Powrót
   

   KRAJE BAŁTYCKIE 2009

 

Czas: 25 czerwca 2009 – 06 lipca 2009

Miejsce: Litwa – Łotwa – Estonia    

Osoby: Hania Droń (57, Lubliniec), Dawid Droń (34, Złotoryja)

Cel: Zwiedzić wszystkie trzy byłe republiki nadbałtyckie.

Koszt: 1,000 PLN/os.

 

Dzień 1 – 25 czerwca 2009 – czwartek

 

SAMOCHODEM PRZEZ CAŁĄ POLSKĘ

 

Start nastąpił o godz. 8.45. Sprawdziłem stan licznika, który wynosił 121,962km. Hania wgramoliła się ze swoimi bagażami i mogliśmy ruszać. Nie za długo, bo za chwilę trzeba było się zatrzymać po chleb. Hania poszła do delikatesów i przyniosła świeży chleb.

 

Trasę do Częstochowy pokonaliśmy dość szybko i bez zbędnych utrudnień. Jechało się całkiem fajnie. W samej Częstochowie postanowiłem jechać zgodnie ze znakami, a nie tak jak zwykle, bo myślałem, że trasa ładnie wyprowadzi nas od razu za miasto na Gierkówkę. Jednak moje założenie było błędne i wylądowałem i tak, na tym samym wjeździe co zawsze. Tak więc stwierdzam, że objazd w Częstochowie jest idiotyczny.

 

Po wjechaniu na Gierkówkę, jechać zamierzaliśmy aż do Rawy Mazowieckiej, bowiem zaplanowałem sobie ominąć Warszawę. Udało się to bez problemu i drogą od wschodu przejechaliśmy przez polskie królestwo sadów. W Grójcu właśnie po obu stronach drogi widać było tysiące drzewek.

 

Wkrótce potem zatrzymaliśmy się na kawę. Lokal może nie jakiś wspaniały, bo to zwykła stacja benzynowa ale było WC i bar, gdzie Hania zamówiła dwie kawy. Na zewnątrz siedziała duża grupa robotników. Chłopaki siedzieli w samym słońcu i wpierniczali obiad, aż im się uszy trzęsły.

 

Po tym krótkim odpoczynku wróciliśmy na trasę. Długo jednak nie pojechaliśmy bo tuż przed Mińskiem zatrzymał nas potężny korek. Nie wiedzieliśmy co się stało ale sytuacja się przeciągała. Lokalni mieszkańcy wjeżdżali w boczne drogi ale korek stał w miejscu. W końcu zapytałem przechodzących chłopaków, którzy wyjaśnili, że miał miejsce wypadek. Chwilę później ciąg samochodów ruszył i mogliśmy zobaczyć dwa zderzone ze sobą TIRy. Ale najprawdopodobniej nie było poważnych obrażeń.

 

Po rozładowaniu korka i zanotowanym opóźnieniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Zastanawiałem się nad dwoma wariantami drogi i wybrałem w ostateczności tę przez Łomżę. Przejazd przez to byłe miasto wojewódzkie nie nasporzył nam problemów, minęliśmy je gładko i potem zatrzymaliśmy się na obiad.

 

W zajeździe już można było wyczuć klimaty wschodnie, zarówno w akcencie jak i w menu. W dodatku spotkaliśmy pierwszych Estończyków w tym samym barze. Hania zadzwoniła do TT ale oczywiście on nie był z tego powodu zadowolony i stwierdził, że to on przecież powinien dzwonić. Czyli klasyka.

 

Jeszcze potem zatankowałem do pełna i już kierowaliśmy się bezpośrednio na Augustów. Pojawiły się znaki więc naprawdę było coraz bliżej. Jeszcze było parę wątpliwości co do trasy ale za każdym razem okazywało się, że jedziemy dobrze. Niestety po jednym z takich postojów na wiejskim przystanku o mały włos nie doszło do zderzenia. Wyjeżdżając z zatoczki na swój pas ruchu dostrzegłem przed sobą wielki autokar wyprzedzający traktor i pędzący wprost na mnie. Zjechałem możliwie najbardziej na prawo, a autokar zdążył zjechać na swój pas.

 

Dzień zbliżał się ku końcowi, a my powoli zbliżaliśmy się do miejsca noclegu. Wcześniej przygotowałem sobie listę gospodarstw agroturystycznych w miejscowości Giby, która wypadała na naszej trasie. Po wjechaniu do wsi, musieliśmy się wracać bo numeracja biegła boczna drogą. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, zauważyliśmy dużą reklamę i poszedłem się dowiedzieć czy da radę się przekimać. Mimo, że na jedną noc, właściciele się zgodzili i dostaliśmy pokój na górze. Pulchna dziewczyna zmieniła nam pościel, a my wnieśliśmy nasze klamoty.

 

Po rozgoszczeniu się, zjedliśmy sobie kolację. Hania zajęła się sprzątaniem po kolacji, ja zadzwoniłem do Basi, a potem zgodnie stwierdziliśmy, że pójdziemy się przejść. Zabraliśmy cieplejsze ubranie, bo było chłodnawo i poszliśmy w kierunku centrum wsi.

 

Nie doszliśmy do samego końca bo nie było w sumie sensu tam iść. Lekki spacerek na rozruszanie kości skończyliśmy w korytarzu domu, kiedy inna pani wynajmująca pokój, opowiadała nam o Białowieży. Zainteresowaliśmy się tym, bo Białowieża była ostatnim punktem na naszej liście. Pani utwierdziła nas w przekonaniu, że naprawdę warto tam jechać.

 

Po wejściu do pokoju, zająłem się ustawianiem anteny od telewizora aby obejrzeć mecz, który akurat leciał. Brazylia grała z RPA w Pucharze Konfederacji. Piękna bramka pod koniec meczu: http://www.youtube.com/watch?v=kNJgWHpTzsQ Dobrze, że skończył się w regulaminowym czasie bo obejrzałem go do końca i szybko usnąłem. Spało mi się kiepsko. Było bardzo duszno.

 

Dzień 1: Lubliniec – Giby 585km

 

 

Dzień 2 – 26 czerwca 2009 – piątek

 

TROCHĘ HISTORII LITWY

 

Nad ranem jakaś wredna, wiejska mucha uparła się i mnie już od chyba 4.00 rano uporczywie gryzła. Nie było wyboru więc i trzeba było po prostu wstać. Hania też zresztą cierpiała z powodu muchy, choć nie wiemy czy tej samej.

 

Śniadanie w kuchni odbyło się w identyczny sposób jak kolacja i z tym samym śmiesznym incydentem. Mianowicie w trakcie posiłków z pokoju obok wyłaniał się, na oko, 9-10 letni wystrzyżony chłopak rozebrany do pasa i w gumofilcach, który po prostu przechodził. Nie odzywał się ani słowem zarówno jak wychodził, jak i wchodził. Na śniadanie więc mieliśmy powtórkę z rozrywki. Również podczas śniadania dowiedzieliśmy się meganiusu z telewizora, który stał na kredensie w owej kuchni. Mianowicie zmarł Michael Jackson. W sumie dobrze, że wyjeżdżamy z kraju bo zapewne będą o tym gadać przez kilka dni i miejmy nadzieje, ze nas to ominie.

 

Kiedy zaczęliśmy pakowanie do bagażnika, pojawił się wreszcie jakiś facet. Był to właściciel i zgadał się z Hanią na temat Ciapka, czyli uwiązanego na łańcuchu kundla. Potem rozmowa przeszła na cel naszej wyprawy ale co dziwne, facet nigdy nie był na Litwie. Mieszka 15km od granicy i nigdy tam nie był? Jego informacje od razu straciły dużo na wiarygodności.

 

Po wyjechaniu w kierunku granicy, postanowiłem skrócić sobie drogę i znalazłem na mapie malutką kreskę oznaczającą drogę, która znacząco skróciłaby naszą podróż do Kopciowa. Niestety szybko okazało się, że nie do końca nam to skróciło czas bo po pierwsze nie była to droga asfaltowa, a zwykły dukt leśny! Do końca nie wierzyłem, że jechaliśmy prawidłową drogą ale po kilku kilometrach ujrzeliśmy szlaban i godło Litwy. Po drugie natomiast, za tym szlabanem stał litewski łazik a w nim para funkcjonariuszy straży granicznej. Kiedy Hania to zobaczyła rzuciła celną uwagą w moją stronę: "No i masz swój Schengen", bowiem przez cały czas zapewniałem ją, że granice w układzie Schengen to już przeszłość i sam tego doświadczyłem kilka razy. Hania nigdy tak nie przekraczała granicy, a w pamięci miała dawne cuda na granicach bratnich państw socjalistycznych i z ciekawością oczekiwała tego magicznego momentu przekraczania granicy państw niczym granicy województw. Tak więc, było mi trochę głupio, że moja pewność siebie została tak szybko sprowadzona na ziemię.

 

Pani Litwinka zatrzymała nas lizakiem i zaczęła coś mówić po litewsku. Zapewniani przez wiele osób, że Litwini zamieszkujący przygraniczne tereny bardzo dobrze mówią po polsku, znów zostaliśmy zaskoczeni. Wręczyłem jej plik dokumentów, który ona zaniosła do swojego kolegi w łaziku. W tym czasie podjechał kolejny polski samochód i procedura się powtórzyła. Niestety ten Polak mając kilka kilometrów miejsca z przodu i z tyłu oraz kilka metrów po bokach, stanął tak, że praktycznie uniemożliwił mi wyjechanie z miejsca mojego zaparkowania. A stało się to niedługo po tym gdy, dużo uprzejmiejszy i polskojęzyczny strażnik, oddał nam nasze dokumenty.

 

Droga leśnym duktem jeszcze się ciągnęła a my oboje zastanawialiśmy się nad sensem przystąpienia Litwy do Schengen skoro nawet w lesie mają punkt graniczny. Chwilę później wyjechaliśmy na asfalt i dotarliśmy do wsi Kopciowo, która w oryginale brzmi Kapciamiestis.

 

Zaparkowaliśmy w centrum wioski, tj. pod kościołem i wyszliśmy aby odnaleźć jedyną atrakcję tej zapyziałej dziury – grób Emilii Plater. Po obejściu kościoła podeszliśmy na niby-targowsiko pod kościołem, gdzie jakieś babki sprzedawały ubrania. Hania poszła się dowiedzieć ale większość nie miała ochoty rozmawiać ani po polsku, ani po rosyjsku. W końcu jednak, jedna z młodszych pań, skierowała nas w kierunku cmentarza.

 

Po około 500m znaleźliśmy cmentarz a na nim, w centralnym miejscu, ładnie odrestaurowany przez licealistów z Białej Podlaskiej grób naszej narodowej bohaterki.  Emilia Plater to bohaterka narodowa Polski, Białorusi i Litwy, kapitan Wojska Polskiego w czasie powstania listopadowego, hrabianka. Jedna z wielu kobiet walczących w oddziałach powstańców listopadowych.

