Powrót
   

 

                                    EUROPA POŁUDNIOWA 1996

 

Czas: 1 sierpnia 1996 – 22 sierpnia 1996

Miejsce: Polska – Czechy – Niemcy – Austria – Liechtenstein – Szwajcaria – 

            Francja – Monako – Włochy – Austria – Czechy - Polska

Osoby: Agnieszka Zacharias (21, Kielce), Dawid Droń (21, Lubliniec)

Cel: Zwiedzić najważniejsze miasta Europy Południowej autostopem.

Koszt: 400 PLN/os.

 

 

 

 

 

Dzień 1 – 1 sierpnia 1996 – czwartek

 

               OBY ZA GRANICĘ

 

Przygotowuję się od rana do wyjazdu. Rzeczy mam już spakowane. Szykuję sobie jeszcze jedzenie i chyłkiem oglądam Olimpiadę. Wyskoczyłem jeszcze też do apteki po pyralginę. O 11.00 wychodzę na dworzec w asyście brata. Pociąg opóźniony. Musimy poczekać, więc siedzimy na ławce.

 

Kiedy przyjechał nie mogę dostrzec Agnieszki, ale w końcu pojawia się. Zajęła mi już miejsce w przedziale z 3 zakonnicami. Do Wrocławia podróż mija błyskawicznie, bo oczywiście cały czas gadamy.

 

Niestety z informacji, jaką uzyskaliśmy od "kierpocia" nie zdążymy kupić biletów na pociąg do Kłodzka. Tak też się stało. Na peronie zaczepiłem konduktora, który kazał wsiąść do pierwszego wagonu. Po chwili zjawił się i wypisał bilet. Cena 9.80zł.

 

Niestety w Kłodzku pociąg do Kudowy odjeżdża wg rozkładu tzn. 4 minuty przed pociągiem z Wrocławia, co czyni to połączenie niemożliwym do zrealizowania. Naturalnie nas też to dotknęło. Musieliśmy się ratować firmą PKS. Pełny autobus za jedyne 6.40zł. zawiózł nas do Kudowy.

 

W samym mieście przejechaliśmy przystanek, na którym powinniśmy byli wysiąść, ale wkrótce nadrobiliśmy ten dystans ustawiając się, aby złapać stopa, bo granica jest oddalona od miasta o ok. 4 km. Nie czekaliśmy długo. Jeden z miejscowych, zielonym fiatem 125p podrzucił nas ten kawałek.

 

Granice minęliśmy pieszo. Wbili nam pieczątki. Przeszliśmy kawałek i ustawiliśmy się na drodze, ale ani Czesi ani Polacy nie byli chętni nas zabrać. Po dłuższym staniu zdecydowaliśmy się iść. Wstąpiliśmy do sklepu i kupiliśmy wodę mineralną jeszcze za złotówki. Szkoda mi było koron, bo miałem tylko 172Kcs, więc dlatego zaproponowałem pani żeby wzięła złotówki. Po innym kursie zapłaciłem 80gr. zamiast 5Kcs. Agnieszka zrobiła to samo. A woda – "Dobra Voda" – okazała się bardzo dobra.

 

Niestety robiło się już późno a my nic nie złapaliśmy i jesteśmy w środku miasta. Nie ma wyjścia trzeba iść. Tachamy te ogromne plecaki i mijamy skrzyżowanie za skrzyżowaniem. Idziemy i idziemy, robi się ciemno. W końcu dochodzimy do miejsca gdzie jest wyjazd z miasta Nachod i jest trochę krzaków i drzew. To już ok. 4.5km od centrum miasta. Czas na nocleg. Miejsce w porządku. Rozbijamy namiot. Noc spokojna.

Dzień 1: Kudowa Zdrój - Nachod 4km

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 2 – 2 sierpnia 1996 – piątek

 

           PIĘKNY PRASKI DZIONEK

 

Wstajemy bardzo wcześnie, bo już o 5.30 ale próbujemy jeszcze spać i leżymy do 7.00. Potem szybko zwijamy namiot i robimy sobie śniadanko. Ja mam jeszcze kanapkę z domu. Popijamy mineralną i w drogę. Plan na dzisiaj to dotrzeć do Pragi i nocować za miastem. Sporo, więc do roboty mamy.

 

Idziemy, więc na trasę, przeszliśmy jeszcze kawałek i zaczynamy wreszcie łapać. Jedzie dużo samochodów, ale nie są chętni, aby nas zabrać. Mija 40min i nic. Już zwyzywałem Czechów i rozpoczęły się początki frustracji. Ale wreszcie brodaty Czech granatowym fordem fiesta otwiera drzwi i rzuca: "Do Hradca". Zgadzamy się i pakujemy się do środka.

 

W drodze mało gadamy, bo on słucha czeskiego radia, ale spytał gdzie jedziemy. Do Hradca jest ok. 40km. Jechał szybko, miejscami 120km/h, więc podróż nie trwała zbytnio długo. Powiedział, że wysadzi nas na trasie do Pragi, bo sam skręca do centrum. Tak też zrobił i wesołym "Ahoj" pożegnał nas.

 

My więc przeszliśmy kawałek za światła i rozpoczynamy łapanie. Niespodziewanie przyszły dwie czeskie autostopowiczki i coś się spytały, ale wystraszyły się, kiedy im odpowiedziałem po polsku. Przeszły za nas i też zaczęły łapać. Długo im to nie zajęło, bowiem z piskiem opon, o mało, co nie powodując kolizji, zatrzymał się jakiś wóz.

 

My zostaliśmy znów sami. Po upływie 20min i nam dopisało szczęście. Zatrzymał się bordowy ford transit na włoskich numerach. Spytałem się po angielsku czy jedzie do Pragi, a on również po angielsku, ze owszem. Zapakowaliśmy plecaki na tył i sami też tam siedliśmy. No i zaczęła się konwersacja. Rozmawialiśmy po angielsku, bo on dość dobrze go znał. Tematów poruszaliśmy mnóstwo. Zajęło nam to całą drogę, czyli ok. 100km. Okazało się, że nie jest Włochem tylko Czechem. Spieszył się bardzo, więc w Pradze byliśmy ok. 12.00. http://www.pis.cz/a/ W czasie drogi było oberwanie chmury więc mieliśmy nie lada szczęście, że ktoś nas zabrał.

 

Wjeżdżając do Pragi pokazał nam wyjazd na Pilzno, a potem wysadził nas przy stacji metra. Cztery przystanki i było już Stare Miasto. Bilety w cenie 6Kcs. Wysiedliśmy na Starym Mieście i zaczęliśmy szukać miejsca na zostawienie plecaków. Agnieszka znalazła aptekę, ale pani nie była chętna jak się okazało do pilnowania naszych rzeczy.

 

Ale po drugiej stronie znajdował się oddział turystyczny jakiegoś biura, więc tam poszedłem się spytać. Dwie młode dziewczyny zgodziły się bez przeszkód. Do 17.00 mieliśmy je odebrać. A więc byliśmy wolni i zaczęliśmy zwiedzanie Pragi.

 

Chodziliśmy małymi uliczkami, doszliśmy na główny rynek, weszliśmy na tamtejszą wieżę. Pogoda była wspaniała, więc robiliśmy sporo zdjęć i w końcu spacerkiem poszliśmy w kierunku Hradczanów. Doszliśmy najpierw do mostu Karola. Most Karola słusznie uważany jest za perłę budownictwa średniowiecznego. Imię swego fundatora nosi dopiero od roku 1870. Budowę mostu rozpoczęto w 1357 roku, a ukończono w początkach XV wieku. Most Karola ma 520 m długości i 9,5 m szerokości. 16 przęseł spoczywa na 2 podporach skrajnych, 12 filarach z fundamentami pod wodą i 3 filarach na wyspie Kampa. Od samego początku most posiadał nawierzchnię brukową. Początkowo był przyozdobiony jedynie prostym krucyfiksem, natomiast rzeźby dekorują most dopiero od XVII wieku.

 

Potem na Hradczany. Hradczany to siedziba władców Czech. Znajdowała się przez całe tysiąclecie na wschodnim cyplu wyniosłego wzgórza na lewym brzegu Wełtawy. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 na Hradzie urzędowali prezydenci Czechosłowacji, a od 1993 Czech.

 

 

Nie byliśmy w środku zamku, ale przeszliśmy do ogrodów, a następnie skierowaliśmy się na Złotą Uliczkę. Zawdzięcza swą sławę malutkim domkom, w których mieszkali strzelcy zamkowi. Jedynie do legend należy twierdzenie, że za czasów Rudolfa II zamieszkiwali ją alchemicy, zajmujący się wyrabianiem dlań złota. W XX wieku uliczkę zamieszkiwało kilka wybitnych osób. W domu pod numerem 22 miał swoją pracownię Franz Kafka.

 

Posiedzieliśmy chwilę w parku i wracaliśmy tą samą drogą. Wstąpiliśmy do sklepu, zrobiliśmy zakupy i odebraliśmy plecaki. Zeszliśmy do metra i zaczął się problem biletów. Była tylko maszyna, a ja nie miałem drobnych. W końcu znalazłem punkt sprzedaży dla cudzoziemców i tam kupiłem 2 bilety. Na peronie, tuż przed odjazdem pociągu, jakiś starszy gość widząc, że nie jesteśmy zbytnio zorientowani zagaił: "English, Deutsch?". Dalej już po angielsku wskazał nam właściwy pociąg.

 

Wysiedliśmy na tej samej stacji, co wsiadaliśmy i udaliśmy się w kierunku wyjazdu na Pilzno. Długo nam zeszło zanim tam się dotelepaliśmy, ale w końcu mijając kolejno różnorakich autostopowiczów wyszliśmy na rozjazd autostrad. Niestety nie było tam dobrego miejsca na stanie.

 

W końcu stanęliśmy przy barierce gdzie 2 autostrady łączyły się w jedną na Pilzno. Złe to miejsce, bo nie wolno się tam zatrzymywać, ale dalej nie mogliśmy już iść, bo autostrada szła w górę wiaduktem i musielibyśmy iść po drodze.

 

No więc stanęliśmy tu i machaliśmy. Jednak prędkości były już poważne i w dodatku jedna z tych autostrad omijała nas trochę i większość kierowców nas po prostu nie zauważała. Ale po 20min ktoś trąbi na nas i widzimy niebieską skodę na awaryjnych światłach. To na nas. W samochodzie przedstawiają się nam jako Petr i Tereska. "To ne jest dobre mesce na stupovanie” – pouczył nas Petr. Ale to mili ludzie, sporo pytają o nas i nasze plany. Gdy dowiedzieli się, że udajemy się w kierunku Niemiec zaproponowali podwiezienie na granicę. Nie była to jednak granica, którą sobie wymyśliłem. Ale po ok. 30min i namowach Petra, który tłumaczył, że ludzie jadący do Monachium nie jeżdżą drogą, którą ja sobie wymyśliłem (Żelazna Ruda) tylko tam gdzie on sugeruje (Rozvadov) ulegliśmy i pozwoliliśmy im się zawieźć tak jak oni zaproponowali.

 

Było już jednak późno i poprosiliśmy ich, aby nas zawieźli za Pilzno, żeby ominąć to miasto. Po drodze szukaliśmy odpowiedniego miejsca na nocleg i w końcu Petr znalazł za Benesovicami lasek w pobliżu zajazdu. "Moto-rest" – jak to określił. Do granicy pozostało nam ok. 25km. Tak i tak zrobiliśmy więcej niż zaplanowaliśmy. Bardzo czule się z nimi pożegnaliśmy (uściski, pozdrowienia, ciasteczka) i zabraliśmy się za robienie kolacji. Uruchomiliśmy maszynkę Agnieszki i gotowaliśmy sobie herbatę. Coś tam zjedliśmy i poszedłem szukać miejsca do spania.

 

Znaleźliśmy wspólnie na przeciwko zajazdu wśród sosenek, kompletnie niewidoczne miejsce pod namiot. Tam rozbiliśmy się z postanowieniem zabarłożenia gdyż nadrobiliśmy spory kawałek drogi. Zajazd skończył pracę o 22.00. Śpimy.

 

 

Dzień 2: Nachod – Benesovice 284km

 

 

 

 

 

 

Dzień 3 – 3 sierpnia 1996 – sobota

 

          DO BORU TRZY RAZY

 

Wstaliśmy sobie późno. Spokojniutko, powolutku zrobiliśmy sobie śniadanie i dopiero o 11.00 stajemy przy wyjeździe z zajazdu. A więc żaden samochód nas nie ominie. A jeździ mnóstwo samochodów. Bardzo dużo Niemców i Holendrów.

 

Minęła godzina, a my nic nie złapaliśmy. Wreszcie się zatrzymał, ale jedzie do Boru, a Bor to wieś 5km dalej. Zrezygnowaliśmy, więc bo przecież to żadna różnica dla nas. Po drugiej godzinie zatrzymał się znów Czech, ale też do Boru. Po trzeciej godzinie zatrzymał się kolejny Czech, ale oczywiście do Boru. Tradycyjnie rezygnujemy. Padł więc pierwszy rekord, bo stoimy ponad 3 godziny. Nadal nikt się nie zatrzymuje. Mija czwarta i piąta godzina. Po 6 godzinach, a więc o 17.00 rezygnujemy całkowicie, bo po prostu nie mamy już sił.

 

Idziemy coś zjeść, ale niestety woda z tego zajazdu nie nadaje się do picia. Poszedłem po kolejną butelkę, ale nadal dominuje barwa brunatno-brązowa. Siedzimy sobie więc na ławeczce i obserwujemy nadjeżdżające na parking samochody. Przewinęła się prawie cała Europa.

 

Wieczorem wracamy na nasze znane już miejsce. Tym razem planujemy wstać bardzo wcześnie gdyż chcemy dojechać do Monachium. Jeden dzień przecież straciliśmy.

 

 

 

 

Dzień 4 – 4 sierpnia 1996 – niedziela

 

     NIECH NAS STĄD KTOŚ ZABIERZE!

 

Na trasie w tym samym miejscu pojawiliśmy się już o 7.00. Ale ruch drastycznie zmalał i nadal nic nie możemy złapać. Do zajazdu wpadają wycieczki autokarowe z całej Europy. O godz. 10.00 byliśmy już tak zdesperowani, że Agnieszka zaczęła prosić kierowców i pilotów wycieczek żeby nas zabrali. Mało brakowało a Francuzi by nas wzięli, ale ani oni, ani Portugalczycy, Luksemburczycy i Niemcy nie chcieli albo nie mogli.

 

Tkwiliśmy więc dalej w tym tragicznym punkcie, a sznur samochodów przewija się obok nas. Ogarniało nas powoli zwątpienie, bo wybiła godz. 12.00 a tu nawet do Boru nikt nas nie chce zawieźć.

 

W końcu Agnieszka zarządziła przerwę, ale ja jej nie posłuchałem i jeszcze machnąłem. Ale nadal nic. Nagle jednak z drugiej strony podjechało zielone cinquecento na polskich numerach. "Gdzie chcecie jechać?" – zapytał kierowca. "Na granicę" – chórem odpowiedzieliśmy. Facet z Radomia miał już poważnie załadowany samochód, ale jakoś się upchaliśmy. Pogadaliśmy trochę, chwalił się, że jedzie do pracy, pytał, doradzał. Wreszcie zawiózł nas na granicę.

 

Wyrwaliśmy się więc po 11 godzinach stania z tego cholernego miejsca. Na granicy zrobiliśmy zapasy wydając ostatnie korony i minęliśmy czeską granicę. Czech przejrzał nasze paszporty i nas puścił. Do Niemiec został nam 1km. Po drodze spotkaliśmy dwóch Czechów, którzy minęli nas koło zajazdu. A więc oni nie czekali dłużej niż 1 godzinę. Kto ich zabrał i dlaczego? Ale to już nie było ważne, byliśmy wszak w tym samym położeniu.

 

Odprawa niemiecka bardzo nas zaskoczyła. Gdybyśmy sami się nie upomnieli nikt by nas nie zauważył. Obejrzał paszporty i poszliśmy. Zrobiło się ciepło, ale potem nagle zagroził nam deszcz. Dwaj czescy autostopowicze znów nas minęli i ustawili się na wyjeździe z granicy, my przeszliśmy za nich i ustawiliśmy się też. Jechali do Stuttgartu.

 

Z Niemiec do Czech też mnóstwo samochodów jechało i bardzo dziwiło ich nasze łapanie stopa. Wreszcie Agnieszka nie wytrzymała i rzuciła dość głośno: "A ten to nie może się napatrzeć!”, na co ten odrzekł: "Z Polski jesteście? Będę za 3 godziny wracał to Was mogę zabrać do Regensburga”. Nie trzeba dodawać, że samochód był na niemieckich numerach.

 

No ale my machamy dalej. I tu nagle jest. Brązowy peugeot 405. Facet jedzie do Regensburga. Ładujemy plecaki i jedziemy. Gościu gada coś do mnie po niemiecku. Nie kumam, o co mu chodzi. W końcu zajarzyłem, że chodzi mu o narodowość. Mówię mu, że Polacy jesteśmy. On dalej po niemiecku, ale puszcza Bajm z kasety. Agnieszka powiedziała mu po niemiecku, że możemy gadać po angielsku, na co on dodał, że po polsku też. Ja zupełnie nie wiedziałem, o co tu chodzi. Wreszcie po chwili gościu pyta: "Skąd żeśta som?" No i wydało się – polski Szwab z Rudy Śląskiej.

