Powrót
   

TENERYFA 2009

 

Czas: 18 sierpnia 2009 – 25 sierpnia 2009

Miejsce: Puerto de la Cruz – Icod de los Vinos – Garachico – Punta de Teno – Masca – Los Gigantes – Adeje – Las Americas – Guimar – Candelaria – La Esperanza - Teide 

Osoby: Basia Wójcik (21, Londyn), Dawid Droń (34, Złotoryja)

Cel: Objechać całą wyspę w tym: wspiąć się na wulkan Teide, zobaczyć 600-letnią dracenę, przejechać drogę do Maski i poopalać się

Koszt: 2,300 PLN/os.

 

 

18 sierpnia 2009 – wtorek

 

 

CAŁY DZIEŃ W PODRÓŻY

 

Musieliśmy wstać wcześnie i w związku z tym Basia wstała lewą nogą. Nie trzeba było się jednak pakować, bo wszystko zostało dokładnie popakowane wczoraj. Zajęła się tym Basia i nawet moja walizka również została całkowicie spakowana przez nią. Dzięki temu wszystkie kosmetyki mogły być zabrane.

 

Śniadanie mieliśmy dość kiepskie, bo przecież żadnych zakupów już nie robiliśmy przed wyjazdem. Punkt 9.00 wyszliśmy z domu, gdzie robotnicy dalej walczyli z chodnikiem, który nam układali pod oknami. Przed nami droga na Fulham Broadway, skąd mieliśmy mieć busik na lotnisko Gatwick.

 

Pierwszym etapem był marsz z walizkami na stację Alperton, a potem dojazd metrem do stacji docelowej. W trakcie drogi jechał z nami jakiś Hindus, który nieustannie cmokał, co doprowadzało Basię do obłędu. Nie tylko ją, jak się okazało, bowiem zauważyłem, że gruba starsza Angielka również przewracała oczami, kiedy ten gościu sobie cmokał. W końcu, kiedy opuścił pociąg, obie panie odetchnęły z ulgą ale ja spróbowałem pociągnąć temat Hindusa i sobie specjalnie cmoknąłem. Na to błyskawicznie zareagowała pani Angielka zwracając się do mnie wzburzonym głosem: "Don't you dare!!!", na co wybuchnęliśmy śmiechem.

 

Po wyjściu ze stacji, jeszcze doładowaliśmy sobie nasze oysterki żeby mieć na powrót. Na zewnątrz już jednak nie za bardzo wiedzieliśmy gdzie iść. Zaczepiła nas jakaś babka i zasugerowała, że to musi być przystanek po przeciwnej stronie. Potwierdziło się to, kiedy Basia wzięła ode mnie wydrukowany bilet i tam było dokładnie napisane, że to przystanek M.

 

Na przystanku rozkład naszych busików stwierdzał, że odjeżdżają one co 20 minut. Teoretycznie mieliśmy jechać o 11.00 ale zaświtała w głowie Basi myśl aby jechać wcześniej. Zanim jednak pojawił się busik, jakaś dziewczyna pytała nas o odjazdy na Gatwick, a potem pojawili się inni pasażerowie. Kiedy nadjechał pierwszy pojazd, okazało się, że miejsc jest jeszcze sporo więc po prostu też weszliśmy do niego.

 

Bilet na busik easyBus na lotnisko Gatwick

 

W czasie jazdy trochę się senno zrobiło ale potem klimatyzacja tak mocno była nastawiona, że najzwyczajniej w świecie zmarzłem. Jazda na Gatwick była szybka i agresywna w wykonaniu naszego kierowcy ale dzięki temu już o 11.30 byliśmy na lotnisku.

 

Zawieźli nas jednak pod inny terminal i należało przejechać takim specjalnym pociągiem na drugą stronę lotniska aby móc się odprawić. Zanim znaleźliśmy naszą bramkę, upłynęło trochę czasu i już widać było długą kolejkę. W kolejce ludzie lecieli w różne miejsca ale generalnie odprawiali się na nasz lot. Wokół nas biegała stewardessa oferująca za 15GBP dodatkowe miejsce na nogi w samolocie.

 

Po odprawie moje relacje z Basią nadal nie były dobre i doszło wreszcie do otwartej kłótni, obrażania się itd. Każdy miał swoje racje i na koniec ostrej rozmowy rozstaliśmy się na lotnisku. Później jednak rozdzwoniły się telefony i jakoś się znaleźliśmy. Basia zrobiła zakupy w spożywczaku i mogliśmy sobie poprawić nasze kiepskie śniadanie.

 

Wreszcie mogliśmy przejść do bramki i w drodze do niej, spotkaliśmy rodzinkę z Polski. Na końcu korytarza były tylko dwa samoloty przygotowane, jeden do Egiptu, a drugi na Teneryfę. Mieliśmy nadzieję, że polecą do Egiptu ale wyszło, że lecą z nami. Oprócz nich lecieli z nami dziwni ludzie. Wyglądali na bardzo uzależnionych od narkotyków, mało tego, wyglądali na takich pod ich wpływem. Obdarte ubrania, mętny wzrok i bełkotliwy głos rodziców dziwnie wyglądał w świetle wyjazdu rodzinnego na Teneryfę.

 

Start samolotu się opóźniał a my zastanawialiśmy się czy przy locie czarterowym będziemy mieli jakieś posiłki, czy są to zwykłe tanie linie. Szybko się zorientowaliśmy, że Viking Airlines to zwykłe tanie linie, które oferują wszystko za dodatkową opłatą. Przed nami 4.5h lot wzdłuż wybrzeża Portugalii.

 

Bilet lotniczy i karta pokładowa

 

Lot był długi, a przez to trochę męczący. Obok nas w dodatku siedziała jakaś wieśniacka rodzinka, która się kłóciła między sobą, a gość siedzący obok nas, kilkanaście razy w ciągu lotu sprawdzał i oglądał swoje zakupy w bezcłowym. Ja też zrobiłem małe zakupy ale były to zakupy na zakończenie naszej kłótni z Basią i raczej nie były przeznaczone dla mnie.

 

Pod koniec lotu, przed lądowaniem wyszło na jaw, że siedzimy po złej stronie samolotu bowiem ominęły nas widoki na wulkan Pico del Teide, a pozostał nam widok na Atlantyk i gdzieś tam zarys pozostałych wysp z archipelagu. Mieliśmy nadzieję, że w drodze powrotnej będzie lepiej.

 

Po wylądowaniu przeszliśmy oczywiście procedurę paszportową i po odbiorze bagażu chcieliśmy po pierwsze znaleźć WC. Z tym był jednak problem ale w między czasie spotkałem panią, która była przedstawicielem firmy, z której wynajęliśmy samochód. Chodziło o nieznaną mi firmę Record (http://www.recordrentacar.com/). Wcześniej bowiem nie udało mi się zlokalizować ich biura pośród wszystkich znanych i obecnych na lotnisku. Zanim jednak Basia uporała się z tym WC, dziewczyna poszła już z grupą przyjezdnych i musieliśmy poczekać na kolejną osobę.

 

Pani zjawiła się ponownie i pokazałem jej voucher. Wzięła nas ze sobą i wyszliśmy na zewnątrz. Idąc tak za nią co jakiś czas zatrzymywaliśmy się żeby pani mogła sobie z kimś pogadać lub się pozdrowić. Wreszcie chyba sama uświadomiła sobie, że to trochę dziwne, że klienci są na drugim miejscu i odwróciła się rzuciwszy: "I'm popular!". Tym stwierdzeniem uświadomiła nam, że stosunek tubylców do wszystkiego zapewne będzie bardzo luźny.

 

Doszliśmy do parkingu i tam pani wskazała nam drogę. Mieliśmy iść do końca parkingu, a tam będą już jej koledzy i się nami zajmą. Doczołgaliśmy się więc tam i rzeczywiście dwóch młodych facetów obsługiwało pasażerów. Chwilę później jeden z nich zajął się nami. Na szczęście rozmawiał po angielsku więc wszystko poszło gładko. Najpierw spisał wszystkie dane, obejrzał mój voucher a potem zapytał czy chcę kompletnie ubezpieczyć auto wraz z takimi duperelami jak zamek, koła, szyby itp. Cena nie była zbyt wysoka (ok. €30) więc bez zbytniego wahania wzięliśmy i to. Na koniec facet zaproponował darmowego drugiego kierowcę dla mojej żony no ale nam to nie było potrzebne. Mogliśmy jechać.

 

Zamiast obiecanego forda ka, otrzymaliśmy hyundaia getza. Dla mnie to bez znaczenia. Samochód był trochę draśnięty ale udało się nam jakoś zapakować do niego i ruszyłem. Po drodze złapał nas nasz przedstawiciel, który wręczył nam bilet abyśmy mogli wyjechać z parkingu. Auto było zatankowane w ¼ baku i tak mieliśmy go zwrócić. W takim razie pierwsze kroki chciałem skierować na stację benzynową aby dolać do końca.

 

Stacja była jeszcze na lotnisku więc tam zajechaliśmy. Cena jednak wprawiła mnie w osłupienie. Litr 95 kosztował zaledwie €0.79. Zatankowałem więc za €26, nastawiłem GPS na nasz hotel w Puerto de la Cruz i wyjechaliśmy na autostradę.

 

Do hotelu mieliśmy ok. 100km ale cały czas autostradą, która okala całą wyspę więc czas nie powinien być jakiś kiepski. Dozwolona prędkość to przez prawie cały czas 120km/h. Zaczynało się ściemniać więc za dużo sobie nie pooglądaliśmy ale zdążyliśmy jeszcze zobaczyć spaloną słońcem ziemię i wysokie góry po lewej stronie.

 

Żeby dojechać do Puerto de la Cruz, musieliśmy jakoś przebić się przez stolicę Santa Cruz de Tenerife. Wyobrażałem sobie, że będzie jakaś obwodnica ale niestety mój GPS co jakiś czas podawał dziwne komunikaty. Doszło do tego, że przegapiliśmy zjazd na obwodnicę i musieliśmy jakoś się przebijać przez miasto. Na szczęście zaledwie po jego przedmieściach. Po jakimś czasie udało się znaleźć wyjazd na Puerto i mogliśmy kontynuować naszą podróż, już w ciemnościach aczkolwiek nadal po autostradzie, która obecnie przyjęła nazwę północnej.

 

Trochę drżeliśmy na myśl o szukaniu naszego hotelu ale na szczęście GPS zadziałał i podjechaliśmy pod wejście do hotelu Acuario w Puerto de la Cruz. Była godzina 23.00 i już raczej nie wierzyliśmy, że uda się nam coś zjeść w restauracji.

 

Weszliśmy do środka i oczywiście pokazaliśmy nasze dokumenty na recepcji. Młody chłopak na początku nie za bardzo wiedział co z tym zrobić, coś mu się nie zgadzało ale w końcu dał nam klucze od pokoju 303 i powiedział, że możemy wjechać sobie windą na to trzecie piętro. Udzielił nam wskazówek co do godzin otwarcia stołówki i wręczył jakiś bilecik potwierdzający naszą obecność. Ja jeszcze zapytałem go o możliwość pozostawienia samochodu w miejscu, w którym stałem choć wiedziałem, że nie było ono zbyt dobre. Recepcjonista powiedział, że muszę objechać hotel i tam znajdę parking. Zabraliśmy więc tylko nasze rzeczy i mieliśmy wrócić żeby przestawić auto.

 

Wjechaliśmy windą na trzecie piętro i znaleźliśmy nasz pokój. Hm... pokój w porządku, łazienka czysta ale widok paskudny. Właściwie brak widoku z balkonu. Szybko przesunęliśmy łóżka i zostawiliśmy bagaże. Teraz trzeba przestawić auto i coś zjeść. Byliśmy bardzo głodni.

 

Usytuowanie hotelu wydało się nam dziwaczne. Z drugiej strony nasze trzecie piętro było.... na wysokości ulicy i normalnie były drugie drzwi, przez które można było wejść od razu na trzecie piętro. Takie było nachylenie terenu. Kiedy wyszliśmy na ulicę rzeczywiście byliśmy na ulicy więc pomyśleliśmy sobie, że spacer będzie łatwy bo w dół. Na rogu była knajpka i pomyśleliśmy, że możemy sobie tam coś potem zjeść kiedy podjedziemy samochodem.

 

Spacer wcale nie był łatwy. Trzeba było zejść spory kawałek i zrobić ogromne koło żeby móc wrócić pod główne drzwi hotelu. Nie było żadnego skrótu, który mógłby spowodować, że bylibyśmy w knajpce dużo szybciej. Na szczęście mieliśmy miejsce na zaparkowanie, a knajpki nam nie zamknięto i mogliśmy pójść coś zjeść.

 

Niestety knajpka była kiepska. Za dużo nie oferowała, w dodatku menu tylko po hiszpańsku, a pani na nasze pytanie czy mówi po angielsku, pokazała dwa palce i małą przerwę między nimi. Potem na nasze pytanie co jest co, ograniczyła się do przeczytania nam po hiszpańsku tego, co tam było napisane. W takim razie zamówiliśmy te rzeczy, które sami odkryliśmy czym są. Skończyło się na hamburgerze i frytkach i coli z lodem.

 

Nie wracaliśmy już naokoło tylko weszliśmy przez drzwi wprost na trzecie piętro. Dostaliśmy się do naszego pokoju, wykąpaliśmy się i nie zamykając okna balkonowego poszliśmy zmęczeni spać.

 

Dzień 1: Londyn – Sofia Reina 4500km

 

Dzień 1: Sofia Reina – Puerto de la Cruz 90km

 

 

Dzień 2 - 19 sierpnia 2009 – środa

 

REKONESANS W PUERTO

 

 

Wstaliśmy o 9.00 bo stołówka czynna już od 8.30 więc szkoda dnia spędzić w hotelu. Plan był na dziś taki aby wyjść na miasto. Jednak w pierwszej chwili po przebudzeniu uderzył nas brak słońca. Niebo zakrywały głębokie i ponure chmurzyska. Sytuacja z Malty miała się powtórzyć?

 

Zeszliśmy na stołówkę. Dużo miejsca, przywitał nas kelner i łamanym angielskim powiedział, że możemy siadać gdzie chcemy. Wybór potraw tradycyjny jak na śniadanie: ser, wędlina, dżemy, owoce plus kawa i soki z maszyny. Nasz kelner trochę dziwnie się zachowywał. Facet miał swoje lata ale zachowywał się jak młodzieniaszek. Tu zagadał żarcikiem, tutaj pogwizdywał sobie ochoczo, śpiewał piosenki pod nosem. Trochę to dziwnie wyglądało ale oczywiście był nieszkodliwy. Zorientowaliśmy się też dlaczego hotel nazywa się "Acuario". Nazywał się tak dlatego, że rzeczywiście w hotelu były trzy duże akwaria. Wewnątrz pływały wielkie ryby czym niby pewnie miały umilać ludziom stołowanie się.

 

W recepcji zapytaliśmy przede wszystkim o sejf, bo takowy znaleźliśmy w szafie w pokoju. Tym razem na recepcji był gość perfekcyjnie mówiący po angielsku więc mogliśmy go również zapytać o plan miasta. W sprawie sejfu odpuściliśmy bo chcieli €25 + €5 depozytu ale w sprawie planu miasta, dostaliśmy mapę i facet zaznaczył nam na niej obiekty, o które pytałem. Szczęśliwym trafem wszystkie były mniej więcej na naszej drodze na plażę. Bo tam naturalnie się kierowaliśmy. Po drodze mieliśmy wstąpić do supermarketu żeby kupić wodę mineralną, bo oczywiście spodziewaliśmy się upału. Wyszliśmy więc na miasto.

 

Puerto de la Cruz (http://www.puertodelacruz.es/) to ok. czterdziestotysięczne miasto na północnym wybrzeżu Teneryfy. Od niedawna stało się miejscem docelowym turystów gdyż zawsze północne wybrzeże znane było z rolniczego charakteru. Główną atrakcją turystyczną jest Loro Parque (http://www.loroparque.com/) coś w rodzaju zoo z ciekawymi pokazami. Oprócz tego jest kilka zabytkowych budynków z XVI wieku.

