Powrót
   

KENIA 2010

 

Czas: 30 stycznia 2010 – 17 lutego 2010

Miejsce: Londyn – Mombasa – Kilifi – Malindi – Marafa – Gede - Tsavo West

             - Tsavo East

Osoby: Basia Wójcik (22, Nowa Ziemia), Dawid Droń (35, Złotoryja)

Cel: Zobaczyć czarną Afrykę, wylegiwać się na plażach nad Oceanem Indyjskim, odbyć safari na sawannie, zwiedzić Mombasę, Malindi , ruiny miasta Gede i wąwóz Hell's Kitchen w Marafie.

Koszt: 4,300 PLN/os.

 

 

Dzień 1 - 30 stycznia 2010 – sobota

 

 

NAJPIERW LONDYN

 

 

Najpierw Londyn. Dlatego trzeba było dojechać na lotnisko we Wrocławiu. Ostra zima spowodowała, że długo się wahaliśmy czy jechać autobusem o 7.20 czy 9.50. Ale wieczorem sprawdziłem kamery internetowe na A4 i nawierzchnia wyglądała na całkiem dobrą i postanowiliśmy pojechać tym późniejszym. Samolot mieliśmy o 15.00 więc jakiś zapas czasu był.

 

Obfite opady śniegu zmusiły nas do jeszcze jednej kombinowanej akcji. Musiałem najpierw zawieźć Basię z bagażami na dworzec, po czym z buta wrócić do niej. Zajęło mi to ok. pół godziny ale i tak mieliśmy kilkanaście minut czekania na autobus. Był lekki mróz, sporo śniegu dookoła i powoli kolejka ludzi się ustawiała.

 

Autobus przyjechał punktualnie i na spokojnie dojechaliśmy sobie do Wrocławia. Mieliśmy jeszcze godzinkę w zapasie więc poszliśmy do KFC na coś do zjedzenia. Wystałem się w kolejce ale przynajmniej mieliśmy miejsce do siedzenia. Potem przeszliśmy na ulicę Dworcową, mijając bardzo śmieszną grupę dzieci, które ciągnęły walizki dosłownie większe od nich samych. Na Dworcowej jest przystanek, z którego odjeżdża co pół godziny autobus linii 406 na lotnisko. Bilety kupiliśmy w maszynie i to nawet dwa razy, kiedy zorientowaliśmy się, że przecież Basia może mieć ulgowy. Ten dodatkowy miał posłużyć mi na powrót.

 

Samolot opóźnił się 25 minut i jedna z naszych toreb była za ciężka choć wcześniej ważyliśmy ją i było ok. Na szczęście nie było to zbyt dużo i jakoś upchnęliśmy rzeczy w taki sposób żeby było te wymagane 15kg. Potem poszliśmy na bezcłówkę, kupiliśmy to, co zazwyczaj się kupuje i czekaliśmy cierpliwie na samolot.

 

Lot minął bez zakłóceń. Na koniec robiłem trochę za bagażowego bo chyba 5 dziewczyn prosiło mnie żebym im pomógł wyciągnąć bagaże z górnych półek. Mało tego, kiedy wyszliśmy na płytę, jedna z nich prosiła mnie o dodatkową pomoc w zabraniu jej bagażu, bo sama szła o kulach. Nie miała najmniejszych szans żeby samej sobie dać radę. Na moje pytanie czy warto było tłuc się do Londynu ze złamaną nogą, odparła: "Ferie" choć ja zrozumiałem "Premia". Tak więc upocona prawie biegła na tych kulach, a ja ciągnąłem jej torbę. Na Stansted, jest kawałek drogi dopóki się wreszcie nie dojdzie do granicy więc zajęło to nam całkiem sporo czasu.

 

Po przejściu granicy, odprowadziłem tę kulawą do miejsca gdzie już nie mogłem iść i wróciłem po odbiór bagaży. Gdy je dostaliśmy, ruszyliśmy w kierunku przystanku autobusowego, bo już w samolocie kupiliśmy bilety na Terravision, który mógł nas zawieźć na Liverpool Street. Zanim jednak autobus podjechał, wystaliśmy się w ogromnej kolejce, pełnej Włochów, którymi kierował miejscowy Włoch. Wreszcie zapakowaliśmy się do tego autobusu z tymi Włochami i ruszyliśmy w kierunku Londynu. Kierowcą okazał się oczywiście Polak.

 

Po dojechaniu do przystanku na Liverpool Street, jak zwykle trochę się pogubiliśmy bo mnóstwo tam tych przystanków. Ale odnaleźliśmy dworzec i poszedłem doładować nasze oysterki. Potem przeszliśmy na przystanek, z którego mieliśmy odjechać bezpośrednio na Brixton linią 35.

 

Z Brixton poszliśmy pieszo pod sam dom Kamili i na górze zastaliśmy dalszą część rodziny Basi. Sergie posiedzieli chwilkę, a potem Marian wyciągnął flaszkę whisky i tak przesiedzieliśmy do 2.30 wspominając głównie stare piłkarskie gwiazdy naszej ekstraklasy. Basia w tym czasie już spała na materacu rozłożonym w tym samym pokoju.

 

Dzień 1: Złotoryja - Londyn 1115km

 

 

Dzień 2 - 31 stycznia 2010 – niedziela

 

 

NA STARE ŚMIECI

 

Dzisiejszy dzień miał być przeznaczony na wizytę na Perivalu. Umówieni byliśmy z Pauliną i Tomkiem na popołudnie więc korzystając z okazji Basia z Kamilą postanowiły pojechać w swoje najulubieńsze miejsce w całym Londynie – do Primarku na Marble Arch. Kamila trochę się obawiała czy uda się przeforsować ten temat bowiem był malutki, sześcioletni problem zwany Karolinką, prawda? Trochę się podroczyłem z dziewczynami, że nie za bardzo powinny jechać ale z góry wiedziałem, że będę dziś robił za au-pair.

 

Basia wzięła ze sobą trochę funtów i pojechały do centrum. Ja zostałem z Karoliną i na początek pozwoliłem jej pograć sobie w Wii, a ja w tym czasie siedziałem sobie w internecie. Potem oboje zdecydowaliśmy, że pójdziemy na plac zabaw. Musiałem pomóc się jej ubrać i poszliśmy na ten plac. Tam trochę poszalała ale na szczęście nie utaplała się w błocie jak kilka innych dzieciaków, których rodzice na siłę ciągnęli do domu, w taki czasem sposób, że te dzieci nawet nie dosięgały nogami do ziemi a rodzice trzymali ich za jedną rękę.

 

Kiedy Basia z Kamilą wróciły, na stole zjawił się obiad a potem już byliśmy gotowi aby wyruszyć na Perivale. Dojazd oczywiście jest dość długi ale tym razem mieliśmy szczęście i łapaliśmy wszystko całkiem szybko. Kiedy dochodziliśmy na Launceston Gardens z daleka było widać już Paulinę i Tomka, którzy postanowili zabrać się za sprzątanie samochodu. Ale akurat właśnie kończyli. Posiedzieliśmy z nimi trochę, dostaliśmy mnóstwo poczty, wypiliśmy po piwku i zapowiedzieliśmy się, że znowu wpadniemy w wakacje.

 

Było już oczywiście ciemno kiedy wracaliśmy ale znów dopisało nam szczęście i szybko wszystko łapaliśmy. W domu byliśmy późnym wieczorem i załapaliśmy się jeszcze na jakiś film ale zmęczył nas i poszliśmy spać. Tym razem dostaliśmy miejsce w drugim pokoju, bo w przeciwieństwie do gospodarzy, my nie musieliśmy rano wstawać.

 

Dzień 3 - 1 lutego 2010 – poniedziałek

 

 

NOCNY LOT

 

Od samego rana musieliśmy się zająć pakowaniem. Wyczyściłem pamięć w aparacie, poprzekładałem pewne rzeczy, część zostawiłem w domu no i doczepiłem plakietki z nazwiskami i nazwą hotelu. W międzyczasie zdążyłem jeszcze naoliwić zawiasy w drzwiach do sypialni. Zostawiliśmy naszym gospodarzom flaszkę oraz listę rzeczy, które im zabraliśmy (m.in. nożyczki) po czym spakowani wyruszyliśmy z naszymi walizkami w kierunku stacji Brixton.

 

Co prawda lot mieliśmy dopiero o 20.35 ale po drodze mieliśmy jeszcze do załatwienia kilka rzeczy. Zaczęło się od Brixtonu i zepsutego bankomatu. Klikałem i klikałem w te klawisze ale za cholerę nie mogłem znaleźć klawisza z dostępem do mojej gotówki. Dopiero Basia uświadomiła mi, że w tym bankomacie po prostu skończyły się pieniądze. Dopiero w drugim wyciągnąłem kolejne £110 i udaliśmy się do jedynego kantoru na Brixtonie aby wymienić je na euro.

 

Kurs dnia był 1.16 ale w kantorze zaproponowali mi 1.12. Próbowałem negocjować ale babka nie miała ochoty na negocjacje. Wkurzyło mnie to bo przecież miałem ponad £500 do wymienienia i powinna dać mi lepszą cenę. W takim razie nie wymieniłem u niej i poszliśmy szukać innego. Niestety żadnego innego nie znaleźliśmy i sytuacja zrobiła się nieciekawa bo w banku dawali zaledwie 1.09. Ostatnią nadzieją był Fulham Broadway, na który właśnie się przemieszczaliśmy.

 

Na stacji zapytałem ochroniarza o kantor ale nie wiedział o żadnym i skierował nas do banku. Oczywiście nawet nie wchodziliśmy i tylko poszukaliśmy jakiegoś miejsca na obiad. Znaleźliśmy jakiś bar i tam mieliśmy "ucztę kurczakową" za £4.62.

 

Po konsumpcji, zostawiłem Basię z plecakami a sam poszedłem na podbój dzielnicy. Niestety ciężko było znaleźć jakikolwiek kantor w tym rejonie i już powoli przyzwyczajałem się do wizji wymiany na lotnisku po kursie 1.05. Ale znalazłem pocztę, która oferowała 1.07. Co prawda nie miałem ochoty na taki kurs ale świadomość, że jest poczta z kantorem gdzieś w pobliżu pomogła mi chwilę później. Najpierw tuż przede mną jakaś dziewczyna znalazła na chodniku £5, a potem zauważyłem na drzwiach napis: "Bureau de Change".

 

Kiedy wszedłem do środka, nie znalazłem jednak żadnego kantoru tylko jubilera. Na moje pytanie gdzie jest kantor, starszy Ciapak odparł, że u niego. Na moje pytanie o kurs, wyrzucił z siebie cenę 1.10. I wtedy z pomocą przyszła mi poczta, gdyż okłamałem go, że na poczcie jest taki właśnie kurs i musi mi dać lepszy. Podniósł się o 0.01 ale ja już cisnąłem go na chociaż 1.12, o którym nie chciał już słyszeć. Kiedy udawałem, że rezygnuję, zgodził się na 1.12 i dostałem swoje euro.

 

Basia raczej nie wierzyła w powodzenie mojej misji ale jednak się udało. Kiedy ją znalazłem, stała już na zewnątrz z naszymi gratami i czekała na mnie. Przeszliśmy na przystanek easybusa w kierunku Gatwick i mieliśmy nadzieję, że nas wezmą tę godzinę wcześniej niż mieliśmy bilet.

 

Oprócz nas były jeszcze trzy inne osoby i nie było problemu aby nas zabrać. Po godzinie jazdy, wysadził nas na północnym terminalu skąd musieliśmy się przenieść na południowy. Ostatnio skorzystaliśmy z pociągu ale tym razem jakoś nie mogliśmy go znaleźć i wsiedliśmy do autobusu, który kursuje non-stop między terminalami. Podróż trwa od 6. do 9. minut więc po chwili byliśmy już we właściwym miejscu.

 

Stanowisko odprawy linii Monarch (http://www.monarch.co.uk/),  którą mieliśmy polecieć, znajdowało się na samym początku wszystkich stanowisk i już zauważyliśmy kolejkę na nasz lot. Jak na razie stali tam sami starsi ludzie i wszyscy biali. Myślałem, że może czarni też podróżują ale jakoś wszyscy lecieli na wczasy.

 

Otwarte były trzy stanowiska. Na dwóch przyjmowali faceci, na jednym kobieta. Kiedy zbliżaliśmy się do ostatniej prostej, zauważyliśmy, że przed nami stoi grupka 4 osób i chyba mówią po polsku. Po chwili już nie mieliśmy złudzeń, że w samolocie będziemy jedynymi Polakami. Ale to był tylko początek naszego zdziwienia bowiem kiedy owa grupka Polaków dotarła do jednego z tych facetów, ucięli sobie niezłą pogawędkę. Wyszło wtedy, że jeden z tych facetów obsługujących jest też Polakiem. Bardzo długo im schodziło na rozmowie, widać było wyraźnie, że ten człowiek daje im jakieś wskazówki. W tym czasie ten drugi odprawiał pasażerów ale Basia stwierdziła, że on też jest Polakiem. Postanowiliśmy to sprawdzić i dlatego przepuściliśmy kilka osób do tej jedynej kobiety, co do której nie mieliśmy wątpliwości, że nie jest Polką i chcieliśmy być obsłużeni przez jednego z tych gości.

 

Ledwie grupka Polaków odeszła na bok, a my podeszliśmy do stanowiska. Basia miała rację bo nasz człowiek zapytał nas po polsku: "To Państwo lecą do Mombasy, tak?". No ale my już wiedzieliśmy, że jest Polakiem więc szoku nie było. Niestety nasz Polak poinformował nas o przykrej sprawie, że nasz lot jest opóźniony około dwóch godzin.

 

Rozkład lotów

 

W związku z taką ilością wolnego czasu, poszliśmy pozwiedzać pasaże handlowe ale dość szybko zaczęto je zamykać. Kupiliśmy sobie jakieś gazety i poszliśmy na kawę do Burger Kinga. Tam był telewizor, dużo wolnego miejsca i miękkie siedzenia. Wypiliśmy kawę i zabraliśmy się za czytanie, a potem próbowaliśmy rozwiązać krzyżówkę z tej gazety. W międzyczasie dzwoniła też Hania.

 

W końcu nadszedł moment, że przeszliśmy do hali odlotów. Już wcześniej dowiedzieliśmy się, że samolot będzie prawie pełny i na pokładzie będzie około 350 osób bo mamy lecieć Airbusem A330-200. Po przejściu bramki mieliśmy kolejną kontrolę paszportową, nawet pan na chwilę się zawahał nad moim paszportem bo ja nadal miałem niebieski z 2001 roku. Kiedy znalazł datę wygaśnięcia ważności pozwolił mi iść dalej.

 

W kolejce usłyszeliśmy kolejnych Polaków a chwilę później informację, że na pokład będą wpuszczani pasażerowie z miejsc, których numery wyczytają. Potem druga grupa, a my znaleźliśmy się w ostatniej grupie, którą wpuścili. Mieliśmy kiepskie miejsca bo w środkowym rzędzie obok jakiejś babki, która w ogóle nie zamierzała zdjąć płaszcza. Basia zabrała od Kamili poduszki abyśmy mogli choć spróbować się zdrzemnąć ale niepotrzebnie to zrobiła, bo na fotelach były przygotowane poduszki wraz z kocem.

 

Kiedy samolot wypełnił się do końca, mogliśmy wreszcie zacząć kołować i wreszcie wzbić się w powietrze. Były sprzeczne informacje co do długości lotu więc postanowiłem sam to zmierzyć. Kiedy rozejrzałem się wokół miałem wrażenie, że lecę na jakieś sympozjum gerontologiczne bo 95% ludzi w tym samolocie miało ponad 50 lat! Jeśli chodzi o rasę, to nie zauważyłem ani jednego czarnego.

 

Lot, a szczególnie tak długi, męczy bardzo. Próbowaliśmy się czymś zająć ale ani nie było fajnego filmu, ani nie było wygodnie do spania i generalnie próbowaliśmy na siłę zasnąć bo była już godzina po północy. Z rytmu wybijały nas stewardessy oferujące jedzenie. Na pewno kilka razy udało się nam zasnąć ale były to jakieś krótkie drzemki. Pani obok nas, nie zdjęła płaszcza, chyba spała bo nie za dużo też jadła.

 

Kiedy do wnętrza samolotu zajrzały promienie słońca musieliśmy już być dawno nad Afryką. Kiedy poszedłem się rozprostować, chciałem powyglądać na Saharę ale w tym typie samolotu okienka nie są jakoś szczęśliwie umiejscowione i nie za dużo dojrzałem. Wróciłem na swoje miejsce i już tylko czekałem na lądowanie.

 

Dzień 2: Londyn – Mombasa 7200km

 

 

Dzień 4 - 2 lutego 2010 – wtorek

 

 

FORMALNOŚCI

 

Basia stwierdziła ironicznie, że lotnisko tylko trochę większe od tego we Wrocławiu kiedy po ośmioipółgodzinnym locie wyjrzeliśmy przez okienko. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, tak jak się spodziewaliśmy, uderzyła w nas fala wilgotnego i gorącego powietrza. My oczywiście nadal mieliśmy na sobie zimowe ubrania.

 

Na płycie lotniska, na którą zeszliśmy po schodkach, stał samolot włoskich linii lotniczych ale z namalowaną polską flagą i rysunkiem husara. Pod nim widniał napis "polska husaria". My staliśmy w długiej kolejce do środka terminalu. Kolejka spowodowana była kolejną porcją deklaracji do wypełnienia. Już w samolocie rozdano nam dokumenty potrzebne do uzyskania wizy. Wypełnialiśmy chyba 4 druki, wpisując ciągle te same dane. Ale w terminalu rozdano nam kolejną deklarację, tym razem na temat świńskiej grypy.

 

Po wejściu do środka, ustawionych było 5 kolejek, strasznie długich. To było miejsce gdzie oddawało się te druki, płaciło za wizę i tam robiono każdemu zdjęcie. Wszystko to zajmowało strasznie dużo czasu, a my byliśmy na końcu kolejki. Byliśmy oczywiście niewyspani, zmęczeni, spoceni a w terminalu nie było klimatyzacji. Panował straszny zaduch, smród spoconych ciał i niesamowity gorąc.

 

Nasza kolejka posuwała się bardzo wolno i to spowodowało, że Basia chciała zmienić ją na pierwszą. Trochę protestowałem ale wyszło, że miała rację bo ta pierwsza szła dużo szybciej. Wreszcie dopchaliśmy się do kobiety, która zrobiła nam zdjęcie i wkleiła wizę za $50. Mogliśmy wreszcie odebrać nasze bagaże i wyjść z terminalu. Cały czas istniał problem papierosów, które Basia wzięła ze sobą. Wpisała je w deklaracje celne ale dopiero babka, która nas chwilę później zawołała do sprawdzenia, wyjaśniła sprawę. Zapytała nas o te fajki i wyszło, że nie ma problemu z taką ilością. Mogliśmy wyjść na zewnątrz.

 

Wiza kenijska

 

Pierwszą rzeczą, którą chcieliśmy zrobić to wybrać pieniądze z bankomatu. Nie byliśmy pewni czy w naszej wiosce będzie jakiś bankomat. Zaczęliśmy poszukiwania bankomatów. Zaczepił nas od razu człowiek z obsługi lotniska i wskazał dwa bankomaty. Niestety Basi karta nie działała w żadnym. Dopiero moja angielska karta z Barclaysa zadziałała w bankomacie... Barclaysa. Dziwne by było gdyby nie działała. Zajęło nam trochę czasu bo łaziliśmy od jednego do drugiego, potem Basia jeszcze wstąpiła do WC i mogliśmy szukać naszego transportu do hotelu.

 

W ogóle nie miałem pojęcia jak to jest zorganizowane tutaj. Na parkingu przed lotniskiem stało mnóstwo autokarów i busików, taksówkarze nagabywali nas non-stop, stali też jacyś chyba przedstawiciele hoteli. Szliśmy dalej z naszymi walizkami, w kierunku parkingu aż wreszcie zaczepił nas jeden z miejscowych. Byłem bardzo szorstki wobec niego, przeczuwając jakąś ściemę ale okazało się, że byłem w błędzie bowiem facet zaprowadził nas do właściwych ludzi, którzy już czekali tylko na nas.

 

Odnaleźliśmy się na liście do właściwego hotelu i zabrali nam walizki, które umieścili na dachu busa. W busie już czekała cała ekipa, która miała jechać z nami do naszego hotelu. Zostały tylko dwa miejsca, jedno z przodu przy kierowcy i jedno z tyłu. Poszedłem więc do tyłu, a Basia siadła obok kierowcy. Wreszcie mogliśmy ruszyć.

 

Oprócz kierowcy był w środku facet, który zaczął nam umilać czas opowiadając o Kenii oraz o tym, co widzimy. Kiedy wyjechaliśmy z lotniska i ujrzeliśmy przedmieścia Mombasy, wyjąłem kamerę i próbowałem coś uchwycić. Starsza babka, która obok mnie siedziała, nawet zaproponowała, że się ze mną zamieni miejscami, ale przewodnik zauważył mnie i kazał iść do Basi na przód.

 

Przebijaliśmy się przez Mombasę wśród porannych korków. Na światłach podchodzili ludzie oferujący kawałki trzciny cukrowej, wodę i inne rzeczy. To, co widzieliśmy zaskoczyło nas oboje: mnie, że nie jest aż tak źle z tą Kenią, a Basię wręcz odwrotnie. Była przerażona tym, co zobaczyła i szybko odeszła jej ochota na wizytę w tym kraju.

 

MOMBASA: Przedmieścia

 

Do hotelu, który umiejscowiony jest w miejscowości Kilifi, mieliśmy 70km. Należy jechać z Mombasy na północ drogą łączącą dwa duże miasta: Mombasę i Malindi. Kiedy wyjechaliśmy wreszcie na tę trasę, ruch na niej był dość pokaźny. Mijaliśmy różne auta ale głównie ciężarówki i busiki, zwane tutaj "matatu". Oprócz tego mnóstwo rowerzystów, motocyklistów (bez kasków) i tłumy pieszych idących wzdłuż drogi. Kobiety miały na sobie przywiązane dzieci przy pomocy paero, a na głowie niosły jakieś rzeczy. Byliśmy naprawdę w Afryce.

 

Po przejechaniu słynnego Kilifi Bridge, skręciliśmy w lewo i piaszczystą drogą dojechaliśmy do bramy naszego hotelu. Przewodnik podstawił na koniec czapkę i trzeba było mu coś wrzucić. Wiedzieliśmy, że będzie się trzeba do tego typu praktyk szybko przyzwyczaić.

 

Oczywiście wcześniej już wiedzieliśmy jak wygląda nasz hotel więc zaskoczenia nie było. Wcześniej nazywał się Sea Horse a obecnie nazywa się Laguna Sea Lodge. Usytuowany jest wśród lasu palmowego nad miłą zatoczką. Nie jest to jeden budynek a rząd kilkunastu bungalowów stylizowanych na chaty murzyńskie. Z zewnątrz robi to bardzo korzystne wrażenie. Oprócz tego, są dwa duże budynki, również w formie ogromnych chat, gdzie mieściła się restauracja i bar.

 

Laguna Sea Lodge: Restauracja

 

Po wyjściu z busika zaoferowano nam szklaneczkę soku ananasowego i usadowiono w części restauracji. Przywitał nas George – kierownik hotelu. Witał nas z pięć razy, płaszcząc się jakby coś miał na sumieniu. Przestrzegał nas przed beach boys, czyli chłopakami, którzy sprzedają safari i zapewniał, że tylko on może zrobić to najlepiej. My już wcześniej wiedzieliśmy z forów internetowych, że cały ten George to kawał palanta, który nic nie robi i struga tylko wielkiego szefa, dlatego braliśmy dużą poprawkę na jego słowa. Sprawdził czy wszyscy mają wymagane dokumenty w postaci voucherów i porównał ze swoją listą.

 

Potwierdzenie rezerwacji

 

Kiedy skończył swoją przemowę, zabrał się za rozlokowywaniem naszej grupy. W momencie wręczania kluczy, odbierał nam paszporty. Jeden gościu, Litwin, zapytał o pokój z widokiem na morze i chciał nawet zapłacić więcej ale nic z tego nie wyszło jak się później okazało. My dostaliśmy domek numer 5 i ruszyliśmy w jego kierunku wraz z bagażowym, który ciągnął obie nasze walizki. Otworzył nasz domek, pokazał co i jak, uruchomił klimatyzację i dostał od Basi $1.

 

Laguna Sea Lodge: Pokój

 

Tradycyjnie zaczęliśmy od zsunięcia łóżek ale wyszło, że są dwa różne więc mieliśmy schodek. W czasie tych manewrów okazało się, że pokój wymaga porządnego sprzątania. Zabrałem się więc za solidne porządki, wykorzystałem do tego ręczniki, które nam zaoferowano. Potem niczym pomysłowy Dobromir, odkręciłem niedziałający wiatrak, śrubokrętem zabranym z Polski i wkręciłem w sufit hak, również przywieziony z Polski. Wszystko po to aby móc zawiesić naszą własną moskitierę, którą kupiłem właśnie w tym celu. Moskitiera zdołała objąć oba nasze łóżka więc wszystko wyglądało całkiem dobrze.

 

Łazienka była w nienajlepszym stanie ale nie było tragedii. Wiedzieliśmy, że z kranów płynęła słona woda a czystość pozostawiała wiele do życzenia. Basia zajęła się układaniem naszych rzeczy w szafach, bo miejsca było całkiem sporo. Po zakończeniu tych naszych prac domowych, wyszliśmy na lunch. George wyjaśnił nam, że lunch będziemy jeść w innym miejscu niż śniadanie i kolację i nie mamy przydzielonych na stałe miejsc.

 

Laguna Sea Lodge: Restauracja II (lunch)

 

Poszliśmy sobie później na spacer wzdłuż plaży. Nie uszliśmy nawet 50m kiedy z krzaków wyskoczyło dwóch kolesi z ofertami safari. Oczywiście zachwalali w niebogłosy czego to oni nam nie zaoferują, pokazywali setki ulotek, opowiadali różne historyjki i nawet pokazali nam księgę gości z polskimi wpisami. Wiedzieliśmy, że przyjdzie czas na transakcje z nimi ale oczywiście to nie był odpowiedni moment więc musieliśmy się zwijać żeby się od nich odczepić. Był też z nimi kapitan, który oferował przejażdżki po zatoce i oceanie. Wręczył mi zalaminowany cennik.

 

Potem pokręciliśmy się jeszcze po całym ośrodku i znów spróbowaliśmy iść na spacerek. Jednak znów się nam nie udało. Tym razem trochę inni nas dorwali. Też dostaliśmy ulotki i dowiedzieliśmy się, że jeden miał na imię Teddy, a drugiego nazwaliśmy Copapacabana bo próbował kilkakrotnie wymówić nazwę tej plaży ale właśnie tak mu to wychodziło. Pokazał nam też jak się wchodzi na palmy i obaj zrobili nam wykład o Kenii.

 

Wieczorem poszliśmy na kolację. Tym razem mieliśmy mieć nasz własny stolik na stałe. Kierownik sali usadowił nas tuż przy stołach z jedzeniem i czekaliśmy tylko kogo jeszcze nam dołożą. Spytaliśmy go o to ale on chyba zrozumiał nas trochę opacznie i za każdym razem kiedy ktoś podchodził pytał czy akceptujemy jego wybór. Skończyło się na tym, że dokoptował nam do stolika dwie Szwedki, które nazwaliśmy Abba. Jedna taka wielka, krowiasta z wielkim bębnem jak facet, druga typowa Skandynawka ze śnieżnobiałymi włosami. Przy kolacji trochę pogadaliśmy, trochę po swojemu każda z par i jakoś minęła nam ta kolacja. Co do jedzenia, to nie było szału ale ja narzekać nie miałem zamiaru. Pasowało mi wszystko.

 

Byliśmy bardzo już zmęczeni bo przecież to trzecia strefa czasowa dla nas w ciągu kilku dni. Bardzo chcieliśmy się już położyć. Problemem była pogoda, bo co prawda słońca już nie było, jednak duchota i wilgotność nie zmieniła się. Powietrze było naprawdę ciężkie i mieliśmy obawy czy damy radę zasnąć. No ale po tej nieprzespanej nocy i ogólnym zmęczeniu całym dniem, zasnęliśmy już o 20.30.

 

Dzień 4: Mombasa – Kilifi 70km

 

 

Dzień 5 - 3 lutego 2010 – środa

 

 

SPACEREK

 

Spaliśmy 12 godzin! Nie dziwne jednak, po tak intensywnych doznaniach, które nas wykończyły fizycznie. W ostatniej chwili zdążyliśmy na śniadanie ale w końcu chyba przestawiliśmy się na nowy czas.

 

Dziś zaplanowaliśmy sobie jakiś spacer żeby poznać okolice i oczywiście iść na plażę nad ocean. Niestety znów przeszliśmy kilka metrów kiedy osaczyli nas miejscowi i zaczęli nagabywać na safari. Poznaliśmy już ich imiona więc wczorajszy James, wcisnął mi do kieszeni kartkę z cenami, które miały być "special offer". Z tego co zdążyłem przeczytać oferował €280/os. za trzy dni. Jednak kiedy odszedł, przejął nas Norman, o którym czytałem pochlebne recenzje w necie i na którego tak naprawdę czekałem. Norman wyszedł z krzaków wraz z Teddym, z którym spędziliśmy wczorajszy wieczór. Norman zaczął znów opowiadać co to on nie zapewnia i zaoferował €270. Oczywiście nie mieliśmy zamiaru teraz rezerwować niczego więc grzecznie się oddaliliśmy. Jednak ten Teddy zaczął iść z nami, oferując, że pokaże nam miasto i plażę.

 

Idąc wzdłuż plaży nad zatoką, widać było mnóstwo uciekających krabów, które chowały się w swoich norkach. Teddy nawet wziął jednego aby nam pokazać z bliska. Te kraby charakteryzowały się różnorodną wielkością, od malutkiego jak mrówka, do potężnego niczym szczur. Plaża była grząska i błotnista bowiem był odpływ, w czasie przypływu, droga nie jest możliwa bo wszystko jest zalane. Idąc tak dalej, zauważyliśmy kilka małp ale nie udało się podejść na bliższą odległość.