 

Widać, że bardzo lubi się popisywać. A nawychwalał się tych Niemców i radził i godoł i godoł. Całe szczęście, że zawiózł nas do tego Regensburga. Mieszka tam już 8 lat. Podjechał do McDrive’a, pozamawiał żarcie, wyśmiał, że chcemy jeździć po Europie na stopa, bo: "Nimcy to nie lubiom tak na łepka brać", ale wysadził nas na wjeździe na autostradę do Monachium. Ale był to wyjazd z miasta i dlatego kiepsko nam szło. Nie wolno stać za niebieskim znakiem, a samochody, które tam zjeżdżały to głównie miejscowi. Napisaliśmy, co prawda dużymi literami "Munchen Bitte" ale niewiele to dało.

 

W końcu zacząłem kombinować, szukać i zdecydowaliśmy się przejść na inny zjazd. O wiele lepszy gdyż spotkaliśmy tam niemieckiego autostopowicza, który jednak, kiedy dowiedział się, że chcemy jechać do Monachium odrzekł: "Scheise Straβe" i po jakichś 20min wymiękł i poszedł.

My też zaczęliśmy się rozglądać za noclegiem, bo robiło się coraz później. Wybór padł na skrawek łąki obok kościoła. Ale wcześniej Agnieszka poszła załatwić ciepłą wodę do termosu. Udało jej się zaczepić młodą dziewczynę, która zaprosiła ją do mieszkania. Pogadały sobie po niemiecku, a potem ja zacząłem rozglądać się za czymś innym do spania.

 

Znalazłem lepszy kawałek łąki na skraju miasta przylegający do jakiegoś rancza. Agnieszka znów poszła się spytać o pozwolenie, ale okazało się, że to nie jest łąka ludzi z ranczo. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się tam zostać. Było trochę krzywo i w godzinę po tym jak zasnąłem obudził mnie samochód przejeżdżający 15m od namiotu. Reszta nocy upłynęła spokojnie.

 

Dzień 4: Benesovice – Regensburg 138km

 

 

 

 

 

Dzień 5 – 5 sierpnia 1996 – poniedziałek

 

               MÜNCHENER HELL

 

Wstaliśmy bardzo wcześnie. Naokoło mokro wszędzie, bo rosa. Zwinęliśmy namiot i stanęliśmy w tym naszym nowym miejscu. Była godz. 7.40. Zażartowałem, że dobrze by było gdybyśmy wyjechali z Regensburga przed 8.00. Trzymaliśmy naszą kartkę i ruch był bardzo duży. O 7.50 zatrzymało się czarne bmw z młoda parą. Ona za kierownicą w miniówie dawała ostro po garach. Wskazówka licznika drgała między 180 a 200km/h.

 

Szybko więc byliśmy na miejscu, czyli w Monachium. www.munich-tourist.de/ Wysadzili nas jednak trochę daleko od centrum, ale jakoś dotarliśmy. Agnieszka znalazła miejsce na zostawienie plecaków u jakiegoś młodego chłopaka w biurze, a później ruszyliśmy w miasto.

 

Na początek poszliśmy na dworzec po plan miasta. Później przeszliśmy się główną ulicą miasta aż dotarliśmy na targowisko. Tam zrobiliśmy skromne zakupy, po czym usiedliśmy sobie i zjedliśmy wreszcie śniadanie.

 

Po jedzeniu weszliśmy na wieżę – Starego Piotra – a potem pochodziliśmy po mieście robiąc sobie zdjęcia. Katedra - Frauenkirche to kościół metropolitalny arcybiskupstwa monachijskiego z późnogotycką nawą z XV wieku. Wnętrze zostało ukształtowane w ciągu pięciu ostatnich stuleci. Śmieszne dwie wieże były łatwym punktem odniesienia dla nas. Widzieliśmy też Ratusz zbudowany w latach 1867 -1909 w stylu gotyku flamandzkiego. Jego fasada ma długość 300 metrów, cechuje ją wyjątkowa dokładność wykonania kamiennych detali. Wieża jest wysokości 73m, wraz z wieżami katedry i kościoła świętego Piotra stanowią jedną z najbardziej wyróżniających się cech sylwetki i krajobrazu Monachium.

 

 

 

 

Byliśmy nawet nad rzeką. Potem wróciliśmy na targowisko gdzie kupiłem sobie małe (0.5l) piwko zwane Münchener Hell. Posiedzieliśmy sobie jeszcze trochę, po czym poszliśmy po plecaki. Stamtąd do metra, rozwiązaliśmy łamigłówkę z biletami i mieliśmy spięcie z jakąś zdesperowaną skośnooką, która potrzebowała drobnych na telefon i nie mogła uwierzyć, że nie możemy jej pomóc. Bilety mieliśmy godzinne, więc mogliśmy jeszcze podjechać autobusem kawałek na wyjazd z miasta.

 

Miejsce fajne, bo jest to wylotówka na Stuttgart i Szwajcarię. My wystawiliśmy napis "Landsberg Bitte". Landsberg to miasteczko oddalone o 54km od Monachium. Tym razem staliśmy 18 minut. Płynnie mówiący po angielsku Bawarczyk czarnym golfem był naszym kolejnym kierowcą. Podróż mijała nam bardzo przyjemnie, bo cały czas dużo rozmawialiśmy. Sporo wypytywał o Polskę, o nas i ogólnie też zaprezentował się z jak najlepszej strony.

 

Bardzo miły facet, jechał za Landsberg, ale nie naszą drogą. Wysadził nas w mieście przy zjeździe z autostrady i jeszcze namawiał żeby pojechać do Fussen zobaczyć dwa zamki w Alpach. Pożegnaliśmy go i poszliśmy szukać miejsca na nocleg. Szybko je znaleźliśmy niedaleko naszego zjazdu na autostradę. Miejsce bardzo dobre, zalesione, suche, równe. Ugotowaliśmy sobie zupki, rozbiliśmy namiot i kładziemy się spać.

 

Dzień 5:Regensburg – Landsberg 184km.

 

 

 

 

Dzień 6 – 6 sierpnia 1996 – wtorek

 

            TAJEMNICZA WYSPA

 

Rano zauważyliśmy pogorszenie pogody. Zrobiło się chłodno i zaczęło mżyć. Mimo to stanęliśmy przy zjeździe na autostradę. Wczoraj zauważyłem, że 500m dalej jest stacja benzynowa i zastanawiałem się czy nie lepiej by było pójść tam, ale ostatecznie stanęliśmy przy wjeździe.

 

Na szczęście w Landsberg krzyżuje się autostrada z drogą na Augsburg i całkiem sporo samochodów zjeżdżało właśnie z tej drogi na autostradę. Ale nikt nie kwapił się, aby stanąć. Wreszcie po 40min stanął młody wesołek. Uśmiechnięty dobrze mówił po angielsku. Zabrał nas do Lindau, czyli tam gdzie napisaliśmy na kartce, ale dziwił się, że jedziemy jako turyści gdyż mnóstwo Polaków pracuje w mieście. Nawet jego brat, który zwiedził cały świat, zatrudnia kilku do zbierania jabłek. Niestety dla nas nie ma pracy, bo jabłka są jeszcze niedojrzałe.

 

Dużo rozmawialiśmy i wysadził nas w centrum. Sami chcieliśmy, bo Agnieszka chciała wysłać kartki i musieliśmy zrobić zakupy. Jednak zjazd do centrum odsunął nas od Austrii i miejsca gdzie chcielibyśmy pojechać. Jednak ów młody wesołek, który był architektem wytłumaczył nam wszystko jak wyjechać z miasta. Otóż istnieje drugie przejście do Austrii już za miastem.

 

Okazało się również, że Lindau to przepiękne miasteczko nad Jeziorem Bodeńskim, które prawie w całości leży na wyspie. Z lądem jest połączone jednym mostem. Jak się później okazało jest to naprawdę bardzo ładne miasteczko. http://www.lindau.de/  Poszliśmy sobie na wyspę.

 

Plecaki zostawiliśmy niedaleko miejsca, z którego mieliśmy wyruszyć na łapanie stopa do Austrii. Dużo chodziliśmy po wyspie, zrobiliśmy zakupy, Agnieszce zreperowano aparat, który się zaciął. Musieliśmy tylko wymienić baterie, bo coś z nimi było nie tak. Weszliśmy na latarnię morską a nawet do kolan do jeziora.

 

 

Potem przebraliśmy się w letnie ciuchy, bo zrobił się upał, Agnieszka jeszcze pobiegła do Aldika na kolejne zakupy i zaczęliśmy łapać. Nie czekaliśmy długo, bo austriacki Turek wziął nas i przewiózł do granicy, która nie leży zbyt daleko od miejsca gdzie staliśmy. Spodziewałem się zwykłego okazania paszportów, bo w dodatku jechaliśmy samochodem na austriackich numerach. Ale pomyliliśmy się, bo nakazano nam zjechać na bok. Czekaliśmy z 10 minut. Niemiecki policjant wziął nasze paszporty, a Turkowi jakiś dokument. Po tych 10 min Turek się wkurzył i poszedł po dokumenty. Wrócili razem. Policjant oddał Turkowi świstek, a nam kazał wysiadać, wziąć plecaki i pójść z nim. Zbaranieliśmy.

 

Pożegnaliśmy się z Turkiem, choć przecież długo z nim nie jechaliśmy a policjant wziął nas do służbówki i kazał rozpakować plecaki. Najpierw mój. No więc musiałem wszystko porozpinać. Najpierw namiot, śpiwór, mapę, ubrania, jedzenie wszystko to wyjmowałem a on dokładnie patrzył. Spytał się gdzie chcemy jechać, więc mu odpowiedziałem, że do Liechtensteinu. Dalej rozpakowywałem aż wreszcie znalazł gaz i tu trochę się zatrzymał. Przeczytał opakowanie, bo akurat było po niemiecku, zawołał drugiego. Wyjaśniłem mu, że to do samoobrony. Oddał mi, a potem powiedział, że możemy iść. O co mu chodziło nie wiedzieliśmy.

 

Wyszliśmy wkurzeni, bo musieliśmy łapać od nowa na tę samą kartkę zresztą. Do Bergenz było ok. 4km. Znaleźliśmy miejsce w cieniu i wyjąłem kartkę. Przejechał jeden samochód i Agnieszka chciała się napić. Nawet nie zdążyła rozpiąć plecaka. Zatrzymał się granatowy peugeot 205 na niemieckich numerach. Siwy, starszy pan jechał do Bergenz. Niestety ni w ząb po angielsku. Więc jedziemy te 4km w milczeniu. Szybko zleciało, więc się spytał czy wysadzić nas na dworcu. A ja wtedy spytałem się o drogę na Liechtenstein bo tam chcieliśmy jechać. Wtedy, kiedy on usłyszał słowo 'Liechtenstein' podpalił się bardzo. Zaczął przeglądać mapy, przewodniki, wychodził z samochodu, coś tłumaczył. Wreszcie zawiózł nas do hotelu w porcie w Bergenz.

 

Tam wysiedliśmy i zaprowadził mnie do tego hotelu. Jeszcze na schodach zaczepił kolesia, który mówił po angielsku. Wreszcie mogliśmy sobie pogadać przez tłumacza. Pokazał na mapie gdzie jesteśmy, a gdzie chcemy jechać. Na moje pytanie jak daleko jest do miejsca skąd możemy zacząć łapać coś do Liechtensteinu facet odpowiedział, że nas tam zawiezie.

 

W dodatku okazało się, że on w tym hotelu pracuje i o 18.30 zaczyna służbę. Więc szybko wskoczyliśmy do samochodu, w którym Agnieszka sama siedziała i zawiózł nas na autostradę. Kilka kilometrów za Bergenz a jakieś 30km od Feldkirch – miasta granicznego z Liechtensteinem. Bardzo mu podziękowaliśmy, a on odjechał szybciutko. W sumie mieliśmy dobrą sytuację, bo blisko do Vaduz w Liechtensteinie, ale niestety wysadził nas na autostradzie. Ciężko będzie łapać z niedozwolonego miejsca.

 

Ale teraz zajęliśmy się szukaniem miejsca na nocleg. Miejsce znaleźliśmy dość szybko. Między zjazdami z autostrady, rosło kilka drzew i wysoka trawa. Było trochę wilgotno, co oznaczało mnóstwo komarów, ale najważniejsze, że bezpiecznie. Tam na pewno nikt nas nie zauważy.

 

Dzień 6: Landsberg – Lauterach 140km.

 

 

 

 

Dzień 7 – 7 sierpnia 1996 – środa

 

         JAKI ŁADNY RADIOWÓZ

 

Wstaliśmy dość wcześnie. Pogoda beznadziejna, deszcz lał całą noc, a teraz mży. Zebraliśmy się i poszliśmy stanąć. Niestety jest to końcówka zjazdu na autostradę, czyli formalnie już autostrada. Ale jest duży ruch, więc szansa, że zdążymy uciec zanim policja nas złapie. Tymczasem żaden ułaskawiciel się nie zatrzymał, a w oddali ujrzeliśmy wóz policyjny po drugiej stronie autostrady. Jednak chyba nas nie zauważyli, więc spokojnie stoimy dalej.

 

Długo jednak nie postaliśmy, bo wprost z naszego zjazdu podjechał do nas radiowóz policyjny. Oczywiście zatrzymał się, więc od razu wiedziałem, że mamy kłopoty. Machnął ręką żebym podszedł. "Sprechen Sie Deutsch?", "English" – odparłem a ten wskazał na kolegę za kierownicą. "Nie ma zatrzymywania na autostradzie" – usłyszałem od niego, więc udając głupka odpowiedziałem: "przecież to nie autostrada". On skarcił mnie stwierdzeniem, że wie lepiej, co to autostrada. Zapytałem więc gdzie w takim razie możemy stanąć, a on, że na początku zjazdu, czyli 1,000m stąd. Pytam więc którędy mam tam przejść, czy w górę wiaduktem, na co on ze śmiechem: "po autostradzie nie wolno chodzić". Już się miałem spytać czy mam tam przefrunąć, ale oni w tym czasie zaczęli coś szwargotać po niemiecku i zdążyłem zauważyć tylko jeden ruch głową jednego z nich. Otworzył drzwi i bagażnik, kazali załadować plecaki do środka. Ale jaja.

 

Przewieźli nas kawałek i wysadzili przed znakiem, ale naturalnie spisali nasze dane z paszportów. Jednak obeszło się bez mandatów. Przeszliśmy więc na nowe miejsce i długo nie czekaliśmy. Granatowy ford transit znów z płynnie mówiącym po angielsku Austriakiem zabrał nas do Feldkirch.

 

Pytałem go o Liechtenstein, wiedział sporo, bo pracował w Vaduz przez kilka miesięcy. Wiózł nas do Feldkirch i opowiadał również o tym mieście. Twierdził nawet, że jest fajniejsze od Vaduz.

 

Deszcz się wzmógł i kiedy nas wysadził niedaleko dworca autobusowego, lało już porządnie. W miejskim szalecie umyliśmy się, a potem poszedłem się dowiedzieć o autobusy do Vaduz. Jeżdżą co godzinę, więc mieliśmy sporo czasu i przeszliśmy pod bank bo tam było zadaszenie. Mieliśmy tylko jeden parasol, więc oddzielnie poszliśmy sobie na miasto. Agnieszka oczywiście wysłała kartkę do rodziców, (którą to już z kolei???) i w sumie nie za długo nam tam zeszło.

 

Kupiłem bilety za szylingi, które wymieniłem w tymże banku za franki i w ten deszcz ruszyliśmy do Liechtensteinu. Liechtenstein ma tylko granicę z Austrią, więc mieliśmy okazję bycia kontrolowanym przez Liechtensteinczyków choć być może byli to Szwajcarzy. Wszedł do autobusu, zobaczył plecaki i spytał tylko gdzie jedziemy. To tyle, jeśli chodzi o odprawę.

 

Jechaliśmy przez ten malutki kraj mijając kolejne wioski aż wreszcie dotarliśmy do samej stolicy, czyli Vaduz. http://www.vaduz.li/  Znaleźliśmy po niezwykłych perypetiach biuro gdzie wbijają pieczątki do paszportów w cenie 2Chf. Wyszło na jaw, że jest to miejsce, które odwiedziliśmy już na samym początku naszych poszukiwań, czyli tam gdzie udało się nam zostawić plecaki. Pani zresztą sama to zaproponowała.

 

Niby jedna ulica a tyle zamieszania, choć ostatecznie wszystko się udało. Potem poszliśmy kupić widokówki i pamiątki i na pocztę żeby to wszystko powysyłać. Tym razem wreszcie ja wysłałem swoje pierwsze kartki. Zeszło nam sporo na poczcie, a potem udaliśmy się do jedynego w mieście muzeum. Niezbyt ciekawe, ale miasteczko na ulicę, którego wkrótce wyszliśmy bardzo miłe. Wrażenie robił ładny zamek wiszący prawie nad przepaścią. Schloss Vaduz (zamek) nie jest otwarty dla turystów.

 

 

Mimo statusu stołecznego ośrodka, Vaduz przypomina małe miasteczko. Spacer z jednego krańca miejscowości na drugi zajmuje niewiele czasu, więc szybko zrobiliśmy kilka zdjęć i zacząłem się zastanawiać gdzie lepiej wysiąść w Buchs czy w Sargans.