 

KOPCIOWO – grób Emilii Plater

 

Po powrocie do auta, okazało się, że zaparkowaliśmy w pobliżu pomnika Emilii Plater. Po za tym w tej wiosce to już było wszystko i mogliśmy jechać dalej. Ale daleko byśmy nie ujechali bo na obrzeżach wioski pod koła wszedł mi jakiś wieśniak. Na szczęście jechałem powoli i w dodatku czułem, że może to zrobić ale zadziwiła mnie beztroska tego człowieka, który najnormalniej w świecie po prostu wszedł sobie na ulicę jakby wchodził do obory.

 

Veisiejai to po naszemu Wieszenje i tam mieliśmy zobaczyć dom Ludwika Zamenhofa - polskiego lekarza żydowskiego pochodzenia, twórcy sztucznego, międzynarodowego języka esperanto. Jednak po wylądowaniu w centrum, nie bardzo wiedzieliśmy jak go znaleźć bo miejscowość była dużo większa. W dodatku chcieliśmy wymienić pieniądze bo nie mieliśmy żadnych litów. Staliśmy naprzeciwko  banku i wysłałem tam hanie, sam próbując uruchomić mój GPS. Jednak nie można było zidentyfikować tej miejscowości, co bardzo mnie zdziwiło, gdyż podobno miałem mapy całej Europy wgrane.

 

Hania wróciła z wiadomością, że w tym banku nie ma kantora, a w dodatku oznajmiła, że mamy godzinę w plecy bo przecież jest tutaj zmiana czasu. To zmusiło nas do szybkiego rozejrzenia się na własną rękę i ruszyłem w miasto. Ciężko nam szło a w momencie kiedy wjechałem w jakąś jednokierunkową wyprowadzającą nas z miasteczka, bez możliwości zawrócenia, wkurzony zrezygnowałem z dalszego szukania tego domu.

 

Trasa do całkiem już dużego miasta Druskininkai znanego jako Druskienniki odbyła się bez przeszkód. Ale wjeżdżając nie za bardzo było wiadomo gdzie się jest. My przede wszystkim chcieliśmy wymienić pieniądze, a Hania chciała się napić kawy. Ja dodatkowo chciałem znaleźć drogę do parku w Grutas oraz uruchomić GPS. Wkrótce prawie wszystko się nam udało.

 

Zdając się wyłącznie na mój zmysł orientacji przejechaliśmy miasto i w końcu zaparkowaliśmy, nie bez trudu, na jakiejś stacji benzynowej w pobliżu centrum handlowego. Tam znaleźliśmy bank w którym bez słowa mówionego dokonałem transakcji wymiany 50GBP na 197LIT. Wyszło na to, że lit jest walutą o bardzo zbliżonym kursie do złotego.

 

Mając kasę można było szukać kafejki ale to nam się nie udało. Same sklepy a w dodatku przed sklepami jakieś bazary. Trochę to przypominało Polskę z polowy lat '90 szczerze mówiąc, choć banki i sklepy były już z naszych czasów. W dodatku zaczęło siąpić i skryliśmy się w samochodzie. Tam znów uparłem się na uruchomienie GPS. Niestety zadziwił mnie kolejny raz informując: "W miejscu gdzie jesteś nie ma dróg". Ten komunikat mnie rozwalił, gdyż akurat droga była, i to całkiem dobra.

 

Nie miałem wyjścia i znów ruszyłem zgodnie z własnym zmysłem. Przez jakiś czas nie byłem oczywiście pewny czy jadę dobrze ale zaraz ukazał się drogowskaz na Grutas i wtedy wiadomo było, że jedziemy w dobrą stronę.

 

Gdy wjechaliśmy do miejscowości od razu zauważyliśmy małą kafejkę. Tam weszliśmy i wnętrze okazało się miłe i zachęcające. Obsługa również. Młody Litwin chętnie próbował polskiego języka i zaserwował nam bardzo dobrą kawę. Udzielił również na zakończenie informacji jak dojechać do parku, do którego przecież tu przyjechaliśmy.

 

Droga była skomplikowana bo była bardzo wąska i ciągnęła się wśród gospodarstw wiejskich ale wreszcie ujrzeliśmy parking i plac ogrodzony drutem kolczastym a za nim kilka wielkich rzeźb.

 

Park Grūtas (http://www.grutoparkas.lt/ekspozicija-pl.htm) to istniejąca od 2001 plenerowa prywatna ekspozycja pomników polityków radzieckich oraz przedmiotów związanych z historią tego kraju, w szczególności Litewskiej SRR. Na terenie wystawowym znalazły się pomniki przywódców ZSRR (Lenina, Stalina), litewskich działaczy komunistycznych  i partyzantów. Ponadto w specjalnym pawilonie została zrekonstruowana sala zebrań partyjnych z biblioteką, zaś osobne budynki mieszczą wystawę malarstwa i rzeźby socrealistycznej oraz innych pamiątek poradzieckich. W parku znajduje się również plac zabaw dla dzieci, kawiarnia oraz sklepy z pamiątkami. Przy wejściu na teren parku znajduje się kopia drutów otaczających radziecki łagier, wagonu, jakim dowożono do niego więźniów, dalej zaś kopia głośnika obozowego. Łącznie w parku znajduje się 86 rzeźb radzieckich autorstwa 46 różnych twórców

 

Chcąc kupić bilety musieliśmy przejść kawałek choć już można było zobaczyć te kilka rzeźb, wagon, strażnicę i zastanawiałem się czy to czasem nie koniec. Ale w przewodniku było napisane, że wstęp kosztuje 5LIT więc zdecydowanie ruszyliśmy do kasy. Tam niestety niemiła niespodzianka bo wstęp kosztuje 20LIT! To przecież cztery razy więcej niż w przewodniku. No ale kupiliśmy te bilety i weszliśmy. Jednak zaniepokoiło mnie, że chyba to nie jest to, co chcieliśmy zobaczyć. To jakiś park z oczkami wodnymi, w klatkach zebry i wielbłądy. Zgłupiałem i wściekłem się, ze kupiliśmy bilety do jakiegoś cholernego zoo. Wróciliśmy więc do kasy ale wyglądało, że wszystko jest w porządku.

 

Kiedy przeszliśmy kawałek wszystko się wyjaśniło i mogliśmy się nieźle bawić oglądając te wszystkie rzeźby, pomniki i inne pamiątki. Hania męczyła się aby zrobić mi odpowiednie zdjęcia ale po kilku(nastu) próbach, część z nich pozytywnie przeszła moją selekcję. Spacer był bardzo długi, gdyż niektóre rzeźby były olbrzymie. Cały czas towarzyszyła nam radziecka muzyczka i strumyk wzdłuż którego rozmieszczone były pomniki.

 

GRUTAS – muzeum ZSRR

 

W sumie byliśmy bardzo zadowoleni z tego punktu programu pomimo, że cena była bardzo wysoka i tyle czasu nam to zajęło. Następnym punktem miała być perełka turystyki litewskiej czyli Troki. Mieliśmy spory kawałek do Troków i należało się pospieszyć. Jednak ciężko było odnaleźć skrót, którym chciałem jechać bo nie było drogowskazów. Być może na lepsze wyszło, bo droga była całkiem dobra i pewnie szybciej dojechaliśmy tą drogą.

 

Trakai (http://www.trakai.lt/) czyli Troki to małe miasteczko położone na półwyspie między trzema jeziorami. Dzięki temu jest bardzo rozciągnięte ale na szczęście wszystkie zabytki i miejsca godne uwagi znajdują się blisko siebie. Najważniejszą atrakcja przyciągającą turystów jest ogromny zamek, który śmiało można porównać do zamku w Malborku. Usytuowany na samym końcu miasta, na wyspie do której zbudowane kładki. Druga atrakcją jest część głównej arterii miasta zwanej Karaimską.

 

W tej części miasta znajdują się domy, miejsce kultu (kinesa) oraz muzeum etnograficzne Karaimów. Karaimowie to grupa narodowościowo-religijna. Jej pochodzenie etniczne jest zróżnicowane. Część Karaimów zamieszkujących Bliski Wschód (dawniej Egipt, Irak i Syrię, a obecnie Izrael i USA), czyli tzw. Karaimi orientalni są pochodzenia semickiego. Znaczna część Karaimów wschodnioeuropejskich (Ukraina, Litwa, Polska i Rosja) uznawana jest za lud pochodzenia tureckiego.

 

Na pewno z zamiarem obejrzenia szczególnie tej drugiej atrakcji udaliśmy się do Trok. Bez GPS zdani byliśmy na siebie i jadąc powolutku miastem zdecydowaliśmy się zatrzymać pod jakimś bankiem, tuż obok komisariatu policji. Miejsce wybraliśmy ze względu na bliskość położenia informacji turystycznej. Tam też skierowaliśmy nasze pierwsze kroki.

 

Dziewczyna w biurze powitała mnie po angielsku więc było to dla mnie bardzo wygodne i po uzyskaniu mapki i zaznaczeniu na niej odpowiednich pozycji mogliśmy spokojnie sobie iść zwiedzać. Dodatkowo pani zaznaczyła nam miejsce gdzie moglibyśmy sobie coś zjeść i dlatego lekko zboczyliśmy z drogi aby najpierw się posilić.

 

Restauracje były dość drogie ale tuż obok parkingu, na którym stało sześć autokarów z Polski, ustawiona była jakaś buda z kebabami. Tam pracowała jakaś dziewczyna i po moim nieśmiałym pytaniu czy możemy rozmawiać po angielsku, udało się nam wybrać dwa duże zestawy.

 

Najedzeni mogliśmy wrócić na główną drogę a tam od razu zajrzeliśmy do muzeum karaimów. Powitała nas pani po polsku i wytłumaczyła, że to tylko 3 sale i za zdjęcia trzeba zapłacić więcej. Obejrzeliśmy co tam było, a że była to dla nas zupełna nowość, nawet się nam spodobała ta wystawa.

 

Dalej w dół drogą szliśmy przez kawałek zamieszkany przez Karaimów. Zostało ich już niewielu ale ich domy i kinesa nadal są obecne w Trokach. Dodatkowo widać restauracje z ich narodowymi potrawami ale nieszczególnie się różnią od litewskich, z tego co zdążyliśmy przeczytać.

 

Na końcu ulicy widać już było w oddali potężny zamek wybudowany przez księcia Witolda. Zanim jednak weszło się na kładki prowadzące do niego, trzeba było się przebić przez tłumy zgromadzone przy straganach oferujących przede wszystkim wyroby z bursztynu. Na samych kładkach/mostkach klęczały dzieci i próbowały coś grać na fujarkach. Od razu widać i słychać, przede wszystkim, że nie miały zielonego pojęcia o grze. Jednak rzucona czapka przed nimi zachęcała do wspomagania ulicznego żebractwa, czemu stanowczo mówię zawsze "nie"! W dalszej części stały jeszcze panie oferujące borówki, a w miedzy czasie przewijały się tłumy wycieczkowe z tych polskich autokarów. Innego języka niż polski nie było słychać.