 

Po kilkuset metrowym spacerku tą błotnistą plażą, musieliśmy wspiąć się na klif, a potem na skróty do miasta. Ale miasto omijaliśmy łukiem, kierując się prosto do podobno jednej z najładniejszych plaż w Kenii – Bofa Beach. Teddy prowadził nas wzdłuż dzielnicy, gdzie można było zauważyć ważne instytucje rządowe oraz szkoły. Podobno w tym małym miasteczku działa nawet uniwersytet. Potem weszliśmy na górkę, a chwilę później mijaliśmy wypasione hawiry Włochów, którzy spędzają tu dość licznie swoje dni na emeryturze. Widać ogromny kontrast, bo wszystkie te wille otoczone są płotem z potłuczonym szkłem na górze oraz drutami pod prądem. W środku biegają dobermany i zupełnie inaczej to wygląda od rozlatujących się chatek zrobionych z krowiego gówna, w których mieszkają ich miejscowi sąsiedzi.

 

Nagle trzeba było skręcić w prawo i wejść na teren hotelu "Baobab". Zdziwiło nas to, że nie można bezpośrednio zejść na plażę z ulicy no ale zaufaliśmy Teddy'emu. Przeszliśmy między odpoczywającymi turystami i po chwili ujrzeliśmy ogromny pas białego piasku ciągnący się kilka, a może nawet kilkanaście kilometrów. W kontraście do tego, ciemnogranatowa woda Oceanu Indyjskiego wydawała się nam nadzwyczaj spokojna. Jak dla mnie, ten ocean powinien być nazywany Spokojnym.

 

KILIFI: Plaża Bofa

 

Konsystencja tego piasku przypomina mąkę. Ziarenka są tak drobniutkie, że każdy podmuch wiatru unosi je i przyczepia do czego tylko się da. Był akurat odpływ więc woda była daleko, jednak kiedy do niej dotarliśmy, nie mogliśmy uwierzyć, że może być tak ciepła. To była wręcz zupa. Było płyciutko bo woda się cofnęła więc mogliśmy zamoczyć ledwie kolana, poza tym już nawet w tych rejonach pojawiała się rafa.

 

Natychmiast zjawili się obok nas miejscowi z ofertami. Wciskali przedmioty z drewna, breloczki do kluczy, tabliczki na drzwi, cyferki oraz zwierzęta. Byli też kolejni goście od safari no i pojawił się też rybak John, który złożył nam ofertę snorkelingu. Nawet się tym zainteresowałem bo cena była €30 więc nie taka straszna ale wziąłem tylko jego numer, na wszelki wypadek i mieliśmy do niego wysłać SMSa.

 

Z Teddym umawialiśmy się, że pospacerujemy trochę po plaży, a potem pójdziemy do miasta gdzie pokaże nam supermarket i bankomat. Myśleliśmy więc, że zrobimy sobie duże kółko i wyjdziemy w innym miejscu. Jednak Teddy prowadził nas wzdłuż tej pięknej plaży wskazując na horyzoncie hotel, w którym mieli rezydować Polacy. Chyba chciał nam to pokazać, bo podobno hotel jest bardzo ładny.

 

Szliśmy więc po gorącym piasku, mając słońce za sobą. Jak to zwykle w pierwszych godzinach na nowym miejscu, nie posmarowaliśmy się na spacerze ale nie odczuwaliśmy tak bardzo tego upału, bo czuć było w miarę chłodną bryzę od oceanu. Hotel był bardzo daleko i cały czas myśleliśmy, że kiedy do niego dojdziemy, to zejdziemy już z plaży i pójdziemy do miasta. Ale myliliśmy się, bo kiedy dotarliśmy do hotelu, okazało się, że będziemy musieli wracać tą samą drogą. Przyjście do hotelu było zupełnie bezsensowne.

 

W hotelu zamówiliśmy sobie coca-colę, kupiłem też Teddy'emu i chwilkę odetchnęliśmy. Później rzeczywiście zjawili się Polacy i zamawiali drinki. Hotel prezentował się ładnie, miał piękny widok na ocean. Tuż obok oczywiście były stragany z drewnianymi figurkami i innymi rzeczami. Podeszliśmy do jednej starej Murzynki, które nazywa się tu "Mama" i zaczęliśmy oglądać. Naturalnie wciskała nam wszystko ale w końcu po negocjacjach za £10 kupiłem dwa parea i drewnianego słonia dla Hani.

 

Powrót był pod słońce i pod koniec bardzo opadliśmy już z sił. Upał nas wykańczał, a pod hotelem "Baobab", do którego musieliśmy wrócić zaczepiła nas kolejna Mama. Ale zbyliśmy ją bo już przecież kupiliśmy różne rzeczy. Ona jednak nalegałą abyśmy chociaż zajrzeli i rzucała hasło wszystkich kenijskich kupców: "looking is free".

 

Przeszliśmy znów przez hotel i na drodze zauważyliśmy, że Teddy wziął tuk-tuka. Tuk-tuk (http://www.tuk-tuk.co.uk/) to rodzaj autorikszy, obudowanej metalową karoserią i dachem z plandeki. Te miejscowe były produkcji włoskiej i hinduskiej i jest to jeden z najbardziej popularnych środków transportu. Taka motorowa taksówka, choć i takie też istnieją!

 

Teddy złapał tego tuk-tuka, bo sam już nie dawał rady, a przed nami co najmniej jeszcze 6km marszu. My też byliśmy zmęczeni ale nie aż tak żeby brać taksówkę. No ale skoro nas zapraszał do środka, to wsiedliśmy. Podjechaliśmy do centrum i wysadził nas pod bankiem Barclays, z widocznym bankomatem. Niestety bankomat nie działał więc przeszliśmy kawałek dalej do drugiego ale ten też nie działał. W międzyczasie tuk-tuk pojechał i nikt mu nie zapłacił. Zostaliśmy w samym centrum Kilifi.

 

Kilifi to miasto usytuowane między Mombasą a Malindi. Według miejscowych liczy między 20.000 a 30.000 mieszkańców i oprócz pięknej plaży Bofa Beach nie oferuje praktycznie nic ciekawego. Zatoka wżyna się w głąb lądu i nad nią został wybudowany potężny most, który otwarty został w 1991 roku przez ówczesnego prezydenta kraju. W samym mieście, jest centrum handlowe oraz ulica ze sklepami i instytucjami, jest też hotel z dyskoteką i kilka pubów, jednak to wszystko jest zupełnie czymś innym niż w Europie. W większej części miasta brakuje asfaltu, a ludzie gotują obiady na zewnątrz. Wszyscy wszystkim handlują ale nie ma cen, bo wszystko jest umowne. Jedynie ten jeden supermarket ma ceny napisane obok danego produktu.

 

W supermarkecie kupiliśmy wodę mineralną, bo w hotelu bardzo droga oraz proszek do prania. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz Teddy spytał czy chcemy jechać tuk-tukiem. W sumie nie za bardzo mieliśmy ochotę ale on najwyraźniej miał dość i przestrzegł nas, że to jest kawał drogi. No to wsiedliśmy do tego samego, który nas zabrał spod plaży. Jakim cudem znów się tu znalazł tego nie wiem.

 

W tuk-tuku zastanawialiśmy się z Basią ile dać temu Teddy'emu bo wiedzieliśmy, że przecież za darmo z nami nie łaził. Nie mieliśmy pojęcia ile wart jest taka wyprawa. Za tuk-tuka mieliśmy zapłacić 200KES czyli równowartość €2. Myślałem, że maksymalnie mogę mu dać 500KES ale wolałem się zapytać. I to był mój błąd, bo Teddy bez wahania rzucił nam cenę o 100% większą czyli 1000KES. Byłem bardzo zaskoczony ale dałem mu ten banknot bez targowania. Postanowiliśmy jednak, że już więcej nie będziemy korzystać z takiej pomocy.

 

Przez te spacery spóźniliśmy się na lunch i musieliśmy czekać aż do kolacji. Po tym spacerze byliśmy zmęczeni ale niestety też byliśmy spaleni. Ja tradycyjnie miałem spalony kark i łydki, a Basia miała plątaninę pasków na plechach. Mnie trochę szczypało ale Basia była załatwiona poważniej. Dlatego trzeba było się wykąpać i nasmarować żeby złagodzić ten ból.

 

Po południu poszliśmy się powylegiwać na leżaki. Co prawda nie były one najnowszej generacji ale nam to nie przeszkadzało. Ustawiliśmy sobie nasze leżaki pod palmami i mogliśmy w spokoju sobie odpoczywać. Temperatura w okolicach 30-35ºC, a w tym czasie w Polsce -15ºC. Zaglądaliśmy też do basenu, bo trzeba się było schładzać co jakiś czas.

 

Laguna Sea Lodge: Basen

 

W czasie takiego jednego mojego posiedzenia w basenie, obserwowałem trening nurkowania organizowany przez instruktora dla pary Anglików z naszego hotelu. Kiedy skończyli, zapytałem tego instruktora o szczegóły. Nawet fajnie by to mogło wyjść ale trzeba słono zapłacić za dwie osoby. W sumie by nam wyszło za dwie osoby €150, co oczywiście było ceną podaną przez niego. Wiadomo było, że należy się potargować i może zeszlibyśmy na €120, tak sądzę.

 

Pod koniec naszego leżakowania, zostaliśmy zaatakowani przez olbrzymiego kraba. Znaczy się, ten krab był bardziej przerażony od nas i boczkiem, boczkiem uciekał... aż znalazł się pod leżakiem Basi. Zapewne znaleźć się w szczypcach tego osobnika nie jest czymś miłym.

 

Dzień w Kenii, w związku z położeniem bezpośrednio na równiku dzieli się z nocą mniej więcej po równo. Tak więc już o 18.00 robi się zmrok by o 18.30-19.00 całkowicie się ściemnić. Liczyliśmy, że może temperatura też gwałtownie spadnie ale jednak nie działa to tak jak myśleliśmy.

 

Kolacja zaczynała się o 19.00 więc już było ciemno. Dzisiejsza zaczęła się od rozmowy z tym Litwinem, który chciał pokój z widokiem. Niespodziewanie podszedł do nas z pytaniem czy jesteśmy zainteresowani wspólnym wyjazdem na safari. Powiedział, że są jeszcze dwie Litwinki, które mogłyby uzupełnić skład. To oczywiście dobrze nam wróżyło bo możemy negocjować z beach boys gdyż w jednym aucie jest zazwyczaj 6 osób. Co prawda ten Litwin jakoś nie wzbudził mojej sympatii ale potraktowałem jego propozycję bardzo pozytywnie i już obmyślałem plan jak tu zacząć rozmowę z Normanem lub Jamesem z plaży.

 

W czasie kolacji przeprowadziłem jeszcze jedną rozmowę z tą parą z Anglii, która uczyła się nurkowania w basenie. Potwierdzili to co mówił ten instruktor zaznaczając, że nie targowali się zbytnio. Umówiliśmy się na relację w piątek kiedy wrócą z prawdziwego nurkowania w oceanie.

 

Dziś środa więc tradycyjnie przyjeżdżają do nas Kenya Kids lub Kenya Boys (http://www.youtube.com/watch?v=Zd84PMK2J9Q), sam już nie wiem jak się nazywali. To grupa akrobatów, która prezentuje swój show w naszej kawiarni. Organizuje to nasz animation team, w skład którego wchodzi gruby szef i jego młodszy pomocnik zwany przez nas "Francuzem", bo świetnie mówił po francusku. Występ akrobatów był poprzedzony ciekawą i zachęcającą przemową grubego i rzeczywiście występ ich zrobił na nas duże wrażenie. Chłopaki, w strojach narodowych, rzucali się po betonowej posadzce i tworzyli najrozmaitsze figury aż pod sam dach. W dodatku robili to wszystko w niesamowitym tempie i po zaledwie kilku minutach byli cali mokrzy. Żeby sobie troszkę odetchnąć przedstawiali jakieś triki i grepsy takie jak: skakanka i na koniec połykanie ognia. Zaprosili nawet Basię i jeszcze jednego kolesia żeby dotknęli tego ognia. Jak mówiła Basia, ogień nie parzył i dlatego oni go połykali i dotykali się nim po całym ciele. Każdą udaną akcję zespołu komentował gruby szef tymi samymi słowami: "applause, applause, applause" domagając się bicia braw od publiczności. Występ po okołu 40 minutach się skończył, włączyli muzyczkę i część gości przeniosła się do baru.

 

My wypiliśmy sobie do kolacji chyba jedyne miejscowe piwo o nazwie Tusker (http://www.eabl.com/brandsinner.asp?cat=tusker&subcat=brands). Koszt takiego piwa to €1.50 ale była to butelka 0.5l i zawsze było zimne. Choć trzeba przyznać, że za kilka minut już zaczynało być ciepławe. Potem poszliśmy sobie siąść na ławeczce nad zatokę i obserwowaliśmy jak ocean oddaje wodę, którą rano zabrał. Jak na razie nie zauważyliśmy żadnych komarów i około 22.00 zebraliśmy się do naszej chatki żeby się ułożyć do snu. Zapowiadało się, że znów będziemy się męczyć w nocy z powodu tego upału i wilgotności.

 

Dzień 6 - 4 lutego 2010 – czwartek

 

 

CH*J Z LITWINAMI

 

 

Noc ciężka. Nawet gdy rano czekaliśmy naiwnie, że po otwarciu drzwi uderzy w nas fala świeżego, rześkiego powietrza, musieliśmy się kolejny raz rozczarować. Tutaj po prostu nie ma czegoś takiego jak rześkie powietrze. Jest ciągły zaduch i zero wiatru żeby to stęchłe i wilgotne powietrze choć trochę ruszyć. Tak więc po otwarciu drzwi uderzyła nas fala gorącego powietrza i już wiedzieliśmy, że na dworze na pewno jest upał. Że to był dzień to wiedzieliśmy tylko po tym, że było jasno.

 

Zanim udaliśmy się na śniadanie, zawiesiłem kartkę na naszej moskitierze żeby nie sprzątali naszych łóżek. Nie było sensu żeby nam układali pościel, kiedy pierwszą rzeczą jaką robiłem przed snem było wywalenie tego wszystkiego. Spaliśmy bez piżam i bez przykrycia bo po prostu inaczej się nie da. Człowiek się w nocy poci.

 

Na śniadaniu siedzieliśmy już sami. Szwedkom nie pasowało nasze towarzystwo i przesiadły się daleko od nas. Dla nas też w sumie lepiej bo zostaliśmy sami. Wczoraj wieczorem miałem już plan jak zagadać z Normanem na temat naszego safari w związku z propozycją Litwinów.

 

Kiedy siedzieliśmy w barze dopijając naszą kawę ze śniadania, wreszcie pojawił się Norman na plaży. Podszedłem do niego i bez owijania w bawełnę rzuciłem mu propozycję: €1200 za 6 osób. Skrzywił się lekko ale wiedział, że od razu ma pełny autobus i nie musi sztukować ludzi z różnych miejsc. Zabiłem mu ćwieka tą propozycją ale poprosił o konsultacje z szefem.

 

W takim razie ja poszedłem powiadomić o tym tych Litwinów. Wiedziałem, że mieszkają w domku nr 26. Kiedy im wytłumaczyłem co i jak załatwiłem, Litwinka była bardzo zainteresowana i okazywała spory entuzjazm, natomiast on zaczął coś grymasić. No ale jednak zgodził się wejść w tę ofertę.

 

O godzinie 10.00 mieliśmy iść z Francuzem i Applause, Applause, Applause na zwiedzanie okolicznych wiosek i szkoły. Litwini nawet o tym nie wiedzieli więc kiedy im powiedziałem zaczęli szybko się zbierać. Punkt zbiórki był w barze więc tam czekaliśmy i wkrótce pojawili się też Litwini. Litwin rozłożył swoje przewodniki i cenniki, które zabrał od jakiegoś gościa w mieście. Zaczynał marudzić i pokazywać mi jak bardzo luksusowe są te lodże i namioty w samym parku. Spytałem go więc czy zależy mu na luksusie ale odparł, że nie. Nie za bardzo w sumie wiedziałem o co mu chodzi. Zaczął analizować ofertę z miasta, która była w dolarach, przeliczać itd.

 

Za chwilę zawołał mnie Norman i zgodził się na €1260 czyli wypada €210/os. Jak dla mnie cena bardzo dobra skoro "special offer" było po €280, a sam Norman dawał €270. Kiedy wróciłem do stolika gdzie siedziała Basia z Litwinami, Litwin sarkastycznie zapytał czy oferta się zmieniła. No zmieniła się ale niedużo przecież a ma wszystko już załatwione więc powinien być zadowolony ale jemu coś nie pasowało.

 

W międzyczasie nasz animation team dał sygnał do wymarszu i rozpoczęła się wycieczka do okolicznej wioski. Nasz pierwszy postój był pod ogromnym baobabem na skraju naszego obiektu. Applause, Applause, Applause zrobił wykład na temat tego olbrzymiego drzewa.

 

Baobab to rodzaj, do którego należy osiem gatunków potężnych, długowiecznych drzew liściastych. Gatunkiem typowym jest baobab afrykański (A. digitata). Typową dla przedstawicieli rodzaju cechą jest zgrubiały pień. Przy wysokości drzewa osiągającej 5-25 m wysokości (wyjątkowo do 30 m), pień osiąga 7 do 11 m średnicy. Drzewa mogą osiągać sędziwy wiek, jednak ponieważ drewno baobabu nie wykazuje cyklicznych słojów rocznych – wiek poszczególnych drzew jest trudny do określenia. Wszystkie gatunki występują na obszarach suchych i zrzucają liście w czasie pory suchej.

 

Potem zatrzymaliśmy się przed innym drzewem, już na wzgórku. Tam wyjaśniono nam, że to drzewo może uratować życie. Podobno zrywając liście i gotując je, a potem pijąc wywar oraz kapiąc się w tym wywarze wyleczymy się z malarii. Były to niejako słowa potwierdzone z dnia wczorajszego kiedy Teddy też nam o tym opowiedział. My co prawda braliśmy co wtorek daraprim ale z uwagą wsłuchaliśmy się w opowieści o objawach i typach malarii.

 

Po wejściu na szczyt górki, ujrzeliśmy kenijską wioskę. Kilka lepianek z gówna krowiego, kilkanaście dzieci w podartych ubraniach i parę kobiet na zewnątrz. Dookoła pełno śmieci i jakieś pojedyncze kozy. W wiosce nie było żadnych facetów. Dzieci zjawiły się z wyciągniętymi rączkami w oczekiwaniu na słodycze i nie odstępowały nas przez cały czas. Mogliśmy nawet wejść do jednej chaty ale nic tam oprócz łóżka nie było. Generalnie wszystko odbywa się na zewnątrz, kobiety gotowały coś tam na palenisku, suszyło się jakieś pranie a dzieciaki biegały.

 

Kolejnym etapem była wizyta w szkole. Najpierw spotkaliśmy panią dyrektor, która zaprosiła nas na lekcję angielskiego. Dzieci zaśpiewały nam jakąś pieśń o Jezusie, a potem niektórzy z naszej grupy dali parę kredek i zeszytów dla szkoły. Wiekowo dzieci bardzo zróżnicowane w jednej klasie ale wszystkie w mundurkach i pilnie słuchały nauczycielki. Tak samo jak w następnej klasie gdzie była lekcja matematyki. Tym razem brakowało już ławek i dzieci siedziały na ziemi. Wszędzie coś tam zaśpiewały i chyba były już przyzwyczajone do tych wizyt. Jak się dowiedzieliśmy, jacyś biali turyści ufundowali budowę tej szkoły kilka lat temu.

 

Wiejska szkoła pod Kilifi

 

Po powrocie do naszego hotelu, poszliśmy na leżaki ale ja musiałem jeszcze poczekać na Basię. No i chciałem wreszcie się dowiedzieć czegoś od tych Litwinów bo mieli zapytać tych dwóch pozostałych Litwinek czy wchodzą w ten układ. Jednak nie kwapili się w ogóle na rozmowę ze mną więc wkurzyłem się i zaczepiłem ich kiedy wracali z lunchu. Ten frajer nawet się nie zatrzymał, dopiero jego żona wyjawiła mi, że jednak nie są zainteresowani i pojadą z tamtym gościem z miasta. Powodem było, że chcą zwiedzić jeszcze jeden park i chyba zdecydują się na czterodniową wyprawę. I tak zostawili nas na lodzie.

 

Jak tylko zauważyłem Normana na plaży zszedłem do niego i powiedziałem mu o wszystkim. Wyjaśniłem też, że nadal jesteśmy zainteresowani wyjazdem z nim ale on oczywiście powiedział, że cena jest €270. Odparłem, że taka cena to była wczoraj a dzisiaj to ja mogę dać maksymalnie €450 za dwie osoby. On oczywiście napisał na piasku €460 ale powiedziałem mu, że w taki razie żadnego napiwku nie będzie po powrocie. Ustaliliśmy, że wpłacam im (bo jak się okazało James z nim współpracował!) €50 kaucji, a resztę w poniedziałek w dniu wyjazdu. Szczegóły przedstawi nam wkrótce.

 

Zadowolony wróciłem do Basi, która po wysłuchaniu mojej relacji zapytała co z Litwinami. Odpowiedziałem jej cytatem Marka Kondrata z "Dnia Świra": "Chuj z Litwinami!" i za każdym razem kiedy Litwini gdzieś szli, pytaliśmy: "Skąd Litwini wracają?" a odpowiedź zawsze była ta sama... Scenę można zobaczyć tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=rlWGQOdcijs

 

Dalszą część dnia spędziliśmy na leżakach i w basenie. Nigdy nie byłem miłośnikiem taplania się w wodzie ale w tych warunkach nie było możliwe nie skorzystać z tego dobrodziejstwa. Zresztą nie tylko ja tam wskakiwałem, praktycznie każdy, choćby na chwilkę musiał się zamoczyć ale i tak po dziesięciu minutach wszyscy byliśmy suszy.

 

Applause, Applause, Applause wymyślił kolejną atrakcję na dziś – wyplatanie kapeluszy z liści palmy. Mnie to średnio interesowało ale Basia poszła z miłą chęcią. Ja w tym czasie miałem słuchawki w uszach, książkę na kolanach i lornetkę pod ręką. Tym zajmowałem się przez dłuższy czas kiedy przyszła Basia aby pochwalić się ostateczną fazą swojej pracy. Poszedłem więc do niej, udokumentowałem to na zdjęciach i filmie i wróciliśmy do nicnierobienia.

 

Na kolacji nie gadaliśmy już z Litwinami. Wyszło, że mamy już wrogów u Szwedek (nie wiemy dlaczego) i Litwinów. Jak tak dalej pójdzie to nie będziemy się odzywać z połową wczasowiczów. Na razie obczajaliśmy tylko wszystkich i oczywiście nadawaliśmy im nasze własne przezwiska żeby się zorientować. Miejsce mieliśmy dość dobre, szczególnie Basia, bo całą salę widać było bez rozglądania się.

 

Wieczór znów spędziliśmy na ławeczce. Zagadaliśmy ochroniarza, który rozpoczynał dwunastogodzinny dyżur. Czytaliśmy przed przyjazdem, że zdarzały się włamania i groźby w tym ośrodku dlatego trochę nas uspokoił widok czynnych funkcjonariuszy w białych mundurach. Co prawda nie mieli broni ale zawsze ze sobą mieli jakąś drewnianą pałkę, a la nasze bejzbole.

 

Przed snem musieliśmy się nasmarować balsamem posłonecznym, który został nam jeszcze z Teneryfy. Nie da się jednak tego nie zrobić bo skóra nasza dość szybko się spalała mimo, że niekoniecznie wystawialiśmy się aż tak gwałtownie na promienie słoneczne. Po nabalsamowaniu nie mieliśmy złudzeń, że przed nami kolejna ciężka noc, podczas której kilkakrotnie się obudzę i będą śniły się nam jakieś totalnie popieprzone bzdury. Normalnie jak w gorączce.

 

Dzień 7 - 5 lutego 2010 – piątek

 

 

PO BALSAM DO KILIFI

 

 

Noc znów z koszmarami ale to już stało się normą. Dość wcześnie poszliśmy dziś na śniadanie. Spotkaliśmy innego sprzątacza, który znów pytał o kartkę i nie mógł się nadziwić, że my nie chcemy żeby nam ścielił łóżka. No ale udało mi się go przekonać i odszedł w pokoju.

 

Do lunchu znów leżeliśmy na basenie. Zaczynaliśmy powoli poznawać i kojarzyć pewnych ludzi. Już wiedzieliśmy, że Człowiek Pierwotny ze swoją zezowatą samicą pochodzili z Francji. Ta para zawsze rozkładała się ze swoim majdanem w miejscu gdzie w ogóle nie było cienia i potrafili tak leżeć przez cały dzień. Nie mogliśmy wyjść z podziwu, że potrafią tyle godzin przeleżeć w samym słońcu. Musieli to uwielbiać bo rozkładali się już od najwcześniejszych porannych godzin. Facet naprawdę wyglądał jak z czasów walki o ogień i powoli jego skóra robiła się czerwona potem brązowa, ciemnobrązowa aż w końcu stał się Murzynem.

 

Inna grupka z Francji to pani Aktywistka, która wszędzie się wpychała i ciągle ją było widać i słychać. Z każdym się kumplowała. Przyjechała z ciapatą koleżanką i jej córką. Trochę to dziwnie wyglądało, że Hinduska mówi po francusku no ale widocznie tam też ich sporo musi być. Młoda ciapata wyglądała na 20 lat ale w rzeczywistości musiała mieć mniej bo wiek zdradzała jej twarz.

 

Na leżakach często bywali nasi znajomi nurkowie z Anglii. Byli nawet spoko, on może za bardzo wydziargany. Dużo też gadał ale i tak nie przebił pewnego Czecha, który po prostu gadał z każdym, o każdej porze, na każdy temat. Facet non-stop z kimś się witał albo żegnał, zaczepiał ludzi w każdej sytuacji, a jak szedł coś zjeść na stołówce, to nigdy nie doszedł do stołu bez zatrzymania się przy innych stolikach. Najśmieszniejsze w tym było to, że przyjechał tu ze swoją rodziną: żoną i dwójką małych chłopców lat 4. i 7. Naturalnie, że dziećmi zajmowała się tylko ta kobieta, bo na niego nie można było liczyć – on po prostu w tym czasie na pewno z kimś gadał.

 

Szkot z żoną wyglądał jak Adam Ferency, potem ta jego łysa glaca miała kolor czerwony bo sobie ją przyjarał na słońcu. Była też Stuknięta, która gadała po angielsku i francusku i też każdego zaczepiała ale w jej zachowaniu było coś naprawdę nienormalnego. Czasem zachowywała się idiotycznie jakbyśmy mogli przypuszczać na podstawie jej wieku. Jej facet był jej zupełnym przeciwieństwem. W końcu też zidentyfikowaliśmy Halinę i Krychę z Gazowni czyli panie Litwinki. Babki, które bardzo dobrze pamiętały czasy Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, wybrały się na wczasy do Kenii, co już jest sporym zaskoczeniem. W dodatku nie miały ani facetów, ani jakiejkolwiek znajomości angielskiego. Miały za to zawsze kwaśne miny i to je przede wszystkim wyróżniało z całego turnusu.

 

Jeszcze przed lunchem zostałem wyzwany na pojedynek szachowy przez Francuza z animation team. Nie grałem kilkanaście lat więc się spodziewałem szybkiej porażki ale Francuz okazał się jeszcze słabszy i w końcu załatwiłem go. Szach-mat i Polska pokonała Kenię w meczu szachowym. Mogliśmy udać się spokojnie na lunch.

 

Już wcześniej podjąłem decyzję, z którą Basia nie mogła do końca się pogodzić, że pójdę na rekonesans do miasta. Pretekstem miał być kończący się krem do opalania i dlatego planowałem iść do supermarketu sprawdzić czy mają. Dodatkowo chciałem się rozeznać czy czasem nie uda mi się wynająć jakiegoś kierowcy żeby nas zawiózł do Hell's Kitchen oraz do Gede i Malindi. Co prawda wspominałem o tym naszym beach boys ale chyba bardziej udawali niż wiedzieli gdzie to jest. W każdym razie zawołali cenę €150, co było grubą przesadą.

 

Basia nadal była przeciw ale uległa kiedy wymyśliliśmy sposób komunikacji poprzez "głuche" na komórkę. Dzwonienie było wykluczone bo rozmowa wykonana na terenie Kenii kosztowałaby nas 12zł, a odebranie 6zł. A tak, wystarczyło wyłączyć dzwonek i Basia wiedziała, że żyję i wszystko jest OK.

 

Nie było przypływu więc ruszyłem plażą. Aby zabezpieczyć się przed palącym słońcem, pożyczyłem pareo, obwiązałem sobie szyję i ramiona, założyłem ciemne okulary, czapkę i mogłem iść. Upał był koszmarny. Najpierw szedłem plażą, co było łatwe bo nie było innej drogi. Trochę zapadałem się w błocie ale w końcu doszedłem do miejsca gdzie ostatni raz wyprowadził nas Teddy. Tam siedziało kilku miejscowych, którzy oczywiście natychmiast zaprzestali rozmów i skierowali wszystkie swoje przekrwione oczy w moją stronę. Zapytałem więc czy dobrze idę, kiwnęli tylko twierdząco i nawet nikt nie żebrał za to żadnej kasy.

 

Potem musiałem wejść pod górę, zaczynały się piaszczyste drogi, pełne kurzu. Wdrapałem się na górkę i potem już musiałem improwizować bo ostatnio szliśmy przecież na plażę a nie do miasta. Postanowiłem iść wzdłuż drogi i potem skręcić w prawo w kierunku miasta.

 

Gdy znalazłem jedną z takich uliczek, chciałem potwierdzić czy dobrze idę więc podszedłem do jakiejś babki z dzieckiem i zapytałem, ale ona po prostu przeszła jakby mnie nie słyszała i nie widziała. Nawet na mnie nie zerknęła. Nigdy w życiu nikt mnie tak nie olał! Zastanawiałem się dlaczego i wyszło mi, że chyba była muzułmanką i ma zakaz gadania z obcymi kolesiami. Innego wytłumaczenia nie widzę.

 

A jeśli chodzi o religię to mają tam niezłe pole do popisu. Idąc dalej mijałem najróżniejsze kościoły świata, zarówno chrześcijańskie jak i pogańskie no i meczety też. Wszyscy jednak, trzeba przyznać, żyją tam w symbiozie i nikomu do głowy nie przychodzi wojować na tym tle. Idę więc dalej i dojrzałem jakiegoś intelektualistę, bo miał okulary i porządne ubranie. Bez problemu skierował mnie do centrum i wkrótce już rozpoznałem miejsce, w którym byłem.

 

Najpierw poszedłem do banku żeby wybrać w końcu te pieniądze. Bankomat tym razem zadziałał więc wyciągnąłem kasę i poszedłem do supermarketu po ten olejek. Niestety akurat się im skończył i trzeba było poczekać na nową dostawę. W takim razie postanowiłem przejść się wzdłuż głównej ulicy, gdzie po obu stronach były ustawione budko-stragany, w których można było chyba kupić wszystko.