 

Oba miasteczka to malutkie punkciki na mapie, ale ważne jest położenie na autostradzie. Wybrałem Sargans i wsiedliśmy do autobusu. Znów jechaliśmy przez wioski Liechtensteinu i w końcu przejeżdżaliśmy przez most na Renie, na którym kończy się Liechtenstein a zaczyna Szwajcaria. Nie ma tam kontroli celnej a tylko tabliczki z nazwami i godłami państw. Tuż za mostem był zjazd na autostradę do Zurichu, więc wysiedliśmy na pierwszym przystanku.

 

 

Okazało się, że to nie samo Sargans tylko jakaś inna szwajcarska wioska w okolicach Sargans ale zostaliśmy już tutaj na przystanku. Strasznie się rozpadało, więc była to jedyna sensowna miejscówka, która chroniła nas od deszczu. Kiedy troszkę przestało wybrałem się na poszukiwanie noclegu. Niestety nie było nigdzie dobrego miejsca i musiałem przejść przez granicę żeby dotrzeć do jakiegoś lasu.

 

Ale to nie był taki zwykły las tylko prawdopodobnie jakiś park narodowy albo krajobrazowy gdyż widać było, iż nikt tam nie wchodzi. Wszystko dzieje się samo, leżą drzewa, mnóstwo krzaków, traw itp. Przed wejściem widniała jakaś tabliczka z napisem "verboten" ale nie wiedziałem, o co chodzi. Zauważyłem tylko karę grożącą za coś tam od 20 do 1,000Chf. To nie było to, czego szukałem.

 

Wróciłem więc na przystanek i tym razem Agnieszka poszła, ale wróciła zamiast z noclegiem to z jabłkami, które gdzieś podwędziła. Siedzieliśmy więc dalej na tym przystanku. Raz padało, raz nie. Ludzie jeździli na rowerach w specjalnych kombinezonach. Sytuacja robiła się nieciekawa.

 

I wreszcie, kiedy zaczynało się ściemniać, deszcz ustał i nie mając dużego wyboru poszliśmy do tego parku. Agnieszka wyczytała na tabliczce, że nawet za zerwanie małej gałązki grozi grzywna i wstęp jest surowo wzbroniony.

 

Mieliśmy porządnego cykora wchodząc do tego parku. Uważaliśmy żeby nas nikt nie nakrył. W samym lesie gąszcz niesamowity, ale udało się nam rozbić namiot prawie już w kompletnych ciemnościach i w dodatku tuż przed porządnym deszczem.

 

Dzień 7: Lauterach – Sargans 61km.

 

 

 

 

Dzień 8 – 8 sierpnia 1996 – czwartek

 

      CZY TU MOŻNA SIĘ PRZESPAĆ?

 

W nocy, a właściwie tuż nad ranem, zerwałem się na równe nogi, kiedy jakiś ptak wrzasnął straszliwie tuż nad naszymi głowami. Coś mu się przyśniło. Ale jeszcze trochę pospaliśmy jednak zwijaliśmy się bardzo szybko, aby jak najkrócej pozostać w tym lesie.

 

Wyjście z lasu też było dramatyczne, bo nie chcieliśmy oczywiście być zauważonym. Musieliśmy być bardzo ostrożni, więc dlatego najpierw ja, a potem Agnieszka wyskoczyliśmy na drogę błyskawicznie. Od razu poszliśmy na zjazd do Zurichu.

 

Ale ruch tam nie był zbytnio duży. Mimo to, po wcale nie takim długim czekaniu zatrzymało się dwóch facetów zdezelowanym, brązowym audi. Jeden na bank Włoch, bo od razu zaczął dużo mówić i gestykulować, a drugi Murzyn, ale chyba też Włoch. Ale samochód zarejestrowany w Szwajcarii. Niestety tylko Murzyn trochę dukał po angielsku, Włoch ni w ząb (sam się pytał czy umiemy po włosku) i dowiedzieliśmy się, że to są księża, którzy co prawda nie jadą do Zurichu tak jak my, ale podrzucą nas w lepsze miejsce.

 

I owszem po kilku kilometrach wysadzili nas na skrzyżowaniu tras i wylocie na Zurich. Tam jednak stała już grupka autostopowiczów. Przeszliśmy obok nich, ale nie obyło się bez krótkiej wymiany zdań. Po chwili padło pytanie skąd jesteśmy, a gdy się dowiedzieli, że z Polski jeden z nich wstał jak oparzony i wykrzyknął: "Z Polski jesteście?". Szybko wyszło na jaw, że są to Czesi, ale ten chłopak, co tak krzyknął ma matkę Polkę i umie mówić po polsku.

 

Zainstalowaliśmy się za nimi i wywiesiliśmy dwie kartki: Zurich i Luzern. Choć dużo samochodów przejeżdżało, omijali zarówno nas jak i Czechów. Czesi łapali na kciuka, bez kartki. Po 3 godzinach stania w upale, bo taki się właśnie zrobił, dwoje Czechów poszło chyba po wodę. Ten, co został nie machał i właśnie w tym momencie zatrzymał się młody Szwajcar w białym fordzie transicie. Jechał do Zurichu.

 

Bardzo fajny gościu, pogadaliśmy, ogólnie znowu o Szwajcarii przede wszystkim. Pogoda była śliczna, więc ładne szwajcarskie krajobrazy wyglądały bardzo urodziwie. Do Zurichu prowadziła wyśmienita darmowa autostrada, czasami przecinająca góry tunelami, w których nie słychać było radia.

 

Po rozmowach z kierowcą udało mi się go podpuścić żeby nas wysadził tam gdzie chcieliśmy my, czyli na Bahnhofstraβe i to się nam udało. Wysadził nas na głównym dworcu. http://www3.stzh.ch/internet/zuerich/home.html

 

Po zjedzeniu śniadania i przebraniu się poszedłem na dworzec po plan Zurichu. Oczywiście płatny z maszyny za 1Chf. Potem poszliśmy wzdłuż Bahnhof Str. Szukając miejsca na zostawienie plecaków. Przechadzając się po ekskluzywnej handlowej Bahnhofstrasse, na zachodnim brzegu rzeki Sihl, albo odwiedzając świetnie zaopatrzone galerie, nietrudno dostrzec tutejszą zamożność i stabilność.

 

Po niepowodzeniu u jubilera, który nas odesłał na dworzec do przechowalni, znalazłem anglojęzyczną fryzjerkę, która bez problemu zgodziła się. Agnieszka w tym czasie nałapała wody ze źródełka miejskiego, z którego wszyscy pili. Z planem miasta ruszyliśmy na podbój Zurichu.

 

Robiliśmy sobie zdjęcia, oglądaliśmy i doszliśmy do najważniejszego zabytku Zurichu – katedry Grossmunster, romańskiej katedry, której fundatorem był Karol Wielki. Oczywiście tradycyjnie zaliczyliśmy wieżę, przespacerowaliśmy się po słynnym placu, pod którym podobno znajdują się sejfy zurichskich banków.

 

 

Potem poszliśmy na plażę, bo był straszny upał. Szliśmy spory kawałek, ale jakoś doszliśmy. Wstęp 5Chf! Popełniłem fatalny błąd, bo dla dzieci do lat 20 wstęp tylko 1.5Chf. Spytał się więc ile mamy lat no to my, że po 20. Logiczne, że powinniśmy się załapać na niższą cenę, ale babka, która stała za nami wytłumaczyła, że nie można mieć więcej niż 19 lat, więc wpadliśmy i musieliśmy dać te 10Chf.

 

Ale nie była to taka zwykła plaża. Trawka, knajpka, prysznice z ciepłą wodą. Ja wszedłem tylko do kolan, bo jak dla mnie woda w jeziorze zbyt zimna, ale oczywiście Agnieszka popływała sobie a potem oboje wykąpaliśmy się w ciepłej wodzie. Wreszcie porządnie się umyliśmy.

 

Krótko byliśmy, bo trzeba było wracać. Wróciliśmy i zabraliśmy plecaki, a Agnieszka poszła szukać chleba. Ja tymczasem stałem na ulicy i pilnowałem plecaków. I nagle podszedł do mnie pewien koleś. Długie pióra, kilka plecaków, reklamówek i zagadnął mnie po angielsku. Podszedł chyba, dlatego, ze sam miałem rozpuszczone włosy i niewiele krótsze od niego. A podszedł żeby zareklamować swój zespół. Goście są z Brazylii i nazywają się Prime Mover. On jest gitarzystą i chodzi po miastach Europy rozdając kompakty. Dostałem więc i ja. Uderzyliśmy w gadkę o muzie, dał mi jeszcze kilka ulotek i podpisał się na płycie. Żałowałem, że nie zrobiłem sobie z nim zdjęcia, bo może będzie kiedyś sławny...

 

Kiedy sobie poszedł my usiłowaliśmy kupić bilet na tramwaj, aby wyjechać z miasta. Pomogła nam pewna para i już chwilę później byliśmy na wyjeździe na autostradę do Luzerny. Niestety nie była to okolica dobra na nocleg gdyż było to nadal centrum miasta. Raptem 5 przystanków od dworca. Wysiedliśmy koło innego dworca: Zurich Wiedikon.

 

Kiedy znaleźliśmy ten wjazd na autostradę trochę nam miny zrzedły, bo autostrada szła wiaduktem i w okolicy nie było szans na nocleg. Poszedłem dalej szukając czegoś, ale oprócz hinduskiego ćpuna, który usiłował poczęstować mnie jointem, niczego nie znalazłem. Upłynęło trochę czasu a my nadal jesteśmy w punkcie wyjścia.

 

Poszliśmy więc do pobliskiego parku, aby coś zjeść. Kiedy zrobiło się już ciemno, zaczęli schodzić się różni podejrzani ludzie. Nie zaczepiali nas, ale było niemiło. Ale w końcu jeden taki się znalazł i zagadnął nas skąd jesteśmy i gdzie będziemy spać. Powiedzieliśmy mu, że tutaj właśnie. Zdziwił się, a że był prawdopodobnie cieciem z tego parku to miał wolną chatę i zaproponował, że nas przenocuje, ale pod jednym warunkiem, że będzie spał z Agnieszką. No to ta mu coś odparowała po niemiecku-szwajcarsku, dodała, że jest moją żoną i to go trochę odstraszyło.

 

Nas jednak odstraszył ten park i ruszyliśmy już po zmroku na dworzec Wiedikon. Jedyne sensowne miejsce. Byliśmy tam o 22.00. Znaleźliśmy ławkę obok lodówki na monety przy wyjściu z dworca. Na zewnątrz też kilka ławek i postój taksówek. Siedzimy więc i rozmawiamy a czas płynie bardzo wolno.

 

Okolica nie wygląda na niebezpieczną. Policjanci, z nudów chyba, układali ulotki na stojakach, po północy młode dziewczyny chodzą sobie same, matki z dziećmi, kilka osób prosiło o rozmienienie banknotów, bo chcieli się dostać do lodówki. Jednego z nich, młodego Murzyna spytałem czy jest tu bezpiecznie. A on na to: "A co chcesz tu spać? Chłopie, Szwajcaria to kraj prawa i pokoju. Nigdy nic nie słyszałem o jakiejkolwiek rozróbie". To nas trochę uspokoiło, ale zmartwił fakt, że pojawił się facet w stroju security i przegonił nas uprzejmie z dworca, bo stwierdził, ze go zamyka. Była godzina 1.00 w nocy.

 

Wynieśliśmy się więc na ławkę na zewnątrz i tam Agnieszka wskoczyła w śpiwór i położyła się na ławce. Ja wyciągnąłem "Wprost" i tak pilnowałem jej i naszych bagażów. Mimo wszystko nie ufałem tej dzielnicy.

 

 

Przez całą noc nie zmrużyłem oka. O 3.30 przyjechała ekipa (mąż z żoną), aby posprzątać budki telefoniczne, o 4.30 podjechała poczta, a o 5.00 ten sam facet, co zamykał dworzec przyjechał na rowerze go otworzyć. Kiedy tam siedziałem i marzłem, mnóstwo ludzi przewinęło się tą drogą. Murzyni, Latynosi, młodzi, starzy, ruch na całego, jeden kloszard spał na drugiej ławce. Jednak nikt nas nie zaczepił.

 

Dopiero tuż przed 6.00 kiedy oczy mi trochę klapnęły, ktoś mnie zaczął kopać lekko. Spojrzałem w górę i ujrzałem młodego kolesia w skórze, z bródką, który spytał mnie skąd jestem. Kiedy usłyszał, że z Polski zapytał: "A po śląsku rozumiesz?". No i rozmawialiśmy trochę, pół po angielsku, pół po polsku. Dał mi swój adres w Bazylei, chciał mój, więc wymyśliłem mu jakiś. Wyszło, że to Rumun, który coś tam potrafił po polsku powiedzieć. Na koniec poszedł do tej lodówki na dworcu i przyniósł mi colę. Wsiadł w tramwaj i odjechał.

 

Zrobiło się gwarno, ruszyły tramwaje, rozwidniło się i wreszcie po 6.00 zacząłem budzić Agnieszkę.

 

Dzień 8: Sargans – Zurich 92km.

 

 

 

 

Dzień 9 – 9 sierpnia 1996 – piątek

 

                      RETO

 

Kiedy Agnieszka wstała od razu poszliśmy na wjazd. Samochodów mnóstwo, ale jadą z dwóch stron. Stanęliśmy więc oboje i po godzinie Agnieszka złapała Włocha. W samochodzie była cisza, bo on nic po angielsku, a ja trochę przysypiałem.

 

Po niecałej godzinie byliśmy w Lucernie. http://www.luzern.org/ Trochę dziwny ten Włoch, jeździł z jednego końca miasta na drugi, aż mu w końcu powiedziałem żeby wreszcie gdzieś stanął. Tak by nas chyba nigdy nie wysadził.

 

Przede wszystkim chcieliśmy zostawić gdzieś plecaki, ale tym razem było bardzo trudno. Nikt nie chciał wziąć i wreszcie udało się nam je zostawić w warsztacie samochodowym. Potem poszliśmy do McDonalda odświeżyć się nieco i na ławkę w porcie coś zjeść.

 

Wreszcie zwiedzanie. Jedną z największych atrakcji Lucerny są średniowieczne mury miejskie zwane Museggmauer, po których można bezpłatnie spacerować. Atrakcją, której nie wolno pominąć, jest przykryty Kapellbrücke (Most Kapliczny) z XIV w. W 1993 r. wybuchł na nim pożar, który strawił boki i zakończony szczytem dach. Przetrwała jedynie ośmioboczna Wieża Wodna. Pod odbudowanym dachem można obecnie oglądać sceny z historii narodowej i regionalnej, będące fotograficznymi reprodukcjami oryginałów dzieł Heinricha Wägmanna z 1614 r. A więc widzieliśmy dwa piękne mosty, baszty, mury obronne, posąg lwa, przy którym jakiś Japończyk bardzo skrupulatnie się mordował z naszym aparatem, aby zdjęcie wyszło prawidłowo. Ten Löwendenkmal (lwi pomnik), jest poświęcony szwajcarskim gwardzistom broniącym króla Ludwika XVI i rodziny królewskiej podczas Rewolucji Francuskiej w 1792 r. Mark Twain nazwał tego wykutego w litej skale lwa "najsmutniejszym i najbardziej poruszającym kawałkiem skały na świecie". Oboje byliśmy bardzo zmęczeni, bo przecież ostatnia noc dała nam w kość, ale jakoś się nam udało dotrzeć do samego końca naszego planu. Miasto bardzo ładne.

 

 

Potem poszliśmy na zakupy, po plecaki i wreszcie zajęliśmy miejsca na wyjeździe z miasta. Stanęliśmy tuż przed wjazdem do tunelu. Miejsce nawet dobre. Ustaliliśmy też, że jedziemy trochę odpocząć nad jakieś jeziorko albo rzekę w okolicach Berna.

 

Stanęliśmy więc na tym wyjeździe, który również był wyjazdem do Bazylei i Zurichu. Mnóstwo samochodów i nic. Ludzie nas obserwują, jakaś dziewczyna doradza gdzie lepiej stanąć. Dopiero po 2 godzinach, kiedy już zacząłem tracić nadzieję, cierpliwość i siły zatrzymał się jakiś chłopak. Zapakowaliśmy rzeczy i pytam się którędy jedzie: autostradą czy na skróty przez góry? Powiedział, że jemu obojętne, więc wybraliśmy drogę przez góry. On urozmaicił ją jeszcze bardziej, jeżdżąc po szczytach tych gór, wąskimi i stromymi uliczkami szwajcarskich wiosek. Cały czas powtarzał "no problem" kiedy zbaczał z głównej drogi. Pokazałem mu nazwy miejscowości, do których chcieliśmy dotrzeć. Powiedział, że wie gdzie to jest. Wytłumaczyliśmy mu, że szukamy spokojnego noclegu na wsi, aby odpocząć. Wziął sprawy w swoje ręce.