 

Szliśmy cały czas w dół. Okazało się, że nasza miejscowość zbudowana została na potężnym stoku i stąd takie różnice w wysokości terenu. Naturalne więc, że skoro chcieliśmy dotrzeć do oceanu, to musieliśmy zejść na sam dół. Nim to nastąpiło, wstąpiliśmy po drodze do supermarketu po wodę. Oprócz tego, że spotkaliśmy tam od razu Polaków, to inna rzecz nas zaciekawiła, a mianowicie sposób wydawania reszty. Pani naciskała klawisz na kasie, a reszta wylatywała przez specjalny podajnik. Śmieszne ale praktyczne.

 

No i wreszcie dotarliśmy do plaży. Niby wiedzieliśmy, że są tutaj czarne plaże ale co innego wiedzieć, a co innego widzieć. Trochę tak dziwnie się czuliśmy wkraczając na ten, de facto popiół wulkaniczny ale miło się stąpało. Niestety podczas podróży na plażę, moje zeszłoroczne sandały znów dały znać o sobie i zdążyły mnie obetrzeć. Spowodowało to, że po kontakcie z morską słoną wodą, drobne ranki trochę szczypały. Bardziej niż na ból byłem wkurzony na fakt, że te sandały są do dupy.

 

Pospacerowaliśmy trochę po plaży ale raczej nie był to dzień na opalanie. Słońca nie było więc po krótkiej chwili zebraliśmy się stamtąd. Ja już nie miałem ochoty na męczenie się w tych sandałach więc podjąłem męską decyzję i wyrzuciłem sandały do kosza. Basia nie za bardzo dowierzała, że ja poważnie to robię ale ja już podjąłem decyzję i dalej szedłem niczym Cejrowski – boso przez świat.

 

PUERTO DE LA CRUZ – plaża Jardin

 

Tuż obok znaleźliśmy pierwszy z zabytków naszego miasteczka. Choć po prawdzie, do końca nie byliśmy pewnie czy to rzeczywiście jest... zamek. Pełna nazwa to Castillo san Felipe. Jeśli to zamek, to co mamy powiedzieć o Malborku? Tak sobie właśnie pomyśleliśmy bo trudno te 4 ściany nazwać zamkiem. Wstęp bezpłatny jak napisano w przewodniku i dlatego weszliśmy. Tam jednak byłą jakaś wystawa fotografii, a na dach nie było wyjścia. Przed zamkiem miała stać potężna armata no ale widzieliśmy tylko małe działko. Podsumowując ten niby zamek to zwykła murowana chatka, tyle że stara bo z XVI wieku. Nic poza tym.

 

Ruszyliśmy więc dalej wzdłuż wybrzeża (ja nadal boso). Szliśmy jakąś drogą prowadzącą do dużego parkingu. Zrobiło się trochę gorąco ale upału nie było, bo przez cały czas wisiały nad nami chmury. W ten sposób dotarliśmy do starego portu i znaleźliśmy się pod najstarszym budynkiem w całym mieście.

 

Mała zatoczka, pomnik pani niosącej kosz jedzenia na głowie a za nim Casa de la Real Aduana – królewski skład celny z 1620 roku. Ostatnie formalności celne załatwiano tu 150 lat temu. Obecnie nie robi jakiegoś wrażenia i ciężko go nawet zauważyć ale sama świadomość, że stoi już tu tak długo, skłoniła nas żebyśmy podeszli do niego nieco bliżej.

 

PUERTO DE LA CRUZ – królewski skład celny z 1621r.

 

Stamtąd już niedaleko do starówki więc przeszliśmy sobie małymi uliczkami pośród tłumów turystów. Basię cały czas niepokoił stan moich stóp i namawiała mnie na kupno japonek. Ja nie wiedząc czemu, opierałem się ale Basia nie dawała za wygraną i co jakiś czas wchodziła do sklepów w zamiarze sprezentowania mi jakiegoś obuwia. No i dopięła swego przynosząc mi żółto-brązowe japonki oraz wręczając nawilżane chusteczki do umycia podeszw moich stóp. Chwilę później stałem już odziany w nowe japonki.

 

W drodze do hotelu zakupiłem jeszcze kartkę do wysłania. W sklepie na moje pytanie po angielsku o znaczki, pani odpowiedziała "si", co świadczy, że większość z nich rozumie angielski ale są zbyt leniwi żeby nim się posługiwać. Zresztą potwierdziło się to później wiele razy. Wracając do kartki, od razu ją wypisałem i nakleiłem znaczek, Basi zajęło kupowanie trochę dłużej.

 

Pogoda się zmieniła w tym czasie. Zrobiło się gorąco, w okolicach 30 stopni. Dodatkowo bardzo wilgotno. A przed nami ostatnia atrakcja Puerto de la Cruz – ogrody botaniczne Taoro. Na mapie park Taoro zajmował pół miasta ale nie wiedzieliśmy, że wejście do niego będzie graniczyło prawie z wejściem alpinistycznym. Kręte schody oraz alejka ciągnąca się cały czas pod górę, spowodowała, że w tym upale szło się ciężko. Ale wspinaliśmy się powoli, omijając budowlańców, którzy restaurowali schodki, fontanny i inne rzeczy w parku. Za naszymi plecami pokazał się piękny widok na miasto i ocean.

 

Wreszcie wspięliśmy się na samą górę i tutaj rozpoczęła się najlepsza część przechadzki. Szeroka alejka prowadziła nas do tej właściwej części parku. Pod nogami śmigały nam jaszczurki, a my kroczyliśmy alejką mijając w oddali kościół i niedaleki staw. Wreszcie wyszliśmy z drugiej strony, skąd już bez problemów doszliśmy do naszego hotelu. Była godzina 15.00, a my byliśmy trochę zmęczeni tym spacerem. Chcieliśmy tylko chwilkę odpocząć ale.... zasnęliśmy. Przespaliśmy ponad 4 godziny, co strasznie mnie zdziwiło. No ale widocznie tego nam brakowało.

 

Kiedy się obudziliśmy, mogliśmy już iść na kolację. Na stołówce brylował już nasz kelner, którego ochrzciliśmy mianem hombre. Kolacja nie zrobiła szału ale i tak jak na hotel dwugwiazdkowy nie można było narzekać. Wybór kilku ciepłych posiłków, były owoce morza, trochę kuchni włoskiej, był deser no i drinki. Piwko kosztowało tylko €1.50 więc zamówiliśmy sobie właśnie je. Hombre wyjaśnił nam, że możemy płacić od razu.

 

Najedzeni i opici i w dodatku wypoczęci mieliśmy jechać po całą zgrzewkę wody mineralnej ale zorientowałem się, że przecież już piłem więc wyjazd wykluczyliśmy. Jednak na nocny spacer nad ocean ochotę już mieliśmy. Wskoczyłem więc w swoje nowe japonki i ruszyliśmy tą samą drogą nad plażę Jardin.

 

Miasteczko trochę się wyludniło ale temperatura powietrza nie spadła wcale. Nad morzem było chłodniej i dlatego spędziliśmy tam trochę czasu, siedząc na plaży. Potem przeszliśmy na falochron, o który rozbijały się wzburzone wody Atlantyku. Niestety trochę tam śmierdziało moczem więc wróciliśmy stamtąd. Tuż obok zamku rozłożył się jakiś grajek z keyboardem i po prostu grał. Nawet fajnie to się komponowało z kiepskim oświetleniem tej plaży.

 

Powrót był oczywiście mniej przyjemny bo musieliśmy się wspinać. Kiedy dotarliśmy pod hotel, naprawdę odczuliśmy trudy tej wspinaczki choć brak słońca na pewno nam tym razem pomógł. Zresztą odczuliśmy spotkanie z afrykańskim słońcem bo naprawdę nas liznęło i po kąpieli w hotelu, pełna bateria kremów i balsamów została zaaplikowana na nasze ciała. Mogliśmy się położyć ponownie spać.

 

Zobacz video z Puerto: http://www.youtube.com/watch?v=8pLec2doYYM

 

 

Dzień 3 – 20 sierpnia 2009 – czwartek

 

CAŁY DZIEŃ NA SŁOŃCU

 

 

Śniadanie nas nie zaskoczyło. Było dokładnie to samo. Brakowało tylko noży więc Basia poszła do Hombre po jeden z nich. Zapytała go po angielsku ale on odpowiadał po hiszpańsku choć rozumiał co od niego chciała. Posiedzieliśmy na wpół pustej sali po czym musieliśmy się zdecydować co takiego robimy. W związku z zachmurzonym niebem, był plan aby pojechać do stolicy wyspy – Santa Cruz. Ale o dziwo, wyjrzało słońce i zdecydowaliśmy się trzymać ustalonego planu czyli pójść na plażę.

 

Na plaży zaroiło się od ludzi. Ludzie w różnym wieku ale jednak z przewagą starszych. Usadowiliśmy się niedaleko wody żeby choć trochę ta morska bryza chłodziła mnie, bo dla mnie oczywiście była to straszna tortura. Kiedy zdjąłem koszulkę, zapewne wiele osób musiało zamknąć oczy bo odbił się blask słońca niczym w lustrze. Nasmarowaliśmy się kremem i zaczęło się smażenie. Nie było może tak strasznie upalnie ale to w głównej mierze zasługa sporego wiatru od oceanu.

 

Plaża Jardin położona jest w bardzo ładnym miejscu, bo gdy chmury nieco się podniosą odsłaniają wtedy potężne góry. Kontrastują one z bezkresnym oceanem, a sama czarna plaża otoczona jest pięknymi zielonymi palmami. Generalnie więc plaża prezentuje się bardzo ładnie. Dlatego też, znudzony smażeniem się, postanowiłem przejść się wzdłuż brzegu aż do samego końca. Po drodze zatrzymywałem się w ciekawszych miejscach, najczęściej na skałach, o które z ogromną siłą roztrzaskiwały się fale Atlantyku. Tam też morska bryza chłodziła mnie. Na plaży było już bardzo gęsto, temperatura powietrza wzrosła, było upalnie a ja niestety nie przewidziałem jednej rzeczy. Nie przewidziałem, że temperatura tego czarnego piachu również wzrośnie. Trudno mi orzec jak wysoką temperaturę osiągnęły te drobniutkie kamyczki składające się na piach ale była ona tak wysoka, że nie byłem w stanie po nich chodzić. Kiedy szedłem mokrym piaskiem po brzegu, było miło i przyjemnie ale były momenty, że musiałem przejść 50m po tym suchym czarnym popiele i wtedy aż wyłem z bólu, bo nie sposób było zrobić kilka kroków. Szybko więc wracałem do wody aby ukoić ból.

 

Spacer trwał bardzo długo. Doszedłem do samego końca plaży, dalej już się nie dało iść i musiałem wracać. Basia też już się niecierpliwiła bo sama chciała się ochłodzić. Kiedy więc wróciłem, Basia poszła do morza ale duże fale plus bardzo kamieniste dno raczej nie zachęcały do wchodzenia w głąb morza. Potem jeszcze trochę posiedzieliśmy na tej plaży ale i samej Basi się znudziło. Zaczęliśmy wycofywanie się i opuszczając plażę przycupnęliśmy jeszcze troszkę na kamiennych schodach bo oczywiście Basia musiała zajarać. Kiedy tak siedzieliśmy, doszło do nas, że warto by się napić czegoś zimnego, a na plaży otwarty był bar. Poszliśmy więc tam i zamówiliśmy sobie zimne napoje. Ja wziąłem piwo caña, a Basia zamówiła sobie colę. To zimne piwko naprawdę postawiło mnie na nogi. Odpoczęliśmy trochę w tym zacienionym barze, po czym byliśmy gotowi na powrót. Wstąpiliśmy jeszcze do WC, obmyliśmy się z czarnego piachu pod kranem na zewnątrz i mogliśmy wyruszyć.

 

Postanowiliśmy znów iść miastem i spróbować dotrzeć do hotelu inną drogą. Szliśmy kawałek tą samą drogą, co wczoraj ale potem poszliśmy jeszcze dalej i dotarliśmy do miejsca zwanego Lago Martianez. To coś w rodzaju połączenia plaży, laguny i aqua parku. Niestety wejście biletowane i ja raczej nie miałem ochoty na wejście tam, bo nie widać było żadnego zacienionego miejsca, a po drugie straszliwe tłumy można było tam dostrzec. Zrezygnowaliśmy i tylko dalej przeszliśmy się takim nadmorskim deptakiem. Tam zaczepiało nas mnóstwo restauratorów, wciskając ulotki swojej knajpy. Szczególnie jedna pani nam utkwiła, która miała ciekawą ofertę ale czemu była pobita? Pani miała oboje oczu podbite i maskowała to okularami przeciwsłonecznymi ale i tak widać to było.

 

Nie chcieliśmy wracać przez park więc poszliśmy inną drogą ale i tak upał dał się nam we znaki kiedy w końcu wdrapaliśmy się pod hotel. Było już późne popołudnie więc zostało nam już tylko czekanie na kolację. W tym czasie oczywiście, trzeba było się dokładnie wykąpać, nabalsamować i odpocząć.

 

Kolacja i te same ruchy, teksty i ludzie. Hombre już rozgryźliśmy i wiedzieliśmy czego się można po nim spodziewać. Zamówiłem wodę bo mieliśmy jechać po zgrzewkę do supermarketu. Oprócz tego poplamiłem obrus buraczkami. W czasie kolacji naturalne, że obczajaliśmy pozostałych i różnie ich nazywaliśmy. W pokoju obok mieszkała rodzinka z "matką w dżinsach". To czteroosobowa rodzina plus babcia. Hiszpanie ale byli wporzo. Ojciec wyglądał na znudzonego ale ich syn zawsze nas witał "Hola!" kiedy rano spotykaliśmy się na korytarzu. Z drugiej strony zawsze siedzieli "graty" czyli bardzo stare małżeństwo, z którego on zawsze przychodził z chlebakiem.

 

Dziwiło nas, że kiedykolwiek byśmy nie przyszli, zawsze spotykaliśmy te same osoby. W hotelu było ok. 100 pokoi, z tego co wyczytałem ale gości było bardzo mało. Już wiedzieliśmy kto gotuje, to wąsaty gość z kontynentu, który zostawił tam żonę i przyjechał tylko na sezon. Gotował ok ale Basia szybko go rozgryzła i co wieczór przewidywała, co będzie bazując swoją wiedzę na tym, co jedliśmy dzień wcześniej. Na recepcji był zawsze jeden z trzech gości, których nazwaliśmy: "jedynka, dwójka i trójka". To była skala znajomości języka angielskiego. Później zmieniliśmy nazwę "trójki" na "Prosiak" bo trochę takiego różowiutkiego prosiaczka przypominał. Angielskiego nie znał wcale więc machał rękami kiedy rozmawiał z Basią o pogodzie. "Temperaturo.....(tu brał oddech i pokazywał ręką w górę).....","....high" – dopowiadała Basia. I tak przeprowadzili rozmowę na temat pogody.

 

Po kolacji jednak nie chciało się nam jechać do tego supermarketu więc poszliśmy sobie do solarium, czyli na dach hotelu gdzie znajdowały się leżaki do opalania. Oczywiście było już ciemno i chłodno przez wiatr więc Basia nie wytrzymała długo, natomiast ja porozmawiałem sobie z Hanią, którą zmusiłem do zadzwonienia do mnie.