 

Nie pytałem w każdym bo raczej szukałem w miarę zbliżonej branży aż doszedłem do końca ulicy. Tam znajdował się targ z owocami oraz przystanek autobusowy. Stały też motory, które działają jak taksówki. Faceci w zielonych kamizelkach odblaskowych zawiozą cię w każde miejsce. Nie znam ceny ale część z nich proponowała mi przejażdżkę gdy się znalazłem na ich parkingu. Ja jednak szukałem tej drogerii, jeśli tak w ogóle można powiedzieć o tutejszych sklepikach.

 

W końcu trafiłem do jednego takiego, gdzie za kratą młody koleś stwierdził, że on sam nie ma ale zaraz wykombinuje i zadzwonił po kogoś. Kazał czekać. W tym czasie napatoczył się niejaki Mike – dyrektor. Taką miał wizytówkę. Po prostu było na niej napisane Mike, a pod spodem Director. No to musi być jakaś szycha. Mike też uspokajał mnie, że olejek zaraz się zjawi.

 

W tym czasie zagadałem Mike'a-dyrektora czy są w mieście taksówki. Prawdę mówiąc wiedziałem, że go zainteresuje moje pytanie, a o to mi chodziło więc wyjaśniłem mu, że chcę wynająć auto z kierowcą na pół dnia. Powiedziałem mu dokąd chcę jechać i podałem inne szczegóły. Mike zrobił groźną minę i od razu się zaoferował, że mi to załatwi. Kwestia była tylko ceny. Nie wiedział jak wysoko zacząć żeby mnie nie wystraszyć ale jeszcze nieźle zarobić. Ja wiedziałem, że nie dam mu więcej niż €50. No to Mike-dyrektor zaczął od $80, na co go skarciłem, że nie będę płacił w żadnych dolarach. No to zmienił to na €70. Ja dałem €40 i po kilku przebitkach spotkaliśmy się na €50. Umówiliśmy się, na godzinę 8.00 pod bramą Laguny. Zapytałem jeszcze o to czy mają dobre auto ale zapewnił mnie, że auto jest dobre i sprawne. Nie chciałem jechać jakimś rzęchem.

 

Chwilę później przybiegł upocony mały koleś z reklamówką olejków. Były nawet firmowe – Nivei – ale gdy wyciągnął pierwszy parsknąłem śmiechem, bo miał filtr 6. To chyba na noc. Następny był 15 i wreszcie trzeci to już była 40. Oczywiście zainteresowała mnie ta 40 i od razu zapytałem o cenę. Wtedy usłyszałem coś, po czym poczułem się jakby mi ten cały Mike przypieprzył czymś ciężkim w głowę. Mały zażądał 2500KES! Szybko przeliczyłem i spytałem czy dobrze usłyszałem, że chce za tę flaszeczkę €25? Potwierdził oburzony, że tak. Mike-dyrektor oraz koleś zza krat przytaknęli, że to uczciwa cena. Wyśmiałem ich, mówiąc, że w Europie to kosztuje €5 więc pięciokrotnie przebili cenę. Zaoferowałem im €10 ale oni zaczęli się burzyć, że przecież oni to sprowadzają, że podatki itd.

 

Ja twardo obstawałem, że najwyżej dam im 1000KES, Mały w tym czasie zszedł do 1600KES ale też nie chciał zejść jeszcze niżej. Była sytuacja patowa, powiedziałem im, że nie jestem bankomatem, co bardzo ich rozbawiło jednak nie dali mi tego olejku za 1000KES. Żeby sprawę wyjaśnić, że w Kenii naprawdę te rzeczy są tak drogie, zaproponowali mi, że pójdą ze mną do sklepu gdzie to sprzedają.

 

Sklep był... tuż obok supermarketu i tylko dlatego, że poszedłem w drugą stronę nie wstąpiłem do niego. Kiedy tam weszliśmy, oburzona sprzedawczyni pokazała mi olejek 40 za 1250KES. Mimo to mnie nie przekonali żebym to wziął. Pokazało to też, jak bardzo Mały miał ochotę mnie wyrąbać w kosmos. Skubany nałożył swoją marżę w wysokości 100%! Tylko dlatego, że przebiegł się z reklamówką 200 metrów.

 

Rozstaliśmy się więc pod sklepem, umówieni na jutro na 8.00 rano pod bramą. Ja wstąpiłem jeszcze do kilku innych sklepów i apteki. Nie było olejków, były jedynie jakieś śmieszne czwórki i piątki jakichś egzotycznych firm. Nie było wyjścia, trzeba było wracać do obozowiska.

 

Nie brałem tuk-tuka, chciałem się przejść i sprawdzić jak długo się pójdzie. Basia dzwoniła raz, kiedy byłem w supermarkecie. Wiedziała więc, że żyję. Szedłem znajomą drogą, piaszczystą, zakurzoną z tłumem dzieciaków, które żebrały o cukierka. Każdy prawie mijany człowiek wypowiadał sakramentalne "Jambo!", na które trzeba było tak samo odpowiadać. Chyba z 50. razy musiałem to mówić w czasie mojej powrotnej drogi.

 

Na bramce ochroniarz mnie nie poznał z racji mojego zamaskowania. Musiałem zdjąć moje przebranie a-la Talib i dopiero mnie wpuścił. Kiedy dochodziłem do leżaków, zadzwoniła Basia. Za chwilę byłem już na miejscu i zdałem jej całą relację. Byłem nieźle zmęczony, przede wszystkim tym upałem. Z moich wyliczeń wyszło, że szedłem 25 minut z centrum miasta.

 

Resztę dnia spędziłem znów w basenie. Musiałem odpocząć od tego słońca i basen był najlepszym do tego miejscem. Siedzieliśmy sobie na leżakach, czytałem książkę i obserwowałem naszych znajomych z turnusu. Potem była kolacja i na koniec spacer po ośrodku. Jak zwykle siedzieliśmy z piwem na ławeczce zanim poszliśmy w końcu spać.

 

Dzień 8 - 6 lutego 2010 – sobota

 

 

SZOFER

 

 

Pobudkę zaserwowaliśmy sobie o 6.45. Na śniadaniu byliśmy o 7.15 i byliśmy pierwsi. Jak zwykle przywitał nas kierownik sali słowami "Habari?". Ja nigdy nie potrafiłem odpowiedzieć w swahili, że dobrze ale za to Basia zawsze mnie wyręczała, a ja tylko powtarzałem po niej. Dziś śniadanie lekko się opóźniło ale i tak byliśmy gotowi przed 8.00.

 

Kiedy dochodziliśmy do bramy widzieliśmy, że podjeżdża jakiś samochód, potem nawraca i zatrzymuje się koło stróżówki. Z samochodu wysiadł Mały, ten sam, który chciał mnie wyrąbać w kosmos z olejkiem. Za kierownicą ktoś zupełnie nowy, z tyłu siedzi Mike-dyrektor. Wsiedliśmy z tyłu, ja od strony Mike'a-dyrektora, Mały siadł z przodu i ruszyliśmy. Niestety Mike-dyrektor nie był absolutnie kontaktowy. Był totalnie czymś nawalony. Nie czuć było alkoholu ale w ogóle nie kontaktował. Mały od razu nakazał kierowcy jechać na stację i z miejsca zażądał kasy na paliwo. Poczuliśmy się bardzo nieswojo. Siedzieliśmy z trzema nieznanymi Murzynami w ich samochodzie i jechaliśmy nie wiadomo gdzie. Powiało wręcz grozą. Odparłem, że zapłacę dopiero na sam koniec i ten ton podchwycił kierowca, który uspokoił Małego.

 

Nagle chłopaki skręcili w drugą stronę niż powinni i skierowali się do miasta. To już zupełnie się nam nie spodobało. Coś tu było nie tak. Mike-dyrektor cały czas nas zaczepiał, bredził w ogóle od rzeczy, ledwo go było można rozumieć. Mały z kierowcą napierdzielali po swojemu i czekałem tylko na koniec tej naszej uroczej przejażdżki.

 

Nie musiałem długo czekać bo za chwilę samochód się zatrzymał i zarówno Mały jak i Mike-dyrektor wyszli z niego, a kierowca ruszył w kierunku stacji benzynowej. Zapytałem go czy oni jadą z nami ale zaprzeczył. Wyszło więc, że jedziemy tylko my i szofer, który był dość młodym i spokojnym kolesiem. Mało się odzywał. Zapytałem o Mike'a-dyrektora i potwierdził, że Mike od rana jest nawalony alkoholem. Upewniłem się czy on sam czasem nie jest napity ale stwierdził, że on w ogóle nie pije.

 

Przed nami około 100km na północ do miejscowości Marafa gdzie znajduje się nasz punkt docelowy – Hell's Kitchen. Jedziemy niezłą asfaltową szosą, po prawej mamy Ocean Indyjski, po lewej plantacje ananasów, palmy i czasem las się zagęszcza, tworząc małe dżungle. Mijamy również wioski i mnóstwo pieszych idących poboczem. Nasz szofer nic nie mówił i nie za bardzo w ogóle wiedział gdzie jechać.

 

Jechaliśmy tą jego toyotą około 90km/h, ruch był znikomy i dlatego dość szybko dojechaliśmy do dużego miasta – Malindi. Tam mieliśmy mieć przystanek ale dopiero w drodze powrotnej więc tylko przejechaliśmy to miasto. Dalej jechaliśmy za dużą rzekę o nazwie Galana, którą oni nazywają Sabaki. No i potem wiedza naszego szofera się zakończyła. Musiał zapytać miejscowych i szukać drogi. W końcu znalazł jakiegoś w miarę kumatego, który mu wszystko wyjaśnił ale wtedy na trasie była niemiła niespodzianka dla nas.

 

Blokada policyjna zatrzymywała prawie wszystkie samochody. Nie ominęło również nas i nasz szofer musiał się zatrzymać. Podszedł do nas gliniarz i rzucił przez uchyloną szybę: "Bongiorno Italiano!" My odparliśmy, że nie jesteśmy Włochami więc zmienił powitanie na "Welcome to Kenya!". I przeszedł do rzeczy, o której już nas zdążył uprzedzić nasz szofer. Po prostu potrzebuje łapówki i musimy mu zapłacić. Szofer poszedł negocjować, my tylko obserwowaliśmy go jak dyskretnie daje mu w łapę żebyśmy mogli spokojnie jechać. Kiedy wrócił oznajmił, że dał mu 200KES. Za nic.

 

Chwilę potem wjechaliśmy w zwykłą drogę tzn. piaszczystą o kolorze intensywnej czerwieni. Toyota dawała sobie radę całkiem nieźle choć na nasze europejskie standardy ta droga była przystosowana tylko do jeepów lub traktorów. Raz byśmy się zakopali, a raz szofer tak przestraszył chłopaka na rowerze, że ten uciekając z tej wąskiej drogi wjechał w trawę i się przewrócił.

 

Dalej wyjechaliśmy na drogę można by rzec szutrową. Okropnie trzęsło bo kamienie były duże i twarde ale dla naszego szofera nie miało to znaczenia i nadal jechał około 80km/h. Strasznie mocne muszą tu mieć samochody. Czasem znów musiał się zatrzymywać żeby zapytać o drogę, bo w Kenii nie ma żadnych drogowskazów ani nawet znaków drogowych. Przynajmniej ja nie widziałem. Nawet kiedy w wiosce jest tzw. śpiący policjant, to po bokach leżą tylko dwa głazy jako znaki ostrzegawcze.

 

Wioski mijane przez nas były już dużo biedniejsze od naszego Kilifi. Kobiety idące poboczem nosiły wodę i inne rzeczy na głowach, drogą jeździli rowerzyści a po bokach widzieliśmy już zaczątki sawanny i gdzieś w tle duże baobaby. Dojechaliśmy wreszcie do skrzyżowania skąd do tego Hell's Kitchen było raptem 500m. Po przejechaniu przez wioskę, zauważyliśmy bramę wjazdową z napisem Hell's Kitchen. Ktoś nam ją otworzył i wjechaliśmy pod samo urwisko.

 

Hell's Kitchen to rząd wąwozów stworzony przez wiatr i wodę na przestrzeni wielu lat. Przeważa kolor czerwony i inne odcienie brązu. Roślinność to zazwyczaj uschnięte krzewy i drzewka. Hell's Kitchen graniczy z parkiem narodowym Tsavo East, który można zobaczyć z jednego z wzniesień Hell's Kitchen. Podobno, nazwę zawdzięcza temperaturze, która panuje we wnętrzu tego wąwozu. W porze deszczowej, cały wąwóz wypełnia się wodą i jej ogromne masy spływają do rzeki, która potem ma barwę czerwono-brązową.

 

Kiedy tak przyglądaliśmy się panoramie tych uskoków, wgłębień i sterczących szczytów podszedł do nas nasz szofer z jakimś łysym gościem z bardzo dziwnie wykrzywionym palcem u nogi. Łysy przedstawił się, że jest opiekunem tego zabytku i zaproponował nam spacer i omówienie. Oczywiście poinformował nas również o cenie, która wynosiła: 500KES dla wspólnoty, która się tym opiekuje oraz "co łaska" dla niego jako przewodnika. Nie było problemu żeby się na taki uczciwy układ zgodzić i od razu ruszyliśmy wokół całego miejsca.

 

MARAFA: Kanion Hell's Kitchen

 

Łysy całkiem fajnie opowiadał, zaprowadził nas w fajne miejsca na zdjęcia, potem zeszliśmy do wnętrza tych wąwozów, pokazał nam działalność jakichś nawiedzonych katolików, którzy zbudowali tam ołtarz i ułożyli z kamieni napis o Jezusie. Były też napisy z kamieni robione przez Włochów, którzy stanowią lwią część gości tego miejsca. Łysy narzekał na nich, że śmiecą i są bardzo głośni. Widzieliśmy też ciekawe miejsca do obserwacji wschodu i zachodu słońca, co jest gratką dla fotografów, bo kolory zmieniają się w czasie zmiany wysokości słońca. Łysy pokazał nam piasek tak drobny jak mąka, który służy miejscowym jako budulec dzbanków i wazonów.

 

Wyszliśmy w innym miejscu skąd rozpościerał się widok na Tsavo East. Niestety byliśmy zbyt daleko aby zobaczyć ocean. Wróciliśmy do miejsca gdzie była brama wjazdowa i gdzie zbudowano drewnianą altankę, w której siedzieli przyjaciele Łysego. Tam dostaliśmy księgę gości aby się wpisać. Znalazłem naszych rodaków ale w przeważającej większości byli to jednak Włosi.

 

MARAFA: Kanion Hell's Kitchen

 

Dałem Łysemu 500KES oraz drugie 500KES premii. Łysy jeszcze poprosił żebyśmy odwiedzili pobliską szkołę i zawieźli zeszyty i ołówki, które on nam sprzeda. Pokazał dużą kupkę zeszytów, którą wycenił na 1000KES. Dla mnie to było za drogo więc wziąłem część tylko za 200KES i mogliśmy wyjechać.

 

Szkoła była tuż tuż więc wjechaliśmy na jej teren i nie widząc żadnego dorosłego wręczyłem te zeszyty jakiemuś dzieciakowi. Trzeba przyznać, że naprawdę się ucieszył i zaraz zawołał swoich funfli, którzy już wspólnie zajęli się łupem. My tymczasem już odjechaliśmy.

 

Droga powrotna była podobna ale tym razem jechaliśmy do samego końca tą szutrową i potem wyskoczyliśmy na asfaltówkę niedaleko rzeki. Na moście nasz szofer zapytał, czy chcemy zrobić sobie zdjęcie i potulnie zatrzymał się na nim. Teraz naszym punktem miało być dość duże miasto – Malindi.

 

Malindi – (http://www.malindimunicipal.org/) to nadbrzeżne miasto w Kenii, 120 kilometrów na północ od Mombasy na drodze do Lamu. Populacja wynosi ponad 100,000 mieszkańców co czyni je głównym ośrodkiem turystycznym, szczególnie popularnym wśród Włochów dlatego nazywanym często "Milan-di". W okolicy znajdują się ruiny Gede, miasteczko Watamu oraz dwa morskie parki narodowe (Watamu oraz Malindi Marine National Parks). Samo miasto może pochwalić się związkami z Vasco da Gamą, gdyż ponoć tutaj w 1498 roku zawitał aby ustanowić miejsce odpoczynku na swojej drodze do Indii. Do tej pory zachował się cokół z krzyżem upamiętniający to wydarzenie oraz katedra, w której pochowani zostali dwaj jego kompani.

 

Poprosiliśmy naszego szofera żeby zawiózł nas nad ocean bo chcieliśmy zobaczyć ten monument. Na zdjęciach wyglądało to całkiem fajnie, wysoka biała kolumna z krzyżem na szczycie, a za nią już tylko bezkresny ocean. No i ta świadomość, że był tutaj jeden z największych żeglarzy świata.

 

Nasz kierowca dokładnie znał to miejsce więc tym razem nie było problemów aby się tam dostać. Kiedy wjechaliśmy do miasta, zjechał na równoległą drogę do oceanu i już z daleka widać było ten pomnik. Trzeba było jeszcze podjechać kawałek żeby stanąć przed bramą wjazdową. No i tutaj zaczęły się schody bo postawili jakąś budkę, w której dwóch gości kasowało bilety. Tak naprawdę to jednak nie kasowali i nie sprzedawali ale wyłudzali pieniądze za rzekomy wstęp. Sytuacja zrobiła się mętna bo wściekliśmy się gdy usłyszeliśmy cenę – 1000KES!!! Cena była wzięta z kosmosu i zaczęliśmy interweniować pokazując nasze legitymacje (Basia studencką, ja nauczycielską) ale ich jakoś to nie wzruszało. Tłumaczyli nam, że Kenia jest krajem rozwijającym się i potrzebuje wsparcia z Europy. Tyle tylko, że ta kasa i tak miała nie iść na kraj, tylko do ich kieszeni.

 

Trzeba przyznać, że nasz kierowca czuł się trochę zażenowany całą sytuacją bo widział, że jesteśmy krojeni w biały dzień. Sam bywał tam kilkakrotnie, jak przyznał, i dobrze wiedział, że zabytek ten nie jest wart takiej kosmicznej kwoty. Sprawa w końcu zakończyła się zgniłym kompromisem, bo chyba zauważyli, że się nieźle wściekliśmy i stanęło na tym, że zapłaciliśmy 500KES za dwie osoby, a szofer wszedł za darmo. Nie dostaliśmy oczywiście żadnego biletu, żadnego kwitu, nic, po prostu zupełnie nic. Kasa wylądowała w kieszeni jednego z tych dupków.

 

Sama kolumna Vasco da Gamy oczywiście nie jest niczym specjalnym. To bardziej miejsce było samą atrakcją niż ten obiekt. Nie mniej jednak myślałem, że jest to dużo niższe. Porobiliśmy sobie zdjęć, przeczytaliśmy o historii tego miejsca i po 10 minutach mogliśmy wracać. Nic specjalnego i tak naprawdę w żadnym europejskim kraju nikt by nawet nie pomyślał o tym żeby żądać za takie coś jakichkolwiek pieniędzy.

 

 

MALINDI: Cokół Vasco da Gamy (1498)

 

Wkurzeni przeszliśmy obok tej ich budki nie reagując już na ich zaczepki, bo kolesie pytali czy nam się podobało i skąd jesteśmy. Jednocześnie odechciało nam się wjazdu do centrum miasta żeby zobaczyć katedrę z grobami dwóch Portugalczyków, którzy towarzyszyli Vasco da Gamie i niestety zmarli na ziemi kenijskiej. Zresztą nasz kierowca nie słyszał o tym więc znów by trzeba było się dopytywać.

 

Teraz ruszyliśmy w kierunku południowym jadąc do ruin miasta Gede. To jedna z największych atrakcji Kenii. Ale najpierw musieliśmy przebić się przez miasto, które właśnie działało na pełnych obrotach. Droga przez mękę bo ruch potężny, nie tyle samochodów ale przede wszystkim motorów, tuk-tuków, rowerów i pieszych. Po obu stronach ulicy niezliczone ilości straganów i sklepików oferujących wszystko, tuż obok sterty śmieci i grupy ludzi czekających nie wiadomo na co. Włączyłem kamerę żeby uwiecznić ten zupełnie inny od europejskiego obraz miasta. Nie wszystkim się to podobało, co można zobaczyć na filmie.

 

Wyjechaliśmy wreszcie z miasta. Niedaleko musieliśmy jechać aby dotrzeć do tego słynnego miasta zarośniętego dżunglą. Wjechaliśmy przed bramę, stanęliśmy obok autokaru politechniki z Mombasy, który wyglądał jak PKS z mazurskiej wsi z lat 70 ubiegłego wieku. Nabuzowani negatywną energią wkroczyliśmy do biura gdzie sprzedawano bilety od razu z roszczeniową postawą. Zastaliśmy w okienku opatuloną Arabkę, która była zaskoczona naszym uporem domagającym się zniżek na nasze legitymacje. Cena wynosiła 500KES od osoby i zdołaliśmy jakimś cudem ugrać 100KES na osobie więc zubożeliśmy o 800KES czyli €8. Nasz szofer znów wszedł za darmo, choć nie wiem na jakiej podstawie.

 

Nie ma jasnych przesłanek co do pochodzenia tego miasta. Przyjmuje się, że miasto powstało ok. XIII wieku i zostało założone przez wspólnotę Swahili czyli rdzennych mieszkańców ówczesnej Kenii. Jednak pewne jest, że mieszkała tam społeczność arabska gdyż pozostały ślady meczetu. W połowie XX wieku odnaleziono tam przedmioty z Europy, Azji i innych miejsc na świecie, co sugerowało, że mieszkańcy utrzymywali kontakty handlowe z resztą świata. Gedi lub Gede, bo nie ma jedności co do nazwy, miało swój wspomniany meczet ale również pałac i duże kamienne domy. Domy były porządne z łazienkami i kanalizacją. Uliczki zbudowano pod kątem prostym i liczba mieszkańców jest szacowana na około 2.500. Nie wiadomo co stało się, że w XVI wieku miasto wyludniło się. Od tamtej pory dżungla zaczęła przejmować je, co spowodowało, że jest obecnie chętnie odwiedzane przez turystów.

 

Mieliśmy swoje oczekiwania, tak jak i zapewne kilka dużych zbiorowych wycieczek obecnych w tym miejscu. Jednak prawdę mówiąc byliśmy rozczarowani. Z wszystkich opisów wyłaniał się obraz przypominający kambodżański Angkor ale być może że trafiliśmy na okres suchej pory, to zmniejszyło atrakcyjność tego miejsca. Możliwe, że deszcz ożywiłby wszystkie te lasy dookoła i całość by "ożyła". Nas na pewno nie powaliło to na kolana.

 

GEDE: Ruiny starożytnego miasta

 

W trakcie naszego spaceru staraliśmy się unikać zorganizowanych grup szkolnych choć zapewne moglibyśmy posłuchać co tam mówią. Czasem coś tam wpadło do ucha. Zaczepieni zostaliśmy przez pracownika tego obiektu w momencie kiedy przystanęliśmy zaciekawieni współczesną budowlą. Mianowicie ustawiono gigantyczne schody wokół olbrzymiego drzewa, na którego szczycie umieszczono platformę widokową, z której można było zerknąć na cały kompleks. To mogło być ciekawe dlatego postanowiliśmy się temu przyjrzeć. Jednak oczywiście należało najpierw uiścić opłatę i stąd znalazł się obok nas ten sprytny mały Murzyn. Jednak my zagraliśmy na bezczela i na jego pytanie czy jesteśmy obywatelami Kenii odpowiedzieliśmy, że tak. Przyznam, że z mojej strony nie było to powiedziane z premedytacją, a wręcz przeciwnie po prostu powiedziałem to z ironią, bo chyba oczywiste jest, że raczej byliśmy białymi, europejskimi turystami przyprowadzonymi przez miejscowego ale Basia powiedziała, że i owszem jesteśmy, co w jej ustach zabrzmiało już nieco inaczej. Mały Murzyn aby się upewnić czy rzeczywiście tak jest zapytał naszego szofera, który.... potwierdził to. Wydaje się nam, że zrobił to z poczucia wstydu wobec tych nachalnych prób oskubania nas przy pomniku Vasco da Gamy. No ale zapłaciliśmy zaledwie 50KES zamiast 100KES od osoby.

 

Na drzewie Basia przeżywała bardzo ciężkie chwile. Kręte schody z prześwitującymi szczeblami i tłok na nich powodował, że się bardzo bała. Odebrało jej to przyjemność z oglądania tego, co pod nami. Ten pomysł oceniam jako udany choć żadnego szału nie było ale bileter wypytywał nas jak było kiedy już zeszliśmy stamtąd. Po zejściu trochę się źle poczułem, tzn. zaczęły mnie boleć mięśnie ud. Bardzo dziwnie się czułem, jakby skurcz, paraliż. Bałem się czy to nie jakaś ich choroba ale w samochodzie kiedy już usiadłem zaczęło być lepiej. Nie mniej jednak z trudem doszedłem do auta i do tej pory nie wiem co to było. Prawdopodobnie lekkie odwodnienie bo nie trzeba dodawać, że na dworze była parówa.

 

Przed nami ostatnia atrakcja dzisiejszego dnia – farma węży. Basia była sceptyczna bo nie lubi takich zwierzątek ale jak najbardziej zgodziła się na wyjazd. Zresztą farma oddalona jest zaledwie o ok. 2km od Gede więc nie było problemu że trzeba daleko jechać. Niestety nasz kierowca nie był znów pewien gdzie to dokładnie jest i poruszał się z pomocą miejscowych. Wniosek jest taki, że mało kto tam przemieszcza się na dalsze odległości.

 

Farma jest prowadzona przez białych i jest podobno największą tego typu w okolicy. Po przyjeździe jednak zastała nas informacja, że akurat mają przerwę na lunch. Niestety co najmniej 45 minut musielibyśmy czekać aż otworzą i nie chciało się nam aż tak długo tam siedzieć. Nasz szofer nie był obrotnym człowiekiem, który mógłby coś doradzić i po spaleniu papierosów przez Basię i szofera postanowiliśmy się zawijać do hotelu.

 

Zobacz video z wyjazdu:

 

http://www.youtube.com/watch?v=GNVXBYVri5c

 

Wyjechaliśmy około 13.20 spod bramy farmy i liczyliśmy, że może uda się nam zdążyć na nasz lunch, który kończył się o 14.00. Niestety kiedy dojechaliśmy była 14.15 i musieliśmy poczekać aż do kolacji żeby coś zjeść. To w sumie był jeden z argumentów na nasz powrót z tej farmy i teraz widać, że pochopnie zrezygnowaliśmy z tej atrakcji. Niby umawiałem się z Mikiem-dyrektorem na pół dnia ale nasz szofer na pewno przystałby na przedłużony czas pracy.

 

W każdym razie pod bramą hotelu byliśmy o 14.15. Uregulowałem z kierowcą wszystko bez sporów i targowania się. Za to, że był spoko kolesiem postanowiłem dać mu 200KES za zapłacony "mandat" oraz 300KES extra premii za to jaki był. Oczywiście zgodnie z umową dałem mu też €50. Nie wiem jak się rozlicza z Mikiem-dyrektorem i tym drugim kurduplem ale na wszelki wypadek dostał ode mnie te 500KES bez ich wiedzy.

 

Po stwierdzeniu, że lunch nam przepadł to co nam pozostało, to znów wyłożyć się na leżaki i potaplać się w basenie. Byliśmy zmęczeni tym wyjazdem, nie da się ukryć, więc taki popołudniowy relaks bardzo dobrze na nas wpłynął. Na pewno warto było ruszyć dupę i zobaczyć te parę rzeczy.

 

Ze względu, że dziś sobota to kolacja odbywa się w innym miejscu, tzn. w tym gdzie jadany jest lunch. Co więcej, kelnerzy ubrali się w inne fatałaszki bowiem tematem przewodnim jest "Afryka". Jedzenie było nieco inne, większy wybór i choć nie było to prawdziwe afrykańskie jedzenie jednak jakiś skromny pierwiastek tam był. Jednak nie dla wszystkich. Basia lekko grymasiła i domagała się frytek i parówek...

 

Tak się objadłem za ten przegapiony lunch, że szybko spać mi się zachciało. Jednak na dzisiejszy wieczór przygotowali nam występ jakichś tancerzy i postanowiliśmy to zobaczyć. Oczywiście Applause, Applause, Applause był w swoim żywiole, ciągle powtarzał swoją formułkę a na scenie odbywały się dość ciekawe tańce z akompaniamentem na bębnach. Chłopaki i dziewczyny w kolorowych strojach całkiem fajnie wywijali na scenie. Tak fajnie, że na koniec porwali cały tłum i wszyscy razem odtańczyliśmy kilka lokalnych hitów.

 

Kiedy wszystko się uspokoiło i scena opustoszała, wkroczyła na nią Samica Człowieka Pierwotnego i zaczęła sobie tańczyć. Dołączył do niej Szkot, potem wtargnęli Wydziargani Angole a na koniec sam Człowiek Pierwotny. Wtedy dopiero wszyscy ujrzeli ich nieprzeciętny kunszt gdy odtańczyli kilka standardów. Basia usilnie mnie namawiała na występ z nią ale absolutnie nie miałem na to ochoty i w takim razie ona obrażona udała się sama do domku.

 

Kiedy wróciłem do pokoju, Barbara oznajmiła mi, że zakatrupiła jakiegoś ogromnego karalucha. Istotnie nie można było wejść do łazienki bo była zagazowana. Chyba z pół pojemnika wypsikała tam w obawie przed inwazją kumpli tego zabitego. Na pewno nic tam nie przeżyło przy takim stężeniu Brosa. Nam nie pozostało nic innego niż się położyć. Dochodziła 22.00.

 

Dzień 8: Kilifi – Marafa – Malindi – Gede – Kilifi  215km

 

Dzień 9 - 7 lutego 2010 – niedziela

 

 

LENIUCHOWANIE

 

 

Przez cały dzień nie zrobiliśmy nic konstruktywnego. Jak to zwykle rano, poszliśmy na śniadanie. Przywitał nas Habari, zamówiliśmy kawę, ja zjadłem kartofelki, naleśniki i pączki, a Basia swoje grzanki. Potem na werandę żeby dopić kawę i zastanowić się co dalej. W międzyczasie ktoś nas zwykle zaczepiał z plaży, choć ze względu na nasz jutrzejszy wyjazd, dali nam spokój bo już byliśmy zabukowani.