 

Dowiózł nas do jednego z tych miejsc, popytał się miejscowych w ich dziwnej mieszance niemiecko-francuskiej i niespodziewanie klucząc po ulicach miasteczka zwanego Langnau http://www.langnau-ie.ch/  zawiózł nas do schroniska. Tyle, że to schronisko wyglądało jak hotel. Trochę się zaniepokoiłem, bo przecież nie o to nam chodziło. Kiedy przyszła recepcjonistka, pogadali coś po szwajcarsku, a potem ona do mnie ile nocy chce tu zostać. Podała mi ceny, w sumie banalne, bo 14.20 Chf za noc, no ale oczywiście dla nas za duże. Narobiłem więc i sobie i temu chłopakowi obciachu, bo przyznałem się, że dla mnie za drogo. Zdziwili się, że za drogo, bo to przecież równowartość 10 bułek, ale nie obrazili. Wytłumaczyłem im relacje i być może zrozumieli. Przeprosiłem, choć straszliwie głupio mi było.

 

Powiedziałem więc temu Szwajcarowi, że potrzebuje kawałka łąki na rozbicie namiotu. Ten wtedy wziął nas i wywiózł na sam początek tego miasteczka. Wjechał do jakiegoś gospodarza i coś mu zaczął tłumaczyć. Potem dopiero przetłumaczył. Możemy zostać ile chcemy...

 

 

Gospodarz zgodził się, choć nigdy przedtem na oczy nie widział ani nas, ani jego. Totalnie zgłupiałem. Wyładowaliśmy rzeczy, zrobiliśmy sobie zdjęcia, wymieniliśmy adresy i rozbiliśmy się na łące. Ależ się nam udało! Nie mogliśmy się nacieszyć. Równo, oficjalnie i bezpiecznie.

 

Wieczorem przyszła gospodyni i zaprowadziła Agnieszkę do łazienki. Noc zapowiadała się wspaniale. Będziemy mogli odespać ten Zurich. Postanowiliśmy, że robimy sobie dzień przerwy i zostajemy od razu na drugą noc. Do Berna mamy ok. 40km. Nie trzeba uciekać rano, jesteśmy bezpieczni. Zasnąłem natychmiast.

 

Dzień 9: Zurich – Langnau 116km.

 

 

 

 

Dzień 10 – 10 sierpnia 1996 – sobota

 

                         BURZA

 

Wstaliśmy późno. Śniadanko, piękna pogoda, śliczne widoki na góry. Koło 11.00 wyszliśmy na miasto. Miasteczko całkiem spore, przeszliśmy je sobie, zrobiliśmy zakupy i szukaliśmy jakiegoś kąpieliska. Po długich poszukiwaniach znaleźliśmy. Znów, jak w Zurichu, płatne (3.50 Chf), ale równie piękne; 3 baseny, skocznie, zjeżdżalnie, mini-golf, piłka nożna, siatkówka, trawka, drzewa, kwiaty, knajpka. Rozłożyliśmy się pod drzewkiem, a potem korzystaliśmy z wszelkich uciech. Głównie Agnieszka, ale ja też trochę się zamoczyłem, bo upał był niemiłosierny.

 

Około 16.00 przeszliśmy się miastem, aby kupić chleb, ale niestety wszystkie sklepy były już pozamykane. Zjedliśmy więc wszystkie resztki chleba, umyliśmy się i zaczęliśmy się przygotowywać do jutrzejszej podróży do Berna. Kiedy już leżeliśmy nagle nadciągnęły ogromne chmury i zerwał się piekielnie silny wiatr. Straszliwa burza się rozpętała. Waliły pioruny, łamały się gałęzie, lało niemiłosiernie. Agnieszka wpadła w panikę, mnie też nie było do śmiechu. Byliśmy na otwartym polu, w namiocie mnóstwo wody, wiatr szarpał nim na wszystkie strony, musiałem trzymać stelaż, bo naprawdę bałem się, że nam go potarga.

 

Agnieszka przerażona zaczęła błagać abyśmy poszli do domu, ja bałem się, że wtedy wszystkie nasze rzeczy szlag trafi. Warowałem przy wejściu trzymając rurki i linki od tropiku. Nagle pojawiły się dziewczyny gospodarza i zapytały po angielsku czy przyjdziemy do domu. "Tak!!!" – z płaczem odpowiedziała Agnieszka i rozpoczęła się kłótnia między nami, bo ja mimo wszystko postanowiłem popilnować naszego dobytku. W końcu ją wygoniłem z namiotu. Po 40 minutach przyszedł sam gospodarz osobiście i zaczął mnie przekonywać po "szwajcarsku", ale mimo to zostałem.

 

Zmordowany i w sumie też przerażony przetrwałem ten huragan. Burza ucichła, namiot ocalał, padał tylko deszcz. Opanowałem sytuację, wypompowałem wodę z namiotu i usnąłem. Późno w nocy obudziła mnie Agnieszka przynosząc cały bochen chleba i jabłka. Przyszła, mimo, że miała zapewniony nocleg (babka nawet już zaczęła nam ścielić lóżka) w jednym z 7 pokoi i razem dotrwaliśmy do rana. Pokonaliśmy alpejską wichurę.

 

 

 

 

Dzień 11 – 11 sierpnia 1996 – niedziela

 

           ODPOCZYNKU CIĄG DALSZY

 

Rano po przebudzeniu stwierdziliśmy, że nie ma sensu jechać do Berna, bo mały ruch w tym kierunku i nasz namiot jest mokry. W dodatku sklepy są zamknięte. W Barnau (wioska stykająca się z miasteczkiem Langnau), czyli tam gdzie nocowaliśmy był jeden sklep czynny. Poszliśmy tam, ale dużych zakupów nie zrobiliśmy. Resztę dnia spędziliśmy na farmie. Zrobiliśmy sobie wycieczki w góry i nad rzekę. Pisaliśmy, czytaliśmy. Sielanka. Pogoda była zmienna, bo raz upał, raz znowu lekki deszczyk.

 

 

Przed wieczorem przyszła jedna z 5 córek gospodarza, ta, która umiała po angielsku. Pożegnała się, bo wyjeżdżała na rolę na inną farmę do pracy. Niezbyt się orientuję w tym systemie, ale ona opowiedziała to Agnieszce dokładnie podczas tej burzy. Chwilę później widzieliśmy ją pomykającą na motorku z malutkim plecaczkiem. A my wzięliśmy prysznic i poszliśmy spać. Jutro na pewno jedziemy do Berna.

 

 

 

 

Dzień 12 – 12 sierpnia 1996 – poniedziałek

 

        W KTÓRĄ STRONĘ DO NEUFELD?

 

Pogoda nienajlepsza. Mocno pada, ale nie mamy wyjścia – trzeba w końcu jechać do tego Berna. Na moment przestało padać wiec spakowaliśmy się, zwinęliśmy namiot a potem pożegnaliśmy się z gospodarzami. Musieliśmy przejść całe Barau i Langnau. Po drodze wstąpiliśmy do Migros Markt – wielkiego supermarketu. Potem udaliśmy się na wyjazd z miasta i o 11.00 zaczęliśmy łapanie.

 

Dużo samochodów, ale reakcji żadnych. Dopiero po blisko 1.5h zatrzymał się grubasek w renault 5. Oczywiście umiał po angielsku. Nie jechał do Berna, ale wysadził nas po 14km w bardzo dobrym miejscu. Zostało nam 17km i tutaj czekaliśmy ok. 15 minut. Pierwszy raz w naszej karierze zatrzymała się kobieta. Jakiś taki fiat-truck. Przez te 17km dużo opowiadała o Szwajcarii, raczej negatywnie, bo jak się przyznała należy do tej biedniejszej części społeczeństwa. Zakochana jest w swoim rodzinnym mieście – Bernie – i w ogóle babka na luzie, bo też korzysta z autostopu, kiedy jeździ do Irlandii. Krótko z nią niestety jechaliśmy, ale zawiozła nas tam gdzie chcieliśmy – na Stare Miasto. http://www.bern.ch/  Tam czekał na nią chłopak.

 

Centrum leży w ostrym zakolu rzeki Aare. Niektóre główne ulice są zamknięte dla ruchu kołowego – mogą się po nich poruszać wyłącznie pojazdy komunikacji publicznej. Dworzec kolejowy zbudowano u wlotu wielkiego "U", utworzonego przez nurt rzeki. Wszystkie ważniejsze obiekty turystyczne skupiają się w tym rejonie.

 

Agnieszka za pierwszym razem znalazła biuro turystyczne gdzie zgodzili się nam przetrzymać plecaki. Potem znów zaczęło padać, ale po zrobieniu kilku zakupów znaleźliśmy ławkę gdzie wreszcie zjedliśmy śniadanie. Po jedzeniu zabraliśmy się za zwiedzanie. Dotarliśmy do dworca, o który pytałem się Murzynów, ale mapy były płatne, więc dalej ruszyliśmy bez mapy. Na szczęście nie jest trudno zwiedzać Berno. Znaleźliśmy najważniejsze obiekty szybko. Przy Kramgasse wznosi się słynna Zeitglockenturm (wieża zegarowa), przypominająca nieco wieżę na praskim Starym Rynku. Na cztery minuty przed każdą pełną godziną poruszają się figurki zegara z 1530 r., będącego częścią nieistniejącej już bramy miejskiej.

 

Bardzo łatwo ulec czarowi berneńskiej starówki, którą – po straszliwym pożarze z 1405 r. – poddano rekonstrukcji, używając jako budulca głównie piaskowca. Z XVI i XVII w. pochodzą charakterystyczne podcienie. Na ulicach powiewały flagi kantonu, a chodniki były zapełnione kawiarnianymi ogródkami i straganami.

 

 

Z muzeów zrezygnowaliśmy, bo wiedzieliśmy już wcześniej, że w poniedziałki są nieczynne. Na koniec wędrówki po Starym Mieście poszliśmy do ogrodu botanicznego pełnego roślin z najróżniejszych zakątków świata. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć przy najważniejszych symbolach Berna np. przy żywych niedźwiedziach, bo nad brzegiem rzeki Aare można zwiedzać Bärengraben (Niedźwiedzie Jamy). Są one schronieniem niedźwiedzi, które stały się symbolem miasta. Potężny książę Zähringen, Berthold V, założyciel Berna (1191), miał wedle legendy podczas jednego z polowań zabić w tym miejscu niedźwiedzia (Bärn w lokalnym dialekcie), nadając tym samym nazwę nowo powstałemu osiedlu. Jamy zamieszkiwane przez misie istnieją od 150 lat.

 

W biurze spytałem tych miłych młodych chłopaków o przystanek do Neufeld i ruszyliśmy w kierunku dworca. Na dworcu panuje straszne zamieszanie, ale w końcu po kilkunastominutowej bieganinie zdołałem opanować sytuację. Za chwilkę podjechał nasz trolejbus, więc w te pędy wpadliśmy z tymi wielkimi tobołami do środka. Na schodach zdążyłem się jeszcze spytać starszej pani czy jedziemy do Neufeld. Odpowiedziała, że tak, ale w trakcie jazdy widziałem, że podążamy odwrotnie, czyli na Zurich. Bardzo się zdenerwowałem, bo myślałem, że jedziemy w przeciwną stronę, ale w sumie okazało się, że wyjechaliśmy do Neufeld.

 

Po przyjeździe rozejrzałem się za autostradą. Było blisko i w lesie. No więc wiedziałem, że musimy tu gdzieś przenocować. Mamy dobre miejsce do spania i do jutrzejszego wyjazdu. Rozbiliśmy się w środku lasu gdzie trochę postraszyłem Agnieszkę niedźwiedziami i z powodu zimna poszliśmy spać jeszcze przed zmrokiem.

 

Dzień 12: Langnau – Bern 32km.

 

 

 

 

Dzień 13 – 13 sierpnia 1996 – wtorek

 

                 NA SPORTOWO

 

O 6.00 rano zbudził nas potworny deszcz. Nie mogliśmy się więc za bardzo zbierać. Przeleżeliśmy wiec do 8.00 rano, a potem, kiedy przestało padać szybko zebraliśmy się. Wyszliśmy na wjazd na autostradę do Lozanny i czekaliśmy 5 minut! Znów zatrzymała się kobieta. Okazało się, że jedzie do Fryburga. Zapakowaliśmy się więc i ruszyliśmy w rytmie heavy metalu. Jechała średnio 150km/h więc we Fryburgu byliśmy dość szybko. Wysadziła nas na wylocie do Lozanny i wtedy zaczął padać deszcz.

 

Przeszliśmy kawałeczek i stanęliśmy tuż przed znakiem. Naprawdę nie czekaliśmy dłużej niż 2 minuty. Zatrzymał się facet w peugeocie 205, który okazał się być bardzo miłym kolesiem. Nie dość, że przez cały czas rozmawialiśmy sobie na różne tematy to w dodatku bardzo żałował, że nie może nam pokazać Lozanny, bo się spieszy. Na przedmieściach musiał nas wysadzić, a że było to tak kijowe miejsce to... dał nam na bilety autobusowe i na kawę. W sumie ponad 10Chf. Skorzystaliśmy więc z szansy i podjechaliśmy do centrum. http://www.lausanne.ch/

 

Nie wiedzieliśmy gdzie wysiąść i Agnieszka zapytała pewną dziewczynę, która rozmawiała z Australijczykiem na tylnym siedzeniu. Dziewczyna trochę się rozgadała z tym, że po... polsku. Ale Polką nie była. Wysiedliśmy więc tuż pod gotycką katedrą. Na mnie padł wybór znalezienia miejsca na plecaki i znalazłem je w księgarni geograficznej.

 

Potem poszliśmy do katedry, ale wieża była nieczynna. Cathedrale de Notre Dame (katedra NMP) w centrum Starego Miasta, uchodzi za jeden z najpiękniejszych kościołów gotyckich Szwajcarii. Świątynia powstała na przełomie XII i XIII w. na miejscu starszych budowli, a jej konsekracji dokonał w 1275 r. papież Grzegorz X w obecności cesarza Rudolfa Habsburga oraz biskupów i kardynałów z całej Europy. W katedrze zachwyca słynna XIII-wieczna rozeta w południowym transepcie. Niezwykłe wzory przedstawiają pory roku, znaki zodiaku i żywioły.

 

Zdecydowaliśmy się oczywiście iść do Muzeum Olimpijskiego. Ale nie mieliśmy mapy. W tej księgarni zaoferowano nam za 6Chf! Za dużo jak dla nas. Wracając spod katedry potknąłem się o jakiś papier, który okazał się... planem miasta! Z jego pomocą udaliśmy się w kierunku jeziora. Po drodze wstąpiliśmy do Migrosa. Tam zauważyliśmy jogurty z promocji za 0.30Chf. W dodatku były to jogurty 0.5kg. Uradowani wzięliśmy 7 sztuk. Jeszcze tylko chleb i przyszło do płacenia. Pani naliczyła przeszło 11 franków. Po szorstkiej wymianie słów wyszło na jaw, że cena jogurtów została obniżona o 30 centymów. Zrezygnowaliśmy z 3 i zostały nam 4, za które zapłaciliśmy wraz z chlebem 7.05Chf.

 

Potem ruszyliśmy na nabrzeże. Tam pstryknęliśmy zdjęcia pięknym widokom, zanurzyliśmy ręce w Jeziorze Genewskim i zjedliśmy po 1 jogurcie.

 

 

Stąd mieliśmy tylko 200m do Muzeum Olimpijskiego. Wpierw jednak znów porobiliśmy sobie zdjęć przy tym obiekcie i dopiero potem weszliśmy do środka. Nigdy w życiu nie byłem w takim muzeum. Choć cena biletu studenckiego wynosi 9Chf ( a ja postawiłem drugi Agnieszce) opłacało się wydać te pieniądze. Spędziliśmy tam ponad 2 godziny a i tak było to o wiele, wiele za krótko. Wszystko, co ma jakikolwiek związek z olimpiadą jest w tym muzeum. Wszystko, co najsłynniejsze można tam podziwiać. Nie ma sensu opisywać tego, dodać trzeba, że możliwości tego obiektu mogą się równać możliwościom finansowym banków zurichskich. Komputery, video, biblioteka i mnóstwo sprzętu sportowego, począwszy od pierwszej olimpiady w Atenach, a skończywszy na Barcelonie. Oczywiście wszystko podpisane przez utytułowanych mistrzów olimpijskich. Wspaniała sprawa dla każdego fana sportu i nie tylko. Agnieszka była równie zadowolona, co ja.

 

 

Niestety musieliśmy się wynieść, bo czas naglił. Wróciliśmy więc po plecaki, wcześniej sprawdzając wyjazd z miasta. Nie do końca pewni wybraliśmy trolejbus nr.2 i jak się okazało szczęśliwie dojechaliśmy do przystanku Bourdonnette. Siedząc na ławce widać było rozjazd dróg. Obie prowadzą do Genewy tyle, że ta na lewo to zwykła droga, a ta na prawo to autostrada.

 

Problem wyjazdu rozwiązany, ale powstał kłopot z noclegiem. Poszedłem na zwiady i znalazłem całkiem przyzwoite miejsce pod wiaduktem autostrady. Wróciłem więc na przystanek i czekaliśmy na zmrok. Szkoda tylko, że padał ten cholerny deszcz. To trochę nam psuło humory. Czekając tak, obserwowaliśmy ludzi wsiadających i wysiadających na naszym przystanku. Jedna pani nawet zapomniała parasolki, którą jej podrzuciłem do autobusu. Usłyszałem: "Merci beaucoup" w podzięce. Lozanna to już francuskojęzyczna część Szwajcarii.