 

Kiedy zszedłem na dół, Basi nie było w pokoju ale siedziała w holu, oglądając telewizję i przeglądając ulotki. Z holu, który znajdował się na naszym piętrze, można było bezpośrednio wyjść na ulicę ale również po drugiej stronie znajdował się basen. Basia opowiedziała mi historię rozmowy z Hombre, który usiłował jej pomóc z włączeniem telewizora. Potem leżeliśmy na sofie i gapiliśmy się na jakieś śmieszne hiszpańskie programy. Wtedy nagle zauważyliśmy dwójkę nowych gości, którzy weszli bezpośrednio z ulicy z walizkami i gorączkowo szukali czegoś. Przemknęło nam przez uszy jakieś polskie słowo ale nie mieliśmy pewności. Wtedy kobieta zapytała nas po angielsku gdzie jest recepcja. Odpowiedziałem jej więc również po angielsku ale Basia przetłumaczyła to na polski. Wtedy potwierdziło się, że są z Polski. Byli bardzo zdziwieni, że aktualnie znajdowali się na 3 piętrze i żeby dostać się do recepcji, należy zjechać windą w dół.

 

Kiedy potem Basia oddaliła się na moment w wiadomym celu czyli zajarać, przyszedł ten Polak i zaczął wypytywać się o różne rzeczy. Po krótkiej rozmowie dowiedzieliśmy się, że są małżeństwem z Zabrza ale mieszkają w Norwegii, a przylecieli z Niemiec. Nie są nastawieni na opalanie ale interesuje ich zwiedzanie. Na dowód tego, powiedzieli, że jechali z lotniska 10 godzin, bo przebijali się przez góry na środku wyspy. W dodatku te zdjęcia, zmiany obiektywów...

 

W nocy bardzo ciężko było nam zasnąć. Basię bolał palec, który sobie obtarła. Znalazłem jakąś maść, z której wyczarowaliśmy opatrunek i tak poszła spać ale i tak ją bolało. Było chyba duszno bo rzucałem się na tym łóżku i dopiero po północy można było zasnąć.

 

Dzień 4 - 21 sierpnia 2009 – piątek

 

NAJWAŻNIEJSZY DZIEŃ

 

 

Obudziłem się o 6.30 i było całkowicie ciemno za oknem. Jasno zrobiło się dopiero o 7.15 więc później niż u nas w zimie no ale to przecież Afryka. Kiedy już jednak się zrobiło całkiem jasno, okazało się, że dziś będzie piękna pogoda bowiem niebo było krystalicznie czyste i nie było na nim ani jednej chmurki. Pobiegłem więc szybko na dach aby móc wreszcie zobaczyć największą atrakcję wyspy – wulkan Pico del Teide. Rzeczywiście, pięknie się prezentował w porannych promieniach słonecznych. Dzisiaj też był on naszym celem. To najważniejszy dzień całego pobytu, nie tylko z tego powodu, tak sobie zaplanowałem.

 

Widok na Pico del Teide z hotelu Acuario

 

Na śniadaniu przysiedli się do nas nasi nowi przyjaciele z Polski. Tak nazwał mnie ten facet więc rewanżuję mu się tym samym. Myślę, że trochę patrzeli na nas z góry, oceniając nas jako turystów plażowych, siebie prezentując jako tych zwiedzających i nie zainteresowanych (aż tak bardzo) plażowaniem. Ale wczorajsza nasza rozmowa trochę ich chyba zbiła z tropu, bo dowiedział się m.in. ode mnie, że trzeba mieć zezwolenie na wejście na szczyt wulkanu. Zaczęli więc przy śniadaniu badać nas, czy nie mamy innych takich kwiatków. Po kolejnym pytaniu wyciągnąłem z plecaka mój dokładny plan działania, wraz z mapami i wręczyłem mu. Wtedy dopiero chyba zrozumieli, że my raczej też oczekujemy od wyspy czegoś więcej niż plażowania. Więcej pytań już nie było. Było jeszcze jedno o fotografowaniu gdyż on zajmował się tym profesjonalnie. Troszkę się pochwalili wyjazdem do Egiptu i padła liczba 7000 zdjęć w ciągu tygodnia. Zrobiła na nas kolosalne wrażenie ale potem zacząłem to przeliczać i wyszło 1000 zdjęć na dzień, przy 10 godzinach funkcjonowania dziennie, to 100 zdjęć na godzinę, czyli niecałe 2 zdjęcia na minutę... co 30 sekund zdjęcie przez cały tydzień. Albo nieprawdopodobne albo ktoś tu nic innego nie robi tylko zdjęcia.

 

Śniadanie zakończyłem wręczając Basi mały podarek pod stołem. W papierowej torbie wyciągniętej z plecaka, znajdowało się pudełeczko z napisem Calvin Klein, co sugerowało zestaw kosmetyczny. Niby dziwne bo przecież dostała na lotnisku swoje ulubione perfumy w ramach rekompensaty po kłótni, więc po co kolejne? Ale tym razem to było coś innego, coś czego nie miała i chyba się ucieszyła bo nowy zegarek jak najbardziej był w jej guście i na pewno się przyda. Nie trzeba dodawać, że były to 21. urodziny Basi.

 

Dojazd do Pico del Teide nie jest długi ale nasza trasa miała prowadzić specjalną, 42-kilometrową drogą krajobrazową. Mieliśmy się wspinać powolutku obserwując zmiany w szacie roślinnej wraz z wysokością. Nasze pozwolenie ważne było tylko na ten dzień i tylko w godzinach 13.00-15.00 więc należało wyjechać wcześniej.

 

Jakoś udało się nam wyjechać na autostradę i wg GPS chciałem dostać się do miejscowości La Esperanza i stamtąd rozpocząć wjazd ku wulkanowi. Trochę nas źle pokierował ten GPS i za wcześnie zjechaliśmy z autostrady. Jechaliśmy więc wąskimi uliczkami i od razu strach miałem w oczach kiedy auto nie potrafiło wjechać pod górkę na dwójce. Musiałem więc pokonywać wzniesienia o takim nachyleniu, że tylko bieg nr jeden mógł się sprawdzić. Nigdy nie miałem takiej sytuacji przedtem.

 

W pewnym momencie musieliśmy zapytać o drogę miejscowych wieśniaków ale wystarczyła nazwa miejscowości, do której się kierowaliśmy aby nam w pięknym hiszpańskim wszystko wyjaśnili. Na szczęście machali rękami więc po hiszpańsku wszystko zrozumieliśmy. Udało się nam odnaleźć początek drogi, która nazywa się  Cumbre Dorsal. Zatrzymaliśmy się na chwilkę gdyż naszym oczom ukazał się wspaniały widok. W dole miasto przykryte chmurami, które nie sięgały do miejsca w którym staliśmy. Słońce obmywało promieniami pole, na którym normalnie pracowali sobie miejscowi rolnicy. Dziwne uczucie być ponad chmurami. Ale to miał być dopiero początek takich widoków.

 

Pośród drzewek pomarańczowych na suchym płaskowyżu wjechaliśmy do wioski La Esperanza. Stąd znaki prowadziły już nas do samego Teide. Wyżej od wioski zaczynał się las z gęsto rosnącymi sosnami i jodłami. Prawdę mówiąc czuliśmy się jak w Polsce i w ogóle nie czuć było upału bo jechaliśmy zacienioną, pięknie utrzymaną drogą. Droga była trudna technicznie bo obfitowała w nieskończoną ilość zakrętów i serpentyn i pięła się cały czas w górę ale na szczęście były miejsca w których gromadziło się kilka samochodów, a ludzie wychodzili by robić zdjęcia. Te punkty widokowe były oczywiście robione tam w tym celu właśnie.

 

Na pierwszym z takich punktów, widzieliśmy Puerto de la Cruz przykryte białym płaszczem chmur, a obok wyłonił się dumnie Pico del Teide. Troszkę się już przybliżyliśmy do niego ale nadal był w sporej odległości (i wysokości) od nas. Na tym przystanku, strażnik leśny bądź strażak upomniał mnie, że mam zamykać samochód kiedy wysiadam robić zdjęcia. Nie za bardzo ma to sens wg mnie, bo niby po co, kiedy stoję 3 metry od niego. Ale obiecałem mu, że tak będę robić.

 

Widok na Pico del Teide i Puerto de la Cruz z wysokości ok. 1200m

 

Na wysokości ponad 1500m zupełnie niespodziewanie las robi się rzadszy, a od wysokości 2000m przestaje istnieć. Dalej widać już tylko strome skały, a silnym wiatrom i zapewne niskiej temperaturze zimą opór stawiają tylko niskopienne sosny jakieś jałowce i inne krzewy. Zatrzymywaliśmy się jeszcze kilka razy i nasz Teide zbliżał się coraz bardziej.

 

Na wysokości 2200m widać już było praktycznie poszczerbione granie zastygłej lawy oraz czarne, szare i czerwone pola popiołów. Krajobraz był już zupełnie inny. Chmury zniknęły gdzieś naprawdę nisko, a nad nami było już tylko błękitne niebo i rozżarzona kula, która nie dawała nam szans kiedy wychodziliśmy z samochodu. Jednak w sukurs przychodził nam wtedy chłodniejszy wiatr, który łagodził skutki ostrego promieniowania.

 

Widok na Pico del Teide na wysokości ok. 2000m

 

Dalej ukazały się śnieżnobiałe wieże obserwatorium astronomicznego, za którymi już tylko kawałek drogi i ukazał się nam parking. Ciąg samochodów zapchał drogę dojazdową i samochody ustawiały się nawet na drodze przelotowej, którą jechaliśmy. Frekwencja dopisała jak widać.

 

Przejechaliśmy się aż pod samą kolejkę, licząc, że być może zwolni się jakieś miejsce ale niestety nie dopisało nam szczęście i zrobiliśmy kółeczko, znajdując miejsce dopiero na samym dole, tuż przy trasie. Kiedy już się zainstalowaliśmy, podjechała jakaś grupa Hiszpanów, którym bardzo zależało aby się wepchać jeszcze za nami. Musiałem lekko spuścić na sprzęgle auto, prawie dotykając auta Niemców, którzy stanęli z drugiej strony. Ale i tak ciężko było Hiszpanom się wepchać. Po kilku minutach prób osiągnęli swój cel ale całkowicie nas zablokowali. Z obu stron zostało po ok. 10cm więc wyjazd bez ich pomocy byłby, w naszym przypadku, całkowicie niemożliwy.

 

Przygotowując się do wyprawy na szczyt Teide, poczytałem co nieco i dlatego zasugerowałem, że powinniśmy się przebrać gdyż temperatura na samej górze może być naprawdę niska. Dlatego w samochodzie przebraliśmy się w długie spodnie i odpowiednie buty, wzięliśmy bluzy i dopiero tak ubrani ruszyliśmy pod górkę, szukając końca kolejki do kasy biletowej.

 

Kiedy tam dotarliśmy, byliśmy naprawdę daleko i zapowiadało się długie czekanie. W słońcu było nam dość gorąco ale kolejka posuwała się dość sprawnie i niedługo mogliśmy przez chwilkę stać w zacienionym miejscu. Zostawiłem Basię na chwilę i poszedłem na rekonesans. Wszystkie dane były takie jak czytałem, a więc za wjazd na wysokość 3555m trzeba było zapłacić €25.

 

Pico de Teide to szczyt wulkaniczny o wysokości 3718 m n.p.m i wysokości od dna morza około 7500 metrów czyli jest najwyższym szczytem w Hiszpanii i najwyższym szczytem na jakiejkolwiek atlantyckiej wyspie.

 

Stożek wulkanu wraz z ogromnym kraterem (średnica do 15 km i obwód około 40 km) i otaczającą go równiną objęty jest od 1954 roku ochroną w ramach Parku Narodowego Teide (hiszp. Parque Nacional del Teide). Park zajmuje 18 900 ha powierzchni, co czyni go piątym co do wielkości parkiem narodowym w Hiszpanii.

 

Na wysokości około 2000 m n.p.m. rozłożone są równiny Cañadas. Teren ten ukształtowany jest przez działalność wulkanu - pokrywają go bazaltowe, pumeksowe i obsydianowe formacje skalne, a przez całą długość zbocza wulkanicznego stożka ciągną się zastygłe strumienie lawy. Ostatnia erupcja miala miejsce w 1909 roku.

 

W 2007 roku park wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Kolej linowa Teleférico del Teide ma swój początek na wysokości 2356 m n.p.m., a stacja końcowa znajduje się na wysokości 3555 m n.p.m. Dostęp na szczyt Teide jest ograniczony, konieczne jest darmowe zezwolenie, które można otrzymać w siedzibie parku.

 

Zezwolenie miałem już od dawna, gdyż można je dostać przez internet. Konieczny jest skan dowodu osobistego i dostaje się je tylko na określony dzień i godzinę. Liczba wejść na sam szczyt jest więc regulowana i ograniczona. Wchodzi się tylko ostatnie 200m gdyż kolejka w ciągu 8 minut wjeżdża do wysokości 3555m. Każdy wagonik zabiera 38 pasażerów więc przepustowość jest dość duża.

 

Kiedy dopchaliśmy się do kasy i kupiliśmy bilety, przeszliśmy do specjalnej sali gdzie najpierw zrobili nam zdjęcie, a potem jeszcze kilkanaście minut czekaliśmy. Bilet upoważniał nas do pobytu jedną godzinę ale wydawało się nam, że to dotyczy raczej tych bez pozwolenia. Nam na pewno wejście na szczyt zajmie trochę czasu więc ciężko się wyrobić w jedną godzinkę.

 

Wreszcie upchali nas do wagonika i ruszyliśmy w górę. W dole pozostała księżycowa ziemia i nitka czarnego asfaltu reprezentująca drogę, którą przyjechaliśmy. Czuliśmy się jak na zachodnim wybrzeżu USA, czerwone skały, popioły i co jakiś czas jakieś kaktusy i krzaki jako roślinność. W dodatku palące słońce i silny wiatr. Normalnie Utah....

 

W kolejce upchani byliśmy jak śledzie i przy każdym przejeździe obok słupa, kiedy wagonikiem lekko bujało, po kabinie rozchodził się ogólny krzyk bojących się ludzi. Wagonik jest zawieszony dość wysoko i jedzie dość szybko więc można zaobserwować jak stromo jest usytuowana ta góra i jak naprawdę wysoko wjeżdżamy. Sam osobiście nigdy tak wysoko na lądzie nie byłem.

 

Po wyjściu z wagonika, tak jak ustaliliśmy, poszliśmy od razu na szlak by atakować szczyt. Po prostu szkoda było nam czasu na spędzenie go na tej wysokości. Minęliśmy "najwyżej położony publiczny telefon w Hiszpanii", a potem znaleźliśmy drogę na szczyt. Szlak był zagrodzony łańcuchem, a obok siedział pracownik rezerwatu i sprawdzał pozwolenia. Wręczyłem mu moje wydrukowane z mejla, sprawdził u siebie i wszystko się zgadzało. Ostrzegł, że nie wolno nam schodzić ze szlaku, zabierać kamieni i schodzić do krateru. Ruszyliśmy.

 

Pozwolenie na wejście na szczyt Pico del Teide

 

Szlak był przygotowany więc nie było problemu wejść nawet w nieodpowiednim obuwiu. Jednak te 200m, przy trochę rozrzedzonym już powietrzu i naszej słabej kondycji, nie było lekkim spacerkiem. Zresztą co jakiś czas zatrzymywaliśmy się aby podziwiać krajobraz. Basia w połowie drogi rzekła: "Mam nadzieję, że widoki ze szczytu wynagrodzą mi ten trud". Po drodze mijaliśmy różnych ludzi ale jednak była ich garstka. Niedaleko szczytu, nad granią gdzie zamontowano już łańcuchy, pewna Włoszka sama zaproponowała nam zrobienie zdjęcia. Tuż obok po łydkach uderzyło nas gorące powietrze wydobywające się z wnętrza skały. W dodatku do naszych nozdrzy dotarł okropny smród siarki. Wszak jednak nadal się tam gdzieś kotłuje w głębi tej góry i wydobywają się te wyziewy na zewnątrz.

 

Pico del Teide – tuż pod szczytem

 

Wreszcie szczyt. Wiatr hulał niemiłosiernie, zimno może nie było ale na pewno chłodno więc polary się przydały mimo, że słońce było w zenicie, a my przy okazji byliśmy bliżej niego. Każdy kto wszedł na samą górę, nie odmówił sobie zdjęcia na skale, która górowała nad pozostałymi. To był szczyt szczytów – 3718m npm.