 

Na dzień dzisiejszy postanowiliśmy po lunchu iść na plażę Bofa. Odważniejsi już dużo bardziej, wybraliśmy się tam oboje pieszo. Szliśmy godzinę więc wynika, że plaża była oddalona o ok. 6 km od naszego miejsca obozowania. Na plaży jak zwykle chmary miejscowych wciskające jakieś badziewie. Byliśmy już powoli zmęczeni tymi nachalnymi prośbami o kupienie czegokolwiek. Przez to nasze dobre maniery też zanikały i już dużo ostrzej opędzaliśmy się od nich. Oni jednak chyba do tego przywykli bo nie okazywali żadnego zakłopotania czy gniewu.

 

Plaża piękna, duża piaszczysta z drobnym piaskiem. Było trochę cienia więc i ja mogłem czuć się tam dobrze. Czytałem sobie książkę, czasem przeszedłem się rozprostować kości. Po prostu czuliśmy się jak przystało na zmęczonych zimą Europejczyków – leniuchowanie na maxa!

 

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o bankomat skąd wybraliśmy 5000KES. Szliśmy wolniutko, co chwila słysząc głośne "Jambo" i wyciągnięte ręce dzieciaków proszących o słodycze. Zatrzymywały się też tuk-tuki oferując nam podwiezienie ale nie mieliśmy ochoty na przejażdżkę.

 

Gdy dochodziliśmy po ponad godzinnym spacerze zaczynało się ściemniać. Droga do hotelu położona na zboczu wąwozu i mijająca kilka chatek miejscowych nie była z pewnością czymś przyjemnym ale jakoś zdobyliśmy chyba na tyle doświadczenia i zaufania do miejscowych, że obeszło się bez czarnowidztwa.

 

Dziś z oczywistych względów postanowiliśmy się wcześnie położyć. Musieliśmy się jeszcze dopakować i przygotowani na wczesną pobudkę położyliśmy się wcześnie spać. Jutro zaczynamy trzydniowe safari.

 

Dzień 10 - 8 lutego 2010 – poniedziałek

 

 

SAFARI

 

 

Przyszło nam wstać o 4.30 bo umówieni byliśmy pod bramą o 5.00. Było oczywiście jeszcze ciemno, ochroniarz dobrze wiedział o co chodzi, bo jak łatwo się domyślić codziennie takie spotkania mają miejsce. Naganiaczom z plaży nie wolno wchodzić na teren obiektu ale i tak trzymają sztamę z ochroną i kierownictwem jak przypuszczam.

 

Punktualnie o 5.00 zjawił się van a z niego wysiadło trzech facetów. Pierwszym był dobrze nam znany James, który okazało się, że współpracuje z Normanem, u którego kupiliśmy safari. To ten sam James, który wcisnął mi do kieszeni kartkę ze "special offer" i który niby był konkurentem Normana. Widać, że wszyscy to jedna wielka rodzina i nie ma co się łudzić, że ze sobą konkurują. Jakby na potwierdzenie tego, z samochodu wysiadł Bruno, który sprzedawał swoje usługi pod bramą, a nie na plaży. To on zaoferował nam kilka dni temu €250 za imprezę i wręczył stos fotografii żeby mnie przekonać do swojej oferty. Trzecim gościem był gruby kierowca o bardzo łatwo wpadającym w pamięć imieniu – Cipa.

 

James powiadomił o nas o pierwszej zmianie. Niestety tych zmian miało być dużo więcej jak się okazało. Tą zmianą był fakt, że zamiast Jamesa miał z nami jechać ów Bruno. Drugą zmianą był skład bo zamiast jakichś Holendrów, musieliśmy poczekać kilka minut na trzyosobową ekipę z Francji. Ta ekipa to 3 babki z naszego turnusu: Aktywistka i dwie Ciapate – młoda i stara. Składu miały dopełnić dwie osoby z Anglii, które mieliśmy zabrać ze sobą po drodze. To kolejna zmiana, bo obiecano nam safari w składzie sześcioosobowym, a tu już na wstępie mamy 7 osób.

 

Tymczasem ruszyliśmy do pogrążonego w ciemnościach Kilifi. Na początku ustaliliśmy, że będziemy codziennie zmieniać miejsce w vanie. Van składał się z 4 rzędów łącznie z kierowcą i my wylądowaliśmy na samym końcu. Tak zresztą nam doradzał Norman, bo to najlepsze miejsce do obserwacji. Nic nie mówił, że mamy się zmieniać więc zapewne wszystkim mówił to samo wiedząc, że albo się pokłócimy albo pójdziemy na kompromis. W każdym razie siedzieliśmy na końcu i jechaliśmy piaszczystymi drogami do centrum Kilifi.

 

W samym centrum miasta Bruno i James wyjaśnili nam, że muszą od nas wziąć teraz resztę pieniędzy bo muszą je wymienić na dolary. Dlaczego taka wymiana musiała zostać zrobiona nie wyjaśnili, posłusznie oddałem im brakujące €400 i to samo zrobiła francuska grupa. Co dziwne cały czas staliśmy na włączonym silniku, co sugerowało jakiś szemrany biznes. To samo zauważyła Ciapata pytając czy to "black market". Staliśmy tak 25 minut!

 

Wreszcie przyszli obaj panowie i ruszyliśmy w kierunku Mombasy. Przejechaliśmy słynny most w Kilifi, a potem już prosto na Mombasę. Po drodze widać było jak budziło się życie, jak ludzie szli bądź jechali do pracy, a dzieci do szkoły wzdłuż drogi. Przed nami jechało kilka matatu, a po obu stronach drogi ciągnęły się sady ananasowe. Słońce też leniwie zaczęło się wyłaniać od strony oceanu.

 

Tuż przed Mombasą skręciliśmy w lewo, do jakiegoś hotelu aby zabrać te dwie brakujące osoby. Wjechaliśmy na podjazd i ogłoszono chwilkę przerwy. Owa chwilka okazała się być niekończącą się przerwą, która wszystkich frustrowała. Było to związane z tymi dwiema osobami, które miały nam towarzyszyć przez kolejne dwa dni.

 

Angielki. Siostry. Po pięćdziesiątce. Jedna po wylewie z zaklejonym okiem i o lasce, druga w nieodpowiednim stroju jak na safari. Taki widok zwalił nas z nóg. Mało tego, przeciągająca się przerwa była spowodowana tym, że obie panie posiadały jakieś dziwne karty, które nie działały i trzeba było dzwonić do Londynu. Zapewne różnica czasu i skomplikowane procedury spowodowały, że spędziliśmy tam mnóstwo czasu. Młoda Ciapata spała w aucie, a my łaziliśmy po hotelu. Jedynym plusem był zakup baterii do aparatu.

 

Wreszcie odtrąbiono sukces. Panie Angielki zwane Ropuchami wgramoliły się do auta i od razu zażądały czegoś do picia i oznajmiły, że miejsce nie za bardzo im odpowiada. Wszyscy wiedzieliśmy jak dalej się potoczą te nasze wczasy. Widać też było jak na siłę uprzejmy jest ten Bruno, jak wije się jak piskorz żeby tylko dogodzić obu paniom. Ale nie dziwne skoro, jak poinformowały nas Francuski, panie zapłaciły po £600 od osoby za ten wyjazd!!! Później, co prawda, zweryfikowaliśmy tę kwotę do £400 ale to nadal dwa razy więcej od nas.

 

Zabraliśmy ze sobą jakiegoś facecika jeszcze, zostawiliśmy Jamesa, który na koniec ostrzegł mnie jeszcze przed korkami w Mombasie. Trzeba uważać żeby nie pozwolić nikomu włożyć ręki przez okno bo zabiorą co się tylko da. Najlepiej szyby mieć zaciągnięte. No ale to sam zdrowy rozsądek nam podpowiadał.

 

Przedmieścia Mombasy już nas tak bardzo nie zszokowały. Przywykliśmy do tych wszystkich śmieci i straganów oraz tłumów ludzi spieszących do pracy. Co prawda, co jakiś czas widać w tłumie było całkiem fajnie prezentujące się osoby, faceci w garniturach i kobiety w ładnych kostiumach ale większość to jednak standard znany z innych miejsc.

 

Bruno kupił gazetę, którą dał nam do poczytania. Na całe szczęście dla mnie bo jazda w porannym korku w takim wielkim mieście i w takim klimacie nie jest niczym przyjemnym. Zanim się przebiliśmy na właściwą trasę upłynęło naprawdę sporo czasu. Niestety nie jechaliśmy pod słynnymi Kłami ale już wszyscy mieliśmy dość tego miasta i dlatego odetchnęliśmy z ulgą kiedy wyjechaliśmy na wylotówkę na Nairobi. Teraz już tylko trasa szybkiego ruchu.

 

To chyba najważniejsza droga w Kenii. Łączy dwa największe miasta kraju oddalone od siebie o blisko 500km. Jakby nie śmiać się z poziomu technologicznego tego afrykańskiego kraju, to jednak ta droga jest w pełni profesjonalnie wykonana i jedzie się nią bardzo przyzwoicie. Dwa pasy w obie strony przez spory odcinek, dobra nawierzchnia i umiarkowany ruch powodują, że jazda nie męczy. Dodatkowo dla wszystkich obcokrajowców widoki po obu stronach drogi czynią z tej jazdy dodatkową atrakcję. Ogromne połacie sawanny, w tle góry, a przy jezdni liczne kopce termitów, a czasem małpy przechadzające się wzdłuż drogi i czekające na jakieś smakołyki wyrzucane przez kierowców to typowy obraz tego miejsca. To wszystko towarzyszyło nam przez całą drogę.

 

Za oknem było już oczywiście widno no ale też i gorąco. Wysłałem do TT smsa, że u nas ponad 35 stopni i praży słońce. W Polsce w tym czasie poniżej zera i przygnębiająca atmosfera ciągnącej się zimy.

 

Jechaliśmy tak dość długo, do momentu kiedy skręciliśmy na parking przed jakimś centrum gastronomiczno-handlowym. Mnóstwo innych samochodów tam stało oczywiście, wszyscy w drodze na safari więc samochody były jednakowe. Najczęściej były to dwie marki: nissan lub toyota. My jechaliśmy nissanem.

 

Kiedy Cipa wyłączył silnik tuż przed nami zatrzymał się inny busik, a z niego wyskoczył James oraz Szkot, Stuknięta i dwie Szwedki. Okazało się, że tamta grupa też jedzie i dlatego James nie jedzie z nami. Tamci jednak jechali na dwa dni. Zaskoczyły nas przede wszystkim Szwedki, które deklarowały, że nie za bardzo są zainteresowane wyjazdem, bo jedna z nich była już kiedyś w RPA na pięciodniowym safari i pamięta jak było to męczące.

 

Ten kompleks to jeden wielki sklep z pamiątkami oraz jedno stoisko z kawą i ciastkami. Naturalnie spotkaliśmy mnóstwo Polaków, bo ludzi tam gromadziło się sporo. Zanim odczekaliśmy swoje w kolejce, a potem na pozostałych, to i tak mieliśmy dość czasu żeby pokręcić się po tym olbrzymim sklepie. Generalnie 80% towarów to różnej wielkości drewniane zwierzątka i symbole Kenii. Ja szukałem jakiejś fajnej koszulki, a Basia chciała mnie wyręczyć i szukała magnesu na lodówkę czyli tego, co chłopcy przywożą z wakacji.

 

Wpadła mi w oko fajna koszulka ale gościu chciał 2000KES więc trochę za drogo dla mnie. Basia znalazła magnesik za 750KES. Powiedziałem jej żeby maksymalnie dała mu 500KES ale najlepiej zacząć jeszcze niżej bo może nawet za 300-400KES by poszedł. Ja poszedłem negocjować koszulkę. Ale facet obstawał przy swoim więc olałem go. Basia natomiast trzymała w ręce zawinięty w gazetę magnesik z nosorożcem. Na moje pytanie za ile kupiła, nie chciała odpowiedzieć. Wyszło, że Basia nie miała odwagi się targować i kupiła go za tyle ile pan chciał czyli za 750KES! Oczywiście kilka sekund później była na siebie wściekła, że nie potrafi negocjować.

 

Kiedy byliśmy już gotowi do wyjazdu, podbiegł jeszcze raz do mnie facet z koszulką. Zaoferował 1800KES i zapytał jaka jest moja cena. Odparłem bezczelnie, że 750KES, na co on westchnął: "your price is killing me", na co ja mu odrzekłem, że jego cena też mnie zabija. Zjechał na 1500, a ja na 1000 ale dalej nie mogliśmy się dogadać. W końcu ostatecznie zaoferowałem mu 1200KES i powiedziałem, że to koniec z mojej strony. On nadal chciał 1500KES więc rozstaliśmy się i zostałem bez koszulki ale za to z okropnie drogim magnesem...

 

Kolejnym naszym przystankiem była jakaś stacja benzynowa, na którą nie wjeżdżaliśmy tylko zabraliśmy dużą torbę lodu. Lód był nam potrzebny do chłodzenia małych buteleczek wody, które trzymane były obok kierowcy w turystycznej lodówce. Każdy mógł sobie brać ile chciał bo to wszystko było wliczone w cenę. Tak więc nie mogliśmy narzekać na pragnienie. Francuska Aktywistka jednak narzekała na brak jakiegoś lunchu. Kawa i ciastko, które sami musieliśmy sobie kupić podenerwowało ją i już coraz głośniej domagała się jasno sprecyzowanej odpowiedzi.

 

W końcu zatrzymaliśmy się w miejscowości Mtito Andei. Tam tuż obok stacji Shella, znajdowała się brama wjazdowa do parku Narodowego Tsavo West. Zanim wjechaliśmy na jego teren, zdążyliśmy sobie zrobić tam fajne zdjęcia. Byliśmy mniej więcej w połowie drogi między Mombasą a Nairobi. Teraz już kończył się asfalt, Bruno podniósł dach w naszym nissanie i mogliśmy zacząć polowanie na zwierzęta. Zastanawialiśmy się, które ze zwierząt będzie pierwsze w naszym obiektywie i ja stawiałem na zebrę, bo jak powiedział Bruno, jest ich całe mnóstwo. Nic tylko cierpliwie czekać i pstrykać oaz filmować.

 

MTITO ANDEI: W połowie drogi między Nairobi a Mombasą

 

Park Narodowy Tsavo jest pierwszym parkiem narodowym, który powstał w Kenii. Międzynarodową sławę osiągnął dzięki występującym tam ogromnym czerwonym słoniom, które są pod całkowitą ochroną.

 

Park ustanowiono 1 kwietnia 1948 roku, a ze względów administracyjnych w maju 1948 roku podzielono go na dwa obszary: Tsavo wschodnie (większa cześć znajduje się na północ od trasy Mombasa - Nairobi) i Tsavo zachodnie, które rozciąga się aż do granicy z Tanzanią. Tworzą wspólnie największy park narodowy w Kenii i zarazem jeden z największych na świecie, o łącznej powierzchni 21 812 km2

 

Cechą charakterystyczną tego parku są olbrzymie baobaby, wystające ponad busz. Sektor południowy odwiedza sporo amatorów safari. Do parku wjeżdża się jedną z pięciu bram wjazdowych. Za najatrakcyjniejsze miejsce uważane są źródła Mzima, wokół których znajdują się siedliska ciekawych zwierząt. Utworzone dzięki źródłom i połączone szeregiem kaskad dwa jeziorka zamieszkane są przez hipopotamy i krokodyle.

 

Można go zwiedzać tylko pod okiem zatrudnionego strażnika. Na terenach parków Tsavo toczyło się i toczy ostrą walkę z kłusownictwem, którego ofiarami były najczęściej słonie i czarne nosorożce.

 

Tsavo West (http://www.kws.org/parks/parks_reserves/TWNP.html) odróżnia się od swojego brata East przede wszystkim wysoką roślinnością, co powoduje, że trzeba wytężać wzrok aby cokolwiek zobaczyć. Sprawne oczy kierowców czy przewodników pozwalają jednak zobaczyć wiele zwierząt.

 

MTITO ANDEI: Brama wjazdowa do parku Tsavo West

 

Park jest poprzecinany drogami, po których poruszają się busiki z podniesionymi dachami. Jest to świetna sprawa bo nie dość, że dach nie przeszkadza w oglądaniu zwierząt, to jeszcze dodatkowo chroni przed piekącym słońcem. Wertepy oczywiście odbierają komfort oglądania ale i tak wydawało mi się to dużo bardziej uciążliwe. Człowiek jakoś nie myśli o tych nierównościach terenu.

 

Pierwszym zwierzakiem, które zauważyliśmy było małe stadko żyraf. Oczywiście wszystkim nam udzieliły się emocje, bo zauważyliśmy je pasące się całkiem blisko. Świadomość, że to nie zoo tylko ich naturalny dom, podnieca chyba najbardziej choć trzeba mieć świadomość, że te zwierzęta już od dawna przywykły do widoku ludzi i samochodów i chyba należałoby je nazwać półdzikimi. Jednak nie wolno tak do końca odbierać sobie tej ogromnej przyjemności podglądania ich w ich naturalnym środowisku.

 

TSAVO WEST: Żyrafy

 

Tak naprawdę to jechaliśmy do miejsca naszego pierwszego noclegu. Tam też najpierw mieliśmy zjeść wytęskniony już przez wszystkich lunch. Ale żeby się tam dostać trzeba było pokonać sporo kilometrów przez sawannę. Oczywiście nie martwiło to nas wcale bo dzięki temu mogliśmy zobaczyć już na wstępie kilka zwierząt. Po żyrafach napatoczyły się nam na drodze gazele widzieliśmy też pelikana. Naturalnie kilka owadów wpadło nam od razu do środka i wylądowało na tylnych siedzeniach, czyli tam gdzie siedzieliśmy.

 

Miejsce naszego postoju to tzw. lodże czyli coś w rodzaju hotelu pośród dzikiej przyrody. Na terenie parku takich lodży jest bardzo dużo i trudno nam było ocenić czy te, które nam wykupili nasi beach boys to dobre miejsca czy nie. Jednak kiedy dotarliśmy do naszej pierwszej lodży wszyscy byliśmy pod niesamowitym wrażeniem. Umiejscowienie tego hoteliku było wręcz nieprawdopodobne.

 

Ngulia Bandas Rest Camp (http://tinyurl.com/yyq2he2) to pełna nazwa tego miejsca. Jest oddalone od Mtito Andei o niecałe 50km. Znajduje się od północnej strony góry Ngulia o wysokości 1824m. Tak jakby zawieszona u jej podnóża oferuje niesamowity widok na sawannę oraz oczko wodne. Widok jest wprost niesłychany. Jeśli widoczność jest dobra można dostrzec najdrobniejsze szczegóły, a za pomocą lornetki to już wszystko na spokojnie można sobie metodycznie przeanalizować.

 

TSAVO WEST: Ngulia Bandas Rest Camp

 

Kiedy wysiedliśmy z naszego nissana, przywitał nas prawdziwy Masaj. Chwilę później zaprowadził nas do naszego pokoju. Trzeba było iść polną dróżką, jeszcze wyżej się wspiąć i tam był zbudowany kolejny mały domek podzielony na kilka pokoi. Przechodząc przez bramę widać było czaszkę bawołu i słonia.

 

Pokoje były cudowne. Ogromne łóżka zbudowane z potężnych bali drewna, w oknach tylko siatki i żadnych szyb. Tylko kotara opuszczana żeby nie było przeciągu. Sufit to też tylko siatka, do tego ładny balkonik z pięknym widokiem na tę samą równinę, którą widać z restauracji. Byliśmy bardzo zadowoleni z miejsca.

 

Wróciliśmy do restauracji. Tam widok wręcz nieprawdopodobny. Kelnerzy śmiali się z nas, na nasze ochy i achy ale chyba każdy tak reaguje. Przed nami piękna zielona równina, a w tle kilka szczytów, po prawej stronie małe oczko wodne, do którego ponoć podchodzą czasem zwierzęta.

 

TSAVO WEST: Ngulia Bandas Rest Camp

 

W trakcie ładowania jedzenia, które nota bene było na wysokim poziomie, kelnerzy wskazywali nam w oddali kilka punktów, które miały rzekomo być słoniami. Mieliśmy trudności z wyłapaniem tego widoku, bo odległość była spora ale w końcu dzięki lornetce udało mi się namierzyć kilka czerwonych punktów, które rzeczywiście okazały się być słoniami. To nasze pierwsze spotkanie z nimi.

 

Plan był taki, że po lunchu i kawie mamy zbiórkę przed bramą i jedziemy na drugą część tzw. "game drive". Nie trzeba było nas namawiać i wszyscy szybko się stawiliśmy. Jak się okazało dwie panie Angielki nocowały i jadły w innym miejscu i zapewne było to miejsce bardziej komfortowe bo raczej było je na to stać. Nie było ich więc z nami na lunchu, tylko Cipa zawiózł je do innego hotelu. Kiedy wrócił, w samochodzie siedziała tylko ta jedna Angielka, bardziej sprawna. Ta po wylewie zrezygnowała i dzięki temu zwolniło się jedno miejsce.

 

Mieliśmy ok. 2-3 godzin na dorwanie kolejnej grupy zwierząt. Wyjechaliśmy pełni optymizmu i dość szybko napotkaliśmy na naszej drodze grupę słoni. Potem kolejną, aż wreszcie spotkaliśmy się praktycznie twarzą w twarz z takim jednym, który sobie wcinał liście tuż przy drodze. Później jeszcze kilka przebiegło nam przed maską bo akurat zachciało im się przejść na drugą stronę drogi. Wszędzie dookoła było sporo soczystych traw i krzewów więc miały sporo pokarmu.

 

Jeździliśmy wśród tej gęstwiny po czerwonej drodze i tylko tumany kurzu za nami pozostawały. Podróżowanie nie było w ogóle męczące bo byliśmy przecież pierwszy raz w życiu w takich okolicznościach więc emocje się nam udzielały. W dodatku były dozowane bo w pewnym momencie stanęliśmy jakieś 5 metrów od sadzawki, w której taplały się 3 bawoły. Groźnie na nas spoglądały przez dłuższą chwilę z czego skwapliwie skorzystaliśmy robiąc im niezliczoną liczbę zdjęć. Cipa nawet zgasił silnik i staliśmy tak w zupełnej ciszy, słysząc tylko trzask aparatów fotograficznych. Bawoły podniosły się z błota i dalej wpatrywały w nas. Mieliśmy więc je jak na talerzu i każdy dokładnie się im przyjrzał.

 

TSAVO WEST: Bawoły

 

Potem jeździliśmy dalej oglądając wspaniałe krajobrazy i zwierzęta. Na drodze czasem mijaliśmy inne busiki pełne ludzi uzbrojonych w sprzęt fotograficzny. Trudno powiedzieć na jaką odległość odjechaliśmy od naszej bazy, bo często jeździliśmy tymi samymi drogami. Cała sieć tych dróg nie układa się w jakąś całość tylko krzyżuje się pod różnym kątem i stąd możliwość jeżdżenia praktycznie w nieskończoność. Czasem na skrzyżowaniach są betonowe słupki z nazwami i kilometrażem i zapewne dlatego kierowcy nie gubią się. Poza tym, jak wspomniał nam Bruno, on średnio około 20 razy w roku wyjeżdża na safari więc znają te tereny lepiej niż te zwierzęta.

 

TSAVO WEST: Słoń

 

Między 6. a 7. zjawiliśmy się na miejscu czyli w naszym hoteliku. Zaczynało się ściemniać. Wyszliśmy jeszcze tylko obejrzeć nad wyraz interesujące zjawisko obok naszej bramy. Rosło sobie tam drzewo, na którego gałęziach osiedliła się jakaś kolonia ptaków. Nie wiem ile ale chyba setki ptaków pobudowało sobie tam kilkadziesiąt, jak nie więcej, gniazd. Niesamowity jazgot tych ptaszków i cała chmara kotłujących się wokół tego drzewa czyniły z tego miejsca kolejny niesamowity widok.

 

Dziś oczywiście koniec "polowania" ale atrakcji jeszcze nie, jak się okazało. Po odświeżeniu się w wysokiej klasy łazienkach w naszym domku, poszliśmy na kolację, a właściwie zostaliśmy przyprowadzeni przez tego Masaja, który nas przywitał. Z racji oszczędności, hotel ten racjonuje porcje energii i dlatego droga między naszym domkiem, a restauracją nie jest oświetlona i łatwo można się potknąć. Dlatego Masaj odprowadza i przyprowadza wszystkich z latarką.

 

Kiedy weszliśmy na salę, z której jeszcze kilka godzin temu rozpościerał się ten fantastyczny widok, teraz była widoczna tylko ciemna otchłań. Tylko w oddali przy wodopoju zamontowana była latarnia, która oświetlała ewentualnych gości. Rewelacyjny pomysł. Na stolikach przygotowane były nakrycia, natomiast światło dawały tylko malutkie świeczki, co spowodowało, że cała sala okryta była płaszczem półmroku. Świeży powiew wiatru przypominał nam gdzie się znajdowaliśmy jednak dużo bardziej przypominała nam o tym miejscowa fauna. Stoliki, talerze, świeczki oraz my sami, jak i kelnerzy byliśmy non stop atakowani przez różnego rodzaju robactwo. Żuczki, chrząszcze i chrabąszcze, komary, muchy i co tam jeszcze potrafiło latać i skakać przylazło do nas. Na pewno nigdy nie zdarzyło się nam jeść posiłku w takich okolicznościach. Oczywiście kobiety miały z tym większy problem ale jakoś w końcu każdy się do tego przyzwyczaił. Kelnerzy po prostu strzepywali te robale na ziemię, łapali w ręce i wyrzucali. Na nic się to zdawało, bo za chwilę była kolejna porcja ich kumpli i tak trzeba było po prostu wytrzymać.

 

Nie było żadnej muzyki ale dźwięki do nas dochodziły. Cała sawanna żyła bo niesamowity tumult tych wszystkich mikro i makroorganizmów nadawał temu miejscu jeszcze coś bardziej niesamowitego. Słychać po prostu było, że tam na dole cały czas wszystko dzieje się dalej. W dodatku w oczku wodnym na terenie restauracji szum przepływającej wody mieszał się z bardzo donośnym rechotaniem jakiejś ropuchy.

 

Kolacja była zdominowana przez otoczenie ale sama w sobie była bez zarzutu. Siedzieliśmy razem z Francuzkami i od czasu do czasu z nimi rozmawialiśmy. Najbardziej rozmowna była Stara Ciapata zwana Diabłem z racji swych czarnych oczu, włosów i skóry. Młoda Ciapata, rozumiała po angielsku ale się nie odzywała w tym języku. Generalnie jednak rozmawiały między sobą.

 

Po powrocie do pokoju zastaliśmy na ścianie jaszczurkę z jakąś ćmą w pysku. Nad nami kotłowało się od robactwa ale siatki w miarę nas chroniły choć widać było dziury mniejsze i większe i tylko kwestią czasu mogła być wizyta przynajmniej części tych stworzeń w naszym łóżku. Dlatego obecność owej jaszczurki była dobrym sygnałem bo raczej nie była zainteresowana nami ale właśnie tymi owadami. Tak więc zostawiliśmy ją w spokoju żeby mogła sobie dokończyć swoją ćmę.

 

Ja podłączyłem kamerę i wyszedłem na balkon posłuchać tej orkiestry. Ostrzegano nas, że wyłączą prąd i w nocy nie będzie można nic z tym zrobić. My byliśmy jednak dość zmęczeni bo przecież od 4. rano na nogach, poza tym niezły kawał dziś przejechaliśmy i chcieliśmy się wyspać bowiem jutro trzeba wstać skoro świt czyli mniej więcej o 6.

 

Sen zapowiadał się przyjemnie, owadzia orkiestra nam przygrywała, było chłodno i dziko. Jednak w środku nocy zostałem postawiony na równe nogi kiedy zza okna nadeszły niesamowite ryki i syki jakichś większych zwierząt. Natychmiast wyobraźnia podpowiadała mi, że to co tak ryczy i syczy może podejść do nas i w ogóle nie miałem pojęcia co to było. Basia się też obudziła ale ją dużo bardziej interesowało kontynuowanie spania niż analiza jakie to zwierzę i czego chce. Odpowiadała mi półsłówkami więc dałem jej spokój i sam leżąc zastanawiałem się co to takiego. Przy okazji wstałem do toalety ale w takich egipskich ciemnościach szedłem bardzo powoli i po omacku szukałem wyjścia. Później jednak wróciłem do łóżka i dokończyłem spanie. Ryki się już uspokoiły ale komary zaczęły ciąć.

 

Dzień 10: Kilifi – Ngulia Bandas Rest Camp  358km

 

 

Dzień 11 - 9 lutego 2010 – wtorek

 

 

PIERWSZE ROZCZAROWANIA

 

Po tej niesamowitej nocy wstaliśmy przed 6. Było jeszcze ciemno i nad sawanną rozpościerała się powłoka białej mgły. Kiedy się zebraliśmy i spakowaliśmy było już pół godziny później i zdecydowanie jaśniej. Dosłownie w ciągu kolejnych pięciu minut pojawiło się słoneczko zza jednej z wysokich gór i jeszcze przed siódmą było jasno.

 

TSAVO WEST: Ngulia Bandas Rest Camp

 

Śniadanie oczywiście jedliśmy w tej pięknej restauracji. Widzieliśmy pojące się bawoły, które podeszły do tego oczka wodnego, po czym oddaliły się w swoją stronę. W dalszej perspektywie widać już było białe dachy busików, od których zaroiło się pośród tej zielonej przestrzeni. Nasz wzrok również dopatrzył się kilku grup słoni i to one, jak nas zapewniono, przeszkadzały nam w nocy.

 

Śniadanie bardzo dobre. Śmieszne było to, że kuchnia była na zewnątrz i za nią stało kilku gości, którzy na życzenie smażyli na przykład jajecznicę. Właśnie skorzystałem z takiej możliwości. Poza tym sporo innych gorących potraw przygotowywali, tak jakby na żywo. Siedzieliśmy sobie przy tym samym stole z Francuzkami i jak zwykle od czasu do czasu Stara Ciapata nas zagadywała. Dziś wtorek więc musieliśmy zażyć nasze leki antymalaryczne. Francuzki brały swój ale one miały inny i brały go codziennie.

 

O godzinie 7.30 byliśmy gotowi na kolejny odcinek "game drive". Pierwszym celem miały być Mzima Springs, czyli niezwykła oaza z szemrzącą, krystalicznie czystą wodą, zamieszkała przez hipopotamy, krokodyle i mniejsze zwierzęta. Wszystko to otoczone najróżniejszymi drzewami, po których skaczą specyficzne małpki. Atrakcją jest podwodne obserwatorium, z którego można obserwować kolorowe rybki przepływające tuż obok. Mzima Springs jest słynne ze swojej niesamowicie czystej wody bo następuje tam specyficzna filtracja podziemna dzięki której w wodzie tej mogły sobie żyć i krokodyle, i hipopotamy. Jednak ze względu na straszliwą suszę jaka miała miejsce w 2009 roku, spora część populacji hipopotamów zdechła. My nie wiedzieliśmy o tym. Mieliśmy tylko obiecane zobaczyć hipopotamy i krokodyle.