 

Wreszcie zrobiło się naprawdę ciemno i byliśmy zmuszeni iść. Zeszliśmy ze stromej skarpy, weszliśmy w krzaki i od razu poczuliśmy straszliwy smród. To na wpół zgniłe zwłoki kota wydzielały ten fetor. Przeszliśmy więc kawałek dalej gdzie już nie czuło się tego smrodu i wtedy naszym oczom ukazał się... szałas! Zrobiony był z drzew, gałęzi, foliowego dachu. Wszystko powiązane sznurkiem, obok wisiały kolejne worki foliowe. Na myśl nam przyszły straszne rzeczy, że to jakiś morderca się ukrywa, jakiś psychopata, bo od razu skojarzyliśmy tego kota z właścicielem tego szałasu. Wyobraźnia zaczęła działać. Szczególnie u Agnieszki.

 

Nie było jednak wyjścia, bo już było bardzo późno, ciemno i padał deszcz. Zacząłem rozbijać namiot i w tym czasie usłyszałem głośne głosy zbliżające się ku nam. Zamarłem ze strachu. Jednak jak się okazało głosy dochodziły z wiaduktu i dlatego było je słychać tak głośno. Po prostu dwoje ludzi przechodziło nad nami. Po rozbiciu jeszcze długo nie mogliśmy zasnąć, snując koszmarne wizje powrotu właściciela szałasu.

 

Dzień 13: Bern – Lausanne 103km.

 

 

 

 

Dzień 14 – 14 sierpnia 1996 – środa

 

           INDIANIE I KLESZCZE

 

W nocy budziłem się kilkakrotnie, głównie przez deszcz, który padał bez przerwy. Opóźniło to nam wyjazd, bo sporo czasu zajęło pakowanie wszystkich mokrych i wilgotnych rzeczy, na czele z namiotem.

 

Około 10.00 stanęliśmy na bramce w strugach deszczu z kartką "Geneve S.V.P". Po kilku minutach podbiegł do mnie... Indianin i spytał się czy chce do Genewy. Pokazałem mu Agnieszkę i nasze plecaki, ale zgodził się bez problemu.

 

Samochód stał na światłach awaryjnych 200m dalej, już na autostradzie. Podbiegliśmy do niego, a tam siedziało jeszcze dwóch innych Indian i Szwajcarka. Samochód to rozklekotany vw bus – załadowany gitarami i bongosami. Jak się okazało chłopaki byli z Ekwadoru i spieszyli się na samolot, więc celem ich wyprawy było lotnisko, dlatego też nie mogli zawieźć nas do centrum. http://www.ville-ge.ch/

 

Pożegnaliśmy się z nimi czule na lotnisku i złapaliśmy autobus, aby dostać się do centrum. Znalazłem miejsce na plecaki i ruszyliśmy w miasto. Agnieszka czuła się bardzo, bardzo źle, więc musieliśmy chodzić powoli.

 

Dotarliśmy do katedry św. Piotra. Budowę świątyni rozpoczęto w XI w., więc przeważa gotyk (z elementami romańskimi); wyjątkiem jest neoklasycystyczna fasada z XVIII w. Nieproporcjonalną kopułę dodano mniej więcej w tym samym czasie. W latach 1536–1564 kazania w katedrze wygłaszał Jan Calvin. W północnej nawie zachowało się miejsce, gdzie siadywał podczas nabożeństw.

 

Widzieliśmy drugą, co do długości ławkę świata, potem zegar kwiatowy i najwyższą fontannę świata. Najbardziej charakterystycznym obiektem miasta jest umieszczona na Jeziorze Genewskim Jet d'Eau - najwyższa na świecie fontanna bijąca na wysokość 140 m zwana bidetem Calvina. Tryska ona w niebo z niewiarygodną siłą (200 km/godz., 1360 koni mechanicznych), tworząc słup wody o wysokości 140 m. W powietrzu unosi się 7 ton wody, zraszającej przechodniów spacerujących po molo.

 

 

Ponieważ mieliśmy sporo czasu, ruszyliśmy wzdłuż pięknego jeziora aż do siedziby ONZ. Palais des Nations (Pałac Narodów) przy Ave de la Paix 14 pierwotnie był siedzibą Ligi Narodów. Dziś zajmuje go Organizacja Narodów Zjednoczonych, która zatrudnia w Genewie 3 tys. urzędników z różnych krajów.

 

 

Nie wchodziliśmy tam, bo zaplanowaliśmy wizytę w Muzeum Czerwonego Krzyża, które znajduje się tuż obok. Bardzo ciekawie zrobione, choć trzeba by mnóstwo czasu, aby zobaczyć wszystko (głównie wstrząsające filmy). Poruszająca multimedialna ekspozycja prezentuje dokonania Czerwonego Krzyża i muzułmańskiego Czerwonego Półksiężyca oraz największe okrucieństwa w nowożytnej historii ludzkości. Wojny wciąż się toczą, o czym przypominają filmy, zdjęcia, nagrania i dzieła sztuki. Szczególnie przejmujący jest dział dotyczący okresu II wojny światowej, gdzie wyeksponowano 7 mln kart ewidencyjnych więźniów obozów.

 

 

Potem tą samą drogą wróciliśmy po plecaki, zidentyfikowaliśmy nasz autobus, który miał nas wywieźć aż do Francji. Nie kupiliśmy prawidłowych biletów, ale jak się później okazało dobrze zrobiliśmy. Przed granicą z Francją, wsiadł młody Szwajcar, który widząc naszą kiepską orientację, posłużył radą. Wytłumaczył nam gdzie jest granica i jak ją przekraczać, kiedy wysiąść i jak wyjść na drogę. Wszystko się powiodło i kolejną granicę przejechaliśmy w autobusie nie pokazując w ogóle paszportów.

 

Później Agnieszka zrobiła małe zakupy po francuskiej stronie, ale pieniędzmi szwajcarskimi. Wreszcie ruszyliśmy w drogę, szukając noclegu przy trasie. Jednak wszędzie było pełno domów w tej francuskiej wiosce i w końcu zagadnąłem miejscowych chłopaków, ale nie potrafili mi pomóc. Szliśmy więc dalej i dalej i nadal domy, a żadnych krzaków czy lasów.

 

Wreszcie zdesperowani poszliśmy pod transformator czy generator prądu. Był zamknięty i ogrodzony siatką oraz przez cały czas buczał i trzaskał. Ale był osłonięty dębami i znalazło się tam trochę miejsca na namiot. Więc w końcu odsapnęliśmy trochę. Niestety Agnieszkę pogryzły kleszcze i choć wyciągnęliśmy je to jednak trochę nas to zmartwiło (przez następne kilka lat były przez to problemy zdrowotne Agnieszki). Ułożyliśmy się do snu, budząc się czasami z powodu trzasków w generatorze.

 

Dzień 14: Lausanne – St. Julien 73km.

 

 

 

 

Dzień 15 – 15 sierpnia 1996 – czwartek

 

                MIASTO WIDMO

 

Rano niemiła rzecz. Dwa kolejne kleszcze w ciele Agnieszki. Usunąłem je pensetą, ale stracha mamy dużego. Zebraliśmy się stamtąd szybko i poszliśmy na drogę. Czekaliśmy ok. 5 minut, gdy młody Francuz po namyśle zdecydował się nas zabrać i dlatego zawrócił. Zaproponował Annecy i oczywiście zgodziliśmy się. Rozmawialiśmy po angielsku i choć on bardzo się denerwował na siebie, że słabo mówi, ja nie odczuwałem tego aż tak bardzo. Był to naprawdę sympatyczny człowiek i bardzo chciał nam pokazać swoje miasto. Zawiózł nas nawet nad jezioro, a potem kazał wybierać gdzie chcemy jechać. Mieliśmy do wyboru albo drogę albo autostradę. Zawiózł nas więc pod samą barierkę gdzie się płaci za wjazd i po pożegnaniu pojechał.

 

Na barierce spotkaliśmy autostopowiczkę, która jechała do Genewy. Miała inną metodę, wypytywała kierowców gdzie jadą, ale szybko się to skończyło, bo facet z dyżurki przegonił nas wszystkich.

 

My znaleźliśmy jeszcze lepsze miejsce i po 20min stania złapaliśmy babkę w mercedesie bagażowym. Troszkę dukała po angielsku i w ogóle to też sympatyczna pani. Nie zawiozła nas do samego Grenoble, a zostawiła na ostatniej bramce przed Grenoble.

 

Nie czekaliśmy długo, może z 15min i zabrał nas jakiś rajdowiec. Też takim busem z tym, że z tyłu miał rajdowy motor. Nie umiał nic po angielsku, ale potwierdził to, o czym mówił ten pierwszy Francuz, że wszystko jest dzisiaj zamknięte, bo we Francji jest święto. Strasznie nam to skomplikowało sprawę, bo nie mieliśmy ani jednego franka francuskiego przy sobie! Mieliśmy nadzieję, że może gdzieś coś będzie otwarte, ale podobno wszystko jest nieczynne. W takim razie poprosiliśmy go o zawiezienie na drogę do Nicei i Monako. I owszem wysadził nas na tej drodze, ale to było samo centrum Grenoble jak się później okazało. http://www.ville-grenoble.fr/jsp/site/Portal.jsp Dowiedziałem się o tym dopiero, kiedy zerknąłem na mapkę miasta na przystanku autobusowym.

 

Inaczej nigdy bym się o tym nie dowiedział, bo miasto wyglądało niczym zadżumione. Widoki Alp w sierpniowym słońcu prezentowały się wspaniale, ale naszym problemem było, że nikogo w mieście nie było, nic nie jeździło. Cisza. Pustka. Wszystko pozamykane, nawet bary i restauracje! Wszystkie samochody stały na parkingach. Wreszcie znaleźliśmy czynną restaurację i Agnieszka poprosiła o wodę. Zero angielskiego.

 

Nie było wyjścia, musieliśmy iść. Jednak odległość przerażała nas. Przeszliśmy być może z kilometr i dotarliśmy do przystanku, z którego odjeżdżał autobus w naszym kierunku. Tak przynajmniej mówiła ta mapka. No ale cóż z tego, skoro nie mamy pieniędzy żeby kupić bilet. Agnieszka sugerowała przejazd na gapę, ale ja bałem się kary. Naprawdę byliśmy zdenerwowani i nic nie mogliśmy zrobić. W końcu zdecydowaliśmy się jechać autobusem o 15.00. Ale ja nie mogłem się z tym pogodzić. Zdesperowany zatrzymałem radiowóz policyjny. Jeden z nich trochę kapował po angielsku. Wytłumaczyłem im nasze położenie, ale ich bardziej interesowało dokąd my jedziemy. Lekko sugerowałem, żeby nas wywieźli za miasto, bo był to busik, ale w końcu po konsultacji stwierdzili, że nie mogą mi pomóc i żebym sobie radził sam tzn. próbował łapać na przystanku. Idioci.

 

Odjechali minutę przed autobusem. Agnieszka bardzo mnie namawiała żeby wsiąść. Gdy podjechał skierowaliśmy się do środkowych drzwi, ale kierowca zamknął je nam przed nosem. Musieliśmy wejść przednimi jak to bywa w zwyczaju na Zachodzie. Walnęliśmy totalny obciach, bo ani nie kupiliśmy biletów, ani nie skasowaliśmy żadnego. Wszyscy patrzeli na nas, a my obładowani z plecakami weszliśmy sobie do autobusu. Dziwne, że nas kierowca nie wyrzucił. Ludzie patrzyli na nas a my robiliśmy tylko głupie miny. Co przystanek to serce w gardle. Aż na którymś z kolei pojawił się facet, który wyglądał na kanara. Zamienił kilka słów z kierowcą i... postanowił usiąść koło niego. Ja w tym czasie wyładowałem swoją złość na Agnieszce, że mnie namówiła na takie eskapady. Ale w tym samym czasie zauważyłem drogowskaz na Sisteron – 200km od Nicei i 130km od Grenoble. Zjazd na autostradę.

 

Wyskoczyliśmy więc z autobusu jak pociski. Super, że nie musieliśmy jechać do końca linii. Udało się, choć straciłem sporo nerwów. Dobry zjazd, więc od razu się ustawiliśmy. Zrobił się upał a my tkwiliśmy z kartką na Sisteron. Wszak stres minął i byliśmy zadowoleni, że opuściliśmy centrum Grenoble, ale spodziewaliśmy się długiego oczekiwania przez to święto. Ja nawet zastanawiałem się nad możliwością noclegu tutaj, ale miejsce nie było zbytnio dobre do noclegu.

 

Nie był to zjazd wyłącznie na Sisteron, więc sporo samochodów nas ignorowało. Po jednej godzinie czekania zatrzymał się brązowy renault 15, bardzo stary z dwuosobową załogą. Mąż i gruba żona, tleniona blondyna a on z dziargunkiem na ręce. Byli nieźle załadowani, ale jechali do Sisteron. Po prawie 10 minutach układania ich i naszych bagaży, udało się je zapakować tak, że przez całą drogę nie widziałem Agnieszki, bo odgradzała nas ogromna waliza. Przez całą drogę wiało niemiłosiernie a oni kopcili papierochy jednego za drugim i cały dym leciał na nas. Jednak najważniejsze było, że jechaliśmy. Gościu zapieprzał tym strupem jak wariat.

 

Droga krajobrazowa, zakręty, góry, przepaście, rzeki, mosty, lasy – jednym słowem pięknie. Wieczorem dotarliśmy do Sisteron. http://www.sisteron.com/ Miasteczko turystyczne, zamek, cytadela i inne fortyfikacje oraz kąpielisko, góry. Podreptaliśmy na wylotówkę na Niceę i zainstalowaliśmy się na nasypie kolejowym. Było to najmniej ukryte miejsce noclegowe w całej naszej historii autostopu. Z jednej strony przejeżdżały samochody, z których widać było wszystko, co robimy. Rozbiliśmy się po zmroku. I tak przejechaliśmy ponad 270km nie wydając ani centyma francuskiego. Do Nicei mamy tylko 190 km.

 

Dzień 15: St.Julien – Sisteron 278km.

 

 

 

 

Dzień 16 – 16 sierpnia 1996 – piątek

 

       BOŻE, TAK DALEKO OD DOMU...

 

Rano obudziły nas samochody. Zebraliśmy się więc szybko i wróciliśmy kawałeczek do miasta. Po drodze wstąpiliśmy do jakiegoś zakładu mechaniki samochodowej i pokazując na migi, udało nam się zostawić plecaki. Wolni więc ruszyliśmy, aby w końcu zdobyć jakieś franki.

 

Zajrzeliśmy do biura turystycznego i tam nas poinstruowali gdzie jest bank. W banku nie dość, że chcieli paszport, to jeszcze wzięli 25F prowizji. Zostało nam 136F. Ruszyliśmy więc w miasto z taką właśnie kwotą.

 

 

Najpierw kupiliśmy brzoskwinie, a potem poszliśmy na zamek. Nie wchodziliśmy do muzeum, bo nam się nie chciało. Wróciliśmy do miasteczka i poszliśmy do wielkiego supermarketu. Tam zrobiliśmy duże zakupy, bo zbliżał się weekend i wreszcie coś zjedliśmy.

 

O 12.00 byliśmy gotowi, aby jechać. Z mapą w ręku doszedłem do wniosku, że fajnie by było gdybyśmy dojechali na jakieś 20-30km przed Niceę, żeby jutro rano wjechać do miasta i od razu pojechać do Monako. Na głównej drodze taka miejscowość to Grasse. Taki więc daliśmy napis i czekaliśmy. Sznur samochodów, jedyna droga do Nicei, więc przypuszczałem, że to tylko formalność i kwestia kilku minut. Jednak 2 godziny trzeba było czekać żeby ktoś się zatrzymał. Niestety ten, co się zatrzymał był w ogóle niekomunikatywny i chciał nawet uciec, ale go siłą przytrzymałem pakując plecaki do środka. Nie potrafił nic przekazać, nawet dokąd jedzie. Musiałem więc wyciągnąć mapę i okazało się, że gość skręca tuż za Digne, tj. ok. 30km od Sisteron. Całkiem nieźle. Jedziemy sobie oczywiście bez słowa rozmowy do momentu, kiedy dojechaliśmy do Digne, do prawie centrum gdzie facet oświadczył, że tu skręca. Trochę nas zdziwił, bo trzeba było teraz drałować z plecakami w poszukiwaniu dobrego miejsca.

 

Na szczęście droga na Niceę odbija nieco od centrum i nie musieliśmy przechodzić całego miasta. Ustawiliśmy się za drogowskazem "Grasse116/Nicea150" w cieniu na zakręcie. Po 10 minutach pojawiła się konkurencja, ale niestety nie znał zasad ten Francuzik, bo po chamsku ustawił się 50m przed nami. No i oczywiście po 15 min złapał stopa, a my musieliśmy stać dalej. Na pożegnanie, kiedy nas mijał pokazałem mu "fuck you", ale i tak przecież wyszło na jego.

 

Po 40 min zmieniła mnie Agnieszka i za 10 min zatrzymał się brodaty łysol. Coś mi tłumaczył, że na jakąś krzyżówkę i zrozumiałem, że tylko 14km. Skojarzyłem, że to być może ta krzyżówka, którą nam pokazywał ten pierwszy pajac, (który skręcił niespodziewanie wcześniej), ale w czasie jazdy szybko ją minęliśmy i jechaliśmy dalej, więc w sumie nie wiedziałem dokąd dojedziemy.

