Na zewnątrz stała tablica z ofertą £15 za noc więc facet spodziewał się £30 bo spędził tam dwie noce. Ale rachunek wyniósł go £100 bo za £15 to by miał noc z 15 innymi osobami w pokoju. Na naszą prośbę o skorzystanie tylko z łazienki (za odpowiednią opłatą) pani się nie zgodziła. No chyba, że zapłacimy za całą noc.

 

Poszliśmy więc zwiedzać brudni. Zgodnie z planem i wytyczoną dróżką szliśmy przez miasto. Ale plan znów był do dupy i ciężko było chodzić według niego. Dotarliśmy do katedry, a potem poszliśmy do Dublinii – historycznego Dublina. Odpoczywaliśmy w olbrzymim parku wśród tysięcy miejscowych wylegiwujących się na trawce.

 

Upał dokuczał strasznie więc byliśmy trochę zmęczeni. Ale jeszcze poszliśmy na uniwersytet i oczywiście na zamek. Generalnie spacerowaliśmy sobie po mieście. Ale nie wstrząsnęło nami to miasto. Taki mini-londyn. Nie powalił nas na kolana na pewno.

 

Po zwiedzeniu najważniejszych miejsc udaliśmy się po bagaże, a potem czekało nas nie lada wyzwanie. Trzeba się wydostać z tego miasta. Tym razem nie miałem łatwo bo znów nie było dokładnych map z zaznaczonymi trasami autobusów więc musiałem jakoś sam sobie to wymyślić.

 

Przeszliśmy na główną ulicę skąd odchodzi większość autobusów. To oczywiście O'Connell Street. Najbardziej reprezentacyjna z dublińskich ulic (porównywana często z paryskimi Polami Elizejskimi). Upamiętnia ona nazwisko wybitnego irlandzkiego polityka i patrioty Daniela O'Connella, którego monumentalny pomnik stoi nad rzeką, u wlotu ulicy. Tam też dziś rano wysiedliśmy.

 

Umęczyliśmy się trochę ale było tam naprawdę sporo autobusów. Wymyśliłem, że 16 mogłaby być dobra. Chwilę poczekaliśmy i kiedy przyjechał zagadałem kierowcę. Ten jednak odradził mi 16 ale zaproponował 41. Niestety przystanek dla 41 był daleko więc jednak wsiedliśmy w tę 16.

 

W trakcie jazdy zainteresował się nami pewien chłopak. Wytłumaczyłem mu więc o co chodzi, a on wraz z innymi ludźmi, którzy się temu przysłuchiwali doradził jednak 41. Jednak inni zaprotestowali i wymyślili 34. Zrobił się szum bo zaczęli się kłócić między sobą, która linia lepsza. W końcu jednak zdecydowaliśmy się wysiąść na pierwszym przystanku wraz z tym chłopakiem i przesiedliśmy się do 41. Chłopak był trochę podpity i dlatego taki odważny ale jak sam przyznał w Dublinie jest od 9 miesięcy i wie jak zły jest transport publiczny w tym mieście.

 

Mieliśmy bilety całodniowe więc mogliśmy się przesiadać ile chcieliśmy na szczęście. Kiedy weszliśmy do 41 znów zagadałem kierowcę. Był bardzo w porządku bo wysadził nas w odpowiednim miejscu. Bardzo dogodnym.

 

Pogoda się pogorszyła, naszło więcej chmur a my słyszeliśmy lądujące albo startujące samoloty z pobliskiego lotniska. Teraz priorytetem było znalezienie noclegu. Poszedłem szukać ale wszędzie wokół było prywatne. Zdecydowałem się więc spytać.

 

Pukam do drzwi i otwiera mi młoda dziewczyna. Tłumaczę jej, że chciałbym przenocować na łące za jej domem ale okazało się, że to nie jest jej łąka. Do rozmowy włączył się jednak brat i w ogóle nie widział problemu żebyśmy się tam rozbili. Doradził nam tylko dobrze się ukryć bo dzieci z sąsiedztwa mogą nam przeszkadzać.

 

Łąka okazała się być zaorana więc pełna górek i dołków. Ale znaleźliśmy w miarę płaski kawałek. Rozbiliśmy namiot, przykryłem go folią bo grzmiało i zaczęliśmy gotowanie. No i jednak pojawił się jakiś dzieciak z okolicy. "Cześć" - zagaił i zaproponował partyjkę w golfa. Ustawił piłkę, uderzył i poszedł. Po piłkę już nie poszedł. Wrócił do nas, ostrzegł nas przed kolegami i poszedł. Jego koledzy się też zjawili. Pytali o tamtego. Wreszcie dali nam spokój i już nikt o nic nas nie pytał.

 

Dzień 7 – 25 lipca 1999

 

              W LIPCU W ULSTERZE?

 

Wstaliśmy sobie spokojniutko. Wytrzepaliśmy porządnie namiot i ubrania z pcheł, meszek i innych świństw. Potem poszliśmy spokojnie za rondo. Po pół godzinie zjawił się bardzo sympatyczny Irlandczyk. Przywitał nas po polsku "dobry wieczór" (choć był ranek) i jak się okazało sporo wiedział o Polsce bo był dwa razy w naszym kraju.

 

Wiózł nas przez 50 km i bardzo dużo opowiadał nam o Irlandii Północnej. Zostawił nas oczywiście za miasteczkiem abyśmy mogli sobie kogoś szybko znaleźć do Belfastu. Po 15 minutach równie sympatyczny pan podwiózł nas prawie do samego Belfastu. Dużo też mówił o Ulsterze. W ogóle to chodliwy temat był. Przejechaliśmy granicę, a właściwie to co z niej zostało. Na wzgórzu punkt obserwacyjny armii brytyjskiej, zasieki z drutu kolczastego, kamery. Jednak nic już nie jest obsługiwane i żadnej kontroli tu nie ma ale można sobie wyobrazić co się tu działo jeszcze 20 lat temu. W sumie jednak trudno się zorientować kiedy się wjeżdża do Irlandii Północnej.

 

Facet bardzo chciał nam pokazać swoje miasteczko ale nawet nie trzeba było go prosić aby nas zawiózł na wylotkę z miasta. Stanęliśmy znów na głównej trasie i po 5 minutach młode małżeństwo w białym furgonie ale na południowych numerach zabrało nas ze sobą. Wpakowaliśmy się na tył i jechaliśmy do Belfastu. Jednak dość szybko się pożegnaliśmy. Skręcali gdzieś wcześniej i wysadzili nas na trasie.

 

Ale po 5 minutach znów się zatrzymał furgon. Pytam czy do Belfastu a on mnie wyśmiał mówiąc: "To jest Belfast!" No to sprecyzowałem, że chce do centrum. W końcu ustaliliśmy, że zawiezie nas do portu gdzie zostawimy plecaki. Jest to Belfast Zachodni więc dzielnica katolicka, a więc tam gdzie jest "najgoręcej" w lipcu.

 

Jednak nasz kierowca zafundował nam małą przejażdżkę po ulicach Belfastu. Pokazał nam siedzibę Sein Finn, widzieliśmy słynne grafitti. Kiedy dojechaliśmy do terminalu spytałem o dojście do centrum. Chciał nam pokazać i się wkopał bo musiał zrobić dodatkowe kółko co nam wyszło na dobre. Pokazał nam siedzibę armii brytyjskiej i dwa wieżowce: jeden z flagą brytyjską, a drugi z irlandzką. Skomentował to jako chore. Przyznał się nam, że jest narodowcem czyli katolikiem. Dzięki niemu zobaczyliśmy najważniejsze miejsca w Belfaście.

 

Belfast - http://www.belfastcity.gov.uk/ - to stolica, a zarazem największe miasto Irlandii Północnej. Miasto jest położone u ujścia rzeki Lagan do zatoki Belfast Lough . Osadnictwo rozwijało się wokół normandzkiego zamku, zbudowanego w roku 1177. W średniowieczu był małą osadą pozostającą w cieniu sąsiedniego Carrickfergus. Miasto zaczęło rozwijać się dopiero w XVII wieku jako centrum handlowe. Rozpoczęło się wówczas przybywanie osadników z Anglii i Szkocji, na mocy planu kolonizacyjnego sir Arthura Chichestera. W 1685 w Belfaście pojawili się francuscy hugenoci, którzy, rozwijając na tym terenie przemysł włókienniczy (gł. lniany), doprowadzili do prawdziwego rozkwitu miasta. Pożar, który wybuchł w 1708 prawie doszczętnie strawił Belfast. W kolejnych latach XVIII w. następował rozwój handlu wyrobami tkackimi i przemysłu okrętowego (1791 pierwsza stocznia) oraz znaczny przyrost liczby ludności. Pod koniec wieku miasto stało się centrum irlandzkiego ruchu niepodległościowego jednoczącego katolików i protestantów, miejscem walk podczas powstania w 1798. Dalsze uprzemysławianie, głównie rozwój stoczni, było motorem rozwoju. Pomiędzy 1831 a 1901 liczba mieszkańców wzrosła z 30 tys. do 350 tys.

 

W 1922 uznany za stolicę Irlandii Północnej, która weszła w skład Zjednoczonego Królestwa. W czasie II wojny światowej miasto zostało zbombardowane przez hitlerowskie lotnictwo (1941). Od lat 60. XX w. teren konfliktów pomiędzy probrytyjskimi unionistami a zwolennikami zjednoczenia Irlandii, których eskalacja miała miejsce w okresie tzw. Troubles, tj. w latach 1968 - 1990. W 1997 r. po raz pierwszy w historii Unioniści utracili kontrolę nad radą miejską.

 

Gdy nasz kierowca zostawił nas w terminalu była 14.20. Agnieszka dowiedziała się, że nie ma przechowalni bagażu. Ja natomiast dowiedziałem się szokującej informacji, że prom do Szkocji pływa raz dziennie i ten dzisiejszy odpływa za… 2 minuty! Więc natychmiast kupiłem bilety po £19 i szybko zawołałem Agnieszkę. Daliśmy bagaż na taśmę, oni go prześwietlili. Nawet tę malutką torebkę na biodra, którą Agnieszka miała. Potem zapytali czy chcemy mieć nasze bagaże przewiezione na prom. Zgodziliśmy się.

 

Potem trochę się pogubiliśmy i nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie iść. Ale spytałem się stewardessy w czerwonym bereciku i wpuścili nas na prom. Chcieliśmy mieć koniecznie choć jedno zdjęcie w Belfaście więc musieliśmy zrobić je sobie z promu. Wtedy odpłynęliśmy.

 

 

Nic więc nie zobaczyliśmy sami w Belfaście ale po pierwsze spodziewałem się promów nocnych, a po drugie Belfast to raczej miasto portowo-przemysłowe wiec jakiegoś dramatu też nie było. A zostawanie na noc nie miało chyba sensu. Generalnie więc byliśmy bardziej zaskoczeni zastałą sytuacją niż zmartwieni.

 

Podróż trwała 1.5 h i upłynęła nam bardzo miło. Patrzeliśmy sobie jak oddala się brzeg irlandzki a w pewnym momencie widać było już Szkocję. Taki moment kiedy widać oba brzegi był dosłownie możliwy do uchwycenia przez kilka sekund. Potem już tylko zbliżaliśmy się do Szkocji.

 

Rejs zakończył się o 16.00. Nie była więc to późna pora. Obecnie znajdowaliśmy się w miasteczku Stranraer. To miasteczko o populacji trochę ponad 10,000 mieszkańców słynne właśnie z możliwości popłynięcia promem Stena Line do Ulsteru. Po wyjściu z terminala, pierwsze co zrobiłem to spytałem się o drogę do Glasgow. Potem Agnieszka poszła nabrać wody i wróciła z wiadomością, że jest fajna toaleta z prysznicem. Poszliśmy tam, a za nami dwóch pijanych szkockich nastolatków. Gdy zobaczyli flagi na plecakach zaczęli wyzywać papieża. Ale nam dali spokój.

 

Zdecydowaliśmy, że Agnieszka wykąpie się pierwsza. Prysznic kosztował £1.20 i trzeba było wrzucić żeton. Dostało się ręcznik. Kiedy czekałem na Agnieszkę, dwaj Szkoci wrócili. Tym razem już mi nie odpuścili i kazali powiedzieć: "Stranraer is OK.". Potem zaczepili innego faceta ale ten ich postraszył, że zawiadomi szkołę.

 

Agnieszka wyszła i stwierdziła, że prysznic jest beznadziejny. Ale się umyła. Czas na mnie, ta sama procedura ale po wrzuceniu żetonu, woda kapała a nie leciała. Ciągnę za sznurek, grzebię w maszynie a tu nic. Zawołałem więc babkę, a ona na to, że się popsuło i koniec mycia. Rozebrałem się więc tylko niepotrzebnie. Oddała kasę ale ja byłem strasznie wkurzony. Co się później okazało, Agnieszka miała identyczną sytuację ale myślała, że takie są prysznice w Szkocji. Woda spływa po ścianie – prysznic po szkocku bo oszczędnie.

 

Poszliśmy wiec stamtąd kierując się na wylot ale zmyliły mnie znaki i musieliśmy wrócić do centrum. Przeszliśmy całe miasteczko i dalej już według drogowskazów na Ayr. Idziemy wzdłuż brzegu. Po lewej ogromna zatoka, po prawej domki. Jeden przy drugim. Idziemy, idziemy, idziemy. Już cholernie się zmęczyliśmy. Wreszcie ostatni dom. Fajne w sumie miejsce bo nie wieje tak bardzo od tego morza.

 

Agnieszka obejrzała ale stwierdziła, że idziemy dalej. A dalej "picnic area" z tym, że nocowanie zabronione. Idziemy więc dalej. Chyba przeszliśmy ze 3 km aż w końcu zauważyliśmy jakąś boczną dróżkę. Wspięliśmy się tam i znaleźliśmy kawałeczek nieogrodzonej łąki osłonięte od wiatru krzakami. Zrobiło się bardzo zimno.

 

Dzień 7: Dublin – Belfast 167km

 

 

Dzień 8 – 26 lipca 1999

 

              GOLF, KAWA I MUZEA

 

Bardzo zimna noc. Aż musiałem się ubrać w nocy. Kolejne zwierzęta nam weszły w drogę. Tym razem jednak chodziło o krowy, które właściciel przygnał na pastwisko o 7.00 i to one nas obudziły. Farmer w ogóle się nami nie interesował choć na pewno nas widział. Nam w ogóle się nie chciało wychodzić więc poleżeliśmy jeszcze 2 godziny w namiocie.

 

Kiedy wyściubiliśmy nosy na zewnątrz przywitał nas słoneczny szkocki poranek i mocna morska zimna bryza. Zeszliśmy na dół na trasę i znaleźliśmy niewielki wjazd na osiedle przyczep kempingowych. Zaczęliśmy robić sobie śniadanie.

 

W pewnej chwili podszedł do nas pewien dziadek. Wypytał się nas o wszystko, zrobił kilka miłych min i poszedł. Za chwilę wyjechał z osiedla samochód. Zatrzymał się. To znowu ten dziadek. Dał nam mleko i żałował, że po południu jedzie do Glasgow z 5 osobami bo by nas chętnie zabrał.

 

Wreszcie po śniadaniu stanęliśmy na drodze. Po chwili przejechał dziadek. Zatrąbił, pomachał i zniknął. Ale nie minęło sporo czasu kiedy przy nas zatrzymał się młody facet. Przedstawił się jako Trevor. Młody businessman – projektant hoteli. Strasznie gadatliwy Irlandczyk z Ulsteru. Akurat jechał do Glasgow.

 

W czasie drogi sporo opowiadał nam o sobie ale też i wypytywał. Żalił się na słowiańskie zwyczaje, że przy omawianiu interesu trzeba pić wódkę. Dziś też był nieźle skacowany po dobił targu dzień wcześniej. Z tego powodu wymyślił sobie, że zawiezie nas na kawę do jakiegoś klubu golfowego w Troon. Troon to słynne miasto golfowe. Siedziba jednego z najstarszych klubów golfowych i miejsce rozgrywania różnych mistrzostw.

 

W międzyczasie dowiedział się co studiujemy i zadzwonił do żony. Żona Szwedka studiowała to samo co my, a teraz postanowiła zostać pisarką. Doszło do tego, że dał mi telefon i musiałem z nią trochę porozmawiać bo Trevor nie był przekonany czy my rzeczywiście wiemy co to jest Beowulf. Niestety straciliśmy zasięg i przerwało nam rozmowę.

 

Jadąc malowniczą drogą wzdłuż brzegu, Trevor skręcił do tego klubu golfowego. Ale zapomniał drogi więc musiał wjechać do miasteczka. Tam zapytał o drogę starszego gościa, którego za cholerę nie zrozumiałem, za miasteczkiem znowu się zapytał aż wreszcie się wkurzył i zajechaliśmy pod jakiś elegancki hotel. Tam zamówił dzbanek kawy. Była naprawdę bardzo dobra.

 

Później już tylko poprosiliśmy go o zawiezienie do centrum Glasgow. Tam nas wysadził, wzięliśmy od niego adres, bo fajny z niego gość, a on pokazał nam jak dojść do stacji. Tam też skierowaliśmy nasze pierwsze kroki. Zostawiliśmy bagaże i wreszcie znalazłem porządny prysznic. Zapłaciłem £2 ale w zamian dostałem ręcznik, mydło, szampon, żel i zamykaną kabinę z umywalką. Żadnych żetonów. Wody ile się chce. Byłem bardzo zadowolony tym razem.

 

Po kąpieli ruszyliśmy w miasto. Glasgow - http://www.glasgow.gov.uk/ - to największe miasto Szkocji (700 000 mieszkańców) uznane za jej komercyjną stolicę. Położone jest nad rzeką Clyde.

 

Wokół nas wystrzeliły ogromne budynki, czuło się, że to ogromne miasto ale wcale nie takie złe jak nas przestrzegano do tej pory. Byłem pozytywnie zaskoczony. Koszmarem jest jednak rzeczywiście ich język. Trzeba nieźle uszu nadstawiać żeby nie zgubić wątku.

 

Zwiedziliśmy to, co zaplanowaliśmy więc nie było problemów z czasem. Szkoda, że muzea zamykają tak wcześnie ale jedno z tych ważniejszych udało się nam zaliczyć. W dodatku było za darmo. To muzeum religii znane jako St Mungo’s Museum of Religious Life and Art, gdzie można poznać chyba każdą religię świata. Bardzo interesujące. Zwiedziliśmy też ogromny cmentarz na wzgórzu, z którego rozpościerał się widok na miasto. Pooglądaliśmy też sobie architekturę wiktoriańską, podobno jedną z najlepiej zachowanych w całej Brytanii.

 

Po części kulturalnej, trzeba było się zainteresować częścią praktyczną. Najpierw tradycyjnie udaliśmy się do supermarketu po pakiet przetrwania. Potem odebraliśmy plecaki. W samym centrum znajdowało się biuro komunikacji miejskiej ale nie mieli map z trasami autobusów. Co prawda bo zabraniu plecaków już wiedziałem jakim autobusem wyjechać i gdzie ale nie wiedziałem skąd. No to poszliśmy do tego biura. A tu zamknięte. No to mamy problem.

 

Było tam kilka przystanków ale ani 216 ani 15. Co robić? W końcu poszedłem do jednego z kierowców spytać się jak wyjechać z miasta w kierunku Edynburga. Cholernie trudno było go zrozumieć ale wysilał się aby mi pomóc. Stwierdził, że powinniśmy pójść na drugi koniec ulicy do Queen's Station i tam sprawdzić. No to w drogę. Nie było to tak daleko. Co się okazało to znaleźliśmy stację kolejową. Znowu panika i znów trzeba się pytać. Ale powiedzieli mi dokładnie gdzie iść.

 

Na przejściu, widząc nasze zamieszanie, młoda para sama nas zagadnęła i zaoferowała pomoc i dokładnie wskazali stację. Poszedłem sprawdzić. Ale tam było ze 30 stanowisk i trudno było znaleźć cokolwiek. Jednak znalazłem linię 213. Czyli ani nie 15 ani nie 216. Stanowisko nr 18. Poszedłem więc sprawdzić dokładnie godzinę odjazdu a tam normalnie szok. Ostatni odjechał 8 minut temu. Była 19.00. Trochę mnie to podłamało. Trudno było uwierzyć.

