Powrót
   

    SKANDYNAWIA 1997

 

Czas: 21 lipca 1997 – 7 sierpnia 1997

Miejsce: Gdynia – Karlskrona – Sztokholm – Oslo – Aurland – Bergen – 

            Oslo – Goteborg – Helsingor – Kopenhaga – Świnoujście

Osoby: Agnieszka Zacharias (22, Kielce), Dawid Droń (22, Lubliniec)

Cel: Zwiedzić autostopem najważniejsze miejsca Skandynawii.

Koszt: 1,000 PLN/os.

 

 

 

Dzień 1 – 21 lipca 1997 – poniedziałek

 

                NAJPIERW GDAŃSK

 

Po zaledwie trzygodzinnej porcji snu, musieliśmy zacząć się zbierać. Zamówiliśmy taksówkę na 2.45. Taksówkarz wiedział, że jedziemy na dworzec. Oczywiście padało. Kupiliśmy bilety do Torunia, Małgosia do Bydgoszczy. Nasz pociąg z Zakopanego do Warszawy był naturalnie pełniutki. Całą drogę staliśmy. W Warszawie przesiadka do pociągu do Bydgoszczy. Też zapchany, ale jakoś znaleźliśmy miejsce. Wysiedliśmy po 3 godzinach, a Małgosia pojechała na obóz.

 

Na dworcu zostawiliśmy plecaki i poszliśmy do uniwersytetu. Tam miła i niemiła wiadomość. Miła, że jednak jest wydział kulturoznawstwa, a niemiła, że musimy zapłacić 40zł przy składaniu dokumentów. Było przez to trochę biegania po pocztach, bo nie byliśmy przygotowani na jakiekolwiek koszty.

 

Jednak jakoś się z tym uporaliśmy i wróciliśmy na dworzec. Pociąg, który przyjechał był bardzo krótki, miał dodatkowo dwa wagony pierwszej klasy i wagon Warsu. Jednym słowem ścisk niemiłosierny. I tak było aż do Gdańska. Byliśmy tam ok. 16.00. Upał się zrobił. Przebraliśmy się, więc Agnieszka zadzwoniła po wujka.

 

Niestety nie umówiła nas konkretnie i długo im zeszło zanim się odnaleźliśmy. Ale w domu już czekał obiad. Co prawda serwowano mizerię i robiłem wszystko, aby Agnieszka pomogła mi jakoś wyjść z twarzą, ale jednak nie uczyniła nic i musiałem wziąć całą winę za niezjedzoną mizerię na siebie.

 

Mieszkanie było wywrócone do góry nogami z powodu remontu i dlatego mieliśmy spać u sąsiadki, która wyjechała na urlop.

 

Wieczorem wybraliśmy się na spacer na Starówkę. Pochodziliśmy po Długim Targu, dostaliśmy po lodzie a późnym wieczorem była kolacja. Potem mieliśmy iść do tej sąsiadki, ale coś z tego nie wyszło, nie było kluczy czy coś takiego i skończyło się na tym, że trzeba było zrobić małe przemeblowanie żebyśmy mogli się położyć. Po pół godzinie wszystko było już w porządku, a że byliśmy bardzo zmęczeni, więc zasnęliśmy natychmiast.

 

 

Dzień 2 – 22 lipca 1997 – wtorek

 

                  DZIEŃ NA MORZU

 

Musieliśmy wstać dość wcześnie. Po szybkim śniadaniu, Agnieszki wujek zaoferował podwiezienie do terminalu w Gdyni. Sporo ludzi czekało na prom, w większości Szwedzi. Wykupiłem bilety i czekaliśmy na odprawę. Zaczęła się o 8.15. Na statek weszliśmy jako ostatni. Zaraz przy wejściu facet robił zdjęcia, które można było potem zobaczyć i kupić za 10zł.

 

Na promie mnóstwo atrakcji, ale po godzinie zwiedzania mieliśmy już dość. Byliśmy śpiący. Nie daliśmy plecaków do bagażowni, bo ją zamykali, więc ustawiliśmy je pod ścianą. Po powrocie zauważyliśmy, że ktoś je przesunął. Dopiero potem okazało się, że to nie była ściana tylko drzwi.

 

Przez całe 10 i pół godziny, kipieliśmy w fotelach, od czasu do czasu przechadzając się po promie. W WC spotkałem jakiegoś nawalonego Amerykanina. Oczywiście nawalił się z Polakami i dlatego był bardzo zadowolony z pobytu w Polsce. Na górze strasznie wiało, choć było dużo słońca.

 

O 19.30 dobiliśmy do brzegu. Tym razem ustawiliśmy się, aby szybko mieć odprawę za sobą. Ale strasznie się to ciągnęło. Były dwie grupy: ci z Unii Europejskiej i ci spoza. Oczywiście były różnice w kontroli. Od nas zażądano pokazania całej naszej sumy pieniędzy oraz spytano, dukając po polsku, ile dni zamierzamy spędzić w Skandynawii. Powiedziałem tej babce, co tak dukała po polsku, mimo, że wolałbym gadać z nią po angielsku, że mamy zamiar zostać jakieś 5-6 dni, no i tyle nam wpisała w paszport, zaznaczając, że wracamy przez Danię.

 

Po wyjściu z terminalu musieliśmy coś znaleźć do spania, tzn. kawałek płaskiego terenu. Zrobiłem obchód w jedną stronę, ale nic z tego, droga prowadziła do centrum Karlskrony. Musieliśmy więc iść w drugą stronę. Po drodze spotkaliśmy grupę Polaków, którzy powiedzieli nam o drodze na Kalmar. Czyli o tej, która będzie nas interesować dopiero jutro.

 

Szliśmy dalej wzdłuż niej, jeszcze raz się upewniłem, pytając się jakiegoś Szweda i po 500m znaleźliśmy początek autostrady, ale i trochę lasu. Poszedłem na zwiady i znalazłem odpowiednie miejsce. Zrobiliśmy sobie kolację, rozbiliśmy namiot i przyglądaliśmy się jak odpływa nasz prom do Polski. Jeszcze przed zaśnięciem obok namiotu rozlegały się głosy biegających po lesie. Noc minęła bardzo spokojnie.

 

PROM: Gdynia – Karlskrona 10.5h

 

 

Dzień 3 – 23 lipca 1997 – środa

 

                    HOLENDER!

 

Bardzo narzekaliśmy rano, bo nie wyspaliśmy się. Jeszcze się nie przyzwyczailiśmy do spania na karimatach. Zebraliśmy namiot i poszedłem na stację benzynową kupić chleb i wodę mineralną.

 

Potem ustawiliśmy się na wjeździe na autostradę i po chwili zatrzymał się ogromny TIR z przyczepą. Niestety facet jechał na Malmo. Staliśmy więc dalej. Nie minęło 5 minut i zatrzymał się brodaty Szwed, zdezelowanym, automatycznym, starym escortem. Co prawda mówił po angielsku, ale strasznie cicho i niewyraźnie. Proponował podwiezienie do miejsca w połowie drogi do Kalmar, ale musimy poczekać na stacji napraw. Mówił, że zajmie mu to 20 minut, ale zajęło niecałe 10.

 

W czasie jazdy coś tam się pytał, ale nie mogłem go zrozumieć. Dziwił się, że nie jedziemy na truskawki. Zaczął padać deszcz, ale wycieraczki miał zepsute. W końcu wysadził nas na przystanku przy trasie.

 

Schowaliśmy się, ale szybko przestało i po 40 minutach zatrzymała się pani z synkiem – Antonem. Od razu wiedziała, że jesteśmy z Polski. Mało mówiła i dowiozła nas do Kalmar, ale my nie chcieliśmy do miasta, więc wysadziła nas w zajeździe przy autostradzie. Trochę nam to nie było na rękę, bo był to wjazd do miasta, więc po chwili zdecydowaliśmy się na wycofanie na początek autostrady. Zajęło nam to sporo czasu, ale wreszcie za rondem znaleźliśmy odpowiednie miejsce.

 

Upał zrobił się jak w Hiszpanii, sznur samochodów, ale nikt się nie kwapi żeby nas wziąć. Po 3 godzinach męczarni zatrzymała się dziewczyna, która nas widziała, kiedy jechała w przeciwną stronę. Zaoferowała pomoc, że zawiezie nas na wylotówkę z miasta na autostradę, co nam odpowiadało.

 

Było to nie więcej niż 10km, ale ładne otoczenie – same lasy. Byliśmy już znudzeni tym staniem w upale, więc zdecydowaliśmy, że dzisiaj wystarczy. Znaleźliśmy miejsce na nocleg, rozbiliśmy się i zaczęliśmy biwakowanie.

 

Woda nam się kończyła, więc poszedłem do miasta. Idąc tak zobaczyłem, że wysiadło 2 autostopowiczów. Jeden miał białe jak śnieg dready, a drugi czerwone. Wysiedli i poszli na nasze miejsce, gdzie droga z miasta przechodzi w autostradę.

 

Ja tymczasem poszedłem szukać wody. Wszedłem w dzielnicę domków, ale o dziwo nikogo nie było w ogródkach. Jedna pani mi odmówiła, bo pracowała (kopała motyką ogródek). Wreszcie jakiś młody koleś nalał mi pełną butelkę. Kiedy wróciłem ci dwaj już zaczęli łapać.

 

Ja wskoczyłem w krzaki i zaczęliśmy ich obserwować. Rozdzielili się i naprzeciwko nas został ten biały. Później zapomnieliśmy o nich, bo robiliśmy sobie kolację, ale oni dali znać o sobie. Bardzo już zdenerwowani zaczęli rzucać kamieniami w drogowskazy i chyba dużo kląć, bo język mieli jakiś dziwny.

 

Zaczęło się ściemniać, my krzątaliśmy się wokół namiotu, aż tu nagle ten biały zawołał tego czerwonego. Gdy przyszedł do niego od razu skierował się w naszą stronę. Przeszedł przez krzaki i już był przy nas. Po krótkiej rozmowie okazało się, że są z Holandii i też jadą do Sztokholmu. Do tej pory szło im bardzo dobrze, ale to miejsce jest jak na razie najgorsze. Potem rozejrzał się wokół szukając miejsca na nocleg, bo też tak jak my śpią na dziko, byle gdzie.

 

Po naszej stronie nic ciekawego nie znalazł, więc się pożegnał i... minutę później złapali kogoś. Było już ciemno, ale zdecydowali się jechać. A my poszliśmy spać.

 

Dzień 3: Karlskrona - Kalmar 90km

 

 

Dzień 4 – 24 lipca 1997 – czwartek

 

         Z JOHANNEM POD SAM DOM

 

Wstaliśmy całkiem wcześnie i poszliśmy w miejsce Holendrów. Ruch był bardzo nikły, ale po 10min już mieliśmy brodatego Szweda. Sam kiedyś podróżował bardzo często, więc nam pomaga.

 

Gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski najpierw zaczął o powodzi, a potem o tym jak to był w '81 w Warszawie i jak to ciężko było w tamtych czasach. Niestety wiózł nas tylko 10km, bo musiał skręcić, ale przynajmniej mieliśmy znów lepsze miejsce – więcej aut.

 

Trochę zaczęło padać, ale po 30min prawie z piskiem opon zatrzymał się starszawy gość sportową hondą. Zapakowaliśmy i pognaliśmy do Oskarsahmn. Po drodze minęła nas potężna burza. Gdy wysadzał nas przy zjeździe do miasta zrobił się u upał.

 

Po chwili podjechał facet z łódką, ale niestety cały załadowany. "You're full" – zagadnąłem. "I'm not" – odrzekł spokojnie i zaczął układać bagaże tak, aby zrobić miejsce na nasze plecaki. Okazało się, że jedzie do Sztokholmu. Był bardzo rozmowny i całą drogę rozmawialiśmy, a było to z 300km. Dowiedzieliśmy się prawie wszystkiego na temat Szwecji. Bardzo fajnie się nam jechało. Sam zmienił trasę i pojechaliśmy jakimiś dziurami, potem przeprawialiśmy się łódką. Tam zrobiliśmy sobie przerwę, dał nam nawet kanapki i znów w drogę.