 

TROKI - zamek

 

Oczywiście doszliśmy na ten zamek ale zarówno dzikie tłumy jak i niespecjalna ciekawość wnętrz plus wysoka cena, spowodowała, że zgodnie stwierdziliśmy, że nic ciekawego tam nas nie może spotkać i zawróciliśmy ani chwili nie żałując.

 

Kiedy wróciliśmy na ląd, Hania poszła sobie wypić kawę, a ja poszedłem obczaić te stragany. Przy okazji zrobiłem ładne zdjęcie zamku. Na straganach to co zawsze i wszędzie. Jedynie ciekawostką może być zrobienie sobie zdjęcia w czapce oficera armii radzieckiej.

 

Nie pozostało nam już nic więcej niż tylko wracać do auta i szukać noclegu. Co prawda, miałem już znaleziony w internecie nocleg niedaleko Wilna ale na mapce, którą dostaliśmy z informacji turystycznej była lista możliwych noclegów w samych Trokach. Idąc tym tropem znalazłem co najmniej trzy godne uwagi i po zorientowaniu się gdzie one się znajdują ruszyłem już autem w ich kierunku.

 

Zatrzymałem się na wylotowej stacji benzynowej, a właściwie w jej pobliżu i poszedłem szukać tego adresu. Ciężko było przejść przez ruchliwą drogę na Wilno ale kiedy mi się udało, czekała mnie jeszcze mała przebieżka błotnistą drogą obok cmentarza z widocznymi polskimi nazwiskami, aż do grupy kilku domków oferujących noclegi.

 

Zacząłem od najtańszego. Na moje pukanie otworzyła starsza pani, którą "wyceniłem" na 70 lat i płynną kresową polszczyzną bez wahania zgodziła się nas przenocować. Zapytała "czy u mnie maszina" i żebym sobie ja postawił pod jej garażem.

 

Wróciłem więc po auto tę sama drogą, zdałem relację Hani i mogliśmy spokojnie już jechać. Niestety wjechałem w jednokierunkową i musiałem daleko objeżdżać ale w końcu udało się. Dostaliśmy oszklony pokój z małym stoliczkiem i dużym telewizorem, który odbierał TV Polonię. Hania zaczęła rozmowę, ja się skoncentrowałem na noszeniu bagaży i opracowywaniu planu na następny dzień.

 

Po kolacji pani właścicielka co rusz zagadywała nas i zaczynała być z lekka męcząca. Opowiadała przy tym bardzo osobiste historie o swoich porodach, co raczej nie było interesujące dla nas. Dowiedziałem się, że "wszystkie trzy wyjęli". Wieczorem Hania spotkała jeszcze syna właścicielki i uderzyło nas, że rozmawiają po litewsku. Podejrzewaliśmy, że może on nie umie po polsku ale w rozmowie z Hanią rozmawiał po polsku.

 

Łazienka znacząco odbiegała od standardów ale nie było fatalnie. Szybko jakoś się obmyliśmy, ja dalej zastanawiałem się jak rozegrać jutrzejszy dzień w Wilnie i w końcu oświeciło mnie, że mapy w GPS są ograniczone do zaledwie kilku miast. Wilno jest opisane i bez żadnego problemu możemy się jutro poruszać po mieście. Poszliśmy spać ale znów źle mi się spało.

 

Dzień 2: Giby – Troki 210km

 

 

 

Dzień 3 – 27 czerwca 2009 – sobota

 

 

WILNO I POGOŃ ZA ŚRODKIEM EUROPY

 

Pani Janina dalej nadawała jak najęta. My powoli się pakowaliśmy, jeszcze tylko syn do mnie zagadał i byliśmy gotowi wyruszyć do Wilna. GPS działał więc wpisałem nazwę ulicy gdzie znajdował się cmentarz na Rossie i jechaliśmy zgodnie z jego wskazówkami.

 

Jednak zaniepokoiłem się kiedy zaczęliśmy się zbliżać do celu. Było to zwykłe blokowisko i na pewno nie była to stara dzielnica z historycznym cmentarzem. Kiedy usłyszałem "przybywasz do celu", pewne było, ze coś jest nie tak. Szybko rozwiązałem zagadkę bo oczywiście źle wpisałem nazwę ulicy. Jedna literka zmieniła wszystko.

 

Po chwili oczekiwania aż się włączy na nowo urządzenie i wpisaniu poprawnej nazwy, zaczęliśmy powoli jechać w kierunku cmentarza. Na nasze szczęście ruch w stolicy Litwy był znikomy. Można przypuszczać, że było to spowodowane sobotnim rankiem ale i tak było to dość zaskakujące bo to przecież najważniejsze miasto Litwy.

 

Wilno (lit. Vilnius http://www.vilnius.lt/) – stolica Litwy na Pojezierzu Wileńskim, nad Wilią, u ujścia Wilejki; Wilno zamieszkuje 544 tys. osób. W 1994 Stare Miasto w Wilnie zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W Wilnie jest 40 kościołów, z których najbardziej okazały, to barokowy kościół św. Piotra i Pawła na Antokolu (1668-1676) zawierający ponad 2000 rzeźb oraz kaplica w Ostrej Bramie (Bramie Miednickiej) ze słynnym obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej. Ponadto do zwiedzania przeznaczone są dwa zamki, cmentarz na Rossie oraz wieża telewizyjna.

 

Po raz drugi zaparkowaliśmy z myślą, że jesteśmy przy cmentarzu. Tym razem nie było wątpliwości. Rząd ustawionych samochodów i autokarów z Polski oraz stoiska z kwiatkami i pamiątkami poświadczał, że to prawidłowe miejsce.

 

Cmentarz na Rossie, Cmentarz Misjonarzy na Rossie - zespół cmentarny położony w dzielnicy Rossa w Wilnie, założony w 1801, poważnie zniszczony w 1952, zamknięty w 1967, wpisany do rejestru zabytków w 1969, jedna z czterech polskich nekropolii narodowych; w skład zespołu cmentarnego o powierzchni 10,8 ha wchodzą: Stara Rossa (1769), Nowa Rossa (1847), Cmentarz Wojskowy (1920), mauzoleum Matka i Serce Syna (1936). Na cmentarzach spoczywają polscy żołnierze polegli w bojach 1919, 1920, 1939 i 1944, a także znane postacie polskiej, białoruskiej i litewskiej historii m.in. rodzina Słowackiego, Piłsudskiego, Joachim Lelewel oraz Władysław Syrokomla.

 

Zaparkowaliśmy auto i po zasięgnięciu informacji u jednego z kierowców, udaliśmy się w kierunku głównego wejścia. Kiedy byliśmy tuz przy nim, podszedł do nas 17-letni chłopak z ofertą oprowadzenia wraz z komentarzem. Byłem sceptyczny sądząc, że to zwykły naciągacz ale na nasze pytanie o cenę, powiedział, że co łaska. Po krótkim wahaniu zdecydowaliśmy się zaryzykować, gdyż i tak nie było żadnej informacji, mapki czy przewodnika po cmentarzu więc za dużo byśmy sami pewnie nie znaleźli.

 

Zatrudnienie przewodnika było strzałem w dziesiątkę. Chłopak zrobił na nas niesamowite wrażenie. Przede wszystkim swoją wiedzą i kompetencją. Całkowicie zburzył przekonanie Hani na temat centralnego grobu Matki. Zamiast Słowackiego okazało się to być miejsce rodzinne Piłsudskiego. Chłopak sypał historiami i legendami (np. o trzech sosnach) jak z rękawa i potrafił odpowiedzieć na każde nasze pytanie. W dodatku nie przedłużał niepotrzebnie, nie szukał grobów tylko do nich prowadził. Kiedy doszliśmy do miejsca gdzie robotnicy remontowali część alejki, najpierw załatwił u nich po litewsku, że mogliśmy tamtędy przejść, a zaraz potem wdał się w krótką interpretację polityczna obecnej sytuacji polsko-litewskiej.

 

Kiedy oprowadził nas po wszystkim czego chcieliśmy zaczekał grzecznie na datek. Wyraził tylko nadzieję, że będą to złotówki bo pod koniec lipca wybiera się pierwszy raz do Polski na wakacje. Hania dała mu 30zł, a ja dołożyłem kolejne 20zł i w ten sposób chłopak w pół godziny zarobił 50zł ale jak najbardziej zasłużenie.

 

Na koniec dowiedzieliśmy się jak dotrzeć do Starego Miasta bo podobno samochód może tu stać do momentu aż sprzedawcy zwiną swoje kramy. Do tego czasu nic się tu nie może wydarzyć. Wskazał nam kierunek marszu i ruszyliśmy.

 

Troszkę w pewnym momencie mieliśmy wątpliwości ale w końcu dotarliśmy przed Ostrą Bramę. Dla Hani to punkt kulminacyjny, ja nie zamierzałem się tam tłamsić bo wnętrze i pobliski kawałek ulicy był zapełniony rozmodlonymi pielgrzymami, a jakże by inaczej, z Polski.

 

Ostra Brama w Wilnie - brama miejska na Starym Mieście w Wilnie, gotycka, wzniesiona w latach 1503-1522; wraz z przylegającym do niej fragmentem muru obronnego stanowi jedyną pozostałość dawnych fortyfikacji miejskich; od strony wewnętrznej bramy znajduje się kaplica Ostrobramska z obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej Królowej Korony Polskiej (Matki Boskiej Miłosierdzia), klasycystyczna, wzniesiona w 1829.

 

Umówiliśmy się już wcześniej z Hanią, że dostanie ode mnie 40 minut na pobycie tam samej. Na razie jednak weszliśmy na starówkę i tylko z zewnątrz obejrzeliśmy obraz. Wszystko to bardzo małe i ciasne jak na pierwszy rzut oka.

 

Zanim zaczęliśmy zwiedzanie miasta, zasiedliśmy sobie w kawiarence, a właściwie przy stoliczku na zewnątrz. Zamówiliśmy kawę i zacząłem przygotowywać plan zwiedzania i trasę przemarszu. W tym czasie zorientowałem się, że dziś sobota i będą problemy z wymiana pieniędzy więc po wypiciu kawy, zostawiłem Hanię i pobiegłem szukać jakiegoś kantoru lub banku.

 

Idąc w dół, natknąłem się na informację turystyczną. Sądząc, że jedynymi "turystami" w tym miejscu są Polacy, zaryzykowałem rozmowę po polsku ale zostałem błyskawicznie skarcony po angielsku. W takim razie przeprowadziliśmy rozmowę po angielsku i szybko dowiedziałem się gdzie jeszcze dziś mogę wymienić pieniądze. Dodatkowo zabrałem ze sobą kolorową mapkę.