 

Koniecznym było znalezienie innej alternatywy. Odszukałem jakiś inny jadący w kierunku Bargeddie. Bargeddie to chyba najdalej położone (19 km) miasteczko na wschód obsługiwane przez miejskie autobusy. Tam chcieliśmy się dostać ale musieliśmy się zadowolić czymś innym. Odszukałem, że ten autobus dojedzie do przedostatniego przystanku przed Bargeddie.

 

Jakże byłem zdziwiony kiedy zobaczyłem na świetlnej tablicy umieszczonej w naszym autobusie nazwę Bargeddie. Zapytałem kierowcę czy rzeczywiście tam jedzie i wyszło, że to ostatni przystanek. W takim razie wychodzi, że nie potrafiłem czytać ze zrozumieniem szkockich rozkładów jazdy, albo oni piszą bzdury.

 

Jak zwykle kiedy wysiedliśmy nie było wiadomo co i jak. Poszedłem szukać noclegu. Znalazłem dwa miejsca i dodatkowo wyjazd na jutro. Przeszliśmy kawałek i potem Agnieszka wybrała nocleg. Bezpiecznie i całkiem cicho. Ale wieczorem znów zrobiło się bardzo zimno. Wszyscy przez cały dzień zachwycali się pogodą – taki upał. Ale noce naprawdę są tutaj zimne. Trzeba było się szybko rozbić.

 

Dzień 8: Stranraer - Glasgow 150km

 

 

Dzień 9 – 27 lipca 1999

 

                   MAMO !!! ŻYJEMY !!!

 

Noc minęła bardzo spokojnie. Pogoda nadal bardzo ładna. Żadnej chmurki. Przeszliśmy więc na odpowiednie miejsce ale dość kiepsko nam szło. Mało samochodów. Ale jednak po godzinie zatrzymał się – jak się później okazało – Ross. Mieszkaniec Glasgow. Za cholerę nie mogłem się z nim dogadać. Szczęście, że do Edynburga nie jest tak daleko. Choć nie jest aż tak blisko jak myślałem, gdyż znów zapomniałem, że tu używają mil a nie kilometrów i patrząc na drogowskazy, trzeba w pamięci przeliczać.

 

Ross pokazał nam pewnego chłopaka, który malował płot na przedmieściach Glasgow i określił go mianem "bad boy", wyjaśniając, że to kara za jakieś przewinienie i że zamiast do poprawczaka musi robić takie rzeczy.

 

Potem Ross zawiózł nas pod sam zamek. Dla nas idealnie. Malutki ryneczek, ławeczki, budka telefoniczna. Do stacji jednak daleko więc trzeba poszukać innego miejsca na plecaki. Agnieszka poszła szukać i szybko znalazła w totolotku. Było dość wcześnie ale musieliśmy się wyrobić do 17.00 bo wtedy zamykali totolotka.

 

Oczywiście pierwsze kroki skierowaliśmy na pobliski zamek. Bilety dość drogie jak dla nas bo £6.50 ale trzeba koniecznie go zobaczyć. Zwiedzanie zajęło nam blisko 3 godziny. Pozostałą część czasu przeznaczyliśmy na długi spacer ulicą The Rogal Mile aż do rezydencji królowej zwanej Holyrood Palace. Wracaliśmy inną drogą i zrobiliśmy sobie przerwę w parku bo doskwierał nam niesamowity upał.

 

 

Samo miasto - http://www.edinburgh.gov.uk/internet - to od 1437 roku stolica Szkocji i siedziba szkockiego parlamentu, odnowionego w 1999 roku. Od 1583 miasto uniwersyteckie. Obecnie znajdują się tam dwa uniwersytety i politechnika. W 2001 roku miasto miało 450,000 mieszkańców. Najstarsze budynki w Edynburgu pochodzą z lat 1623-1630. Znajduje się tam dom Johna Knoxa, który wprowadził protestantyzm w Szkocji oraz pomnik Waltera Scotta - sławnego pisarza poety szkockiego. Stare Miasto uległo poważnemu zniszczeniu w wielkim pożarze z 1824 roku. Obok centrum znajduje się wzniesienie zwane Fotelem Króla Artura. Dokładna nazwa to Artur's seat. Jest to wygasły wulkan.

 

Miasto słynie z licznych dorocznych imprez i festiwali, z których najsłynniejszym jest Fringe (festiwal teatralny), odbywający się w sierpniu.

 

W czasie naszego spaceru w pewnym momencie zrobił się straszny szum i panika na głównej ulicy miasta bo chyba wszystkie wozy strażackie z całego Edynburga usiłowały przedrzeć się przez zakorkowaną ulicę. Próbowali różnymi sposobami, m.in. pod prąd. Obserwowaliśmy to, jednocześnie sprawdzając odpowiednie autobusy aby wyjechać z miasta. Znalazłem właściwy i poszliśmy w kierunku totolotka. Tam Agnieszka znów (po wczorajszym niepowodzeniu) próbowała zadzwonić do domu ale i tym razem się nie udało. Chwilę później ja spróbowałem i mnie się udało. Dzwoniliśmy na koszt przyjmującego (przez Polska Direct) i Mama bez wahania zgodziła się oczywiście przyjąć taką rozmowę. Pogadałem chwilkę, uspokoiłem ją, że wszystko w porządku bo nawet przecież nie wiedziała w którym miejscu Europy byliśmy. Obiecała zadzwonić do Rodziców Agnieszki.

 

Po odebraniu plecaków usiedliśmy sobie na ławeczce obok miejscowego żula i jeszcze raz przeanalizowaliśmy dzisiejszy dzień. Powoli też przygotowywaliśmy się na wyjazd z miasta. Postanowiliśmy znów iść inna trasą na przystanek aby dodatkowo coś uczknąć z krajobrazu miasta.

 

Kiedy podjechał autobus tradycyjnie uderzyłem w gadkę z kierowcą. Doradził aby wysiąść wcześniej niż planowaliśmy. Sam nam wskazał przystanek ale kiedy wysiedliśmy nadal byliśmy w centrum. Przekonałem się o tym idąc wzdłuż wylotówki na Berwick. Podeszliśmy dalej w pobliże przystanku ale nie wiedzieliśmy dokąd ten autobus jedzie. Postanowiliśmy więc łapać bo ciągnął się długi sznur samochodów.

 

W pewnym momencie podbiegł mały chłopak i zaczął nam pomagać. Wtedy też zagadnąłem go i poszliśmy na przystanek ale nie wiedział zbyt wiele na temat autobusów więc szybko się zmył. Łapaliśmy dalej. Aż wreszcie wyjechał niewiadomo skąd stary volkswagen bagażowy z dwiema dziewczynami. Pytały dokąd jedziemy. Wyjaśniliśmy, że chcemy wyjechać po prostu z miasta. Załatwione. Władowaliśmy się do nich.

 

Dziewczyny same w przeszłości jeździły stopem więc czuły ten klimat. Od razu widać, że luzary. Kolczyki, tatuaże, dziwne fatałaszki. Jedna Angielka, druga Walijka ale jak sama przyznała ani słowa po walijsku nie umie powiedzieć. Pytały się z jakiego miasta jesteśmy, to zapytałem ile miast w Polsce zna. Znały Warszawę i Kraków więc nie trafiły naszego.

 

Jechały całkiem daleko ale ciężko im było nas wysadzić bo wjechały na autostradę i musiały sporo nadrobić żeby nas wysadzić na parkingu. Ale w końcu się udało. Parking bardzo OK. Sklepik, WC i jak później odkryłem ławeczki wyżej w lesie. Był to w takim razie idealny punkt na nocleg. Choć przewijało się sporo samochodów, a wśród nich i Polaków ("Darek, gdzie dałeś kurwa kluczyki?"), to jednak byliśmy na górce niewidoczni.

 

Siedzieliśmy sobie (wreszcie) przy stoliku, robiliśmy kolację a tu nagle podjechał inspektor parkingu. Sprawdzał WC, kosze itp. Ale na górę nie wszedł. Kiedy zrobiło się ciemno przygotowywaliśmy się do noclegu. Na parkingu pozostali tylko TIR-owcy. I właśnie wtedy zjawił się jakiś gość i zapytał czy zamierzamy tu spać. Trudno było wyczuć o co mu chodzi więc dyplomatycznie odpowiedziałem mu, że "prawdopodobnie". A jemu chodziło o to, że będzie nam tu bardzo zimno. Gdy dowiedział się, że jutro jedziemy do Newcastle zaproponował podwiezienie swoim TIR-em. Niestety pora dla nas była koszmarna bo startował o 5.30. A noc rzeczywiście była pierońsko zimna. Ale spokojna.

 

Dzień 9: Glasgow – Broxburn 124km

 

 

Dzień 10 – 28 lipca 1999

 

                   BĘDĘ WIDZIAŁ BEDE

 

Rano otworzono sklepik, zjechało się więcej samochodów. My znowu kulturalnie śniadanko przy stoliczku. No ale czas iść na trasę. Mnóstwo samochodów ale jakoś nikt nie jest skory aby nas zabrać. Pogoda też się popsuła. Silny wiatr i dużo chmur.

 

Stoimy i stoimy. Minęło dobre 1.5h kiedy z parkingu wyjechał jakiś brodacz. Zagadnął dokąd i kiwnął żeby się pakować. Jechał do Newcastle. Trochę męczący facet ale uczynny. Wziął nas tylko dlatego, że zauważył polskie flagi na plecakach i pomyślał, że pewnie nie mamy za dużo kasy.

 

Bardzo dużo gadał, przyznał się, że jest włoskim Szkotem z 4 pokolenia. Ale gadał bzdety. Wszystko było "fucking" i w ogóle co drugie słowo to było "fuck". Opowiadał też o USA i innych pierdołach i było to dość nużące. A trasa była dość długa więc sporo czasu z nim spędziliśmy.

 

Kiedy dojeżdżaliśmy do Newcastle okazało się, że on jedzie do północnej części miasta. My w ogóle nie mieliśmy zamiaru wjeżdżać do miasta, a nasz kierowca dodatkowo przestrzegał nas przed zjazdem z A1 i wjechaniu do centrum bo to "fucking city", kradną, biją i w ogóle sami bandyci.

 

Wysadził nas na zjeździe ale kiepska sprawa bo kto z północy jeździ tędy na południe? Tym razem się pomyliłem. Za 5 minut wyskoczył bus i złapał się na kartkę "Durham". Kiedy otworzyły się drzwi ujrzeliśmy piekło. Jakaś robotnicza rodzina, a chyba nawet dwie, pełno dzieciarni i klamotów. Prawie nie było dla nas miejsca ale jakoś się upchaliśmy. Z przodu czwórka dorosłych, z tyłu piątka dzieciaków – wszystkie w tym samym wieku. W dodatku same chłopaki. Jeden przywitał nas głośnym beknięciem, a drugiemu dramatycznie ześlizgiwał się potężny glut z nosa prosto do buzi. Na ojcu nie robiło to wrażenia. Szybko się z nami "zakumplowali" bo uznali, że to już ich plecaki. Wpychali łapy do kieszonek ale stary ryknął raz porządnie i zajęli się sobą. Tzn. zaczęli się ostro bić między sobą. Rozpoczęła się niezła bójka. Na szczęście z Newcastle do Durham nie jest daleko, a w dodatku rodzinka jechała po nowy samochód na przedmieścia Durham. Niedługo więc wysadzili nas oznajmiając, że do centrum jest niedaleko.

 

No to ruszyliśmy w drogę. Po drodze spotkaliśmy faceta, który potwierdził, że do centrum jest mila. Idziemy dalej ale jakoś miałem mieszane uczucia co do wiarygodności naszych wybawców z Newcastle. Minęliśmy szpital i policję i wszędzie widoczne jest owszem słowo "Durham" ale w połączeniu z "county".

 

Wreszcie przed centrum podbiegłem do babki się dowiedzieć i ona powiedziała, że znajdujemy się w miejscowości Chester-le Street, a do samego Durham jest 5 mil. Nie pozostało nam nic innego jak podjechać ten kawałek autobusem. Kiedy szukałem odpowiedniego, jakaś staruszka spytała mnie dokąd jedzie autobus, który właśnie podjechał. Powiedziałem, że "not in service" bo taka informacja była wyświetlona, na co ta się obśmiała tylko.

 

Wysiedliśmy z odpowiedniego autobusu w odpowiednim miejscu czyli na dworcu. Od razu poszliśmy w kierunku starego miasta. Durham - http://www.durhamcity.gov.uk/ - to małe miasteczko. Mieszka w nim 43,000 ludzi ale może poszczycić się bogatą historią. Mimo, że miasto jest tak małe oficjalnie ma w nazwie słowo "city", a to za sprawą jednej z najsłynniejszych katedr na świecie. Tam udaliśmy się najpierw. The Cathedral Church of Christ, Blessed Mary the Virgin and St Cuthbert of Durham to jej oficjalna i cała nazwa. Jest wybudowana w stylu normańskim i w jej wnętrzach spoczywa niejaki Venerable Bede. To taki angielski Jan Długosz, który spisał historię Anglii. Umarł w 8. wieku. Katedra zbudowana w 1093 r. jest bardzo charakterystyczna z jej "różanym" oknem. Spędziliśmy tam sporo czasu bo bardzo się nam podobała.

 

Oprócz katedry, inną cechą wyróżniającą Durham spośród innych tej wielkości miast jest uniwersytet. Zajmuje on praktycznie cały The Bailey czyli półwysep wciskający się w rzekę Wear. W dodatku siedzibą uniwersytetu jest stary zamek, położony naprzeciw wspomnianej katedry. Całość więc robi ogromne wrażenie gdyż malutki półwysep otoczony zewsząd wodą to jednocześnie stare miasto. Byliśmy bardzo zadowoleni z wizyty w tym miasteczku.

 

Zaczęliśmy wracać i trochę się rozpadało. Mieliśmy plecaki zostawione w supermarkecie więc aż do 20.00 mieliśmy spokojną głowę. Dlatego też wstąpiliśmy do księgarni i dużo czasu tam spędziliśmy wertując wspaniałe rzeczy. Ze względu na uniwersytet, księgarnia była porządnie zaopatrzona.

 

Czas jednak było pożegnać Durham. Odebraliśmy plecaki i zacząłem się motać między przystankami i rozkładami jazdy. Wielu miejscowości nie było na mapie więc trudno było dociec co gdzie jest. Spytałem jednego kierowcę ale powiedział, że nie jest stąd i żebym spytał u innych. Siedział taki jeden w autobusie więc mu wytłumaczyłem o co mi chodzi. Szybko zajarzył i polecił wskakiwać do jego autobusu.

 

Jeździł po tych wsiach z pół godziny. Kompletnie nie wiedziałem gdzie jesteśmy ale musiałem mu zaufać. Ale jednak wysadził nas prawidłowo -  na zjeździe na A1 na południe. Miejsce na stanie mamy a teraz tylko załatwić jakiś nocleg. A z tym było gorzej. Autostrada dzieliła miasteczko na dwie części więc lasów nie uświadczysz.

 

W końcu gdzieś tam z 500m dalej był jakiś park gdzie ludzie chodzili z psami i biegali. Nie był to jakiś duży park ale raczej bezpański plac zarośnięty chwastami. Zanim tam poszliśmy zrobiliśmy sobie kolację na pobliskiej drodze na pole. Musieliśmy w pewnym momencie zejść z drogi bo przejeżdżała sobie pani na koniku. Nie mieliśmy wyjścia i po kolacji udaliśmy się w kierunku tego placu. Nie za bardzo byliśmy zadowoleni ale wyjścia nie było.

 

Dzień 10: Broxburn - Durham 165km

 

 

Dzień 11 – 29 lipca 1999

 

         KONIKI MOGĄ BYĆ NIEGRZECZNE

 

Było bardzo spokojnie i rano szybko się zwinęliśmy. Pogoda się poprawiła, tzn. wrócił upał. Przeszliśmy więc na zjazd na A1 i czekamy. Ruch średni ale sporo pustych jeździ więc szanse przynajmniej teoretyczne są. No ale tylko teoretycznej, bo mimo zwiększającego się ruchu, jakoś nikt nie kwapi się by nas zabrać.

 

Dopiero po 120 minutach stania zlitował się nad nami młody facet. Widział nas wcześniej i dziwił się dlaczego trzymam kartkę z własnym imieniem. Ukazało to jego poziom IQ bo na kartce, którą trzymałem widniał napis "Lee", co miało oznaczać kierunek na Leeds.

 

W czasie jazdy zaczął zgadywać skąd jesteśmy ale wymienił pół Europy i tak nie zgadł. Ogólnie był bardzo pozytywnie nastawiony. Interesowało go np. jak jest "Anglia" po polsku i chyba ucieszył się, że takie słowo w jego języku też istnieje. Kiedy podjechał na stację benzynową, wrócił z puszką coca-coli, którą wręczył Agnieszce.

 

Podczas gdy jechaliśmy w kierunku Leeds, uświadomiłem go, że chodziło tylko o kierunek jazdy a tak naprawdę to udajemy się do Yorku. Przyjął do wiadomości ale kiedy minęliśmy pierwszy zjazd trochę mnie to zaintrygowało. Przy drugim zjeździe musiałem zareagować gdyż raczej chyba nie znał lepszego zjazdu. Wtedy powiedział, że myślał iż jedziemy do Leeds. Szkoda słów. Facet nieźle zakręcony.

 

Wysadził nas jednak na drodze do Yorku. Chwilę później stanął za nami jakiś koleś z walizką. Jechał prawdopodobnie do Newcastle bo samochód, który go wziął najpierw podjechał do nas i oferował transport do Newcastle.

 

Chwilę potem i my już mieliśmy kolejnego kierowcę do Yorku. Pierwszy raz ciężarówka. Niby jechał na obrzeża miasta ale po negocjacjach i naszym użalaniu się na ciężkie plecaki dał się namówić na wjazd do centrum. Fajnie opowiadał o swoim mieście ale droga nie zajęła nam dłużej niż 20 minut. Wysadził nas przy pięknej bramie wjazdowej.

 

 

Upał już dokuczał więc przebraliśmy się na parkingu i w drogę. Poszliśmy na stację zostawić bagaże, potem zakupiliśmy plan miasta, pozbieraliśmy broszurki i ustaliliśmy plan działania w mieście York.

 

York - http://www.york-tourism.co.uk/  - ma ponad 180,000 mieszkańców i jest znany ze swojej bogatej historii, która zachowała się w architekturze. Miasto zostało założone ponad 2000 lat temu, a przez dłuższy okres było największym miastem w północnej Anglii. Co roku przyjeżdżają tu tysiące turystów, aby zobaczyć średniowieczne budowle, w których przeplatają się ślady Wikingów i Rzymian. Katedra w Yorku jest największą gotycką katedrą w Anglii i dominuje nad miastem. Ścisłe centrum otoczone jest przez mury wybudowane w 1220 przez Henryka III, po których można się przechadzać po dziś dzień.

 

My jednak najpierw skierowaliśmy się do Narodowego Muzeum Kolejnictwa (National Railway Museum). Otworzyli je niedawno i było bardzo sympatyczne. Sporo czasu tam spędziliśmy.

 

Potem poszliśmy do tej pięknej katedry ale stwierdziliśmy, że na normandzka w Durham jest lepsza. Chcieliśmy wejść na wieżę ale kasa jest czynna 5 minut przed wejściem, a wejście co pół godziny. Przeszliśmy Sie więc pięknym starym miastem ale kiedy wróciliśmy okazało się, że spóźniliśmy się 2 minuty. W takim razie olaliśmy tę wieżę i poszliśmy do starego więzienia – też coś w stylu wieży. Trochę czasu tam byliśmy i na koniec postanowiliśmy wrócić murami miasta. Bardzo przyjemny spacer zakończył się przy stacji kolejowej. Byliśmy bardzo zadowoleni z miasta York.