 

Gdy dowiedział się, że jedziemy do wujka Agnieszki zaczął się wypytywać o adres. Gdy mu pokazaliśmy, nie wiedział gdzie to jest, ale zadzwonił do kolegi z pracy, który jak się okazało tam właśnie mieszkał. Kolega dokładnie mu wytłumaczył, ale to nie wszystko. Dał telefon Agnieszce, aby sama zadzwoniła do wujka. Pierwszy numer był źle napisany, ale za drugim razem się już udało. Było to na jakieś 100km przed Sztokholmem. Gdy już wjechaliśmy do Sztokholmu http://www.stockholmtown.com/templates/Startpage___2023__EN.aspx  Johann, bo tak miał na imię, zawiózł nas pod same drzwi. Mnóstwo kłopotów dzięki temu zapewne uniknęliśmy.

 

Po 10min zjawił się wujek, który w między czasie oddzwonił do Johanna żeby nas wysadził na stacji benzynowej, no ale było już za późno, co znów potwierdził sam Johann oddzwaniając do wujka.

 

My w tym czasie trochę się rozpakowaliśmy, umyliśmy się i czekali na obiad. Po obiedzie wsiedliśmy w samochód i wspólnie objeździliśmy Sztokholm. Wysiedliśmy pod wieżą TV i wjechaliśmy na ten 151m obiekt. Widać było cały Sztokholm. Potem wspólnie odbyliśmy spacerek wzdłuż wybrzeża, obserwując jak fiński prom wpływa do portu. Piękna ścieżka spacerowa wzdłuż Söder Mälarstrand i Mariaberget. Widok przez wodę na Ratusz Miejski i Stare Miasto był niezapomniany. Wróciliśmy wieczorem, kolacyjka i rozkładamy się do snu. Jutro sami mamy jechać do miasta.

 

Dzień 4: Kalmar – Stockholm 409km.

 

 

Dzień 5 – 25 lipca 1997 – piątek

 

                 NOCNA JAZDA

 

Wstaliśmy dość późno. W dodatku nie mogliśmy się wybrać, bo Agnieszka zgubiła koszulę. Jak się okazało, musiała zostawić ją w samochodzie u Johanna. Wybraliśmy się w końcu. Niestety miałem spore problemy z dogadaniem się z panią w kasie metra. Bez sensu, że podstemplowała nam 4 bilety, ale jakoś dojechaliśmy. Na dodatek nie zatrzymał się na tej stacji, na której chcieliśmy i po wyjściu pogubiliśmy się całkowicie.

 

Minęło sporo czasu zanim zaczęliśmy robić zdjęcia chodząc sobie po starym mieście. Riddarholmen i Stare Miasto to serce Sztokholmu. Tu rozpoczyna się historia miasta. Budynki przy Riddarholmen powstały w okresie, gdy Szwecja była wielką potęgą. W ciągu czterech dziesięcioleci XVII wieku ludność miasta wzrosła czterokrotnie, do 40,000 mieszkańców.

W drodze na Stare Miasto i z powrotem trudno nie przejść obok Riksdagshuset, gmachu szwedzkiego parlamentu. Nieopodal, oddzielony zaledwie kilkoma mostami, wznosi się najbardziej charakterystyczny z monumentalnych budynków Sztokholmu, Kungliga Slottet (Pałac Królewski), niski, żółto-brązowy gmach, którego dwa frontowe skrzydła kierują się ku wodzie.

 

Na tyłach Pałacu Królewskiego rozciąga się właściwe Stare Miasto - ulice nagle robią się węższe i mroczniejsze. Praktycznie pierwsza napotkana budowla jest ukoronowaniem tej najwyżej położonej części starego Sztokholmu. To Wielki Kościół, (Storkyrkan), konsekrowany w 1306 r. Ściśle rzecz biorąc, Sztokholm nie ma katedry, lecz ten prostokątny, ceglany budynek spełnia jej funkcje i to właśnie tutaj odbywają się ceremonie koronacji i zaślubin szwedzkich monarchów.

 

 

Po dłuższym czasie, udaliśmy się do muzeum Vasy, statku, który zatonął w 1628r a wydobyto go w 1961r. Ale to muzeum, to nie tylko sam statek, ale i przedmioty z niego, cała historia wojen z Polską i filmy. Statek Vasa jest jedynym siedemnastowiecznym statkiem na świecie,
który przetrwał do dzisiaj. Ozdobiony setkami rzeźb i zachowany w prawie 95 procentach w oryginale statek jest unikalnym skarbem sztuki oraz jedną z najbardziej popularnych atrakcji turystycznych świata.
Spędziliśmy tam ponad 2 godziny.

 

Gdy wyszliśmy szukaliśmy poczty żeby wysłać kartki, ale na darmo. Przed wejściem do metra jeszcze zrobiliśmy zakupy, a potem do domu. Gdy skończyliśmy, znów zacząłem szukać poczty, pytając ludzi, ale wreszcie sam znalazłem. Jednak było tak dużo ludzi, że zrezygnowaliśmy.

 

Kiedy wróciliśmy do domu, zaczęliśmy pakowanie i umyliśmy się. Zjedliśmy obiad i ok. 18.00, wujek Agnieszki zawiózł nas na stację benzynową na autostradzie do Orebro. Tam pożegnaliśmy się, oni pojechali na daczę a my zaczęliśmy stanie. Mieliśmy umowę z synem wujka, że wróci sprawdzić czy udało się nam coś złapać i jeśli nie, to zostalibyśmy na jeszcze jedną noc.

 

Mało samochodów jeździło, robiło się chłodno i ciemno. Po godzinie zatrzymała się pani z lodami w bagażniku i oferowała podwiezienie 17km. Problem w tym, że zostawiłaby nas na autostradzie, co nie byłoby dobre dla nas. Długo się wahałem, ale zrezygnowałem.

 

Przez następną godzinę żałowałem tego, bo tak jakby mniej samochodów zaczęło jeździć, a i ciemniej się zrobiło. Realnym stał się powrót do wujka, ale raczej chcieliśmy gdzieś dojechać dziś jeszcze.

 

Zdarzały się różne rzeczy, niektóre nie całkiem przyjemne dla nas. Mijał nas np. samochód, z którego wystawał na wpół nagi młody Szwed z wyciągniętym środkowym palcem w moim kierunku. Cóż miałem zrobić jak nie to samo...

 

Potem podjechał, a raczej dopchał beżowego opla jakiś stary koleś. Nie mógł go odpalić, ale wreszcie mu się udało i akurat stało się to tuż obok nas. Niespodziewanie zagadnął gdzie chcemy jechać. Powiedziałem mu, że do Orebro, a on skinął żeby wsiadać.

 

Tak naprawdę nie mieliśmy w planach jechać dzisiaj do Orebro, bo to 160km od Sztokholmu, a tu noc za pasem. Chcieliśmy tylko wyjechać z miasta i wysiąść tam gdzie nie ma już autostrady, czyli jakieś 50km.

 

Facet kiepsko mówił po angielsku, ale zdołał spytać, dlaczego chcemy do Orebro. Powiedziałem mu, że tak naprawdę jedziemy do Oslo, a Orebro to tylko kierunek. Na to on odrzekł, że on jedzie do Karlstad, które oddalone o ok. 18 mil od Oslo. Szybko wyciągnąłem mapę i znalazłem Karlstad, które leży następną setkę za Orebro. Noc się zbliża, co tu robić. No ale zdecydowaliśmy się jechać.

 

Nasz kierowca był bardzo miły, ale mało się odzywał. Ciął miejscami 120km/h, ale przyznał na jednym z postojów, że to nie jego samochód tylko żony. Swój dał synowi na urlop. Na tym przystanku spytał czy chcemy nocować na kempingu czy w lesie. Oczywiście wybraliśmy las. Nic go to nie zdziwiło.

 

Było już kompletnie ciemno, gdy wjeżdżaliśmy w zamglone tereny nad jeziorem Vanern. Minęliśmy Karlstad, ale gościu wiedział, o co chodzi, bo zawiózł nas aż za miasto kilka kilometrów gdzie skończyła się autostrada żebyśmy mogli łapać jutro rano. Znalazł nam fajny las i wrócił do miasta.

 

Było po północy, więc szukałem terenu z latarką. Piękne miejsce, gęsty las, żadnych osad, z tyłu jezioro, cichutko. Rozbiliśmy się szybko i ok. 1.00 poszliśmy spać. Nadrobiliśmy niesamowity kawał drogi – 300km.

 

Dzień 5: Stockholm - Karlstad 315km

 

 

Dzień 6 – 26 lipca 1997 – sobota

 

                   NAD JEZIORKIEM

 

Wylegiwaliśmy się dość długo, bo po co się spieszyć. Śniadanie zjedliśmy przy stole, bo tam gdzie nas wczoraj wysadził, to jest mały parking. Po śniadaniu poszedłem poczytać tablicę informacyjną. Znalazłem mapę okolicy, ostatnią, bo Niemiec, który się zaczytał razem ze mną, też chciał, ale dla niego już brakło.

 

Zastanawiałem się czyżby nie skorzystać z okazji i nie odwiedzić największego jeziora w Szwecji i trzeciego w Europie – jeziora Vanern. Iść sobie spacerkiem przez las. Wyszło mi, że to ok. 1 km. Agnieszka się zgodziła, więc ruszyliśmy przez las.

 

 

Trasa piękna. Dukt leśny wysypany trocinami i nawet elektryczność poprowadzona, żeby można było w nocy biegać! Szliśmy tak, aż spotkaliśmy dwóch biegaczy. Spytałem ich czy to droga nad wodę i czy najkrótsza. Potwierdzili, ale powiedzieli, że to ok. 2 km. W takim razie postanowiliśmy zostawić plecaki w lesie i iść bez nich. Przykryliśmy je tropikiem, bo się brzydko chmurzyło i poszliśmy dalej wolni od tych ciężarów.

 

Fajny spacerek i dość szybko znaleźliśmy się nad wodą. Naturalnie Agnieszka musiała się wykąpać, ale ja też się trochę zamoczyłem. Była tam zacumowana jakaś łódka, sporo wysokich traw. Co prawda nie widać było, że to jezioro jest tak ogromne, ale czystość wody nas uderzyła. Ryby pływały mi między nogami. Woda kryształ. Niestety zaczęło mżyć.

 

Wracaliśmy pod parasolem, ale kiedy doszliśmy do miejsca gdzie mieliśmy nasze plecaki, to już się uspokoiło. Agnieszce mało było jagód-olbrzymów, które od rana zbierała i jeszcze trochę dołożyła.

 

Ustawiliśmy się w końcu na drodze do Oslo i po 20min podeszła do nas babka, którą Agnieszka obserwowała od dłuższego czasu. Pani cały czas się nam przyglądała, aż w końcu zaryzykowała. Okazało się, że jedzie 10 mil. Tzn. 10 mil szwedzkich, jak się okazało, czyli 100km.

 

Monica – bo tak miała na imię, okazała się straszną gadułą. Najpierw opowiadała, jaką jest samotną matką, bo ojciec Austriak, mówiła o swoich przygodach w Polsce z LOT-em, opowiadała jak to ją w Polsce wzięli na rewizję osobistą, jak to ciężko się dogadać w Polsce po angielsku. Mówiła też o swoich studiach, podróżach do Indii itd. Zawiozła nas do miejscowości Arjang – 37km od granicy norweskiej. Ostrzegła nas, że to rejon największej ilości samobójstw w Szwecji z powodu jakichś zakładów chemicznych.

 

Wysiedliśmy na stacji benzynowej, gdzie przy stoliku biesiadowała banda Hell's Angels. Brodate grubasy w skórach żłopali piwsko i głośno rechotali. Obok stały ich wypieszczone maszyny. Ale nie było nawet kontaktu wzrokowego z nimi.

 

Tam sobie zrobiliśmy obiad i poszliśmy znów łapać, ale nie było ani dobrego miejsca ani dobrej pogody. Zaczęło kropić, więc zdecydowaliśmy się poszukać czegoś do spania. Ciężko było, bo albo mrówki, albo korzenie. Po dłuższym czasie znaleźliśmy jakieś miejsce. Wyciągnąłem nawet folię, choć nie padało zbyt mocno.