 

PICO DEL TEIDE – szczyt 3718m npm.

 

Oprócz sesji fotograficznej i podziwu nad pięknymi widokami, poprosiłem Basię aby podeszła do skraju skały z zamkniętymi oczami. Bała się, że chcę ją nastraszyć bo przecież prezent urodzinowy już jej dałem ale tym razem dałem jej coś innego. Była zaskoczona ale jednak chyba zadowolona, taką przynajmniej mam nadzieję. Wszystko się więc udało i mój plan się powiódł.

 

Przy okazji bycia na szczycie, zauważyłem, że w tym miejscu jest zasięg GSM. Nie mogłem sobie więc darować możliwości zadzwonienia do Polski. Wybrałem numer Hani ale co chwilę były jakieś przeszkody, tzn. komunikat, że sieć jest zajęta. W końcu jednak Hania oddzwoniła i była zszokowana, że rozmawia ze mną, kiedy ja jestem nie dość, że 4000km od niej, to jeszcze prawie 4000km nad ziemią.

 

Zejście było łatwiejsze i zeszło nam na długiej rozmowie na temat co się wydarzyło na górze. Po dotarciu do kolejki, musieliśmy trochę poczekać znów na nasz wagonik, co Basia skrzętnie wykorzystała na swój niechlubny rytuał. Pozostawiła okulary na słupku od ogrodzenia zapominając, że wiatr jest tutaj bardzo mocny i okulary pofrunęły w dół. Na szczęście udało mi się przeskoczyć ogrodzenie i złapać je, bo inaczej kiepska sprawa.

 

Na dole kiedy już zjechaliśmy Teleferico, przywitały nas panie oferujące nam zdjęcie, które nam robiono przed wjazdem na górę oraz certyfikat zdobycia góry. W sumie się wahaliśmy ale cena €5 była jeszcze do zaakceptowania.

 

Certyfikat zdobycia Pico del Teide

 

Nasze autko stało już samotnie bo w sumie wstęp na górę już był skończony. Większość ludzi nie wchodzi na szczyt więc szybko zrobiło się luźniej na parkingu. Musieliśmy ponownie się przebrać w letnie ciuchy i japonki bo przecież upał nie zelżał ani na moment. Byliśmy bardzo głodni bo przecież nic od rana nie jedliśmy a zbliżała się już 16.00 więc koniecznie musieliśmy gdzieś zajechać na obiad. Jadąc w kierunku Teide, mijaliśmy knajpkę toteż pomyśleliśmy o niej.

 

Zobacz video z wejścia na szczyt: http://www.youtube.com/watch?v=0Rb7RVHBzTk

 

Knajpka okazała się dość fajna. Basia zamówiła sobie omleta hiszpańskiego, ja wziąłem pastę. Siedzieliśmy na dworze, gdzie obok nas fruwały sobie najprawdziwsze kanarki. Wszak byliśmy na wyspach kanaryjskich więc nie ma co się dziwić. W knajpie wisiały zdjęcia z zimy i widać jak sporo śniegu może tutaj napadać. Aż dziw bierze, że w miejscu gdzie właśnie siedzieliśmy, cała droga i knajpa były kiedyś zasypane śniegiem niczym w Polsce.

 

Nie wracaliśmy drogą krajobrazową ale już skrótem przez La Orotavę drogą numer TF-21. Droga ta była niesamowicie pokręcona, na szczęście jechaliśmy tylko w dół. Zjeżdżało się też dużo szybciej ale miejscowi denerwowali się na moją ostrożność i często ich przepuszczałem, za co niektórzy nie omieszkali podziękować.

 

Wjechaliśmy najpierw w chmury, które okalały La Orotavę. Najpierw widzieliśmy gęste i ciężkie chmury nad miastem, a potem już tylko zniknęło słońce i wyglądało jakbyśmy wjechali w mgłę. Zrobiło się chłodniej i już bez GPS podjechaliśmy w Puerto pod supermarket. Zrobiliśmy małe zakupy, jakieś przekąski, owoce i wreszcie tę zgrzewkę wody.

 

W hotelu zaczęliśmy od prysznica, a potem Basia poszła sobie jeszcze na solarium na dach bo w Puerto nadal była ładna pogoda. Wróciła jednak szybko, chyba jej się znudziło opalanie. Została nam chwilka do kolacji gdzie tradycyjnie już brylował Hombre ze swoimi grepsami. Znów pobrudziłem obrus buraczkami i znów zamówiłem sobie zimne piwko. Byliśmy najedzeni i zmęczeni ale chyba bardzo zadowoleni. Cały dzień spędziliśmy poza miastem i opłacało się. Najważniejszy dzień całego pobytu odhaczony.

 

Dzień 4: Puerto de la Cruz – Teide – Puerto de la Cruz 130km

 

 

 

Dzień 5 – 22 sierpnia 2009 – sobota

 

GÓRY, SERPENTYNY I RÓŻNE STREFY KLIMATYCZNE

 

 

Dzisiejszy dzień również rozpoczęliśmy od wczesnej pobudki. Plan napięty i oczywiście zaczynamy od śniadania. Tam wszystko po staremu: ser, wędlina, te same bułki, kawa, sok... Jeszcze potem szybkie zerknięcie na plan podróży i w drogę. Basia pomogła mi zlokalizować wyjazd z miasta w kierunku zachodnim i prowadziła mnie przez miasto. Niestety miasto w tym czasie było rozkopane do tego stopnia, że wylądowaliśmy przed tabliczką o zakazie ruchu, czyli droga była zamknięta. Spowodowało to, że zaczęliśmy krążyć po mieście i szukać wyjazdu ale ciągle błądziliśmy.

 

Wreszcie zdesperowany, przejeżdżając obok komisariatu, zatrzymałem się obok policjanta i zapytałem o wyjazd z miasta. On odsunął pachołek abym mógł wjechać na wolne miejsce i poprosił żebym poczekał chwilkę. Wrócił z kolegą, który mówił po angielsku i dogadaliśmy się nad rozłożoną mapą, którędy wyjechać.

 

Tym razem pojechaliśmy w drugą stronę czyli autostradą na zachód. Pierwszym punktem miały być lasy bananowe ale niepotrzebnie zjeżdżałem z autostrady bo te lasy ciągnęły się wzdłuż autostrady. Nawet nie zatrzymaliśmy się nigdzie i nie wychodziliśmy z samochodu więc szybko znaleźliśmy się z powrotem na trasie. Jechaliśmy prosto do kolejnego miejsca w grafiku – Icod de los Vinos.

 

Icod de los Vinos (http://www.icoddelosvinos.com/) to 23-tysięczne miasto na północnym wybrzeżu Teneryfy. Tysiące turystów przyjeżdża do tej miejscowości tylko po to, by obejrzeć drzewo. W Icod de los Vinos rośnie bowiem niezwykle okazała dracena. Jest to najstarsze drzewo tego gatunku liczące ponad 600 lat. Ma 6m obwodu i 17m wysokości. Drzewo znajduje się w Parque del Drago.

 

Dracena smocza lub smokowiec to endemit Madery i Wysp Kanaryjskich, na których występuje zaledwie kilkaset egzemplarzy. Rośliny należące do tego gatunku tworzą wysoki, ciemnoszary, sięgający do 20m pień dzielący się na gałęzie, których ciemnozielone, wąskie szablaste liście układają się w koronę na kształt parasola. Kwiaty są koloru biało-zielonkawego. Owoce o 1-1,5 cm są mięsiste, okrągławe o kolorze pomarańczowym. Dla ludu Guanczów, pierwszych znanych mieszkańców Wysp Kanaryjskich, drzewo to posiadało właściwości magiczne. Spowodowane jest to częściowo faktem, że po nacięciu kory lub liści, wypływająca żywica utleniając się przyjmuje czerwonawy kolor nazywany smoczą krwią.

 

Odległości na Teneryfie są nieduże więc niedługo wjechaliśmy do miasteczka. Znaleźliśmy szybko parking ale był nieczynny. Na szczęście kawałek dalej był inny, podziemny i mogliśmy wjechać bez problemu. W dodatku był usytuowany niedaleko kasy, gdzie można zakupić bilety do parku z draceną.

 

Bilety były po €4, a pani wyjaśniła jak się tam dostać. Istnieje co prawda możliwość obejrzenia draceny spoza parku, bo przecież jest konkretnych rozmiarów ale lepiej wejść sobie do ogrodu i obejrzeć też inne rzeczy. Minęliśmy więc plac kościelny, na którym ustawiło się sporo straganów z jak zwykle tandetnymi przedmiotami przedstawiającymi lokalne atrakcje. Non-stop byliśmy zaczepiani przez ludzi oferującymi testowanie win. Gdybym miał wejść do każdej knajpy i spróbować ich wina, to nieźle bym się nawalił.

 

Dracenę widać już było spod kościoła ale skierowaliśmy się do wejścia do ogrodu. Pani w kasie wyjaśniła, co i gdzie i poinformowała nas dodatkowo o jakiejś mumii. Poszliśmy więc sobie najpierw obejrzeć dracenę. Rzeczywiście potężne drzewo, ogrodzone płotem. W pobliżu rosną malutkie, które łatwo pomylić z palmami, co skrzętnie wyjaśniła nam pani w kasie.

 

ICOD de los VINOS – bilet wstępu do parku

ICOD DE LOS VINOS – 600-letnia dracena

 

Przeszliśmy potem się po ogrodzie botanicznym. Widzieliśmy różne endemiczne roślinki w tym drzewo laurowe. Dziwnie wyglądały liście na drzewie, które normalnie wrzucamy do zupy. Pod nogami, co rusz, biegały nam małe jaszczurki, a my chodziliśmy po schodkach, alejkach i fosach w tym ogrodzie. W końcu zaszliśmy do jaskini, w której znajduje się mumia Guancza. Guanczowie byli pierwszymi znanymi mieszkańcami Wysp Kanaryjskich. Ta ludność o nieznanym pochodzeniu znajdowała się na poziomie neolitu, kiedy w średniowieczu przybyli na wyspy Europejczycy. Zamieszkiwali głównie jaskinie skalne. Posługiwali się własnym językiem. Kultura Guanczów zaginęła pod koniec XV wieku, pozostawiając nieliczne ślady.

 

Sama jaskinia nie robi wrażenia i nie jest zbytnio duża. Stamtąd weszliśmy na punkt widokowy, z którego rozciąga się piękny widok na cały ogród, no i oczywiście dracenę. Sporo czasu nam zeszło w tym ogrodzie.

 

Kiedy wyszliśmy, wstąpiliśmy do sklepiku z pamiątkami. Ja kupiłem sobie to, co zawsze kupuje w nowym kraju, co Basia skwitowała, że: "zachowujesz się jak chłopczyk, który jest na koloniach". Chwilę później zauważyłem w witrynie napis o obniżce cen na wszystkie obrusy. Trzeba dodać, że haftowane obrusy to specjalność Teneryfy więc pomyślałem, że można sobie taki obrus kupić skoro taka obniżka. W sklepie wybrałem przy pomocy Basi jeden zestaw, którego cena była €16. Sądziłem, że to już po obniżce ale okazało się, że pani w kasie skasowała tylko €8. Ucieszyłem się ale z drugiej strony mogłem wybrać jakiś lepszy, bo były nawet takie po €80.

 

Wróciliśmy na parking, przed którym stała pani z doczepionymi skrzydłami motyla, która wciskała jakieś ulotki przechodniom. Zapłaciliśmy €2.25 za parking i wyjechaliśmy w kierunku Garachico. Ulice w miasteczku były wąskie i często jednokierunkowe więc znów był mały problem z wyjazdem. Ale jakoś intuicyjnie jechaliśmy w tym kierunku co trzeba.

 

Potwierdzenia poszukaliśmy u pewnego pana, który odwrócony był do nas tyłem. Kiedy podjechałęm do niego, Basia zagadała przez otwarte okno: "Señor, Gara'chico..." z tak postawionym akcentem i podstawiła mu pod nos mapę. W tym momencie zrozumieliśmy nasz błąd wyboru osoby. Facet był już bardzo wiekowy i na dodatek nie miał oka. Mało tego, nie rozumiał o co nam chodziło. Oboje krzyczeliśmy "Gara'chico, Gara'chico!" ale on tylko wzruszał ramionami, a mapy oczywiście nie widział, choć starał ją sobie przybliżyć pod to jedyne oko. Dopiero przechodzący obok robotnik, rzucił szybko "Ga'rachico!" i ślepiec potwierdził, że jedziemy dobrze.

 

Parkowanie na Teneryfie jest cholernie trudne. Nie ma miejsca. W tym Garachico, zjeździliśmy całą starówkę aż wreszcie znaleźliśmy w miarę dobre miejsce. Wcześniej próbowałem przy głównej trasie ale bez skutku. Wszystko zapchane. Ale nie było tragicznie, widać, że miasteczko nie jest jakichś potężnych rozmiarów.

 

Garachico ma zaledwie 6000 mieszkańców i jest okrzyknięte najpiękniejszym miasteczkiem Teneryfy. Po takiej reklamie trudno się tam nie zatrzymać. Samo miasto nawet nie ma własnej strony internetowej. Miasto żyje kataklizmem z 1706 roku, w którym to roku potężny wybuch wulkanu spowodował zmiany obecne aż do dziś. A miasto może pochwalić się kilkoma zabytkami z XVI wieku a więc nawet takich, które przetrwały ów kataklizm.

 

Obiecałem Basi, że będzie mieć swoją plażę i dziś więc zeszliśmy nad morze gdzie wcześniej widzieliśmy betonowe plaże. Plaże były przystosowane do opalania, pełno betonowych łóżek, zatoczek, mostków i wysepek. Nawet fajnie to wyglądało. W górze trasa okalająca całą wyspę. Basia coś o dziwo zaczęła się dąsać ale w sumie została na tej plaży. Nie było upalnie ale raczej parno, mimo to jednak od czasu, do czasu pojawiało się słońce. Ja tym razem nie miałem w ogóle ochoty na leżenie więc poszedłem sobie obejrzeć miasto.

 

Najpierw poszedłem do informacji turystycznej, która niestety okazała się nieczynna. W takim razie zacząłem się wspinać i doszedłem do centralnego placu miasta, na którym znajduje się kościół św. Anny. Kościoły mnie nudzą więc nie wszedłem do środka ale plac całkiem ładny. Tuż obok znajduje się konwent (Convento de san Francisco), który przykuł moją uwagę reklamą wystawy. Wystawa fotograficzna prezentowała zdjęcia wulkanu i dlatego skusiłem się. Wstęp zaledwie €1 i można przy okazji obejrzeć fajne krużganki i okalające je balkony, a wszystko to z 1524 roku.

 

Sama wystawa szału nie zrobiła, kilka zdjęć, jakieś filmy z erupcji, kombinezony ale niestety wszystko tylko po hiszpańsku. Szybko się stamtąd ulotniłem i zacząłem szukać zamku. Myślałem, że będzie to budowla gdzieś na wzgórzu, z której można oglądać całe miasteczko. Doszedłem tylko do ogrodu z bananowcami gdzie tuż obok mył samochód jakiś miejscowy. Spytałem go o ten zamek i wskazał raczej w dół. Poszedłem więc w tamtym kierunku ale po drodze znalazłem ładny punkt widokowy, z którego strzeliłem kilka fotek. Potem zszedłem do plaży, nie mając już nadziei, że odnajdę zamek.

 

Przy plaży była mapka z wszystkimi głównymi atrakcjami miasteczka i oczywiście był tam też Castillo de San Miguel. Dopiero wtedy do mnie dotarło, że znów ten malutki budyneczek nad brzegiem oceanu, to szumnie nazwany zamek. Dokładnie kopia tego z Puerto de la Cruz.

 

GARACHICO – zamek

 

Wróciłem do niezadowolonej Basi, bo nie za bardzo były możliwości na opalanie się i tylko czekała na mnie kiedy wrócę. W dodatku zgłodniała, więc trochę była zła. Zebraliśmy się i postanowiliśmy coś zjeść. Wybór padł na restaurację usytuowaną po drugiej stronie ulicy.