 

No a teraz już tradycyjnie trzeba było wyjechać z miasta. Wylotówka była blisko więc szliśmy nią kawałek aż do najbliższego przystanku. Niestety ani na tym, ani na pozostałych nie było rozkładów jazdy. Trudno się było zorientować, w który autobus wsiąść I gdzie on jechał. Szliśmy więc dalej, powoli opadaliśmy z sił a tu końca miasta nie widać.

 

Trzeba było jakoś podjechać. Próbowaliśmy łapać samochody ale się nie udało. Potem wreszcie się spytałem dwóch kobitek jak wydostać się z Yorku. Powiedziały, że trzeba czekać na autobus do Leeds ale nie wiedziały kiedy będzie, choć będzie na pewno.

 

Po jakichś 15 minutach podjechał autobus do Leeds. Pokazałem kierowcy gdzie chcę wysiąść. Bardzo fajny facet. Wynalazł nam dobry przystanek niedaleko zjazdu z powrotem na A1. Chciał nam nawet bagaże gdzieś zanieść ale ostatecznie pozwolił stać przy drzwiach koło niego.

 

Kiedy wysiedliśmy robiło się ciemno i było zimno. Byliśmy na drodze dojazdowej do A1 ale była to dwupasmówka więc samochody jeździły dość szybko. Trzeba było jednak najpierw poszukać noclegu, a nie martwić się o jutrzejsze łapanie.

 

A z noclegiem nie było wesoło. Naglił nas czas a tu nic konkretnego nie było. Same gospodarstwa i stacja benzynowa. Wysłałem więc Agnieszkę żeby się spytała. A ta jak poszła to zginęła. Minęło 40 minut i zacząłem się poważnie martwić, schowałem plecaki i pobiegłem jej szukać. Ale na farmie gdzie niby miała iść było pusto. Pobiegłem na stację ale też jej nie było. Zrobiło się zamieszanie bo zaczął lądować helikopter. Byłem w sklepie i zupełnie nie wiedziałem co się dzieje.

 

Wreszcie ją dojrzałem na tej stacji. Negocjowała, a wcześniej poszła do jakichś kobiet, które się nie zgodziły. Na stacji też kręcił nosem, że musielibyśmy wstać przed 6.00 bo wtedy jest jakaś zmiana. Wkurzeni wróciliśmy do naszego miejsca.

 

Wtedy ja poszedłem do innego domu w bocznej uliczce. Znalazłem bowiem łąkę, na której pasły się konie. Kiedy zapukałem do domu otworzył mi jakiś młodzian, który niezbyt jasno się wyrażał. Najpierw mówił, że to nie jego łąka ale potem stwierdził, że możemy się tam rozbić. Na koniec spytał czy mamy kasę. Dziwny klient.

 

Co było robić, poszliśmy na tę łąkę ale za cholerę nie mogliśmy otworzyć furtki. W dodatku Agnieszka stwierdziła, że to niebezpieczne rozbijać się obok koni bo mogą nas stratować jakieś głupie ogiery. Było już zupełnie ciemno, a my byliśmy nadal w punkcie wyjścia.

 

Poszliśmy dalej tą uliczką aż do następnego domu. Podszedłem do okna i widzę starsze małżeństwo oglądające telewizję. Dzwonek nie działa. Zapukałem więc w okno. Zerwali się na równe nogi. Otworzyła mi babka. Tłumaczę o co chodzi, że widzę łąkę czy można się rozbić. Przyszedł mąż i oboje się zgodzili. Musieli tylko zamknąć ogiera. Potem jednak zmienili plany i zaprowadzili nas na podwórko za domem. Chcieli nas nawet poczęstować kolacją ale zbliżała się 23.00 więc trochę późno. Zgasili lampę ogrodową żeby nam nie przeszkadzała, a my zrobiliśmy sobie naszą kolację i poszliśmy spać. Bardzo już uspokojeni.

 

Dzień 11: Durham – York 121km

 

 

Dzień 12 – 30 lipca 1999

 

                        KALIFORNIA

 

Postanowiliśmy wstać wcześnie i dobrze, że się nam to udało bo z samego rana przyszedł właściciel. Wypytał się nas dokładnie o wszystko po czym udał się do pracy. My po śniadaniu spakowaliśmy się i wyszliśmy na drogę. Chcieliśmy dojechać do A1.

 

Po 10. minutach zabrali nas młode chłopaki. Chyba jacyś robotnicy bo siedzieliśmy wśród różnego rodzaju narzędzi i innych szpargałów. Na początku mało rozmawialiśmy ale potem okazało się, że jadą na południe i to całkiem daleko. Rozpoczęliśmy więc rozmowę. Głównie o Polsce i pomysł przyjazdu do naszego kraju bardzo im się spodobał. Zostawili nas na autostradzie ale przeszliśmy kawałek i ustawiliśmy się prawidłowo na zjeździe.

 

W bok do Doncaster były tylko 3 mile. My chcieliśmy dojechać jak najbliżej Cambridge. Za chwilę przyszedł jakiś gościu. Był bez bagażu ale też chciał jechać do Newark, czyli w naszym kierunku. Gdy zobaczył, że my łapiemy na kartkę, poszedł do najbliższego sklepu i przyniósł duże płachty tektury. Pożyczył od nas flamastry i napisał sobie, oraz co było bardzo zaskakujące nam, nazwy miejscowości. Po co nam, skoro już mieliśmy, nie wiadomo. I jak to bywa w takich sytuacjach, nie czekał długo.

 

Dla nas jednak to miejsce okazało się koszmarem. Po pierwsze słońce tak grzało, że strasznie spaliło mi twarz, a po drugie nikt nie chciał się zatrzymać. To był rekord tegorocznej imprezy. Nikt nawet nie zwrócił na nas uwagi. To było niesamowicie frustrujące ponieważ jechał dosłownie sznur pojazdów.

 

Po upływie trzech godzin pojawiła się jakaś nadzieja. Przyglądała się nam para, która zatrzymała się jakieś 200m dalej. Pobiegłem co tchu i z auta wyskoczyła dziewczyna. Nie powiem żeby była zachęcająca. Cała w tatuażach, wypielona blondyna z gumą do żucia. Poinformowała nas, że jedzie do Sheffield. To było w naszym kierunku choć potem droga odbijała w prawo. Nam jednak zależało na wyrwaniu się z tego cholernego miejsca.

 

Kiedy zdecydowaliśmy się pojechać z nimi, poznaliśmy kierowcę. Kierowca, to na oko, były więzień kilku zakładów karnych. Przed oczami stanął mi film "Kalifornia" z Bradem Pittem i Davidem Duchovnym. (http://www.filmweb.pl/Kalifornia+1993+o+filmie,Film,id=6668) Nasza para była miłośnikiem muzyki techno ale tego się po prostu nie dało wytrzymać. Leciała taka rąbanka i to na cały regulator, że nic nie było w ogóle słychać. Dodatkowo pootwierali wszystkie okna, przeciąg na maxa, jarają fajki, cały dym leci na nas, a ta słodka idiotka coś do nas gada.

 

Bardzo szybko mieliśmy pożałować tej przejażdżki z nimi. Do najinteligentniejszych to oni nie należeli. Najpierw dziewczyna pytała jaki najdłuższy odcinek pokonaliśmy kiedyś stopem za jednym razem. No to wyjaśniłem jej, że kiedyś we Włoszech ponad 400km. A ona na to: "We're talkin' 'bout miles". Musiałem więc szybko przeliczyć kilometry na mile. Potem jednak stała się rzecz gorsza. Zamiast nas wysadzić na A1, tak jak prosiliśmy, to Brad Pitt skręcił na M1 prosto do Sheffield.

 

Panna mi mówiła, że będą jechać cały czas A1 i wysadzą nas niedaleko Cambridge. Jej kochaś miał to gdzieś i skręcił do Sheffield. M1 to główna autostrada do Londynu, dla nas całkiem w bok i nie po drodze. Totalnie przygnębieni wjeżdżaliśmy na przedmieścia Sheffield. I tam nas wysadzili na rondzie. Sytuacja nie była wesoła bo byliśmy w kiepskim położeniu i sam dokładnie nie wiedziałem gdzie się znajdujemy. Była to częściowo i moja wina, że nie dogadałem się z ta parą na 100%, no ale ona nie za bardzo wiedziała gdzie jest Cambridge i którą drogą będą jechać.

 

Cóż, nie pozostało nam nic innego jak po prostu wyrwać się stamtąd. Ustaliliśmy, że jesteśmy w jakiejś arabskiej dzielnicy. Było rondo z którego odchodziło kilka dróg. Trzeba było ustalić dokąd one prowadzą. Skonsultowałem to z naszą mapą i ustaliłem, że trzeba się przebić do Bawtry, a stamtąd na A1. Stanęliśmy więc na tym wyjeździe ale po pół godzinie stania zrezygnowaliśmy i przeszliśmy na wylot na M1 w kierunku południowym. Tam przynajmniej sporo samochodów zjeżdżało.

 

A1 i M1 kierują się na południe stopniowo oddalając się od siebie. Trzeba było przejechać trochę M1 i potem w poprzek przebić się na A1. I tutaj dopisało nam szczęście bo po 20. minutach zatrzymał się jakiś milczek. Dojeżdżał do zjazdu na Mansfield. To nam pasowało.

 

Tak nas też zostawił. Zamykając drzwi znów sobie uszkodziłem okulary i były już powyginane we wszystkie strony. Ale sytuacja uległa poprawie – wyjechaliśmy z Sheffield. Staliśmy teraz na jakiejś podrzędnej drodze i zastanawialiśmy się jak długo tu postoimy. Odległość może nie była zbyt duża ale jednak to lokalna droga. Przeszliśmy dalej i zauważyliśmy, że dużo samochodów stoi przy krawężniku. My łapiemy ale ruch średni i żadnych znaków ze strony kierowców.

 

Nagle jeden się zatrzymał. Podbiegłem do niego ale wykręcił się, że czeka na kogoś i nie będzie miał miejsca żeby nas zabrać. Ale w końcu zatrzymała się jakaś babka. Jechała do Mansfield. Ponieważ dzisiejszy dzień dał nam w kość, w czasie drogi trochę psioczyłem na Anglików. Pani widocznie wzięła sobie to do serca i zawiozła nas aż za miasto.

 

Zrobiliśmy sobie zakupy i znów przeszliśmy kawałek. Tam po 15. minutach zatrzymał się grubas. Jechał do Newark, które było już bezpośrednio na A1. Ulga. Facet mało mówił nawet gdy przez 20 minut staliśmy w korku. Samo miasto nie leży dokładnie na trasie więc zastanawialiśmy się gdzie nas zostawi. Okazał się bardzo w porządku chłopem bo zawiózł nas 8 mil za miasto na stację obsługi na trasie A1. Była to olbrzymia stacja z hotelem i restauracją. Parking zawalony mnóstwem samochodów.

 

Było to Newark czyli miejsce dokąd dojechał gościu, który rano startował z nami i który pożyczał od nas flamastry. A my dojechaliśmy tu zupełnie okrężną drogą. Ale byliśmy szczęśliwi, że znów jesteśmy na A1.

 

Było późne popołudnie ale na dziś mieliśmy dość wrażeń więc zdecydowaliśmy się na nocowanie tutaj. Ruszyłem więc w poszukiwanie odpowiedniego miejsca. Ale nie było to łatwe. Wróciłem do Agnieszki z informacją, że znalazłem ładne pole ale trzeba się iść spytać. Poszła więc i wróciła z pozytywną odpowiedzią. Łąka nie należała do osoby z domu ale ta osoba zadzwoniła do właściciela ale nikt nie odbierał. To jednak nie przeszkodziło tej osobie pozwolić się nam rozbić koło jej domu. Trochę skomplikowane ale najważniejsze, że po naszej myśli. Mamy nocleg.

 

Dopiero później Agnieszka poinformowała mnie o trochę szokującej sprawie. Otóż osoba, u której mamy nocować to transseksualista. Sam się o tym przekonałem, kiedy przyszła nam powiedzieć, że wyjeżdża i że brama będzie zamknięta. Ale my możemy przejść przez bramę i się rozbić na placu. Ale kiedy skończyliśmy jeść i poszliśmy na miejsce, ona już była.

 

Plac nie wyglądał zbyt ciekawie, zarośnięty, mnóstwo rupieci i chyba ze 4 zdezelowane samochody. Dziwne miejsce, żadnych sąsiadów, autostrada i pola dookoła. Dziwny też sam właściciel. Były mężczyzna, obecnie kobieta z totalnym odjazdem na punkcie religii. Od razu przyznała nam się, że dostała dziś jakieś błogosławieństwo. Była jednak bardzo miła. Aż za słodka momentami. Trudno jednak nam było się przyzwyczaić do jej wyglądu.

 

Dzień 12: York – Newark 265km

 

 

Dzień 13 – 31 lipca 1999

 

              CZTERY DYSZKI ZA FRAJER

 

Noc była bez zarzutu. Pogoda rano też w porządku. Zebraliśmy się dość wcześnie i kiedy już chcieliśmy iść, wyszła właścicielka. Agnieszka poszła jej podziękować. Ale o dziwo zeszło jej na rozmowie ze 20 minut. No ale w końcu poszliśmy. Pani otworzyła nam bramę.

 

W drodze na miejsce, nagle Agnieszka pokazała mi… zwitek banknotów, które ta kobieta jej wcisnęła w domu. A było tam £40. Podobno bardzo żałowała, że już jedziemy. Oferowała nam co tylko chcieliśmy i nazwała nas… aniołami.

 

Ale my mieliśmy swój plan i poszliśmy na drogę łapać kogoś. W pewnej chwili nasza pani minęła nas, pomachała i pojechała. Jednak zatrzymała się trochę dalej, postała trochę po czym wycofała pytając dokąd chcemy jechać. Zaoferowała podwiezienie kilku mil bo jak się przyznała jedzie po pigułki.

 

I dobrze, że pojechaliśmy z nią bo kiedy tylko wysiedliśmy na stacji, zatrąbił młody koleś  z kucykiem i złapaliśmy jednego z najszybszych stopów w naszej karierze. Jechał do Londynu i chętnie nas zabrał. Do Londynu był spory kawałek ale na szczęście facet jechał do wschodniej części więc przejeżdżał niedaleko Cambridge.

 

Nie był zbyt rozmowny ale zawiózł nas w bardzo dobre miejsce. Spowodowane to było częściowo zapewne faktem, że trochę czekaliśmy w korku i on poirytowany tą sytuacją, wynalazł jakąś inną drogę objazdową i wysadził nas na trasie do Cambridge skąd do centrum było raptem ze 2 mile.

 

My nawet nie liczyliśmy, że dziś dojedziemy do miasta, a tu wczesna pora, a my bliziuteńko centrum. Szybko złapaliśmy bagażówkę. Facet myślał, że jesteśmy studentami z Cambridge. Ten też jechał na obrzeża, a zawiózł nas na stację. Tam zostawiliśmy plecaki. Zauważyłem autobus z wyświetloną nazwą "Bury St. Edmunds" więc o wyjeździe nie trzeba było zbytnio myśleć. Ze stacji było około 10 minut do tego przystanku.

 

Mieliśmy całkiem sporo czasu więc sobie poszliśmy zwiedzić to podobno ładne miasto - http://www.cambridge.gov.uk/ccm/portal/ . W mieście mieszka 120,000 a samo miasto jest siedzibą drugiego po Oksfordzie najstarszego uniwersytetu w Anglii, który został założony w 1209 roku. To najsłynniejsza cecha tego miasta i to należało zobaczyć w pierwszej kolejności.

 

Nie zrobił na nas jakiegoś oszałamiającego wrażenia ten uniwersytet ale z drugiej strony zaprezentował się całkiem miło. Poleżeliśmy sobie na trawce, potem pochodziliśmy po mieście obserwując wczesną architekturę. Mimo skojarzeń z uniwersytetem, to jednak Cambridge to przede wszystkim miasto przemysłowe. Dlatego oprócz uniwersytetu nie ma nic lepszego do zaoferowania.

 

Po obejściu miasta, najpierw udaliśmy się na zakupy, a potem usiłowaliśmy wrócić ale bez dobrego planu trochę się zamotaliśmy. Upał był niesamowity. Siedliśmy sobie na ławce obok Murzyna bawiącego się komórką i czekaliśmy na autobus.

 

Wreszcie podjechał a tu niemiła niespodzianka bo kierowca okazał się jakimś gburem. Nie za bardzo chciał nas wziąć. Nie był to autobus miejski, a raczej coś w rodzaju PKS. Powiedział, że nie zatrzyma się za miastem bo na trasie do Newmarket zatrzymuje się tylko dwa razy. Doradził nam powrót do centrum i wyjazd z miasta autobusem miejskim.

 

Jednak nie chciało się nam kombinować i woleliśmy zapłacić temu gburowi po £3 i jechać do odległego o 20 km Newmarket niż biegać w upale z plecakami po mieście. To go wkurzyło bo musiał specjalnie otwierać bagażnik. Trochę się pokłóciliśmy bo powiedział, że możemy wysiąść tylko na stacji w Newmarket, a nie na żadnym innym przystanku bo jemu nie wolno otwierać bagażnika na innych przystankach.

 

Wreszcie wyjechaliśmy spod stacji. W centrum kierowca szarpał się z chuliganami, którzy nie chcieli oddać mu piwa. Weszła spora banda ale się uspokoili. Kiedy wyjeżdżaliśmy z miasta, zatrzymał się żeby… wysadzić jakąś kobietę. Ale mnie gnojek wkurzył.

 

Kiedy dojechaliśmy do tego Newmarket okazało się, że to wcale nie takie małe miasto. Zostaliśmy na stacji ale dotarło do nas, że o tej porze już nic nie jeździ. Podszedł do nas Japończyk i też go bardzo zdziwiła ta informacja.

 

Nie było więc wyjścia. Czekał nas długi marsz. Miasto okazało się być miastem koni. Wszędzie wille ogrodzone wysokim murem, dużo drzew i ogromne tory wyścigowe. Szliśmy bardzo długo. Po drodze dowiedziałem się, że do rogatek około dwóch mil. Mijaliśmy te wille i wreszcie doszliśmy do rozjazdu na Bury St. Edmunds.

 

Agnieszka została, a ja poszedłem poszukać noclegu. Sytuacja wyglądała tak, że po lewej stronie mieliśmy ogromny tor wyścigowy, a po drugiej stronie lasy. Niestety te lasy były ogrodzone. Co prawda były wejścia ale postanowiłem poszukać dalej. Ale wszędzie tak samo.

 

Spotkałem po drodze jakichś ludzi i już się miałem ich pytać, kiedy nagle niespodziewanie podjechali jacyś Francuzi i spytali się ich o kemping. Wyminąłem więc ich spokojnie. Nic nie zdziałałem ale korciły mnie te laski. Agnieszka nie miała skrupułów. Znaleźliśmy pierwsze wejście i zapuściliśmy się w głąb. Po walce z jeżynami znaleźliśmy osłonięte miejsce.

 

Dzień 13: Newark – Newmarket 88km

 

 

 

Dzień 14 – 01 sierpnia 1999

 

         GDZIE JESTEŚ DROGA CIOCIU?

 

Bardzo nas zaskoczył w nocy deszcz. Agnieszka się nie wyspała ale ja byłem za to w dobrej formie. Mimo nocnego deszczu, zapowiadał się upalny dzień. Wysuszyłem namiot i niepostrzeżenie wyszliśmy na drogę. Zgodnie z przewidywaniami, ruch był zerowy.

 

Była niedziela a do Bury St. Edmunds prowadziła ta właśnie droga. Do Norwich bowiem jechało się inną drogą. Po 15 minutach złapaliśmy jakiegoś Japończyka ale omijał miasto więc mu podziękowaliśmy.

 

Minęło z pół godziny i zatrzymał się pewien brodacz. Jechał do Bury. Trochę rozmawialiśmy o Indiach gdzie długo mieszkał. W czasie drogi pokazałem mu adres ciotki Agnieszki w Bury ale nie wiedział gdzie to jest. No więc powiedzieliśmy mu żeby nas zawiózł do centrum.

 

Kiedy byliśmy w centrum zaczął dziwnie jeździć w kółko. Okazał się być dość ambitnym Anglikiem bo zawiózł nas do informacji turystycznej. Tam dowiedzieliśmy się, że ciotka mieszka 3 mile za miastem, na wsi. Jednak nasz kierowca zaskoczył nas bo bez żadnego zastanawiania się ruszył w kierunku tej wsi. Po chwili wysadził nas przed domem ciotki.