 

Wyszedłem więc z powrotem na główną ulicę i szybko znalazłem kantor. Wymieniłem 50GBP oraz 50USD. Dostałem więc potężny zastrzyk litów w postaci 320LIT.

 

Kiedy wróciłem ustaliliśmy, że Hania pójdzie sobie do Ostrej Bramy, ja natomiast dokończę swoje plany. I tak też się stało. Hani zajęło to więcej niż 40 minut ale wróciła zadowolona, a ja już na nią czekałem na ulicy. Mogliśmy spokojnie iść wzdłuż głównej ulicy i zatrzymywać się w ważnych miejscach.

 

Minęliśmy ratusz i skierowaliśmy się w boczną uliczkę aby zobaczyć kościół św. Anny oraz pomnik i muzeum Mickiewicza. Po drodze jednak natknęliśmy się na restaurację litewską i chciałem zaspokoić drugie pragnienie Hani, czyli zjeść litewskie cepeliny. Kiedy weszliśmy do tej restauracji, nikogo w środku nie było ale wnętrze sprawiało bardzo pozytywne wrażenie. Dostaliśmy kartę dań i Hania wybrała cepeliny, ja natomiast bliny w rosole. Prawdę mówiąc obiad nie rzucił mnie na kolana ale najważniejsze, że Hania była zadowolona i mogliśmy kontynuować.

 

W końcu dotarliśmy do pomnika Mickiewicza, a tuż obok znajdowały się dwa kościoły. Ten jeden to św. Anny i po informacji od starszej babki upewniliśmy się, że jesteśmy w dobrym miejscu. Co dziwne, babka zażądała 1LIT opłaty za tę informację. Kiedy Hania znów była w kościele, ja wdałem się w rozmowę z przewodnikiem, który oprowadzał polską wycieczkę. Potwierdził, że jesteśmy blisko zamku i Góry Trzech Krzyży.

 

Weszliśmy na centralny plac z wielkim pomnikiem. W tle nie widać było zamku bo wzniesienie, na którym stoi całe jest porośnięte drzewami i przechodzi w miły park, do którego się udaliśmy. Upał zaczynał dawać się nam we znaki. Co prawda, park nas chronił ale przed nami było wejście na zamek. Brukowana uliczka prowadziła na sam szczyt, zakręconą trasą i co jakiś czas, mieliśmy przystanki aby Hania mogła złapać tchu.

 

Wejście na szczyt opłaciło się dla samych widoków. Z góry można podziwiać panoramę całego miasta. Po jednej stronie starówka, po drugiej nowe miasto. Jeszcze wyżej od nas, widać trzy białe krzyże na kolejnym wzniesieniu. Po serii zdjęć byliśmy gotowi aby schodzić i powoli wracać do auta. Przed nami przejście przez całą starówkę.

 

Po zejściu z góry, ze względu na upał, zaopatrzyliśmy się w coś zimnego do picia, a potem skierowaliśmy się ku uniwersytetowi. Nie wchodziliśmy na teren campusu ale obejrzeliśmy go sobie z jednej strony. Dalej oglądaliśmy stare budynki i tablice pamiątkowe i znów znaleźliśmy się pod Ostrą Bramą. Hania zakupiła pamiątki i nawet zapłaciła w złotówkach.

 

Upał nie odpuszczał, a my spokojnie szliśmy sobie do cmentarza. Kiedy otworzyliśmy samochód, fala gorącego powietrza uderzyła w nas. Trzeba było trochę odczekać aby możliwa była dalsza podróż. A dalsza podróż była zaplanowana w kierunku słynnej wieży telewizyjnej. Ustawiłem GPS i byliśmy gotowi tam jechać. Urządzenie, bezbłędnie tym razem, doprowadziło nas pod samą wieżę.

 

Wieża telewizyjna w Wilnie to 327 metrowa wieża. To najwyższy budynek w kraju, zajmowany przez litewskie centrum radiowe i telewizyjne. Konstrukcja wieży rozpoczęła się w maju 1974 roku i trwała do końca 1980 roku. Szacuje się, że cała konstrukcja waży od 25 do 30 tysięcy ton. Do wysokości 190 metrów wieża jest zbudowana z betonu, natomiast górne 136 metrów stanowi stalowa część konstrukcji. Wieża odegrała zasadniczą rolę w wydarzeniach z 13 stycznia 1991 roku, kiedy to 14 cywilów zginęło a 700 zostało rannych w wyniku szturmu wojska, gdy zorganizowano tam protest przeciw zajęciu wieży przez wojska sowieckie. Taras widokowy wieży jest na wysokości 160 metrów i znajduje się tam kawiarnia. Platforma widokowa wykonuje jeden obrót w ciągu 45 minut. Szybkie windy w ciągu 40 sekund zawożą pasażerów na tę wysokość. W czasie dobrej pogody widoczność sięga 40 kilometrów.

 

Trochę nas zaskoczyła bardzo wysoka cena wjazdu na platformę bo kosztowało to 21LIT od osoby ale zdecydowaliśmy się wjechać. Na górze miła atmosfera bo kawiarenka, która się obraca. Obrót jest tak delikatny, ze nawet go nie czuć tylko widok za oknem się zmienia. Mieliśmy piękna pogodę więc i widoczność była wspaniała. Podobno znajdowaliśmy się na wysokości 160 metrów. Z góry widać było całe Wilno ale również okoliczne wioski.

 

WILNO – widok z wieży TV

 

W kawiarni spędziliśmy ok. 45 minut, gdyż kawiarnia zdążyła wykonać jeden pełny obrót. W tym czasie wypiliśmy kolejną kawę i w sumie trochę odpoczęliśmy po tym długim spacerze po Wilnie. Było naprawdę miło i przyjemnie.

 

Po zjechaniu na dół, w czasie kiedy ustawiałem GPS na wyjazd z miasta, zdążyłem jeszcze obejrzeć tablicę upamiętniającą wydarzenia ze stycznia 1991 roku. Kiedy GPS złapał sygnał, ruszyłem wg jego wskazówek. Celem naszym było nie tylko wyjechać z miasta ale po drodze zajrzeć do geograficznego środka Europy. Wyczytałem w przewodniku, że według obliczeń dokonanych w 1989 roku przez Jean-George'a Affholdera z francuskiego Narodowego Instytutu Geografii środek Europy znajduje się na terytorium Litwy w pobliżu Wilna, co Litwini uczcili specjalnym parkiem. Wskazali, że jest to zjazd w lewo na 23km od miasta.

 

Jadąc na północ od Wilna w kierunku Łotwy, mijaliśmy tabliczki oznaczające kilometry. Około 20 kilometra był drogowskaz w prawo do Parku Europejskiego. W przewodniku napisano, że ma to być w lewo, około 400m w pobliżu wioski Purniszki. Kiedy minęliśmy 23 kilometr i znak na Purniszki wydawało się nam, że wszystko gra. Ale dojechaliśmy do wsi i na tym koniec. Żadnego drogowskazu, żadnej informacji.

 

Wysiadłem z samochodu i poszedłem do jakiegoś domu, w którym pracował murarz. Spytałem go ale on zawołał takiego bardziej biegłego w polskiej mowie. Kiedy mu pokazałem litewską nazwę tego miejsca, od razu wiedział o co chodzi. Powiedział, że skręciliśmy za wcześnie i wskazał na ten park, na który był drogowskaz. Później niby mamy tam gdzieś odbić i znajdziemy to łatwo.

 

Wróciliśmy więc te kilka kilometrów i zjechaliśmy z głównej drogi na Utenę aby dojechać do tego parku lub w jego okolice. Jednak drogowskaz wskazał nam, że to aż 13km! Ale cierpliwie jechaliśmy choć po 6 km skończył się asfalt i zaczęła się potwornie dziurawa szutrowa droga. Te 7 kilometrów to była katorga. Wątpiłem czy to naprawdę to, o co nam chodzi bo zrobiło się niezłe zamieszanie.

 

Dojechaliśmy do parku. Przed parkiem parking. W stróżówce młody gość, który próbuje mi łamanym angielskim oświadczyć, że w ogóle to, o co nam chodzi to… znajduje się przy trasie na Utenę i należy skręcić w lewo a nie jak my w prawo, bo to tutaj to Park Europejski. Wściekłem się na tych baranów z budowy niemiłosiernie. Co za gnoje! Jak nie wiesz ćwoku, to nie mów, że wiesz do cholery. Ale na co mi ta złość skoro już zostaliśmy udupieni. Gościu ze stróżówki mówi żebym wracał tą samą drogą i później wjechał na główną ale ja już wiedziałem, że nie ma takiej opcji abym jechał tymi wertepami.

 

Wyjechałem wściekły z tego parku i pojechałem w kierunku Wilna sądząc, że musi być jeszcze przed miastem jakaś przecinka do głównej drogi. Zaryzykowałem, w czym utwierdził nas pasażer z przystanku. Niestety dalej nie było znaków drogowych i przy rozjazdach trzeba się było pytać. Raz to był rowerzysta, a za drugim razem zatrzymałem się pod domem gdzie duża rodzina robiła sobie grilla. Niespodziewanie bardzo młoda kobieta zaproponowała rozmowę po polsku. Ale mówiła tak po polsku jakby od urodzenia mieszkała w Polsce. Żadnego "zacjągania" i w dodatku fachowo wyjaśniła. W tym czasie ja już tylko chciałem się dowiedzieć jak dojechać na trasę do Uteny, a ten środek Europy sobie darowałem ale jeszcze raz zaryzykowałem. i pani znów fachowo wytłumaczyła.

 

Chwilę później wylądowaliśmy na trasie do Uteny bez konieczności wjeżdżania do Wilna. Kiedy ponownie minęliśmy najpierw zjazd do Parku, a potem po 23km zjazd do Purniszek, dopiero na 26km ujrzeliśmy pierwszy drogowskaz informujący o środku Europy. Skierował nas w lewo, rzeczywiście szutrową drogą i rzeczywiście po 400m dojechaliśmy. Niestety nie do środka Europy ale jakiemuś chłopu do domu! To już była całkowita kompromitacja z mojej strony.

 

Facet był naprawdę zdziwiony, że ma gości. Pies tak ujadał, że nie można było nic usłyszeć kiedy wysiadłem, któryś to już raz z tym samym pytaniem. On tylko się obśmiał i powiedział, że za około 500m sami zobaczymy zjazd, flagi i pola golfowe i na pewno nie przegapimy.

 

Znów przejechaliśmy więc ten kawałek po trawie i szutrze i wyjeżdżając jeszcze raz zerknęliśmy na drogowskaz. Normalnie, centralnie strzałka do chłopa na posesję. Ale rzeczywiście jakieś 500m dalej, normalna już informacja, gdzie jesteśmy i wreszcie zjechaliśmy. Nerwy puściły, wyluzowałem wreszcie i mogliśmy się przejść do tego miejsca.