 

Wyszedłem na moment poszukać miejsca na jutrzejsze stanie no i znalazłem piękną zatoczkę. Wróciłem po 10min, a potem czytałem sobie przewodnik, jednocześnie słuchając jakiegoś lokalnego zespołu, który niesamowicie głośno miał próbę albo koncert. Do 3.00 w nocy katowali kawałki Hendrixa, Gary Moore'a, AC/DC, Free oraz standardy bluesowe i rock'n'rollowe. Co jakiś czas budziły mnie te bardziej znane. Agnieszka nie spała podobno wcale.

 

Dzień 6: Karlstad – Arjang 105km

 

 

Dzień 7 – 27 lipca 1997 – niedziela

 

              DARMOWY KEMPING

 

Pogoda była całkiem znośna, ale ja miałem jakieś problemy żołądkowe. Pierwszy raz musiałem coś wziąć. Dobrze, że zabrałem krople żołądkowe. Szybko pomogły i byłem gotowy do startu.

 

Ustawiliśmy się za zakrętem w zatoczce. Wyciągnęliśmy kartkę "Oslo" i zaczęło się czekanie. Że to była niedziela, więc ruch był minimalny. Dosłownie samochód przejeżdżał raz na 5 minut. W dodatku mało kto zwracał na nas uwagę.

 

Czas mijał szybko, ale w końcu ok.13.00, po ponad 2 godzinach stania, zatrzymał się terenowy chevrolet. Bardzo ładna maszyna. Młody, ryżawy Szwed jechał do Oslo, a pierwsze, o co mnie spytał to czy mam papierosy. Chwilę później skręcił na stację benzynową i do supermarketu. Wyszedłem razem z nim żeby kupić mineralną i chleb. On natomiast zakupił mnóstwo tytoniu. Potem zatankował i ruszyliśmy. Bardzo mało rozmawialiśmy przez całą drogę.

 

Granicę minęliśmy tak jakby jej nie było, bo stał tam jedynie nieczynny kantor i dwie flagi. Zmienił się tylko kolor tablic drogowskazów i pasów na jezdni. Mijaliśmy tak te norweskie wioski, zbliżając się do Oslo. Zaczęło strasznie lać i byliśmy pewni, że w samym mieście też leje skoro na przedmieściach było mokro.

 

Szwed wywiózł nas w samiuteńkie centrum, a tam o dziwo było sucho. Na początku za bardzo nie wiedzieliśmy gdzie nas wysadził, ale poszliśmy w tym kierunku, w którym nam poradził. Agnieszka poszła do WC, a ja w tym czasie stanąłem na wprost dworca centralnego. Po powrocie Agnieszki poszedłem zobaczyć biuro turystyczne. W tym momencie zaczęło padać, więc oboje się tam przenieśliśmy. Agnieszka wzięła mapy i przewodniki, a ja zająłem się poszukiwaniem darmowych przechowalni bagażu. Niestety okazały się być w remoncie.

 

Czekając aż przestanie padać ustaliliśmy, że kupujemy bilety 24-godzinne po 40Kr i jedziemy na bezpłatny biwak na koniec linii metra Sognsvann. Tak też zrobiliśmy i kupiłem dwie dagskarty. Poszliśmy na peron, chwilkę poczekaliśmy i za chwilę wsiedliśmy w pociąg. Na drugim przystanku wsiedli kanary. Jak zwykle trochę się obawiałem, bo nie wiedzieliśmy czy za bagaż trzeba płacić oddzielnie, czy czasem nie przekroczyliśmy jakiejś strefy, ale ominęła nas kontrola, bo sprawdzili tylko 4 osoby i wyszli.

 

Dojechaliśmy na końcówkę. Było tam trochę lasu, więc tam poszliśmy, ale tabliczki "forbudt 500Kr" trochę nas odstraszyły i zaczęliśmy się rozglądać po okolicy. No i okazało się, że trochę dalej jest wspaniały park leśny nad małym jeziorkiem. Mnóstwo ludzi biega, odpoczywa i kąpie się. Słychać też Polaków robiących grilla. Przenieśliśmy się tam i też skorzystaliśmy z kąpieli. Agnieszka dopłynęła nawet na wyspę. Przez cały czas zastanawiałem się czy to jest to miejsce, o którym czytaliśmy.

 

 

Po kolacji wyszedłem na poszukiwania jakiegoś dobrze ukrytego miejsca. Nigdzie nie było namiotów, więc lepiej zachować ostrożność. Wspólnie znaleźliśmy w sumie 3 miejsca. Było jeszcze wcześnie, więc zabrałem się za pisanie notatek, bo siedzieliśmy sobie przy stoliczku w parku.

 

Nagle zaczęli się schodzić ludzie z namiotami. Zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu. Chciałem się spytać czy to darmowy kemping, więc poszedłem się ich spytać, ale okazali się to być Czesi. Zaroiło się od nich i ciągle ich przybywało. W sumie z 15 namiotów.

 

Więc już spokojni dalej sobie siedzieliśmy i pisałem streszczenie dnia. Gdy skończyłem, (bo ręka już mnie bolała) spojrzałem na zegarek. Była... 22.37 i dopiero 20 minut później zrobiło się szaro i wreszcie rozbiliśmy namiot wśród Czechów, ale na miękkiej trawce pod drzewkiem.

 

Dzień 7: Arjang – Oslo 128km

 

 

 

Dzień 8 – 28 lipca 1997 – poniedziałek

 

     A JEDNAK UDAŁO SIĘ WYJECHAĆ...

 

O godz. 4 rano zaczęło niesamowicie padać. Oberwanie chmury. Na szczęście w porę wybiegłem z namiotu żeby założyć folię, która nas uchroniła od potopu. Potem trochę kapało, ale ok., 8.00 kiedy zaczęliśmy się zbierać już przestało. Po śniadanku przy stoliczkach, spakowaliśmy się i w drogę do centrum. Oslo to najstarsza ze stolic państw skandynawskich. http://www.visitoslo.com/indexe/ Według kronikarza Snorre Sturlasona miasto zostało założone ok. 1048 r. przez Haralda III Srogiego (Hardrade).

 

Wysiedliśmy na głównym deptaku i od razu poszliśmy na pocztę wysłać te nieszczęsne kartki ze Sztokholmu. Spytałem się od razu czy moglibyśmy zostawić plecaki, ale zgodnie z tym, co przepuszczałem skierowała mnie na dworzec do skrytek. Szukaliśmy dalej i dochodząc do zamku znalazłem fryzjera. Facet miał chyba ze 2.10 wzrostu, oczywiście blondyn, ale pozwolił zostawić.

 

Przeszliśmy więc ulicę i byliśmy już w zamku, po murach, którego maszerował żołnierzyk. Zamek Akershus (Akershus Slott), najlepiej zachowany zabytek średniowiecza, leży na sterczącym półwyspie niemal w centrum Oslo. Najstarsza twierdza została zbudowana na skalistym wzgórzu nad zatoką ok. 1300 r. Ale my skręciliśmy w prawo i zwiedziliśmy muzeum norweskiego ruchu oporu (Hjemmefrontmuseum). Ekspozycje są oznaczone w języku norweskim i niemieckim, a przedstawiają fotografie obrazujące przebieg wojny na ziemi norweskiej. Bardzo ciekawe, ale i smutne. Długo nam tam zeszło, więc do zamku tylko zajrzeliśmy.

 

Potem poszliśmy do portu i popłynęliśmy na wyspę Bygdoy żeby zwiedzić kolejne 3 muzea. Po 11-minutowej podróży promem na wyspę, pierwsze muzeum dotyczyło Wikingów. Muzeum Statków Wikingów (Vikingskipshuset) to wielki gmach. Cała historia tego rodu i 3 wyłowione statki plus mnóstwo innych rzeczy w jakiś sposób powiązanych z tym tematem. Najciekawszym eksponatem muzeum jest statek z Oseberg, którego bogato zdobiony dziób i rufa wyrastają wysoko ponad kadłub, a trzydzieści dulek świadczy o liczebności załogi. Zapewne była to łódź żony wodza wikingów, bo wraz z nią odkryto i skarb, wystawiany w dalszej części muzeum. W skład skarbu wchodzą cudowne ozdoby, np. słupki zakończone łbami straszliwych zwierząt czy bogato rzeźbione sanie ceremonialne, a także mnóstwo mniejszych przedmiotów przydatnych w życiu doczesnym: guzików, kubełków, nożyczek, grzebieni, patelni, filiżanek, igieł itp. Statek Oseberg ma 22 m długości i 5 m szerokości, zaś solidniejsza i mocniejsza łódź z Gokstad jest trochę dłuższa i szersza. Jej przydatność do żeglugi morskiej została dowiedziona w 1893 r., kiedy jej kopia przepłynęła Atlantyk. W muzeum spotkaliśmy polskiego przewodnika z polską wycieczką.

 

Potem poszliśmy do muzeum znajdującym się na statku "Fram". Fram to statek wykorzystany w 3 ekspedycjach polarnych. W jednej z nich uczestniczył sam Roald Amundsen. Tym razem na statek można było wejść, a nawet zwiedzić dolne pokłady. Oczywiście mnóstwo innych rzeczy też można było obejrzeć. Muzeum Fram (Frammuseet) to olbrzymia, trójkątna sala wystawowa prezentująca statek wodowany w 1893 r., a zaprojektowany przez norweskiego konstruktora szkockiego pochodzenia Colina Archera. Konstrukcja statku należy do nietypowych - boki statku zostały wygładzone, by ułatwić przeprawy przez lodowiec, natomiast wewnątrz znalazł się istny labirynt pokładnic, brasów i wiązań pokładowych, dzięki którym całość trzymała się razem.

 

 

Naprzeciw "Frama" kolejne muzeum statków i wypraw. Ale tym razem inne rejony ziemi. Muzeum "Kon-Tiki". To oczywiście muzeum łódek polinezyjskich, na których udowodniono, że ludzie podróżowali między Polinezją, Australią i Ameryką Południową. Kon-Tiki to tratwa zbudowana przez norweskiego podróżnika Thora Heyerdahla z drzewa balsa na wzór tratw Inków, nazwana imieniem ich boga. Tam zgubiliśmy się, bo Agnieszka poszła oglądać film. Byliśmy też już dość zmęczeni tym kolejnym muzeum.

 

Poszliśmy do portu i wróciliśmy na ląd z tej ekskluzywnej dzielnicy-wyspy. Poszliśmy po plecaki, a potem na tramwaj. Dziesiątka miała nas zawieźć na wylotówkę, a my musieliśmy się trochę pospieszyć żeby zdążyć jeszcze pojechać na dzisiejszy bilet.

 

Zdążyliśmy, bo tramwaj podjechał szybko, a jechało się tylko 11 minut. O mało co przegapiłbym przystanek, bo to taki niepozorny ale ludzie mi powiedzieli w porę. Stanęliśmy obok polskiej ambasady, rozejrzeliśmy się trochę i w drogę. Gdy doszliśmy do miejsca gdzie mieliśmy łapać, załamałem się. Było beznadziejnie.

 

To było bardzo ciężkie oczekiwanie, bo usytuowanie tego miejsca było koszmarne. W dole wzdłuż morza biegła autostrada wpadająca w tunel. My jednak staliśmy na skrzyżowaniu, na światłach gdyż po drugiej stronie gdzie samochody zjeżdżały na autostradę, był zakaz ruchu pieszego.

 

Trzy razy zmienialiśmy miejsce stania aż wreszcie ustawiliśmy się tuż przed znakiem zakazu. Nie było wyjścia musieliśmy się przenieść na drugą stronę ulicy. Nad nami latały samoloty, a przed nami sznur samochodów i głupawe miny Norwegów. Oburzenie, zdziwienie, śmiechy, odwracanie głowy. Koszmar trwał blisko 4 godziny! Byliśmy wyczerpani i załamani. Ale to dopiero początek kłopotów.

 

Zatrzymał się w końcu jakiś gościu, który złapał się na kartkę "Drammen" ( z tego wszystkiego trzymaliśmy dwie kartki jednocześnie). Do Drammen nie jechaliśmy i był to tylko kierunek, w połowie autostrady mieliśmy odbić na normalną drogę do Honefoss. Niestety kolega Norweg tylko po swojemu i ostro tnie do Drammen. Ja mu tłumaczę, ale to na nic, bo on tylko po norwesku. Agnieszka paznokcie połamała żeby atlas wyciągnąć i w ostatniej chwili pokazałem mu gdzie ma odbić. Podróż trwała kilka minut, ale była tak męcząca i stresująca, że natychmiast po zatrzymaniu wysiadłem i nie chciałem go nawet widzieć na oczy. Nic mu się nie dało wytłumaczyć. Ja swoje – on swoje, ale po norwesku.