 

My sami w życiu byśmy tam nie trafili. Podeszliśmy do drzwi. Były zamknięte ale przed domem stał samochód. Nikogo nie było. Poszliśmy więc w inne miejsce pod drzewa. Zastanawialiśmy się gdzie mogliby być. Może w kościele? Była dopiero 11.00 rano. Ale po godzinie nic się nie wydarzyło. Minęła i druga godzina. Nadal nic. Gdzieś wyjechali.

 

Czekając tak usnąłem w cieniu i obudziła mnie pewna pani. Zapytała na kogo czekamy. Wyjaśniliśmy sytuację. Zmartwiła się i chciała nam zaoferować coś do jedzenia. Potem pozwoliła skorzystać z łazienki. Agnieszka poszła pierwsza i wróciła z tacą pełną kanapek. Przyniosła też jednak i złą wiadomość. Właścicielka domu zadzwoniła do terminalu i okazało się, że nie ma połączeń promowych z Harwich do Belgii.

 

Po wykąpaniu się, rozłożyliśmy karimaty i leżeliśmy sobie w nadziei, że jednak ciotka się zaraz zjawi. Ale czas sobie płynął, a sytuacja nie ulegała zmianie. Zrobiłem sobie wycieczkę po wsi ale okazało się, że wieś liczy co najwyżej 50 domów. Przy okazji sprawdziłem autobusy na jutrzejszy wyjazd.

 

Mijały kolejne godziny. Chyba już wszyscy we wsi wiedzieli o nas. Kolejny mieszkaniec wyprowadzając psa zagadał do nas. Już wiedział na kogo czekamy. Zaproponował nocleg bo zapowiadali burzę w nocy. Na szczęście teraz była piękna pogoda i spokojnie mogliśmy sobie odpocząć nic nie robiąc.

 

Później znów pani, u której braliśmy prysznic, przyniosła kolację aż jej mąż – Derek – chyba się wkurzył, bo wsiadł do jeepa i gdzieś pojechał. Nie było jednak wyjścia i musieliśmy zacząć rozbijać namiot. Nawet kryć się nie musieliśmy. No i w chwili kiedy rozbijaliśmy się, zjawili się państwo Bradshaw, czyli ciotka Agnieszki i jej mąż. Było po 21.00.

 

Zaprosili nas na herbatę bo my już byliśmy po kolacji. Posiedzieliśmy ze dwie godziny i zaproponowali nam spanie. Ale my ze względu, że już namiot był rozbity oraz fakt, że w domu było strasznie gorąco, postanowiliśmy przespać się u nas, czyli w namiocie. Rozłożyłem jednak folię zgodnie z przestrogą właściciela Jessie i innych psów.

 

Dzień 14: Newmarket – Bury St Edmunds 28km

 

 

Dzień 15 – 02 sierpnia 1999

 

          NAPRAWDĘ JESTEŚMY ANIOŁAMI

 

Nic takiego jak burza się nie wydarzyło. Wręcz przeciwnie, upał był straszliwy. Poszliśmy do Bradshawów na angielskie śniadanie (mleko, płatki, masło orzechowe), a potem zaczął się cyrk z promami. James wydzwaniał do terminali i biur podróży, sprawdzał nawet w internecie. Gdybyśmy w Polsce mieli taki tani Internet, to sami byśmy sobie sprawdzili pewnie.

 

W końcu dotarł do wiadomości, że zlikwidowano połączenie Felixtowe – Zeebrugge. Bardzo niedobrze. Ale James chciał jakoś nam to wynagrodzić i zaproponował nam bilet autokarowy z Cambridge do Dover skąd możemy popłynąć do Oostende.

 

Trochę tak głupio nam było ale chyba było to najrozsądniejsze rozwiązanie więc przystaliśmy na to. Na szczęście do Cambridge zawieźli nas osobiście. W Bury kupili bilety i zrobili rezerwację. Wyszło po £14 na głowę więc nie tak znów dużo. Potem wysadzili nas na przystanku w Cambridge i po godzinie mogliśmy już jechać.

 

Do Londynu jedzie się dwie godziny ale tę drugą godzinę autobus przeciska się przez sam Londyn. Na Victorii mieliśmy 40 minut czasu i załadowaliśmy się do kolejnego autobusu National Express jadącego do Dover. I znów godzina przeciskania się przez Londyn. Już przed Dover zapytałem kierowcę o przystanki ale jechał do samych doków. Wysadził nas w miejscu gdzie niedawno wjeżdżaliśmy do Dover.

 

Trudno było się zorientować dokąd iść. Poszliśmy za strzałkami ale doprowadziły nas do odprawy. Zeszliśmy na dół. Ciężko było się nam tam poruszać. Wszystko zagmatwane, nie mogliśmy znaleźć jakiegoś punktu informacyjnego. Ale wreszcie znalazłem punkt i uzyskałem informację, że znajdujemy się w terminalu francuskim, a do belgijskiego trzeba przejść jedną milę. Ostatni prom odpływa o 20.30.

 

Zaczęliśmy wychodzenie z terminalu. Wyszliśmy na rondo. Obok stał policjant więc go spytałem o terminal belgijski. Wskazał za rondo. Spytałem jak mam tam przejść i jak ominąć to rondo. On popatrzył na nasze plecaki i powiedział… żeby iść normalnie przez środek ronda. Powiedział, że zamknie oczy.

 

No to weszliśmy na to rondo, a potem przez płot na promenadę. Długo szliśmy ale widać było terminal. Zrobiliśmy sobie jeszcze zdjęcie i pobiegłem szukać kas biletowych. Znów ciężko było je znaleźć. W dodatku jeden budynek zamknięto nam przed nosem. Poszedłem do drugiego. Trochę czekałem żeby pani obsłużyła jednego gościa.

 

Potwierdziła się informacja, że dziś ostatni prom odpływa o 20.30 a jutro pierwszy o 7.30. Cena biletu £25. Zniżki 50% tylko dla posiadaczy InterRail – europejskiego biletu kolejowego.

 

Wróciłem więc z tymi informacjami do Agnieszki. Była godzina 18.30. Zastanawialiśmy się co robić. Czy nocować w Dover i płynąć o 7.30 jutro, czy płynąć i liczyć, że wykombinujemy jakiś nocleg już na kontynencie. W Dover, prawdę mówiąc, perspektywy nocowania były kiepskie. Czekało nas łażenie z plecakami pod górę. Nic natomiast nie wiemy o Belgii, a będziemy tam o 23.30.

 

Po długich rozważaniach zdecydowaliśmy się na rejs dzisiaj. Dźwignęliśmy więc plecaki i poszliśmy kupować bilety. Tym razem był pan. Jeszcze raz spytałem o zniżki dla studentów. Powtórzył o InterRail. Ale chwilę później zdarzyła się bardzo dziwna rzecz. Facet wydał mi z £50 całe £25. Powiedziałem mu, że kupuje dla dwóch osób, a on powiedział, że wie. Dodał, że my niby mamy InterRail. On przymknie oko. Zdębieliśmy ale oczywiście ucieszyliśmy się, że płyniemy tylko za £12.50.

 

Potem Agnieszka chciała wydać wszystkie monety w terminalu. Znów jej brakło ale kolejny raz pan przymknął oko i darował jej jakieś tam drobne. Kupiła jakieś słodkości. Na koniec usiedliśmy w oczekiwaniu na odprawę i obserwowaliśmy jednego pasażera, który cały czas bawił się laserem.

 

Do odprawy mieliśmy się zgłosić nie później niż o 20.00. Jednak wynikł problem bo przy odprawie siedziała ta babka, u której najpierw się dowiadywałem o te zniżki. Wyczekiwaliśmy więc odpowiedniego momentu aż gdzieś odejdzie. Kiedy taki moment nastąpił ruszyliśmy do ataku ale uprzedził nas jakiś facet.

 

W kolejce jednak sprawy uległy pogorszeniu. Kiedy ów facet okazał bilet dwóm paniom, one poprosiły o kartę InterRail. No i facet wyciągnął i im pokazał. My zbledliśmy bo przecież też musieliśmy udokumentować nasze zniżki ta kartą. Na osobności zacząłem wymyślać jakąś bajeczkę. Ale niepotrzebnie. Panie obejrzały bilet, dały nam karty pokładowe i kazały zostawić bagaż. Zero dyskusji na temat InterRail. Kolejna osoba przymknęła oko.

 

Kiedy zostawiliśmy ten bagaż, zwialiśmy stamtąd żeby im się nic nie przypomniało. Było trochę czasu więc poprzechadzaliśmy się po sklepie. W końcu zaczęli się zbierać pasażerowie przed jednym z wyjść, przyszła obsługa, otworzyli drzwi, zjawiły się autobusy, które zawiozły nas pod wejście na statek.

 

Kiedy weszliśmy na pokład zauważyliśmy, że płynie z nami sporo ludzi. Głównie Belgów. Siedliśmy sobie wygodnie, oglądaliśmy telewizję. Wszyscy naokoło coś jedli, kupowali kosmetyki albo spali. Co jakiś czas na ekranach widać było mapkę gdzie aktualnie się znajdujemy. Robiło to wrażenie na pewnym dziecku, które było tym zafascynowane.

 

My jednak się powoli zastanawialiśmy co będzie z naszym noclegiem. Płynęliśmy dwie godziny ale ze względu na zmianę czasu wysiedliśmy w centrum Oostende około 23.50. I to w dodatku w środku miasta. Nie za bardzo wiedzieliśmy co możemy zdziałać. Przeszliśmy kawałek i znaleźliśmy drogowskaz na Brugię. Poszliśmy znów dalej. Agnieszka kupiła wodę i nabrała kranówy. Sto metrów dalej zauważyliśmy park. Nie mieliśmy wyjścia. Miejsce doskonale osłonięte. W pokrzywach.

 

Dzień 15: Bury St Edmunds - Dover 267km

 

 

 

Dzień 16 – 03 sierpnia 1999

 

              FRYTKI Z MAJONEZEM

 

Rano okazało się, że miejsce było wręcz doskonałe. Nikt nas nie mógł tam zauważyć. A więc dobrze, że nie nocowaliśmy w Dover. Park był przy drodze na Brugię ale musieliśmy przejść kawałek za most. Napisaliśmy BRU i stanęliśmy w bardzo dobrym miejscu.

 

Pogoda się troszkę popsuła. Naszło chmur i zrobiło się chłodniej. Ale do Brugie było tylko 24 km. No i bardzo dużo samochodów przejeżdżało ale nikt nie chciał się zatrzymać. W pewnej chwili podjechał na rowerze do nas jakiś łapciuch. O dziwno mówił po angielsku i powiedział, że na Brukselę to inna droga. Potem kilku kierowców pokazywało nam to samo.

 

Kiedy stała Agnieszka, podeszła do mnie jakaś Angielka. Pytała o fabrykę papierosów. Później powiedziała, że jak nie znajdą tej fabryki, to będą jechać do Brugii i nas wezmą. Ale chyba znalazła bo już jej więcej nie widzieliśmy.

 

Nasze stanie okazało się trudne. Trudniejsze niż przypuszczaliśmy. Staliśmy ponad dwie godziny. Wybawiła nas młoda kobieta. Jechała na przedmieścia Brugie. Przyjemna kobieta, opowiadała o Belgii i Polsce bo jej mąż często przyjeżdża do Polski. Po negocjacjach wysadziła nas niedaleko centrum.

 

Przeszliśmy jakieś 500m, po drodze wstępując do supermarketu. Wreszcie doszliśmy do pięknego rynku. Tam zjedliśmy sobie śniadanie, a ja znalazłem biuro turystyczne ze schowkami na bagaż. Schowki były bardzo tanie bo kosztowały zaledwie 15 Bf. Ale musieliśmy wziąć dwa duże bo razem plecaki nie chciały się zmieścić do jednego. Wzięliśmy mapę i ruszyliśmy w drogę po tym całkiem ładnym mieście.

 

Brugia (bo taką ma polską nazwę to miasto) - http://www.brugge.be/internet/en/index.htm  - ma 120,000 mieszkańców i pięknie zachowany średniowieczny układ szerokich ulic, poprzecinanych wąskimi kanałami. W tutejszych muzeach zgromadzono jedne z najbogatszych kolekcji sztuki flamandzkiej. Jedno takie muzeum sobie zwiedziliśmy. Potem wdrapaliśmy się na wieżę aby zobaczyć miasto z góry. Potem zrobiliśmy sobie wycieczkę po starym mieście. Długo chodziliśmy.

 

Bardzo zgłodnieliśmy, a wszyscy naokoło wcinali frytki z majonezem więc też się zdecydowaliśmy. Kupiliśmy sobie największe porcje, obżarliśmy się bardzo i w dodatku trochę poparzyliśmy też.

 

Kiedy wróciliśmy na rynek po plecaki, zaczęło znów kropić. Zbierało się od rana ale to najwyżej była to lekka mżawka. Teraz trochę mocniej zaczęło i nie było sensu iść w ten deszcz. Na dodatek czekało nas sporo maszerowania.

 

Siedliśmy więc sobie w przejściu w kamienicy i czekaliśmy. Ale nie mogliśmy czekać w nieskończoność, w dodatku nas podmyło trochę. Ale deszcz jakby lekko zelżał. Kiedy doszliśmy do miejsca oznaczonego na mapie jako wylot na Gandawę, zobaczyliśmy zaledwie koniec starego miasta ale początek nowego. Zostawiłem Agnieszkę i sam poszedłem dalej. Zaszedłem dosyć daleko ale droga wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Po obu stronach gęsta zabudowa. Deszcz nadal padał i robiło się późno.

 

Zdecydowałem się pójść w kierunku gdzie podawano wylot w książce. Ale odpadłem w połowie drogi. Co ważne, przechodziłem obok dużego parku ale niestety park był okupowany przez jakiś żuli. Wracałem inną drogą i natknąłem się na parking dla przyczep kempingowych i karawanów. Stały zaparkowane jeden obok drugiego. Żadnej bramki więc darmowy. Problem w tym, że wszystko widać. Ale to już coś. Zresztą lepiej niż w tym parku.

 

Z taką nowiną wróciłem do Agnieszki, którą zastałem na gorącej rozmowie z jakimś brodatym Holendrem. Tłumaczył jej jak dojść do najlepszego miejsca w mieście gdzie można spać za darmo. Gdzieś jest szpital, który ma bardzo dziwny kształt i gdzieś tam, w zakamarkach jest super miejsce. On zawsze tam spał jak był młody. Ja wypytałem go o wyjazd z miasta i ten parking. Potwierdził, że trzeba iść tam gdzie napisali w książce.

 

Kiedy odszedł deszcz się wzmógł, a nam nie za bardzo chciało się iść szukać jakiegoś szpitala. Zresztą mogło już tego miejsca nie być. Najpierw poszliśmy do parku coś zjeść, a potem musieliśmy się chować przed deszczem na przystanku. Siedzieliśmy tam aż się ściemniło czyli ponad dwie godziny.

 

Nadal siąpiło. Kiedy było wystarczająco ciemno poszliśmy na parking. Nikt o nic nie pytał. Coś mnie tknęło i poszedłem na drugą stronę gdzie był parking dla autokarów i TIR-ów. Prawie pusty. Naokoło krzaki i wspaniałe miejsce. Mięciutko i schowani całkowicie. Przeszliśmy tam bez wahania i po ciemku rozbiliśmy namiot. Były lekkie problemy bo było ciut za miękko ale w końcu się udało.

 

Dzień 16: Oostende – Brugge 31km

 

 

Dzień 17 – 04 sierpnia 1999

 

              W STOLICY EUROPY

 

Po przebudzeniu ujrzeliśmy straszną mgłę. Nic dziwnego skoro w nocy cały czas kapało z nieba. Czym prędzej zebraliśmy się i przystąpiliśmy do śniadania, które skonsumowaliśmy na pobliskiej ławeczce. Potem powoli udaliśmy się w kierunku dworca. Dokładnie tak, jak mówił ten Holender i jak radzili w przewodniku.

 

Na szczęście dworzec był blisko. Zrobiłem obchód szukając autobusów 7 lub 17. Facet w budce umiał po angielsku. Dowiedziałem się więc wszystkiego i zakupiłem bilety. Kiedy podjechała 17, tradycyjnie zacząłem rozmowę z kierowcą. Ten poradził jednak wybrać 7 bo będziemy mieli bliżej.

 

No więc kiedy podjechała 7 zagadałem kierowcę ale ten nie za bardzo po angielsku. Nie przeszkodziło mu to jednak w zorientowaniu się o co nam chodzi. Wtedy okazało się, że to zaledwie jeden przystanek i cała ta szopka była zbędna.

 

Bez problemu znaleźliśmy dobre miejsce i wystawiliśmy kartkę "Genk", bo rzeczywiście mieliśmy w planach obejrzeć Gandawę dzisiaj. Po 20. minutach zatrzymał się bardzo gruby Belg. Jechał do Brukseli ale obiecał nas wysadzić w Gandawie. Bardzo miły i sympatyczny człowiek. Dobrze mówił po angielsku. Najbardziej nas zaskoczył, że wyśmiewał się z… Glempa i jego uszu. No to ja w odwecie zacząłem się nabijać z ich afer: kurczakowej, coca-coli i na koniec z belgijskiej policji, której słynny pedofil Detroux wyrwał się z konwoju.

 

W czasie drogi przestrzegał nas przed Gandawą bo akurat tego dnia odbywał się tam jakiś festiwal i przybyło mnóstwo ludzi. Zwiedzanie więc będzie bardzo utrudnione. W takim razie zdecydowaliśmy się wykreślić Gandawę z naszego grafiku i pojechaliśmy prosto do Brukseli.

 

Zawiózł nas tam gdzie chcieliśmy czyli pod dworzec centralny. Tam zostawiliśmy bagaże i za pomocą mapki z przewodnika próbowaliśmy dotrzeć do Starego Miasta. Kiepsko nam szło. W dodatku zrobił się straszny upał. Ale w końcu dotarliśmy do samego centrum stolicy Belgii ale i Europy.

 

Bruksela - http://www.bruxelles.irisnet.be/en/citoyens/home.shtml - to milionowe miasto, bardzo kosmopolityczne ale urzekające siedemnastowieczną starówką. Bruksela jest siedzibą króla i parlamentu belgijskiego, a ponadto jest siedzibą Unii Europejskiej, NATO, Euroatomu i kilkudziesięciu międzynarodowych organizacji. Ważny ośrodek handlowy, bankowo - finansowy i kulturalno - naukowy kraju. Siedziba dwóch królewskich akademii umiejętności (walońskiej i flamandzkiej), Królewskiej Akademii Sztuki (zał. 1711), Biblioteki Królewskiej (zał. 1837; uniwersytet, konserwatorium i instytuty naukowo - badawcze, teatry, 30 muzeów.

 

Centralnym punktem miasta jest Grand Place z gotyckim ratuszem (Hôtel de Ville) z XV wieku i zabytkowymi kamienicami oraz Domem Króla (Maison du Roi). Dom Króla to pałac, pochodzący z XVI wieku, w którym obecnie znajduje się Muzeum Miejskie (między innymi z ceramiki i wyrobami ze srebra). W pobliżu placu znajdują się galerie św. Huberta z XIX wieku, ze sklepami galeriami, kafejkami i restauracjami kuchni z całego świata.

 

Grand Place zrobił na mnie ogromnie pozytywne wrażenie. Byłem pod wrażeniem, że nie widać tam w ogóle… billboardów ani innych reklam. Naprawdę bardzo piękne miejsce. W tymże miejscu mieści się biuro turystyczne skąd wzięliśmy spory zapas mapek i kupiliśmy sobie całodniowe bilety komunikacji miejskiej.

 

 

Po sesji zdjęciowej udaliśmy w kierunku znanego na całym świecie symbolu miasta Manneken Pis, czyli figurki siusiającego chłopca z 1619 roku. Figura na czas przybywających do Brukseli delegacji jest ubierana w stroje narodowe krajów Unii Europejskiej.