 

Kiedy weszliśmy tam, nie było nikogo. Sami więc wzięliśmy sobie menu i zaczęliśmy czytać bo znaleźliśmy po angielsku. Śmieszną rzeczą były ceny podawane również w pesetach, choć przecież euro wprowadzono w Hiszpanii już 7 lat temu. Nie mniej jednak, kiedy zaczytywaliśmy się w karcie, zjawił się kelner. Usiedliśmy przy pierwszym lepszym stoliku i zaczęliśmy się dalej zastanawiać. Nie chcieliśmy jeść czegoś bardzo ciężkiego, tak tylko żeby zaspokoić głód, choć ja wcale nie byłem głodny.

 

Kiedy ponownie zjawił się kelner, ja wybrałem ziemniaki w mundurkach i zupę kanarkową. Basia straszyła mnie, że to na pewno z kanarków i ona w życiu by tego nie zamówiła. Mało tego, Basia zrezygnowała z jedzenia w ogóle. Nie mogła znaleźć niczego odpowiedniego dla siebie. Kelner nie nalegał i zaraz przyniósł zupę kanarkową i wcale nie była z kanarków. To zwykły krem z tartych warzyw. Całkiem dobry. Ziemniaki w mundurkach były wraz z dwoma rodzajami sosów i prawdę mówiąc byłem zadowolony z zamówienia.

 

Basia poszła zapalić a ja poprosiłem o rachunek. Rachunek opiewał na kwotę €6.90. Wręczyłem mu więc banknot €20 i czekałem na €13.10 reszty. Bardzo szybko się zjawił z powrotem i wręczył mi na spodeczku... €43.10. Widocznie myślał, że dałem mu €50 no ale skoro się pomylił i od razu sobie poszedł więc i ja sobie poszedłem choć trochę mi go było żal, że tak dał ciała. Zostawiłem mu te €3 jako napiwek, bo naprawdę na niego zasłużył. Nie dość, że dobrze zjadłem to jeszcze zapłacił mi za to €30.

 

Kiedy Basia się dowiedziała, rzuciła, że tylko mi i jej Mamie zdarzają się takie przygody. Ale ja nie pamiętam kiedy wcześniej miałem taką przygodę. W każdym razie Garachico miło nas pożegnało, chociaż Basia była nadal głodna i trzeba było ponownie się gdzieś zatrzymać na jadło.

 

Następnym naszym postojem miała być oddalona od Garachico o 10 km na zachód miejscowość Buenavista del Norte. Jest to zaledwie pięciotysięczna wioska i jest najdalej na zachód położoną miejscowością Teneryfy. Stamtąd można już tylko dojechać do Punta de Teno ale najpierw musieliśmy się zatrzymać żeby coś zjeść.

 

W samym centrum miasteczka zauważyliśmy pizzerię więc tam skierowaliśmy nasze kroki od razu. W środku było pusto ale za ladą zauważyliśmy jakąś dziewczynę. Zapytałem o kartę i pani nam ją doniosła. Za dużego wyboru nie było więc zdecydowaliśmy się na jakąś pizzę. Basia wybrała, a ja wyciągnąłem sobie loda z zamrażarki i pokazałem pani żeby doliczyła do ceny.

 

Usiedliśmy przy stoliku w środku ale było nam niewygodnie i przenieśliśmy się na zewnątrz. Tam był niezły przeciąg ale przynajmniej chłodniej. Niestety nie wiedzieliśmy, że w tym miejscu jest jakaś istna plaga much. Pełno ich wszędzie latało i ciągle musieliśmy się od nich odganiać. Stało się to nie do zniesienia kiedy przyniesiono nam nasze zamówienie. Obok nas siedziała jakaś hiszpańska rodzinka i też walczyła z muchami. Chyba tylko ich dzieciom nie przeszkadzały te muchy, bo chłopiec i dziewczynka przez cały czas posiłku biegali. Nie tylko zresztą biegali ale i kładli się na tej brudnej podłodze albo brat na siłę ciągnął siostrę za szelki. Oczywiście sporo też krzyczeli i śmiali się i tylko czasem doskakiwali do stolika rodziców aby zjeść kęs pizzy.

 

Kiedy kończyliśmy jeść, wpadła kucharka ze sprayem i zagazowała wszystko co żyło jakimś muchozolem. Poprzeklinała jeszcze na te muchy do nas, na co tylko się uśmiechnęliśmy i poprosiłem o rachunek. Kiedy wychodziliśmy z knajpki, kucharka dalej gazowała muchy ale chyba nie za bardzo to pomagało.

 

Został nam teraz tylko kawałek drogi do wybrzeża. Według przewodnika mieliśmy zjechać do pola golfowego skąd wiedzie jeszcze kawałek niebezpiecznej drogi aż do końca czyli Punta de Teno. Pole golfowe znaleźliśmy i jechaliśmy dalej aż do momentu kiedy zatrzymaliśmy się przed tablicą ostrzegającą w języku angielskim, która informowała, że droga jest zamknięta i stał znak zakazu ruchu. Co prawda w przewodniku również była o tym wzmianka ale zaznaczono, że w czasie deszczu lub silnego wiatru.

 

Mimo tego pojechaliśmy dalej ale za chwilę była ta sama tablica po francusku i następna po niemiecku. Samochody jednak nas wymijały i jechały dalej. Byłem skonfudowany. Skłaniałem się mimo wszystko ku temu aby zawrócić bo znak zakazu ruchu jednoznacznie wskazywał na to, że jechać tam nie wolno i na tablicy nie było żadnej wzmianki o deszczu czy innej złej pogody. I tutaj przyszła z pomocą Basia, która niespodziewanie zaczęła mnie zachęcać abyśmy jednak tam pojechali, bo inni w ogóle się tą tablicą nie przejmują. Długo nie musiała mnie namawiać ale gdyby nie ona, raczej bym się wycofał.

 

Basia chyba jednak troszkę żałowała swej decyzji, bo droga okazałą się bardzo trudna. Wjechaliśmy na jakieś zbocze, wokół którego pięła się droga. Było już naprawdę wysoko, a od przepaści dzielił nas zaledwie niski murek. Rozhulał się też wiatr, a na drodze widzieliśmy porozbijane odłamki skalne. To było najgorszym czynnikiem powodującym zamknięcie drogi, bo pionowa ściana z lewej strony nie była ogrodzona siatką zabezpieczającą i stąd te kamienie na drodze. Minęliśmy kilka tuneli, a droga dalej wiła się serpentynami nad przepaścią. W dodatku zaczęliśmy słyszeć jakiś dziwny dźwięk wydobywający się z prawej strony naszego hyundaia. Generalnie rzecz ujmując było hardcore'owo ale mi się podobało. Basia troszkę piszczała kiedy zbliżaliśmy się do krawędzi ale jednocześnie dzielnie pstrykała zdjęcia bowiem widoki były naprawdę przepiękne. Mnie trochę ominęło ich podziwianie bo musiałem być skupiony na drodze ale oczywiście udało mi się czasem rzucić okiem na to, co było w dole.

 

W drodze do Punta de Teno

 

Punta de Teno to taki mały cypel schowany już za góry Teno, na którym stoją dwie latarnie morskie. Kiedy zjechaliśmy już w jego pobliże wszystko diametralnie się zmieniło. Przede wszystkim zrobił się niesamowity upał, zaczął wiać niemożliwie porywisty wiatr no i zmieniły się też widoki. Te znów zaczęły przypominać zachodnie USA bo czerwone skały i ziemia, a na nich wielkie kaktusy i małe krzaczki idealnie przypominały znajome z westernów krajobrazy.

 

PUNTA de TENO

 

Zaskoczyła nas też liczba samochodów, które ustawiły się przy drodze prowadzącej do latarni. Zrozumieliśmy, że nikt w tym kraju nie przejmuje się zakazami i całe szczęście, że nie wycofaliśmy się z pomysłu przyjazdu tutaj ponieważ bardzo się nam tu spodobało. To, że chyba jednak wolno tu wjeżdżać, potwierdził fakt, że widzieliśmy policjantów, którzy przyjechali sprawdzić czy wszystko w porządku.

 

Mieliśmy tradycyjny problem ze znalezieniem miejsca do zaparkowania, zrobiliśmy rundkę i musieliśmy ustawić się na końcu. Basia od razu wiedziała, że zostanie tutaj trochę dłużej, bo słońce grzało okropnie ale chłodny wiatr łagodził objawy upału. Najpierw jednak poszliśmy pod latarnię. Podobno są tam dwie ale my widzieliśmy tylko jedną, w dodatku wejście do niej było ogrodzone wysokim płotem i nie dało się podejść. Na tym malutkim cypelku gdzie stała, wiatr był tak silny, że nie można było zrobić kroku naprzód, a czapki trzeba było trzymać, bo momentalnie by nam je zwiało. Robiliśmy sobie zdjęcia ale znów się pokłóciliśmy o nie. To już kolejna kłótnia w tym temacie między nami. Oboje mamy zupełnie inne podejście do zdjęć i chyba nie rozumiemy się nawzajem. Mi zależy na uwiecznieniu miejsca, do którego jestem dodatkiem więc często umieszczam osobę gdzieś po bokach i rogach, a robię szerszą perspektywę krajobrazu/obiektu, natomiast Basi zależy aby być centralną postacią zdjęcia gdyż to jej się robi zdjęcie i ona ma być na nim. To tak w skrócie bo do końca nie rozumiem jej idei.

 

Po obejściu cypelka, trzeba było się zdecydować na jakąś plażę. Niestety obie były mocno kamieniste ale w końcu Basia wybrała sobie jedną. Sporo ludzi tłoczyło się na nich ale jakoś znaleźliśmy miejsce. Było cholernie ciężko położyć ręcznik bo zwiewało go natychmiast. Nawet jakieś papiery z plecaka mi wywiało, które musiałem gonić. W końcu usunęliśmy kamienie spod spodu i przyłożyliśmy na rogach ręcznika aby Basia mogła się jakoś położyć. Ja tymczasem poszedłem sobie do cienia. Cień zaoferował mi garaż na łódki, gdzie były jakieś belki drewniane, na których mogłem sobie usiąść. Było bardzo przyjemnie – schowany byłem przed piekącym słońcem, a jednocześnie wiatr powodował, że miło było sobie tak siedzieć i patrzeć na ogromne skały niemal wchodzące do oceanu.

 

Po 40 minutach przyszła Basia, która stwierdziła, że wystarczy. Zanim przyszła obmyślałem co dalej z dzisiejszym dniem i stwierdziłem, że wracamy bo sądziłem, że Basia na dłużej zawita na tej plaży. Tutaj jednak niespodzianka i szybko musiałem zweryfikować plan i wyszło mi, że jednak możemy skoczyć do słynnej Maski. Musimy się jednak mimo wszytko trochę pośpieszyć.

 

Poszliśmy szybko do samochodu, który był nagrzany do tego stopnia, że nie mogłem trzymać kierownicy. Jednak zanim ruszyliśmy, porobiliśmy sobie zdjęcia z kaktusami i skałami w tle. Oczywiście znów było kilka nieudanych prób z mojej strony ale jakoś to poszło. Teraz już mogliśmy wrócić na naszą zamkniętą drogę i wyjechać za góry.

 

Kiedy przejechaliśmy za góry, znów zmienił się klimat. Były gęste chmury, wilgotno i zrozumieliśmy wreszcie, że północna część wyspy, ograniczona przez wysokie góry absorbuje całą wilgoć z chmur, które nie potrafią przejść nad górami i dlatego jest tam i chłodniej, i wilgotniej. Naturalnie więc i roślinność wygląda zupełnie inaczej po północnej stronie. Południe natomiast jest ciągle osłonecznione i przez to suche, co znów ma wpływ na szatę roślinną. Tak więc mała wysepka, a dwie różne strefy klimatyczne, które można zmienić w ciągu kwadransa. Bardzo urocze i ciekawe doświadczenie. My znów znaleźliśmy się po tej chłodnej stronie i zmierzaliśmy najpierw w dół do Buenavisty ale kierowaliśmy się do jednej z głównych atrakcji Teneryfy – Maski.

 

Masca jest malutką górską wioską położoną na górskiej drodze o tej samej nazwie. Zamieszkuje ją około 150 osób a do końca lat 60 XX wieku, miała połączenie jedynie dzięki pasterskim ścieżkom. Asfaltową drogę zbudowano dopiero w latach 80 XX wieku. Mała wioska ma swój centralny plac oraz kościół. Domy są rozlokowane na górskich stokach, których nachylenie sięga 75° i na których rosną cyprysy i palmy.

 

Jednak główną atrakcją jest chyba sama trasa. Mieliśmy tego za chwilę doświadczyć. Na początku było klasycznie. Wjeżdżaliśmy pod strome góry i mijaliśmy po drodze drobne wioski ale droga była szeroka i dobrze utrzymana. Widoki kolejny raz były inne. Wysokie góry były porośnięte soczystą zielenią, choć przecież były to te same góry, które chwilę wcześniej widzieliśmy od południowej strony i które prezentowały tylko gołe skały. Tym razem, jak słusznie zauważyła Basia, mogliśmy poczuć się jak w Ameryce Południowej. Takie skojarzenie samo się nasuwało.

 

Początek drogi do Maski

 

Za chwilę byliśmy już tak wysoko, że wjechaliśmy w chmury. Było wilgotno i widoczność nam spadła. Nadal mijaliśmy wioski ale ciągle wjeżdżaliśmy wyżej w masyw Teno. Zatrzymaliśmy się kilka razy na sesje fotograficzne m.in. po to by uwiecznić dziwnie pociętą górę. Tak jakby ogromna łapa z pazurami wydrapała spory kawał ziemi (zapewne zrobili to ludzie mimo wszystko, choć nie wiem po co) lub w miejscowości, przez którą ciągnęła się nasza trasa, a którą obłożono palmami, co tworzyło piękną alejkę.

 

W końcu znów wjechaliśmy na tyle wysoko, że chmury były poniżej więc pojawiło się słońce i zaczął się upał. Trasa też zmieniła się bo zaczęły się strome podjazdy i ogromne przepaście. Do tego ciągłe serpentyny aż wreszcie droga zmieniła się w ekstremalne doznania. Mijanie się na tej wąskiej drodze to rzecz trudna, bo droga jest generalnie dość wąska. Mało tego, często nie ma długich odcinków prostych bo ona cały czas idzie pod górę. Kiedy wchodzi się w wiraż, natychmiast trzeba zrzucić z dwójki na jedynkę żeby w ogóle podjechać. Skręcamy więc i jednocześnie redukujemy bieg, a często jeszcze trzeba uważać żeby nie spaść kiedy z góry zjeżdża inny samochód. Modliliśmy się aby nie pojawił się jakiś autokar bo byłby to naprawdę trudny manewr.

 

Wjazd do Maski

 

W połowie drogi mogliśmy wreszcie się zatrzymać. Dojechaliśmy do wioski. Troszkę miejsca na zaparkowanie i odetchnięcie bo taka jazda wyczerpała mnie zarówno psychicznie jak i fizycznie. Kiedy zerknąłem na trasę, którą przed chwilą jechałem aż ciarki mi przeszły. Ale teraz była okazja obejrzeć wioskę. Domki wykute z bloków skalnych widać porozmieszczane wokół centralnego punktu, którym jest kościół. Zeszliśmy tam wraz z grupą Rosjan, którzy też akurat przyjechali. Była tam też knajpka i sklepy z pamiątkami. Jak widać Masca już straciła swój urok i zamieniła się w skomercjalizowane miejsce przeznaczone dla turysty. W jednym ze sklepów można było kupić nawet gąbkę. Ale taką prawdziwą gąbkę-zwierzę.

 

Widoki naprawdę piękne. Gdzieś tam między górami przebijał się błękit oceanu, nad nami palące słońce, a dookoła palmy, cyprysy i domki. Widać też wspomnianą drogę, którą raz po raz zjeżdżali kolejni śmiałkowie i zwykle zatrzymywali się tam gdzie my. Czasem jechali też zapewne miejscowi, którzy znają tę drogę dość dobrze i turyści ich tylko denerwują. Sam też przepuściłem chwilę wcześniej ostro szarżującą kobitkę, która podziękowała klasycznym naciśnięciem klaksonu.