 

I nagle w miejscowości Barreme wysadził nas. Było to 30km od Digne i 60 km od Sisteron. Po założeniu plecaków naszym oczom ukazał się bardzo dziwny widok. A mianowicie drogowskaz, który wskazywał w jedną stronę "Grasse88/Cannes105", a w drugą "Nice122". Zdębiałem. Przecież droga na Grasse jest drogą na Niceę... Spojrzałem na mapę i dokładnie jest napisane, że czerwona kreska wiedzie od Grenoble do Nicei przez Grasse. W Grasse jest rozwidlenie na Cannes i Niceę. Owszem z Barreme można dojechać do Nicei, ale jest to droga zupełnie podrzędna przez góry.

 

Wybraliśmy główną drogę na Grasse i poszliśmy prosto aż za zakręt, przechodząc obok komisariatu żandarmerii. Ciągle jednak nie dawało mi spokoju to dziwne rozwidlenie. Staliśmy jeszcze 45min, ale ruch zamarł. Widocznie wszyscy wybierali drogę na Niceę przez Alpy.

 

Zrobiło się późnawo, więc zaczęliśmy się rozglądać za noclegiem. Ciężko było coś znaleźć, bo to teren górzysty aż w końcu znaleźliśmy kawałeczek nierównego gruntu, zalesionego, ale prawdopodobnie prywatnego. Obok przepływała rzeczka, więc wieczorem wykąpaliśmy się w niej, wypraliśmy ubrania a ja wtedy dopiero zdałem sobie sprawę, że jestem jakieś 1,500km od domu, kończą mi się pieniądze, a ja nawet nie wiem, kiedy i którędy do domu wrócę. Przyznam, że trochę mnie strach obleciał czy czasem nie przeholowałem tym razem. Nie jesteśmy w najciekawszym położeniu. Wróciłem do namiotu. Noc minęła spokojnie, choć psy ujadały strasznie wyczuwając nas. Niestety bardzo zmarzliśmy. No ale spaliśmy w górach.

 

Dzień 16: Sisteron – Barreme 58km.

 

 

 

 

Dzień 17 – 17 sierpnia 1996 – sobota

 

          GÓRY, PLAŻE I LUKSUSY

 

Po szybkim złożeniu namiotu wyszliśmy na drogę. Zdecydowaliśmy się wystawić napis do Nicei. Przeszliśmy więc ten kawałek z powrotem i ustawiliśmy się przed krzyżówką, tak na wszelki wypadek gdyby ktoś wybrał drogę przez Grasse.

 

Szczerze mówiąc byłem bardzo sceptyczny, bo jechało mnóstwo samochodów, ale niestety wszystkie na wczasy, a więc łódki, bagaże, rodziny. Nie wyszedł plan z Grasse, z którego mielibyśmy ok. 30km, a tak mamy 122 więc przy dłuższym staniu wjedziemy po południu do Nicei.

 

Zaczęliśmy łapać o 8.35 i o godzinie 9.04 zatrzymała się Francuzka, trąbiąc strasznie. Ale najważniejsze, że mówiła po angielsku i jechała do Nicei. Nastała ogromna radość. Zapakowaliśmy się i ruszyliśmy. Do Grasse więc nigdy nie dotrzemy i jest to na razie jedyne miejsce, którego nazwę napisaliśmy na kartce a do którego nigdy nie dotarliśmy.

 

Jednak nasza przejażdżka z miłą panią, matką 17 letniego syna, który nie chciał z nią pojechać na wakacje, nie była taka wcale przyjemna. Głównie chodziło o stopień pokręcenia drogi. Rzadko się jeździ w takich górach i nad takimi przepaściami. Upał się robił straszny, duszno, kręciło się nam w głowach, samochód ciągle na sprzęgle i hamulcu. Było mi cholernie gorąco, bo miałem na sobie kurtkę a pod nią dres. Trzeba wiedzieć, że ranki w Alpach są bardzo zimne. Ta pani, nie dość, że paliła to jeszcze nie otwierała okien. Było mi gorąco, duszno i po prostu niedobrze. Pani próbowała mnie zagadywać, ale ja myślałem tylko o tym żeby dojechać. Cały czas zakręty. To zdecydowanie najgorsza droga w moim dotychczasowym życiu. Agnieszce też nie było do śmiechu, bo poprosiła o otwarcie okna.

 

Koszmar się skończył, kiedy wyjechaliśmy z Alp. Popruliśmy prostą drogą do Nicei. A Nicea to duże miasto, więc pani szybko się pogubiła. Jeździliśmy jakiś czas i wreszcie znalazła wyjazd, a przy okazji wysadziła i nas. http://www.nice.fr/

 

Przebraliśmy się w "polskie" koszulki i ruszyliśmy szukać autobusu. Jakaś pani wytłumaczyła nam, co i jak i czekaliśmy na autobus. Agnieszka kupiła bilet u kierowcy i już jedziemy. W autobusie podeszła do mnie Japonka próbując uzyskać informacje na temat Nicei. Zapytałem, czy wyglądam na miejscowego czy na turystę.

 

Dojechaliśmy na przystanek, z którego zostało nam 5 min piechotą do dworca i biura turystycznego jak oznajmił nam starszy pan na przystanku. W rzeczywistości minęły ledwie 2 minuty, kiedy stanęliśmy naprzeciw dworca. Zrobiliśmy sobie śniadanie, a Agnieszka przyniosła plan miasta z biura. Niestety jej próby i usiłowania namówienia kogokolwiek do popilnowania nam plecaków spełzły na niczym. Jeszcze tylko wymieniliśmy walutę (tym razem bez prowizji) na franki i liry i zarzucając plecaki, ruszyliśmy w kierunku plaży.

 

 

Szliśmy tą samą drogą, którą jechaliśmy autobusem. Po drodze zrobiliśmy sobie zdjęcia, kupiliśmy pocztówki aż wreszcie dotarliśmy do plaży. Wokół palmy i sporo turystów. To Promenada Anglików, główna arteria miasta. Promenada Anglików biegnie wzdłuż wybrzeża i jest to ulubione miejsce spacerów. Biegnie ona od lotniska aż do centrum miasta. Dostrzegliśmy wejście na plażę, ale coś jakoś chyba nie dla nas. Dywany, parasole, kelnerzy... Jeden z nich nas poinformował, że plaża obok będzie dla nas lepsza, bo to publiczna plaża. Przeszliśmy więc grzecznie na plażę obok i rozłożyliśmy się z naszymi tobołami.

 

Upał był niesamowity, bo to była 14.00. Przebraliśmy się i oczywiście do wody pierwsza pobiegła Agnieszka. Potem i ja pierwszy raz w życiu zamoczyłem się w Morzu Śródziemnym. Pooglądałem sobie panie w topless, przypętał się nawet jakiś zbok z teczką i ślinił się na widok nagich biustów. Teczką zastawiał sobie sterczącego fiuta. Po godzinie smażenia się wśród roznegliżowanych panien i brzuchatych facetów, stwierdziliśmy, że czas na nas.

 

 

Umyliśmy się pod prysznicami, przebraliśmy się i ruszyliśmy w kierunku dworca. Idąc znów tą samą drogą zauważyliśmy jakąś bójkę Mulatów. Strasznie agresywni ci ludzie tutaj jacyś. Na dworcu, do którego dotarliśmy po wyczerpującej podróży z plecakami, poszedłem do recepcji spytać o pociąg do Monako. O 16.18 z peronu 4. Kupiłem bilety w maszynie i przeszliśmy na peron. Wreszcie wsiedliśmy w pociąg i obmyślaliśmy plan podboju Monte Carlo. W czasie podróży obserwowaliśmy piękne morze i ani się spostrzegliśmy, a tu Monaco – Monte Carlo. http://www.monaco.mc/index.shtml ; http://www.visitmonaco.com/ ; http://www.monte-carlo.mc/

 

Dworzec raczej kiepski, ale plan miasta (państwa?) całkiem dobry. Wyruszyliśmy zgodnie ze wskazówkami, ale niestety z plecakami. Trzeba było iść pod górę, bo wspinaliśmy się pod Pałac Książęcy. Kiedy się odwróciliśmy się, ujrzeliśmy piękny widok na miasto wraz z całym jego bogactwem.

 

 

Wpierw Pałac Książęcy, gdzie spotkaliśmy mnóstwo Polaków. Początków dzisiejszego Pałacu Książęcego należy doszukiwać się w roku 1215, kiedy to rodzina Grimaldich wzniosła w Monako twierdzę obronną. Pod koniec XIII wieku, twierdza ta została zamieniona na pałac. Główne wejście do pałacu stanowi Brama Monumentalna, która jest strzeżona przez karabinierów książęcych. Widokówki to dziedzina Agnieszki, więc poszła kupować, a ja stałem przy plecakach obok Straży. Kiedy chcieliśmy zrobić zdjęcie, podszedł do nas ten jegomość i rozkazał: "Always keep your luggage with you". Przenieśliśmy bagaże dalej, ale znowu przyplątał się ochroniarz i przypomniał o pilnowaniu bagażu.

 

 

Potem przeszliśmy w kierunku Muzeum Oceanograficznego. Szliśmy wąskimi uliczkami Monako i po chwili wyszliśmy przed muzeum. Wstęp sporo kosztował (2 x 30F) ale znów się opłacało wejść do środka. Prosiliśmy o popilnowanie plecaków, ale nikt nam nie chciał pomóc, nawet babcia klozetowa. No więc wbrew woli Agnieszki, musieliśmy zwiedzać oddzielnie. Najpierw ona, potem ja.

 

Trzy poziomy reprezentują: 1 – muszelki i inne stwory morskie małych rozmiarów, 2 – szkielety, makiety i instalacje techniczne statków i laboratoriów, 3 – akwarium z żywym inwentarzem, które robi największe wrażenie na każdym. Wielki szkielet wieloryba też jest niczego sobie. W akwarium z piraniami, spróbowałem włożyć rękę do wody. Nawet mi się udało. Żółwie, koralowce i inne żyjątka widziałem naturalnie pierwszy raz w życiu. Skończyłem zwiedzać na dwie minuty przed zamknięciem, czyli o 19.58.

 

Zabraliśmy się stamtąd i skierowaliśmy się na Monte Carlo, przechadzając się po drodze z ogrodami wokół pałacu. Szliśmy i szliśmy, obserwując tych bogatych ludzi, którzy przyjeżdżają tu tylko po to, aby wydać swoje pieniądze. Przyglądaliśmy się im, powolutku zbliżając się do kasyna. Zostało ono wybudowane w 1878 roku a zaprojektował je Charles Garier - architekt paryskiej opery. Dotarliśmy tam, zrobiliśmy zdjęcia, choć już i tak nie wyszły, bo było już ciemno. Co prawda wszystko było pięknie oświetlone, a ulice czyściutkie niczym podłoga w domu. Aż trudno było mi uwierzyć, że tędy ścigają się kierowcy Formuły 1. Grand Prix Monako zapoczątkowane zostało w 1929 roku z inicjatywy księcia Ludwika II. Kierowcy wykonują na nim 78 okrążeń i rozwijają prędkości dochodzące do 270 km/h.

 

Zapadały ciemności. Naturalnie pogodziliśmy się z faktem, że dzisiejszy nocleg to sprawa bardzo nieciekawa. Szliśmy w górę, cały czas w górę kierując się drogowskazami na Genuę. Miasto powoli pozostawało za nami. Pięknie było je widać w dole, oświetlone i kontrastujące z czernią morza. Upał zelżał, ale nadal było duszno i ciepło. Idąc już w ciemnościach mieliśmy nadzieję, że w końcu nasza wspinaczka z ciężkimi plecakami po całym dniu będzie uwieńczona jakimś sukcesem. Marzyliśmy o dojściu do autostrady A-8.

 

Jednak, kiedy kończyło się jedno malutkie osiedle, zaczynało się drugie. Podobne do siebie. Wille bogaczy z pięknymi basenami i wjazdami na posesje. Mieliśmy powoli dość tego marszu. No ale nie było szans nawet się zatrzymać. Droga z chodnikiem ogrodzona skałą a z drugiej strony balustrada. Sytuacja nie była wesoła.

 

Idąc tak dalej, znaleźliśmy wreszcie jakąś zatoczkę z ławeczką. Na pewno trzeba odpocząć i raczej ta ławeczka będzie naszym noclegiem – pomyśleliśmy. Ale dojrzałem, że za ławeczką jest płot, który ogradzał czyjąś posesję, a konkretnie korty tenisowe na niej umiejscowione. Fajnie by było, ale płot był konkretny, zresztą to czyjaś willa. Zaczęliśmy więc szykować się do spania na ławeczce.

 

Jednak tak mi chodziło po głowie to miejsce za płotem, że udało mi się znaleźć dziurę w płocie, która umożliwiła nam bezkolizyjne wejście na teren owej posesji. Ryzykowaliśmy sporo, ale nie było za dużego wyboru. Rozłożyliśmy plecaki przy płocie. Zjedliśmy coś i rozłożyliśmy karimaty i śpiwory na płaskim terenie koło kortów.

 

Ciężko było zasnąć, bo dobiegała nas głośna muzyka z miasta i było cholernie gorąco. Przygotowałem sobie dres żeby się w niego ubrać, ale chyba bym zwariował. Nad głowami mieliśmy gwieździste niebo i była to nasza pierwsza noc pod gołym niebem. Dźwięki dyskoteki oraz strzępki rozmów, które dochodziły do nas zza płotu nie dawały nam komfortu spania, ale i tak przespaliśmy tę upalną noc w niezłych warunkach. Lepszych niż się spodziewaliśmy.

 

Dzień 17: Barreme – Monte Carlo 145km.

 

 

 

 

Dzień 18 – 18 sierpnia 1996 – niedziela

 

             KLIMATYZOWANE BMW

 

Wstaliśmy koło 7.00 bo obudził nas gość, który sprzątał ulicę. Zwinęliśmy się bardzo szybko, ale nie obyło się bez wpadki. Jakaś babka nas zobaczyła. Długo się nam przyglądała, ale nie podniosła alarmu.

 

Wyszliśmy na drogę, przeszliśmy kawałek i zaczęliśmy zatrzymywać. W dole rozpościerał się śliczny widok na Monako i błękitne morze. Słońce jeszcze nie wstało, więc było bardzo przyjemnie. Ale z drugiej strony, ruch był zerowy. Ciągle tylko przemykali kolarze i biegacze, którzy trenowali zaciekle przed nastaniem upału.

 

Kiedy słońce zaczęło dawać znać o sobie, podążyliśmy dalej w poszukiwaniu zacienionego miejsca. Wówczas natknęliśmy się na sklep. Tam kupiliśmy sok i chleb i poszliśmy dalej. Zgodnie ze znakami znaleźliśmy ciekawe miejsce na moście. Staliśmy tam dość długo. Ruch się zrobił większy, ale nikt nie reagował.

 

Nagle z przeciwnej strony nadjechał motocyklista. Miejscowy. Zaczął coś po francusku nawijać, ale zorientował się, że nic nie kumam, więc się pyta: "English, Italiano?" Odpowiedziałem "English" no to on zaczął gadać po włosku... Za chwilę się zorientował, że mówi po włosku, więc przeszedł na angielski. Stwierdził, że to złe miejsce, bo droga prowadzi do Menton i jest to zwykła droga a nie autostrada.

 

Pokazał nam więc prawidłowy wyjazd na autostradę i poszliśmy w tym kierunku. Upał był już okropny, a my musieliśmy iść pod górę z tymi ciężkimi plecakami. Znaleźliśmy znów nowe miejsce i rozpoczęło się ponowne czekanie. Bardzo dużo jeździło samochodów, ale głównie kabriolety albo limuzyny pełne bogatych miejscowych. Nikt nie reagował, mimo, że zmieniliśmy napis z Genui na A-8 bo po prostu chcieliśmy wyjechać z Monako na autostradę. Ledwie 3km a nikt nie chciał tego zrobić.

 

Upał, pot, nerwy i łapanie po 20min, bo więcej nie da się wytrzymać. W sumie staliśmy 6 godzin! Bowiem dopiero po 13.00 zlitował się nad nami miejscowy bogacz, który zatrzymał się nowiuteńką i błyszczącą beemką. W środku skóra i klimatyzacja. Idealny angielski. Pochwalił się, że był w Polsce na targach w Poznaniu i w ogóle bardzo miły człowiek.

 

Wypytywał się o wrażenia z Monako i sam z własnej woli zaproponował podwiezienie nie do autostrady, ale na granicę włoską. Dla niego ta podróż miała charakter przejażdżki, bo takim wozem zajęło mu to chwilkę. Zdążył nam pokazać swoje ulubione miejsce na trasie, kiedy autostrada raz biegnie w tunelu, raz na moście. Pięknie.

 

Rzeczywiście zawiózł nas na granicę. Ale to żadna granica, po prostu kolejna bramka na autostradzie gdzie kupuje się bilet. Żadnego człowieka. Przeszliśmy więc sobie te bramkę i stanęliśmy pod drzewem.