 

Myśleliśmy, że odetchnęliśmy już, bo wyrwaliśmy się z tego parszywego miejsca po takim długim czekaniu. Jednak to, co zobaczyłem dalej podłamało mnie znowu. Na rondzie, które było przed nami, był sobie drogowskaz ze skreśloną nazwą Honefoss. Cudownie. Budują jakiś wiadukt. Na szczęście jakaś pani inżynier wytłumaczyła mi, że to jednak ta droga i da się przejechać.

 

Poszliśmy dalej i weszliśmy w kolejną dzielnicę Oslo. Niestety nasza droga podniosła i biegła wiaduktem prosto do tunelu. Tu nastąpiła załamka, bo zaczęło padać i godzina była już późna. Szukaliśmy miejsca do spania czekając pod wiaduktem, który chronił nas od deszczu.

 

Miejsce zmienialiśmy 4 razy i wyszło na to, że będziemy spali na parkingu przed blokami. Było tam w miarę równo. W czasie rozbijania namiotu, podeszła do nas starsza para i zaczęli się wypytywać nas coś po norwesku. Ale poszli sobie, a ja jeszcze długo się męczyłem z wbijaniem śledzi w skalisty trawnik. Troszkę padało, więc rozłożyłem folię.

 

Dzień 8: Oslo – Sandvika 10km

 

 

Dzień 9 – 29 lipca 1997 – wtorek

 

            W KRAINIE FIORDÓW

 

Obudziły mnie samochody parkujące obok. Nikt jednak się nami specjalnie nie interesował oprócz wczorajszej pani, która przyszła spytać się czy jesteśmy z Warszawy czy z Krakowa. Na szczęście pogoda się zrobiła bardzo ładna i nawet nie było ani jednej chmurki na niebie.

 

Zjedliśmy, zebraliśmy się i poszliśmy na wiadukt. Ale tam był zakaz chodzenia, więc trzeba było stanąć na rozwidleniu, w miejscu nielepszym niż wczoraj (tyle, że w upale) i sytuacja się powtarza. Bardzo skląłem naród norweski.

 

Dopiero po godzinie jakiś bidula stanął w niedozwolonym miejscu. Agnieszka nawet nie zauważyła, ale jakoś pospieszyliśmy się i już w samochodzie dowiedziałem się dwóch rzeczy. Dobrej i złej. Dobra to taka, że facet jechał do Bergen. Do samego Bergen i to w dodatku dokładnie tą samą trasą, którą my chcieliśmy jechać. Zła wiadomość to taka, że niestety nie umiał po angielsku. Znów więc słuchałem sobie norweskiego. Zanim dogadałem się z nim, że też jedziemy do Bergen minęło sporo czasu. Tak jak i sporo było do tego Bergen, bo aż 483km!

 

Ale w trakcie drogi zmieniłem plan i postanowiłem, że zatrzymamy się w Aurland i popływamy sobie promem wśród fiordów. Do Bergen zostanie tylko 170km. Koleś chciał nas wysadzić dwa razy, bo coś źle mnie zrozumiał. Ale co się dziwić to jakiś piłkarz był i jechał na jakiś mecz. Dogadaliśmy się jednak jakoś na podróż do Aurland.

 

A ta podróż była niezwykła, wśród gór pokrytych śniegiem, spadających miniwodospadów, pustkowi, tuneli wąziuteńkimi, ale potwornie poskręcanymi drogami. Dotarliśmy wreszcie do miejsca gdzie krzyżowały się dwie drogi: do Bergen i do Aurland. Wysadził więc nas tam i odjechał. Agnieszka się załamała, bo wywnioskowała z naszych norweskich negocjacji, że jedziemy do Bergen i wygodnie sobie spała z tyłu licząc, że się obudzi dopiero w Bergen.

 

~"Co będziemy robili w tych górach?" – rzuciła, kiedy już nie było odwrotu od mojej decyzji. Istotnie nic innego tam nie było widać. W dodatku miała mi za złe, że wkładając plecaki do samochodu "uderzyłem ją w buzię". No cóż, wściekła była, że zrezygnowałem z wygodnego transportu do Bergen i kazałem jej chodzić po jakichś norweskich górach.

 

Następną rzeczą, jaką zrobiliśmy było to, że się ubraliśmy. Niby świeciło słonko, ale było cholernie zimno. Potem zobaczyliśmy kemping gdzie dowiedzieliśmy się, że do centrum jest 1,400m. No to zarzuciliśmy po 23kg na plecy i w drogę.

 

Miasteczko było bardzo malutkie, ale miało supermarket, dwa banki, pocztę i hotele. http://www.aurland.com/ENGELSK/index-e.htm Najpierw pobiegłem do biura turystycznego dowiedzieć się o promy. Okazało się, że są jednogodzinne wśród fiordów za 63Kr, ale i są do Bergen za 205Kr. Po długich namyśleniach stwierdziliśmy, że trzeba wreszcie zaszaleć i popłynąć do Bergen.

 

Niestety nie mieliśmy aż tylu koron, a wszystko już było pozamykane, więc trzeba było wziąć inną walutę. Myślałem, że w tym biurze będzie można wymienić, ale okazało się, że nie. Pani skierowała mnie do hotelu. Poszedłem więc szukać i znalazłem jakiś motel. Niestety pani też nie wymieniała, ale była tak uprzejma, że zaczęła wydzwaniać do innych hoteli. Nigdzie jednak nie można się było dodzwonić.

 

Poszedłem więc osobiście. Najpierw odwiedziłem Fjordhotel, ale tam pani, choć powiedziała, że to możliwe jednak odradziła ze względu na bardzo duże prowizje. No proszę, nawet nie chciała na mnie zarobić. Skierowała mnie na górę do jeszcze większego hotelu. Tam, tym razem facet, poinstruował mnie, że nie potrzebnie chce wymieniać skoro na samym promie można wymienić bez problemu.

 

No to wróciłem pod bank, bo tam chwilowo obozowaliśmy. Agnieszka poszła na zakupy, a potem szukać miejsca na nocleg. Znalazła gdzieś na parkingu. Poszedłem je obejrzeć a potem szukać innego. Chciałem jakieś na łące, więc zapuściłem się między domy. Doszedłem do końca i postanowiłem się spytać właściciela. Młody koleś wyjaśnił mi, że to nie jego teren, bo on wynajmuje tylko dom. Skierował mnie do domu naprzeciw bo tam mieszkał właściciel. Zapukałem więc tam, ale otworzyły mi dzieci. Rozmawiałem z nimi i wyjaśniły mi, że rodzice się nie zgodzą, bo tam na łące są krowy i rybacy.

 

Wróciłem więc po Agnieszkę i poszliśmy na ten parking przy rzece. Tam czekaliśmy do 23.00 aż się ściemni i dopiero wtedy zaczęliśmy się rozbijać. Widziało nas sporo osób, ale mimo wszystko nic się nie wydarzyło.

 

Dzień 9: Sandvika – Aurland 320km

 

 

Dzień 10 – 30 lipca 1997 – środa

 

        NIE CHCĄ NASZYCH PIENIĘDZY?

 

Musieliśmy wstać o 5.00 żeby zdążyć na prom. Choć nie padało namiot był mokry od rosy. Było bardzo zimno, choć zapowiadała się ładna pogoda. Niektórzy ludzie już biegali (w krótkich spodenkach) a my już o 5.40 byliśmy gotowi do wymarszu.

 

W porcie było kilka osób m.in. grupa Japonek. Po chwili podpłynął prom, ale okazało się, że to nie ten. Wreszcie punktualnie o 6.10 przybił do brzegu ten właściwy. Weszliśmy na łódź i facet zaczął sprawdzać bilety. Wytłumaczyłem mu, o co chodzi, że nie mamy koron, a on powiedział, że ci, co płyną do Bergen mają wkrótce przesiadkę na większą łódź i tam kupię bilet.

 

No to płyniemy bez biletów robiąc zdjęcia pięknych fiordów, ciekawej przyrody. Słońce dopiero się wynurzało znad wierzchołków pagórków i na tle niebieściutkiej tafli wody, wśród owych fiordów wszystko to prezentowało się uroczo. Sognefjord jest najdłuższym i najgłębszym fiordem w Europie. Rozciąga się na długości 204 km wgłąb lądu i ma 1296 m w najgłębszym miejscu. http://www.sognefjord.no/Default.asp

 

W końcu dopłynęliśmy do kolejnej łodzi. Tam zapowiadana przesiadka. Rzeczywiście łódź dużo większa, wygodniejsza. Jest i barek, i telewizor, dwa pokłady. Ja zaczepiłem kapitana i wyjaśniłem sprawę kolejny raz. Wysłuchał mnie spokojnie i odrzekł, że jak dopłyniemy do Bergen to żebym poszedł do banku i tam wymienił walutę. Po czym... wręczył mi bilet.

 

Kiedy oglądałem ten bilet okazało się, że nie wystawił go na trasie Aurland-Bergen, (czyli tam gdzie wystartowaliśmy dzisiaj), ale od tej miejscowości gdzie mieliśmy przesiadkę. Agnieszka poszła się go spytać, ale on powiedział tylko "no problem." No to nie ma problemu, tym bardziej dla nas. Mamy tylko zapłacić 410Kr.

 

Płyniemy sobie więc dalej. Krajobraz z ciasnych fiordów zmienia się na przestrzenie z większą ilością morza, pojawiają się wysepki z dzikim ptactwem. Najpierw myśleliśmy, że nie wolno wychodzić na pokład, ale sporo ludzi wyszło jednak, więc i my wyszliśmy.

 

 

Gdy wypłynęliśmy już w Morze Norweskie wiał bardzo silny wiatr unosząc kryształki soli. Skóra po takiej podróży była tak słona jakby człowiek kąpał się w solance. Powoli zbliżaliśmy się do Bergen. Po 5.5h dopłynęliśmy wreszcie do Bergen. Ludzie zaczęli wysiadać powoli szukając swoich bagaży. Załoga zajęta była cumowaniem statku, a kapitan, który podarował nam bilet przyglądał się turystom opuszczającym pokład. Ale do nas nie podszedł.

 

PROM: Aurland – Bergen 5.5h

 

Port w Bergen znajduje się w samym centrum miasta, więc od razu, kiedy zeszliśmy na ląd widać było jakiś bank. Poszedłem więc tam, aby wymienić pieniądze i wreszcie zapłacić za te bilety. Agnieszka namawiała mnie do ucieczki, ale ja twardo poszedłem zrobić wymianę. Pani w okienku poinformowała mnie jednak, że w tym banku nie da się dokonać takiej transakcji. Skierowała mnie do innych banków na tej ulicy. Tego było już za wiele. Nie będę biegał z 23kg plecakiem w tę i we wtę. Facet ze statku nie wziął ani naszych paszportów, ani bagażu, ani legitymacji, więc byliśmy całkowicie wolni. No i mimo, że nie chciałem tego robić to jednak tyle rzeczy się skumulowało, że zdecydowaliśmy się oddalić od miejsca zdarzenia.

 

Poszliśmy do centrum. http://www.visitbergen.com/Default.asp?bhcp=1 Bergen
jest nieformalną stolicą zachodniej Norwegii. Położone 485 km na zachód od Oslo reklamowane jest jako brama wypadowa do fiordów zachodniego wybrzeża. Bergen zostało założone w 1070 roku przez króla Olafa III Spokojnego. Najciekawszą częścią miasta jest Brygen, będące starą kupiecką dzielnicą z drewnianymi domami, zbudowaną staranie według regularnego planu.

 

Obejrzeliśmy dokładnie mapę i udaliśmy się do Muzeum Trądu (Lapramuseet). Mieści się w starym szpitalu Św. Jerzego, w którym tutejszy lekarz, Armauer Hansen, w 1873 r. pierwszy odkrył bakterie trądu. Bardzo małe muzeum, a właściwie były szpital przy kościele. Wstęp tylko 6Kr. Pani zaproponowała fajne miejsce na plecaki, ale na dłużej nie pozwoliła zostawić, choć ruch w tym muzeum był żaden. Obejrzeliśmy krótki film o historii szpitala, zwiedziliśmy pokoje i wróciliśmy do centrum.