 

MASCA i droga dojazdowa na zboczach gór

 

MASCA

 

Po obejrzeniu Maski ruszyliśmy w dalszą drogę. Dalej było kręto i niebezpiecznie ale znów naszym głównym zmartwieniem nie było to, że wpadniemy za ten niski murek w przepaść sami z siebie ale raczej ten dziwny dźwięk, który nam towarzyszył dochodzący z prawej strony samochodu. Dawało nam to do myślenia.

 

Niedługo potem wjechaliśmy na szczyt. Trudno powiedzieć czego ten szczyt ale dalej już droga zjeżdżała więc można powiedzieć, że to koniec drogi Masca. Kiedy zatrzymaliśmy się na małym parkingu obok innych samochodów, oczom naszym ukazał się Pico del Teide. Lśnił sobie w blasku już zachodzącego powoli słońca. Dookoła szczyty mniejszych gór, w oddali ocean a na dole kręta droga prowadząca do Maski.

 

Zjazd był dużo szybszy i łagodniejszy. Musieliśmy zrezygnować z jeszcze jednej atrakcji, którą sobie dopisałem na dzisiejszy dzień – Los Gigantes. Co prawda było stąd niedaleko ale nadal trzeba było się przebijać przez góry, a robiło się późno więc nie ma sensu próbować. Zamiast skręcać w prawo na Los Gigantes, skręciliśmy na skrzyżowaniu w Santiago del Teide w lewo i ruszyliśmy w dół prosto do Puerto de la Cruz.

 

Droga dużo szersza i o lepszej nawierzchni no i cały czas łagodny zjazd. Nie na tyle aby szarżować jak miejscowi (znów ustąpiłem młodym kolesiom, którzy trąbili i krzyczeli w podzięce za odblokowanie pasa) ale jechało się przynajmniej na czwórce. Powoli zjeżdżaliśmy i oczywiście zmieniał się krajobraz, szybko znaleźliśmy się w chmurach, potem chmury były nad nami i już na światłach jechaliśmy autostradą.

 

Było ciemno kiedy wjechaliśmy do Puerto. Już na pamięć znaliśmy nasze miasto i bez problemu podjechaliśmy pod nasz hotel. Zmęczeni ale zadowoleni i pełni wrażeń poszliśmy do pokoju aby się wykąpać a potem na kolację. Tam jak zwykle to samo, Hombre szalał i znów przyniósł dwa piwka, a my zostawiliśmy mu €3 na stoliku, na którym kolejny raz zostawiłem ślad po burakach.

 

Na wieczór nie planowaliśmy żadnych atrakcji więc szybko położyliśmy się spać. Jeszcze tylko trzeba było zmienić opatrunek na Basinym palcu i mogliśmy układać się spać. Po takiej dawce atrakcji nie było problemów z zaśnięciem.

 

Zobacz video z całego dnia: http://www.youtube.com/watch?v=IPblC5C-jXs

 

Dzień 5: Puerto de la Cruz – Punta de Teno - Masca – Puerto de la Cruz 150km

 

 

Dzień 6 – 23 sierpnia 2009 – niedziela

 

KOMERCJA

 

 

W związku z tym, że skróciliśmy naszą wczorajszą wyprawę, wyjazd na Los Gigantes musiał się odbyć dzisiaj. Chcieliśmy połączyć to z wizytą w wąwozie Barranco del Infierno i ewentualnie wreszcie pojechać na południowe wybrzeże do słynnego Los Cristianos z plażą Las Americas.

 

Trzeba było więc wstać wcześnie. Śniadanie już w ogóle nas nie zaskoczyło, uwinęliśmy się szybko i po chwili byliśmy na trasie do Los Gigantes. Oczywiście nie było mowy o jeździe przez Maskę więc droga była łatwiejsza. Jechaliśmy tą samą trasą, którą wczoraj wracaliśmy z Maski. Było więc dużo łatwiej. W Santiago del Teide nie skręciliśmy do Maski tylko pojechaliśmy prosto do Los Gigantes.

 

W czasie drogi, znowu odezwały się dziwne dźwięki dochodzące z prawej strony. Zaciekawiło mnie jednak to, że pojawiły się w momencie kiedy wzdłuż trasy wybudowany był murek ze szparami. Kiedy zacząłem analizować sprawę, wyszło mi, że w momencie kiedy mijaliśmy szparę, słychać było powietrze przelatujące nią. Kiedy się przyspieszało, naturalnie częściej to słyszeliśmy i w ten sposób doszedłem do wniosku, że dziwny dźwięk to po prostu powietrze przelatujące przez dziury w murze... Banalne. Zrobiłem jeszcze eksperyment i powiedziałem o tym Basi, która potwierdziła, że to jest to.

 

Wkrótce potem wjechaliśmy do Gigantów. Minęliśmy je w mgnieniu oka ale na widok zaparkowanych samochodów, zatrzymaliśmy się aby móc pójść i obejrzeć tę atrakcję. Była tam bowiem mała kawiarenka, usytuowana na wprost tych potężnych klifów, gdzie mieliśmy wypić sobie kawę.

 

Los Gigantes (http://www.losgigantes.com/) to niewielkie miasteczko położone na zachodniej części wyspy. W miejscowości znajdują się strome 600-metrowe klify znane pod nazwą Acantilados de los Gigantes oraz port jachtowy. Jest miasteczkiem turystycznym.

 

LOS GIGANTES

 

My do miasteczka nie zamierzaliśmy wjeżdżać, wystarczył nam rzut oka na klify. Siedliśmy sobie więc w kawiarence, zamówiłem kawę i tak spędziliśmy miło kilka chwil. Pogoda była ładna więc nie mogliśmy narzekać na widoczność. Kilka fotek i już mogliśmy dalej zjeżdżać w kierunku oceanu.

 

Chcieliśmy zatrzymać się na jakiejś ciekawej plaży bo jechaliśmy teraz wzdłuż zachodniego wybrzeża ale kolejny raz nie było miejsca aby zaparkować. Minęliśmy więc miasteczko Puerto Santiago i pojechaliśmy dalej w kierunku Adeje, gdzie zamierzaliśmy przejść 3-godzinny górski szlak w "piekielnym wąwozie".

 

Zanim wjechaliśmy do Adeje, staliśmy jakieś 10 minut na rondzie. Tyle nam zeszło bo był chyba jakiś zlot motocyklistów i jak oni wjechali na to rondo, to jechali przez te 10 minut. Naprawdę setki różnych motorów przemknęło i co niektórzy mniej cierpliwi kierowcy, którzy stali z nami w kolejce zaczęli się wycofywać. Okazało się, że na rondzie stał jeszcze gościu, który kierował ruchem więc była to akcja ściśle zorganizowana.

 

Potem jednak mogliśmy już wjechać do miasta. Chociaż tak naprawdę to nawet nie wiedzieliśmy czy to jest Adeje bo żadnej tabliczki nie zauważyliśmy. Miasto wyglądało na opuszczone ale najwidoczniej było to spowodowane niedzielnym przedpołudniem. Przejechaliśmy kawałek i zatrzymaliśmy się w centrum. Było na szczęście jedno miejsce wolne, co prawda w słońcu ale lepsze to niż nic. Trzeba było się teraz zorientować gdzie się znajdujemy i jak dostać się do tego wąwozu. W przewodniku podano nam nazwę restauracji, z której rozpoczyna się ta piesza trasa. Teraz należało ją tylko znaleźć.

 

Przeszliśmy się kawałek po kilku uliczkach aby znaleźć być może nazwę tej ulicy ale nie wyszło nam to dobrze. Nie mogło się więc obejść bez zapytania kogoś. Generalnie wszystko było zamknięte ale dostrzegliśmy otwartą aptekę więc tam uderzyliśmy. Facet był zajęty klientem ale zaraz pojawiła się starsza pani i to z nią przypadła mi przyjemność rozmowy. Ale wystarczyła nazwa ulicy aby pani wiedziała, że tak naprawdę chodzi nam o wąwóz. Narysowała nam trasę, która była dość prosta i mogliśmy się już tam kierować.

 

Barranco del Infierne to dawna ścieżka pasterska, którą wchodzi się w surowy górski świat bez cienia i praktycznie bez roślinności. Praży więc niemiłosiernie, a potem w miarę zbliżania się do "piekielnego wąwozu", którym płynie strumień, ukazuje się gęsta roślinność. Na samym końcu, podczas deszczu, często można podziwiać wodospad.

 

Taki opis bardzo mnie zachęcił do przejścia tej trasy ale Basia niezbyt ekstatycznie wypowiadała się w tej kwestii. Jednak również i ona zdecydowała się na przebranie. A przebierać zaczęliśmy się na parkingu przy wspomnianej restauracji. Było pusto zupełnie ale sądziliśmy, że będziemy mogli tu się zatrzymać. Kiedy skończyliśmy podszedł do nas jakiś facet i spytał czy przyjechaliśmy do restauracji. Wyjaśniłem, że owszem ale najpierw chcemy iść do wąwozu. Na co on rzucił tylko: "Barranco jest nieczynny". Zamurowało nas. "Jak to nieczynny?", nie dowierzaliśmy nadal jego słowom. Postanowiliśmy więc sami to sprawdzić i podeszliśmy do miejsca gdzie zakupuje się bilety. Kasa była czynna i jakaś grupka Czechów dyskutowała z bileterką. Zapytałem więc czy to prawda i okazało się, że do końca września wąwóz będzie restaurowany.

 

Jedyne co nam pozostało to podejść do barierki na platformie i rzucić okiem na tę trasę wśród gór. Byłem bardzo zawiedziony takim obrotem sprawy. Zerknęliśmy tylko w dół i z tej złości poszliśmy na kolejną kawę do tej restauracji. Ja byłem zły ale Basia w sumie się cieszyła, bo przerażał ją 3-godzinny marsz po górach w upale. Za to mogliśmy dłużej pobyć na plaży, do której teraz zmierzaliśmy i którą było widać z tarasu restauracji.

 

Wyjazd z miasta jednak okazał się koszmarem. Jeździliśmy w kółko bo nie umieliśmy wyjechać z powrotem na trasę dookoła wyspy. Non-stop wracaliśmy w te same miejsca ale w końcu jakoś wyjechaliśmy choć musieliśmy przejechać kawałek w drugą stronę. Dopiero po nawróceniu mogliśmy normalnie kierować się w kierunku Las Americas czyli najbardziej skomercjalizowanej części Teneryfy.

 

Wjazd do tego miejsca był dość prosty i nawet od razu zauważyliśmy wolne miejsca na parkingu ale zapragnęliśmy znaleźć lepsze i wjechaliśmy do samego centrum. To oczywiście jedno wielkie skupisko hoteli, pensjonatów, restauracji, kasyn i innych tego typu podobnych miejsc. Przez środek biegnie promenada, którą przechadzają się skąpo odziani turyści.

 

Objechaliśmy więc to wszystko dookoła ale lepszego miejsca nie znaleźliśmy więc wróciliśmy na nasze pierwotne i zaparkowałem pod palmą. Przebraliśmy się w stroje do opalania, zabraliśmy niezbędny sprzęt i ruszyliśmy w kierunku plaży. Byliśmy trochę głodni więc zerknęliśmy do jednej z knajp, która rozbawiła nas swoją reklamą "International kitchen". Ale facet, który wyszedł do nas, zaczął nam objaśniać co i jak i wyszło, że za niespełna €9 możemy zjeść porządny obiad. Skusiło nas to i weszliśmy.

 

W środku od razu zaopiekowała się nami pani kelnerka, przełączyła na angielskojęzyczny kanał w TV bo byliśmy jedynymi gośćmi w tej chwili. Za moment wylądowały na naszym stoliku potężne puchary wypełnione lodem i coca-colą, a tuż za nimi nasze obiadki. Był miły chłodek, a za oknem spoglądał na nas potężny Pico del Teide, który był cały skąpany w ostrym słońcu padającym na tę część wyspy.

 

W czasie posiłku nieśmiało zapytałem Basi czy wzięła ze sobą ręczniki i okazało się, że gapa jest i nie wzięła. Wiedzieliśmy więc, że trzeba będzie się wrócić po nie do samochodu. Całe szczęście, że nie uszliśmy znów tak daleko jak mogliśmy.

 

Z ręcznikami mogliśmy już iść prosto na plażę. Ale plaża to dla mnie duże rozczarowanie. Sztucznie wysypany żółty piasek, został już tak zadeptany, że zrobiło się z tego klepisko. Wejście do wody to dobre miejsce na trening dla fakira bo ostre kamienie wbijają się w stopy, a pół metra od brzegu znajduje się potężna skała, na której trudno się znowu utrzymać gdy fale oceanu nas bombardują. Wybraliśmy jakieś miejsce, słońce było wysoko i naprawdę ostro dawało. Wokół nas sporo osób, niektóre pod parasolami, niektórzy bielsi ode mnie. Wiadomo było, że to Angole i to takie wieśniackie panny i kolesie.

 

Ja tradycyjnie poszedłem na spacer bo nie mogłem wytrzymać w tym skwarze. Jednak nic interesującego nie znalazłem. Zamknięte WC, kilka sklepów nad brzegiem i nic poza tym. Wróciłem do Basi, która poszła się popluskać, a ja zmieniłem ją chwilę później. Ale naprawdę nie było w tym przyjemności bo dno jest fatalne, a woda dodatkowo ciągnęła za sobą stertę kamieni, które obijały stopy. Zdecydowanie plaże na Teneryfie są niskiej jakości.

 

O godzinie 17.00, kiedy człowiek bez ręki przyszedł na plażę i rozłożył się obok nas, my zaczęliśmy się zbierać. O 17.30 byliśmy już pod samochodem choć aby tam dojść zrobiliśmy duże koło. Przeszliśmy się inną uliczką, mijając np. nocne kluby, które zaczynały być otwierane. Słońce ani na moment nie przestawało grzać, a my już zdecydowanie musieliśmy się przebrać w suche rzeczy.

 

Wyjazd na autostradę nie przysporzył nam żadnych problemów i po chwili już cięliśmy dwupasmówką w kierunku Santa Cruz. Postanowiłem jechać autostradą, mimo że robiliśmy wielkie koło ale na pewno będziemy szybciej niż przez te góry. Rzeczywiście kiedy wjechałem na lewy pas i pocisnąłem 120km/h momentalnie minęliśmy nasze lotnisko, a potem już tylko wypatrywaliśmy stacji benzynowej bo zaplanowałem zatankować do pełna, co miało nam starczyć już do końca.

 

Na stacji, na której zatankować planowaliśmy był ogromny tłok. Pani, która nas obsługiwała, robiła to jednocześnie w 4 innych samochodach. Wkładała tylko węże do baków i szła do innego. Kiedy wybijało, że pełny, zakręcała, kasowała i szła do następnego. Bardzo duży ruch był tam. Kiedy nam wybiło i pokazało, że €15 mamy zapłacić wydało mi się to trochę za mało. Kiedy odjechaliśmy rzeczywiście wskaźnik przesunął się tylko trochę ale nie było to do końca.

 

Dojeżdżając do Santa Cruz, chcieliśmy ominąć to miasto jak najszybciej. Niestety pierwszy zjazd przegapiliśmy ale na drugim już się udało i mogliśmy bez kluczenia wjechać na północną część autostrady, która poprowadziła nas prosto do Puerto de la Cruz. Tam niestety niemiła niespodzianka bo wielu ludzi wracało z weekendowego wypadu i wszyscy teraz zapragnęli wjechać do miasta. Spowodowało to ogromny korek i nasza podróż przez miasto trwała aż 41 minut. To tyle ile cała podróż z plaży prawdopodobnie.