 

Później krętymi uliczkami Starego Miasta zdołaliśmy dotrzeć do metra. Planowaliśmy jechać do mini-Europy i Atomium. Przegapiliśmy jeden pociąg ale potem wskoczyliśmy do odpowiedniego. Wysiedliśmy na Heysel. Rzeczywiście słynny stadion (29 maja 1985 r., na Heysel, przed finałowym meczem Pucharu Europy Juventus Turyn - FC Liverpool doszło do starć między angielskimi i włoskimi kibicami. W wyniku zamieszek śmierć poniosło 39 osób) był tuż obok. Ale to już zupełnie inny stadion, wybudowany na gruzach tamtego w 1995 roku. Nie udało mi się go bliżej zobaczyć bo był zamknięty.

 

Stamtąd poszliśmy więc do mini-Europy i Atomium znajdujących się w Bruparku. Kupiliśmy łączone bilety na obie atrakcje. Drogie bo aż 570Bf. Dość długo nam zeszło w tej Europie. Nawet to fajne było. Takie makiety oddające rzeczywiste atrakcje miast Europy. Ale powinno to nazywać się raczej mini-Unia Europejska bo ograniczono się do prezentacji tylko tych 15 krajów.

 

Po tej Europie trzeba się nałazić i nogi nas bolały już więc przycupnęliśmy sobie i coś tam zjedliśmy. Kiedy wychodziliśmy z Europy, faceci, którzy nam robili zdjęcia przy wejściu chcieli nam je odsprzedać. Nawet się wahaliśmy bo powiedział "two twenty" więc ja spytałem czy ma na myśli 2.20Bf ale on tylko się zaśmiał. Oczywiście, że chodziło mu o 220Bf. W takim razie podziękowaliśmy bo mieliśmy przecież swój aparat i swoje zdjęcia.

 

Atomium nas rozczarowało. Zbudowany z okazji Expo 1958, 103-metrowej wysokości model kryształu żelaza (powiększonego 165 miliardów razy). Składa się z 9 stalowych sfer o średnicy 18 metrów i łączących je 20 korytarzy, każdy o długości ok. 40 m. Na sam szczyt budowli można wyjechać windą. Z okien najwyższej sfery widać panoramę Brukseli, a także Mini Europę - kompozycję miniaturowych obiektów z najpiękniejszych miast w Europie, która znajduje się w pobliskim Bruparku. W innych znajdują się wystawy dotyczące mody, mebli i stylu życia lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia.

 

Z zewnątrz wygląda bardzo fajnie ale w środku przejażdżka windą na najwyższy punkt oraz film o budowie tego obiektu były jedynymi atrakcjami. Reszta to jakaś wystawa komiksów. Beznadzieja.

 

Zerwaliśmy się stamtąd do metra. Wróciliśmy do centrum i postanowiliśmy odwiedzić siedzibę NATO. W końcu bądź co bądź byliśmy jej członkiem od niespełna pięciu miesięcy. Ale to była podróż na koniec miasta. Jechaliśmy z pół godziny. Kiedy wysiedliśmy zdziwiliśmy się, że to takie małe. Podeszliśmy do bramy ale wyskoczył żołnierz. Pozwolił zrobić zdjęcie ale dalej wejść już nie mogliśmy.

 

 

Chwilę więc tylko zagościliśmy w tym miejscu. Ale nasza flaga już dumnie trzepotała na wietrze. Wsiedliśmy w autobus i wyruszyliśmy w kierunku Parlamentu Europejskiego. To jedna z trzech siedzib tego ciała. Szklany niebieski budynek podziwialiśmy tylko z zewnątrz. Choć o podziwie trudno mówić bo cały obszar to było miejsce jakiejś budowy. Coś tam remontowali. Przeszliśmy na drugą stronę, zrobiliśmy znów kilka zdjęć i w drogę powrotną.

 

Przed nami kilku chłopaków kopiących plastikową butelkę, którzy okazali się być Polakami. Wróciliśmy na przystanek. Uciekł nam jeden autobus ale wsiedliśmy w inny. Trochę się pogubiliśmy i w dodatku nasz autobus się zepsuł. Było trochę zamieszania bo nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Poszliśmy na ślepo ale dotarliśmy do jakiejś dużej ulicy. Zlokalizowałem ją na mapie. Szliśmy wzdłuż niej aż dotarliśmy do supermarketu. Tam odnowiliśmy zapasy i wróciliśmy na dworzec. Długo nam zeszło, a po drodze zaczepiali nas jacyś Ruscy.

 

Po dotarciu na dworzec, zabraliśmy nasze bagaże i poszliśmy szukać tramwaju. Podjechaliśmy jeden przystanek metrem i znaleźliśmy wyjście na tramwaj. Jednak na schodach ruchomych doszło do małej scysji. Jakiś ćpun usadowił się na nich i nie chciał nas przepuścić. Powyzywaliśmy się jednak tylko i do rękoczynów nie doszło ale wkurzył mnie bardzo bo umęczeni z przeszło 20. kg bagażem na plecach spieszymy się, a ten jakiś haracz sobie organizuje za przejście po schodach. Debil.

 

Kiedy znaleźliśmy nasz tramwaj, długo na niego czekaliśmy. Po około 20. minutach podjechał w końcu ale wynikł kolejny problem bo miał za małe drzwi i nie mogliśmy wejść z plecakami do niego. Ale udało się i ruszyliśmy na koniec linii. Przejeżdżaliśmy przez wszystkie dzielnice i zajęło to nam ze 40 minut.

 

Zgodnie z tym, co było w przewodniku to 300 metrów dalej powinien być wyjazd na autostradę. Zostawiłem Agnieszkę i poszedłem szukać wylotki. Niestety autostrada była już pod nami. Trudno ale i tak najpierw trzeba było znaleźć nocleg.

 

Szedłem, szedłem aż zobaczyłem przed sobą… Atomizm. A więc jesteśmy gdzieś w pobliżu Heysel. No i dotarłem do ogromnego parku. Sporo ludzi ale powoli się zbierali więc była szansa na nocowanie tutaj.

 

Wróciłem do Agnieszki, która bardzo wystraszyła się jakiegoś typa, który zbierał śmieci. Przeszliśmy do parku, kolacyjka i poszedłem na obchód parku. Ogromny ten park. Ma nawet swój… komisariat. Znalazłem również przy okazji wjazd na autostradę.

 

Kiedy zrobiło się ciemno i ludzie się wynieśli, znaleźliśmy sobie dobre miejsce. Trochę było strachu przed ludźmi z psami ale raczej dobrze byliśmy ukryci.

 

Dzień 17: Brugge - Bruksela 101km

 

 

Dzień 18 – 05 sierpnia 1999

 

         WESTERN W ŚRODKU EUROPY

 

Jak zwykle w nocy nic niedobrego się nie wydarzyło. Zebraliśmy namiot i przeszliśmy na ławeczkę żeby sobie zrobić śniadanie. Potem jeszcze raz obczaiłem miejsce do stania. Trzeba było przejść kawałek i ustawiliśmy się na wjeździe.

 

Postaliśmy trochę ale coś mi nie pasowało. Poszedłem wzdłuż autostrady i kilkadziesiąt metrów dalej był jej początek. Jeszcze troszkę dalej była fajna zatoczka. Ledwie tam doszliśmy, a już mieliśmy chętnego nas zabrać.

 

Facet jechał do Antwerpii. Na początku mnie drażnił. Nabijał się z nas, że spaliśmy w parku i chwalił się jaki to on nie bogaty. Ma podobno sklep z antykami w Antwerpii. Potem trochę wyluzował i pokazał nam miejsce gdzie możemy się ustawić żeby pojechać do Holandii. Na koniec zawiózł nas na dworzec. Tam zostawiliśmy nasze bagaże w przechowalni. Byliśmy około 9.30 w samym centrum Antwerpii.

 

To półmilionowe miasto - http://www.antwerpen.be/ - jest  największym miastem portowym tego kraju i drugim po Rotterdamie miastem portowym Europy z łącznym przeładunkiem 110 mln t rocznie, gł. ropa naftowa i rudy metali; kompleks rafinerii, hut. Antwerpia jest największym w świecie ośrodkiem szlifierstwa diamentów (np. na Pelikaan Straat). Ważny ośrodek przemysłowy m.in. zakłady General Motors i Forda, produkcja silników okrętowych, nawozów sztucznych, maszyn, hutnictwo miedzi. Oprócz tego jest miejscem gdzie żył Rubens i jego obrazy przyozdabiają kościoły i katedry. Innym malarzem związanym z tym miastem był Antony van Dyck, uczeń Rubensa, którego pomnik szybko odnaleźliśmy.

 

Szliśmy bowiem główną aleją, zgodnie ze wskazówkami tego Belga, co nas wiózł. Po drodze mijaliśmy sklepy i knajpy. Doszliśmy do katedry ale nie chciało się nam już oglądać kolejnego kościoła. Zresztą trzeba było płacić i mnóstwo ludzie się tam kłębiło.

 

Przeszliśmy na rynek, zakupiliśmy kartki do Polski. Potem doszliśmy aż do rzeki Skaldy i tam znaleźliśmy fortecę Het Steen i muzeum marynistyczne, w którym zeszło nam sporo czasu. Żadna rewelacja ale wreszcie coś innego.

 

Wracaliśmy jak zwykle inną trasą. Zdążyłem jeszcze zauważyć sklep muzyczny ale był zamknięty. Wróciliśmy na główną arterię, a potem na dworzec. Nie wiem dlaczego ale jakoś zapomnieliśmy o żydowskiej dzielnicy diamentów. To koszmarny błąd z mojej strony, że to przegapiłem. No cóż, może następnym razem.

 

Koło dworca szukałem autobusu, który by nas wywiózł na rogatki. Ale nie mogłem go znaleźć. Nie było wyjścia musiałem się spytać jakiegoś kierowcy. Na szczęście dobrze trafiłem i poinstruował mnie, że musimy się wrócić na główną ulicę i skręcić w prawo. Kiedy tam dotarliśmy ujrzeliśmy ogromny dworzec autobusowy.

 

Odszukaliśmy nasz autobus. Cały czas byłem przekonany, że zawiezie nas tam gdzie mówił rano ten Belg ale po rozmowie z kierowcą, który nota bene bardzo się ucieszył, że może pomóc autostopowiczom, miałem mętlik w głowie. W przewodniku było namieszane, o czym uświadomił mnie kierowca. Zdaliśmy się na niego ale cena biletów trochę nas zaskoczyła (110Bf). No ale nie czas na dąsy i fochy. Wsiedliśmy do jego autobusu i umówiłem się z nim, że nam powie kiedy wysiąść.

 

No ale kilka razy po drodze myślałem, że on nas zapomniał. Bowiem jechaliśmy i jechaliśmy. Pełno ludzi z nami. Po jakichś 30. minutach wpakowała się do środka grupa harcerzy. Teraz to już w ogóle nie było miejsca. Ale to była dopiero połowa drogi bo w sumie gdzieś tak po godzinie, kierowca kiwnął na nas i powiedział, że 2 km dalej jest już… granica holenderska. Życzył nam wszystkiego dobrego po czym skręcił i wrócił.

 

Droga prowadząca do Holandii to stara autostrada. Bardzo mały ruch bo równolegle leci nowiuteńka kilkupasmówka. To trochę nam nie na rękę bo nie ma żadnych ludzi ani żadnych samochodów. Po obu stronach tylko domy i pola. W dodatku zrobił się ponownie upał.

 

Chwilę potem znaleźliśmy troszkę drzew i Agnieszka uparła się żeby tu się rozbić. Ale nie był to dobry pomysł bo było to prywatne miejsce. Postanowiłem, że będziemy szli dalej. Ujrzeliśmy jakieś flagi, pomyślałem, że to granica zapewne ale to była jakaś opuszczona fabryka. Czułem się jak na jakimś westernie. Upał, pustkowie i tylko słychać dźwięki puszki obijającej się o asfalt.

 

Idziemy dalej. W końcu wyłonił się znak "Nederland". To była granica. Nikogo w ogóle nadal nie spotkaliśmy. Wkroczyliśmy więc do Holandii. Kawałek dalej były jakieś zarośla i ławeczka. Tam odpoczęliśmy i Agnieszka poszła szukać miejsca na nocleg. Wróciła zadowolona, że coś jest ciekawego.

 

Jednocześnie uświadomiłem sobie, że przebywanie na ławeczce jest niemożliwe bo jakieś zwłoki się rozkładały w pobliskim koszu i smród był nie do wytrzymania. Poszedłem więc szukać innego miejsca. I o dziwo szczęście nam dopisało bo 200m dalej rozciągał się piękny duży las. Był ogrodzony bo po lewej stronie był camping, natomiast po prawej stronie był ogrodzony… tak sobie. Wszedłem więc do niego i mnie olśniło. Cudowne miejsce na nocowanie. Nie było szans żeby nas ktoś wypatrzył. Mieliśmy spokojne popołudnie, potem kolacyjkę i wreszcie rozbiłem sam namiot. Psychiczny luz był jak najbardziej uzasadniony.

 

Dzień 18: Bruksela - Antwerpia 48km

 

 

Dzień 19 – 06 sierpnia 1999

 

              W KORKU NA LOTNISKO

 

Naturalnie noc minęła spokojnie. Rano była ładna pogoda. Cofnęliśmy się trochę i stanęliśmy obok jakiegoś nocnego lokalu. Sauna, dyskoteka, strip-tease – czyli to, co z Holandią kojarzy się od razu… Niestety ruch samochodowy nadal żaden.

 

Po godzinie zatrzymał się jakiś stary Holender. Zgasił silnik i cos gadał tyle, że po holendersku. Jechał tylko 5km. Olaliśmy go ale to był błąd bo znów musiała minąć godzina żeby się ktoś zatrzymał. Tym razem był to Belg. Ten był anglojęzyczny ale też jechał tylko owe 5km do miasteczka. Tym razem zabraliśmy się.

 

Wyszło na jaw, że na końcu miasta jest skrzyżowanie gdzie dwie drogi lecą na Bredę; jedna to nasza, a druga to ta nowa autostrada. Logiczne więc było stanąć przed skrzyżowaniem. Nie było tam miejsca i staliśmy w kwietniku ale nie było wyjścia.

 

Samochodów mnóstwo tym razem ale nikt się nie kwapił aby nas zabrać. Znów minęła godzina aż tu nagle z naprzeciwka wyjechał samochód. Włączył kierunkowskaz i podjechał do nas. Agnieszka stała natenczas więc powiedziała, że do Bredy.

 

Wsiedliśmy do tego pięknego klimatyzowanego samochodu. W środku starsze małżeństwo. Niestety zero angielskiego. Aż nas dziw wziął, że nic kompletnie ani on, ani ona. Ale najważniejsze, że wyrwaliśmy się z tej wioski i jechaliśmy prosto do Amsterdamu! Bo to zdołali nam zakomunikować w czasie drogi.

 

To duży skok dla nas, choć musimy pominąć Rotterdam. Jednak niepotrzebnie cieszyliśmy tak wcześnie. Właśnie tuż przed rzeczonym Rotterdamem, utknęliśmy w gigantycznym korku na autostradzie. Na szczęście korek się rozładował i minęliśmy zarówno Rotterdam jak i Hagę. Małżeństwo kierowało się na amsterdamskie lotnisko Schiphol i tam nas w końcu zostawili.

 

Aż trudno w to uwierzyć ale zajęło nam godzinę żeby znaleźć jakieś wyjście z tego molocha. Biegałem od jednego budynku do drugiego, szukałem jakichś autobusów i nic. Widziałem tylko jakieś wewnętrzne linie, spedycje, banki i inne biurowce. Zgłupieliśmy. Wtedy też pokłóciliśmy się z Agnieszką bo zjadła mi moją porcję jedzenia. Byłem bardzo głodny a przez to i wściekły i w dodatku nie mogłem znaleźć tego cholernego wyjścia.

 

Wygoniłem ją w takim razie żeby znalazła jakieś wyjście. Wróciła z informacją, że można pociągiem. I tyle. Żadnego rozkładu, cen biletów i innych rzeczy. Wkurzyła mnie jeszcze bardziej. Wygoniłem ją z powrotem po resztę informacji. No wreszcie załatwiła wszystko pozytywnie.

 

Z biletami poszliśmy na peron. Tam Agnieszka jeszcze raz się upewniła bo wiedziała, że byłem wściekły na nią. Spytała się młodego faceta z ogromną torbą czy wsiadamy do odpowiedniego pociągu, a ten fuknął tylko na nią, że przecież skoro jest napisane, że na Centralny to chyba tam jedzie, nie? Gapił się na nas jeszcze trochę i wreszcie kiedy wchodził do pociągu, potknął się na schodach i wyrżnął na mordę w dół po tych schodach razem z tą swoją wielką torbą. To rozładowało totalnie mój stres i zdenerwowanie.

 

Uśmialiśmy się z tego cwaniaka i poszliśmy sobie na górę i po chwili wysiadaliśmy już na dworcu centralnym. Okropne miejsce. Zaczęliśmy od przechowalni bagażu. Kolejki straszne i w dodatku drożyzna (10FL). Agnieszka stanęła w kolejce, a ja poszedłem szukać informacji turystycznej. Znalazłem na peronie. Kolejka kilkanaście razy pozakręcana, a w niej sami dziwacy: kolorowe włosy, kolczyki we wszelkich możliwych miejscach na ciele, tatuaże.

 

Stanąłem w tej kolejce ale po 15 minutach zorientowałem się, że ta kolejka nie posuwa się do przodu. Skorzystałem więc z patentu dwóch Amerykanów i wszedłem do tego biura omijając kolejkę. Stanąłem obok jakiegoś dreadowca, który pięć razy wypytywał o kemping, a kiedy go w końcu obsłużyła, zajęła się mną. Dowiedziałem się wszystko na temat kempingu oraz dojazdu do niego, jak i cen biletów. A kolejka sobie stała dalej.

 

Wróciłem po Agnieszkę, szybko znaleźliśmy autobus, spytałem kierowcy czy dojedziemy nim na kemping a kiedy potwierdził wpakowaliśmy się do środka. Bilety kupiłem na dwa dni od razu. Trochę ludzi w tym autobusie było.

 

Nagle przypomnieliśmy sobie, że musimy zrobić zakupy i postanowiliśmy wysiąść. Wyskoczyliśmy z autobusu ale on nie odjeżdża, drzwi otwarte, miga światłami. Za chwilę trąbi. Ludzie patrzą na nas. Wreszcie woła mnie kierowca. Już się wystraszyłem, że coś poważnego a on po prostu się zdziwił dlaczego wysiedliśmy tutaj skoro chcieliśmy jechać na kemping. Wytłumaczyłem mu, że musimy zrobić zakupy. Uśmiechnął się i pojechał w końcu.

 

Ja zostałem na przystanku, a Agnieszka poszła szukać sklepu. Wróciła po chwili z niczym. Zła dzielnica. Musieliśmy podjechać dalej. Tym samym autobusem (22) podjechaliśmy kawałek dalej. Jako, że tym samym autobusem jechała grupa Włochów to z ich rozmowy z kierowcą wywnioskowałem, że musimy się przesiąść na linię 37, jeśli chcemy się dostać na kemping.

 

Kierowca wskazał Włochom gdzie mają wysiąść więc i my tam wysiedliśmy, tyle, że Włosi łapali 37, a my szukaliśmy sklepu. Agnieszka poszła szukać, a ja zostałem na przystanku w okropnym słońcu. Bardzo długo jej nie było więc przeniosłem się do cienia. Niestety nie zauważyłem, że usiadłem na ścieżce rowerowej i chwilę potem, o mały włos nie przejechał mnie jeden z rowerzystów. Ostro się na mnie wydarł, co rozbawiło pewnego mulata w wesołość. Zresztą mnóstwo było osób z Indonezji, Surinamu czy Maroka. Agnieszki nie było ze 40 minut, a okazało się, że sklep znajdował się 100m za rogiem ale w drugą stronę.