 

W sumie nic takiego ale fajnie zrobiony punkt. Jest róża wiatrów, są flagi wszystkich krajów, kamień ze współrzędnymi i kilka ławek. Jest też informacja turystyczna i podobno rozdają nawet certyfikaty ale było już za późno żeby było otwarte. Pobyliśmy tam może z 15-20 minut po czym czas było wyruszyć w kierunku Łotwy i znaleźć jakiś nocleg.

 

PURNISZKI – geograficzny środek Europy

 

Miałem przygotowane dwa noclegi nad jeziorami i kiedy zbliżaliśmy się do tego miejsca, byliśmy już czujni. Wreszcie nakazano nam skręcić w prawo i po około 5km dojechaliśmy do kompleksu leśnego nad jeziorem. Sporo ładnych domków i kilka osób przy recepcji.

 

Na nasze pytanie o nocleg, okazało się, że chyba nie bardzo ale powiedzieli żeby poczekać na szefa. Czekaliśmy z 10 minut ale na darmo bo szef od razu stwierdził, że nie ma miejsc. W takim razie nie bardzo wiadomo było, po co na niego czekaliśmy.

 

Na szczęście jednak tuz obok były dwa inne kempingi i tam postanowiliśmy szukać szczęścia. Ten drugi to dość podobna sprawa. W centralnym punkcie stał hotel a w nim kolejka do recepcji więc zostawiłem Hanię i poszedłem sam obczaić co i jak. Przy plaży jednak odkryłem kilkanaście autokarów, przeogromne ognisko i ludzi tańczących wokół niego przy melodiach radzieckich. To oznaczało, że Litwini mają weekend i chyba raczej wszystkie miejsca są zajęte.

 

Kiedy wróciłem do Hani, tam informacja się potwierdziła. Było co prawda miejsce w owym hotelu ale doba kosztuje tam 440LIT. Pani była jednak tak miła i zadzwoniła do trzeciego kempingu gdzie okazało się, że jest możliwość zakwaterowania.

 

Po przebyciu 1,800m wjechaliśmy na kemping numer 3. Recepcja była zamknięta, wokół było sporo samochodów ale było cicho. To już duży plus. W dodatku ten kemping był dużo skromniejszy choć całkiem ładny. Kiedy nas zauważono, że dobijamy się do recepcji, przybiegł do nas gruby facet w samych slipach. Jak się okazało Rus, więc dyskusję prowadziła Hania, a ja się tylko przysłuchiwałem. Na nasze zapytanie o nocleg, poszedł się skonsultować z żoną.

 

Kiedy wrócił Hania zagaiła: "i szto żona skazała?" na co on dał nam trzy propozycje: domek bez dusza za 100, pokój z łazienką i duszem za 150 lub namiot za 50. Na moje pytanie o ten kluczowy element rozmowy, a więc "dusz", uzyskałem informację, ze to prysznic. Ceny nas trochę zaskoczyły bo to dość drogo, zważywszy, że w domach ceny oscylują w granicach 50-80LIT za pokój i to w Wilnie. Zdecydowaliśmy się na opcję 100LIT licząc, że skorzystamy z sanitariatów dla namiotowców.

 

Dostaliśmy kluczyk od domku na górze, gruby Rus wziął kasę w łapę, nie dał żadnego pokwitowania, żadnego meldunku, nic. Podjechałem na górę, wyładowaliśmy bagaże i poszliśmy do domku. Domek nie był szałowy ale całkiem znośny. Była toaleta, kuchnia a wnętrze czyste. Od razu należało zamykać drzwi ze względu na komary, bowiem cały kemping był usytuowany w lesie.

 

Po rozpakowaniu ruszyłem na podbój, tzn. szukałem tego "dusza". Przeszedłem cały kemping i dotarłem do pola namiotowego. Tam było kilka namiotów i młodzi ludzie grali w piłkę i kosza (sport narodowy). Znalazłem toalety i całe szczęście, że znałem już słowo "dusz" bo właśnie tak było to oznaczone. Jednak kiedy podszedłem bliżej, nie zauważyłem żadnego prysznica. Obszedłem cały barak dookoła i wreszcie na koniec zauważyłem słuchawkę przymocowaną do deski. Trzeba dodać, że było to na zewnątrz. W takim razie biorąc prysznic, człowiek jest na dworze. Ale przynajmniej była ciepła woda.

 

Wróciłem do domku, Hania już zrobiła kolację. W trakcie kolacji wyszło na jaw, że rozszczelnił się nam czajnik. Potem jeszcze raz poszedłem do baraku z ciepłą wodą, wykąpałem się i do końca dnia przygotowywałem się na następny. Przestawiłem jeszcze auto zgodnie z zaleceniem Ruska aby nikt go nie widział. Na sam koniec wybraliśmy się z Hanią nad jezioro i czekaliśmy aż się ściemni. Niestety komary zaczęły nas dość brutalnie atakować. W domku jednak nie było ani jednego i dlatego noc była spokojna.

 

Dzień 3: Troki – Moletai 180km

 

 

Dzień 4 – 28 czerwca 2009 – niedziela

 

POLSKIE ŚLADY NA ŁOTWIE

 

Spało się wygodnie i spokojnie. Po przebudzeniu zauważyliśmy, że pogoda za oknem jak dzwon. Po szybkim śniadaniu i zapakowaniu wszystkiego, byliśmy gotowi na dalszą drogę. Zaniosłem jeszcze klucz i tak jak mówił ten gruby Rus, gdyby nikogo nie było, to mam rzucić na stolik.

 

Droga do granicy była nadal pusta. Ruch samochodowy praktycznie żaden. Oczywiście to bardzo dobra wiadomość. Ciekawi byliśmy czy Litwini pilnują też swojej granicy z drugiej strony i kiedy tam dotarliśmy, okazało się, że tak! Tym razem nas nie zatrzymali i tylko zerknęli na rejestrację. Natomiast auto przed nami musiało się już zatrzymać. Tak więc dla Litwinów Schengen rzeczywiście nic nie oznacza. Łotyszy nie było wcale.

 

Wjazd do Łotwy spowodował znaczącą różnicę w jakości dróg. Drogi na Łotwie są chyba nawet gorsze od Polski. Kiepskiej jakości asfalt nie jest tak bardzo jeszcze zniszczony zapewne dzięki bardzo małemu natężeniu ruchu.

 

Mnie ciekawiła Łotwa i spodziewałem się raczej kraju zbliżonego do Estonii, natomiast Hania usilnie powtarzała, że Łotwa to dzikusy i w ogóle nie brała tego kraju na serio. Czekała na Estonię, Łotwę całkowicie ignorując.

 

Pierwsze wrażenie, oprócz dróg, było takie, że tam nie ma pól tylko lasy. Po obu stronach drogi były lasy. Na Litwie podobnie ale Łotwa to już naprawdę same lasy. Nie mieliśmy zbytniej możliwości rozejrzeć się po krajobrazach gdyż tuż za granicą litewską znajduje się dość duży ośrodek przemysłowy – miasto Dyneburg. Dawniej, jeszcze w czasach polskich, nazywało się Dźwinów a obecnie nosi łotewską nazwę – Daugavpils.

 

Miasto (http://www.daugavpils.lv/) to leży w południowo-wschodniej części kraju, nad Dźwiną (nazwa w języku łotewskim oznacza zamek nad Daugavą, tj. Dźwiną), jest to drugie co do wielkości miasto Łotwy (127,000). Główny ośrodek Polaków na Łotwie; większość mieszkańców miasta stanowi ludność rosyjskojęzyczna (Rosjanie, Białorusini, Polacy). Polaków mieszka tam ok. 16,000 a samo miasto jest ogromnym węzłem kolejowym i ośrodkiem przemysłowym.

 

Naszym celem nie było zwiedzanie miasta bo cała starówka uległa zniszczeniu. Jedynym celem była szkoła polska, a wcześniej musieliśmy wykonać dość prozaiczne rzeczy: a mianowicie wymienić pieniądze oraz zrobić małe zakupy.

 

W tym celu wjechaliśmy do samego centrum i zaparkowaliśmy pod jakimś centrum handlowym. Ciężko było znaleźć miejsce ale w końcu się udało. Mimo, że to niedziela, miasto funkcjonowało normalnie.

 

Najpierw weszliśmy do jakiegoś pasażu handlowego aby znaleźć jakiś kantor. Jednak było to tak ogromne skupisko sklepów, że poprosiłem Hanię aby kogoś zapytała. Zresztą oboje czuliśmy się jak w Rosji, bo absolutnie wszyscy mówili do siebie po rosyjsku, z głośników płynęła skoczna, ludowa muzyka rosyjska i tylko łotewskie napisy na drzwiach przypominały, że to jednak nie Rosja, a Łotwa. Podobno ponad 60% ludności Dyneburga to Rosjanie.

 

Hania wybrała młode małżeństwo z dzieckiem, bo usłyszała jak tatuś karcił swojego synka po rosyjsku. Facet okazał się być bardzo uprzejmy i kompetentny. Wskazał nam, że kantor znajduje się na zewnątrz, od strony parkingu. Na moje zapytanie czy w niedzielę będzie czynny, bardzo się zdziwił i odrzekł, że to przecież normalny dzień. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz ogrom tego parkingu i tłumy ludzi trochę nas onieśmieliły ale ruszyliśmy w podanym kierunku. Za chwilkę jednak podbiegł do nas ten sam gościu i wskazał skrót, upewniając się, że tym razem na pewno trafimy bo już widać było pomarańczowy szyld. Prawdę mówiąc sami mielibyśmy spore kłopoty odszukać ten kantor.

 

Kantor to klitka o wymiarach 2m na 2m i facet za kratą. Cos tam było nabazgrane flamastrem, że niby to jakiś kurs ale całość robiła wrażenie dość prymitywne. Musiałem poczekać aż odejdzie klient nim wręczyłem facetowi za kratą 50GBP. Ten podświetlił je w ultrafiolecie i wypłacił mi równe 40 łatów. Na moje zdziwienie, że tak idealnie wyszło, bez żadnych "groszy" coś się tam obruszył i wskazał, że taki kurs. No ale nie było przecież sensu się tam wykłócać o dokładny paragon.

 

Wróciliśmy do centrum handlowego i zamówiliśmy sobie po kawie. Obsługa rosyjskojęzyczna i na początku mieliśmy iść na zewnątrz ale tamtejsze stoliki były okupowane przez jakichś żuli i wróciliśmy do środka. Wszystko się układało nam pomyślnie.