 

 

Nie udało się nam zrobić sobie zdjęcia bezpośrednio przy pomniku Edwarda Griega, bo był tam trawnik. Centrum całkiem ładne, fajny deptak, kolorowo poszwędaliśmy się więc trochę, choć nie za dużo ze względu na plecaki. Potem zaczęło się wychodzenie z miasta. Nie było problemu ze znalezieniem wylotówki, ale miejsce znów w centrum miasta, choć dużo lepsze niż w Oslo.

 

O dziwo nie staliśmy dłużej niż 10min. Zabrał nas młody chłopak, który odpowiadał zawsze "OK" po każdej mojej odpowiedzi na jego pytanie. Zawiózł nas na obrzeża miasta zwanego Asane. Nie było to daleko, ale zawsze lepsze miejsce niż w środku miasta. Pokierował nas jak wyjść na właściwe miejsce. Staliśmy bowiem pod supermarketem i Agnieszka poszła do niego. Niestety zaczęło kropić.

 

Za rondem była nasza droga, ale była to również inna droga – na północ, która odłączała się dopiero na następnym rondzie. Chcieliśmy tam dojść, ale w połowie drogi, a właściwie w połowie zakrętu zrezygnowaliśmy, bo okazało się to być za daleko. Wróciliśmy więc na poprzednie rondo i tam zaczęliśmy łapać. Lekko padało, sporo samochodów jechało, ale nikt się nie kwapił żeby nas zabrać.

 

W końcu daleko zatrzymał się ktoś i dał znać trąbiąc. Pobiegłem co tchu do niego i okazało się, że jechał w naszą stronę. Zgodził się nas zabrać. Pobiegłem z powrotem po rzeczy, ale kiedy się odwróciłem gościa już nie było... Po następnych 30min podjechała młoda Mulatka. Zaoferowała podwiezienie do następnego ronda abyśmy mogli spokojnie już łapać na właściwej drodze.

 

Znów trochę staliśmy i złapaliśmy m.in. gościa, który jechał tylko 5km i jak sam powiedział tamto miejsce byłoby chyba raczej gorsze od obecnego. Wtedy też trochę bardziej się rozpadało i musieliśmy się schować w przejściu podziemnym. Tam staliśmy sporo czasu i zdecydowaliśmy, że trzeba wyjść i próbować łapać pod parasolem.

 

Dość szybko złapaliśmy miłego kolesia w volvo kombi. Jechał do Voss – jakieś 100km od Bergen. Całą drogę opowiadał i sporo pytał, choć strasznie dukał po angielsku. Opowiadał o Norwegii, ludziach m.in. lekarzu Polaku, który pracuje w tych rejonach, miejscach, swojej wyprawie autostopowej. Zaoferował przejażdżkę inną trasą, po górach żebyśmy mogli zobaczyć więcej. Przedtem jednak, jako że zgłodniał, kupił sobie i przy okazji nam po hot-dogu.

 

Potem jeździliśmy wywijanymi drogami po górach. Robiło się późno, deszcz lał i raczej na dzisiaj mieliśmy dość wrażeń. Zapytałem go na koniec czy zna jakieś fajne miejsce za miastem gdzie moglibyśmy się rozbić na dzisiejszą noc. Powiedział, że zna takowe i zawiózł nas tam. Jak się później okazało był to poligon wojskowy. No ale było tam płasko i sporo sosenek.

 

Znaleźliśmy fajne miejsce i musieliśmy się spieszyć żeby zdążyć w przerwie, kiedy nie padało. Potem się rozpadało i nie mogliśmy już nic tego wieczora ugotować. Byliśmy dość zmęczeni, bo wstaliśmy przecież dziś o 5.00. Jutro mamy zamiar jechać drogą przez Aurland, jest podobno lepsza, szybsza i bez promu. Łatwiejsza dla nas.

 

Dzień 10: Bergen – Voss 133km

 

 

Dzień 11 – 31 lipca 1997 – czwartek

 

                 RAJD "OSLO"

 

Lało całą noc. Spało się nam wygodnie, ale po przebudzeniu nie mogliśmy wyjść, bo padało. Czekaliśmy więc na chwilę przerwy, nudząc się w namiocie. Wreszcie około południa przestało na moment padać i w pośpiechu zebraliśmy się. Poszliśmy na przystanek na śniadanie. Znów zaczęło padać.

 

W końcu przenieśliśmy się na odpowiednie miejsce. Tak jak ten Norweg wspominał, więcej samochodów jechało w stronę Aurland. Złożyliśmy plecaki pod wiaduktem, ale to nic nie dało. Deszcz zacinał i mokły mimo wszystko, nie mówiąc o nas, którzy z kartką "Gud" staliśmy pod parasolem. Wielu ludzi pokazywało w górę, co chyba oznaczało, że "Gud" to "Bóg". A nam chodziło o Gudvagen. Zresztą to, co zostało z tej kartki to, rozmoknięty papier i czarne pasma tuszu wodoodpornego (!) flamastra.

 

Po 40 minutach przestało padać. To była jedyna dobra wiadomość. Samochodów jechało oczywiście mnóstwo, ale żaden z tego pożytek dla nas. Musiała minąć kolejna godzina abyśmy mogli stamtąd wyjechać. Zatrzymał się słabo mówiący po angielsku facet. Wyglądał dziwnie, bo był ciemnowłosy, jakby skośnooki z bardzo zniszczoną twarzą. Ale był miły. W czasie drogi wynegocjowałem podróż aż do Aurland, bo on tam jechał, choć myślał, że chcemy do Gudsvagen. Podróż mijała w milczeniu. My mieliśmy zajęcie – oglądanie wodospadów. Gościu wysadził nas w tym samym miejscu, gdzie przedwczoraj wysadził nas ten piłkarz-dyskomuł, który chciał wysadzać nas dwa razy. Na tym samym rondzie, choć z drugiej strony.

 

Przeszliśmy kawałek i okazało się, że oprócz lepszej pogody, to nic dobrego nas tu nie spotka. A jeśli już to może ten kapitan z promu, którego wyrolowaliśmy na 4 paczki. No ale to nie byłoby nic miłego. Ruch tutaj był zerowy. Była godzina 17.00 i większość samochodów należała do obładowanych turystów skręcających do Aurland.

 

Na dzień dzisiejszy zaplanowałem podróż dłuższą o 100km do miejscowości Hol. Chciałem przejechać wszystkie te pustkowia. Nie chciałem nocować w Aurland, a poza tym, ten, kto jechał w naszą stronę musiał jechać do Hol. No i zaczęło się czekanie.

 

Ale zdarzyła się rzecz niezwykła. Zatrzymał się pędzący biały fiat brava. Okazał się nim jechać grubiutki sprzedawca z Bergen, który co weekend pokonuje trasę Bergen-Oslo-Bergen bijąc przy tym własne rekordy. Aktualny, jak nas zapewnił, wynosił 4:45. Z Aurland do Oslo jest ok. 300km, więc niespodziewanie dla nas dzisiejszą noc spędzimy nie w Hol a w Oslo.

 

Jazda a nim była na początku przerażająca, ale dopiero potem wyszło, że jeździ bardzo dobrze. Ale mimo wszystko jego popisy na górzystej trasie mogły powodować pewne obawy. Wyprzedzanie w tunelu przy prędkości 130km/h zamiast 50km/h lub wyprzedzanie 5 samochodów na raz mogło wystraszyć. Zresztą narzekał na samochód, że jest nowy, niedotarty i przez to wolny.

 

Trochę rozmawialiśmy, mówił, że był w Polsce, ale była to najnudniejsza podróż w jego życiu. Puszczał dobrą muzę, (Santana, Uriah Heep, Black Sabbath, Chicago), a nawet raz się zatrzymał żebyśmy mogli zrobić sobie zdjęcia na pustkowiu pokrytym lipcowym śniegiem.

 

 

Zawiózł nas na przedmieścia Oslo, choć umówiliśmy się, że odstawi nas na przystanek metra. Przy okazji doradził nam niekupowanie biletów. Mówił, że przez 16 lat jeździł metrem w Oslo i raz kupił bilet a 5 razy go złapali. Zawsze dawał im adres w Bergen gdzie nie odbierał mandatów. Poza tym kontrolują w godzinach szczytu a my byliśmy tuż przed 22.00.

 

Oczywiście jedziemy na Songsvann – darmowy kemping, ale musimy się przesiąść. Na pierwszej dogodnej stacji do przesiadki zmieniliśmy peron. Mieliśmy minutę do odjazdu, a tu słyszymy: "Gdzie chcecie jechać?" Dwaj studenci z Polski wracali z malowania i jechali w naszym kierunku. Stację wcześniej wynajmowali akademik i nawet nas serdecznie zapraszali, dawali jedzenie, ale skończyło się na rozmowie w metrze. Opowiadali o swojej pracy i pytali o powódź w Polsce.

 

My tymczasem poszliśmy sobie nad jeziorko. Zjedliśmy kolację w towarzystwie... lisa, który podszedł tuż pod stolik. Na starym miejscu stały tylko dwa namioty. Nasz był ten trzeci. Pogoda kiepska.

 

Dzień 11: Voss – Oslo 399km

 

 

Dzień 12 – 01 sierpnia 1997 – piątek

 

               ŻEGNAMY OSLO

 

W nocy nie padało, ale i tak mieliśmy wilgotny namiot, więc gdy troszkę wyszło słońce przesuszyliśmy go. Wykąpaliśmy się też, zjedli śniadanie i... zaczęło padać. Podjechaliśmy merem na dworzec centralny (znów na gapę) i tam próbowałem się dowiedzieć o wyjazd z miasta, bo miałem dwie sprzeczne informacje. Agnieszka poszła na zakupy a ja się głowiłem jak wyjechać z tego miasta.

 

W końcu zdecydowaliśmy się na tramwaj (już płatny) i wyjechaliśmy mniej więcej w to miejsce gdzie chciałem się dostać. Ale szybko okazało się, że aby dostać się na autostradę trzeba zejść na dół, co było dość kłopotliwe. Najpierw pogubiłem się w wąziutkich i krętych uliczkach, bo wylądowaliśmy w jakiejś willowej dzielnicy, a autostrada była na dole, pod ogromną skarpą. Upociłem się strasznie szukając zejścia, próbowałem różnych uliczek, ale ciągle albo ślepe, albo łączyły się z poprzednimi.

 

Szukałem też linii kolejowej, którą wg mapy powinienem przeciąć schodząc w dół. W końcu na przystanku znalazłem mapę. Sam miałem tylko część centralną, więc zdecydowałem się przerysować ten kawałek, co mnie interesował i próbować zejść w dół, bo powoli traciłem cierpliwość. W końcu, po długich kombinacjach, udało się nam jakoś zejść z tej dzielnicy. I to zeszliśmy w całkiem fajne miejsce. Co do linii kolejowej, to sprawa się wyjaśniła – linia biegnie tam w tunelu...

 

Najlepsza rzeczą jednak było to, że po 10 minutach Agnieszka złapała faceta w mercedesie bagażowym, który jechał do Moss. Próbowałem negocjować z nim żeby nas wysadził wcześniej przed autostradą, ale powiedział, że ma fajne miejsce dla nas. No to dobra, zobaczymy.

 

W ogóle facet dość przyjemny, właściciel firmy przewozowej (m.in. transporty do Bydgoszczy – widać, że podobało mu się to, że umiał powiedzieć tę nazwę...), chwalił się, że zarabia 3,000Kr dziennie, pytał o powódź, o zarobki itd. Chwilę później zadzwoniła żona, że obiad za 15 minut a on narzekał na piątkowe korki. Zawiózł nas na rzeczywiście dobre miejsce, na trasę E-6 do Goteborga tuż przed stację benzynową.

 

Całe mnóstwo samochodów i w dodatku zrobił się upał. Trzeba było się przebrać. W ogóle humor nam dopisywał, bo wyjechaliśmy z tego okropnego Oslo. Jednak 10 minut później zrobiło się cholernie zimno i znów musiałem się przebierać. W dodatku zebrała się chmura i chwilę potem lunęło. Do tej chwili nic nie złapaliśmy i musieliśmy biegiem lecieć na stację żeby się schować.