 

Teraz tylko trzeba było poczekać na 37. Kiedy podjechał poprosiłem kierowcę żeby dał znać kiedy wysiąść. Wjeżdżając na wiadukt widać było po prawej stronie ten kemping. Namiot przy namiocie. Ale przystanek był daleko. Gdy wysiedliśmy nie wiedzieliśmy w którą stronę iść. Zerknąłem jeszcze raz na kierowcę, który pokazywał mi którędy iść. Wkrótce zobaczyliśmy drogowskaz "Camping 1600m". Idąc przez jakiś park zastanawialiśmy się, czy nie lepiej się rozbić w tym parku ale minutę później minął nas radiowóz i wszystko się wyjaśniło. Poza tym chcieliśmy się wykąpać.

 

Gdy doszliśmy na miejsce, zobaczyłem tłumy i mnóstwo samochodów za bramą. Wszedłem do recepcji i dowiedziałem się co i za ile. Spytałem o jakieś zniżki ale nic się nie dało wyrwać. Nawet argument o biednych studentach z post-komunistycznego kraju nie zrobił na niego wrażenia. Powiedziałem mu, że zrywamy się wcześnie więc od razu mu zapłaciłem. Nie było wcale drogo bo 20FL.

 

Znaleźliśmy miejsce tuż obok morza. Wokół nas głównie Włosiane później, kiedy zwiedzaliśmy kemping, spotkaliśmy i Niemców, i Polaków, i Ruskich i Węgrów itd. Znaleźliśmy również ogromny kurnik z różnymi zwierzętami domowymi. Nie tylko kury ale także gęsi, indyki, króliki, gołębie i inne. Był też sklep, knajpa no i toalety gdzie trzeba było wykupić żeton żeby wziąć sześciominutowy prysznic. Dzięki temu nie było kolejek.

 

Najpierw poszła Agnieszka i wróciła zadowolona. Pod prysznicami małe kolejki ale nad prysznicami ogromne pająki. Ja też to zauważyłem. Później znów sobie zrobiliśmy spacer po obiekcie i wreszcie ułożyliśmy się do snu. No ale nie dało się za bardzo bo naokoło ciągle imprezy. Najgorsi byli Włosi, którzy co chwilę skandowali hasło "Valeriano", które wykrzykiwali we wszystkich możliwych miejscach kempingu.

 

Ale najgorsze było dopiero przed nami. Załamała się pogoda. Z przepięknej pogody powstała wichura i chyba tylko dzięki nowym ludziom. Którzy rozbili ogromny namiot przed nami zdołaliśmy wyjść z tego cało. Straszliwie wiało od morza, aż musiałem wychodzić kilka razy w nocy aby umocnić śledzie. Ale impreza nie kończyła się wcale. Ciężka noc. I kolejny argument, że nie warto nocować na kempingach, tylko samemu na dziko.

 

Dzień 19: Zundert – Amsterdam  140km

 

 

Dzień 20 – 07 sierpnia 1999

 

     SPRAWDZIĆ AMSTERDAMSKIE OPOWIEŚCI

 

Piękną pogodę trafił szlag. Ten cholerny wiatr nawiał całe mnóstwo chmur. Zrobił się zimno. Wstaliśmy bardzo wcześnie. Szybko spakowaliśmy się ale właśnie zamknięto łazienkę bo jakiś gość z kolczykami w sutkach zaczął biegać z mopem. Jakiś Anglik sklął go strasznie ale nic nie wskórał.

 

Okazało się, że brama jest otwarta ale recepcja nieczynna więc nawet nie trzeba było płacić (bo płaci się przy wyjeździe). Nikt o nic nie pytał. Ledwie przeszliśmy kawałek kiedy zaczęło padać. Musieliśmy się schować pod wiadukt. Tam zaczepiał nas jakiś pies. Uparł się i szczekał. Rozpadało się więc musieliśmy tam zjeść śniadanie.

 

Kiedy troszkę ustało udaliśmy się w kierunku przystanku. Kiedy dochodziliśmy, autobus właśnie nam odjechał. Mimo, że mu machaliśmy. Następny był za pół godziny. Znów zaczęło lać. Przesiedliśmy się na "22" żeby dojechać do dworca.

 

Na miejscu poszliśmy do przechowalni. Kolejki takie jak wczoraj, no i cholernie drogo. Ale nie było wyboru. Zapłaciliśmy w sumie 20FL i wzięliśmy parasol. Zaczęło tak mocno padać, że pod jednym parasolem było za ciasno dla dwóch osób. Każde z nas miało mokry rękaw.

 

Mieliśmy cały dzień na zwiedzenie Amsterdamu (http://www.amsterdam.info/) . Położony nad rzeką Amstel i jej odnogami (liczne kanały i wyspy), częściowo poniżej poziomu morza, jest wielkim ośrodkiem przemysłowym, drugi po Rotterdamie - port handlowy Holandii (dostępny dla statków oceanicznych, połączony kanałami z Morzem Północnym i Renem. Ważny ośrodek naukowy (2 uniwersytety, Królewski Instytut Tropikalny) i kulturalny; słynna biblioteka, muzea (m.in. Rijksmuseum, Muzeum Vincenta van Gogha, Dom Rembrandta, Muzeum Tropiku); bogate ogrody botaniczne, 160 koncentrycznie biegnących kanałów, ok. 1000 mostów.

 

Nie było jeszcze 9.00 więc wszystko było pozamykane. Weszliśmy do jakiegoś sklepu z pamiątkami. Każda pamiątka z Amsterdamu musi się odnosić albo do narkotyków albo do seksu. Zresztą wszędzie było pełno akcesoriów do obu przyjemności. Niestety muzeum seksu, w porównaniu z kopenhaskim, strasznie rozczarowało. W muzeum marihuany w Czerwonej Dzielnicy, zaczepił nas właściciel i coś bredził o Havlu i Wałęsie. Samo muzeum to po prawdzie prywatne mieszkanie. Tuż obok było muzeum tatuażu ale czynne dopiero od 12.00. Pochodziliśmy trochę po tej dzielnicy, która szybko się nam znudziła. Ćpuny, kolorowi handlarze i dziwki to 90% populacji, a co drugi budynek to burdel lub coffee-shop. No i jeszcze chińskie knajpy.

 

 

Poszliśmy na taki duży plac, coś w rodzaju rynku i tam spotkaliśmy parę Amerykanów, która przebrała się za klaunów, weszła na szczudła i zaczęła zaczepiać ludzi. Tam zjedliśmy też obiad. Wróciliśmy do muzeum tatuażu ale okazało się też jakieś takie prowizoryczne. Postanowiliśmy więc iść do Rijskmuseum. Droga była bardzo męcząca. Co chwile gubiliśmy się pośród tych kanałów. W dodatku lało bardzo i wyszło, że to bardzo daleko jednak. Zgubiliśmy się ale wyszliśmy koło muzeum piwa Heineken. Poszliśmy tam ale biletów brak. Jednak jakiś facet zaproponował nam odsprzedanie. Niestety miał tylko jeden. Trochę posprzeczałem się z obsługą bo zaproponowali nam poniedziałek. Ale od Heinekena nie jest już daleko do Rijskmuseum.

 

 

Tam też duże kolejki. No ale to przecież w sumie narodowe muzeum Holandii (http://www.rijksmuseum.nl/index.jsp?lang=en ). Wśród zbiorów Rijksmuseum znajdują się nie tylko cenne dzieła malarskie, lecz także grafiki, rzeźba, sztuka użytkowa i rękodzieło. Kolekcja malarstwa to ponad 5 tysięcy obrazów reprezentujących malarstwo holenderskie i światowe XV - XIX wieku. Najważniejszą atrakcją jest chyba "Nocna straż" Rembrandta.

 

Nie dostaliśmy tańszych biletów bo zlikwidowali zniżki dla studentów. Miałem więc znowu powód do sprzeczki z obsługą. Musieliśmy wybulić po 15FL ale warto było bo muzeum przepiękne. Spędziliśmy tam mnóstwo czasu. Wszyscy pchali się żeby zobaczyć tę "Nocną straż". Przed płótnem stał strażnik żeby nie robić zdjęć ale Agnieszka i tak zrobiła. I uciekła. Zrobiło się zamieszanie ale jej nie złapali.

 

Po tak długiej wizycie w muzeum, strasznie bolały nas nogi. Cały dzień zresztą łaziliśmy dziś. Do muzeum Van Gogha już nie daliśmy rady iść. Wsiedliśmy w jakiś tramwaj, a pani objaśniła nam, że dojedziemy nim do dworca. Tłok straszny, nic nie widać bo nadal pada. A my musieliśmy jeszcze zrobić zakupy i wyglądaliśmy supermarketu. Agnieszka dojrzała i wyszliśmy. Po zakupach, obładowani podjechaliśmy do dworca. Tam zabraliśmy nasze bagaże, przepakowaliśmy się i poszliśmy szukać tramwaju numer 25, który rzekomo miał nas zawieść na końcówkę. Niestety końcówka była w środku miasta.

 

Kiedy wysiedliśmy, nie byliśmy zachwyceni. Duże skrzyżowanie, most, a dopiero potem zjazd na autostradę. Nie było wyjścia, zostało nam to skrzyżowanie. Paskudne warunki bo deszcz i prawie ciemno przez to zachmurzenie no i beznadziejne to miejsce. W dodatku mało pustych samochodów jeździ. Mieliśmy cholerne szczęście bo zatrzymał się jakiś blondyn furgonetką. Jakoś stanął na tym skrzyżowaniu. Od razu nam wytłumaczył, że za mostem, 500m dalej jest stacja benzynowa i tam się staje. Sam stał wiele razy w młodości. Przynajmniej tak mówił. Pojechaliśmy na tę stacje bo chciał coś zjeść.

 

Za chwilę przyprowadził dwóch innych autostopowiczów i spytał czy nie mamy nic przeciw. Dwóch chłopaków. Od razu wiedziałem, że z Polski byli ale formalnie zapytali nas po angielsku skąd jesteśmy i dopiero później się uśmiechnęli kiedy padło słowo "Poland". Łysy i Łukasz z Białej Podlaskiej. Blondas zgłupiał, że wszyscy z tego samego kraju. Ale straszne ciapcioki te chłopaki. Jakoś w ogóle nieprzygotowani byli. Bez planu, bez mapy, słaby angielski na dodatek w Amsterdamie ich okradli bo spali pod jakimś pomnikiem, zabrali im 400DM, potem zapłacili dwa razy za schowek na stacji, bo go otworzyli, źle wymienili pieniądze w kantorze. Docelowo jechali do Włoch. Dziwną trasą.

 

Nie ujechaliśmy daleko a tu znowu stali kolejni autostopowicze. Ale Holender już się nie zatrzymał. Ale i tak długo nie jechaliśmy bo do Utrechtu nie jest daleko. Blondyn jechał do Antwerpii, a my do Eidhoven, a potem do Maastricht. Musiał nas więc wysadzić na zjeździe w Utrechcie. Polacy jechali do Arnhem więc też ich wysadził. Było już późno więc my zdecydowaliśmy się na nocleg obok trasy. Polacy jednak zeszli na dół na autostradę i chcieli jechać dalej. A my znaleźliśmy dobrze schowane miejsce w gęstej trawie. Niestety było bardzo mokro i cały czas siąpiło. Rozbiliśmy namiot pod drzewem. Ruch zmalał i włączyło się oświetlenie autostrady. Odetchnęliśmy z ulgą, że wyjechaliśmy z tego Amsterdamu.

 

Dzień 20: Amsterdam  - Utrecht 59km

 

 

Dzień 21 – 08 sierpnia 1999

 

                   WIZY W HOLANDII?

 

Trochę tak jakby się rozpogodziło. Polaków nie spotkaliśmy ani wczoraj, ani dziś więc pewnie pojechali. Miejsce na łapanie nie było zbyt dobre bo był to wjazd na autostradę tuż za światłami. Niestety z Utrechtu do Eindhoven jeździli gdzie indziej. W dodatku ruch był niewielki.

 

Stanęliśmy kilka metrów za znakiem, za zakrętem. Mało samochodów, choć kilka osób się wahało. Niestety nikt się nie zatrzymał. Aż minęła godzina i wreszcie się ktoś zatrzymał. Ale niestety wolelibyśmy żeby się akurat ten samochód nie zatrzymał. Bo był to radiowóz policyjny. Stanęli tuż przed nami, włączyli syrenę i światła. Demonstracja siły zadziałała bo miny mieliśmy nietęgie.

 

Wyszła policjantka i od razu z mordą po holendersku. Kiedy zorientowała się, że nic nie kumamy po ichniemu, automatycznie przeszła na angielski. Ale nadal pozostała bojowo nastawiona. Na sam początek zaproponowała mandat. Druga propozycja też nie była lepsza. Po mandacie, zawiozą nas na dworzec kolejowy w Utrechcie. Kiedy wyszedł kierowca, zdecydowali się nas poprosić o paszporty i .... wizy! Wytłumaczyłem im, że żadnych wiz nie potrzebujemy od prawie 10 lat. Zapytali o nasze plany. Zdziwili się, że jedziemy do Luksemburga, a potem do domu. Trochę się uspokoili gdy zobaczyli pieczątki z Dover. Na koniec wyjaśniłem im dlaczego mamy różne paszporty (ja miałem stary), a oni zapakowali nas do radiowozu.

 

Stanęło więc na tym, że jedziemy na dworzec do Utrechtu. O mandacie chwilowo zapomnieli. Podczas jazdy nawijali coś do siebie po holendersku. Nie za bardzo wiedzieliśmy gdzie jedziemy ale coś mi nie pasowało z tym dworcem bo jakoś nie wjeżdżaliśmy do miasta. W pewnym momencie nastąpiła metamorfoza tej pani. Odwróciła się, zaczęła się uśmiechać i wypytywała ile staliśmy, gdzie byliśmy itp. W pewnym momencie zatrzymali się, kazali nam wysiąść, a kierowca oświadczył, że to jest najlepsze miejsce do łapania w całym Utrechcie. Zdębieliśmy ale ucieszyliśmy się. Policjantka zrobiła nam jeszcze wykład, że to dla naszego bezpieczeństwa nas zgarnęli itd. W takim razie pożegnali nas, a my znów musieliśmy przejść za znak bo innego wyjścia nie było. Ale odkryliśmy słupek z autografami autostopowiczów więc na pewno byliśmy we właściwym miejscu.

 

Nie upłynęło nawet 5 minut i już mieliśmy złapaną młodą parę. Jechali aż pod Maastricht! Ale fuks. Oczywiście zabrali nas i dzięki temu ominęliśmy Eindhoven. Na stacji benzynowej chcieli nam kupić śniadanie ale wykręciliśmy się jakoś. Pytali gdzie jedziemy, a kiedy dowiedzieli się, że jedziemy do Luksemburga to pytali czy w związku z zaćmieniem. Ale my nie wiedzieliśmy nic o żadnym zaćmieniu. Trochę obciach w sumie.

 

Pod koniec podróży pojawił się problem gdzie nas wysadzić bo oni zjeżdżali tuż przed Maastricht, do jakiejś wsi ale w końcu zdecydowali się przejechać swój zjazd z autostrady i wysadzili nas na dużej stacji. W razie czego był tam dach, sklep i WC. Tam wydaliśmy ostatnie guldeny w monetach i poszliśmy spróbować na wyjeździe ze stacji. Po 5 minutach już był facet gotowy zawieźć nas do Maastricht. Wypytywał nas o nasze polskie rolnictwo i pytał czy już widzieliśmy euro. Bo on już nie może się doczekać. Wytłumaczyłem mu, że jedziemy dalej aż do Liege i żeby nas tak fajnie jakoś zostawił. No i zostawił nas w dobrym miejscu. Ale było bardzo dziwne, że przez całą drogę oraz potem w samym Maastricht nie było ani jednego drogowskazu na Liege. Było natomiast jakieś miasto Ludeck. Nie było go na mapie więc myślałem, że może to holenderska nazwa Liege bo kierunek się zgadzał. Postanowiłem to sprawdzić.

 

Zaczepiłem jakąś grubaskę na rowerze ale ona nie za bardzo wiedziała o co chodzi. Ale była sceptyczna. Poszliśmy więc na nasze miejsce i znów po 5 minutach mieliśmy kierowcę. Tym razem Belg, który jechał do Liege ale niestety zero angielskiego. Jego vw golf nie miał z tyłu siedzeń więc siedziałem na podłodze. Za cholerę nie można było się z nim dogadać. Jakiś dziwny ten facet. Oczywiście usiłowałem mu wytłumaczyć, że chcemy się dostać do Luksemburga.

 

Niespodziewanie w środku miasta skręcił z autostrady i zjechał za most. Zatrzymał się i wysiadł. Na tym parkingu stał już inny facet i wdali się w rozmowę. Wiedzieliśmy, że mówią o nas ale nie wiedzieliśmy o co chodziło. Kiedy wysiedliśmy z tego golfa, właściciel odjechał. Zostaliśmy z tym nowym, który zaczął nam objaśniać jak dojechać do Luksemburga. Straszny był ten jego angielski, a w dodatku facet był na lekkiej bani. Nie mogliśmy zrozumieć nic ponad to, że są dwie drogi: krótsza i dłuższa. Dla nas nie miało to większego znaczenia bo oprócz faktu, że znajdowaliśmy się w Liege to nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Wreszcie zaproponował podwiezienie w dobre miejsce. Na szczęście w samochodzie była jego żona i to ona miała nas zawieźć. Miała, bo kobieta była jeszcze bardziej zakręcona. Niby wytłumaczył jej gdzie ma jechać ale kiedy przejechaliśmy z powrotem za most, kobieta pomyliła się, wjechała w jednokierunkową, źle skręciła i wkopała się w ślepą! Z powrotem na autostradę, powrót około kilometr i wylądowaliśmy na tym samym moście. Rewelacja. Nie muszę dodawać, że u niej zero angielskiego.

 

Wskazała nam na koniec drogowskaz "Ardennes" i powiedziała, że to ta droga. Tak więc super nam pomogli, bo nadal nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Trzy razy szybciej bylibyśmy w tym miejscu piechotą. Mieliśmy spory problem bo byliśmy na wiadukcie a pod nami leciała autostrada. Musieliśmy się opanować i coś zjeść. Znaleźliśmy jakiś skwerek i tam trochę ochłonęliśmy po ostatnich wydarzeniach. Zrobił się upał. Po zjedzeniu, postanowiłem poszukać jakiegoś planu miasta i zidentyfikować nasze obecne położenie.

 

Obok nas znajdował się komisariat policji więc wziąłem mapę i poszedłem tam. Ale pusto. Wróciłem szukać jakiegoś przystanku autobusowego z mapą. Nabiegałem się po jakiejś murzyńskiej dzielnicy ale na przystankach były tylko reklamy. Nawet rozkładów nie było. Ludzi też wcale nie było bo to niedziela.

 

Znów poszedłem na policję. Wyszedł jakiś gliniarz ale po angielsku nic. Ale zajarzył o co mi chodzi. Przynajmniej mi się tak wydawało. Ale jego pomoc sprowadziła się do tego, że napisał mi "Ardennes" i wskazał kierunek. No i się ucieszył, że mi pomógł. Zapewne myślał, że mamy swój samochód. A my dalej byliśmy w tym samym punkcie wyjścia.

 

Musieliśmy zejść z wiaduktu ale łapanie w tym miejscu prowadziło do tego, że co drugi kierowca pukał się w czoło. Oczywiście mieli rację ale my nie za bardzo mieliśmy inną alternatywę. Jechało mnóstwo samochodów, wiele z Luksemburga ale nikt nam nie chciał się zatrzymać. W dodatku denerwowaliśmy żeby znów jakiś patrol się nie zjawił bo przecież komisariat był zaledwie 50m dalej.

 

Byliśmy załamani bo minęła godzina a sytuacja nie uległa zmianie. W końcu po godzinie z hakiem, ktoś zaczął trąbić i machać na nas. Wyrwałem za nim, bo facet nie miał się gdzie zatrzymać. Pokazywał mi, że zatrzyma się gdzieś dalej. Biegliśmy co tchu ale facet w końcu zrezygnował. Na początku podłamało nas to ale potem okazało się, że za kolejnym wiaduktem nasza autostrada zamieniła się w normalną drogę z mnóstwem zjazdów i wjazdów do centrum. Co prawda, droga wskakiwała do tunelu ale przed tunelem było fajne pobocze i tam można była stanąć bez strachu.