 

Po wypiciu kawy zaczęliśmy szukać jakiegoś supermarketu spożywczego ale nie było w tym budynku i musieliśmy pójść do miejsca gdzie zaparkowaliśmy samochód. Tam był właśnie jakiś supermarket i zrobiliśmy małe zakupy. To znaczy rzeczy najbardziej potrzebne i pilne czyli chleb i cytrynę. Hania skorzystała również z WC i co nas bardzo rozśmieszyło w tej toalecie, to pani na kasie fiskalnej i paragon za wykonana usługę.

 

Wcześniej się zorientowałem gdzie jesteśmy i w którym kierunku powinniśmy jechać mniej więcej aby odszukać tę polską szkołę. Co prawda GPS działał w Dyneburgu ale drogi tam były tak pokręcone, że nie do końca mu wierzyłem.

 

Jechaliśmy wzdłuż Dźwiny, potem niepotrzebnie wjechałem na most i musieliśmy się wrócić aż w końcu zgodnie z opisem znaleźliśmy się w pobliżu miejsca gdzie znajduje się cerkiew, kościół katolicki i ewangelicki. Tutaj też gdzieś miała znajdować się ta szkoła.

 

Zaparkowaliśmy pod cerkwią i Hania zapragnęła się tam udać. Ładna, duża cerkiew w niebieskich barwach rzeczywiście przyciągała wzrok. Weszliśmy tam na chwilkę by potem przejść na drugą stronę ulicy i natknęliśmy się w końcu na tę polską szkołę. Ze względu na wakacje, szkoła była nieczynna.

 

Wyjazd z miasta w kierunku innego "polskiego" miasta nie nasporzył nam żadnych problemów. Byliśmy akurat z dobrej strony miasta i wystarczyło po prostu jechać dalej. Do Krasława nie jest daleko dlatego nie przewidywaliśmy żadnych przygód ani przystanków po drodze.

 

Krasław (Kraslava http://www.kraslava.lv/) to niespełna 11-tysięczne miasto jeszcze bardziej na wschód od Dyneburga również z polską populacją i szkołą. Nas jednak w tym miasteczku interesował pomnik ku czci polskich żołnierzy wyzwalających ten obszar w latach '20 ubiegłego wieku. Pomnik miał się znajdować na starym katolickim cmentarzu. Gdzie pochowano tych żołnierzy.

 

Co prawda w miasteczku istniał zespół pałacowy Ludwika Platera z lat 1765-1791, proj. Antoniego Paracco, nakryty unikalnym w skali Łotwy dachem mansardowym, w którego skład wchodzi także budynek biblioteki i młyn wodny ale podobno stan techniczny jest katastrofalny i nie ma co tam oglądać.

 

Wjeżdżając do miasta minęliśmy ten kompleks otoczony wysokim betonowym murem i zatrzymaliśmy się znów w centrum. Znów Hania poszła załatwiać jakieś informacje i szybko upolowała starszego Rosjanina. Chłop tak się napalił nam pomóc, że chyba nie załatwił tego, co zamierzał bo poprosił o 15 minut czasu, a wrócił chyba już po 5. Nie za bardzo wiedzieliśmy jak ma nas zaprowadzić do pomnika bo wskazał na "maszinu" i nie wiedzieliśmy czy na naszą Hankę czy swoją.

 

Kiedy wrócił dosiadł swojego żelaznego rumaka, założył kask i nas poprowadził. Droga trochę zakręcona ale po chwili zatrzymał się przed bramą główną. Tuż za nią widać było obelisk. Śmialiśmy się trochę bo przyprowadził nas tu Rusek, a pomnik przecież upamiętnia 45 poległych Polaków, którzy pomagali Łotyszom wyswobodzić się spod panowania Rosjan właśnie. Na koniec, tuż przed pożegnaniem, nasz nowy kolega wskazał na budynek po drugiej stronie ulicy i oznajmił, że to polska szkoła. Nie zajęło nam dużo czasu obejrzenie tego zabytku. Ładnie utrzymany, ze świeżymi kwiatami i flagami polskimi, wskazuje na to, że ktoś regularnie się nim zajmuje.

 

KRASŁAW – pomnik żołnierzy polskich

 

Teraz tylko trzeba było umieć wyjechać z powrotem. Musieliśmy dotrzeć do drogi wlotowej bo tuż przed miastem było odbicie na kolejny nasz punkt dzisiejszego planu dnia – Agłona. Kiedy bez najmniejszego problemu wróciliśmy tą samą trasą, którą nas poprowadził ten Rusek, to wyjazd był już praktycznie przesądzony. Po wyjechaniu z miasta i skręceniu w odpowiednią drogę dotarliśmy jednak do rozwidlenia bez żadnego choćby znaku. Nie było szans wybrac drogi samemu bo drogi były identyczne.

 

Stanąłem więc na środku, włączyłem awaryjne i machnąłem ręką przez okno wymijającemu mnie kierowcy. Ten zatrzymał się natychmiast, a ja podjechałem do niego zanim dokładnie wysiadł żeby Hania mogła go zapytać o drogę. Nie za bardzo nas zrozumiał bo mieliśmy problemy z wypowiedzeniem tej nazwy ale wreszcie wskazał nam jedną z dróg.

 

Agłona (Aglona http://www.visitaglona.lv/)  to wieś na Łotwie, w okręgu Preiļi, położona 40 kilometrów na północny wschód od Dyneburga; ośrodek maryjny z bazyliką, znajdujący się w otoczeniu jezior Cirišs i Egles. W 1980 roku obchodzono 200-lecie kościoła, a papież Jan Paweł II nadał mu status bazyliki. W 1986 roku odbyła się tutaj uroczystość 800-lecia chrztu Łotwy. Z okazji przyjazdu papieża Jana Pawła II odnowiono bazylikę oraz przygotowano olbrzymi plac przed budynkiem na przyjęcie Ojca Świętego, które się odbyło w 1993 roku. Przybyło wtedy 300,000 pielgrzymów. W roku 2000 w Agłonie mieszkało 2655 osób, w tym Rosjan 396 i 93 Polaków.

 

Zanim jednak dojechaliśmy do Agony wydarzyła się przykra rzecz. Wyjeżdżając zza zakrętu w jakiejś wiosce zdołałem tylko zauważyć czerwony lizak policjantki. Na nic zdały się moje usilne próby wyhamowania bo już byłem namierzony i pozostało mi tylko zjechać na pobocze i się posłusznie zatrzymać.

 

Funkcjonariuszka zaczęła oficjalnie i stanowczo. Przedstawiła się i zadała jakieś pytanie po łotewsku ale kiedy się zorientowała, że nie damy rady odpowiedzieć zaczęła się rozmowa po rosyjsku. Pani policjantka zapytała: "Z jaka prędkością pan jechał?" Szczerze mówiąc nie wiedziałem ale powiedziałem: "50…er……60". Pani tylko pokiwała głowa przecząco i poprawiła mnie "siemdiesiat!" Zaraz potem zażądała wszystkich dokumentów i spytała czy chcę iść z nią do radiowozu, czy wolę poczekać w swoim samochodzie bo to trochę potrwa, gdyż musi wpisać punkty karne do bazy danych i wypełnić protokół. Zapytała jeszcze czy już byłem karany na Łotwie i poszła do swojego kolegi, który siedział w policyjnym hyundaiu. W sumie trochę się zastanawiałem dlaczego nie pokazali mi odczytu na radarze bo nie mieli "suszarki" ani przecież filmu nie nagrali bo wypadłem im zza zakrętu.

 

Bardzo to długo trwało i w tym czasie zastanawialiśmy się z Hanią jak dużo przyjdzie nam zapłacić. Słyszałem, że policja w tych republikach lubi przywalić w iście skandynawskim stylu ale nie mieliśmy pojęcia ile to będzie za przekroczenie o 20km/h. W końcu pani wyszła z hyundaia i podeszła z plikiem moich dokumentów oraz żółtą kartką. Wręczyła mi wszystko i coś zaczęła mówić. Kiedy skończyła, ja nieśmiało zapytałem: "Skolko?" Ale ona powtórzyła to samo o zwróciła się do Hani: "Przetłumacz". W tym czasie już do mnie dotarło, a Hania tylko to potwierdziła, że dostaję upomnienie, punkty karne, jestem w bazie danych ale rezygnują z kary finansowej. Na koniec jeszcze pani życzyła mi szerokiej drogi, a właściwie bezpiecznej. Tak więc ta niemiła z początku przygoda skończyła się całkiem fajnie. Jak potem wykazał raport, jechałem 67km/h w terenie zabudowanym.

 

Mandat karny na Łotwie

 

Pomyślałem sobie, że na 15 lat posiadania prawa jazdy w Polsce, tylko raz dostałem mandat, a na Łotwie jestem od dwóch godzin i już mało brakowało a bym zaliczył wtopę. Ale nie ma co narzekać, tylko teraz musiałem się pilnować bo by mnie za drugim razem zapewne trochę inaczej potraktowali.

 

Chwilę później podjechaliśmy pod białą bazylikę otoczoną ogromnym placem. Na parkingu nie było nikogo. Na spokojnie weszliśmy na teren kościelny. Daleko się idzie zanim dochodzi się do samej bazyliki. Wejście jednak było zamknięte. Obeszliśmy ja dookoła i dopiero od drugiej strony udało się nam poprzez zakrystię wejść do wnętrza. Tam Hania znów miała chwilkę na spotkanie z Matką Boską Ałgońską, a ja w tym czasie plądrowałem po pamiątkach związanych z tym obiektem. Kiedy Hania doszła do mnie, zaproponowałem jej jakąś pierdółkę i wrzuciłem do przygotowanej skrzynki kilka miedziaków. Chyba nawet ich oszukałem i wrzuciłem za mało ale Hani nie powiedziałem.

 

Zanim wyszliśmy z kościoła do jego wnętrza wpadła zdyszana grupa z Polski, z jakimś klechą na czele i zaczęli śpiewać po polsku. To był znak, że trzeba się ewakuować. Hania poszła jeszcze do płatnego WC (ale bez kasy fiskalnej), a ja na parking gdzie stał polski autokar, którym przyjechała ta rozśpiewana ekipa.

 

Gdy Hania doszła w końcu do auta, ja już miałem zaplanowany posiłek gdyż zgodnie ze wskazówkami z przewodnika, miała się tutaj znajdować ultra-tania restauracja. Nastawieni na naprawdę tanie jedzenie znaleźliśmy ją chwilę później ale choć tania była, to jednak nie aż tak, jak piali w tym przewodniku. Zjedliśmy porządny mięsny obiad i przy okazji zauważyliśmy, że w telewizorze włączona była… polska Viva.

 

Przed nami był spory kawałek drogi ale już dziś bez żadnego zwiedzania. Zjechałem jeszcze tylko troszkę w bok aby zrobić sobie zdjęcie z cyklu: "śmieszne nazwy miejscowości" i tym razem padło na nazwę "Baśki". Plan natomiast na dalsza część dnia był taki, aby zanocować nad jeziorem w miejscowości Aluksne, tuż przed granicą estońską. Miał tam być kemping. Jechaliśmy więc pośród lasów, tymi kiepskimi aczkolwiek zupełnie pustymi drogami. Mijały nas tylko wojskowe wozy załadowane żołnierzami i sprzętem.