 

Ale padało tylko 5 minut. Wróciliśmy na nasze miejsce, ale nikt nie chciał się zatrzymać. Jeden gość chciał mnie nawet rozjechać, jadąc na mnie i próbując zmusić mnie żebym się odsunął. Ale to on skręcił, bo ja się nie ruszyłem.

 

Po dziesiątkach minut ( a takie niby dobre miało być to miejsce) zatrzymał się jakiś młodzian. Zaoferował 3 mile (30km) do Sarpsborg. W Norwegii trzeba wystawić kartkę z napisem najbliższego miasta, bo np. na Goteborg czy Sverige nie reagowali. No więc złapał się na ten Sarpsborg i jedziemy. Synek myślał, że jesteśmy z Anglii i coś próbował rozmawiać, ale nie za bardzo wiedział, o czym. Po drodze widzieliśmy wypadek – ciężarówka wjechała w barierkę na wiadukcie ( to już drugi, wczoraj widzieliśmy wykolejony pociąg) aż wreszcie wysadził nas w odległości 22km od granicy. Miejsce fajne do łapania a i z noclegiem nie powinno być problemu.

 

Jednak bardzo bliska odległość do granicy sprawia, że łapie się trudniej. Próbowaliśmy jeszcze przez dwie godziny i choć był sznur samochodów to nikt nie raczył nas podwieźć te 22km. Zdecydowaliśmy się więc zaczekać do rana. Nocleg znaleźliśmy 200m dalej w wysokim lesie. Krajobraz i pogoda powoli upodabniały się do Szwecji. Polskę przypomniał nam ów lasek. Straszliwy syf, kupa śmieci i rupieci. Poszliśmy dalej się rozbić.

 

Dzień 12: Oslo – Sarpsborg 96km

 

 

Dzień 13 – 02 sierpnia 1997 – sobota

 

            WYGŁUPY PO SZWEDZKU

 

Noc minęła bez problemu. Rano spakowaliśmy się i ruszyliśmy we wczorajsze miejsce. Samochodów dużo, mimo, że to sobota. Ustaliliśmy zmiany, co 30 minut. Czułem, że tutaj pójdzie nam źle. W czasie, kiedy ja stałem, Agnieszka zajmowała się albo zabawą z 3 końmi pasącymi się w pobliżu albo zbieraniem malin. Ja natomiast pisałem.

 

Minęło nas lekko kilka tysięcy samochodów, więc zrobiliśmy kilka rundek. Coraz bardziej się denerwowałem, ale po ok. 3 godzinach stania, Agnieszka złapała Norwega. Spytałem czy jedzie do Szwecji. Powiedział, że tak, ale nie weźmie nas przez granicę. Może na nas poczekać za granicą, jeśli chcemy jechać do Goteborga. Ale granicę musimy przejść sami. W sumie wcale mu się nie dziwiłem. Oczywiście nie robiłem z tego tytułu problemów tylko zapakowaliśmy się jego samochodu i wio!

 

Powoli zbliżaliśmy się do granicy i czekałem, kiedy nas wysadzi, ale w pewnym momencie okazało się, że jest już za późno żeby nas wysadzić. Kolega Norweg okazał się być całkiem niezłym kombinatorem, bo jechał samochodem na niemieckich numerach. Granicę przejechaliśmy bez zatrzymywania się, a potem przystanął na jakimś bazarze, tuż za granicą, i czekał na kolegów.

 

Koledzy też niezłe gagatki. Przyjechali volvo. Tym razem na szwedzkich numerach. Jeden żłopał browary a drugi – kierowca – słaniał się na nogach, bo nie spał przez 41 godzin. Zatrzymali się koło nas i zaczęła się paranoja z telefonami komórkowymi. Chłopaki próbowali zlokalizować trzeci samochód, a że każdy z nich miał, co najmniej dwa telefony, to zabawę mieli nie lada. Ten, co z nami jechał miał nawet trzy, a wyszło to wtedy, gdy jeden z kumpli potrzaskał mu jeden z nich. Cały czas przy tym darli się strasznie prawdopodobnie ostro przeklinając.

 

W końcu wysłali nas żebyśmy sobie pochodzili po bazarze. Bazar był typowym miejscem nastawionym na Norwegów i to oni stanowili na nim większość. Ale i mi coś wpadło w oko. Kupiłem 4 koszulki za 100Kr + jedna gratis. Sprzedawca chciał się trochę popisać i zaczął coś mówić po polsku, ale szybko się zmyliśmy.

 

Chłopaki tymczasem zlokalizowali kolegów, którzy spali na jakiejś stacji benzynowej. Cała banda jechała non-stop z Bergen. Jechali do Holandii sprzedawać te samochody. Robią tak podobno co weekend.

 

No więc ruszyliśmy, aby odszukać tych trzecich. Zaczęły się wyścigi. Ten nasz był chyba naspidowany amfetaminą, bo nie mógł usiedzieć na miejscu. Zapodał tak okrutną muzykę techno, tak głośno, że mózg odbijał się od czaszki. Co prawda powiedział, że nie wyglądam na kogoś, kto słucha takiej muzyki, ale on się przy niej maksymalnie luzuje. Luz ten polegał na tym, że puszczał kierownicę, zakładał nogę na szybę, podjeżdżał i uciekał kolegom, przyspieszał do 160km/h itd.

 

Po chwili odszukaliśmy saaba z kumplami, dostaliśmy po puszce coca-coli i ruszyliśmy w trzy samochody: opel, volvo i saab. Trochę się pościgali a potem ci z volvo poszli spać, bo jednak nie byli w stanie jechać.

 

W trakcie jazdy dzwoniły telefony, gadali przez szybę no ale i znalazł czas na rozmowę z nami. Trochę o alkoholu, trochę o piłce nożnej i o samym mieście, czyli o Goteborgu. http://www.goteborg.com/default.aspx?id=528 Zaproponował nam również bezpłatny prom do Danii, bo i tak płacił za samochód, (czyli 5 osób), ale prom z Goteborga o 3.30 w nocy i w dodatku na Jutlandię. Skusilibyśmy się może gdyby można się było dostać do Kopenhagi, no i chcieliśmy zwiedzić Goteborg.

 

Cały czas namawiał nas też do odwiedzenia wesołego miasteczka i bardzo się zdziwił, gdy mu powiedziałem, co chcielibyśmy zobaczyć. Gdy już wjechaliśmy do miasta, pojechaliśmy do portu. Jeszcze raz się upewnił czy nie chcemy płynąć, a potem zawiózł nas na dworzec, po czym wraz z kolegami pojechali do wesołego miasteczka. Prom mieli przecież dopiero o 3.30.

 

My tymczasem poszliśmy na dworzec. Jednak ów budynek to raczej nie był dworzec. Nie wiedzieliśmy za bardzo gdzie jesteśmy. Mało ludzi, bo to sobotnie popołudnie, ale na czuja poszliśmy wzdłuż starych domów. I po kilku minutach już wiedzieliśmy gdzie byliśmy i gdzie mieliśmy iść.

 

Doszliśmy tym sposobem do dworca. Jest to najstarsza tego typu budowla w całym kraju (z 1856 r.). Jej oryginalna fasada podobno kryje okazałe i świetnie zachowane wnętrza. 0 Ja jednak próbowałem znaleźć biuro turystyczne. Poszedłem wskazane 200m i zastałem biuro, ale niestety nieczynne. Była jednak wskazówka jak dojść do innego w mieście. Nie miałem mapy i tylko 40 minut czasu, więc znów na czuja trzeba było szukać tego drugiego biura. Ale udało się. Zdobyłem i mapę, i rozkład komunikacyjny. Trzeba przecież szukać noclegu. Zbliżała się 21.00.

 

Postanowiliśmy zastosować manewr z Oslo i pojechać na końcówkę jakiejś linii. Wybraliśmy samotną linię na południe, w dodatku tę samą, która miała nas wyprowadzić z miasta. Wsiedliśmy więc w tramwaj nr.4, bilety mieliśmy 24-godzinne, więc nie było problemu.

 

Po przyjeździe Agnieszka się rozejrzała trochę, ale nic konkretnego nie znalazła. Potem poszedłem ja, trochę dalej oczywiście i w drugą stronę. I udało mi się znaleźć wspaniałe miejsce. Troszkę pod górkę, ale bardzo dobrze ukryty park. Kilka ławek, trochę drzew i ani żywej duszy. Co prawda miasto było w 90% pijane, wszyscy przesiadywali w knajpkach i łazili nawaleni jak meserszmity, a nawet jeździli samochodami. Miasto tonęło w śmieciach, ale panowała wspaniała atmosfera.

 

Posiedzieliśmy chwilę na ławce, zjedliśmy kolację, poprzyglądaliśmy się baraszkującym zajączkom i w końcu rozbiliśmy się. Nikt nie pojawił się w parku, a i tak byliśmy schowani za górką. Noc minęła bardzo spokojnie.

 

Dzień 13: Sarpsborg – Goteborg 232km

 

 

Dzień 14 – 03 sierpnia 1997 – niedziela

 

                   ZOSTAJEMY

 

Po przebudzeniu zrobiliśmy sobie śniadanko na ławce. Chwilę później od strony, od której nie spodziewaliśmy się wyszedł pan z pieskiem. Ale nawet się nie odezwał. Postanowiliśmy, że w związku z niedzielą, zanocujemy tu jeszcze raz i jutro rano wyruszamy do Danii.

 

Żeby nie nosić plecaków do miasta chcieliśmy zostawić je gdzieś w pobliżu. Padło na kościół, którego zegar-dzwon dzielnie odmierzał nam czas, co 15 minut. Zebraliśmy się więc i wdrapaliśmy się do kościoła. Akurat były chrzciny, a po nich Agnieszka poszła się spytać. Gdyby nie to, że zamykali ten kościół, to moglibyśmy a tak musieliśmy szukać gdzie indziej.

 

Poszliśmy więc do supermarketu zrobić małe zakupy i sprzedać butelki. Tam spotkaliśmy małego Polaka, który sprzedawał puszki. Kasjerka zgodziła się popilnować plecaków, więc już wcześnie rano mogliśmy sobie pojechać do miasta.

 

Najpierw nie wysiadając w centrum pojechaliśmy na wzgórze skąd można oglądać panoramę miasta. Potem wróciliśmy sobie pieszo do posągu Posejdona poprzez uliczki starego miasta. Stare Miasto dzieli na dwie części kanał Stora Hamn, na północ od którego, znajduje się większość atrakcji turystycznych oraz port z wciąż fascynującą, choć niszczejącą stocznią.

 

 

Haga to jedna z najbardziej malowniczych części Goteborga. Nietypowe budynki, zwane "domami gubernatora", mają zwykle parter kamienny, a nad nim - dwa piętra z drewna. Zaczęto je budować w ten sposób po jednym z pożarów, gdy uznano, że może to być metoda zmniejszenia zagrożenia pożarowego. Sam kamień byłby za drogi, a poza tym za ciężki dla gliniastego podłoża, drewno miało zmniejszyć zarówno koszta, jak i ciężar domu.

 

Mieliśmy koszulki "Polska", więc kilka osób nas zaczepiło. W odróżnieniu od wczorajszej zaczepki pijanego szwedzkiego gówniarza, dzisiejsze wszystkie były bardzo pozytywne. Porobiliśmy sobie zdjęć, posiedzieliśmy na ławeczce i chcieliśmy nawet jechać do tego wesołego miasteczka. Ale ceny szybko nas zniechęciły i koło 18.00 wróciliśmy na nasze stare, dobre miejsce.

 

Kilka osób przyszło posiedzieć, ale szybko poszli nawet nie zwracając uwagi na nas. Wieczorem znów zostaliśmy sami z zającami i wiewiórkami. Noc również bezproblemowa.

 

 

Dzień 15 – 04 sierpnia 1997 – poniedziałek

 

           PŁYWAJĄCA RESTAURACJA

 

Tak jak wczoraj ten sam pan z tym samym pieskiem i z tej samej strony nas zaskoczył. Ale my już prawie byliśmy gotowi. Chwilę później wyruszyliśmy na wyjazd z miasta. Zgodnie z przewodnikiem powinniśmy się cofnąć i stanąć na innym wjeździe, ale że nam się skończyły bilety, poszliśmy na ostatni wjazd na autostradę do Malmo.