 

Po 20 minutach już mieliśmy transport. Starszy dziadek bagażowym merolem. Byłem pewny, że nie mówi po angielsku i się nie pomyliłem. Pokazałem mu mapę. Wyjaśniło się, że jedzie 60km za Liege do jakiejś dziury. Chciałem mu wytłumaczyć żeby nas zostawił na jakiejś stacji ale on zrozumiał po swojemu, że chcemy zjeść coś teraz. Potem pytał czy jesteśmy z Anglii.

 

Autostrada, którą jechaliśmy była bardzo fajna. Co prawda mało samochodów nią jeździło ale kiedy wjechaliśmy w Ardeny, to zrobiło się bardzo ładnie za oknem. Ja trochę już się niepokoiłem gdzie nas zostawi bo tam, gdzie on jechał to był jakiś podrzędny zjazd w lesie. Czułem, że tam utkniemy na dobre.

 

Kiedy nas wysadził byliśmy 80km od najbliższego większego miasta, a 140km od Luksemburga. Mój francuski go nie przekonał i wysadził nas na tym zadupiu. Z jednej strony mieliśmy nocleg i ładną pogodę oraz 250km zrobionych dzisiaj ale przerażało nas jutro. Jeśli dwa samochody na godzinę przejadą to będzie dobrze. No ale noc w lesie przynajmniej była spokojna i wygodna.

 

Dzień 21: Utrecht – Baraque de Fraiture 266km

 

 

Dzień 22 – 09 sierpnia 1999

 

              J'ENTRAVE QUE DALLE

 

Kiedy wstaliśmy, miny nam zrzedły. Nad naszymi głowami ukazały się potężne chmury. Szybko zaczęliśmy się zbierać i kiedy wdrapywaliśmy się na zjazd na autostradę, zaczęło padać. W związku z tym, nie mieliśmy innego wyjścia jak zejść bezpośrednio na autostradę pod wiadukt. Nawet nie próbowaliśmy łapać bo było to nierealne. Jedyną naszą nadzieją było to, że sam się ktoś zatrzyma. Ale nic z tego.

 

Za chwilę trochę się przejaśniło więc wróciliśmy na wjazd. Jednak zgodnie z przypuszczeniami ruch był zerowy. Nagle zauważyliśmy dwójkę autostopowiczów idących w naszą stronę. Jeśli w dodatku dojdzie do rywalizacji, to nasze szanse znów zmaleją. Na szczęście poszli w drugą stronę i nawet nie zajęli miejsc, a już im się ktoś zatrzymał. Szczęściarze. Dobrze, że nie jechali w naszą stronę.

 

A my czekaliśmy pod parasolem bo znów zaczęło padać. Nikłe szanse mieliśmy żeby dojechać do Luksemburga. Ale stało się! Po dwóch godzinach czekania zatrzymał się belgijski weterynarz. Kiedy się ładowaliśmy do jego auta, ktoś do niego zadzwonił i zaczął nawijać po francusku przez dłuższy czas. Naturalnie spodziewałem się, że to jego jedyny język ale kiedy wreszcie wsiadł do auta, rozpoczął rozmowę po angielsku. Wypytywał nawet o Polskę, sam się dzielił z nami historią nieszczęsnych kurczaków w Belgii. Wysadził nas po 80km i było to idealne miejsce bo krzyżowały się tam dwie drogi. Obie do Luksemburga. Jedna krótsza zwykła i dłuższa autostrada.

 

Mieliśmy fajne miejsce do zatrzymywania, spory ruch na trasie ale mimo tego, szło nam jak po grudzie. Aż trudno było w to uwierzyć. Bardzo dużo Holendrów i Luksemburczyków ale żaden się nie zatrzymał. Dopiero po godzinie zatrzymała się śliczna dziewczyna. Niestety wraz z urodą, nie szła znajomość angielskiego i dosłownie stawałem na głowie żeby się z nią jakoś dogadać. Ona usiłowała mi wytłumaczyć gdzie jedzie a ja w tym czasie szkoliłem swój francuski. Kiedy podstawiłem jej pod nos mapę wyszło na jaw, że jedzie i owszem do Luksemburga ale państwa, a nie miasta. Konkretnie do jakiejś wioski. W takim razie zrezygnowałem.

Minęła kolejna godzina. Byliśmy bardzo zaskoczeni, że tak szło. Ale złapaliśmy jakiegoś młodego człowieka. Niesamowicie jarał szlugi i niesamowicie wycinał po francusku. Szkoda, że tylko w tym języku. Znów dzięki niemu udało mi się nauczyć kilku nowych słów po francusku. Zaproponował wyjazd na inną autostradę: Bruksela – Luksemburg. Musieliśmy się co prawda cofnąć kilka kilometrów ale trzeba było zaryzykować. Ale załamałem się kiedy zjechał z autostrady w kierunku jakiejś dziury. Byliśmy chyba w jeszcze gorszym miejscu niż kiedy dziś zaczynaliśmy rano. Byłem tak wkurzony, że ze złością rzuciłem plecakiem o ziemię i poprawiłem mu z kopa. Czułem, że będziemy udupieni na tym wjeździe przez kilkanaście godzin.

 

Kiedy zza zakrętu wypadł czerwony alfa-romeo, zdążyłem mu tylko machnąć kartką "Lux", właściwie tak od niechcenia. Ten jednak zatrzymał się z piskiem opon. Był to pierwszy samochód, który tędy przejeżdżał. Nie staliśmy więc dłużej niż 2 minuty. Na dodatek facet jechał do centrum Luksemburga i świetnie mówił po angielsku. Był też naprawdę miły. Zaczął nam opowiadać o Luksemburgu. Dość negatywne rzeczy bo sam był Belgiem. Zrobił przejażdżkę po mieście, ostrzegał przed zarozumialcami z Luksemburga i w końcu zawiózł nas na dworzec. Kiedy wysiadaliśmy, zdążył nam jeszcze wcisnąć belgijskie piwo i mapę Luksemburga. Przynajmniej ten problem nam odpadł.

 

Poszliśmy na dworzec zostawić bagaże. Facet w okienku warczał na nas jak pies. Ale za chwilę ruszyliśmy w miasto. Luksemburg (http://www.lcto.lu/html_en/index.html) stolica Wielkiego Księstwa Luksemburga. Jest centrum administracyjnym i finansowym państwa, jest położone na południu kraju, nad miejscem połączenia rzek Alzette i Pétrusse. W Luksemburgu ma swoją siedzibę kilka instytucji Unii Europejskiej, w tym jej Trybunał. Mieszka tam prawie 77,000 ludzi.

 

Zgodnie ze wskazówkami do centrum było około 250m ale tak naprawdę ponad 750m. Kiedy szliśmy w tym kierunku, po drodze zrobiliśmy sobie zdjęcia na ogromnym moście, a potem ruszyliśmy znów zgodnie z tabliczkami w kierunku katakumbów. Zdecydowaliśmy się na wejście do kazamatów. Podobno w sumie tych podziemnych tuneli jest ponad 23 km. I rzeczywiście nachodziliśmy się po tej fortyfikacji zgłoszonej do Unesco. Tak chodziliśmy, że aż się zgubiliśmy. Wyszliśmy jednak w innym miejscu.

 

Udaliśmy się do parku, posiedzieć w cieniu bo znów zrobiło się słonecznie. Wróciliśmy na Stare Miasto, dalej sobie spacerowaliśmy. Wstąpiliśmy do supermarketu a potem do McDonalda nabrać wody. Pooglądaliśmy sobie paradę armii luksemburskiej, a potem powoli wracaliśmy w kierunku dworca. Przez cały dzień zastanawialiśmy się czy poczekać w Luksemburgu na to zaćmienie. W całym mieście reklamy, że w środę o 12.28 ma być całkowite zaćmienie słońca. 100%! Aż dziw bierze, że ma się zrobić całkiem ciemno w środku upalnego dnia. Mnie nie za bardzo się chciało czekać aż do środy ale Agnieszka bardzo chciała zostać. Postanowiliśmy zdecydować w momencie kiedy będziemy wiedzieć coś więcej na temat naszego noclegu. Przynajmniej na mapie miejsce wyglądało zachęcająco. Niedaleko hotelu Sheraton było sporo zieleni i nasza trasa w kierunku Niemiec. Problemem był tylko dystans od przystanku do Sheratona.

 

Na chwilę obecną wiedzieliśmy, że trzeba wskoczyć w 13 i jechać do Sheratona ale poszliśmy się upewnić w informacji na dworcu. A tam miła wiadomość. Autobus numer 9 odchodzi z dworca i jedzie bezpośrednio do Sheratona. Pobiegłem sprawdzić rozkład i wyszło, że jeżdżą co 15 minut. Upewniłem się jeszcze u kierowcy i wróciłem po nasze rzeczy. Agnieszka poszła wydać ostatnie monety w piekarni koło dworca. Przyniosła dwie słodkie bułki choć gdyby miała dodatkowo 1Fr to mogłaby jeszcze coś dorzucić. Tak gwoli ścisłości to miała tego brakującego franka ale w postaci centymów, które wycofano z obiegu w Luksemburgu. Pani była nieugięta i nie chciała przyjąć tych monet.

 

Ale mieliśmy swoje bułki i poszliśmy z nimi do autobusu. Oczywiście poprosiłem kierowcę żeby dał mi znać kiedy będzie Sheraton żebyśmy mogli wysiąść. My usiedliśmy sobie i zaczęliśmy sobie gadać. Obok nas siedział jakiś gościu w bejsbolówce. Rozwalił się na całym siedzeniu, nogi w buciorach położył na siedzeniu obok. Był z nim też jakiś mały chłopczyk. Po chwili facet odezwał się do mnie po jakiemu rozmawiam. Nie wiedziałem o co mu chodzi ale w końcu zajarzyłem, że pyta o język w którym rozmawiamy między sobą. Zobaczył flagę na plecaku i chciał się sprawdzić. Zaczęliśmy gadać i wyszło, że to Amerykanin, który podróżuje od 6 miesięcy z żoną Filipinką i synem. Pytał czy nocujemy w Sheratonie bo słyszał jak prosiłem kierowcę o znak. Trochę nas tym rozbawił i wyjaśniliśmy mu w jaki sposób podróżujemy i gdzie już byliśmy. No to on też zaczął się przechwalać. Typowy Jankes, gdzie to on nie był i ile to on kasy nie ma. Snob. Zaczął nawet strofować kierowcę, kiedy wreszcie ten Sheraton.

 

Kiedy wysiedliśmy zauważyliśmy od razu drogowskaz na Trier. Zaledwie 35 km. My poszliśmy w jedną stronę, a Amerykanie w drugą. Musieliśmy przyspieszyć bo strasznie lunęło. W ogóle niespodziewanie. Pogoda zmieniała się jak w Skandynawii. Zobaczyliśmy jakieś krzaki i od razu wpakowaliśmy się tam. Okazało się, że to prywatny klub golfowy. Ale miejsce super jak dla nas. Przy samej drodze ale kompletnie niewidoczne. Co więcej, nie kapało nam na głowy bo drzewa były tak gęste i olbrzymie, że utworzyły parasol. Jedynym mankamentem było podłoże. Ale i tak mieliśmy szczęście. Obserwowaliśmy sobie jak maniacy golfa grali pod parasolami, a my tak doczekaliśmy do końca dnia.

 

Dzień 22: Baraque de Fraiture – Luksemburg 130km

 

 

Dzień 23 – 10 sierpnia 1999

 

              A MOŻE POLECIEĆ?

 

W nocy zaczęło padać i w dodatku mocno wiać. Rano deszcz ustał ale wiatr nie. Na początku wiatr był naszym sprzymierzeńcem bo wysuszył nam namiot potem stał się irytujący. Nasze plany wykrystalizowały się. Postanowiliśmy dzisiejszy dzień przeczekać, po pierwsze przez pogodę, po drugie przez zaćmienie. Trzeba było tylko znaleźć jakieś ciekawe miejsce.

 

Agnieszka poszła szukać miejsca w Sheratonie a w tym czasie wiatr w połączeniu z kolejną falą deszczu spowodował, że zrobiło się strasznie zimno. Uciekliśmy na przystanek, tam się ubrałem porządnie. Założyłem wszystko, co miałem. Nawet dwie pary skarpet. Jak na sierpień, pogoda iście listopadowa. W dodatku cały czas lało, a my staliśmy na tym przystanku.

 

Po jakiejś godzinie stwierdziliśmy, że musimy się gdzieś koniecznie przenieść. Tuż obok było lotnisko i Agnieszka poszła tam poszukać jakiegoś ciepłego miejsca. Wróciła z pozytywną wiadomością. W poczekalni jest cieplutko, są stoliki, skórzane sofy, WC i nawet angielskie gazety żeby zabić nudę. Oczywiście przenieśliśmy się tam i zamelinowaliśmy się tam na cały dzień. Naturalnie od czasu do czasu wychodziliśmy się przewietrzyć ale generalnie leżeliśmy na skórzanych sofach i czytaliśmy prasę. Tak minęło nam 8 godzin.

 

Około 20.00 zebraliśmy się i poszliśmy na nasze stare miejsce na pole golfowe. Przestało padać ale nadal wiało i nadal było zimno. Podczas rozbijania się, zlokalizował nas jakiś chłopak ale wyraził tylko swoje zdziwienie. Do końca dnia było już spokojnie. Nikt nam nie przeszkadzał.

 

Dzień 24 – 11 sierpnia 1999

 

                   NOC W POŁUDNIE

 

Tym razem kiedy wstaliśmy to nie padało ale nad nami kłębiły się ciemne chmury. Mieliśmy nadzieję, że do południa się jakoś wypogodzi i zobaczymy to zaćmienie. Ale póki co musieliśmy znaleźć jakieś fajne miejsce na obserwację. Trzeba było też znaleźć jakieś okulary. Przydała się butelka z piwa od Belga. Na polance obok zjazdu na autostradę, potłukłem ją, a denko miało służyć jako okulary.

 

Z niecierpliwieniem ale i z przykrością z powodu pogody, czekaliśmy na godzinę 12:28. Pogoda była okropna. Czasami przebiły się jakieś promyki ale już wiedzieliśmy, że jakiejś nagłej zmiany nie będzie. W dodatku jakoś tak zacząłem powątpiewać w całe to zaćmienie bo jeszcze o 12.20 było całkiem normalnie. Włączyły się co prawda latarnie ale to wyglądało bardziej na pochmurny dzień, a nie na noc w środku dnia. Jednak w ciągu zaledwie tych kilku minut, nastąpiła całkowita noc. Rzeczywiście o 12.28 było 100% zaćmienie słońca i była noc w południe.

 

 

Teraz mogliśmy jechać dalej. Miejsce mieliśmy niezłe, a i ruch też całkiem przyzwoity. Liczyliśmy, że do Trewiru zabierze nas jakiś Niemiec, który przyjechał do Luksemburga na zaćmienie. Istotnie, sporo było Niemców ale nas zabrał Luksemburczyk. pakowałem rzeczy tak szybko, że zapomniałem zamknąć bagażnika. Facet jechał do granicy ale dobre i to. Dojechaliśmy tam po kilku minutach. Na parkingu nadal sporo gapiów bo wciąż widać zaćmienie.

 

Nas już jednak interesował tylko wyjazd. Miejsce i dobre, i złe. Dobre bo legalne i duży ruch, a złe bo mało miejsca do zatrzymywania. Ale o dziwo zatrzymały się aż trzy samochody. Najpierw grupa młodzieży, która przyglądała się nam od jakiegoś czasu. Ale wspólnie doszliśmy do wniosku, że się nie zmieścimy. Podobnie było z kolejną okazją. Ojciec z córką mieli golfa ale po kilku próbach wepchania się, musieliśmy się pożegnać.

 

Wreszcie podjechał właściwy samochód. Duże kombi z jakimś małżeństwem. Agnieszka zaszpanowała swoim niemieckim i pojechaliśmy. W sumie chyba żałowali, że nas wzięli bo oni wcale nie jechali do Trewiru. Pytali gdzie nas wysadzić więc powiedzieliśmy, że w centrum. Musieli zjechać z autostrady do centrum. Kiedy zjechaliśmy, władowaliśmy się w okropny korek. Niewiadomo czy się spieszyli ale na pewno nie byli szczęśliwi, że się tak wpakowali przez nas. Ale w końcu wysadzili nas.

 

Po przejściu kawałka ulicą, doszliśmy do jakiegoś parku. Tam tym razem ja zostałem z plecakami, a Agnieszka poszła szukać informacji turystycznej. Wróciła z bardzo dobrymi informacjami. Do centrum kawałek, do dworca trochę dalej ale na naszej trasie wymarszu z miasta. Mamy też plan. Ale najpierw trzeba zrzucić bagaże. Do dworca jakoś doszliśmy. Tam kolejna miła wiadomość bo schowki bardzo tanie. Zaledwie 2DM od plecaka.

 

Wróciliśmy do centrum i poszliśmy w miasto. Trewir (niem. Trier, fr. Trèves), (http://www.trier.de/) to stutysięczne miasto w zachodnich Niemczech, w kraju związkowym Nadrenia-Palatynat, port nad Mozelą. Położone ok. 50 km od stolicy Luksemburga. Trewir jest jednym z najstarszych miast w Niemczech. W roku 16 p.n.e. została założona na terenie celto-germańskiego szczepu Trewerów (wymienia ich Cezar w: "O wojnie galijskiej") - w ramach akcji romanizacyjnej - rzymska osada o nazwie Augusta Treverorum. Miasto było jednym z centrów administracyjnych i "podstolic" Cesarstwa Rzymskiego, miastem rezydencyjnym Konstancjusza I i jego syna Konstantyna Wielkiego. Za Konstantyna Wielkiego dokonano podziału Cesarstwa Rzymskiego na 4 prefektury - Wschód (Konstantynopol), Illyricum (Sirmium), Italia (Mediolan) oraz Galia (Trewir). W średniowieczu biskup trewirski był jednym z książąt elekcyjnych Cesarstwa Niemieckiego. 5 maja 1818 r. urodził się w Trewirze Karol Marks. Miasto leży na szlaku do Santiago de Compostela. Siedziba uniwersytetu i politechniki; od 273 r. biskupów katolickich.

 

Najstarsze niemieckie miasto naprawdę się nam spodobało. Byliśmy zadowoleni, że się tu znaleźliśmy. Obejrzeliśmy sobie Czarną Bramę (Porta Nigra) – bramę wjazdową do miasta wybudowaną około 200r ne, potem byliśmy w Termach Cesarskich Konstacjusza I, zwiedziliśmy Amfiteatr rzymski i inne zabytki z czasów rzymskich. Praktycznie całe miasto zostało wpisane na listę Unesco więc tym bardziej byliśmy zadowoleni z możliwości obejrzenia tych wszystkich zabytków.

 

 

Trochę zgłodnieliśmy i zdecydowaliśmy się zaszaleć i iść na pizzę. Tam też próbowaliśmy się dowiedzieć o supermarket bo wracając z amfiteatru, nie mogliśmy niczego takiego znaleźć. Same sklepy z ciuchami. Na środku rynku, mały plecaczek odmówił posłuszeństwa ale jakoś udało mi się go jeszcze zmobilizować do pracy. Trochę się pogubiliśmy ale szybko wyszliśmy na prostą. Znaleźliśmy sklep ale nie było tam wody mineralnej. Innego nie było i powoli wracaliśmy na dworzec. I kiedy byliśmy już tuż, tuż to wtedy odkryliśmy supermarket. Tam dokończyliśmy zakupy.

 

Po zabraniu plecaków ruszyliśmy na rogatki. Na mapie wyglądało to na jakieś 1,700m. Ale dała nam w kość ta przechadzka. Trochę byliśmy już zmęczeni samym tym łażeniem po mieście więc dlatego odczuliśmy ten marsz z 20kg plecakami. Ale w końcu dotarliśmy do ronda, z którego jedna odnoga prowadziła na Koblencję. Musieliśmy przejść za znak i jak najszybciej się wyrwać bo miejsca na nocleg nie było.