 

Po jakichś 15min podjechał stalowy volvo combi. Włoch biegle mówiący po angielsku oznajmił, że jedzie w kierunku Genui, ale 15km od Genui odbija na... Mediolan. Toż to nasza trasa. Strasznie nam przypasował. Wskoczyliśmy do wozu i jazda. Przez całą drogę rozmawialiśmy na różne tematy. Głównie interesowała go polityka i ekonomia ale nie obyło się bez piłki nożnej. Jechał bardzo szybko, a że dodatkowo non-stop rozmawialiśmy, więc szybko byliśmy w okolicach Mediolanu.

 

W czasie jazdy rozpatrywaliśmy wspólnie kilka wariantów naszej podróży i stanęło na tym, że rezygnujemy z Mediolanu na rzecz Werony. Facet polecał Weronę jako dużo bardziej atrakcyjną od Mediolanu i wysadził nas na bramce w Piacenzy. Stąd jest 50km do Brescii, a z Brescii 74 do Werony. Byliśmy wyjątkowo zadowoleni, więc przeszliśmy sobie bramkę i usiedliśmy sobie w cieniu żeby coś zjeść. Siedzimy sobie spokojnie, poszliśmy do WC i już zacząłem się rozglądać za noclegiem gdyż pozycję mamy doskonałą.

 

Niestety sprawy miały już wkrótce przyjąć gorszy obrót. Podjechali bowiem do nas carabinieri i jeden z nich, łamaną angielszczyzną tłumaczy mi, że nie wolno nam tu łapać. Próbowałem mu wytłumaczyć, że zawsze tak robimy, ale uparł się, że nie wolno i kazał nam cofnąć się 2km na normalną drogę. Nie za bardzo wiedziałem gdzie ta droga. Wskazywał coś na wiadukt, ale on był ogrodzony drutem kolczastym, mówił żeby się cofnąć, ale dokąd? Tą samą autostradą, którą przyjechaliśmy?

 

No ale nie było wyjścia i musieliśmy się cofnąć i poszukać tej drogi. Strasznie oboje byliśmy wściekli, bo tyle się dzisiaj nanosiliśmy tych plecaków, taką super pozycję wyjściową mieliśmy, a ten baran nas pogonił. Prawie, że się popłakaliśmy ze zdenerwowania, ale nie było wyjścia i trzeba było iść w tym upale. Niestety nie za bardzo widać tej drogi, 600m, 1km, 1.5km i nic się nie dzieje. Ciągle autostrada. Wreszcie dojrzałem wiadukt. To pewnie musi być ten zjazd. Doszliśmy do niego i tam się już kompletnie załamałem. Przeszliśmy ze 3km i to wcale nie jest żaden zjazd tylko jakaś zwykła wiejska droga. Ale którędy do Brescii? W dodatku nie ma tam wejścia, bo znów dokładnie wszystko ogrodzone.

 

Co on pieprzy o jakiejś drodze?! Wściekłem się maksymalnie, słałem bluzgi na wszystkie strony. Byliśmy w beznadziejnej sytuacji. Agnieszka wycieńczona upałem i ciężarem plecaka siadła tyłem do autostrady, po której mknęły z ogromną prędkością samochody. Zbliżała się noc, a tu w pobliżu żadnego nawet krzaka. Wszystko ogrodzone drutem kolczastym. Naprawdę nie wiedziałem co robić.

 

No i zacząłem machać. To idiotyczne zważywszy, że samochody pędziły tam blisko 200km/h, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy. Machałem tak przez... 5 minut. Ze 200m dalej zatrzymał się biały renault. Pobiegłem co tchu. W środku siedział jeden człowiek. Murzyn. Spytałem czy jedzie do Brescii i poprosiłem go o złamanie kolejnego przepisu i aby wycofał po nasze graty. Aż dziw brał, że facet się zgodził nas zabrać. Byliśmy uratowani, kiedy siedzieliśmy u niego w wozie z naszymi plecakami.

 

Opowiedziałem mu historię, która nas zmusiła do tak desperackiego kroku, a on też użył kilku epitetów pod adresem włoskiej policji. Szybko dojechaliśmy do skrzyżowania na drogę do Werony i do centrum Brescii. Było już bardzo późno, szarówka. Niestety znów nie było ani krzaka ani drzew. W takim razie, zachęceni udaną zeszłą nocą spędzoną pod gołym niebem, zdecydowaliśmy się na kolejną taką noc. Tym razem w rowie koło autostrady. Krzywo, głośno i niezdrowo, ale nie było wyjścia.

 

W nocy spotkała nas niespodzianka, bo pokropiło trochę i musiałem szybko wyciągać tropik z namiotu, którym się przykryliśmy, a nasze plecaki okryliśmy folią. Tak dotrwaliśmy do ranka, choć wiedzieliśmy, że nie była to nasza najlepsza noc.

 

Dzień 18: Monte Carlo – Brescia 390km.

 

 

 

 

Dzień 19 – 19 sierpnia 1996 – poniedziałek

 

             DAWID SPOTYKA DAVIDE

 

Zwinęliśmy się wcześnie i podążyliśmy w kierunku Werony sądząc, że niedaleko od naszego legowiska będzie jakaś bramka. Niestety nie było. A więc znów mieliśmy problem. Wróciliśmy na stare miejsce, ale łapanie na autostradzie udaje się chyba tylko w krytycznych sytuacjach.

 

Przez godzinę łapałem na autostradzie, ale nic z tego nie wyszło. Wdrapałem się więc na wiadukt i ujrzałem oszałamiający widok – skrzyżowanie autostrad. Jedna w drugą, potem dwie odnogi, które łączą się z tą z przeciwka, a potem idą równolegle żeby złączyć się z tamtą, co szła pod nią. No i jak się tu połapać?

 

Odszukałem jednak tę, co leciała na Weronę i trzeba było iść tylko do początku wjazdu na nią. Zabrałem więc Agnieszkę i poszliśmy pod prąd. Nie uszliśmy jednak więcej niż 200m i już usłyszeliśmy sygnał policji. Na szczęście byli pod nami, więc w tym gąszczu dróg musieli objechać całość żeby nas zgarnąć. Czekaliśmy na nich może z 10min, ale że się nie pokazali, więc przeszliśmy przez wszystkie barierki i szliśmy dalej.

 

Po kolejnych 10min doszliśmy do wjazdu na autostradę, czyli do bramki gdzie się płaci. Ustawiliśmy się i zaczęliśmy łapanie. Dużo samochodów, ale jest to rozjazd na 5 tras! Trudno rozróżnić, kto gdzie jedzie. Chwilę później pojawiło się dwóch Anglików, którzy jechali na szczęście do Mediolanu. Jeden chwalił się, ze był w Krakowie.

 

Po 2 godzinach stania w strasznym upale, Agnieszka dorwała młodego Włocha, który jechał do Werony. Zapakowaliśmy się do jego czerwonego rovera i pomknęliśmy do miasta. Jakieś 20km od Werony, zjechał z autostrady, aby pokazać nam jeziorko. Trochę dukał po angielsku, ale jak to Włoch, nadrabiał uporem i chęcią przekazania czegokolwiek. Pytał gdzie chcemy jechać do Werony. Najpierw poprosiliśmy o podwiezienie do supermarketu, bo trzeba było zrobić zakupy. Zrezygnowaliśmy z dalszego oglądania jeziora i podjechaliśmy pod najtańszy supermarket w Weronie.

 

Niespodziewanie sam z własnej woli zaproponował wspólne robienie zakupów, potem oprowadzenie po Weronie i na koniec zawiezienie na autostradę do Bolzano. Trochę (!) mnie zaskoczył taką propozycją i na początku nie dowierzałem mu ale kiedy zostawiliśmy plecaki w jego samochodzie i poszliśmy robić zakupy, przekonywałem się coraz bardziej.

 

W sklepie służył radą (woda mineralna gazowana czy niegazowana) i tłumaczył, co ekspedientka miała do powiedzenia na temat rodzajów chleba. Zrobiliśmy szybko zakupy i wróciliśmy do samochodu. No i rzeczywiście zawiózł nas do centrum Werony, zaparkował i zaczął nas oprowadzać po mieście. Trzeba przyznać, że dobrze zna swoje miasto, bo zawiózł nas w te miejsca, w których każdy turysta powinien się znaleźć. No ale jako prawdziwy Włoch zaczął od... stadionu Werony. Potem oglądaliśmy najważniejsze obiekty miasta. http://www.verona.com/en/ Oczywiście widzieliśmy Arenę z I wieku. Pierwotnie ten trzeci pod względem wielkości amfiteatr rzymski miał wymiary 152 na 123 m, ale coś się tam zawaliło podczas trzęsienia ziemi. Inne stare budowle i kościoły też widzieliśmy.

 

 

Davide – bo tak się nam przedstawił - cały czas opowiadał, to, co wiedział na temat miasta. Wywiózł nas na punkt widokowy, aby pokazać panoramę miasta.

 

 

Nie obyło się bez spotkania z szekspirowską Julią na Via Cappello, ulicy nazwanej od rodu, który Szekspir uwiecznił jako Kapuletich. Po lewej stronie, pod numerem 23, stoi Casa di Giulietta (dom Julii). Choć rody Kapuletich i Montekich istniały naprawdę, Romeo i Julia są postaciami całkowicie zmyślonymi. Tam zaczepił nas jakiś obdarciuch, którego on pogonił. Wyjaśnił, że nie daje pieniędzy żebrakom, choć chętnie im coś kupi. Zaproponował nam kawę (czyżbyśmy wyglądali na żebraków...?) bo on bardzo jej potrzebował. Agnieszka oczywiście się skusiła.

 

Byliśmy we wszystkich miejscach Werony. Zaoszczędziliśmy czasu, pieniędzy i mieliśmy bardzo przyjemną wycieczkę. Na koniec, tak jak obiecywał, zawiózł nas na wylotówkę, a tam wymieniliśmy adresy i zrobiliśmy sobie mały piknik. Mogliśmy stać, bo widać było dokładnie znak autostrady. Staliśmy ze dwie godziny, ale nic z tego nie wyszło. Zdecydowaliśmy się, że nocujemy. Miejsce nie było najlepsze, ale nic innego nie udało się nam znaleźć.

 

Namiot rozłożyliśmy tuż za parkingiem dla TIRów, obok rzeki. Byliśmy osłonięci tylko z jednej strony i leżeliśmy głowami w dół. No ale było to jedyne sensowne miejsce. Obawialiśmy się policji, ale kiedy zapadły ciemności, przestaliśmy się przejmować wszelkimi odgłosami. Byliśmy zmęczeni zwiedzaniem Werony, bo w tym upale i o głodzie zmęczenie bardzo daje znać o sobie. Przed nami nerwowa noc. Za zimna żeby zrezygnować z namiotu.

 

Dzień 19: Brescia – Verona 70km.

 

 

 

 

Dzień 20 – 20 sierpnia 1996 – wtorek

 

                 W SERCU ALP

 

Rankiem szybko się zebraliśmy. Nikt nam nie przeszkodził i już za chwilkę byliśmy gotowi, aby jechać. Przenieśliśmy się kawałek dalej i zaczęło się stanie.

 

Najpierw ja stałem przez godzinę, ale nic nie wskórałem. Siadłem więc zmęczony staniem i służbę rozpoczęła Agnieszka. Po 15 minutach krzyczy żebym wstawał. Nawet nie zauważyłem, kiedy zatrzymał się jakiś facet. Jechał w naszym kierunku, ale nie do Bolzano. Do Trento, które jest oddalone od Werony o 90km na północ. Wsiedliśmy więc i ostro autostradą na północ. Mało rozmawialiśmy, bo on tylko po niemiecku. Pod koniec podróży ostrzegł nas, że w Trento panuje mały ruch i że będziemy mieli w związku z tym kłopoty żeby coś złapać.

 

Wysadził nas na głównej bramce wyjazdowej z centrum. Ustawiliśmy się i zaczęliśmy łapanie. Po chwili z TIRa wysiadły dwie autostopowiczki. Ustawiły się co prawda za nami, ale z oczywistych względów miały lepsze branie. Szczególnie tirowcy chętnie się zatrzymywali, aby sprawdzić dokąd dziewczyny jadą i już wkrótce jeden z nich zabrał je, mimo że i my jechaliśmy w tym samym kierunku.

 

Nam też zatrzymały się dwa, ale oboje proponowali Weronę. Czas mijał, upał się zrobił większy a tu nic. Po godzinie musieliśmy chodzić się moczyć, bo upał stawał się nie do zniesienia. A zatrzymywać nie za bardzo się chcieli. Druga godzina też bardzo się dłużyła, pomimo, że sporo aut jechało na granicę. Do Bolzano mamy ok. 50km a do Brennero na granicy z Austrią ok. 150km.

 

Rozpoczęła się najbardziej męcząca godzina. Upał maksymalny i doszły do tego nerwy, że nikt nie chce się zatrzymać. Nie mamy tu nawet skrawka cienia. No i minęła i ta trzecia godzina i dopiero teraz podjechał nasz zbawca. Elegancki wozik i pan w nim, który jedzie do Brennero. Załadowaliśmy się zadowoleni i w drogę. Piękna droga, zbliżamy się do Alp z prędkością 180km/h, troszkę nawet pan mówi po angielsku, ale zdecydowanie lepiej radzi sobie po niemiecku.

 

Niestety trochę nas oszukał, bo wcale nie jechał do samego Brennero tylko gdzieś tam skręcał po drodze. Minęliśmy Bolzano i wg jego słów zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej ok. 30km przed granicą. Tutaj dałem ciała, bo nie zrozumiałem, o co mu chodziło, a facet chciał mi postawić piwo... No cóż moja wina, ale i tak dobrze, że wyrwaliśmy się z tego piekiełka.

 

Na stacji ujrzeliśmy wszędobylskich włoskich policjantów. Mieliśmy z nimi już przecież zatargi, więc grzecznie ominęliśmy ich i ustawiliśmy się przy wyjeździe ze stacji. Agnieszka poszła wydać resztki lirów i kupiła jabłka. Staliśmy tak ze 40min i nic nie złapaliśmy. Znów ciężka sytuacja się zapowiadała.

 

Sytuacja diametralnie się pogorszyła, kiedy z wizytą do nas podjechali gliniarze. "Paszporty!" – krzyknął jeden z nich i rzucił je na szybę, kiedy dostał oba. Spytał, po jakiemu umiemy mówić, ale nie znaleźliśmy wspólnego języka, więc kazał nam się zabierać i iść za nimi. Oni sobie jechali a my dreptaliśmy za nimi z ciężkimi plecakami i takim sposobem wyjechaliśmy za stację. Tam oddał paszporty i rzucił na koniec: "Autostop autobahn verboten! Normal straße! Autobahn nicht! Ciao!" i pokazał nam w dole zwykłą drogę do Brennero.

 

Zeszliśmy w dół i pytając się jeszcze miejscowego gdzie trzeba iść wyszliśmy na trasę. Nie zdążyłem zapiąć plecaka żeby schować mapę, kiedy Agnieszka złapała forda kombi. Mówiący po angielsku Włoch zgodził się nas podwieźć bliżej. Okazało się, że jesteśmy 50km od granicy. Zaproponował lepsze miejsce do stania, a mianowicie tam gdzie płaci się za przejazd autostradą. Bo okazało się, że autostrada, z której nas przepędzili kończy się 15km przed granicą i dalej jest już zwykła droga.

 

Zawiózł nas tam, ale trochę zdygaliśmy tych gliniarzy i pozostaliśmy na tej zwykłej drodze. Godzina to było wszystko, co staliśmy tam. Zatrzymała się para z Niemiec. Nie tylko, że jechali na granicę, ale do samego Innsbrucku. Więc super się nam ułożyło, bo w dodatku byli bez bagażu.

 

Do granicy dojechaliśmy szybko. Na granicy żadnych kontroli i później droga z zakrętasami, pod najwyższym mostem w Europie (150m) wg tego Niemca, prosto do Innsbrucku. Wkrótce ukazała się ładna panorama tego malutkiego miasteczka. http://www.innsbruck-tourismus.com/ Kiedy wybiła 18.00 byliśmy w samym centrum miasta. Niemcy chcieli nas zawieźć na kemping albo schronisko, ale my mamy swoje sposoby na nocowanie.

 

Ale najpierw udaliśmy się do parku na kolację. Coś tam wszamaliśmy, a potem zgodnie z planem kierowaliśmy się za rzekę gdzie kończą się osady ludzkie. Po 20min byliśmy tam, ale zapomnieliśmy o jednej ważnej rzeczy. Innsbruck leży w samym sercu Alp i tam gdzie kończyły się osady ludzkie zaczęły się góry.

 

Znaleźliśmy kościół i kawałek placu no ale tam ten plac był pokryty... grobami. Trochę nie wypada. Wybór padł na pobliski park umiejscowiony między kościołem, a domem prywatnym, który posiada niezły kawałek płaskiego, trawiastego terenu. Och, marzenie tam się rozbić.

 

Myśleliśmy, myśleliśmy a i tak oboje myśleliśmy o tym samym. Jakoś tak ten teren nam się spodobał. No ale Agnieszka stanęła na wysokości zadania i jako mówiąca po niemiecku zdecydowała się pójść spróbować coś załatwić.