 

Po kolacji, która oczywiście nas niczym nie zaskoczyła, i na której pobrudziłem obrus burakami, postanowiliśmy pójść w miasto. Zeszliśmy sobie aż do laguny i obserwowaliśmy nocne życie miasta. Spotkaliśmy grupę bębniarzy, którzy dawali koncert na ulicy, potem wmieszaliśmy się w tłum idący wąskimi uliczkami obok Murzynów sprzedających różne wisiorki i paciorki. Wróciliśmy do hotelu już naprawdę zmęczeni. Szybko więc zasnęliśmy. To był kolejny udany dzień.

 

Dzień 6: Puerto de la Cruz – Las Americas – Puerto de la Cruz 240km

 

 

Dzień 7 – 24 sierpnia 2009 – poniedziałek

 

PIRAMIDY I POSĄGI

 

 

Na śniadaniu nie było Hombre. Spodziewaliśmy się, że musi mieć jakieś wolne i dzisiaj właśnie się to zdarzyło. Zastępował go Prosiak, który trochę chyba się stresował swoją rolą ale umówmy się – nie miał za dużo roboty. Menu jednak oczywiście się nie zmieniło.

 

Na dzisiejszy dzień zaplanowaliśmy najpierw wizytę w muzeum wina. Żeby się tam dostać musieliśmy zjechać z autostrady bo muzeum znajdować się miało w miejscowości El Sauzal. Znaleźliśmy drogowskaz i rondo, na którym policja kontrolowała jakiegoś kierowcę. Zjechaliśmy w dół do miasteczka i zatrzymałem się na początku jakiejś głównej drogi. Po zaparkowaniu, wyszliśmy w poszukiwaniu jakiegoś znaku naprowadzającego.

 

Przeszliśmy uliczką mijając sennie wyglądających mieszkańców, którzy podlewali swoje trawniki, potem przeszliśmy obok kliniki dla upośledzonych aż wreszcie doszliśmy do jakiegoś placu na którym znajdował się kościół oraz wysoko obok hotel. Niestety żadnego znaku na temat muzeum. Konieczne było zasięgnięcie informacji u miejscowych. Moje myśli kierowały się w stronę hotelu aby w recepcji zapytać, jednak tym razem do akcji wkroczyła Basia, która podeszła do 4 pielęgniarek z pobliskiej kliniki, które wyszły sobie na przerwę i siedziały na ławeczce.

 

Pielęgniarki zdołały nam wytłumaczyć, że błędem było z naszej strony zjeżdżanie do miasta bo muzeum znajduje się gdzieś przy autostradzie i to w kierunku Puerto. W takim razie pomyślałem od razu, że będziemy musieli zajrzeć tam w drodze powrotnej.

 

Wróciliśmy do samochodu i skierowaliśmy się stromymi uliczkami w górę ku autostradzie. Kiedy znaleźliśmy się na rondzie, dopiero wtedy zauważyliśmy drogowskaz na muzeum wina. Tuż obok był parking i tam szybko się znaleźliśmy. Niestety bardzo się rozczarowaliśmy. Nie z tego powodu, że coś było nie tak ale po prostu w poniedziałki muzeum jest nieczynne.

 

W takim razie wjechaliśmy z powrotem na autostradę i pojechaliśmy już prosto w kierunku Guimar. Kiedy omijaliśmy stolicę Teneryfy – Santa Cruz, zmieniliśmy strefę klimatyczną i poranny chłodek i całkowity brak słońca, zastąpiony został prażącym słońcem i potwornym upałem. Wkrótce potem zobaczyliśmy drogowskaz na Guimar i po chwili znaleźliśmy się w mieście. Oczywiście interesowała nas jego największa atrakcja czyli piramidy.

 

W wiosce Güímar (http://www.piramidesdeguimar.net/index.htm), na wschodnim wybrzeżu Teneryfy, znajduje się sześć piramid schodkowych o prostokątnej podstawie. Są one zagadką dla archeologów ze względu na wyraźne podobieństwo do piramid budowanych w Meksyku przez Majów i Azteków. Przez dłuższy czas uważano, że piramidy to jedynie kupy kamieni ułożone przez miejscowych rolników, którzy znajdowali je podczas orania pól i składali je na skrajach swoich pól. Była to niegdyś częsta praktyka na Wyspach Kanaryjskich. Według miejscowych i starych rysunków oraz zdjęć w wielu miejscach na wyspie istniały takie piramidki, jednak zostały one rozebrane i użyte jako tani materiał budowlany. W samym Güímarze było dziewięć takich piramid, z których zostało jedynie sześć. W 1991 słynny odkrywca Thor Heyerdahl zbadał piramidy i odkrył, że nie mogą to być przypadkowe kupy kamieni. Heyerdahl odkrył również, że piramidy zostały ustawione w szczególny sposób ze względów astronomicznych. Mimo tych odkryć, Heyerdahlowi nie udało się ustalić wieku piramid ani odpowiedzieć na pytanie kto je zbudował.

 

Znaki prowadziły nas do piramid ale jeździliśmy dosłownie po całym mieście. Niektóre uliczki były tak wąskie, że ledwie mieścił się w nich jeden samochód. W końcu dojechaliśmy pod te piramidy ale tuż przed nosem zajął nam ostatnie miejsce jakiś samochód. Musieliśmy odjechać gdzieś dalej i szukać wolnego miejsca. Wszędzie roboty drogowe i ciężko było manewrować między buldożerami ale w końcu coś znaleźliśmy.

 

Musieliśmy iść pieszo do tego parku, w którym znajdowały się piramidy. Basia zakupiła bilety i najpierw udaliśmy się do sali na projekcję filmu o Thorze Heyerdahlu. Długo czekaliśmy na rozpoczęcie emisji ale sam film był dość ciekawy. Sporo interesujących faktów na temat tego miejsca i wypowiedzi samego Thora.

 

Potem już tylko wyszliśmy na plac podziwiać piramidy. Zrobiliśmy duże kółko i obejrzeliśmy je sobie dość dokładnie. Dodatkowo trafiały się też ciekawe okazy miejscowej flory, podpisane rzecz jasna więc mogliśmy np. zobaczyć drzewo mango. Na koniec weszliśmy do dużego namiotu, w którym umiejscowione były repliki łodzi Thora, na których udowodnił światu, że migracje ludzi między kontynentami były możliwe.

 

GUIMAR – piramidy

 

Było bardzo gorąco więc szybko czuliśmy pragnienie. Na terenie obiektu była knajpka i tam przysiedliśmy sobie. Chcieliśmy się napić czegoś zimnego i padło na shake bo był spory wybór. Poszła Basia i wróciła wściekła na gościa z obsługi, bo nie mogła się z nim dogadać choć on ją rozumiał ale ona jego już nie.

 

Kiedy skończyliśmy i wyszliśmy na zewnątrz, została nam już tylko droga do auta. Musieliśmy minąć robotników i kiedy akurat byliśmy niedaleko ich, jeden z nich zapytał po angielsku skąd jesteśmy. Bardzo się ucieszył kiedy słyszał, że z Polski. "Ah, polaco!" – krzyknął do kolegi. Potem przejechaliśmy obok nich i użyłem klaksonu żeby mu jeszcze raz przypomnieć o naszym istnieniu. Pomachał nam na pożegnanie, a my ruszyliśmy w kierunku autostrady.

 

Chciałem spróbować wyjechać jakoś ale mimo wszystko musieliśmy wjechać do miasta. Tam pokręciliśmy się trochę bo jakoś drogowskazów nie widzieliśmy i wreszcie znaleźliśmy jakąś drogę w kierunku morza, a co za tym idzie autostrady. Niestety nie dane nam było zjechać od razu na autostradę i znaleźliśmy się po drugiej stronie autostrady w rejonie jakichś fabryk. Przejechaliśmy wzdłuż tego miejsca i za chwilę znaleźliśmy zjazd na autostradę. Daleko nie ujechaliśmy bo korzystając z okazji wstąpiliśmy do kolejnego małego miasteczka na wschodnim wybrzeżu.

 

Candelaria (http://www.candelaria.es/) to niespełna 20-tysięczne miasteczko słynące z kultu Virgen de Candelaria czyli ciemnoskóra (!) Matka Boska, której obraz znajduje się w miejscowej bazylice. Bazylika zajmuje centralny plac, na którym ustawione są nadnaturalnej wielkości posągi z brązu. Zostały wykonane w 1993 roku i przedstawiają tubylczych królów, którzy władali Teneryfą, w chwili kiedy rozpoczęła się hiszpańska konkwista. Władcy Guanczów odziani są w skóry, a w rękach dzierżą dzidy.

 

My wjechaliśmy od drugiej strony i z początku nie wiedzieliśmy gdzie znajdują się te posągi, bo głównie dla nich się tu pofatygowaliśmy. Jednak tak się złożyło, że zostawiliśmy auto na wzgórzu i po chwili dostrzegliśmy w oddali plac z bazyliką i owe posągi. Postanowiliśmy zrobić sobie spacer i ruszyliśmy w kierunku bazyliki.

 

Główna aleja prowadząca przez miasto do ogromnego placu przed bazyliką, upstrzona była kolorowymi fatałaszkami, co prawdopodobnie wiązało się z jakimś lokalnym świętem kościelnym. Wtedy dopiero uświadomiliśmy sobie, że Madonna z Candelarii jest czarna bo zauważyliśmy malunek na jednej ze ścian. Na placu nie było sporo ludzi więc mogliśmy sobie zrobić zdjęcia przy posągu.

 

CANDELARIA – posągi królów Guanczów

 

Tuż obok odkryliśmy wąską plażę ale zanim tam chcieliśmy się udać, postanowiliśmy najpierw coś zjeść. Na placu była jakaś oblegana restauracja więc tam skierowaliśmy nasze kroki. W restauracji, wzięliśmy menu z lady i zaczęliśmy czytać ale starszy kelner sam wziął je i zaczął nam pięknie recytować listę dań, oczywiście po hiszpańsku. Kiedy skończył, powiedziałem mu, że nie zrozumieliśmy i wtedy nas zostawił. My natomiast po namyśle wybraliśmy to, co zrozumieliśmy czyli spaghetti. Poszliśmy sobie na dwór i czekaliśmy na kelnera.

 

Obiad przyszedł szybko. Dostaliśmy też świeżutkie bułeczki, co trochę nas zaskoczyło, ale były naprawdę dobre. W czasie kiedy jedliśmy sobie, wybiła 15.00 i dzwon na bazylice dał znać o sobie. Chwilę później szliśmy już wolnym krokiem ku bazylice. Wewnątrz niczego oryginalnego nie było, poza tym dziwnym obrazem z czarną Madonną.

 

W bazylice nie zabawiliśmy zbyt długo i przenieśliśmy się ponownie pod pomniki. Tam był sztuczny falochron, o który rozbijały się potężne fale Atlantyku. Każda fala roztrzaskiwała się o betonowy brzeg i powstawała ogromna fontanna wody.

 

Idąc wzdłuż pomników, dotarliśmy do schodków na plażę. Tuż obok, morze wyrzuciło na brzeg kokosa. Rozbiłem go i sprawdziliśmy czy rzeczywiście w środku jest to, co powinno być. Niestety chyba raczej ten orzech był już lekko przeterminowany ale wylało się z niego mleczko o charakterystycznym zapachu.

 

Zostaliśmy już na plaży. Rozłożyliśmy się obok dwóch innych par. Było chłodno bo ocean był dość wzburzony i wiało od niego na tyle, że nie odczuwaliśmy piekącego słońca. Fale raz po raz zbliżały się do naszych ręczników więc z nudów zacząłem budować falochron z kamieni. Basię to rozbawiło bo bawiłem się jak sześciolatek. Woda jednak coraz częściej nas podmywała i gdybyśmy zostali tam jeszcze trochę, w końcu by nas zalało całkowicie. No chyba, że mój falochron by to wytrzymał.

 

Basia stwierdziła, że wystarczy tego opalania kiedy wybiła 17.00. Zaczęliśmy się zbierać z plaży. Znów wszędzie mieliśmy ten czarny piasko-popiół. Trzeba było porządnie wyczyścić torby, ubrania i ręczniki. Przeszliśmy sobie całe miasto zanim dotarliśmy do samochodu. Był jak zwykle nieźle nagrzany od tego słońca. Na dziś skończyliśmy nasze zwiedzanie.

 

Zobacz video z całego dnia: http://www.youtube.com/watch?v=q0lq0NQxAH0

 

Pojechaliśmy prosto do Puerto, omijając zgrabnie tym razem Santa Cruz. Oczywiście kiedy wjechaliśmy na obwodnicę, pogoda zmieniła się diametralnie i znów widać było chmury zatrzymane przez wysokie góry, które nie dopuściły aby się przemieściły dalej w głąb wyspy.

 

Pozostała część wieczoru minęła nam standardowo. Najpierw kolacja a potem Basia zaczęła się przymierzać do pakowania. Jednak sen zmorzył nas dość szybko i już o godzinie 22.00 byliśmy przygotowani do snu. Jutro ostatni dzień naszego pobytu.

 

Dzień 7: Puerto de la Cruz – Guimar – Puerto de la Cruz 130km

 

 

Dzień 8 – 25 sierpnia 2009 – wtorek

 

WINO, PLAŻA I PODRÓŻE

 

 

Wstajemy o godzinie 9.00. Najpierw śniadanie, nasz ostatni posiłek w hotelu. W pokoju oczywiście czas na pakowanie. Basia się tym zajmowała i bez przeszkód sobie z tym poradziła. Oczywiście biegaliśmy po pokoju, bo co jakiś czas przecież czegoś zapominaliśmy, trzeba było się przepakować itd.

 

Na koniec zostawiliśmy pokojówkom nasze drobniaki, kilka butelek wody mineralnej i piwo, którego nie wypiłem bo nie było lodówki. Tak zapakowani, mogliśmy wyjechać z walizkami na korytarz, a potem prosto do samochodu. Zszedłem na dół oddać klucz i pożegnać się z recepcją. Tym razem siedziała jakaś babka i chyba zrozumiała, że już się zmywamy na stałe.

 

Najpierw chcieliśmy podjechać do tego muzeum wina, choć we wtorki czynne było trochę później. Wiedzieliśmy już dokładnie gdzie zjechać i się zatrzymać. Po zaparkowaniu nadal mieliśmy trochę czasu więc skorzystaliśmy z okazji i weszliśmy do kawiarenki nad skarpą. Zamówiliśmy sobie po kawie i czekaliśmy na otwarcie muzeum.

 

W muzeum (http://www.tenerife.es/Casa-vino/inicioing.htm), które znajdowało się 100m dalej, przywitała nas przewodniczka. Muzeum jest darmowe, a pani siedząca w recepcji ubrana była w starodawny strój. Powiedziała nam kilka szczegółów na temat tego budynku, a potem pokazała jedną z sal, z pięknym 400-letnim sufitem. Następnie zaproponowała film na DVD w dwóch wersjach: 7- i 18-minutową. Wybraliśmy tę krótszą, która pokazała nam trochę historii muzeum, a trochę sposób w jaki produkuje się wino na Teneryfie.

 

Zobacz video reklamujące muzeum: http://www.youtube.com/watch?v=IzKaMesGyUI

 

 Potem przeszliśmy się po całym budynku, w którym znajdowały się porozwieszane na ścianach stare zdjęcia, pokazujące jak kiedyś wyglądał ten obiekt oraz w jaki sposób produkowano tu wino. Dalej była restauracja, pokój do próbowania wina oraz muzeum właściwe. Sporo różnych rzeczy związanych z wytwarzaniem wina na całej Teneryfie. Dowiedzieliśmy się np., że na wyspie istnieją 24 różne szczepy winogrona.

 

W dalszej części budynku było przejście do muzeum miodu. Dużo skromniejsze ale jednak też całkiem fajne. Zrobione na taki sam pomysł jak to z winem. Następne drzwi prowadzą już do sklepu, w którym można kupić naprawdę najróżniejsze wina i to zarówno jeśli chodzi o cenę, wielkość jak również smak.