 

Zaczęliśmy się denerwować bo chętnych nie było żeby nam pomóc. Ale po godzinie zatrzymała się jakaś dziewczyna. Jechała około 40km. Niby krótko ale wkopaliśmy się w ogromny korek. Staliśmy lekko ponad godzinę. Na początku trochę rozmawialiśmy ale potem dziewczyna była strasznie wkurzona i przeszła jej ochota na rozmowę. Kiedy trasa się odblokowała, dziewczyna nacisnęła na gaz i cięła ponad 160km/h. Chwilę później zjechała z autostrady i wysadziła nas na zjeździe.

 

Przeszliśmy przez barierkę i poszliśmy w krzaki. Szybka kolacyjka i zaczęło się szukanie miejsca na nocleg. Było już ciemno ale na szczęście pogoda się zdecydowanie poprawiła. Żadnych wiatrów i deszczów. Miejsce dość kiepskie. Nie dość, że twarde to jeszcze krzywe. Plusem fakt, że nikt nas nie mógł zobaczyć.

 

Dzień 24: Luksemburg – Wittlich 89km

 

 

Dzień 25 – 12 sierpnia 1999

 

         CZYM PRĘDZEJ PRZEZ RZESZĘ

 

Bardzo się nie wyspałem. Było za twardo. Ale trzeba było jechać dalej. Weszliśmy na wjazd i zaczęło się czekanie. Na barierce znów odkryliśmy ślady po poprzednich autostopowiczach. Najstarszy to podpis jakiegoś Szkota z '68 roku! Było też mnóstwo innych.

 

Po 40 minutach złapaliśmy TIRa. Pierwszy raz w tym roku. Nie jechał do samej Koblencji ale zaproponował jakiś parking przed miastem. Zgodziliśmy bo facet jechał do Wiesebaden. Jechaliśmy długo bo ciężarówka się wlokła. Mimo wszystko cały czas byliśmy coraz bliżej domu. Kiedy nas wysadził na parkingu ze stacją, wyglądało to przyzwoicie. Ale niestety miejsce było fatalne. Prawie wcale nie było samochodów. Jeśli już jakiś przejechał to był załadowany.

 

Mijały minuty a tu ani ciężarówki, ani osobówki nie chciały się zatrzymać. Powoli opadaliśmy z nadziei, że coś uda się nam wskórać. Na wyjście na autostradę nie odważyliśmy się jednak wyjść. Dopiero po ponad dwóch godzinach zatrzymał się jakiś dziwny koleś. "Cześć. Jak się masz?". Tak zagaił do nas gdy się dowiedział, że jesteśmy z Polski. Na szczęście mówił po angielsku choć był Niemcem. Niestety był trochę niezrównoważony psychicznie. Jechał do Hamburga ale nie miał mapy i nie za bardzo wiedział gdzie jechać. Dlatego też się zatrzymał żeby dowiedzieć się od nas jak jechać do tego Hamburga.

 

Nam też spadł z nieba bo za chwilę było skrzyżowanie chyba ze czterech autostrad. W sumie tylko ten, kto jechał naszą trasą mógł nam pomóc bo jakieś prowizoryczne dowiezienie nie wchodziło w rachubę. A samych tych rozjazdów było kilkanaście. Nasz kierowca nie wiedział zupełnie nic, więc rozłożyłem naszą mapę na kolanach i prowadziłem go przez te wszystkie zjazdy, wjazdy i rozjazdy. Mówiłem mu nawet na który pas ma się ustawić. Kilka razy bym się pomylił bo były jakieś objazdy ale udało się nam przebić przez tę gęstwinę dróg. Był to nasz ogromny sukces.

 

Mogliśmy go jednak przypłacić życiem bo ten furiat cisnął czasem i 160km/h, a samochodem rzucało jak na rajdzie. W powietrzu wisiało dachowanie. W ogóle wyglądał jakby prowadził pierwszy raz. Razem przejechaliśmy mnóstwo kilometrów ale zdecydowałem się na rozstanie bo on odbijał na Kassel, a ja się trochę bałem, że potem nie będzie mógł nas wysadzić i przejedziemy naszą trasę. Musieliśmy się zdecydować więc na malutki parking. Ale były tam stoliki i WC. Nawet miejsce na nocleg by się znalazło choć byliśmy świadomi, że wyjazd stąd może być ciężki.

 

Ale nie chcieliśmy przecież jeszcze nocować. Próbowaliśmy jakoś się wyrwać i jechać dalej w kierunku Polski. Ale nikt nie zwracał na nas uwagi. Długo tam siedzieliśmy, zjedliśmy obiad i zanim się zebraliśmy to upłynęło sporo czasu. No i zaczęło się czekanie. Wyglądało, że znów była to pułapka. Na szczęście pogoda była fajna.

 

Zdesperowana Agnieszka poszła spytać się Polaków, którzy zatrzymali się na tym parkingu. Ale goście z Wrocławia odparli, że sobie jeszcze poczekamy. Siedzieliśmy sobie więc na plecakach w nadziei, że ktoś się zlituje. Osobówek prawie nie było i tylko TIRy się zmieniały. Podjechał nawet autokar, co mnie zmartwiło bo pomyślałem, że za chwilę rozbiegnie się po całym parkingu wataha dzieciaków albo brygada emerytów. Ale autokar ustawił się wśród TIRów i grzecznie czekał. Nikt nie wysiadł. Był pusty. Część TIRów nocowała, część odpoczywała. Robiło się późno.

 

Mieliśmy kartkę "Erfurt". Musieliśmy minąć skrzyżowanie na Lipsk, a potem już prosto do Drezna. Ale to jeszcze mnóstwo kilometrów. Wszak byliśmy dopiero pod Kassel. Powoli zaczynałem myśleć o noclegu. Niestety w pewnym momencie na parking wjechała policja. Od razu wiedziałem, że to oznacza kłopoty. Jednak w tym samym momencie ruszył ów autokar, podjechał do nas, otworzył drzwi i krzyknął: "Eisenach!". To za skrzyżowaniem choć przed Erfurtem. Super.

 

Wpakowaliśmy się do tego autokaru i mknęliśmy sobie po autostradzie. Był puściutki, a my siedzieliśmy sobie na podwyższeniu nad kierowcą. Tuż przed Eisenach Agnieszka poprosiła go żeby nas wysadził na stacji. Też mu to pasowało. Szkoda, że stacja była z drugiej strony ale lepsze to niż ten parking. Było już późno więc trzeba było znaleźć nocleg.

 

Najpierw wdrapaliśmy się na nasyp autostrady ale nic tam nie było. Potem szukałem wszędzie ale nic konkretnego. Albo na widoku, albo prywatne. Bardzo długo szukałem aż wreszcie zdesperowani zdecydowaliśmy się na nocleg tuż przy drodze. Nie było tam nawet jednego krzaka więc wszyscy, którzy jechali autostradą doskonale nas widzieli. W dodatku jacyś ludzie przejeżdżali furmanką. Na szczęście tylko się uśmiechali. Za chwilę dopadła nas rosa i chłód. Ale była trawa i całkiem równo. Coś za coś. Nigdy nie nocowaliśmy w tak widocznym miejscu.

 

Dzień 25: Wittlich – Eisenach 333km

 

 

Dzień 26 – 13 sierpnia 1999

 

         KOLOROWY ŚWIAT TIROWCÓW

 

Byłem dość zmęczony poprzednią nocą więc tym razem spało mi się dobrze. Rano trzeba było walczyć z rosą. Wstaliśmy wcześnie bo mieliśmy malutką nadzieję, że być może uda nam się dojechać nawet do Polski. To ponad 300km ale jakaś szansa jest. Zrobiła się całkiem realna kiedy po 10 minutach stania, złapaliśmy policjanta-tłumacza. Jechał ze swoim gościem z Brazylii. Całkiem międzynarodowe towarzystwo w samochodzie się więc znalazło. Jechali do Lipska. Mogli nas więc zostawić na jakiejś stacji przed ostatnim skrzyżowaniem.

 

Policjant wiedział gdzie to zrobić więc zdaliśmy się na niego. Opowiadał całkiem fajnie. Chwalił się, że zna 6 języków. Z nami gadał po angielsku, a ze swym kumplem po portugalsku. Podobno znał też japoński. Sporo kilometrów z nim zrobiliśmy nim nas w końcu wysadził na tej stacji. Był tam sklepik więc i ruch też jakiś był.

 

Chcieliśmy kogoś dorwać, kto jechał do Drezna ale tak podświadomie już byliśmy w Polsce i dlatego bardzo nas denerwowało czekanie. Pojawiła się nadzieja kiedy podjechał na ten parking polski TIR. Jednak Agnieszka nie chciała iść się spytać, po wczorajszej wpadce z chamami z Wrocławia. Długo ją namawiałem ale nie dała się przekonać. Dopiero kiedy pojawiła się kolejna para autostopowiczów, która zaczęła głośno myśleć o zagadaniu do kierowcy tego TIRa, Agnieszka się przełamała i poszła pogadać z nim. Długo rozmawialiśmy co było dobrym znakiem. No i udało się. Obiecał nam granicę. Ale za pół godziny.

 

Daliśmy naszą kartkę z Dreznem tym nowym autostopowiczom, a sami poszliśmy pod TIRa. Bagaże daliśmy do kontenera, a potem wysłuchaliśmy monologu dlaczego nie powinien nas zabierać. Ale widać uległ i chyba nie żałował bo miał z kim pogadać. Musieliśmy się chować przed policją bo szoferka jest tylko dla dwóch osób więc dlatego nie chciał nas zabrać. Przed Dreznem dogoniliśmy innego polskiego TIRa i kierowcy zaczęli gadać ze sobą przez radio. Ten drugi na początku nie wiedział, że my jedziemy też więc centralnie rzucał mięchem przez cały czas. Ten nasz trochę się hamował ale tamten jechał na maksa, a my myśleliśmy, że umrzemy ze śmiechu. Kiedy ten nasz powiedział mu w końcu, że jedzie z autostopowiczami, tamten przystopował ale tylko na chwilę. Potem wszystko wróciło do normy.

 

Za Dreznem zrobiliśmy sobie przerwę. Kiedy znów ruszyliśmy wyszła niemiła rzecz. Otóż będzie problem na granicy. Są dwa przejścia: drogowe i piesze ale są one oddalone od siebie o 8 km. Na autostradowym przejściu nie wolno wychodzić z samochodu więc albo łapiemy coś na przejechanie granicy, albo muszę znaleźć inny samochód bo szoferka jest na dwie osoby. Kierowca doradzał nam łapanie bo zapowiadało się długie czekanie dla TIRów. Taką wiadomość dostaliśmy od jadących Tirów w drugą stronę. Nasz kierowca wypuścił nas i poradził żeby iść dalej i kogoś złapać z przodu.

No więc szliśmy wzdłuż kolejki TIRów ale w pewnej chwili zaczepili nas inni kierowcy i ostrzegali nas żeby nie iść dalej bo złapią nas policjanci i wlepią nam duże mandaty za łażenie po drodze. Łapanie więc nie miało sensu. W dodatku pojawiła się policja i musieliśmy się chować. Kierowcy proponowali, że nas wezmą bo kolejka w sumie nie jest zbyt długa. W takim razie postanowiliśmy wrócić do naszego kierowcy. Zdziwił się ale nie robił problemów. Niestety jedno z nas musiało sobie poszukać innego wolnego.

 

Poszedłem do tego, co jechał cały czas przed nami i zgodził się mnie zabrać. No i zaczęło się czekanie. Każde z nas siedziało w innym TIRze. Ja oglądałem telewizję bo ten mój wystawił sobie telewizorek i robił coś do jedzenia. Ale czas płynął szybko bo dużo gadaliśmy. Kiedy dojechaliśmy na wagę, minęło pięć godzin.

 

Potem zaczęły się jaja w spedycji. Każde z nas biegało ze swoim kierowcą. Załatwialiśmy wszystkie formalności i dokumenty. Każdy z nas miał inny ładunek więc mieliśmy różne dokumenty. Umówiliśmy się na parkingu przed Bolesławcem. W między czasie mieliśmy już kolejnego kierowcę, który zgodził się nas wziąć aż do Opola. Ale trzeba było czekać do 22.00 bo był zakaz dla ciężarówek.

 

Agnieszka pierwsza wjechała do Polski. Szukaliśmy jej na stacji ale okazało się, że musi to być inne miejsce. Wreszcie się znaleźliśmy. Było już tam kilka TIRów i wszyscy poszliśmy do knajpy. Tam zaczęli opowiadać kawały. Agnieszce uszy puchły bo oni jechali równo z najbardziej obleśnymi kawałami. Ale uśmialiśmy się zdrowo.

 

Zakaz obowiązywał do 22.00 ale już o 21.40 ruszyliśmy. Przenieśliśmy się do Krzyśka z Rudy Śląskiej, podziękowaliśmy tym, z którymi wjechaliśmy do Polski i ruszyliśmy w kolumnie 5 ciężarówek. Przez cały czas trzymana była łączność radiowa. Znowu były fajne gadki, komentarze i kawały. Za Bolesławcem się rozdzieliliśmy i już potem jechaliśmy sami. Do samego Opola rozmawialiśmy o naszych przygodach w podróży. Krzysiek też sporo miał do opowiedzenia.

 

W Opolu byliśmy o 1.00 w nocy. Pożegnaliśmy się najpierw z Krzyśkiem, a potem z naszym małym plecaczkiem, który całkowicie odmówił posłuszeństwa. Pieszo doszliśmy do dworca PKP. Najbliższy pociąg do Lublińca o godzinie 5.30 nad ranem. Zrobiliśmy sobie zupkę na peronie i czekaliśmy na pociąg. Wczesnym rankiem zjawiłem się u mojej Mamy. Była przerażona bo nie było nas 26 dni, a ostatni ślad był z Antwerpii. Za chwilę jednak była już uszczęśliwiona.

 

Dzień 26: Eisenach – Opole 607km

 

 

ŹRÓDŁA: Wszelkie profesjonalne opisy zabytków i miejsc zostały skopiowane z poniższych stron:  www.wikipedia.org oraz www.przewodnik.onet.pl .Mapy pobrano ze strony www.viamichelin.com

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

AUTOSTOP '99

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

km

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

IRLANDIA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

BUS:

Wrocław - London

 

 

1350

 

 

 

 

 

 

 

PROM:

Calais - Dover

 

 

 

 

90 min.

 

 

 

 

 

BUS:

London - Cork

 

 

650

 

 

 

 

 

 

 

PROM:

Fishguard - Rosslare

 

 

 

240 min.

 

 

 

 

 

1.

Cork - (pre)-Mallow

 

 

 

24

 

 

 

 

 

 

2.

(pre)-Mallow - Mallow

 

 

13

 

 

 

 

 

 

3.

Mallow - New Market On Fergus

 

89

 

 

 

 

 

 

4.

New Market On Fergus - Liscannor

 

45

 

 

 

 

 

 

5.

Liscannor - Cliffs Of Moher

 

 

3

 

 

 

 

 

 

6.

Cliffs Of Moher -Lisdoonvarna

 

 

18

 

 

 

 

 

 

7.

Lisdoonvarna - (pre)-Ballyvaghan

 

6

 

 

 

 

 

 

8.

(pre)-Ballyvaghan - Ballyvaghan

 

6

 

 

 

 

 

 

9.

Ballyvaghan - Burrin

 

 

10

 

 

 

 

 

 

10.

Burrin - Dublin

 

 

 

229

 

 

 

 

 

 

11.

Dublin - Drogheda

 

 

 

81

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

IRLANDIA PÓŁNOCNA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

12.

Drogheda - Newry

 

 

 

56

 

 

 

 

 

 

13.

Newry - Lisburn

 

 

 

67

 

 

 

 

 

 

14.

Lisburn - Belfast

 

 

 

13

 

 

 

 

 

 

PROM:

Belfast - Stranraer

 

 

 

 

90 min.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

SZKOCJA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

15.

Stranraer - Glasgow (via Troon)

 

152

 

 

 

 

 

 

16.

Glasgow - Edinburgh

 

 

70

 

 

 

 

 

 

17.

Edinburgh - Broxburn

 

 

38

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ANGLIA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

18.

Broxburn - Newcastle

 

 

165

 

 

 

 

 

 

19.

Newcastle - Chester-le-Street

 

 

24

 

 

 

 

 

 

BUS:

Chester-le-Street - Durham

 

8

 

 

 

 

 

 

 

20.

Durham - Collingham

 

 

180

 

 

 

 

 

 

21.

Collingham - York

 

 

 

24

 

 

 

 

 

 

22.

York - Doncaster

 

 

 

81

 

 

 

 

 

 

23.

Doncaster - Sheffield

 

 

18

 

 

 

 

 

 

24.

Sheffield - Sutton In Ashfield

 

 

46

 

 

 

 

 

 

25.

Sutton In Ashfield - Mansfield

 

 

21

 

 

 

 

 

 

26.

Mansfield - Newark

 

 

 

42

 

 

 

 

 

 

27.

Newark - Cambridge

 

 

248

 

 

 

 

 

 

BUS:

Cambridge - Newmarket

 

21

 

 

 

 

 

 

 

28.

Newmarket - Bury St.Edmunds

 

24

 

 

 

 

 

 

BUS:

Bury St. Edmunds - Cambridge

45

 

 

 

 

 

 

 

BUS:

Cambridge - London

 

100

 

 

 

 

 

 

 

BUS:

London - Dover

 

 

123

 

 

 

 

 

 

 

PROM:

Dover - Oostende

 

 

 

 

120 min.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

BELGIA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

29.

Oostende - Brugge

 

 

 

24

 

 

 

 

 

 

30.

Brugge - Bruxelles

 

 

 

106

 

 

 

 

 

 

31.

Bruxelles - Antwerpen

 

 

45

 

 

 

 

 

 

BUS:

Antwerpen - (pre)-Zundert

 

29

 

 

 

 

 

 

 

32.

(pre)-Zundert - Zundert

 

 

5

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

HOLANDIA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

33.

Zundert - Amsterdam

 

 

167

 

 

 

 

 

 

34.

Amsterdam - Utrecht

 

 

42

 

 

 

 

 

 

35.

Utrecht - Meerssen

 

 

 

178

 

 

 

 

 

 

36.

Meerssen - Maastricht

 

 

10

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

BELGIA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

37.

Maastricht - Liege

 

 

 

44

 

 

 

 

 

 

38.

Liege - Liege

 

 

 

1

 

 

 

 

 

 

39.

Liege - Baraque de Fraiture

 

 

60

 

 

 

 

 

 

40.

Baraque de Fraiture - Bastogne

 

38

 

 

 

 

 

 

41.

Bastogne - Recogne

 

 

32

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

LUKSEMBURG:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

42.

Recogne - Luxembourg

 

 

62

 

 

 

 

 

 

43.

Luxembourg - Zewen

 

 

23

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

NIEMCY:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

44.

Zewen - Trier

 

 

 

11

 

 

 

 

 

 

45.

Trier - Wittlich

 

 

 

29

 

 

 

 

 

 

46.

Wittlich - Kaisersechs

 

 

48

 

 

 

 

 

 

47.

Kaisersechs - Lingelbach

 

 

211

 

 

 

 

 

 

48.

Lingelbach - Eisenach

 

 

91

 

 

 

 

 

 

49.

Eisenach - Teufelstal

 

 

121

 

 

 

 

 

 

50.

Teufelstal - Przesieczany

 

 

240

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

POLSKA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

51.

Przesieczany - Opole

 

 

294

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

SUMA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

IRLANDIA:

 

 

 

 

 

 

524

 

 

 

 

IRLANDIA PŁN:

 

 

 

 

 

 

136

 

 

 

 

SZKOCJA:

 

 

 

 

 

 

260

 

 

 

 

ANGLIA:

 

 

 

 

 

 

873

 

 

 

 

BELGIA:

 

 

 

 

 

 

355

 

 

 

 

HOLANDIA:

 

 

 

 

 

 

397

 

 

 

 

LUKSEMBURG:

 

 

 

 

 

 

85

 

 

 

 

NIEMCY:

 

 

 

 

 

 

751

 

 

 

 

POLSKA:

 

 

 

 

 

 

294

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RAZEM:

 

 

 

 

 

 

3675

540 min.

(6001)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

2326

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Cork – Opole 3,700km