 

Po drodze zatrzymaliśmy się w jakiejś dziurze na kawę. Kawa ta okazała się najgorszą jak do tej pory. Siedzieliśmy na zewnątrz knajpy i oboje narzekaliśmy na to, co przygotowała nam barmanka. Potem w miejscowości Balvi musieliśmy liczyć na pomoc ludzi, bowiem znaków nie uświadczysz, a był to moment zmiany drogi.

 

Wreszcie dojechaliśmy do Aluksne no ale znaków kierujących na kemping nie było. Kolejny raz trzeba było się jakoś ratować. Najpierw stanąłem przed ogromna tablicą z planem okolicy ale kempingu tam nie zaznaczono. Zmartwiłem się, że być może już go nie ma. Spróbowaliśmy jednak zapytać kogoś i po przejechaniu praktycznie przez całe miasto, zatrzymaliśmy się w supermarkecie. Tam, wypatrzyliśmy ofiarę i zaatakowaliśmy. Na początku nie byli świadomi o co pytamy ale wreszcie skumali i powiedzieli, że to tuż za zakrętem.

 

Kiedy ruszyliśmy w tym kierunku, za jakieś 200m pojawił się pierwszy znak kierujący na ten kemping. Za 1400m miał się znaleźć. Jechaliśmy więc tam, droga zmieniała się aż wreszcie dojechaliśmy błotnistą droga do jakiegoś hoteliku z parkingiem. Wyglądało, że w końcu trafiliśmy ale nie było żadnego ogrodzonego placu, żadnych domków i tylko brama z żerdzią.

 

Po zaparkowaniu poszliśmy się przejść żeby zobaczyć o co chodzi ale zauważyłem tylko, że dalej jest kilka domków w lesie, a potem kolejna żerdź czyli brama wjazdowa. Wszystko to w ładnej scenerii bo jakieś 20-30m od brzegu jeziora z ogromną wyspą na środku.

 

Nie było wyjścia i trzeba było dowiedzieć się w środku czegoś. W recepcji/barze obsługiwała młodziutka dziewczyna więc zaryzykowałem rozmowę po angielsku. Dowiedziałem się, że jest możliwość przenocowania ale ceny są kosmiczne. Zaproponowano nam 29łatów za domek! Trzeba pamiętać, że 1łat to 7 zł czyli na nasze to wychodzi około 200zł! Pokój w tym barze był za 19łatów, natomiast namiot tylko 6. Hani pomyliły się łaty z litami (które są mniej więcej 1:1 ze złotówką) i ucieszyła się, że takie tanie domki. Dopiero potem uświadomiła sobie swój błąd i zgodziła się na noc w namiocie.

 

Chcieliśmy unikać za wszelką cenę nocowania w namiocie ale na wszelki wypadek trzeba go było wziąć. No i tutaj się przydał. Dziewczyna po zainkasowaniu gotówki, wskazała swojego kolegę, równie młodego, który miał nam wskazać miejsce oraz odpowiedzieć na nurtujące nas pytania.

 

Chłopak pobiegł przed nami, a my wjechaliśmy za wspomnianą żerdź i wjechaliśmy na trawiasty fragment łąki, na której stała ławka oraz po drugiej stronie sanitariaty. Wyglądało to wszystko porządnie. Widać, że ten kemping dopiero się rozbudowuje i to są jego początki.

 

Po wyładowaniu gratów na ławę, przystąpiliśmy do stawiania namiotu. Hania dzielnie mi pomagała i dość szybko go ustawiliśmy. To nowy namiot, 3-osobowy więc jeszcze nie miałem doświadczenia w rozstawianiu go. Wrzuciliśmy sprzęt do spania do środka i mogliśmy zająć się kolacją.

 

Poszedłem załadować czajnik wodą i skorzystać z kontaktów, które były widoczne przy umywalkach. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że w kontaktach nie ma prądu. Sprawdziłem wszystkie, te na zewnątrz i te w środku i nic. Światło działało, a prądu nie ma.

 

Wróciłem zdegustowany i zastanawiałem się co robić, bo Hania już przygotowała zupy do zalania wrzątkiem. Były dwie opcje: iść kawał drogi do tego hoteliku po wrzątek lub poprosić "faszystów", którzy obozowali obok nas. Kiedy wjeżdżaliśmy na tę łąkę, to zauważyliśmy 3 campervany na austriackich numerach, a przy stolikach 3 stare austriackie małżeństwa. Rzuciłem wtedy ksenofobiczną uwagę, że "faszyści" obozują i już tak zostało. W dodatku teraz musiałem liczyć prawdopodobnie na ich pomoc.

 

Kiedy przedstawiłem te dwie opcje Hani, ona stwierdziła, że lepiej spróbować u "faszystów" ale dodała: "Myślisz, że faszyści mówią po litewsku?", "Po litewsku???" – odparłem zupełnie zaskoczony. "Nie, po łotewsku!" – zadowolona się poprawiła. "Myślę, że ani Austriacy, ani ja nie mówimy po litewsku i łotewsku ale mam nadzieję, że dogadamy się po angielsku", zakończyłem ten znakomity dialog. Hania dopiero teraz zorientowała się, że to co mówi nie ma zbytnio sensu i sama się z siebie zaczęła śmiać i dziwić dlaczego zadaje czasem takie dziwne pytania.

 

Tymczasem musiałem spróbować zagadać tych "faszystów" bo widziałem, że oni maja prąd dociągnięty do samochodów. Zaszedłem ich od tyłu z pełnym czajnikiem i od razu zapytałem o prąd. Jeden się od razu ruszył i wypiął swój samochód podając mi kabel. W tym czasie drugi, leżąc na leżaku, zapytał po niemiecku dlaczego nie pójdę do sanitariatów. Zrozumiałem go bo wskazał ręką w tamtą stronę i odrzekłem mu ponownie, że tam nie działa. Przetłumaczyła mu to jego żona ale jakoś nie mógł tego przełknąć. Poczekałem aż woda się zagotuje, grzecznie podziękowałem i wróciłem z wrzątkiem do Hani.

 

Po kolacji poszliśmy sobie na spacer nad jezioro. Weszliśmy na molo, porobiliśmy kilka zdjęć, poobserwowaliśmy ptaki i rybki podpływające do mola i powolutku wracaliśmy na nasze miejsce obozowania. Idąc tak w tym kierunku, można było zauważyć ogromne połacie mgły okalające całą naszą łąkę. Ciemno zaczęło się robić dość późno bo już przejechaliśmy kawał drogi na północ ale komary też dawały się nam we znaki. Bardzo obawiałem się tej nocy, szczególnie ze względu na Hanię. Poubieraliśmy się ciepło i spróbowaliśmy jakoś zasnąć.

 

Dzień 4: Moletai – Aluksne 410km

 

 

Dzień 5 – 29 czerwca 2009 – poniedziałek

 

DO OSTATNIEJ KROPLI... BENZYNY

 

Ciężka była ta noc. Niewygodnie i zimno, choć oczywiście spodziewaliśmy się chłodu, nocując na łące przy jeziorze. Budziliśmy się kilka razy i chociaż ja raczej przywykłem do takiego nocowania, to jednak dla Hani był to koszmar. Wiedziałem już, że nie ma opcji abyśmy powtórzyli takie noclegowanie w przyszłości mimo, iż Hania w ogóle nie narzekała ale widziałem, że bardzo się umęczyła tą nocą.

 

Kiedy już wreszcie nadeszła pora na pakowanie się, mieliśmy problem z namiotem bo był pokryty rosą i trzeba było go lekko wysuszyć na pięknym wschodzącym, na szczęście, słońcu. Wysłałem Hanię po wrzątek do recepcji, bo już nie chciałem narzucać się "faszystom" ale Hania wróciła z niczym, gdyż recepcja czynna od 9.00.

 

Jakoś sobie poradziliśmy bez tego wrzątku, pozbieraliśmy wszystko i byliśmy gotowi jechać. Znów powolutku błotnista drogą pod szlaban, który musiałem osobiście dźwigać i otwierać. Potem drugi, choć tuż za nim kopał szpadlem w ziemi ten synek, co nas wczoraj oprowadzał. Nawet gościu nie drgnął żeby samemu to otworzyć więc znów musiałem wysiąść, dźwigać tę żerdź ale nawet mi nie przyszło do głowy żeby ją ustawić z powrotem. Pojechaliśmy dalej. Niech sobie sam zamyka.

 

Znalazłem sobie na mapie jakieś łatwe przebicie się wokół jeziora żeby zaoszczędzić drogi i wyjechać przed granicą estońską. Najpierw jednak wjechałem na cmentarz, druga droga też byłą zła i w końcu znalazłem właściwą. Niestety za kilka kilometrów asfalt się skończył i zaczął się dukt kamienny, który powodowa totalne zakurzenie samochodu. Co dziwne, była to oficjalna droga z przystankami, drogowskazami, która prowadziła zgodnie z tym, co na mapie.

 

Zanim mieliśmy wjechać do Estonii, miałem przygotowane 7łatów na paliwo aby dojechać do jakiegoś dużego miasta by tam wymienić kolejny raz pieniądze. Już na tej szutrowej drodze świeciła się rezerwa i oboje wypatrywaliśmy jakiejś stacji ale raczej ciężko było liczyć na stację przy tej drodze. Jednak po 12km miała się skończyć i została jeszcze kilka do granicy z Estonią.

 

Wyjeżdżając z tej szutrowej drogi, odetchnęliśmy z ulgą bo chyba czasowo to nie zyskaliśmy dużo bo średnia wyszła pewnie ze 30km/h. Tym razem trasa była szeroka i pusta i już tylko chcieliśmy zatankować zanim wjedziemy do kolejnego państwa.

 

Byliśmy w szoku kiedy chwilkę później zauważyliśmy dużą tablicę informacyjną, że właśnie wjechaliśmy do Estonii. Granica przebiega w środku lasu, nikogo nie było a najgorsze, że nie było żadnej stacji benzynowej. Teraz zmieniły się priorytety bo potrzebowaliśmy banku żeby zdobyć jakieś korony bo wjechaliśmy do Estonii bez żadnej przecież.

 

Zaczęła się lekka panika bo jak na razie to minęliśmy ze dwie estońskie wioski w których nie było ani banku, ani bankomatu ani stacji. Dodatkowo drogowskazy usilnie promowały nazwę miejscowości, której nie mogłem odszukać na mapie i straszyły odległością w okolicach 100km. Robiło się niebezpiecznie.