 

Zanim dojechaliśmy do oddalonego o jakieś kilkanaście kilometrów Mzima Springs, zrobiliśmy niezłe kółeczka po dość pagórkowatym terenie. Potem wjechaliśmy w jakąś gęstą, wysoką trawę i jechaliśmy powolutku. Cipa i Bruno rozmawiali po swojemu, kontaktowali się z innymi kierowcami ale nam za dużo nie chcieli powiedzieć. Pod koniec okazało się, że cały czas tropimy jakiegoś lwa, bo podobno tędy gdzieś się przechadzał i któryś z kierowców go widział. Nam jednak się nie udało.

 

Trochę poirytowany Cipa zaczął wspinać się na dość sporą górę, tak mocno, że silnik pracował na najwyższych obrotach. Telepało nami poważnie ale powoli wjeżdżaliśmy na sam szczyt. Tam oprócz czarnej, wulkanicznej ziemi przed nami ukazał się piękny widok – Kilimandżaro. Staliśmy chwilkę na tej górce zauroczeni tym widokiem.

 

Kilimandżaro (5895m) to góra w Tanzanii leżąca przy pograniczu z Kenią. Jest najwyższą górą Afryki i jednym z najwyższych samotnych masywów. Na samym szczycie widoczne są pokrywy śniegu, co czyni ją jeszcze piękniejszą. Co prawda, staliśmy w dość sporej odległości od niej ale i tak się nie spodziewaliśmy, że będzie ją widać tak dobrze. To najwyższa góra jakąkolwiek widziałem w swoim życiu. Wszyscy bardzo byliśmy zadowoleni.

 

TSAVO WEST: Kilimandżaro

 

Kiedy ruszyliśmy z pełnym impetem w dół, Cipa rozpędził wóz do prawie maksymalnej prędkości. Było tak szybko, że w pewnym momencie usłyszeliśmy tylko pisk Basi, która straciła czapkę. Czapkę zwiał pęd wiatru i wylądowała gdzieś na drodze za nami. Ale Cipa stanął na wysokości zadania i wycofał pojazd, po czym nie wychodząc z auta, otworzył drzwi i podniósł czapkę. Basia była uratowana. Czapka wróciła do właścicielki ale jeszcze nie na głowę. Cipa dalej pruł ile wlezie.

 

Jeśli Kilimandżaro leży na granicy tanzańsko-kenijskiej więc już całkiem niedaleko do Tanzanii. Bruno nawet nam pokazał na rozwidleniu trzy drogi: pierwsza kierowała nas wprost do Tanzanii, druga prowadziła do słynnego parku Amboseli a ta, którą my wybraliśmy skręcała do Mzima Springs.

 

Jechaliśmy więc prosto do Mzima mając po prawej stronie cały czas widok na Kilimandżaro. Widoczność jakby się poprawiła. W dole widać było cały czas Amboseli, a po bokach od czasu do czasu spotykaliśmy głównie zebry.

 

TSAVO WEST: Zebry

 

Chwilę później dojechaliśmy na miejsce. Mogliśmy tam wysiąść i skorzystać z WC i rozprostować kości. W zacienionym miejscu, stały inne busiki więc my musieliśmy trochę poczekać.

 

Jak się okazało nie mogliśmy sami sobie pójść do źródeł. Trzeba było poczekać na uzbrojonego w kałacha(!) strażnika. Tablica również ostrzegała przed możliwym atakiem dzikich zwierząt. W sumie byliśmy w samym środku ich terenu i rzeczywiście różne rzeczy mogły się zdarzyć.

 

Zanim doczekaliśmy się na strażnika, którym okazała się być kobieta w mundurze wojskowym i też z bronią, obejrzeliśmy sobie kilka ciekawych drzew. Każde drzewo było opisane i udało się nam odnaleźć np. prawdziwą akację oraz drzewo słynne z wylęgania się komarów odpowiedzialnych za malarię.

 

Kobieta zaprowadziła nas do źródełka, prowadząc wybetonowaną alejką. Co rusz przebiegały nam drogę wąskonose koczkodany tumbili zwane również werwetami. To małe małpki, które biegały tu i tam w ogóle nie bojąc się ludzi. Niektóre miały młode przyczepione do ciała.

 

Sam potok czy tryskające źródło nie robi jakiegoś szału ale może być ciekawe jeśli cokolwiek się dostrzeże. Jak na razie nie udało się nam dostrzec żadnych zwierząt. Widzieliśmy tylko tabliczki przyczepione do konarów i pni drzew ze zdaniem: "Proszę nie wypisuj swojego imienia na moim ciele". Po krótkim wykładzie na temat samego miejsca, pani zabrała nas do tego słynnego akwarium podwodnego. Z daleka widzieliśmy chatkę na wodzie i to tam miało się to znajdować. Ja sobie zupełnie inaczej to wyobrażałem i dlatego byłem nieco zawiedziony.

 

W środku znajdowały się ławeczki umieszczone w półokręgu przed którymi były szyby z grubego szkła a za nimi pływały rybki. Wody było mało i widoczność nie była zbyt dobra więc żadna to atrakcja. Myślałem, że będzie to zdecydowanie głębsze i będzie można obejrzeć jakiegoś hipcia albo krokodyla. Widzieliśmy tylko duże ryby, które wyglądały jak karpie więc żadna to atrakcja. No może poza faktem, że były... niebieskie.

 

Kiedy wyszliśmy z tej chatki, przed nami miał być ostatni punkt programu. Pani zaprowadziła nas do końca ścieżki gdzie znajdował się jakby balkonik odgradzający nas od już zdecydowanie szerszej rzeczki. Na kamieniu stał sobie kormoran, a na brzegu czmychnął nam mały krokodyl. Niestety nawet nie zdążyliśmy sobie tego uświadomić, że to był młody krokodyl. Na początku myśleliśmy, że to jakiś waran. Potem Bruno podszedł i wskazał nam w sporej odległości jakiś szary punkt na środku tej rzeczki. To był prawdziwy dziki hipopotam. Trudno liczyć, że się zauważy hipopotama na lądzie więc mimo, że nie widać było go zbyt dobrze, bo większość ciała była pod wodą, to jednak byliśmy zadowoleni i dzięki lornetce i kamerze można było dostrzec jak sobie pływa.

 

I to by było na tyle w Mzima Springs. Na pewno warto było odwiedzić to miejsce ale chyba swoje dni ma już za sobą. Zdecydowanie za mało tam się dzieje. Dlatego bez żmudnych ceregieli ruszyliśmy w drogę powrotną. Znów przejechaliśmy obok rozwidlenia trzech dróg i trochę żal mi się zrobiło, że nie pojedziemy do Amboseli. Widać było z góry, że ten park jest zupełnie inny. Jest płaski z niską trawą i dlatego wszystkie zwierzęta widać jak na dłoni, nawet gdy są daleko. Poza tym zdecydowanie lepiej widać również Kilimandżaro, które góruje nad tym właśnie parkiem.

 

Z lwem się nam nie udało, to teraz trzeba ponowić próbę spotkania z nosorożcem. Każdy człowiek, który wybiera się na safari ma ambicję zobaczenia tzw. Wielkiej Piątki. Wielka piątka Afryki (ang. The Big Five) to określenie obejmujące pięć gatunków dużych ssaków, zamieszkujących Afrykę: afrykańskiego słonia sawannowego, nosorożca czarnego, lwa, bawoła, lamparta. Zwierzęta  te tradycyjnie uważane są za najgroźniejsze na kontynencie, co jednak nie odpowiada w pełni prawdzie, jako że najwięcej osób w Afryce zabijają hipopotamy.

 

Termin został wymyślony i wprowadzony przez myśliwych polujących na grubą zwierzynę w Afryce. Obecnie jest powszechnie stosowany w przewodnikach turystycznych i przyrodniczych opisujących zwierzęta afrykańskie i safari. Głównym kryterium wyboru gatunków nie były osiągane rozmiary, lecz stopień trudności i ryzyka związanego z ich upolowaniem. Zwierzęta wielkiej piątki znane są ze swej waleczności, zwłaszcza kiedy bronią swych młodych lub kiedy zostaną zranione. Cała piątka należy do najbardziej niebezpiecznych zwierząt świata i jest zaprezentowana na kenijskiej wizie wbijanej do paszportu.

 

Jak na razie widzieliśmy 2/5 Wielkiej Piątki: słonia i bawoła. Następnym krokiem miało być namierzenie nosorożca. Z nim jest problem, że został praktycznie doszczętnie przetrzebiony przez kłusowników i dlatego zbudowano niedaleko Ngulia Hills tzw. sanktuarium. To ogrodzony teren o powierzchni 70 km2, na którego terytorium żyje około 50 nosorożców. Cały teren jest chroniony przez uzbrojonych strażników i nie wolno wjeżdżać na jego teren. Dlatego mogliśmy jeździć wzdłuż płotu.

 

Wczoraj przejechaliśmy obok tego płotu z drutu ale żadnego nosorożca nie widzieliśmy. Dzisiaj mieliśmy bardziej kompleksowo zwiedzić ten teren. W międzyczasie widzieliśmy bardzo dużo zebr i żyraf, słoni, nawet małpy na drodze były, potem strusie, sporo gazel dik-dik czyli takich malutkich antylop, jak również takich normalnych rozmiarowych. Ciągle coś się tam krzątało w trawie lub błocie jak np. guźce, które nie wiedząc dlaczego, Cipa nazywał "Kenya Express".

 

TSAVO WEST: Pawiany

 

My jednak za cel postawiliśmy sobie zobaczyć nosorożca. Jeździliśmy po tej drodze wzdłuż i wszerz ale nie było szans na zobaczenie czegokolwiek w takiej gęstwinie. Cipa był tak zdesperowany, że jechał jak szalony. W pewnym momencie wybiło nas w górę na jakimś kamieniu, że aż Bruno wypowiedział sakramentalne słowa dla miejscowych: "Pole-pole" czyli "wolno, spokojnie". To jednak nic nie dało i chyba nici z dostrzeżenia jakiegokolwiek nosorożca a przez to i zaliczenie the Big Five.

 

Trzeba było się pogodzić z tym faktem i wyruszyć w długą drogę do sąsiedniego parku – Tsavo East. Jechaliśmy tam z nadzieją na zobaczenie jakichś kotów, bo ten park z tego słynie. Co więcej, Bruno mówił, że East jest ładniejszy bo nie ma takich wysokich traw i przez to widoczność jest dużo lepsza.

 

Zanim tam dojechaliśmy, zeszło nam sporo czasu bo na granicy dwóch parków, które rozdziela trasa Nairobi-Mombasa, zatrzymaliśmy się na chwilkę. Toalety nie nadawały się do skorzystania dla kobiet bo były "na Małysza", poza tym był sklepik z koszulkami i nawet kilka fajnych do kupienia. Wybrałem sobie jedną, całkiem tanią ale Barbara kategorycznie zabroniła mi jej kupować. Była to żółta polówka i absolutnie miałem jej nie kupować. Wybrała mi inną ale była droga i z targowania nic nie wyszło. Przyszedł do nas Cipa żeby nas zabrać już stamtąd i obiecał, że załatwi mi jakąś bo pojedzie dziś do Voi.

 

Wcześniej jednak przeczytałem sobie historię parku East, a szczególnie fragment znany jako "Man-Eaters" o krwiożerczych lwach grasujących w pobliżu budowy kolei do Ugandy. Była to historia spisana na kamiennych tablicach i czytałem ją z dużym zainteresowaniem. W skrócie, w czasie budowy kolei z Mombasy do Kampali w Ugandzie w 1898 roku, 28 robotników hinduskich zostało pożartych przez dwa olbrzymie lwy. W związku z tym faktem, przerwano prace i dopiero kiedy dzielny Brytyjczyk JH Patterson zastrzelił oba lwy, prace zostały wznowione. Dziś można podziwiać wypchane zwłoki tych ponad trzymetrowych lwów w muzeum w Chicago, a na podstawie historii powstał film z Michaelem Douglasem i Valem Kilmerem w roli Pattersona pt. "Duch i Mrok" (http://www.filmweb.pl/f574/Duch+i+Mrok,1996).

 

Podbudowani taką historyjką, zapragnęliśmy zobaczyć jakiegoś potomka tych bestii. Ucięliśmy sobie jeszcze pogawędkę ze strażnikami parku na temat kłusowników i wyruszyliśmy do parku Tsavo East. Na asfaltowej drodze spotkaliśmy stado pawianów, które wybierały ryż i inne wyrzucone przez kierowców smakołyki. W ogóle nie bały się ludzi i mogliśmy się im dokładnie przyjrzeć.

 

Po wjeździe na teren parku od razu widzieliśmy pelikany, zebry i wiewiórkę. Krajobraz też zmienił się na bardziej afrykański, przynajmniej taki bardziej telewizyjny. Była mocno czerwona droga, po obu stronach wielkie połacie równin, w oddali gdzieś jakieś skały i góry, co jakiś czas jakiś suchy pień, lub ogromny baobab. Były też obszary o bardziej soczystych kolorach zieleni i na nich można było dostrzec większe stada, które z oczywistych względów były lepiej widoczne.

 

TSAVO EAST: Słonie i bawoły

 

Spotkaliśmy wielkie stada słoni i bawołów. To był piękny widok, szczególnie te ogromne ilości przesuwających się bawołów. Były też zaloty pana żyrafy, do pani żyrafy ale jakiegoś hard-core'owego pornosa w wykonaniu żyraf się nie doczekaliśmy. Pani żyrafa chyba nie chciała tego robić przy nas...

 

TSAVO EAST: Żyrafa

 

Lwów jednak, tak jak i innych kotów, nadal nie widać. Nawet nasza marudna Angielka zaczęła się domagać lwów, co powodowało lekką frustrację u Bruna. No w sumie kobiety wywaliły ciężką kasę, a tu żadnego nosorożca, a teraz i lwy mogą nie wypalić. No ale przed nami sporo czasu jeszcze mimo wszystko i są podobno duże szanse na znalezienie jakiegoś.

 

Obudził się też Cipa, który zaserwował nam ni stąd, ni zowąd wykład o słoniach. Opowiadał o ich życiu i nawet ciekawe to było. Powiedział, że przez 22 godziny ciągle są w ruchu, że śpią na stojąco i ich kupa waży 4kg. Zresztą często widzieliśmy te kupy na drodze i rzeczywiście jest ona konkretnych rozmiarów.

 

Pojeździliśmy jeszcze trochę po okolicy ale żadnego kota nie było. Potem zawieźliśmy Angielki do ich bazy, bo znowu miały inną. My tymczasem pojechaliśmy w naszą stronę czyli do lodży Red Elephant.

 

Red Elephant Safari Lodge (http://tinyurl.com/y7d344v) to hotelik usytuowany tuż za granicą parku. I to tuż oznacza dosłownie 2 metry! Kiedy wychodziliśmy z naszego pokoju na werandę, dwa metry od niej był płot z drutem (nawet nie kolczastym), a za nim małe oczko wodne, do którego ponoć czasem zaglądały jakieś zwierzęta, w tym słonie. Restauracja może trochę o innym standardzie ale nadal przyzwoita. Byliśmy zmęczeni przede wszystkim upałem i dlatego chwila oddechu przy lunchu pomogła nam dojść do siebie. Mieliśmy chwilkę dla siebie żeby odetchnąć na werandzie.

 

Popołudniowy wyjazd narzucił nam presję na zobaczenie w końcu jakiegoś kota. Kolejne antylopy dik-dik, generuk czy impale, zebry, żyrafy czy dziesiątki słoni już nie robiły na nas wrażenia. Chcieliśmy czegoś innego i Bruno dobrze o tym wiedział. Nikt nic oficjalnie nie mówił ale zarówno on jak i Cipa dobrze wiedzieli na co czekaliśmy. Angielek znów nie było i dlatego mogliśmy zaoszczędzić czas na dowożenie ich i przywożenie.

 

TSAVO EAST: Zebry i antylopy

 

Niestety dalej sytuacja była taka sama. Jeździliśmy po tym parku aż wreszcie dojechaliśmy do miejsca gdzie zebrało się chyba kilkanaście busików. Od razu wiedzieliśmy, że zapewne coś unikalnego gdzieś się ukrywa. Kierowcy i przewodnicy gadali między sobą po swojemu więc nie mogliśmy wyczaić o co tak naprawdę chodzi. Ale wreszcie Bruno poinformował nas, że w trawie, jakieś 100 metrów dalej odpoczywa lampart. Stąd takie poruszenie.

 

Co rusz przyjeżdżały nowe busiki, część jednak rezygnowała i odjeżdżała więc ogólnie było niezłe zamieszanie, jak na parkingu pod jakimś supermarketem. Busiki musiały się jakoś ustawiać żeby sobie nie zajeżdżać drogi, część ludzi oczekiwała z gotowymi do "strzału" aparatami, część zrezygnowana chciała już jechać dalej.

 

Tak tkwiliśmy w oczekiwaniu aż lampart zechce się wychylić. Przy takim huku, głośnych rozmowach nie sądziłem, że on tam jeszcze w ogóle jest. Jeden z przewodników wskazał dokładne miejsce gdzie mamy patrzeć i niesamowite stało się prawdziwe. Lampart uniósł głowę ponad trawę i przez krótką chwilę spoglądał z zaciekawieniem na cały ten tłum. Przez wszystkie samochody przeszedł szmer zachwytu i podniecenia i w jednej chwili rozległ się jeden wielki trzask migawek aparatów. Nam też udało się uchwycić tę chwilę.

 

TSAVO EAST: Lampart

 

Bruno był wyraźnie dumny z siebie i chyba trochę ciśnienie z niego zeszło. My byliśmy ucieszeni, że wreszcie jest jakiś znak, że tu w ogóle jakieś koty żyją no ale zdecydowanie było to za krótko. Mimo wszystko jednak, coś się nam udało ujrzeć. Oczywiście mieliśmy nadzieję, że jeszcze raz zdecyduje się na taki sam manewr ale po dłuższej chwili zdecydowaliśmy się opuścić to miejsce.

 

Wróciliśmy po tej wyboistej drodze wzdłuż płotu do naszego hoteliku. Przed nami kolacja, która nie odbiegała standardem od poprzednich. Ciekawostką było to, że w czasie konsumpcji, przygrywał nam jakiś duet. Grali coś miejscowego, a potem nawet zaprosili Młodą Ciapatą do zagrania z nimi. Popykała trochę na bębenkach, a my zostaliśmy poinformowani przez Bruna, że jutro dla chętnych na tropienie lwów organizowany jest dodatkowy "game drive". Mi jak najbardziej odpowiadał taki pomysł więc znów musieliśmy wstać wcześnie jutro.

 

My jeszcze trochę posiedzieliśmy i w pewnym momencie zobaczyliśmy dziwne zwierzątko wspinające się po naszym obrusie. Kiedy dokładnie się temu przyjrzeliśmy okazało się, że to modliszka. Tego jeszcze tu nie widzieliśmy.

 

Ze względu na jutrzejszą wczesną porę pobudki, udaliśmy się do naszego domku usytuowanego tuż przy ogrodzeniu parku. Francuzki zostały jeszcze w restauracji. Kiedy doszliśmy do domku, za płotem usłyszeliśmy trzask łamanych gałęzi, ciężkie kroki i w końcu zauważyliśmy stado słoni! Byliśmy pod ogromnym wrażeniem. Przyszło ich do tego oczka około 20 sztuk. Jadły, piły, niektóre się ze sobą przepychały i słychać było trzaski obijanych kłów.

 

Kiedy chcieliśmy wyjść na werandę nagle przed naszymi stopami przebiegł skorpion. Zakręcił za rogiem domku i zniknął w czeluściach. Poszedłem go szukać z latarką ale nie udało się go zauważyć. Tymczasem słonie miały ucztę i podchodziły coraz bliżej. Kiedy zszedłem z werandy, spostrzegły mnie i jedna z samic wraz z młodym ruszyła zdecydowanie w moim kierunku. Oboje z Basią natychmiast zwialiśmy do domku, zgasiliśmy światło i obserwowaliśmy sytuację przez okno. Słonie były już tuż za płotem więc około 2 metrów od naszego domku! Zgromadziło się ich tam naprawdę wiele i wydawały się być podenerwowane. Nie wiem dlaczego nie ruszyły przez ten płotek bo gdyby zrobiły jeden krok, z tego płotku nic by nie zostało, tak samo jak z tego lichego domku w którym staliśmy i obserwowaliśmy sytuację.

 

W pewnym momencie usłyszeliśmy głosy i pojawił się jakiś facet. Zaczął przerzucać gałęzie przez płot i coś mówić do tych słoni. Ośmieliło to nas i wyszliśmy z naszego domku. Facet zachęcał nas do podejścia bliżej i wyjawił, że ta ostra samica to Emily. Basia nie pozwalała mi podejść i sama też nie miała ochoty ale zapewniani przez tego człowieka, że nic nam nie grozi, zdecydowaliśmy się na podejście do nich na odległość wyciągniętej ręki. Byliśmy tak blisko, że spokojnie mogliśmy je dotknąć.

 

TSAVO EAST: Red Elephant Safari Lodge; słonie

 

Słonie były zajęte jedzeniem tych gałęzi, które przynosił im ten facet. Najfajniej prezentował się ten maluszek, który był bezpośrednio za płotem. Mogliśmy do woli się im przyglądać ale w końcu same zdecydowały, że czas się oddalić i poszły dalej. Byliśmy pod wrażeniem tego niespodziewanego spotkania.

 

Ale to nie był koniec niespodziewanych spotkań i emocji. Chwilkę później, kiedy chciałem podnieść z ziemi uprzednio rzuconą tam koszulkę, nagle ujrzałem tam skorpiona gotowego do ataku. Stał nieruchomo z podniesionym odwłokiem i czekał tylko żeby go zaczepić. Znalazł sobie ciepłą i ciemną kryjówkę pod moją koszulką, która leżała na ziemi gdy poszedłem się kąpać. Obok leżały też rozrzucone kable od kamery i właśnie zabierałem się żeby to uprzątnąć.

 

Sytuacja była nieciekawa, bo nie wiedziałem co to za zwierzak tak naprawdę. Myślę, że nie byłoby problemu go ukatrupić czymś ciężkim ale po pierwsze nie wiedziałem czy tak można, w sensie czy nie jest to jakiś chroniony okaz, po drugie być może bym go tylko rozwścieczył i mógłbym oberwać. Zastanawiając się tak przez chwilę, pomyśleliśmy o tym facecie, który karmił słonie i zdążyliśmy go jeszcze zawołać.

 

TSAVO EAST: Red Elephant Safari Lodge; skorpion

 

Na początku zaczął się dziwnie zachowywać ten gościu, bo odsunął łóżko i szukał go. Dopiero wtedy zorientowaliśmy się, że nawet go nie dostrzegł. Kiedy jednak mu go wskazaliśmy, wyciągnął jakąś dzidę czy strzałę i chciał go nadziać na nią. Ten jednak ruszył wtedy po podłodze. Niestety dla niego, facet z parku dopadł go przy drzwiach i po prostu wbił mu tę dzidę w odwłok. Po chwili skorpion nie żył, a jego ciało wylądowało za płotem u słoni.

 

Trochę obawialiśmy się jakichś kuzynów tego trupa i dlatego powzięliśmy decyzję o spuszczeniu wszystkich moskitier, schowaniu butów, ubrań i toreb na górze po uprzednim wytrzepaniu wszystkiego. W trakcie tych prac, Basia zakatrupiła, jak się okazało, kolejnego skorpiona choć był to bardzo młody okaz i dopiero potem zorientowaliśmy się, że to też skorpion. Nie mniej jednak, trzeba było uważać, bo jak się później okazało skorpionem tym prawdopodobnie był ten osobnik: (http://www.ntnu.no/ub/scorpion-files/p_pallidus.php), gdzie jak piszą jad tego skorpiona jest średnio niebezpieczny, jednak nie do końca zbadany i zapewne wymagana byłaby pomoc medyczna. Szczęście, że tego uniknąłem.

 

Dla Basi noc była nerwowa ale nie zanotowaliśmy żadnych dodatkowych atrakcji i niespodzianek. Mieliśmy ogromne wspólne łoże, zasłonięte przez moskitierę i naprawdę można się było tam wyspać. Jednak musieliśmy dość wcześniej wyjść więc snu nie pozostało nam zbyt wiele.

 

Dzień 11: Ngulia – Mzima – Red Elephant  166km

 

Dzień 12 - 10 lutego 2010 – środa

 

 

MĘCZĄCY POWRÓT

 

Budzenie przyszło o 5.50 ale my już od 20. minut byliśmy na nogach. Nie musieliśmy się pakować, bo przecież mamy wrócić bo bagaże. W miejscu spotkań byliśmy oczywiście pierwsi, potem doczłapały się obie Ciapate ale ta Aktywistka, która na imię miała Florance i wymawiało się to "Fhhhlorans", nie podniosła się. Do 6.20 czekaliśmy na Cipę, który pojawił się sam, bez Bruna. W takim składzie wyjechaliśmy na poszukiwania czegoś nowego ale wiadomo było, że chodzi o lwy.

 

Tuż za płotem znów zobaczyłem te same antylopy, które ujrzałem gdy się obudziłem i wyjrzałem przez okno. Słońce dopiero wstawało, lekkie promyki można było ujrzeć na horyzoncie. Dzięki temu było całkiem chłodno.

 

Kiedy wjechaliśmy do parku, na drogach nie było nikogo. Zwierząt było sporo, wiele antylop i żyraf, słonie też. Z nowych widzieliśmy szakala, który szybko uciekł kiedy nas zobaczył. W pewnym momencie zauważyliśmy coś jakby kot i wszyscy byliśmy bardzo podjarani tym widokiem. W głębi sawanny oddalał się od nas ale wyraźnie widać było kocie ruchy. Byłem pewny, że to wyczekiwany przez nas lew i wszyscy to potwierdzali oprócz Cipy, który powiedział, że to był "Kenya express" czyli guziec. Nie dałem mu wiary jednak do końca ale nie dało się tego też już zweryfikować.

 

Oprócz zwierząt pooglądaliśmy też wspaniałe widoki o wschodzie słońca. Pięknie lśniły szczyty wzgórz w porannym słoneczku. Soczysta zieleń powoli przegrywała z nadchodzącym skwarem, który już oczekiwał aby zalać całą swoją mocą tę płaską przestrzeń. Suche korzenie i pnie ogromnych baobabów tkwiły samotnie na tym bezkresnym bezludziu. Tu i ówdzie widać było jakieś krzaki, które dawały schronienie niektórym pomniejszym zwierzakom. Wszystkie te połacie terenu były poprzecinane krzyżówką szos, czyli zdartą do czerwonej gołej ziemi warstwą gleby, po której poruszali się ludzie w swoich mechanicznych potworach, do których już zapewne wszyscy mieszkańcy tych terenów dawno się przyzwyczaili.

 

TSAVO EAST

 

Zrobiliśmy parę kółek i skierowaliśmy się na śniadanie do naszego domku. Tam już spotkaliśmy Aktywistkę i Bruna, którzy jedli śniadanie. Powiadomiłem Bruna o tym, że w poprzednim hotelu zostawiłem w kontakcie adapter, czyli przejściówkę z wtyczki polskiej na angielską, bo takich używają w Kenii. Przez to nie mogłem naładować kamery i musiałem oszczędzać energię. Była to bardzo zła wiadomość i byłem na siebie mocno wściekły. Bruno od razu zadzwonił do nich i szybo zlokalizowali moją zgubę bo po prostu wyciągnąłem polską wtyczkę z adapteru zamiast cały adapter z kontaktu. Problemem było tylko dostarczenie tego do mnie. Liczyłem, że jeden z naszych beach boys być może będzie tam niedługo i nam to podrzuci. Ale nic się takiego nie zapowiadało. O kupnie mogłem przecież zapomnieć.

 

Po śniadaniu spakowaliśmy się i poszliśmy uregulować rachunek. Zapłaciliśmy 650KES za napoje i byliśmy gotowi. Jeszcze musieliśmy podskoczyć po Angielki i powoli kierowaliśmy się w stronę domu. Przez jakiś czas mieliśmy jeszcze jechać parkiem, a potem już wyskoczyć na asaltówkę i w drogę do Kilifi.

 

Już z Angielkami wpadliśmy ponownie na czerwoną drogę w parku. Z ciekawych rzeczy zauważyliśmy kolejne strusie oraz orła, który sobie siedział w cieniu na grubej gałęzi baobabu. Strusie nie przejmowały się, że szły sobie drogą. Wrażenie zrobiły na ans ich potężnie zbudowane nogi. Ale jeśli się pomyśli, że potrafią nieść te ptaki z szybkością 90km/h, to nie dziwi wtedy ich masa mięśniowa.

 

TSAVO EAST: Strusie

 

Potem podjechaliśmy do dużego bajorka na środku sawanny. Tam piękny widok, na drugim brzegu ledwie dostrzegalny pojedynczy słoń pił sobie wodę, po naszej stronie dwa lub trzy hipopotamy zanurzone w wodzie, a na brzegu setki jakichś ptaków, które wkrótce potem zerwały się do lotu i cała przestrzeń aż pociemniała od ich ilości. Prawdziwie afrykański widok. Brakowało tylko komentarza Krystyny Czubówny...

 

TSAVO EAST: Hipopotamy

 

W pewnej chwili coś wpadło do środka naszego busa i ugryzło Basię w rękę. Ręka szybko puchła i jedna z Angielek zaoferowała jakiś środek na owady po ugryzieniu. Basia skorzystała z niego i dość szybko wszystko wróciło do normy. Angielka spisała się na medal i powoli wszyscy zaczynaliśmy się do nich przekonywać. Zdecydowanie za surowo je oceniliśmy na początku. Potem poznaliśmy historię tego tragicznego wylewu, rehabilitacji i wszystko zaczęło wyglądać inaczej. Mało tego, obie Angielki mieszkały w Dover natomiast nasze Francuzki w Calais więc panie szybko się dogadały bo oczywiście obie strony bywają u siebie nawzajem dość często i rozpoczęła się rozmowa między nimi.

 

Bruno zakomunikował nam, że na życzenie pań z Anglii zajedziemy również do wioski Masajów. Natomiast naszej prośby co do zatrzymania lub nawet wysadzenia nas w Mombasie nie da się spełnić bo będziemy jechać inną drogą. To już kolejna zmiana i kolejna niespełniona obietnica przez Normana, u którego kupiliśmy cały pakiet. Miałem zamiar mu to zakomunikować po powrocie.