 

Miejsce, jak to w mieście, kiepskie, bo skrzyżowanie, ale samochodów bardzo dużo wjeżdża na nasz pas. Zaczęliśmy łapać o 10.00. Pogoda upalna, samochodów przybywa a tu nic. Minęła godzina i nadal nic. Agnieszka weszła na gwoździa i przebiła sobie buta, drasnęła na szczęście tylko palca. Ja się wkurzałem coraz bardziej, bo minęła właśnie druga godzina.

 

Słońce grzało, miejsce do stania mieliśmy strome, w dodatku trzeba było się obracać, bo samochody jechały z dwóch stron. Zmęczenie dało znać o sobie po upływie trzeciej godziny. Zacząłem wątpić w to miejsce, ale przecież z drugiej strony tyle samochodów jechało. Gdy zbliżała się czwarta godzina, byłem gotów przestać stać i zmienić miejsce, ale na ostatnie, jak się okazało, pół godziny wyszła Agnieszka.

 

Złapała młodego chłopaka strasznie brudnym samochodem. Ale cud, że się zatrzymał. Zresztą sam był autostopowiczem, więc nas doskonale rozumiał i wiedział, że to było okropne miejsce. Nie jechał do Helsingborga, ale wyciągnął nas z Goteborga i zawiózł na stację Shella 25km za miastem. Tam spokój, ale chłopak-poeta (opowiadał jak bardzo podobają mu się wiersze Szymborskiej) mówił, że to dobre miejsce. Radził popytać tirowców, którzy masowo tam stali odpoczywając.

 

No to my przeszliśmy kawałek dalej i czekaliśmy. Ale nic nie jeździ. W dole prują samochody a my odpoczywamy. Niesamowite, ale Agnieszka zdecydowała się spytać duńskiego tirowca, który jadł lunch, żeby nas podrzucił. Ale facet podobno jechał w drugą stronę. Zaczęła mnie namawiać żebym zapytał Czechów i pewnie bym to zrobił, ale wcześniej udało mi się złapać Szweda. Jechał do Halmstad, z którego jest ok. 60km do Helsinborga.

 

Wgramoliliśmy się do szoferki i ruszyliśmy ogromnym volvo z przyczepą. Nie czekaliśmy dłużej niż 10min a w czasie drogi kilka razy mocno padało. W pewnej chwili zjechał na maleńki parking i aż zadrżęliśmy, że tu nas wysadzi. Ale on tylko zaśmiał się, kiedy zobaczył nasze miny i poszedł do wc. Kilkanaście kilometrów dalej wysadził nas na skrzyżowaniu na wylotówce z Halmstad. Kiedy wysiadałem o mało co nie zabrałbym mapy. Dobrze, ze facet mi przypomniał.

 

Miejsce do łapania super i ruch też OK. Więc nie czekaliśmy długo, bo po 15 minutach zatrzymał się "gang Olsena" tzn. Duńczyk z dwójką dzieci i niesamowicie załadowaną toyotą kombi. Ale udało się i nam zapakować nasze plecaki jeszcze i ruszyliśmy na prom. Mało się odzywał, prosił tylko żebym mu ustawił boczne lusterko i pokazywał na polskie samochody, które wyprzedzał. Myślałem, że jedzie do Ystad, bo coś bąknął o Bornholmie, ale skręcił do portu i wysadził nas koło terminalu.

 

Znaleźliśmy drogę dla pieszych i weszliśmy do budynku. Tam zanim znalazłem kasy to prom już nam odpłynął. Ale odpływają co 20min, więc na ten o 17.50 zdążymy spokojnie. Ludzie wiozą głównie skrzynki z pustymi butelkami. Nikt nawet nie myśli o wzięciu paszportu. Bilet kosztuje zaledwie 23Kr a płynie się 12 minut. Wreszcie otworzyli drzwi i weszliśmy do... no właśnie gdzie my weszliśmy?

 

Z początku nie wiedzieliśmy czy to już statek, czy jeszcze jakaś kolejna poczekalnia, bo przez cały czas szliśmy długim oszklonym korytarzem. No a potem ten korytarz odjechał. A więc jesteśmy na promie. Ludzie rzucili się na jedzenie, sklepy i kantor. My też poszliśmy do kantoru, gdy okazało się, że nie ma prowizji i jest dobry kurs. Wymieniliśmy korony szwedzkie i zeszłoroczne franki szwajcarskie na korony duńskie. Zrobiliśmy kilka zdjęć, wydaliśmy szwedzkie monety i przybiliśmy do brzegu.

 

Oczywiście to samo z drugiej strony, żadnych paszportów czy kogokolwiek w mundurze. Jesteśmy w Helsingor w Danii. http://www.visithelsingor.dk/engelsk/default.htm Późno trochę i biuro turystyczne zamknięte, ale na dworcu dostałem mapkę miasteczka i w ręku z nią, ruszyliśmy na Kopenhagę. Szukając noclegu, mieliśmy na uwadze, że jutro musimy wrócić do miasta obejrzeć zamek Kronborg – miejsce akcji Hamleta.

 

Już prawie wychodziliśmy z miasteczka, ale zauważyliśmy bardzo ładny park. Rozejrzałem się tam dokładnie po tym parku i przenieśliśmy się tam na kolację, a potem czekaliśmy do zmroku aż wszyscy właściciele psów i biegacze pójdą do domów. Wtedy, oczywiście w jak najmniej widocznym miejscu, rozbiliśmy się.

 

Ogromne czarne chmury przewinęły się nam nad głowami, ale tylko postraszyły. Noc zapowiadała się bezdeszczowo i spokojnie. Troszkę później wyczuły nas bezpańskie psy, ale pobiegły sobie dalej nie robiąc nawet hałasu.

 

Dzień 15: Goteborg – Halsingborg 186km

 

 

Dzień 16 – 05 sierpnia 1997 – wtorek

 

           TO BE OR NOT TO BE

 

Wstaliśmy po 7.00. Szybko się zebraliśmy i poszliśmy na ławeczkę coś zjeść. Potem musieliśmy zostawić plecaki, a że było dość wcześnie to wybraliśmy stację benzynową. Pani zgodziła się od razu, więc szybko pomaszerowaliśmy w dół do miasteczka. W mieście podziwiać można uliczki z dobrze zachowaną XVI i XVII-wieczną zabudową, gotycki klasztor Karmelitów z 1430 r. i kościół św. Olafa pochodzący z XV w.

W tych malutkich uliczkach ruch dopiero się zaczynał. Sklepikarze wynosili towary, ludzi jeszcze mało. Chcieliśmy zrobić jakieś zakupy, ale Agnieszka zdecydowała się tylko na słodką bułkę.

 

Ruszyliśmy więc w kierunku zamku. Został wzniesiony w latach 1574-1585 w stylu renesansu niderlandzkiego, położony na piaszczystym kawałku lądu, który półkolistym pasmem wsuwa się w stronę morza. Sława zamku w znacznej mierze wynika z uwiecznienia go w literaturze jako zamku Elsynor, po którego murach spacerował szekspirowski Hamlet (zamek u Szekspira miał być o 600 lat starszy). Budowę obecnego zamku rozpoczął w XVI wieku Fryderyk II, na miejscu fortecy wzniesionej przez Eryka Pomorskiego. Zamek pełnił rolę strażnicy pobierającej opłaty od przepływających statków kupieckich. Najsłynniejsza sala rycerska zamku ma 63 m długości.

 

Zrobiliśmy zdjęcia z zewnątrz bo kasy czynne od 10.30. Poszliśmy też na plażę, przyglądając się szwedzkim brzegom, łódkom i promom. Wróciliśmy na zamek i kupiliśmy bilety na salony i do lochów. Przeszliśmy komnatami wśród Włochów i Japończyków, a potem do lochów, jednak bardzo krótkich. Nałaziliśmy się sporo po tym zamku i potem poszliśmy do malutkiego akwarium pooglądać różne stwory.

 

 

No i zaczęliśmy wracać. Te same uliczki zapełniły się ludźmi tak, że nie było można przejść. Zrobiliśmy małe zakupy i powoli wracaliśmy po plecaki. Wzięliśmy je, przebraliśmy się i stanęliśmy na drodze do Kopenhagi. Ostatni raz.

 

Po 5 minutach siedzieliśmy już w samochodzie z dwoma Arabami. Kazali nam chwilę poczekać i jeden poszedł do McDonald'sa. Drugi zaczął rozmowę. Mieszka od 6 lat w Danii, a pochodzi z Iraku, "Saddam Hussein. Killing!" – krzyczał, aby uwiarygodnić swe pochodzenie. Chciał wiedzieć gdzie jedziemy, więc mu pokazałem adres kempingu a on, że nie ma problemu.

 

No i wypadliśmy na autostradę do Kopenhagi. Arab jak pocisnął to dochodziło do 170km/h. Moment i byliśmy w Kopenhadze. http://www.visitcopenhagen.dk/tourist Najpierw wysiadł ten, co z nami rozmawiał. Myśleliśmy, że też mamy wysiąść, ale ten drugi kazał czekać. Chwilę później wysadził nas przy bramie kempingu.

 

Jednak spodziewałem się czegoś lepszego. W dodatku cena nas dobiła. 115Kr. Od tego momentu do końca dnia następowała powolna klęska. Tuż po zapłaceniu owych 115Kr. Za jeden nocleg, chcieliśmy znaleźć fajne miejsce. Ale ten kemping to po prostu zwykły plac bez drzew wśród bloków. Kible to dwa baraki, jakiś sklep i mnóstwo Włochów. Poszliśmy pod sam płot, bo tam na granicy rosło kilka drzew. Ale nie udało się nam wbić ani jednego śledzia. Powyginałem je tylko. Nawet do połowy nie mogliśmy ich powbijać. Podobnie jak zresztą inni.

 

Po rozbiciu chcieliśmy iść trochę na miasto, ale wpierw musieliśmy mieć mapę. No więc ruszyliśmy do centrum. Chciałem kupić bilet 24-godzinny, ale co wszedłem do kiosku to tam Arab, który nie wiedział, o co chodzi. W końcu przechodziliśmy obok stacji metra. Tam można je kupić. Ale stacja zamknięta, działają tylko automaty, w których nie ma dobówek. Idziemy więc dalej, Agnieszka oczywiście namawia żeby podjechać na gapę, ale to nie jest dobry pomysł. Na szczęście zaczepiła nas Polka (mieliśmy "polskie" koszulki) i wytłumaczyła, że do centrum jest 4km i powiedziała, jakie bilety można kupić. Zdecydowaliśmy się podjechać.

 

Po długich tłumaczeniach kupiłem bilet u kierowcy za 75Kr. Pozwala on jeździć 1.5h na jeden kupon. Kuponów jest, 10 więc razem mamy 5 przejazdów. Później się okazało, że możemy jeździć tylko godzinę w dwóch strefach z jedenastu.

 

Mieliśmy cholernie dużo problemów z komunikacją zanim dokładnie zrozumieliśmy te zasady. Duński to trudny język a wszystkie informacje były właśnie po duńsku. Podjechaliśmy do centrum, odebraliśmy mapę i spytałem przy okazji skąd odchodzą promy do Świnoujścia i ruszyliśmy autobusem nr.6 w tamtym kierunku. Niestety nazwy przystanków są napisane tak małymi literkami, że człowiek nie wie gdzie jedzie, jeśli nie zna miasta. Do portu był kawałek drogi, więc ciężko liczyć przystanki.

 

 

Niestety zorientowałem się, że przejechaliśmy nasz przystanek, kiedy stanął koło metra. Zdążyłem jeszcze wyskoczyć, ale Agnieszka już nie i ja zostałem a ona pojechała dalej. Na szczęście następny przystanek nie był daleko, więc chwilę później dotarła do mnie.

 

Poszliśmy więc do portu. Ciężko go było znaleźć, ale kelner wskazał mi drogę. Doszliśmy tam, ale pocałowaliśmy klamkę. Czynne od 10 do 16 i od 19 do 21.30 tylko w dni, kiedy odpływa. Dzisiaj jest wtorek, więc prom nie płynie, no to odwrót.