 

Przy ladzie jakiś Szwed miał ustawione chyba z 50 butelek. Widać, że często tu przyjeżdża bo nawijał już po hiszpańsku. My obejrzeliśmy sobie te skarby, po czym jednak zdecydowałem się wziąć jedną butelkę. Wahałem się głównie z powodu ewentualnego nadbagażu w drodze do Polski.

 

Na parkingu ustawiłem GPS na parking koło supermarketu w stolicy wyspy – Santa Cruz. Santa Cruz de Tenerife liczy 220 tys. mieszkańców i jest drugim, po Las Palmas, co do liczby mieszkańców miastem Wysp Kanaryjskich i zarazem największym miastem Teneryfy. To zaledwie kilkanaście kilometrów od Sauzal więc nie powinno zająć nam dużo czasu znalezienie tego miejsca. Jechało się całkiem dobrze, potem w mieście, jak to w mieście, trzeba było być ostrożnym ale jakoś szło. Przejeżdżaliśmy obok symbolu tego miasta czyli Auditorium. To ogromna sala koncertowa w postaci płynącej łodzi. Jej białe ściany imitujące żagle bardzo przypominają operę w Sydney. Choć nam bardziej przypominała dziób orła.

 

SANTA CRUZ de TENERIFE – Auditorium

 

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, wolnych miejsc nie było ale jakiś parkingowy zaczął nas ustawiać. Myślałem, że to parking pod sklepem więc jest za darmo ale tego sklepu jakoś nigdzie nie było widać. Gościu nas ustawił ale beznadziejnie bo gdybyśmy tam stali, to nie dało się otworzyć drzwi, tak było ciasno. Zaczął coś do mnie jeszcze gadać podniesionym głosem więc wkurzyłem się i zacząłem mówić do niego też podniesionym głosem ale po polsku. Tak więc sobie gadaliśmy. Wreszcie Basia powiedziała żebyśmy się stąd wynosili bo to nie ma sensu i rzeczywiście tak było.

 

Zrobiliśmy kółko i znaleźliśmy fajne zacienione miejsce pod jakimś urzędem. Ale coś nam nie pasowało bo za dużo wolnego tam było, a samochody obok nas miały jakieś zezwolenia za szybą. Wyszliśmy jednak z auta w celu zorientowania się w sytuacji. Przeszliśmy kawałek i spotkaliśmy grupkę młodych kolesi, którzy właśnie parkowali. Jeden z nich na szczęście mówił trochę po angielsku i ustaliliśmy, że w całym mieście nie trzeba płacić za parkowanie kiedy linie na asfalcie są białe, tam gdzie niebieskie należy płacić a tam gdzie żółte, wymagane są specjalne zezwolenia bo miejsca te są przeznaczone dla VIPów. My staliśmy między dwiema żółtymi liniami.

 

Trzeba było się więc zbierać stamtąd i szukać jakiegoś miejsca do zaparkowania. Niestety przez najbliższe 20 minut jeździliśmy po całym mieście, wjeżdżając nawet na starówkę i kręcąc się po wszelkich możliwych uliczkach ale bez skutku. Nigdzie żadnego wolnego miejsca w tym mieście! Oczywiście byłem strasznie wkurzony, a w dodatku zestresowany tą ciągłą jazdą, bo ruch w tym potężnym mieście nie był mały. Ktoś co chwilę trąbił, zajeżdżał drogę a ja nie dość, że musiałem uważać gdzie jadę, to jeszcze szukać miejsca do parkowania. Wykończyło mnie to zupełnie i kiedy wjechałem w tunel, okazało się, że jest to tunel prowadzący na autostradę południową.

 

Wyszło więc beznadziejnie bo nie było już opcji zawrócenia do miasta. Z jednej strony żałowałem ale z drugiej strony miałem już dość tego kluczenia po tych uliczkach. Basia się nic nie odzywała ale była strasznie na mnie wściekła, że tak się denerwowałem w tym aucie. Nie odzywaliśmy się przez chwilę do siebie kiedy pędziliśmy autostradą w kierunku lotniska. Naturalnie jechaliśmy w dobrą stronę ale samolot był dopiero o 20.00 więc mieliśmy jeszcze sporo czasu i trzeba było go jakoś spożytkować.

 

Zastanawiałem się co robić i jedyne co mi przychodziło do głowy, to zatrzymać się gdzieś w jakiejś dziurze i posiedzieć na plaży. Skorzystałem więc z możliwości zjazdu do jakiegoś Punta czyli zapewne przylądka. Jechaliśmy przez wioskę w poszukiwaniu plaży ale nie było ładnych. Sporo górek i skarp ale plaży żadnej. Przejechaliśmy więc w ten sposób kilka wiosek aż w końcu zatrzymałem się na górce. Stamtąd dojrzałem stolik i ławkę niedaleko plaży. Wyglądało, że może być prywatne ale zdecydowaliśmy się tam podjechać. Usiedliśmy w cieniu, zjedliśmy nasze zapasy, a potem poszliśmy na plażę.

 

Plaża dość kamienista, dla mnie super miejsce bo był punkt widokowy całkowicie w cieniu. Ale Basi się nie podobało, nie mogła sobie znaleźć miejsca, dreptaliśmy więc z miejsca na miejsce i w końcu okazało się, że ona nie chce tu jednak być. Trzeba było więc jechać dalej i szukać czegoś lepszego.

 

Na szczęście następny postój w jakiejś wiosce był już odpowiedni. Plaża piaszczysta, z osłoniętą zatoczką, w której była prawie stojąca woda. Sporo ludzi opalających się ale niestety brak cienia. Poświęciłem się jednak dla dobra Basi i posiedziałem trochę z nią obserwując jakąś włoską rodzinkę, która bawiła się w wodzie przed nami.

 

Kiedy mi się znudziło leżenie, poszedłem na spacer po skałach, które tworzyły falochron. Zadziwiające jak ogromna różnica panowała w tych dwóch miejscach. Ciepłe i bezwietrzne miejsce do leżenia i chłodne, mokre i potwornie wietrzne na falochronie. Wiało tak mocno, że można z łatwością stracić czapkę i okulary.

 

Basia weszła nawet do wody i chyba obojgu nam dobrze zrobiła ta relaksująca chwila przed kolejnym stresem w postaci wszystkich procedur lotniskowych. Na lotnisko nie mieliśmy oczywiście daleko ale przed nami dwie ważne rzeczy: tankowanie oraz zdanie samochodu. Najpierw więc chcieliśmy zatankować i zgodziliśmy się, że najlepiej będzie to zrobić na tej samej stacji, na której tankowaliśmy po wylądowaniu.

 

Wjeżdżając w strefę lotniska zaczęliśmy usilnie szukać stacji. Pokręciliśmy się trochę po różnych dróżkach, wjechaliśmy nawet na lotnisko cargo ale w końcu znaleźliśmy ją. Chciałem zatankować maksymalnie 10l bo przecież miałem oddać bak w ¼ wypełniony paliwem. Próbowałem wyjaśnić pracownikowi ale skończyło się na tym, że kupiłem 10 litrów. Wskazówka nawet lekko przekroczyła ¼ baku więc mogliśmy spokojnie oddać nasze auto.

 

Tym razem było gorzej bo nie mogliśmy wjechać w odpowiednie miejsce. Widzieliśmy samochody przygotowane do wypożyczenia ale były ustawione za płotem. Pokręciliśmy się jeszcze trochę po tym lotnisku aż znaleźliśmy drogowskaz na parking do wypożyczalni. Wjechaliśmy na teren parkingu ale nie pobraliśmy biletu, o który nas prosili przy wypożyczeniu pracownicy Recordu. Objechaliśmy cały parking ale znaleźliśmy tylko samochody należące do wielkich firm. Naszego Recordu nie było. Musieliśmy więc wyjechać z parkingu i zrobić kolejne kółko po to tylko aby wjechać na parking przed wypożyczalnią. Basia wspominała o tym wcześniej żeby skręcić na publico parking ale wydawało mi się to niemożliwe. Jak się okazało miała rację, gdyż firma Record zainstalowała się na publicznym parkingu i stąd konieczne bilety przy wjeździe. Po zrobieniu kółka na tym parkingu, źle skręciłem ale za chwilę odnaleźliśmy wreszcie miejsce urzędowania firmy Record.

 

Samochód odebrała jakaś babka. Nawet nie była zbytnio zainteresowana szczegółami, chciała tylko bilet wjazdu. Ja jednak upewniłem się, że widziała ile mamy paliwa, poinformowaliśmy o złamanej antenie i obtartym boku, co zauważyliśmy już dopiero po odjechaniu z parkingu podczas wypożyczenia. Babka przyjęła to do wiadomości, po czym zapakowała się do samochodu wraz z innymi facetami i odjechali.

 

My natomiast przeszliśmy sobie na lotnisko, znaleźliśmy wózek i podjechaliśmy w okolice naszego stanowiska odprawy. Basia poszła się przebrać, natomiast ja zrobiłem to na ławce czym wzburzyłem i zbulwersowałem Basię. Kiedy ona poszła palić, podszedł do mnie ankieter ale kiedy wydało się, że jestem z Polski, odpuścił bo już za dużo mieli ludzi z Polski.

 

Trzeba było coś jeszcze zjeść. Oprócz drogich restauracji były jeszcze fast-foody więc poszliśmy do Burger Kinga. Zamówiliśmy sobie jakieś zestawy, a ja nawet zjadłem jeszcze jeden. Napchaliśmy się tymi śmieciami ale przynajmniej wiedzieliśmy, że szybko nie zgłodniejemy. Przed nami długa droga do domu.

 

W kolejce stało sporo ludzi, którzy z nami przylecieli m.in. polska rodzinka i ci narkomani. Nie spieszyło się nam więc powolutku przeszliśmy przez bramkę i skierowaliśmy się do sklepu wolnocłowego. Ceny naprawdę niskie i Basia zakupiła sobie fajki. Ja kupiłem rum miodowy dla Sajlentów żeby im dać bo pewnie się już nie spotkamy, a okazali się mili pozwalając mi mieszkać przez ten czas u nich. Zanim się zdecydowałem, to upłynęło sporo czasu, a przy kasie kolejka. Na ekranie wzywają już nas do samolotu więc wpadliśmy w lekką panikę. Na szczęście niespodziewanie podeszła jakaś babka do nas i zapytała nas: "pay? pay?". Przytaknęliśmy i zabrała nas do... zupełnie pustej kasy. Tam zapłaciliśmy za wszystko i pobiegliśmy do samolotu.

 

Wchodząc za narkomanami zauważyliśmy, że coś im upadło. Basia zapytała dziewczynę czy to jej na co ona zamiast podnieść to, zaczęła szarpać swojego ojca(?) i wskazała mu żeby sobie to podniósł. Bardzo dziwni ludzie. Ale na szczęście nie siedzieliśmy z nimi. Dostaliśmy miejsce w drugim rzędzie po lewej stronie.

 

Kiedy samolot zaczął kołować, widzieliśmy kolejkę samolotów do wystartowania. W między czasie samoloty również lądowały więc ruch na lotnisku był naprawdę spory. Pas startowy był tak ustawiony, że po lewej stronie była wyspa więc miałem okazję oglądać start i jednocześnie patrzeć na El Teide, który górował nad całą wyspą. Włączyłem nawet kamerę.

 

Długo wpatrywałem się w oddalającą się w dole Teneryfę kiedy wreszcie zniknęliśmy w chmurach i rozpoczął się lot do Londynu. Jak zwykle zaczęły się standardowe procedury, stewardessy kręciły się po pokładzie, rozdawały różne foldery itd. Basię rozbolała głowa, musiała wziąć tabletkę więc kupiła nam soczki. Potem poprosiła o wodę, której nie potrafiła wypić bo była ohydna. Rzeczywiście woda była paskudna ale ja jakoś ją wypiłem.

 

Za oknem zrobiło się ciemno, ja obserwowałem tam na dole różne miasta, m.in. Lizbonę wedle mojej intuicji i wiedzy. Potem przecięliśmy Zatokę Biskajską, później Francję aż wreszcie ujrzeliśmy oświetlony Londyn i lotnisko Gatwick.

 

Po wylądowaniu jechaliśmy po ziemi jeszcze 12 minut nim w końcu samolot się zatrzymał! Było już grubo po północy. Dobrze, że byliśmy w samym przodzie samolotu więc szybko wygramoliliśmy się z maszyny i pobiegliśmy do odprawy. Przeżyłem chwile grozy kiedy oficer machał do mnie ręką a ja nie mogłem znaleźć mojego dowodu. Przez moment myślałem, że zgubiłem go ale w końcu wyciągnąłem go i mogłem przejść przez bramkę.

 

Zanim odebraliśmy nasze bagaże, Basia zakupiła kolejną wodę z maszyny. Nie bez problemów jednak. Potem już tylko przejazd do miejsca gdzie odchodzi ekspres na Victorii. Rozkład jazdy nie zgadzał się z tym, który znalazłem na stronie internetowej i dlatego musieliśmy biec aby zdążyć na pociąg o 1.05. Biletów nie mieliśmy ale zachęcił nas baner, który informował, że nie trzeba mieć bo można go kupić w pociągu. Tak też się stało i Basia zakupiła dwa bilety od faceta, który szedł przez cały skład. Nie wszyscy kupowali, bo zauważyliśmy jakiegoś cwaniaka, który na pośrednich stacjach wskakiwał aby ominąć konduktora.

 

Na Victorii bramki juz otwarte, drzwi zamknięte i musieliśmy iść naokoło żeby wydostać się na ulicę. Nie padało ale oczywiście było dużo chłodniej niż jeszcze 5-6 godzin temu. Znaleźliśmy przystanek dla N11 jadącego na Ealing Broadway. Znaliśmy już tę trasę bo jechaliśmy dokładnie o tej samej porze kiedy Basia wróciła z Polski.

 

Na Ealingu musieliśmy się przesiąść na 297 żeby dojechać na Perivale. Przesiadka była możliwa bo wg rozkładu był zapas dwóch, trzech minut. I nasz N11 dojeżdżając na końcowy przystanek na Ealingu był akurat bo o 2.57 więc w sumie byliśmy spokojni, że zdążymy bo 297 miał ruszać o 3.00 ponieważ odjeżdża co pół godziny. Niestety kiedy wysiedliśmy 297 już stał na przystanku i mimo naszego biegu, krzyków i machania rękami bezczelnie odjechał dwie minuty przed czasem. Nie mieliśmy wątpliwości, że zrobił to złośliwie bo musiał nas widzieć, to tylko jakieś 50 metrów od naszego przystanku, na którym wysiadaliśmy.

 

Wkurzeni zostaliśmy zmuszeni do czekania kolejnych 30 minut na przystanku. Obserwowaliśmy biegające lisy, Murzynów łażących bez celu po mieście i nawalonego Polaka, który koniecznie chciał kupić jakiś towar od owych Murzynów.

 

W domu byliśmy około 4.00 nad ranem. Bagaże zostawiliśmy na dole i zmęczeni postanowiliśmy jak najszybciej zasnąć. Przede mną krótki sen jednak, bo już o 12.00 muszę uciekać z domu na lotnisko Stansted. Mój lot do Katowic o godzinie 16.15 a jeszcze musiałem się przecież przepakować.

 

Dzień 8: Puerto de la Cruz – Sofia Reina 110km

 

 

Dzień 8: Sofia Reina - Londyn 4500km

 

TENERYFA - 2009

 

 

 

(Londyn – Sofia Reina – Londyn)

(9000)

1.

Sofia Reina – Puerto de la Cruz

  90

2.

Puerto de la Cruz - Teide

130

3.

Puerto de la Cruz - Masca

150

4.

Puerto de la Cruz – Las Americas

240

5.

Puerto de la Cruz - Guimar

130

6.

Puerto de la Cruz - Sofia Reina

110

 

 

850 km

 

Dzień 1-8: TENERYFA 850km

 

 

ŹRÓDŁA: Wszelkie profesjonalne opisy zabytków i miejsc zostały skopiowane z poniższych stron:  www.wikipedia.org oraz www.przewodnik.onet.pl . Mapy wzięte z www.maps.google.com