 

Tymczasem powoli zbliżaliśmy się do końca naszego "game drive" i za chwilę mieliśmy wyjechać z parku. Z parku można wyjechać kilkoma bramami i my przy jednej z nich zrobiliśmy sobie postój. Do tego czasu napotkaliśmy całe stada zebr i słoni ale już nawet nie chciało się nam wstawać za każdym razem. Po prostu przywykliśmy do tego widoku.

 

Przy bramie był mały sklepik, bufet i stoliki w cieniu. W sklepiku jak zwykle to samo, pełno drewnianych zwierząt, koszulki i kilka przewodników oraz map. Ja miałem nadzieję, że być może uda mi się kupić ten adapter żebym mógł podładować baterię. Szukaliśmy długo ale niestety nie było. Kiedy jednak zaczepił nas sprzedawca i próbował pokazać jakiś przewodnik, zapytałem go o przejściówkę. Myślałem, że nie zrozumiał o co mi chodzi bo poprosił o wtyczkę od kamery. Próbowałem mu wytłumaczyć jeszcze raz ale upierał się o wtyczkę. Dałem mu kabel a on wetknął go do kontaktu, który był w sklepie. Wtedy zauważyłem, że on sam ma taką przejściówkę w swoim kontakcie. Była to jednak jego prywatna. Niespodziewanie jednak sam zaoferował, że może nam ją sprzedać! Ucieszyłem się bardzo ale od razu pomyślałem, że zaraz wywali taką cenę, że mi gacie spadną. Jednak facet poprosił żebym to ja sam zaoferował cenę. Pamiętałem, że kupiłem swoją starą w Londynie za £4 więc zaoferowałem mu uczciwą cenę 500KES. Zgodził się bez targowania! Co prawda adapter był używany i trochę pęknięty ale przynajmniej byłem spokojny, że mam jak naładować kamerę. Niestety podczas tych negocjacji wywaliłem mu kablem fantę, którą Basia postawiła na ladzie i zniszczyłem mu jeden z przewodników. Na szczęście nie musiałem go kupować. W nagrodę dostał polską złotówkę i kilka groszy bo od razu nas zapytał o nasze pieniądze i czy mamy jakieś. Bardzo był zadowolony z interesu jaki z nami zrobił.

 

Mając tę przejściówkę szybko podłączyłem ją do kontaktu, który był na zewnątrz i mogłem sobie przynajmniej trochę podładować baterię. Poszedłem jeszcze obejrzeć koszulki ale Basia powiedziała mi, że Bruno ma swój własny sklep z koszulkami i na pewno postara się coś dla mnie znaleźć. Na dowód pokazała, że ma bardzo fajną koszulkę na sobie – było to logo miejscowego browaru Tusker. Jej bardzo się spodobała ta koszulka, mi niespecjalnie.

 

Kiedy tak siedzieliśmy na schodkach, czekając aż wszyscy wypiją, a Basia zje swoje czipsy, które kupiła, podszedł do nas jakiś facet i zapytał czy Basia to moja siostra. Odparłem, że to moja żona jednak on nie dowierzał i potem wprost zapytał czy mu jej nie sprzedam. Chciał dać mi za nią 3 krowy i mówił, że to dobra cena. Po krótkiej wymianie zdań okazało się, że facet chce wymienić €2 w monecie na kenijskie pieniądze. Dziwna sprawa no ale akurat mieliśmy dwieście szylingów więc Basia mu wręczyła i dostała w zamian owe €2.

 

Kiedy wszyscy już byli napojeni, objedzeni i gotowi do drogi, zapakowaliśmy się do busa, rzuciliśmy okiem po raz ostatni na park narodowy Tsavo East i wyruszyliśmy w drogę asfaltem w kierunku Mombasy. Bruno zamknął dach, co oznaczało kategoryczne zakończenie safari.

 

Zobacz video z safari:

 

http://www.youtube.com/watch?v=DXi2x-H1dXU

 

Przed nami jeszcze tylko wizyta w wiosce Masajów. Nie wiedzieliśmy gdzie to jest i jak długo się pojedzie, bo ciężko takie wiadomości było uzyskać od Bruna lub Cipy. Uzbroiliśmy się w cierpliwość i potulnie siedzieliśmy w rozgrzanym busiku. Ale nie jechaliśmy zbyt długo bo wkrótce skręciliśmy w prawo i zajechaliśmy na coś, co można nazwać parkingiem. Po wyjściu z samochodu, uderzyła w nas fala upału oraz zostaliśmy otoczeni przez jakichś dryblasów w kolorowych fatałaszkach. Zorientowaliśmy się, że znajdujemy się na miejscu, a ci kolorowi przebierańcy to Masajowie.

 

Masajowie to autochtoni afrykańskiej półkoczowniczej grupy etnicznej. Zamieszkują Kenię oraz północną Tanzanię. Porozumiewają się w języku Maa, który pochodzi z rodziny języków nilo-saharyjskich. Uczą się także języków urzędowych Kenii i Tanzanii: swahili i angielskiego. Całkowita populacja Masajów jest szacowana na ok. 900 000. Problem z precyzyjnym oszacowaniem populacji Masajów wynika z odległej lokalizacji niektórych wiosek, a także ciągłego przemieszczania się ludzi.

 

Zaprosili nas pod drzewa, do cienia abyśmy mogli w spokoju poznać cenę za wejście na ich teren. Jeden z tych facetów, który mianował się synem szefa, od razu, bez ceregieli wypalił, że cena za wejście na teren wioski to 500KES. W cenie jest możliwość kręcenia i robienia zdjęć bez ograniczeń a także wejście do środka chaty, występ tańca oraz obrzęd tradycyjnego rozpalania ognia.

 

Ja się nie zastanawiałem długo. Drugiej takiej okazji mieć nie będę i choć stosunkowo drogo sobie cenią takie wejście, to jednak nie okazywałem takiego zniechęcenia jak Francuzki. One wręcz, a szczególnie coraz bardziej działająca nam na nerwy Florance, skumulowały swą złość na Bruno, który ich nie uprzedził, że w ogóle będziemy się tu zatrzymywać oraz że wejście jest płatne. Powodem było to, że już nie miały pieniędzy. Na szczęście dla nich, Basia pożyczyła im część pieniędzy i cała nasza grupa mogła wejść. Co dziwne, jedna z Angielek, nie poszła ze względu na stan zdrowia, a to przecież ona chciała tu przyjechać.

 

Syn szefa, zaopiekował się nami, od razu chciał poznać nasze imiona i narodowość i skubany zapamiętał je od razu bez przypominania. Pierwszą rzeczą jaką nam pokazał była tradycyjna chata zbudowana z krowiego łajna opartego na drewnianym szkielecie. W środku, do którego nas zaprosił, było łóżko zrobione z garbowanej skóry, która była twarda jak beton. W międzyczasie kiedy nam opowiadał o tej chacie, zapytał mnie jaki jest numer kierunkowy do Polski, bo nie umie wysłać SMSa. Tacy z nich tradycyjni Masajowie, co mają komórki. Szczerze mówiąc trochę to żenujące.

 

Przed domem walały się, jak to zwykle w takich afrykańskich wioskach, śmieci, biegały bose i obdarte dzieciaki, a nawet leżała w cieniu jedna kobieta i karmiła piersią dziecko. Wszystko w niemiłosiernie palącym słońcu, kurzu i specyficznym zapachu.

 

Wioska Masajów

 

Potem zwiedziliśmy szkołę, na którą podobno idą fundusze z naszych "biletów". Coś słabo zarabiają, bo szkoła to długa chata przykryta blachą falistą, z kilkoma ławkami. Nawet tablicy nie było. Syn szefa wyjawił nam, że dzieci w 12 roku życia przechodzą specyficzną ceremonię wybicia dwóch przednich dolnych jedynek. Usuwa się je nożem, po czym również tatuuje się twarz i uda. Taki człowiek jest pierwszej klasy Masajem.

 

Zwierząt nie trzymają, choć kury mają ale tylko jako budziki. Tak przynajmniej nam on powiedział. W ogóle wszystko szybko mu szło, bo za chwilę już byliśmy w miejscu gdzie rozpala się ogień. Robił to jakiś inny człowiek. Wyjaśnił nam, że potrzeba deszczółkę z twardego drewna i pałeczkę z miękkiego, lub odwrotnie oraz wysuszoną kupę słonia jako podpałkę. Potem zaczął kręcić tą pałeczką żeby rozgrzać te deszczółkę do buchnięcia pierwszych płomieni. Ale nie zrobił tego od razu tylko każdemu po kolei dawał okazję na pokręcenie sobie. Każdy więc z nas kilka sekund pokręcił aż wreszcie pojawił się płomień.

 

Kiedy myśleliśmy, że to koniec pokazu, rozpalacz wyciągnął zza pazuchy zestaw do rozpalania i zaproponował nam jego kupno za jedyne 200KES. Nikt nie miał ochoty oprócz... Basi, która poprosiła mnie o te €2, które dostaliśmy wcześniej. W zamian dostała zestaw, a gówno słonia mogła już dostać za darmo. Facet opowiadał jakąś bajkę, że po to specjalne drewno trzeba biegać aż 50km. Czy to prawda, to raczej wątpliwa sprawa.

 

Przechodziliśmy między innymi domkami, gdzie w sumie mieszkały 73 osoby. Widać, że takich gości mają tu kilkadziesiąt dziennie i w sumie to niezły biznes. Na koniec zaprosili nas pod duże drzewo i kazali poczekać na wszystkich mieszkańców, którzy na koniec mieli wykonać swój tradycyjny taniec polegający na wspólnym skakaniu w hipnotyzującym rytmie. Mężczyźni są znani ze swojej rywalizacji w skakaniu. Okrąg jest tworzony przez wojowników i jeden lub dwóch z nich wkracza do środka, aby skakać, utrzymując prostą pozycję. Żaden z nich nie może dotknąć piętami ziemi. Członkowie grupy mogą dopasowywać ton głosu do wysokości skoków.

 

Zebrali się więc w takim półokręgu i zaczęli swój taniec. Oprócz nas przyglądali się temu inni złowieni turyści. Ich skoki oraz rytmiczny śpiew robił nawet wrażenie. Ale z drugiej strony widać było ich rozluźnienie i sens tego. Chodziło o pokaz przed turystami żeby zarobić. Mimo wszystko jednak warto było to zobaczyć.

 

Wioska Masajów: taniec

 

Na koniec zabrali nas na targ. To było już przegięcie bo wręcz zmuszali nas do kupienia czegoś. Kazali Basi wybierać najładniejszy wisiorek dla siebie, potem dla mnie, potem ja miałem wybierać, a na koniec dawali cenę. Olaliśmy ich i nic nie kupiliśmy. Poza tym nie mieliśmy pieniędzy i tym się praktycznie wykręciliśmy. Widziała to Ciapata i po wyjściu już z tej wioski, pożyczyła kasę od Bruna i chciała kupić Basi ten naszyjnik bo myślała, że my naprawdę chcieliśmy tylko nie mieliśmy kasy.

 

Zobacz video z wioski:

 

http://www.youtube.com/watch?v=W3UYYBoRxKA

 

 

Jeszcze przed wejściem do auta, podszedł do mnie Bruno i oznajmił, że wie iż bardzo podoba mi się jego koszulka i zaoferował mi, że możemy się wymienić. Zorientowałem się, że to Basia naopowiadała mu o tej koszulce, bo mi się wcale nie podobała, jej natomiast bardzo i nawet mi o tym wspominała. No ale uległem mu, mimo że ani mi się nie podobała ani pomimo, że w związku że jego była nowa to chce ode mnie 500KES. Już po paru chwilach wiedziałem, że to beznadziejny interes z mojej strony bo cały przód przedstawiający logo browaru "Tusker" to zwykła prasowanka, która zetrze się po kilku praniach, natomiast moja koszulka to wytrzymała bawełna, która przeżyła już kilka sezonów. W trakcie jazdy, szybko ta prasowanka przykleiła mi się do ciała i po prostu była niewygodna.

 

My tymczasem już byliśmy z powrotem na trasie. Wracaliśmy tą samą drogą w kierunku Mombasy. Po drodze spotkaliśmy policję ale bez zatrzymywania. Mnóstwo też opon od ciężarówek, które niektórzy rowerzyści pakowali do ogromnych worków i wozili niewiadomo dokąd.

 

Na jednej ze stacji benzynowych, Bruno wyskoczył na chwilę i przyniósł nam zimną wodę. Bardzo się przydała bo za chwilę zamiast jechać prosto do Mombasy, skręciliśmy w jakąś boczną drogę i zaczęła się masakryczna podróż po wertepach i w kurzu.

 

Z jednej strony to fajna sprawa zobaczyć takie odludzie, wioski przy takiej drodze ale długość tej drogi oraz jej stan to było przeżycie niewiarygodnie męczące. Najgorszy z tego wszystkiego był wszechobecny kurz. Trzeba było trzymać zamknięte okna, co powodowało, że było strasznie gorąco i duszno – jechało przecież tym busem 9 osób. Po drugie była to zwykła piaszczysta droga z mnóstwem dziur i pagórków więc non stop wybijało nas w górę i telepało na wszelkie możliwe strony. W dodatku Cipa nie żałował swojego nissana i wcale wolno nie jechał. Byliśmy umordowani.

 

Kiedy mijaliśmy te wioski, biegały obok samochodu tabuny dzieci krzyczące oczywiście "Jambo" i żądające cukierków. My mogliśmy poobserwować jak toczy się życie w takich miejscach. Niektóre z miejsc były naprawdę śliczne. Urzekały małe domki schowane pośród gęstwiny palm, które dawały miły cień, jakieś wzniesienia czy doliny robiły również przyjemne dla oka wrażenie. Nad jedną z takich dolin zatopionych wśród zielonego płaszcza roślinności zatrzymaliśmy się na chwilkę. Mogliśmy zrobić zdjęcia ale szybko ta idylla się skończyła kiedy zostaliśmy osaczeni przez bandę dzieciaków wkładającą ręce do środka auta. Jedno z nich wyrwało wręcz Basi niedokończoną przez nią paczkę czipsów i pobiegło w siną dal. Za nią oczywiście udała się grupa pościgowa...

 

Droga w takich warunkach przeciągała się, choć celem był duży skrót. Jednak odległość była dość spora i dobrych kilka godzin tak się mordowaliśmy w tym aucie. Emocje udzielały się już wszystkim i między mną a Basią zaiskrzyło z powodu baterii do aparatu. Na szczęcie konflikt nie rozbujał się w coś poważniejszego i oboje opanowaliśmy emocje.

 

Droga skończyła się tuż przed Kilifi więc najpierw odwieziono nas, a potem zajęli się Angielkami, z którymi trzeba było się cofnąć w kierunku Mombasy. Przed hotelem wyładowaliśmy się, pożegnaliśmy Angielki i Cipę i mogliśmy wrócić do naszego domku. Niestety emocje między nami tak do końca nie ucichły i z błahego powodu o pójście po klucz, zrobiła się napięta sytuacja znowu. Poszliśmy więc po klucz oboje żeby było sprawiedliwie i tak zakończyliśmy ten etap nieporozumień.

 

Marzyliśmy aby opłukać się z piasku. Oczywiście w naszym domku mieliśmy tylko słoną wodę ale dała nam sporo radości kiedy poczuliśmy się świeżsi. Basia zabrała się za pranie, ja tymczasem zauważyłem, że mamy nowych sąsiadów. Pana W Czerwonych Majtkach zastąpiła jakaś zramolała para Angoli.

 

Na kolacji, na którą już się załapaliśmy, obczajaliśmy nowych ludzi bowiem samolot przywiózł nowy turnus we wtorek. Część ludzi oczywiście zniknęła no ale pojawiło się kilku nowych i ciekawych. Poza tym w międzyczasie kiedy Wąska krzątała się obok nas z kartą dań i propozycjami piwa, usłyszeliśmy przechwałki innych na temat safari. Szkot się chwalił, że widzieli 3 lwy i wtedy nas krew zalała, bo przecież oni byli o jeden dzień krócej od nas razem ze Szwedkami. Kiedy Litwini zaczęli opowiadać swoje przygody z kotami, byliśmy już nie dość, że wściekli to jeszcze załamani, że takiego pecha mieliśmy.

 

Po kolacji obejrzeliśmy drugi raz występ akrobatów. Niewielkie zmiany w programie ale generalnie nadal byliśmy pod ich dużym wrażeniem. Po ich występie marzyliśmy już tylko o śnie, bo tym całym dniem byliśmy nieźle wykończeni. Kiedy wróciliśmy do naszego domku, przywitała nas jakaś stonoga, którą trzeba było zagazować. Kolejne śmiertelne żniwo naszego pobytu w Czarnej Afryce.

 

Dzień 12: Red Elephant – Kilifi  255km

 

 

Dzień 13 - 11 lutego 2010 – czwartek

 

 

DZIEŃ ODPOCZYNKU

 

Po takich trzech dniach musieliśmy trochę odsapnąć. Wyspaliśmy się porządnie, potem śniadanko i Basia zabrała się za pranie. Tak mocno tarła, że aż sobie palce starła. Ja siedziałem na werandzie i czytałem książkę. Tak dobujaliśmy się do lunchu.

 

Na dziś nie było żadnych planów ale zdecydowaliśmy, że dobrze by było pójść nad ocean zamiast siedzieć tu na ośrodku. Pomysł sprzedaliśmy Ciapatej, która na lunchu dosiadła się do nas i wyraziła wielką ochotę na spacer z nami.

 

Usiedliśmy więc w fotelach żeby troszkę odpocząć po jedzeniu i w tym czasie Ciapata miała sobie wszystko zorganizować. Poszła z kluczem, później chciała kartę żeby wybrać pieniądze z bankomatu, musiała iść jeszcze raz no i znów klucz trzeba było wziąć. Słaba organizacja w jej wykonaniu.

 

Umówiliśmy się na bramce gdzie w końcu miała zostawić ten klucz. Kiedy ona się jeszcze guzdrała z wszystkim, zapytaliśmy ochroniarza ile kosztuje matatu do Mombasy i potwierdził, że 100KES. To już a propos naszego wyjazdu do miasta, który zaplanowaliśmy sobie na piątek.

 

Ciapata w końcu zjawiła się. Była ochoczo nastawiona na jednogodzinny marsz ale chyba się przeliczyła bo od początku odstawała. Tempo jej spaceru było zdecydowanie niższe od tego jakie my preferujemy. Próbowała nas zwalniać bo opowiadała o swoim dość pokręconym życiu. W wieku 5 lat została zabrana z sierocińca w Indiach i zaadoptowana przez małżeństwo z Francji. Całkowicie zasymilowana żyje we Francji od 40 lat. Swoich prawdziwych rodziców nigdy nie poznała, natomiast jej przybrani rozeszli się i mimo, że sąd przyznał prawo opieki matce, ona zdecydowała sama, że chce mieszkać z ojcem. Obecnie oboje już nie żyją. Sama związała się z jakimś Egipcjaninem (co wnioskujemy bo mówiła, że on tam mieszka) i z tego związku narodziła się jej córka, która ma obecnie 15 lat. Kiedy skończy 18 lat chce ją zabrać na rok do Indii żeby poznać swoje korzenie...

 

Doczłapaliśmy się do półmetka czyli do bankomatu. Ciapata nie miała pojęcia jak przeliczyć szylingi na euro, zresztą myślała, że możliwy jest wybór waluty, np. euro. Pomogliśmy jej uporać się z tą maszyną. Następnie udaliśmy się do supermarketu mijając bardzo dziwnego człowieka. Leżał na skwerku cały opatulony i obwiązany torebkami foliowymi i reklamówkami. W tym niesamowitym upale trudno sobie wyobrazić co tam musiało się dziać we wnętrzu tego foliowego pancerza. I nie było to kilka luźnych foliówek a cała masa reklamówek ciasno przylegająca do ciała. Na 100% musiał być chory psychicznie bo innego wytłumaczenia nie ma.

 

W drugiej części trasy Ciapata znów odstawała od nas. Przyczepił się też koleś w beretce, całkiem nieźle ubrany i wyglądał na elokwentnego i zorientowanego w świecie. Czekaliśmy kiedy zacznie oferować swoje usługi ale kiedy usłyszał, że już byliśmy na safari więc raczej nie mógł nam nic już wcisnąć. Ale trzymał się nas do samej plaży.

 

Na plaży było trochę cienia a woda w oceanie dosłownie gorąca. Tłumów nie było ale pałętali się miejscowi ze swoimi usługami. Człowiek W Beretce nadal siedział przy nas aż mu Ciapata wygarnęła żeby sobie poszedł. On stwierdził, że to jego miejsce i dalej siedział. Byli też inni, jeden nawet mnie rozpoznał i przeganiał innych żeby mi dali spokój. A tego po prostu chcieliśmy – trochę spokoju. Ciapata też non stop nawijała i paliła. Te dwie czynności robiła nieustannie. Ja chciałem poleżeć, poczytać książkę i nic więcej nie robić. Ciężko było ale w końcu udało mi się.

 

Nagle Basia przybiegła z płaczem, że coś ją ugryzło w wodzie. Z opisu wynikało, że była to meduza i rana była widoczna ale na szczęście szybko zanikała i oprócz kilku chwil strachu, to raczej nic groźnego z tego nie rozwinęło się.

 

Ciapata szybko znalazła sobie nowych słuchaczy. Byli to jacyś Angole i dzięki temu uniknęła powrotu z nami bo załapała się na tuk-tuka z nimi. Zostaliśmy więc sami i czekaliśmy do samego końca, to znaczy tak aby nie wracać po zmroku.

 

Niestety kolejna kontuzja przytrafiła się Basi ponieważ obtarł ją klapek. Na początku radziła sobie jakoś ale po pewnym czasie nie dała rady i potrzebny był tuk-tuk. Zatrzymaliśmy więc jednego i rzucił nam cenę 100KES. Zdziwiliśmy się bo przecież z tym całym Teddy'm zapłaciliśmy 200KES. Wkurzyliśmy się więc, że wtedy nas znowu oszukał i dogadał się z kierowcą ale jednak sprawa przybrała inny obrót. Najpierw jednak zatrzymaliśmy się na chwilę w supermarkecie żebym mógł kupić 5 litrów wody. W kolejce nawet nie musiałem stać, bo Murzyn mnie przepuścił, choć oczywiście się tego nie domagałem. Potem już mogliśmy jechać prosto do hotelu. Ale gościu niespodziewanie zatrzymał się na asfaltówce i zadowolony czeka na kasę. Uświadomiliśmy mu, że chodzi nam przecież o Laguna Hotel a nie o Lagoon Pub, pod którym chciał nas wysadzić. W takim razie zażądał 300KES! No to mu odpowiedziałem żeby zatrzymał tego pierdzipęda, zabrał stówkę i spadał na drzewo. Zgłupiał i szybko zgodził się na 200KES. Teddy został zrehabilitowany.

 

Pod bramą czekał na nas Bruno. Byłem mu winien 500KES za tę koszulkę bo wtedy nie miałem. Chciał jeszcze jedną ale nie miałem żadnej fajnej dla niego więc dałem mu te 500KES i miałem spokój. Pozorny bo Bruno uparł się żeby nam coś zaoferować. Wiedział, że chcemy jechać do Mombasy więc wymyślił, że nas weźmie tam za €60. Wyśmiałem go przeliczając mu wszystko. W takim razie zaproponował €30 i podróż matatu (które kosztuje 100KES czyli €1). Kiedy to nie wypaliło bredził coś jeszcze o imprezie na plaży z innymi (ale bez Aktywistki, która nieźle dała mu popalić w wiosce Masajów). Cały czas powtarzał słowo "loboster" zamiast "lobster" czyli homar. Ale w ogóle nas nie przekonał.

 

Na kolacji siedzieliśmy razem z Ciapatymi. Podobno coś się tam popśtykały z Aktywistką, która coraz bardziej stawała się synonimem zarozumialstwa, egocentryzmu i nad wyraz wybujałej pewności siebie. Dowiedzieliśmy się od Ciapatej, że Człowiek Pierwotny pochodzi z wysepki Reunion i być może dlatego tak uwielbia słońce choć obecnie mieszka w Paryżu.

 

Noc była okropna. Było strasznie duszno, gorąco i oboje mieliśmy znów koszmary. Budziliśmy się kilka razy w nocy, trzeba było szukać picia i jakoś dociągnąć do rana chociaż i tak wiedzieliśmy, że ranek nie przyniesie nam ulgi.

 

Dzień 14 - 12 lutego 2010 – piątek

 

 

MOMBASA

 

Zbieramy się z lekkim opóźnieniem na śniadanie. Tam oczywiście Habibi przepytuje nas ze znajomości swahili. Jemy standardowy zestaw, Wąska przynosi kawę i o godzinie dokładnie 9.08 wyruszamy do miasta na przystanek matatu w celu dojechania do Mombasy.

 

Po wyjściu z ośrodka, idąc piaszczystą drogą do miasta, zatrzymał się jakiś "mzungu" czyli w języku swahili biały. Zaproponował podwiezienie ale podziękowałem. Oczywiście po chwili zorientowałem się, że przecież gościu mógł jechać do Mombasy i zacząłem żałować swojej pochopnej decyzji odmowy. No ale mleko się rozlało i trzeba było samemu sobie radzić.

 

Na głównej drodze ruch olbrzymi, pełno ludzi, wystawione różnorakie rzeczy na sprzedaż no i wszechobecne matatu krążące raz z jednej strony, raz z drugiej. Słyszeliśmy więc krzyki, na wpół wysuniętego z pojazdu człowieka krzyczącego: "Malindi, Malindi!!!" lub jadące z przeciwnej strony: "Mombasa, Mombasa!!!".

 

Matatu to pojazd prywatnej komunikacji miejskiej i międzymiastowej w Kenii, rodzaj taksówki zbiorowej, minibusa mieszczącego zazwyczaj 11-14 pasażerów. Kenijska nazwa matatu pochodzi z języka swahili, w którym "tatu" znaczy trzy – gdy w latach 60. XX w. na ulicach miast zaczęły się pojawiać pierwsze takie pojazdy, cena za kurs wynosiła 3 dziesięciocentowe monety.

 

Nie czekaliśmy więc długo bo co minutkę podjeżdżały te busiki i od razu załapaliśmy jeden do Mombasy. Ciekawi byliśmy czy nas oszwabi, wiedząc że cena ma być 100KES, ale nic takiego się nie stało, dostał swoje 200KES za nas i mogliśmy wgramolić się do środka.

 

Miejsce było tylko (tak nam się wydawało) na tylnej kanapie i tam się jakoś dopchaliśmy. Za nami był tylko bagażnik, niezbyt duży i coś już tam było upchane. Miałem problem żeby nie uderzać głową w sufit przy każdym podskoku, co dosyć często się zdarzało zważywszy na stan dróg w Kenii. Oczywiście nie było mowy o jakichś pasach i każda stłuczka, uderzenie, tudzież ostre hamowanie zapewne złamało by mi wszystkie kręgi szyjne i poniósł bym śmierć na miejscu.

 

Ten busik był przeznaczony na 12 osób jak wyliczyłem ale jechało nas tam 14 osób plus kobieta z ogromnym workiem, który zajmował przynajmniej jedno miejsce. Obok mnie siedział starszy gość, czytał gazetę, przed nami jacyś studenci lub uczniowie, dyskutujący o książce, którą on czytał.

 

Na dworcu autobusowym w Kilifi, część osób się wymieniło i w ponad pełnym zestawie (facet kasujący bilety stał na progu!) wyruszyliśmy na trasę Malindi-Mombasa. Do Mombasy jest niecałe 70km więc jakąś godzinkę trzeba liczyć. Jednak kierowcy matatu to nie jakieś leszcze, które przejmują się przepisami i ograniczeniami prędkości. Nie inaczej było z tym naszym. Zapieprzał jak dzikus a ja tylko musiałem uważać na swoją głowę żebym nie wybił nią dziury w dachu.

 

Po drodze, w jakiejś wiosce zatrzymał nas facio w śmiesznym czerwonym kapeluszu. Nie sądziłem, że się zmieści ale mało tego, on miał ze sobą dwa worki jakichś liści czy czegoś! Kierowca potulnie wysiadł i jakoś wspólnie postanowili upchać te worki w bagażniku. Ciężko im to szło ale konduktor przyszedł na pomoc i jakoś podwiązali to sznurkiem w taki sposób, że drzwi od bagażnika nie były domknięte tylko przywiązane sznurkiem.

 

Kiedy dojeżdżaliśmy powoli do Mombasy, zapytałem tego elegancika obok gdzie tu w ogóle wysiąść. Spytał gdzie chcemy jechać i gdy dowiedział się, że pod Kły, to zasugerował kolejne matatu lub tuk-tuka. Miał nam wskazać miejsce gdzie wysiąść. Na chwilę obecną zasugerował zasunięcie okna, bo zaraz zaczną wkładać łapy kiedy auto będzie stało na światłach lub w korku.

 

Kiedy po wielu zakrętach, światłach i korkach dojechaliśmy do jakiegoś przystanku, elegancik powiedział, że to jest to miejsce. Rzucił jeszcze, że koszt pod Kły powinien być 50KES, tak na wszelki wypadek gdyby nas chcieli okantować.

 

Mombasa (http://www.mombasainfo.com/) to drugie co do wielkości miasto w Kenii. Położone w południowo-wschodniej części kraju, na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego; jest znanym centrum turystycznym. W Mombasie znajduje się największy port Kenii – Kilindini  (obsługujący także sąsiednie państwa bez dostępu do morza), a w pobliżu znajduje się ważny port lotniczy Mombasa-Moi. Liczba mieszkańców: 870 000.

 

Mombasa leży w większości na koralowej wyspie w estuarium rzek. Orientacja w samym mieście nie należy do najłatwiejszych; wśród krętych ulic z łatwością można pobłądzić.

 

Najpiękniejszą część metropolii stanowi Stare Miasto, poprzecinane ulicami, przy których stoją meczety i stłoczone stare domy. Teren obniża się łagodnie w kierunku portu (pełnego niegdyś statków handlowych), a w oddali spogląda z wysoka na Stare Miasto warownia Fort Jesus - imponująca pamiątka z czasów krwawej przeszłości miasta.

 

Miasto zostało założone w XI wieku przez arabskich  handlarzy i szybko stało się znaczącym ośrodkiem handlowym wschodniej Afryki. Najczęściej handlowano kością słoniową i niewolnikami. Pierwszym Europejczykiem który dotarł do Mombasy był Vasco da Gama w 1498  roku. Dwa lata później miasto zostało zdobyte przez Portugalczyków, którzy założyli tam twierdzę Fort Jesus. W roku 1698 miasto dostało się we władanie Sułtanatu Omanu, a w 1840 Zanzibaru. Sułtan Zanzibaru przekazał Mombasę Brytyjczykom w roku 1895. Wkrótce miasto stało się stolicą protektoratu Brytyjskiej Afryki Wschodniej (do roku 1907), a Brytyjczycy zbudowali linię kolejową łączącą Mombasę z Nairobi i Kampalą.