 

Wchodzimy do "6" a tu nagle kierowca drze się, że mamy podejść do niego. Agnieszka pokazała mu bilet, a w tym czasie facet poinstruował mnie, że nie wolno wchodzić środkowymi i tylnymi drzwiami. Wejście jest tylko przednimi, gdzie pokazuje się kierowcy bilet. Chwilę później przekonała się włoska para, którą najpierw zgniótł drzwiami, a potem, gdy siedli podbiegł i wyzwał po angielsku od oszustów. Ale oni mieli bilety i to oni wyzwali go, że ich zgniótł.

 

Wróciliśmy do centrum, bilet tracił ważność, więc chciałem jechać na Christianię. Już podjeżdżał autobus, ale Agnieszka się rozmyśliła i stwierdziła, że "nie będzie oglądać ćpunów". Chciała wrócić na kemping. Wróciliśmy nie bez kłopotów z komunikacją. Znów nie wiedzieliśmy gdzie wysiąść i znów musieliśmy się wracać. Ale wkurzeni jakoś dotarliśmy na kemping.

 

Zjedliśmy coś i poszedłem się wykąpać. Pusto w tych barakach, ale ktoś bierze prysznic, więc też rozebrałem się i czekam na ciepłą wodę. Ale nie doczekałem się, nie ma ciepłej wody. Pomyślałem, że włączą potem, ale gdy znów poszedłem sytuacja się powtórzyła, choć w damskiej leciał wrzątek. No więc tylko Agnieszka skorzystała z ciepłej wody.

 

Później zmagaliśmy się z hałasem, który dochodził od Włochów obok. Gadali pół nocy. Ok. 2.00 Agnieszka źle się poczuła, musiała wyjść, więc ja wyszedłem też i korzystając z pustek w damskiej wc, wykąpałem się tam. Wreszcie jakiś plus dzisiejszego dnia.

 

Dzień 16: Helsingor – Kobenhavn 46km

 

 

Dzień 17 – 06 sierpnia 1997 – środa

 

              SEKS I NARKOTYKI

 

Rano podjęliśmy decyzję, że zwijamy się od razu, (choć mamy czas do 17.00) i zawozimy plecaki do terminalu, kupujemy bilet na 21.30 i cały dzień łazimy po Kopenhadze.

 

Zanim zdążyliśmy zebrać namiot, na który nasrały nam ptaki, zobaczyliśmy przedziwną akcję. Nagle zjechało mnóstwo policji i biegali z psami, okrążyli przyczepy obok nas. Agenci się też pojawili, psy się szarpią, ludzie biegają, wczasowicze obserwują. Nie było wiadomo, o co chodzi. Akcja zakończyła się po ok. pół godziny tym, że policja odjechała. Gdy się wymeldowywałem zapytałem w recepcji, o co chodziło. Okazało się, że to były problemy z Cyganami.

 

Wyszliśmy z kempingu i wsiedliśmy do autobusu. Nie musieliśmy kasować biletów za plecaki. Spotkaliśmy 3 staruszki z Polski, ale jazda autobusem była koszmarem. Przechodzące tłumy od kierowcy do końca autobusu, zamknięte okna, upał, duchota i ludzie z wózkami. W centrum przesiadka i znów to samo – duchota i brak miejsca na plecaki. Ale dotarliśmy do portu. Liczyliśmy po ok. 320Kr na głowę, bo w nocy kabina jest obowiązkowa, ale okazało się, że nie. Zapłaciliśmy tylko po 260Kr i zostało nam 56Kr.

 

To, co mnie zaskoczyło w terminalu to fakt, że facet nie umiał po polsku (a pracuje dla polskiego przewoźnika), ale za to sam zaproponował zabranie plecaków. No więc kupiliśmy bilety, zostawiliśmy plecaki i pojechaliśmy do centrum. Tam ustaliliśmy trasę i ruszyliśmy robiąc zdjęcia.

 

Najpierw zaliczyliśmy muzeum popiersi, potem zamek królewski Amalienborg, którego koniec zachodniego skrzydła zajmuje imponująca XIX-wieczna katedra Marmorkirken (kościół marmurowy) w stylu neoromańskim i neobarokowym.

 

Zajrzeliśmy do Tivoli, choć nie wchodziliśmy dalej. Powstały w XIX w. kompleks rozrywkowy Tivoli, obejmuje również ogród botaniczny. Tam weszliśmy sobie.

 

Chcieliśmy wejść do muzeum erotycznego, ale bilety były bardzo drogie. Kolejną godzinę zaczęliśmy od wspięcia się na szczyt Rundetarn (Okrągłej Wieży zbudowanej przez króla Krystiana IV w 1642 r.) na Kobmagergade i obejrzenia panoramy starej Kopenhagi z czerwonymi wieżami kościołów i brukowanymi uliczkami. Ale Agnieszka bardzo się napaliła na to muzeum i postanowiła wymienić pieniądze. Wróciliśmy więc tam i spędziliśmy tam bite 2 godziny! Mnóstwo rzeczy do oglądania: filmy, obrazy, księgi, zdjęcia, plakaty, przedmioty, biografie do czytania, a nawet goła modelka w klatce z napisem: "Don't touch, just look". Zebrano naprawdę pokaźną kolekcję materiałów erotyczno-pornograficznych. Było nawet mini-kino gdzie akurat wyświetlano jakiś film zoofilski.

 

Z muzeum poszliśmy na przystanek, aby pojechać do muzeum piwa Carlsberg. Pojechaliśmy tam, ale muzeum czynne tylko do... 15.00! No to ja zaproponowałem ponownie przejażdżkę na Christianię. Tym razem Agnieszka się zgodziła i nie żałowała. Wolne miasto Christiania założone przez squattersów jest całkowicie poza prawem. Kwitnie handel narkotykami, których ogromniaste kopy są ułożone na specjalnych kramikach. Na innych najrozmaitsze przyrządy do palenia. Dalej knajpa i straszny syf. Wszyscy nawaleni, ale atmosfera hippisowska – żadnej przemocy, ludzie żyją w komunach i widać niezłych frikowców. Oficjalnie wszyscy mówią "nie" twardym narkotykom, ale nie wiadomo jak to jest w rzeczywistości. Dozwolone są tylko: haszysz i marihuana. Ale ile rodzajów... Zdjęć oczywiście robić nie wolno, choć turystów mnóstwo.

 

 

Z Christianii pojechaliśmy jeszcze na zakupy, a potem do portu. Tam zrobiliśmy sobie zdjęcie z kopenhaską syrenką, poszliśmy na lody aż wreszcie odebraliśmy plecaki. Ludzi trochę przybyło. Pojawili się Polacy i o 21.00 weszliśmy na prom "Silesia".

 

 

O 21.30 wypłynęliśmy i dwie pierwsze godziny szybko nam upłynęły. Znów musieliśmy wymienić pieniądze, bo nie mieliśmy w ogóle złotówek. Pozbyliśmy się ostatnich duńskich monet i usadowiliśmy się przy wyjściu. Obok nas siedziała pani, która mimo podeszłego wieku też nie wykupiła kabiny.

 

Około północy obok nas rozłożył się facet na podłodze. Chwilę później zrobiliśmy to samo i tylko przeszkadzało nam światło. Agnieszka poszła się spytać czy da się zgasić, ale musi się palić całą noc. Potem przyszedł ktoś z załogi i zaproponował nam fotele lotnicze na górze, ale już lepiej dla nas te karimaty na podłodze – przynajmniej się leży.

 

Było bardzo gorąco a w dodatku pani obok nas podjęła w środku nocy rozmowę z panem z Katowic. Jednak następny raz, kiedy coś do mnie dotarło to głos spikera zapraszający na śniadanie. Była 6.30 więc została nam tylko godzina rejsu.

 

PROM: Kobenhavn – Świnoujście 10.5h

 

 

Dzień 18 – 07 sierpnia 1997 – czwartek

 

                     12 GODZIN Z PKP

 

Około 7.00 byliśmy już gotowi, aby zejść na ląd. Jeszcze tylko szybka toaleta i z głośników usłyszeliśmy, że istnieją specjalne mikrobusy "Polferries", które zawożą do Szczecina. Zanim już całkowicie postawiliśmy stopę na lądzie, obowiązkowa kontrola paszportowa. Była to pierwsza kontrola od... Karlskrony 18 dni temu.

 

Potem obejrzeliśmy ten mikrobus, ale cena przejazdu zwaliła nas z nóg. 25zł. Kierowca wcale się nie zdziwił, kiedy zamruczałem, że to trochę drogo. Zaproponował żeby poczekać czy będzie miejsce to "może się da coś zrobić". Ale my poszliśmy na stację PKP.

 

Tam bardzo miła wiadomość. O 9.41 odchodzi pociąg do Krakowa, który ze względu na powódź, jedzie zmienioną trasą przez Lubliniec! Kupiliśmy więc bilety, za które razem zapłaciliśmy 29.40! Poszliśmy zjeść coś ciepłego i taniego, po czym ulokowaliśmy się w podstawionym składzie.

 

Zajęliśmy fajne miejsca, ludzi trochę przybyło, ale nie było tak tragicznie jak prawie 3 tygodnie temu. Rozpoczęła się długa podróż na drugi koniec Polski. Mijaliśmy po kolei: Szczecin, Poznań, Leszno, Wrocław. Ciągnęło się to bardzo długo, ludzie się zmieniali w naszym przedziale aż wreszcie dotarliśmy do Lublińca przed 21.00. Blisko 12 godzin spędziliśmy w tym przedziale. Ale dotarliśmy znów cali i zdrowi. No i zadowoleni...

 

ŹRÓDŁA: Wszelkie profesjonalne opisy zabytków i miejsc zostały skopiowane z poniższych stron:  www.wikipedia.org oraz www.przewodnik.onet.pl .Mapy pobrano ze strony www.viamichelin.com

 

 

1350km

 

1109km

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

AUTOSTOP '97

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KM

Czas oczekiwania (h:min)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

SZWECJA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PROM

Gdynia - Karlskrona

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1.

Karlskrona - Berkvara

 

 

40

0:10

 

 

 

 

2.

Berkvara - Kalmar

 

 

 

44

0:40

 

 

 

 

3.

Kalmar - Kalmar

 

 

 

10

3:00

 

 

 

 

4.

Kalmar - Ryssby

 

 

 

14

0:10

 

 

 

 

5.

Ryssby - Oskarshamn

 

 

69

0:30

 

 

 

 

6.

Oskarshamn - Stockholm

 

 

336

0:20

 

 

 

 

7.

Stockholm - Karlstadt

 

 

315

2:00

 

 

 

 

8.

Karlstadt - Arjang

 

 

 

105

0:20

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

NORWEGIA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

9.

Arjang - Oslo

 

 

 

128

3:00

 

 

 

 

10.

Oslo - Sandvika

 

 

 

10

4:00

 

 

 

 

11.

Sandvika - Aurland

 

 

 

320

1:00

 

 

 

 

PROM

Aurland - Bergen

 

 

 

 

 

 

 

 

 

12.

Bergen - Asane

 

 

 

15

0:10

 

 

 

 

13.

Asane - Ytre Arna

 

 

 

3

0:40

 

 

 

 

14.

Ytre Arna - Voss

 

 

 

115

0:15

 

 

 

 

15.

Voss - Aurland

 

 

 

74

1:40

 

 

 

 

16.

Aurland - Oslo

 

 

 

325

0:20

 

 

 

 

17.

Oslo - Moss

 

 

 

61

0:10

 

 

 

 

18.

Moss - Sarpsborg

 

 

 

35

0:50

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

SZWECJA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

19.

Sarpsborg - Goteborg

 

 

232

3:00

 

 

 

 

20.

Goteborg - Hanhals

 

 

 

25

4:00

 

 

 

 

21.

Hanhals - Halmstad

 

 

 

121

0:10

 

 

 

 

22.

Halmstad - Helsingborg

 

 

40

0:15

 

 

 

 

PROM

Helsingborg - Helsingor

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

DANIA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

23.

Helsingor - Kobenhavn

 

 

46

0:05

 

 

 

 

PROM

Kobenhavn - Świnoujście

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

SUMA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

SZWECJA:

 

 

 

 

 

 

1351

14:35

 

 

NORWEGIA:

 

 

 

 

 

 

1086

12:05

 

 

DANIA:

 

 

 

 

 

 

 

46

0:05

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RAZEM:

 

 

 

 

 

 

2483

  .....................26:45