 

Nie było jej długo, ale kiedy wróciła przyniosła znakomite wieści. Możemy się rozbić. Trochę nakłamała, że nie mamy kasy i wracamy z wakacji. Agnieszka nawet zapewniała, że nie będziemy głośno (loud), bo tak go zrozumiała, choć facet mówił, że rozbijanie na dziko nie jest dozwolone (allowed). Okazało się bowiem, że małżeństwo Austriaków nieźle mówiło po angielsku.

 

Rozbiliśmy się szybko i kiedy byliśmy umyci i już gotowi do spania, przyszli do nas owi Austriacy i... przynieśli nam kolację. Bułki, warzywa, salami i litr wina. Wystawili stół, dwa krzesła i poszli sobie. Zjedliśmy sobie to naturalnie, wypiliśmy pół wina (drugą połówkę przelaliśmy do naszej butelki na potem) i poszliśmy grzecznie spać. Noc spokojna psychicznie i wygodna.

 

Dzień 20: Verona – Innsbruck 272km.

 

 

 

 

Dzień 21 – 21 sierpnia 1996 – środa

 

        TRANZYTEM PRZEZ AUSTRIĘ

 

Obudziły nas dzwony pobliskiego kościoła. Zaczęły dzwonić już o 6.00. My spakowani i gotowi byliśmy o 8.30. Chcieliśmy być grzeczni i kulturalni, więc poszliśmy się pożegnać, ale nie wyszło chyba dobrze, bo otworzyła nam zaspana właścicielka. Wzięliśmy jeszcze od niej adres, po czym wróciliśmy tą samą trasą do centrum. Tam zrobiliśmy drobne zakupy i zabraliśmy się za zwiedzanie miasta.

 

Pstrykaliśmy zdjęcia i spacerowaliśmy (niestety z plecakami) po Starym Mieście. Wypadało rozpocząć od barokowych fasad kamienic wzdłuż Herzog Friedrich Strasse. Większość budynków zbudowano w XV i XVI w. W tle wznosiły się imponujące szczyty gór Nordkette. Innsbruck jest malutki, więc nie zajęło nam to dużo czasu. Widzieliśmy złoty dach, a to chyba najważniejsze w tym mieście. Goldenes Dachl (Złoty Dach) zwieńczony 2657 pozłacanymi miedzianymi dachówkami przypomina lożę o bogatej gotyckiej dekoracji rzeźbiarskiej.

 

 

Kiedy już całkowicie się uwinęliśmy z miastem, ruszyliśmy w kierunku autostrady na Salzburg. Po drodze spotkaliśmy 4 grupy autostopowiczów. Jedni na przodzie do Salzburga, więc tych wyminęliśmy, potem 2 dziewczyny, które zaczepiały kierowców na stacji, potem my, dwóch innych, którzy szli równo z nami, ale szybko wymiękli i jeszcze daleko za znakiem jakiś roznegliżowany gość, który rozpaczliwie łapał pojazdy na środku drogi.

 

Tutaj też są upały, o czym przekonałem się po 45 minutach stania. Właśnie zamierzałem się przebrać i zacząłem rozpinać plecak, kiedy zza stacji (prawdopodobnie z Mc Drive’a) wyjechał vw bus i młoda babka spytała gdzie chcemy jechać. Dogadaliśmy się, co do Salzburga, wpakowaliśmy się do tego busa i w drogę. W czasie wejścia, połamałem okulary Agnieszce. Była bardzo niepocieszona z tego powodu...

 

Z przodu siedział młody koleś i jak potem wyszło na jaw, też autostopowicz. Wysadziła go na autostradzie, gdzie dalej pieszo doszedł już sobie do domu. W trakcie rozmowy wyszło na jaw, że nasza pani jedzie do Freistadt, które leży 17km od granicy czeskiej!!! Nad decyzją czy omijamy zaplanowane w naszym grafiku Salzburg i Linz, nie zastanawialiśmy się długo. Takiej okazji możemy długo nie mieć. Trzeba koniecznie jechać z tą kobietą.

 

Autostrada z Innsbrucka przechodzi przez Niemcy, ale na granicy nawet się nie zatrzymywaliśmy. Minęliśmy Salzburg, a potem Linz. Siedzieliśmy sobie z tyłu wygodnie, oglądaliśmy widokówki, mapę i cieszyliśmy się, że tak szybko zbliżaliśmy się do domu. Mijają godziny, kilometry, kończy się autostrada. Wreszcie dojeżdżamy do Freistadt. Naturalnie nasz kierowca dobrze wiedział, że trzeba nas wysadzić za miastem i tak się właśnie stało.

 

Zrobiliśmy ogromny kawał drogi, jechaliśmy pół dnia, bo wysiedliśmy o 17.00 i zaledwie 17 km od granicy czeskiej. Trzeba było coś zjeść, więc siedliśmy sobie na polance przy trasie i jemy. Przejeżdżają różne samochody, a wśród nich policyjny radiowóz. Przyglądali się nam dość długo, ale pojechali. My dalej sobie jedliśmy. No ale jednak coś im nie pasowało, bo zaraz zawrócili i przyszli do nas. Kolejna kontrola. Obejrzeli paszporty, spytali gdzie jedziemy, zobaczyli nasze legitymacje studenckie włożone za okładkę paszportu i poszli sobie.

 

My dokończyliśmy obiadokolację i poszedłem wyrzucić śmieci do kubła na przystanku. Gdy wróciłem wszystko było gotowe do dalszej drogi i wtedy spoglądając na zegarek, wypowiedziałem słowa: "No! Za 5" (17.55), które miały oznaczać rozpoczęcie łapania kolejnego stopa. Kiedy to powiedziałem, wystawiłem rękę i 10m dalej zatrzymał się jakiś Czech. Był to najszybszy stop jakiego złapaliśmy.

 

Facet był małomówny, ale miał jakieś chody, bo ominęła go kontrola i austriacka i czeska. Zajechał gdzieś od tyłu, jakaś inna bramka, bez żadnych paszportów. Nam też to pasowało oczywiście. Wysadził nas 25km od Ceskych Budejovic. Tam też nastąpił koniec naszej dzisiejszej podróży. Byliśmy w Czechach. Z noclegiem żadnych problemów – obok mieliśmy piękny las. Tam rozbiliśmy namiot z nadzieją, że będzie to ostatnia noc w namiocie. Do Polski zostało nam troszkę ponad 300km. Jutro od rana łapiemy.

 

Dzień 21: Innsbruck – Kaplice 381km.

 

 

 

 

Dzień 22 – 22 sierpnia 1996 – czwartek

 

               WALKA Z CZASEM

 

Oczywiście wstaliśmy wcześnie podnieceni możliwością dotarcia dziś jeszcze do domu. Podczas składania namiotu natknął się na nas jakiś Czech. Na szczęście był miło nastawiony, bo pytał się czy zmarzliśmy i czym jeździmy. Dał nam spokój szybko.

 

A my tymczasem na drogę i w drogę. Po godzinie stania czułem, że powtórzy się czeski scenariusz z dwudniowym staniem sprzed 3 tygodni. Ale mniej więcej po 1.5 godzinie, Agnieszka złapała miejscowego, który fordem transitem zawiózł nas do Budejovic. Wysadził nas w dobrym punkcie. Przeszliśmy kawałek i próbowaliśmy wycisnąć ostatnie poty z naszych mazaków. Udało się nam wykaligrafować napis "Prah" i ja na chwileczkę skoczyłem do lasku. Kiedy za mniej więcej 30 sekund wróciłem, Agnieszka już rozmawiała z kierowcą ciężarówki, który jechał do Pragi.

 

Załadowaliśmy plecaki i choć wolno jechał ten samochód, to jednak przybliżaliśmy się do Polski. Naturalnie mogliśmy wybrać inną trasę, przez Pardubice, ale doszedłem do wniosku, że do Pragi będzie łatwiej złapać stopa. I całe szczęście, że tak postanowiłem, bo sprawa miała dalsze konsekwencje. Nie tylko to, że szybko go złapaliśmy, ale w trakcie jazdy facet się nam przyznał, że potem z Pragi jedzie do... Nachodu. A Nachod to miasto na granicy z Polską!!! Tuż obok Kudowy!

 

Większego szczęścia nie mogliśmy mieć. Jeden malutki problem to to, że musi wyładować coś w Pradze i załadować coś innego. Potrzeba więc czasu, ale mamy zapewnione, że dziś dojedziemy do Polski. Wchodzimy w ten układ. A on nie widzi "problema".

 

No to najpierw do składu celnego w Pradze. Wyładował, my czekamy, jakieś papierki podpisywał, zeszło mu trochę oczywiście. Potem znów gdzieś na obrzeża Pragi, po dziurawych drogach do jakiejś hurtowni po części do kanalizacji. Tam schodzi jeszcze dłużej, my sobie robimy coś jeść w końcu się pakujemy i znów w drogę. Oczywiście od Pragi jedziemy tą samą drogą, co 3 tygodnie temu.

 

Złapał nas korek, wcześniej pan kierowca zgłodniał, więc poszedł się posilić. W końcu w Hradcu znów odbił do miasta, do kolejnej hurtowni. Tam rozładunek. I wreszcie już tylko prosto do Nachodu. W mieście poprosiliśmy go jeszcze żeby zawiózł nas na granicę. Zgodził się. Była 18.00 więc spędziliśmy z nim 7 godzin, mało mówiąc, ale przejeżdżając 300km.

 

Wreszcie w Polsce. Niestety nie mieliśmy polskich pieniędzy (w Czechach nie wydaliśmy ani korony, bo i tak nie mieliśmy gdzie, a ich samych też nie mieliśmy). Musieliśmy więc wymienić szylingi, które nam zostały. Wyszło ponad 30zł i idziemy do Kudowy. Ale Agnieszce nie chciało się iść tak daleko, więc proponuje abyśmy złapali coś. No i po 2 minutach, miejscowy żółtym fiatem 127 zatrzymał się. Nie miał ochoty, co prawda, bo kiwał, że miejscowy, ale ja nie ustępowałem i w końcu się zatrzymał.

 

Poprosiłem na dworzec. Ruszył jak szalony. Zostawił nas w samochodzie i sam pobiegł sprawdzić rozkład. "10 minut temu odjechał, ale go dogonimy" – rzucił. Niesamowite, że tak mu się chce gonić ten pociąg. No ale dla nas to super, bo to pociąg do Wrocławia. No to gazu... Szedł jak przecinak po tych górach i wpadł wreszcie na dworzec w Dusznikach. Pociąg stoi na peronie. Jak się okazało, odjazd ma dopiero za 40 minut. Byliśmy bardzo wdzięczni miejscowemu, który tak nabijał się z turystów, którzy nie potrafią jeździć po górach, szczególnie w zimie.

 

Dzień 22: Kaplice – Duszniki Zdrój 356km.

 

Korzystając z okazji, sprawdziliśmy połączenia i mamy: we Wrocławiu 22.22, do Lublińca 23.32 i w Lublińcu 1.24. Kupiliśmy bilety za 18.06zł i weszliśmy do pociągu. Jedzonko, a potem mnóstwo ludzi z plecakami, bo to pociąg do Gdyni przez Wrocław. Nasz przedział też pełny. Młodzież gra w karty. Bezzębny konduktor wytłumaczył mi zasady korzystania z międzynarodowej legitymacji studenckiej, którą mu pokazałem. No ale oczywiście mieliśmy nasze polskie studenckie.

 

We Wrocławiu przesiadka, ale musieliśmy godzinę poczekać. Na peronie dyżurny ruchu nie był zbytnio zorientowany gdzie będzie nasz pociąg. Wreszcie jedziemy, choć całą drogę stoimy, bo tłok straszliwy. W Lublińcu jesteśmy o 1.30 ale w domu u mnie niestety nikogo nie ma. Bardzo mnie to zdziwiło i zaniepokoiło. Poszliśmy zadzwonić, ale nic z tego. Nikt nie odbiera, dom jest pusty. Facet z poczty oferuje nocleg, ale rezygnujemy. Kolejny raz próbuję dzwonić domofonem, ale nadal nic z tego. Strasznie dziwne to. Jesteśmy zmuszeni rozbić się przed blokiem. To zakrawa na skandal, bo mieliśmy nadzieję po takiej podróży i takim dniu wyspać się wreszcie w łóżkach. Ale wyszło inaczej. Kładziemy się o 2.30.

 

Dopiero rano sytuacja się wyjaśniła. Moja mama po prostu nas nie słyszała. Zaspała. Sama też była zdziwiona, ale szczęśliwa, że wreszcie daliśmy znak życia. Wszystko więc skończyło się dobrze...

 

 

 

ŹRÓDŁA: Wszelkie profesjonalne opisy zabytków i miejsc zostały skopiowane z poniższych stron:  www.wikipedia.org oraz www.przewodnik.onet.pl .Mapy pobrano ze strony www.viamichelin.com

 

 

1652km.

1419km.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

AUTOSTOP '96

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KM

Czas oczekiwania (h:min)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

POLSKA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1.

Kudowa Zdrój - Nachod

 

 

4

0:15

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZECHY:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

2.

Nachod - Hradec Kralove

 

 

34

1:00

 

 

 

 

3.

Hradec Kralove - Praha

 

 

97

0:20

 

 

 

 

4.

Praha - Benesovice

 

 

 

122

0:20

 

 

 

 

5.

Benesovice - Rozvadov

 

 

26

11:00

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

NIEMCY:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

6.

Rozvadov - Regensburg

 

 

94

0:20

 

 

 

 

7.

Regensburg - Munchen

 

 

110

0:10

 

 

 

 

8.

Munchen - Landsberg

 

 

54

0:18

 

 

 

 

9.

Landsberg - Lindau

 

 

 

121

0:40

 

 

 

 

10.

Lindau - Pfander

 

 

 

3

0:15

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

AUSTRIA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

11.

Pfander - Lauterach

 

 

 

10

0:02

 

 

 

 

12.

Lauterach - Lauterach

 

 

1

0:15

 

 

 

 

13.

Lauterach - Feldkirch

 

 

36

0:15

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

LIECHTENSTEIN:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

BUS

Feldkirch - Vaduz

 

 

 

21

 

 

 

 

 

BUS

Vaduz - Sargans

 

 

 

20

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

SZWAJCARIA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

14.

Sargans - Sargans

 

 

 

3

0:20

 

 

 

 

15.

Sargans - Zurich

 

 

 

119

3:00

 

 

 

 

16.

Zurich - Luzern

 

 

 

55

1:00

 

 

 

 

17.

Luzern - Langnau

 

 

 

62

2:00

 

 

 

 

18.

Langnau - Grosshochstetten

 

 

14

1:20

 

 

 

 

19.

Grosshochstetten - Bern

 

 

17

0:15

 

 

 

 

20.

Bern - Fribourg

 

 

 

31

0:05

 

 

 

 

21.

Fribourg - Lousanne

 

 

82

0:03

 

 

 

 

22.

Lousanne - Geneve

 

 

 

44

0:10

 

 

 

 

BUS

Geneve - St.Julien

 

 

 

10

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

FRANCJA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

23.

St.Julien - Annecy

 

 

 

31

0:05

 

 

 

 

24.

Annecy - Domene

 

 

 

80

0:20

 

 

 

 

25.

Domene - Grenoble

 

 

 

20

0:10

 

 

 

 

26.

Grenoble - Sisteron

 

 

 

133

1:00

 

 

 

 

27.

Sisteron - Digne

 

 

 

41

2:00

 

 

 

 

28.

Digne - Barreme

 

 

 

28

0:50

 

 

 

 

29.

Barreme - Nice

 

 

 

122

0:30

 

 

 

 

POC.

Nice - Monte Carlo

 

 

 

19

 

 

 

 

 

30.

Monte Carlo - Grimaldi

 

 

20

6:00

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

WŁOCHY:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

31.

Grimaldi - Piacenza

 

 

 

359

0:20

 

 

 

 

32.

Piacenza - Brescia

 

 

 

57

0:03

 

 

 

 

33.

Brescia - Verona

 

 

 

74

3:20

 

 

 

 

34.

Verona - Trento

 

 

 

94

1:15

 

 

 

 

35.

Trento - Varna

 

 

 

86

3:00

 

 

 

 

36.

Varna - Colle Isarco

 

 

 

35

0:02

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

AUSTRIA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

37.

Colle Isarco - Innsbruck

 

 

49

1:00

 

 

 

 

38.

Innsbruck - Freistadt

 

 

373

0:45

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZECHY:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

39.

Freistadt - Kaplice

 

 

 

26

0:01

 

 

 

 

40.

Kaplice - Ceske Budejovice

 

 

25

1:30

 

 

 

 

41.

Ceske Budejovice - Nachod

 

 

279

0:01

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

POLSKA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

42.

Nachod - Duszniki Zdrój

 

 

17

0:02

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

SUMA:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

POLSKA:

 

 

 

 

 

 

21

0:17

 

 

CZECHY:

 

 

 

 

 

 

609

14:12

 

 

NIEMCY:

 

 

 

 

 

 

382

1:43

 

 

AUSTRIA:

 

 

 

 

 

 

469

2:17

 

 

LIECHTENSTEIN:

 

 

 

 

 

41

 

 

 

SZWAJCARIA:

 

 

 

 

 

 

437

8:13

 

 

FRANCJA:

 

 

 

 

 

 

494

10:55

 

 

WŁOCHY:

 

 

 

 

 

 

705

8:00

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RAZEM:

 

 

 

 

 

 

3158

45:37