 

Gdy dotknęliśmy stopami chodnika w Mombasie, zostaliśmy natychmiast osaczeni przez gości sprzedających wodę, oferujących pomoc oraz samych tuk-tukowców. Jeden z nich wziął mnie dosłownie za rękę i prowadził do swojego pojazdu. Poddałem się tej czynności i kiedy zapytałem ile weźmie za kurs pod Kły, od razu rzucił, że 100KES. Powiedziałem, że przecież koszt wynosi 50KES ale on upierał się, że 100KES. W tej chwili zobaczyłem elegancika z naszego matatu, który wziął mnie za rękę i powiedział żeby iść do innego. Wtedy to dopiero ten kierowca zmiękł i zgodził się na 50KES. Podziękowałem grzecznie elegancikowi i wpakowaliśmy się do tuk-tuka. Nie jechaliśmy długo. Szybko skręciliśmy na skrzyżowaniu w prawo i po przejechaniu kilkuset metrów zauważyliśmy charakterystyczne Kły – symbol miasta.

 

"The Tusks" czyli Kły to symboliczna budowla działająca niczym brama wjazdowa do centrum miasta. Kły zostały zbudowane aby uhonorować wizytę w mieście królowej brytyjskiej Elżbiety II w 1952. Zbudowano je na wprost portu, choć dystans do samego morza jest dość spory. Oprócz faktu, że kość słoniowa w tamtych czasach była modna, to Kły pełniły jeszcze dwie inne funkcje symboliczne: obejmowały sobą królową oraz całe Imperium Brytyjskie oraz formowały kształt litery "M" czyli początkowej litery nazwy miasta.

 

Musieliśmy się trochę ogarnąć po tych przejazdach. Po wyjściu z tego tuk-tuka przeszliśmy na chodnik, do cienia aby móc przygotować się do walki o życie w tym mieście. Już sama przejażdżka dużo dawała do myślenia. Pierwsza myśl to niesamowity chaos i ogromne tempo tego wszystkiego: klaksony, krzyki, zaczepki, sprzedaż...

 

Kły zrobione są z metalu, z bliska nie prezentują się tak ładnie jak z daleka czy na zdjęciach ale udało się nam zrobić kilka ujęć. Najpierw obejrzeliśmy je z samego bliska, a potem chcieliśmy sobie zrobić zdjęcia z oddali. Dlatego musieliśmy przejść przez ruchliwą drogę i zainstalować się na pasie zieleni.

 

MOMBASA: Kły (1952)

 

Nie wiedzieliśmy na 100% w którą stronę trzeba iść żeby dojść do Starego Miasta i Fortu Jesus. Podejrzewałem w którą ale chciałem się upewnić abyśmy nie wkopali się w jakąś nieciekawą dzielnicę. Facet w restauracji potwierdził moje przypuszczenia i mogliśmy ruszyć pieszo do portu. Przed nami co najmniej półtora kilometra marszu podczas którego byliśmy narażeni na różne ciekawe sytuacje.

 

Oczywiście obawialiśmy się przede wszystkim rozboju, kradzieży i zaczepek. Dlatego wszystko pochowane mieliśmy głęboko, w jednej ręce trzymałem kamerę, w drugiej mocno ściskałem dłoń Basi. Ona w drugiej ręce trzymała pasek od torebki, którą miała przed sobą. Tak przebijaliśmy się na chodniku przez tłumy ludzi. Oczywiście byliśmy jedynymi białymi i od razu rzucaliśmy się w oczy. Te oczy patrzyły na nas z nieciekawymi myślami, tak przynajmniej to odczytywaliśmy.

 

Pierwsze zaczepki zaczęły się jeszcze pod Kłami. Bezdomne dzieci z wyciągniętymi rękami wyły żebrząc o jakieś pieniądze. Nie reagowaliśmy ale one nie odpuszczały i niczym bezpańskie psy biegły za nami skomląc. Przerażający widok. Potem były zaczepki od wszelkiego rodzaju fachowców, którzy proponowali swoje usługi. Głównie oferowali pomoc w zwiedzaniu lub podwiezieniu ale zdarzył się i alfons.

 

Musieliśmy być twardzi i nie reagować na to wszystko. Czasem było ciężko bo trzeba było się zatrzymać żeby przejść przez ulicę. Na domiar złego, nie zawsze wiedzieliśmy czy dobrze szliśmy. Dlatego wykorzystałem możliwość, kiedy na przeciwko nas szła biała para i to ich się dopytaliśmy o słuszny kierunek naszej podróży. Podobno nie dużo już nam zostało.

 

Na jednym z placów czy rond, uruchomiłem kamerę, potem przeszliśmy dookoła i już chcieliśmy wejść w kolejną uliczkę gdy podszedł do nas gościu i powiedział, że właśnie kręciłem obiekty rządowe co jest nielegalne i mogą mi skonfiskować taśmę. Na szczęście on nie był policjantem tylko kolejnym naciągaczem, który za drobną opłatą pokaże nam miasto.

 

Ujął nas tym, że od razu wiedział, że jesteśmy z Polski. Nie mam pojęcia jak to wiedział. Poza tym wytłumaczył nam spokojnie, pokazując na mapie, że sami nie damy rady odszukać wszystkiego na Starym Mieście bo natychmiast się zgubimy. Zaproponował nam spacer z uwzględnieniem najważniejszych obiektów. Mówił dość spokojnie i z sensem więc przekonał mnie, że można mu zaufać. Teraz tylko kwestią była cena. No i zaczęły się negocjacje.

 

Moses (bo tak miał na imię) po długim zastanawianiu się wystartował od 1000KES ale po negocjacjach skończyło się na 800KES pod warunkiem, że nas zaprowadzi na przystanek do Kilifi. Po uzgodnieniu kwestii finansowej, mogliśmy ruszyć na Stare Miasto.

 

Po wejściu na nie, zauważyliśmy pierwszą godną uwagi atrakcję. To pomnik czajnika arabskiego. Coś zupełnie innego niż wszędzie, śmieszna rzecz. Na przeciwko tego obiektu, stał gościu i robił na żywo czipsy, wrzucając plasterki ziemniaków do gorącego oleju. Tuż obok znajdował się były cmentarz muzułmański. Mogliśmy zajrzeć do niego przez bramę. Widać tam było resztki nagrobków, bo reszta zarośnięta.

 

Moses zaprowadził nas do sklepiku pamiątkarskiego. Tam mieliśmy kupić sobie kilka pierdół. Jeśli chodzi o kawę, którą sobie zaplanowaliśmy kupić, to Moses obiecał nam wizytę na prawdziwym targu, gdzie będziemy mogli kupić sobie bezpośrednio od rolnika.

 

Tymczasem w sklepiku, dorwała nas cała rodzinka. Basia wybierała kolczyki, jakieś płótna chciała, breloczki. Jak to zwykle Barbara, długo się zastanawiała zanim coś postanowiła. Trzeba było się targować, Basi kiepsko to szło ale coś tam wynegocjowała. Kiedy powiedziała mi o cenie, ja się włączyłem do negocjacji i wtedy właścicielka z miną cierpiętnicy, wybałuszonymi oczami i skrzywionymi ustami zdołała wyartykułować zdanie: "But we agreed with mama". Czy się zgodziła, czy nie, powinna przecież wiedzieć, że w ich kulturze facet ma ostatnie zdanie do powiedzenia i musiała cena być jaką ja zaproponowałem. Aby nie być aż tak bezczelnym, zgodziliśmy się na dodatkowy breloczek żeby wliczyć do ceny. Jej mąż jeszcze musiał mi kółko wymienić bo coś pordzewiałe było.

 

Moses zabrał nas z powrotem na zwiedzanie. Pokazał nam ważną ulicę Starego Miasta – Zanzibar Street, z wiszącymi balkonami. Potem skręciliśmy w jakąś małą uliczkę, która prowadziła nad ocean. Teraz zrozumieliśmy, że nie mielibyśmy żadnych szans samemu poruszać się przez te gąszcze malutkich i wąziutkich uliczek.

 

MOMBASA: Zanzibar Street

 

Kiedy dotarliśmy nad ocean, Moses wskazał nam miejsce gdzie dopłynął Vasco da Gama w 1498. Podobne słupy, co w Malindi wskazywały miejsce gdzie zakotwiczył. Był to widok na stary port, który obecnie był raczej pusty. Głęboka bruzda wody wcinała się w głąb miasta, ciągnąc się jeszcze kilometrami.

 

My natomiast mieliśmy chwilę na spojrzenie na ten przesmyk wodny, bo Moses akurat teraz miał ważną rozmowę telefoniczną. W Kenii każdy musi mieć telefon i ciągle przez niego gadać. Kiedy skończył, okazało się, że alejką z kwiatów dojdziemy do najważniejszego miejsca na Starym Mieście czyli do warowni Fort Jesus.

 

Ten portugalski fort, wybudowany w 1593, w czasach króla Filipa II zachował (dzięki remontom prowadzonym w minionych stuleciach) wiele ze swego oryginalnego charakteru. Niezwykła, wieloboczna konstrukcja - dzieło włoskiego architekta - zapewniała możliwość wzięcia napastników szturmujących mury twierdzy w krzyżowy ogień, kierowany z poszczególnych bastionów. Podobno, jak wspominał nam Moses, patrząc z lotu ptaka fort przybiera kształt człowieka, a imię Jesus wcale nie dotyczy Chrystusa tylko ostało się po jednym z arabskich zdobywców. Między 1631 a 1875 fort przechodził z rąk do rąk dziewięć razy, a w 1958 został oficjalnie zabytkiem po kilkunastu latach bycia więzieniem w czasach panowania Brytyjczyków.

 

Zwiedzając Fort Jesus łatwo zauważyć, że nie był on jedynie obronnym gmachem, lecz niewielkim, przemyślnie umocnionym miasteczkiem, które rządziło się własnymi prawami. Wznoszą się tam ruiny kościoła, był także skarbiec, a być może nawet sklepy. Przypuszcza się, że główny dziedziniec zajmowała olbrzymia ilość prostych domów mieszkalnych. My jednak nie wchodziliśmy na jego teren bezpośrednio. Obejrzeliśmy sobie jego najciekawszą część – tę od morza. Ogromne armaty pilnowały wejścia do portu i rzeczywiście można sobie wyobrazić jak ważną budowlą był fort w tamtych czasach.

 

MOMBASA: Fort Jesus (1593)

 

Tuż obok, Moses pokazał nam Bramę Niewolników. To wyłupany w murze ustęp w postaci bramy, który stromo schodzi do morza. Tędy właśnie przechodziły całe tabuny niewolników łapanych na Czarnym Lądzie i później wysyłanych w odległe krańce świata. Też nieciekawy moment historii ludzkości.

 

Kiedy wyszliśmy stamtąd, już zupełnie byliśmy zdani na naszego przewodnika, bo absolutnie nie mielibyśmy szans na jakąkolwiek samotną wyprawę po tym mieście. Moses zaprowadził nas w inne miejsce gdzie mogliśmy rzucić okiem na stary port. To jakieś słynne schody, które nagle urywają się wysoko nad brzegiem. Podobno jeszcze niedawno można było stąd wypływać do Zanzibaru.

 

Powrót na Starówkę i znów przeciskanie się wąskimi uliczkami między stłoczonymi ludźmi. Oczywiście wszystkie oczy skierowane były na nas ale już nikt nas nie zaczepiał bo wszyscy widzieli, że prowadzi nas miejscowy. Były momenty, że przeciskaliśmy się ulicami o szerokości rozpostartych ramion. Kiedy mijaliśmy te stare kamieniczki, uderzał nas wszechobecny brud, smród i tony śmieci wywalanych jak popadnie. Czasem przechodziliśmy wręcz przez podwórka, na których ludzie gotowali sobie jedzenie, inni robili pranie, prasowanie, dzieci grały w piłkę, młodzież paliła papierosy i gadała. Mijaliśmy faceta na kolanach, który prał dywan na ziemi, musieliśmy przechodzić po progach domów. Tak nas prowadził ten nasz przewodnik. Gdybyśmy sami tamtędy się zapuścili to zapewne nie uszlibyśmy żywi daleko.

 

Moses pokazał nam najstarszy meczet w całym mieście. Potem pokazał nam szkołę arabską i dzieci, które przed nią czekały. Całkiem fajnie opowiadał i widać, że naprawdę znał trochę historii. To był dobry pomysł na zatrudnienie go jako przewodnika. Ale teraz prowadził już nas w kierunku targu, zabytki już zostały za nami.

 

Nadal wąskimi uliczkami szliśmy dość szybkim krokiem. Od czasu do czasu, gubiliśmy go z pola widzenia, bo wśród tej plątaniny przesmyków i ogromnych tłumów, czasem nam uciekał. Ale zawsze potulnie czekał i czasem rzucił jakąś uwagę na dany temat. Tak było kiedy zaprowadził nas do sklepu z materiałami i pokazał jak olbrzymi wybór tutaj mają. Obyło się bez naciągania.

 

W miejscu gdzie znajdowała się część tekstylna targu, było bardzo dużo ludzi. Czasem tymi wąskimi uliczkami próbował przejechać jakiś samochód, rozlegał się klakson, ludzie usuwali się mu z drogi, zwijali swoje kramy, przepuszczali go, potem kilka motorów, rowerów i znów masa ludzka wypełniała każdy centymetr tego brudnego i zaśmieconego bruku.

 

Brnęliśmy poprzez to morze ludzkich głów, niektóre czarne, inne oliwkowe z widocznymi arabskimi genami, inne opatulone w szmaty od stóp do głów i tak naprawdę czułem się jak reporter Travel Channel ale nie w Kenii, a raczej w jednym z bliskowschodnich miast.

 

MOMBASA: Targ

 

Kolejną częścią bazaru były plony, najpierw bezpośrednio z wózków i łóżek a potem dotarliśmy do wielkiego bazaru przykrytego dachem. Przed nim była jakaś szersza ulica, gdzie zaparkowanych było mnóstwo tuk-tuków i innych pojazdów. Na przeciwko nas widać było część... mięsną. Nie wiem kto mógłby kupić tam mięso, no ale widocznie znajdują się tacy. Można sobie wyobrazić jak to wyglądało: zawieszone na hakach części martwych zwierząt, dookoła ten cały syf, tysiące much i temperatura około 40 stopni. Masakra.

 

Moses prowadził nas do tego hangaru. Tam wymijał jednego po drugim sprzedawcę plonów rolnych. W międzyczasie jeden z nich, zaczepił mnie i rzucił: "Facet prowadzi was do najdroższego sprzedawcy w całym mieście." Powtórzyłem to Mosesowi ale wytłumaczył, że to nieprawda.

 

Wreszcie stanęliśmy naprzeciwko jakiegoś sklepiku. Tam mnóstwo przypraw, a wśród nich kawa. Różne rodzaje kawy. Zaczęły się negocjacje. Najpierw wytłumaczyli nam różnice w tej kawie. Nie była ona pakowana ładnie, zwykła foliowa torebka zgrzana na górze i doklejona etykietka ale o takie coś nam chodziło. Jedna kosztowała 400KES więc zamówiłem 10 torebek (5 dla mnie, 5 dla Basi). Wyliczyli 4000KES no ale oczywiście zacząłem się targować od 2500KES. On zszedł na 3500KES, a ja podniosłem się na 3000KES i tutaj osiągnęliśmy martwy punkt. Wreszcie Moses wkurzył się, wyrwał tę kawę dał mi, wziął ode mnie 3200KES i wsadził mu do ręki. Uznał, że negocjacje się zakończyły.

 

Inni sprzedawcy od razu ruszyli szturmem do nas żeby nam coś sprzedać ale wszystko inne można kupić u nas i zresztą nic nam nie było potrzebne przecież. Ale świadomość, że to tam rośnie powodowała u mnie chęć wypróbowania. Były jednak jeszcze sprawy z przelotem i ewentualne kłopoty na lotniskach więc odstawiłem ten pomysł.

 

Moses tymczasem wyprowadził nas na szeroką ulicę, która prowadziła nas bezpośrednio na przystanek. Tutaj było już nowe miasto, tłok na chodnikach mniejszy ale za to ulice pełne pojazdów i ciągłe trąbienie klaksonów. Musieliśmy przejść na drugą stronę i my, przyzwyczajeni do cywilizowanego zachowania w ruchu miejskim, czekaliśmy na możliwość przejścia, gdy Moses po prostu wszedł na ulicę, wyciągnął rękę i szedł. Szliśmy za nim, kierowcy się zatrzymywali, inni przejeżdżali prawie po palcach, kolejni trąbili ale w ten sposób dotarliśmy na drugą stronę. Jak zauważyliśmy potem, to ich naturalny sposób przechodzenia na drugą stronę ulicy.

 

Idąc tak w kierunku przystanku, słyszeliśmy zawodzenie imamów z meczetu, które mieszało się z całym tym odgłosem dużego miasta. Dodatkowo upał też robił swoje, stres, tempo co skumulowało się w nas w postaci sporego zmęczenia.

 

Na przystanku trzeba było znaleźć odpowiednie matatu do Kilifi. Nie było problemu, akurat podjechał cały pusty. Teraz tylko zostało nam uregulowanie płatności z Mosesem. Umawialiśmy się na 800KES więc wręczyłem mu 1000KES a tu okazało się, że on nie ma wydać. Zwróciliśmy się do kierowcy matatu żeby nam rozmienił ale też nie miał. Akurat tak się złożyło, że te 200KES miało iść dla kierowcy więc obaj wzięli ten banknot i pobiegli rozmienić, a my w tym czasie mogliśmy wejść do środka. Co prawda obawiałem się, czy ten Moses nie zwinie się z tym patykiem ale kierowca go pilnował bo sam tam miał kasę więc liczyłem, że wszystko będzie uczciwe.

 

Kierowca wrócił i nic nie mówił więc załatwili sprawę między sobą. Teraz musieliśmy jeszcze chwilkę poczekać aż matatu zapełni się do końca lub jeszcze więcej. Nie trwało to długo i znów mieliśmy nadkomplet. Podróż nie różniła się od poprzedniej zbytnio. Nie było nikogo z workiem w środku ale jeden koleś stał na jednej nodze przez pół trasy, a przez cały czas z głośników leciała jakaś stacja radiowa raggae. Było naprawdę głośno, ciasno i gorąco. Ale jechaliśmy do domu.

 

Zobacz video z Mombasy:

 

http://www.youtube.com/watch?v=aNTbsNeshIY

 

W Kilifi byliśmy o 14.00 więc lunch znów nam przepadł. Zostało nam 119KES i z taką gotówką poszliśmy na targ. Za te pieniądze kupiliśmy owoce. Pan nawet dał nam lekki upust i w dodatku na naszą prośbę obrał i pokroił nam ananasa i pomarańcze. Pytaliśmy o brzoskwinie ale żaden ze sprzedających nie wiedział co to takiego! Śmiali się z nazwy i nigdy o czymś takim nie słyszeli.

 

Z tego targu chcieliśmy się dostać do banku żeby wybrać w bankomacie pieniądze ale pod szpitalem trochę się zgubiliśmy. Tam też w zacienionej alejce odchodził handel. Zakręciliśmy się po okolicy szukając przejścia ale musieliśmy wrócić i skręcić we właściwą ulicę. Pod bankiem szok bo znowu bankomat nie działa. Zostaliśmy bez nawet 1KES.

 

Czekał nas jeszcze marsz do ośrodka. Kiedy wreszcie doczołgaliśmy się tam umordowani tym upałem, szybko się umyliśmy i zjedliśmy nasz owocowy lunch. Był naprawdę dobry i soczysty. No ale słodki więc potrzebowaliśmy czegoś zimnego i gorzkiego i dlatego poszliśmy do baru na piwo. Tego nam było trzeba. Zimne piwko od razu postawiło mnie na nogi i mogłem usadowić się na leżaku i od czasu do czasu zanurzać w basenie. Do końca dnia już tylko wylegiwaliśmy się na leżakach. Było bardzo przyjemnie.

 

Pod koniec dnia, kiedy już zaczynała się robić szarówka, wyjątkowo sporo komarów się pojawiło. Pocięły mnie dziś dość mocno i tylko miałem nadzieję, że żaden z nich nie ma w sobie zarodników malarii.

 

Na kolacji przyuważyliśmy nową charakterystyczną twarz drugiego turnusu. Dostał ksywę Kropiwnicki ze względu na wygląd a sam człowiek był dość zabawny. Sztywniak jakby kij od szczotki połknął, zawsze zasępiona mina, przyjechał sam i jadł makaron nożem. Tak wyedukowanego w savoir-vivrze dawno nie spotkaliśmy. Laliśmy z gościa do końca kolacji, przedrzeźniając jego myśli. Zauważyliśmy też brak Szwedek, które jak przypuszczaliśmy, musiały przylecieć tylko na tydzień. Szkoci natomiast wystąpili w... sukienkach. A czaszka tego Szkota miała kolor krwi. Chłop zapomniał o czapce.

 

Ze spaniem nie powinno być dziś problemu bo sporo przeżyć, upał, zmęczenie. Poszliśmy wcześnie do łóżek. Jeszcze zanim usnąłem dostałem SMSa od szefa z nowym planem, który odczytałem jednak dopiero nad ranem. Nie chciało mi się wstawać po komórkę po ciemku.

 

Dzień 14: Kilifi – Mombasa – Kilifi  140km

 

Dzień 15 - 13 lutego 2010 – sobota

 

 

DZIŚ NIGDZIE SIĘ NIE RUSZAMY

 

Zebrałem się jak zwykle wcześniej z łóżka niż Basia. O dziwo dziś lekko jakby pochmurno. Siadłem sobie na werandzie i czytałem książkę. Nade mną zaszeleściły palmy i wysoko w górze ujrzałem kilka małpek biegających po gałęziach i skaczących z drzewa na drzewo. Kiedyś już nawet widzieliśmy małpy na naszej werandzie, które pobiegły do domku obok i tam zaglądały do wnętrza.

 

Kiedy Basia wreszcie wstała, poszliśmy spokojnie na śniadanie. Dziś bez pospiechu i jakiegoś planu. Przenieśliśmy się potem z kawą na nasze ulubione fotele obok baru i po prostu siedzieliśmy nie robiąc nic. Trochę obserwowaliśmy, jak na plaży zaczyna się ruch. Powiesili ręczniki co oznacza, że sklepik działa i można iść kupić sobie drewnianego słonia lub nosorożca. Kręcili się też oczywiście beach boys, łapiąc nowe ofiary. Tak jak i Kapitan Kruk czyli człowiek, który od pierwszego dnia nas namawiał na przejażdżkę po zatoce. Kiedyś nawet udało mu się zebrać pokaźną grupę, m.in. rodzinę Czechów. Pewnie Czech go zagadał na śmierć.

 

Z foteli przenieśliśmy się na leżaki. Takie ciężkie przenosiny dzisiaj sobie serwujemy. Tam w cieniu, dalej kontynuowałem czytanie oraz dzięki Basi mogłem sobie trochę posłuchać muzyki. Obserwowałem nowych ludzi. Sporo znów Francuzów, kilka zramolałych Angoli na czele z Praszczurem.

 

O godzinie 11.00 Applause, Applause, Applause zawołał wszystkich na gimnastykę w basenie. Zjawiło się sporo ludzi, przede wszystkim kobiety ale był też jakiś facet i kilka dzieci. Sam grubas też wskoczył i chlapał głośno licząc. Basia brała w tym udział, a ja na jej prośbę uwieczniłem to komórką.

 

Czasem wchodziliśmy do basenu. Tam przez cały dzień pływał Maurycy czyli sześcioletni Francuz, który przyjechał z rodzicami z drugim turnusem. Maurycy tak długo pływał w tym basenie, że praktycznie nie miał już oczu tylko dwa czerwone punkty nad nosem. Chyba powoli rozpuszczał się w wodzie. Obok niego pływało rodzeństwo z Anglii i obserwowaliśmy jak zaczynała się rodzić wspólna zabawa. Najpierw nieśmiało ale potem dzięki trochę starszej dziewczynie, która o dziwo, zagadywała Maurycego po francusku. Chwilę potem już w trójkę bawili się w basenie.

 

Od czasu do czasu zaczepiała nas Ciapata. Tym razem chciała nasze adresy oraz rozkład lotów bo ona gdzieś zgubiła. To działo się na lunchu, na który tym razem się załapaliśmy. Potem jednak wróciliśmy do robienia tego co przedtem, czyli do leżakowania i obserwowania przez lornetkę co się dzieje na wodzie i na ośrodku. Totalny luz dzisiaj sobie zaserwowaliśmy.

 

Od 18.30 zaczęły ciąć komary, zaczynało się ściemniać i czas było przygotować się na kolację. Dzisiaj sobota więc "African Night" i kelnerzy w innych strojach. Miejsce też inne z tej racji i jedzenie troszkę zmienione. Mi jak zwykle pasowało. Przy okazji podsłuchaliśmy rozmowę Szkota z jednym z kelnerów, który potwierdził krążącą plotkę, że od siedmiu miesięcy pracują za darmo ponieważ są w sporze zbiorowym z właścicielem obiektu. Praktycznie żyją tylko z napiwków, a odejść nie mogą bo to by oznaczało rezygnację z zaległości. Współczuliśmy takiego położenia. Co dziwne w tym, że w ogóle nie dali nam odczuć, że coś jest nie w porządku. Serwis stał przez cały czas na bardzo wysokim poziomie i absolutnie nie mogliśmy narzekać.

 

Później znów przesiadka na fotele. Tam dosiadł się do nas "Francuz", który chciał grać w szachy. Potem zaczął rozmawiać z Basią na temat papierosów. Za chwilę znów Ciapate się zjawiły. Ta młoda zmieniła fryzurę i wystąpiła w klasycznych afrykańskich warkoczykach. Zrobiła jej to jakaś miejscowa sprzątaczka. Zresztą Ciapata często integrowała się z nimi, rozdała część swoich ubrań tym mniej zamożnym czyli: konserwatorom, sprzątającym czy zbierającym liście.

 

Na sam koniec dnia mieliśmy dziś występ zespołu tanecznego z Malindi. To była żenada. Totalna amatorszczyzna, bez ładu i składu. Wszyscy patrzyli z politowaniem jak ci młodzi ludzie próbowali nam coś zatańczyć ale w ogóle im się to nie udawało. Wystawili potem kubełek na napiwki i tylko nieliczni wrzucali, raczej bardziej z przyzwoitości niż w podziękowaniu za fajny występ. Tancerze chcieli rozkręcić wspólną imprezę na koniec ale nikt nie miał ochoty. Jeden z nich złapał mnie za rękę i próbował zaciągnąć na parkiet ale nie udało mu się to. Wróciliśmy do siebie.

 

Mieliśmy jeszcze kilkadziesiąt minut do snu więc znów czytaliśmy sobie i siedzieliśmy na werandzie. Trochę przeszkadzały komary i inne stworki. Trzeba było wykorzystywać nasze zasoby broni chemicznej. Na sam koniec dnia dostałem SMSa od TT, że Małysz ma srebro. Uświadomiłem sobie, że trwają Igrzyska w Vancouver. Zimowe...

 

Dzień 16 - 14 lutego 2010 – niedziela

 

 

WALENTYNKI

 

Już tradycyjnie na śniadaniu zjawiliśmy się koło 8.30. Znów przeszliśmy na fotele, dokończyliśmy kawę i zaczęliśmy się zastanawiać nad planem na resztę dnia. Wróciliśmy do naszego domku i tam już lekko zaczęliśmy myśleć o pakowaniu się. Zostawiłem sobie puste butelki po wodzie i z nich zrobiłem paczki na kawę z Mombasy. Upchałem tam te woreczki żeby się nie rozsypała ta kawa. Zakleiłem nalepkami z bagażu i zapakowałem do reklamówki. Paczuszka była gotowa do spakowania w głównej torbie.

 

Na 14.00 byliśmy umówieni z Ciapatą ale nie mieliśmy ochoty jechać tuk-tukiem z nią tylko zaplanowaliśmy sobie wizytę na plaży ale pieszą. Po lunchu wyruszyliśmy już dobrze nam znaną trasą i po drodze wybraliśmy 2000KES. Pieniądze miały być przeznaczone na papierosy dla Basi, bo już jej się kończyły. Trzeba było jakieś kupić. To dlatego zrobiła wczoraj rozeznanie u "Francuza".

 

Poszliśmy do miasta żeby je kupić. Basia nieświadomie weszła do tego sklepiku, w którym chciałem kupić filtr do opalania. No i sytuacja była identyczna. Sklepikarz kazał poczekać i zadzwonił. Czekaliśmy trochę czasu aż wreszcie poszliśmy stamtąd. Jednak za chwilę podbiegł do nas gościu i okazał się nim być ten Mały, co chciał mnie wypierdzielić w kosmos przebijając cenę o 100% przy okazji filtra. Rzucił cenę 100KES za paczkę choć normalnie kosztują 80KES. Ale Basia dała mu 300KES za 3 paczki Sportsmanów (http://tinyurl.com/36sar42). Ciekawe na ile nas wyrolował tym razem.

 

Niedaleko stąd był targ więc poszliśmy poszukać dodatkowej paczki kawy ale nic takiego nie było. Targ przede wszystkim wystawiał plony. Generalnie straszny syf tam był, śmierdziało szczochami i wszędzie walały się resztki liści i innych części roślin. Długo tam nie zabawiliśmy. Poszliśmy w kierunku plaży.

 

KILIFI: Plaża Bofa

 

Kiedy dotarliśmy na plażę czekała już na Basię Mama. Mama to gościówa, która miała sklepik na plaży i za każdym razem coś nam chciała wcisnąć. Poznawała już nas z daleka i zawsze wręcz błagała żebyśmy choć zajrzeli do jej sklepiku. Basia szukała tych płócien na ramie i poprosiła ją żeby jakieś skombinowała na następny raz. Więc kiedy dziś się znaleźliśmy na plaży od razu chciała ubijać interes. Jednak poprosiliśmy ją żeby odłożyła to do momentu kiedy będziemy wracać. Zgodziła się i wskazała nam miejsce gdzie znajdowała się "Black Woman" czyli Ciapata.

 

Ciapata zaprzyjaźniła się z jakimiś miejscowymi. W dodatku była tam z córką, a ta znowu wpadła w oko Smilerowi czyli naszemu kelnerowi, który non stop się uśmiechał. Dostał taką ksywę od jednej z Angielek i tak już zostało. Dziś dał nawet młodej Ciapatej walentynkę i razem objęci siedzieli na ręczniku, gdy Ciapata matka zajmowała się dyskusjami z innymi miejscowymi.

 

Smiler musiał wracać na 17.00 do hotelu do pracy, a Ciapata zaproponowała nam powrót tuk-tukiem o 17.30 bo sobie jednego wynajęła i codziennie już ten sam ją obsługiwał. Dogadała się z nim na jakąś kwotę i miała go zaklepanego. W takim razie skorzystaliśmy z jej propozycji.

 

Zanim jednak wsiedliśmy do tego tuk-tuka, musieliśmy w końcu załatwić sprawę z Mamą. Mama przygotowała te płótna ale cenę wywaliła nieprawdopodobną. Najtańszy był za 800KES, a najdroższy za 6000KES! To €60! W dodatku chyba potrzebowalibyśmy samolotu wojskowego żeby to zabrać. Rozmiary były olbrzymie. Część tych mniejszych było ok ale cena jednak za duża. Basia nic nie zakupiła u niej, co Mama skwitowała wszechobecnym stwierdzeniem: "Hakuna matata".

 

"Hakuna matata" to po prostu "nie ma sprawy" i praktycznie cały czas się to słyszy. Wyrażenie to stało się popularne dzięki pewnej piosence, którą można słyszeć w każdej możliwej sytuacji jeśli jest dostęp do muzyki. My słyszeliśmy ją kilka razy dziennie zarówno w naszym ośrodku, w mieście, w Mombasie a nawet na safari. Wszędzie ją puszczają. Oryginalnie została napisana w 1980 roku przez lidera zespołu Them Mushrooms, a wydano ją dwa lata później. Zatytułowana jest "Jambo Bwana" i w niej padają właśnie słynne słowa "hakuna matata". Zresztą samo "jambo" też się słyszy przecież non stop. Piosenkę można usłyszeć tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=_VWBND1ggF8

 

Kiedy spławiliśmy Mamę, mogliśmy zapakować się do tuk-tuka ale był problem bo było zbyt wielu chętnych. Ciapata nie chcąc zostawić swoich nowych przyjaciół, zafundowała im drugiego tuk-tuka i w ten sposób wszyscy mogliśmy przemieścić się do centrum Kilifi. Tam Basia poszła ze mną do supermarketu bo miała ochotę dziś wieczorem napić się wina. Początkowo sceptycznie odebrałem tę propozycję, głównie ze względu na brak lodówki i innego sprzętu ale Basia zaoferowała, że sama się wszystkim zajmie ze względu na walentynki. Kupiliśmy więc wino i byliśmy gotowi na wyjazd do hotelu ale w tym czasie Ciapata już urzędowała pod spożywczakiem z bandą miejscowych więc dosiedliśmy się do nich żeby napić się coli. Cena to tylko 25KES. Potem jednak zabraliśmy się wreszcie do Laguny naszym tuk-tukiem, który cierpliwie czekał aż skończymy nasze picie.

 

Już na miejscu Basia poszła odważnie do kuchni, negocjować z kelnerami i kucharzami w sprawie wina. Poprosiła ich żeby włożyli je do lodówki, po czym poszła załatwić do baru kieliszki! Byłem w szoku, że sama to wszystko załatwiła. Widać, że jak chce to potrafi...

 

Wino się chłodziło a my poszliśmy na kolację. Smiler przyznał się, że biegł z plaży i zajęło mu to 26 minut. No ale przecież Kenia ma wielu mistrzów olimpijskich i świata w biegach więc nie dziwi jego forma.

 

Dziś dzień dziecięcego chóru ale rezygnujemy z oglądania go na rzecz wspólnej, romantycznej imprezy z winem na werandzie. Trochę się wystaliśmy pod drzwiami kuchni zanim nam je oddali ale w końcu mogliśmy sobie sami zafundować ten wieczorek. Wypiliśmy całe wino i bardzo nam się podobał ten pomysł.

 

Dzień 17 - 15 lutego 2010 – poniedziałek

 

 

KLIMATYZACJA

 

Powoli zaczynaliśmy się żegnać z Kenią. To nasz ostatni dzień więc postanowiliśmy jeszcze coś ciekawego zrobić. Oczywiście należało jeszcze raz pójść na plażę, nad ocean ale tym razem zdecydowaliśmy, że pójdziemy "na Pałkiewicza" czyli brzegiem zatoki aż pod most. Najpierw jednak rytuał śniadaniowy, kawka na fotelach i dopiero potem wymarsz.

 

Spacer jeszcze dobrze się nie zaczął kiedy dopadł nas Norman. Od safari nie widzieliśmy go, a jemu zależało na spotkaniu bo chciał mi przypomnieć, że obiecałem mu napiwek jeśli będę zadowolony. Dlatego od razu krzyczał i machał rękami kiedy nas dojrzał. Jednak minę miał nietęgą kiedy wyjawiliśmy mu, że nie zdobyliśmy obiecanej Wielkiej Piątki, no i ponarzekaliśmy na towarzystwo i złamanie obietnicy, że zostawią nas w Mombasie. Po tej litanii sam się zreflektował i tylko mruknął pod nosem: "Czyli nie będzie napiwku...". Był bardzo zaskoczony, że tak źle nam poszło z kotami, że lwa nie widzieliśmy to nie mógł w to uwierzyć. Wyraził ubolewanie, że nie pojechał z nami James, bo oni oczywiście widzieli wszystko mimo, że byli cały jeden dzień krócej.

 

Po takiej rozmowie opuściliśmy zaskoczonego i smutnego, co tu dużo mówić, Normana i ruszyliśmy przed siebie brzegiem zatoki. Pod naszymi nogami ziemia była bardzo mocno nasiąknięta bo przecież dwa razy dziennie zalewa ją woda z przypływu. Szło się ciężko w tej grząskiej mazi, w dodatku grzało słońce, a przed nami co rusz, biegały różne stworki, głównie kraby.

 

Z błota wystawały korzenie zupełnie niewidoczne kiedy woda je zalewa. Gdzieś między tymi krzakami i drzewami biegały sobie małpki, a my szliśmy dalej kierując się ku mostowi. Zanim tam doszliśmy, mijaliśmy pojedynczych rybaków a potem na wysokim klifie robotników kończących budowę jakiegoś nowego hotelu.

 

Wreszcie dotarliśmy pod most. To wielki most wybudowany w 1991 roku i otwarty przez ówczesnego prezydenta. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć, spotkaliśmy tam też Aktywistkę, która wracała z plaży. My też początkowo mieliśmy dotrzeć aż do plaży ale też chcieliśmy wejść na most. Żeby jednak tego dokonać trzeba było wdrapać się na klif.

 

Nie było to proste zadanie, szczególnie dla Basi, która miała na sobie absolutnie nieodpowiednie ubranie – minispódniczkę jeansową. Trochę wyzywała na mnie, że zawsze wymyślam coś trudnego i niepotrzebnego ale dzielnie wspinała się po stromym i piaszczystym stoku. Utrudnieniem było przede wszystkim nachylenie tego klifu, a potem w drugiej kolejności podłoże: piasek i korzenie. No ale dzięki roślinności, której się przytrzymywaliśmy dotarliśmy na sam szczyt. To był prawdziwy "Pałkiewicz".

 

KILIFI: Most (1991)

 

Na szczycie, chwila przerwy na fajkę a potem weszliśmy na most. Tam nieźle wiało ale widoki były ładne. Z jednej strony mieliśmy widok na zatoczkę i nasz ośrodek, gdzieś tam w oddali, po drugiej stronie wejście w ocean. Pod nami tafla spokojnej wody, czasem poruszona jakąś motorówką lub rybakami, którzy zarzucali swoje sieci.

 

KILIFI: Widok z mostu na ocean

 

Obserwowaliśmy ich, robiliśmy zdjęcia, ja kręciłem film. Zadzwonił mi telefon wtedy. Numer z Polski ale nieznany więc nie odebrałem. Ceny sprawdziłem wcześniej i wyszło, że odbieranie to 6zł/min, a wykonywanie połączeń aż 12zł/min. To chyba lekka przesada takie ceny.

 

Potem zaczepił nas jakiś gostek. Jechał rowerem i już chciał nas gdzieś zaprowadzić, wypytywał o wszystko i zachęcał żebyśmy odwiedzili chyba najsłynniejszy hotel w okolicy, który znajdował się po drugiej stronie mostu i zatoki. On tam pracował i chyba chciał się pochwalić. Bo niby po co mieliśmy tam iść.

 

Poszliśmy jedną stroną mostu, wróciliśmy drugą. Wracając z mostu kierowaliśmy się na plażę ale wstąpiliśmy jeszcze na targ. Minęliśmy PKS i weszliśmy w pobliże targowiska. Musieliśmy się czegoś napić bo skwar był niemiłosierny. Dlatego poszliśmy do jakiegoś sklepiku z zadaszonymi ławkami i krzesłami. Stała tam lodówka z coca-colą więc postanowiliśmy skorzystać z tego miejsca.

 

Nie było sklepikarza, inni ludzie siedzieli i pili, kiedy nas zobaczyli... ustąpili nam miejsca. Nagle zjawił się... Mały. Znów ten sam gość od olejku do opalania i papierosów. Otworzył lodówkę, wyjął dwie butelki, otworzył nam i poszedł. Ten gość chyba wszędzie pracuje. Za chwilę zjawił się właściciel lodówki i zażądał 100KES za dwie butelki! Kiedy wypomnieliśmy mu, że po drugiej stronie ulicy kosztuje 25KES jedna, stwierdził, że na cenę ma wpływ miejsce. Szkoda gadać z takimi patafianami. Wkurzyliśmy się, bo kolejny raz nas zniechęcili swoją pazernością.

 

Ruszyliśmy na plażę. Znów minęliśmy oczywiście ogromne baobaby przy drodze, a potem weszliśmy na włoską dzielnicę z tymi ogromnymi willami otoczonymi murem z drutem kolczastym pod napięciem i potłuczonym szkłem na szczycie płotu. Mijały nas tuk-tuki, czasem ciężarówki i pełno motocyklistów. Oczywiście w Kenii jeżdżą bez kasków. Czasem tylko założą odblaskowe kamizelki ale to po to aby zasugerować, że można skorzystać z ich usług.

 

Po drodze na targu kupiliśmy ananasa i mango ale na plaży ciężko nam szło z porcjowaniem tych owoców, poza tym zalęgły się jakieś mrówki na naszym ręczniku i generalnie lunch nam nie wyszedł.

 

Na plaży był odpływ, było mało cienia i za chwilę zjawiły się Ciapate ze Smilerem. Dosiadła się do nas naturalnie, znów zaczęła nawijać ale tym razem zainteresowała i mnie. Chodziło o klimatyzację, o której już mimochodem wspominała podczas safari. Sprawa wyglądała tak, że podobno przy płaceniu za drinki należy uiścić dodatkową opłatę za klimatyzację. Koszt był ustalony na €5 za osobodobę czyli w naszym przypadku byłoby to prawie €150! Wydawało mi się to nieprawdopodobne ale Ciapata potwierdzała to historią jakichś Francuzów, którzy to zapłacili. Mało tego, Aktywistka już dostała rachunek i też na nim była ta opłata. Wszystko wskazywało na to, że zmuszą nas do zapłacenia.

 

Sama klimatyzacja to warczący wiatrak usytuowany gdzieś nad szafą, który praktycznie nie dawał żadnego chłodu. Niemożliwością było spać przy nim, bo tak strasznie hałasował. Bardzo rzadko z niego korzystaliśmy i to nas najbardziej w tej całej historii wkurzyło. W mojej głowie kłębiły się różne myśli łącznie z interwencją w polskiej ambasadzie jeśli George nie chciałby oddać nam naszych paszportów.

 

Ciapata popsuła mi humor tym swoim czarnowidztwem na ten temat. Czułem, że czeka mnie niemiła przeprawa przez to wszystko. Dlatego pobyt na plaży nie był już sielanką tylko głównie myślałem o tej czekającej mnie batalii. To było nasze pożegnanie z Oceanem Indyjskim.

 

Wracaliśmy z Ciapatymi tuk-tukiem. Zanim jednak wsiedliśmy do niego, Basia zdecydowała się na zakup kolczyków u Mamy. Zrekompensowała jej tym, jej wczorajszy brak utargu. Ale znów namieszała, bo obiecała pożyczyć Ciapatej 200KES a już je wydała na kolczyki. Pobiegła więc do Mamy żeby je oddać i z chyba 5 par, zostały jej 4.

 

Po przyjeździe do ośrodka, zaczęliśmy się solidnie pakować. Jutro z samego rana mamy już opuścić Kilifi bo na lotnisku mamy być już koło 7 rano. Dlatego wyciągnęliśmy nasze walizki i zaczęło się upychanie wszystkiego. Przygotowaliśmy też sobie.... zimowe ubrania na jutro. Zajęło to nam sporo czasu ale znaleźliśmy też czas na to aby sobie usiąść po raz ostatni na werandzie.

 

W pewnej chwili zauważyliśmy babkę, Angielkę, która przyleciała z nami. Starsza pani podobno była żoną jakiegoś wysokiego rangą pilota wojskowego i z którym obleciała cały świat kilka razy. Obecnie była już wdową ale nadal lubiła podróżować. W dodatku miała całkiem przyziemny charakter. Zaczepiłem ją żeby ją zapytać o sprawę tej klimatyzacji. Wyjaśniła, że słyszała o tej plotce ale sama nie ma zamiaru płacić za nią. Z tego co ona słyszała, dotyczy to tylko ludzi, którzy rezerwowali i przylecieli tutaj z Francji. Wszyscy rezerwujący w biurze brytyjskim mieli klimatyzację już zapłaconą. W takim razie powinniśmy być bezpieczni.

 

Wziąłem więc pieniądze i poszedłem do kasy zapłacić za nasze drinki. Przyjął mnie księgowy, który dał mi pełny rachunek na €47. Nie było ani słowa o klimatyzacji. Odebrałem paszporty i wróciłem do domku. Babka zapytała jak mi poszło i wspólnie odtrąbiliśmy sukces.

 

W takim razie poszliśmy na ostatnią naszą kolację. Zaplanowałem, że dam Wąskiej €15 napiwku i jakiemuś kucharzowi €5. Podczas kolacji zgasło światło i dość długo nie zapalało się. Kelnerzy i kucharze przynieśli świece. Wszędzie było ciemno dookoła. Aż dziw bierze, że ten cały ośrodek jeszcze nie spłonął. Wszystko w drewnie, kryte strzechą płonęłoby kilka minut. A oni tam tak beztrosko z tym ogniem. W Europie nie mieliby żadnych szans przejść przepisów BHP.

 

Wręczyłem Wąskiej te €15, szarpnęła że o mało co by mi rękę wyrwała. Potem poszedłem do kucharza podziękować mu za posiłki. Wręczyłem mu banknot, który miałem w dłoni ale on nie zajarzył, że dałem mu wtedy kiedy podawałem mu rękę. Dopiero po chwili się zorientował o co chodzi.

 

Posiedzieliśmy jeszcze w ciemnościach na naszej ulubionej wieczornej ławce i powoli szliśmy do domku. Minęliśmy jeszcze roznegliżowanego Kropiwnickiego, rodzinkę z RPA z małymi dziewczynkami, które kiedyś z wielką atencją przyglądały się jakiemuś krabowi i które trochę nastraszyłem, że to bardzo niebezpieczne zwierzę, o czym nie omieszkały poinformować swojej mamy.

 

Zobacz video z miasta, plaży i ośrodka:

 

http://www.youtube.com/watch?v=yeTi1IOLP2Q

 

Mieliśmy spać krótko i ktoś miał nas obudzić. My oczywiście też nastawiliśmy sobie budziki. Dziś śpimy bez moskitiery, bo trzeba było już ją zdjąć i zapakować. Nie odeszło nam dużo rzeczy. Oprócz zużytych muchozoli pozostawiłem jeszcze tylko moje teneryfskie japonki, które rozerwałem gdy wpadłem w muł łażąc po plaży po odpływie. Basia mi je zszyła ale następnego sezonu już by nie przeżyły. Pozostały w domku obok kosza na śmieci.

 

Dzień 18 - 16 lutego 2010 – wtorek

 

 

MORDĘGA NA LOTNISKU

 

 

Ochroniarz zapukał do drzwi o 4.45 nad ranem. Bagaże były spakowane, wystarczyło tylko ubrać się. Musieliśmy założyć zimowe ubrania. Było oczywiście zupełnie ciemno. Zaproponowano nam śniadanie mimo, że stołówka czynna była przecież dopiero od 7. Śniadanie było bardzo skromne. Tylko grzanka z dżemem i kawa. Ale dobre i to.

 

Po śniadaniu poszedłem jeszcze zapłacić za ostatnie dwa drinki z wczorajszej nocy. Dopłaciłem €3 i już wszystko było uregulowane. Wróciliśmy do pokoju po walizki i przytargaliśmy je na placyk, na który przyjechaliśmy dwa tygodnie temu. Stał tam już autobus i ktoś już wciągał nasze bagaże na dach.

 

Punktualnie o 6.00 wyjechaliśmy tym autobusem w kierunku Mombasy. Dopiero zaczynało świtać. Oprócz nas, w autobusie siedziały Francuzki, babka z Anglii i kilka innych osób. Na drodze widać było już spore ożywienie, dzieci szły do szkoły, a ludzie do pracy. Sporo też matatu można było spotkać.

 

W Mombasie był już pełny ruch. Tłumy ludzi na ulicach, przez to mnóstwo korków. Nasz kierowca zdecydował się na jazdę jakimiś bocznymi uliczkami żeby ominąć te korki. Dzięki temu znów czegoś nowego mogliśmy się dowiedzieć na temat życia w Mombasie. Czasem kręciłem ciekawsze ujęcia, odsuwałem sobie szybę żeby lepiej widzieć. Tuż pod lotniskiem też to zrobiłem i niechcący uderzyłem szybą Aktywistkę. Ta ryknęła na mnie jakbym nie wiadomo co jej zrobił. Z początku w ogóle nie wiedziałem o co chodzi, bo ona szybko z powrotem zasunęła tę szybę. Zanim dotarło do mnie, o co jej chodziło i co ja jej zrobiłem byliśmy na lotnisku i trzeba było wysiadać. Ta sytuacja bardziej chyba Basię wkurzyła bo wyraźnie źle o niej się wyrażała.

 

Było nam gorąco bo mieliśmy europejskie odzienie na sobie, a przed nami ogromna kolejka przy wejściu na lotnisko. Kenijczycy bowiem wymyślili sobie, że pierwsza kontrola odbędzie się już przy wejściu do terminalu. Tam normalnie skanowali nasze bagaże przez co tworzyła się ogromna kolejka. W samym terminalu nie było klimatyzacji. Można sobie tylko wyobrazić jak nam było gorąco.

 

Kiedy wydawało się nam, że już dochodzimy do odprawy w połowie kolejki nakleili nam jakieś zielone kropeczki i skierowano na bok na kontrolę osobistą. Podeszliśmy do tych stołów gdzie stało 4 pajaców, którzy kazali wyładować nasze bagaże na te stoły. Otworzyłem mu swój bagaż i zaczął grzebać w nim pytając co jest co. Najbardziej zainteresował go płyn do soczewek. Nie mógł pojąć co to tak naprawdę jest i w końcu dał za wygraną ale wątpię czy zrozumiał. W sumie nie wiem czego oni szukali bo robili to wyjątkowo nieprofesjonalnie. Nawet nie zapytał o moje pakunki z kawy w butelkach, które naprawdę wyglądały jak małe bomby.

 

Oczywiście kazano nam się spakować i spadać z powrotem do kolejki. Tylko, że my już dawno zostaliśmy w tyle i trudno się było zorientować gdzie tak naprawdę mamy stanąć. Nie było dodatkowej kolejki dla tych skierowanych na osobistą. Wpychaliśmy się więc z tymi naszymi tobołami między ludzi, zrobiły się cztery kolejki, ścisk, duchota, leje się z nas, tłum napiera...

 

W kolejce spotkaliśmy parę z Polski. Przy okazji zauważyliśmy też... Szwedki i Stukniętą, którzy zniknęli z naszego ośrodka tydzień temu. Niestety w kolejce obok nas akurat stały też te Francuzki więc Ciapata znów zaczęła gadać. Mieliśmy już dość tych Francuzek. Obrzydły nam bardzo. Non-stop słyszeliśmy ten francuski.

 

Kiedy dotarliśmy w końcu do odprawy, zaczęły się problemy. Nie umieli sobie poradzić z pasażerem przed nami, zrobiło się zamieszanie. Nas też szukał na liście, aż mu wskazałem bo sam znalazłem siebie szybko. Nie było komputerów, wszystko ręcznie sprawdzane, wykreślane z listy. Na szczęście z wagą bagażu nie było problemów i mogliśmy poprosić o miejsce przy oknie.

 

Ufffff... wyszliśmy z tej kolejki. Umordowani byliśmy strasznie. Bardzo długo staliśmy tam, myślę, że nawet i półtorej godziny. Teraz tylko na górę do hali odlotów. Myśleliśmy, że to koniec ale teraz na górze była kolejka do odprawy paszportowej. I to długa kolejka. Basia zrezygnowała i poszła sobie zapalić. Obawiała się, że ciężko jej będzie wrócić do terminalu bo przecież już kontrola odbywa się przy wejściu. Ja jednak zostałem bo chciałem już przez to przejść i mieć wszystko z głowy.

 

Podszedłem do jednego z pięciu stanowisk, oddałem mu te wszystkie karteczki, które dostaliśmy przy wjeździe i wreszcie przeszedłem przez tę granicę. Znalazłem się w strefie wolnocłowej. Mogłem odetchnąć choć klimatyzacji tam też nie było. Co więcej, nie było też ekranów z informacją która bramka na który lot. Zamiast tego wychodziła pani z wielką tablicą, na której widniała nazwa docelowego portu lotniczego. Kiedy to zobaczyłem zastanawiałem się czy w ogóle da się stąd wystartować...

 

Basia na fajce więc zacząłem sobie chodzić po sklepach. No i zauważyłem fajną koszulkę. Wykorzystałem moment, że nie było przy mnie Basi więc szybko sobie ją kupiłem. Cena była w trzech walutach ale ja miałem tylko euro. Wyszło €15 ale facet wziął mnie do innego sklepu żeby tam zapłacić. Kiedy babka przeliczała cenę wyszło jej, że mam zapłacić €15.40. I nie chciała popuścić o te 40c. Powiedziałem jej, że w takim razie rezygnuję i dopiero wtedy darowała mi tę końcówkę. Dostałem koszulkę i mogłem już iść.

 

Pojawiła się Basia. Chcieliśmy wejść do hali odlotów ale nas poinformowano, że nasz samolot jest później niż inne i dlatego lepiej jeśli poczekamy poza halą bo tam mało miejsca. Siedzieliśmy więc na krzesełkach i obserwowaliśmy kręcących się ludzi. Litwinki nakupowały jakichś pierdół, były Szwedki, jakaś wielka włoska wycieczka i inne twarze znane z poprzedniego lotu.

 

Wreszcie mogliśmy wejść do hali. A tam znowu kolejka. Nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Kolejna kontrola osobista! I znów wywalanie rzeczy, tym razem z podręcznego. Gościu od razu spytał mnie jaka jest najmniejsza jednostka monetarna w Polsce. Skąd on wiedział, że jestem z Polski to nie mam pojęcia. Powyciągał mi wszystko z plecaka i oczywiście puścił wolno bo nic tam nie było. Po co więc skanowanie na początku? Prawdopodobnie to ściema i te skanery nie działają albo ich nie umieją obsługiwać.

 

Z nadzieją, że to była ostatnia kontrola weszliśmy na pokład samolotu. Mieliśmy miejsce przy oknie. Chwilę później zobaczyliśmy jak w naszą stronę idą... Ciapate i Aktywistka. Oboje mocno się skrzywiliśmy bo znów mieliśmy przez kilka godzin ich wysłuchiwać. Do nas dosiadł się jakiś Ciapak.

 

Tuż przed startem, kiedy samolot już był całkowicie załadowany, stewardessy przeszły po całym pokładzie psikając jakimś muchozolem całe wnętrze. My już tylko czekaliśmy na upragniony start bo mieliśmy serdecznie dość czekania. Doczekaliśmy się startu o godzinie 11.30 czasu lokalnego.

 

W czasie lotu mieliśmy ubaw z tego gostka obok nas. Robił dziwne miny i ciągle mnie tyrpał łokciem. Wkładał też palec do ust i coś tam oglądał w telewizorku. Ja też oglądałem, czytałem i obserwowałem krajobrazy. Pod nami najpierw sawanna, a potem już tylko Sahara. Kapitan ogłosił, że lecimy nad Trypolisem, widać go było dokładnie, potem miała być Malta, Korsyka, Paryż i Londyn. Jednak Malty już nie widzieliśmy bo Europa była przykryta chmurami.

 

Po dziewięciu i pół godzinie lotu wylądowaliśmy na Gatwick w Londynie. Temperatura na zewnątrz to 5ºC. Procedury te co zawsze, długie kołowanie, potem wysiadka, przejście po bagaże. Tam jeszcze raz spotkanie z Ciapatymi. Oczywiście Ciapata pytała jak dojedziemy itp. W końcu poszły pierwsze, potem my zdobyliśmy nasze bagaże i szybko na przystanek EasyBusa.

 

Najpierw jednak musieliśmy przejechać na drugi terminal bo stamtąd odjeżdżają busiki do Londynu. Po tych wszystkich zawirowaniach zjawiliśmy się na przystanku o 19.04. Nasz busik, na który mieliśmy bilety miał odjechać o 19.05. Niestety żaden nie przyjechał. Jednak oprócz nas stali inni ludzie i czekaliśmy cierpliwie. Przejechał jakiś autobus a w nim Basia dostrzegła... Ciapate. To chyba naprawdę ostatnie spotkanie z nimi. Następny busik przyjechał dopiero o 19.35. Początkowo nie chciał nas wpuścić sugerując, że się spóźniliśmy ale kiedy zobaczył ludzi z biletami na 19.20, pozwolił nam wejść. Zresztą miejsca było dużo.

 

Godzinna jazda w deszczu upłynęła nam dość szybko. Po wyjściu na Fulham, musieliśmy doładować nasze travelki i złapaliśmy pociąg na Brixton. Stamtąd znowu pieszo. Minęliśmy barykady na głównej ulicy, co oznaczało, że jutro będziemy musieli jechać inną drogą.

 

Wreszcie po 22.00 zapukaliśmy do drzwi Kamili i Mariusza. Dostaliśmy gorącą strawę, trochę poopowiadaliśmy główne wrażenia i mogliśmy kłaść się spać bo jutro musimy wstać koło 5 rano ponownie. Nasz samolot jest o 10.05 ze Stansted i zabieramy ze sobą Mariusza i Karolinę, prawda?

 

Dzień 18: Kilifi – Mombasa – Londyn 7270km

 

Dzień 19 - 17 lutego 2010 – środa

 

 

WRESZCIE DO POLSKI

 

 

Obudziłem się w nocy. Dopadły mnie bardzo silne bóle żołądka. Było naprawdę ze mną źle. Musiałem coś wziąć ale nie przechodziło mi. Przypuszczalnie dać znały o sobie te leki na malarię bo we wtorki często gorzej się czuliśmy ale tym razem było najgorzej jak do tej pory. Do 5.30 jakoś przetrzymałem ale potem wziąłem jakieś leki przy śniadaniu.

 

Tuż po 6.00 wraz z Mariuszem i Karoliną wyszliśmy pieszo aby złapać autobus na Victorię. Dzielne dziecko radziło sobie świetnie w taką pogodę i o takiej porze. Podjechaliśmy na Victorię i tam już czekał na nas autobus. Nim mieliśmy dostać się na lotnisko Stansted. Jeszcze spytaliśmy o zniżki dla studentów ale trzeba wyrobić sobie specjalną kartę i wtedy będzie można jeździć taniej. Dziś jednak pełny bilet dla Basi czyli £10.

 

Na lotnisku szybka odprawa choć kolejka już się zbierała. Zaczepili nas dwaj Polacy: "pan Henio" i "pan Waldek", którzy prosili nas o pomoc bo pierwszy raz lecieli samolotem. Zgodziliśmy się im pomóc ale kiedy odprawili się, po prostu nas olali. My czekaliśmy na nich aż załatwią wszystko, a oni potem sobie poszli. Żenada.

 

Lot w porównaniu z wczorajszym był śmiesznie krótki. Niestety śnieg nadal leżał i szybko dopadła nas nieprzyjemna atmosfera zimy. Ale trzeba było jakoś sobie dać radę z tą zmianą klimatu.

 

Tymczasem zaplanowaliśmy, że we Wrocławiu pojedziemy na dworzec PKS taksówką. Złapaliśmy więc jedną z nich i spokojni, że zdążymy jechaliśmy na dworzec PKS. Taksówkarz okazał się dość gadatliwy i nawet zaproponował nam układ, że zawiezie nas do Złotoryi za 260zł. Ale nie było z naszej strony entuzjazmu. Opowiadał też o swojej podróży do Tanzanii i generalnie o taksówkowaniu we Wrocławiu. Na koniec skasował nas na 48zł i byliśmy z dużym wyprzedzeniem na dworcu.

 

Korzystając z chwili czasu, zakupiliśmy bilety w kasie i poszliśmy coś zjeść. W międzyczasie wybrałem pieniądze z bankomatu. Niestety kiedy odbierałem moją podwójną porcję ruskich, wylałem sobie na spodnie tłuszcz. Nie wyglądało to obiecująco i zdecydowanie popsuło mi humor.

 

Wreszcie zapakowaliśmy się do autobusu, który zawiózł nas do Złotoryi. Tam znowu trzeba było wziąć taksówkę bo po tym śniegu nie dało się chodzić z takimi bagażami. Taksówkarz zawiózł najpierw mnie, a potem z resztą pasażerów pojechał do Nowej Ziemi. W ten sposób zakończyła się nasza podróż na Czarny Ląd.

 

Dzień 19: Londyn – Złotoryja 1115km

 

 

 

 

SAMOLOT

(16630)

1.

Wrocław – Londyn - Wrocław

2230

2.

Londyn – Mombasa - Londyn

14400

 

 

 

 

SAMOCHÓD

(1280)

1.

Mombasa – Kilifi – Mombasa (x2)

280

2.

Kilifi – Marafa – Malindi – Gede

215

3.

Kilifi - Ngulia

360*

4.

Ngulia – Red Elephant

170*

5.

Red Elephant - Kilifi

255*

 

 

* - trudno oszacować

 

 

18,000 km

 

 

ŹRÓDŁA: Wszelkie profesjonalne opisy zabytków i miejsc zostały skopiowane z poniższych stron:  www.wikipedia.org oraz www.przewodnik.onet.pl . Mapy pobrane z www.maps.google.com