 

Sprawa dziwnego miasta rozwiązała się kiedy wjechaliśmy na trasę do Voru, a Pskov, który po estońsku brzmi zupełnie inaczej, okazał się być miastem w Rosji. Tyle naszego dobrego plus fakt, że można było jechać wreszcie 100km/h na pięknej trasie między drzewami. Do tego Voru był jeszcze spory kawałek ale w baku naprawdę pusto. Jakieś 20km przed miastem, wydawało mi się, że już nie dojadę bo lampka świeciła się już cały czas, wskazówka dawno temu opadła na samiutkie dno, za literkę "E" i tylko szybkie uzupełnienie paliwa mogło nas uratować od katastrofy.

 

Zajechaliśmy na pierwszą stację benzynową za tabliczką "Voru" ale niestety nie było tam bankomatu ani terminalu do płacenia kartą. Nie było wyjścia i trzeba było jechać dalej. Na szczęście parę kilometrów dalej było jakieś centrum handlowe ze stacją benzynową i kiedy zaparkowałem wiedziałem, że muszę tu zatankować.

 

Poszliśmy do sklepu w poszukiwaniu bankomatu. Kiedy go znalazłem, czekałem czy przyjmie moja kartę i wreszcie otrzymałem 150EEK. Będąc w sklepie spożywczym, kupiliśmy chleb po czym wyszliśmy aby zatankować. Okazało się, że stacja jest automatyczna. Podszedłem więc do jakiejś dziewczyny, która szybko wytłumaczyła mi jak się to robi i po chwili zatankowałem za 125EEK co dało 8 cennych litrów. Wyszło na to, że paliwo w Estonii jest najtańsze z wszystkich republik.

 

Paragon z bankomatu w Voru

 

I tyle byliśmy w Voru. Ulga to chyba za mało powiedziane kiedy ma się świadomość, że w baku jest 8 litrów. Teraz celem była droga do Tartu – miasta w którym zamierzaliśmy trochę pobyć. Tam też mieliśmy wymienić kasę, zatankować do pełna i pozwiedzać. Wyjechaliśmy z tego Voru i mknęliśmy przy pięknej pogodzie, ładną szosą do Tartu.

 

Tartu (Dorpat http://tartu.ee/) – jest drugim co do wielkości miastem Estonii. Słynie z uniwersytetu, założonego w 1632 przez króla Szwecji Gustawa II Adolfa. W 1828 powstała tu najstarsza polska korporacja akademicka Konwent Polonia. Zamieszkuje go ponad 100,000 ludzi. W 1582, po pokoju w Jamie Zapolskim miasto stało się częścią Wielkiego Księstwa Litewskiego, a później Rzeczpospolitej Obojga Narodów. W tym okresie (1583) w mieście ufundowana została szkoła jezuicka Gymnasium Dorpatense, a król Stefan Batory nadał miastu flagę w polskich barwach narodowych. W roku 1893 zmieniono nazwę miasta na Juriew i zaczęto je konsekwentnie rusyfikować, m.in. w 1895 język rosyjski stał się językiem wykładowym na uniwersytecie. Po wojnie estońsko-bolszewickiej i podpisaniu pokoju w Tartu 2 lutego 1920, miasto odzyskało swą estońską nazwę. W czasie II wojny światowej okupowane przez ZSRR od 1940. W 1941 i 1944 zostało w dużej części zniszczone. Po wojnie, ze względu na utworzenie bazy lotniczej, ogłoszone miastem zamkniętym dla obcokrajowców. Dopiero od odzyskania przez Estonię niepodległości w 1991 Tartu jest odbudowywane po zniszczeniach wojennych.

 

Wjeżdżając do miasta, kierowaliśmy się do centrum, trochę w ślimaczym tempie. Trochę po omacku ale kiedy zauważyłem jakąś starą wieżę, wiedziałem, że znajdujemy się blisko starówki. Szukaliśmy więc parkingu. Taki się znalazł niedaleko stacji benzynowej. Co prawda chcieliśmy tam się zatrzymać ale widniał napis, że można tam stać do pół godziny.

 

Na tym docelowym parkingu było tłoczno i widać było, że za szybami są bilety. Jednak były tez kartki z odręcznie napisanymi godzinami odjazdu lub zegary parkingowe. To trochę namieszało nam w głowach, a informacja na parkometrze nie do końca to wyjaśniła. Dowiedzieliśmy się tylko, że pierwsza godzina jest darmowa i aby się upewnić czy płacić teraz jeśli chcemy zostawić na więcej niż godzinę, czy wrócić po godzinie aby dopłacić, zapytaliśmy się dwóch parkujących dziewczyn. Niestety ich angielski był bardzo ograniczony, a na pytanie Hani o rosyjski, zupełnie odmówiły rozmowy w tym języku. Panienki więcej się chichrały niż wyjaśniały i po chwili zaczęły mnie irytować.

 

Postanowiłem więc napisać odręcznie kartkę na godzinę po czym wrócić żeby dopłacić. W tym czasie miałem wymienić pieniądze w pobliskim banku, iść na kawę z Hanią do McDonalda i zorientować się gdzie jesteśmy i jak dojść do starówki. To wszystko miałem wykonać w godzinę. Więc do boju.

 

Swedbank obecny wszędzie w republikach bałtyckich wymieniał również złotówki ale ja konsekwentnie stawiałem na funty. Tym razem wymieniłem większa ich ilość i otrzymałem prawie 2,800EEK. Kupa forsy, dosłownie bo nie mieściło mi się to w ręce. Poprosiłem jednak panią żeby dała mi kilka monet abym mógł wrzucić do tego parkometru. Nie było problemu ze zrozumieniem choć kiedy na koniec zapytałem jeszcze o drogę na starówkę, to ciężko jej było coś powiedzieć ale mniej więcej wiedziałem o co chodzi.

 

Zaopatrzeni w taki zastrzyk gotówki, poszliśmy zaszaleć do McDonalda. To znaczy kupiliśmy dwie kawy i poszliśmy na zewnątrz je wypić. W między czasie zaczepiłem parę nastolatków, którzy kompetentnie wyjaśnili mi gdzie się znajduję i jak dotrzeć do ważnych punktów miasta.

 

Po kawie i WC pobiegłem załadować jeszcze parkometr do 14.51 i wróciłem do Hani. Mogliśmy wyruszyć na podbój Tartu. Doskwierał nam tylko upał. Miałem małą mapkę w przewodniku i dzięki niej mogliśmy jakoś się poruszać.

 

Weszliśmy na alejkę prowadzącą do placu gdzie znajdował się ratusz. Po drodze minęliśmy dziwną rzeźbę dorosłego faceta i jego dziecka nago. Ratusz zaprezentował się bardzo ładnie i także jego otoczenie wraz z fontanną. Pięknie wybrukowane alejki prowadzące do wzgórza z jednej strony, a do rzeki z drugiej robiły wrażenie. Po estońsku nazwa tego placu brzmi Raekoja plats (plac Ratuszowy). Jest on w kształcie trapezu otoczony z północnej strony rzędem klasycystycznych kamienic z jasnymi fasadami (podobne kamienice po stronie południowej uległy zniszczeniu podczas wojny).

 

TARTU – plac Ratuszowy

 

W czasie, gdy Estonia należała do ZSRR, miejsce to nosiło nazwę Noukogude plats (Plac Radziecki). Wąską zachodnią pierzeję zamyka ratusz (raekoda), jeden z ciekawszych przykładów stylu przejściowego między barokiem a wczesnym klasycyzmem. Obiekt stoi na miejscu poprzedniego (1693 r.), który spłonął w 1775 r. W efekcie powstał dwupiętrowy budynek wzorowany nieco na pałacykach niderlandzkich, z charakterystycznym dachem zwieńczonym wieżą zegarową. Uwagę zwraca wspaniała fasada, ozdobny fronton, owalne okienko, a także 12 pilastrów. Cały plac powstał na bagnach, stąd też fundamenty niektórych kamienic z czasem zaczęły osiadać - jedna z nich pochyliła się tak bardzo, że mieszkańcy żartobliwie porównują ją do krzywej wieży w Pizie. Mijając ruchliwą ulicę Vabaduse od strony wschodniej, plac przechodzi w nabrzeże rzeki Emy z pięknym mostem Kaarsild, postawionym w 1959 r. na miejscu zniszczonego w czasie wojny podobnego obiektu z 1783 roku. Kaarsild odgrywa ważną rolę w życiu miejscowej społeczności żakowskiej. Zgodnie z tradycją, każdy student, który otrzyma ocenę niedostateczną z egzaminu i chce ją poprawić, musi przejść po szerokim na pół metra betonowym łuku nad mostem.

 

W blasku przedpołudniowego słońca, wszelkie ogródki piwne i restauracje zapełnione były turystami i za nic na świecie nie przypominało to ponurego Wilna czy przemysłowego Dyneburga. Estonia pokazała, że jest krajem skandynawskim i czuć było tę różnicę od razu.

 

Najpierw zaproponowałem wspięcie się na wzgórze, na którym można obejrzeć dwa ciekawe mosty i odpocząć troszkę w parku. Potem poszliśmy sobie pod ten słynny uniwersytet, a na koniec wzdłuż drogi prowadzącej do rzeki. Wcześniej wstąpiłem jeszcze do informacji turystycznej aby dowiedzieć się o wyjazd z miasta.

 

Kiedy doszliśmy nad rzekę, znaleźliśmy ten słynny most w kształcie półkola po którym wedle tradycji, maszerują studenci, którzy oblali egzamin. Rzeka dość brudna, co nie przeszkadzało niektórym jeździć na nartach wodnych po niej. Szliśmy sobie spacerkiem wzdłuż jej brzegu w kierunku naszego parkingu.

 

Zastanawialiśmy się czy jeść w mieście czy wyjechać i gdzieś po drodze się zatrzymać. Kiedy doszliśmy na parking zorientowałem się w otoczeniu w poszukiwaniu jakiegoś baru szybkiej obsługi ale niczego poza sklepami tam nie było. Samochód był rozgrzany do niesamowitych temperatur bo centralnie stał w słońcu przez cały ten czas.

 

Po załadowaniu się do auta, podjechałem na stację aby nalać paliwa aż pod korek. Dodatkowo kupiłem dwie baterie duracella bo te litewskie starczyły na… 4 zdjęcia. Płacąc zapytałem jeszcze o możliwość umycia szyb bo już miałem dość ograniczona widoczność. Pani wyszła ze mną i pokazała gdzie znajdę odpowiedni sprzęt. Umyłem szyby i mogliśmy opuścić Tartu i jechać już prosto nad morze.

 

Wyjazd był łatwy ale później zawaliłem sprawę na dużym rondzie i trochę wymusiłem pierwszeństwo. Byłem lekko zdezorientowany tym dziwnym rondem ale wina bezsprzecznie była moja. Widziałem tylko wściekłość Estonki, która klęła na mnie ile wlezie. Celem była miejscowość Vosu bowiem w jej pobliżu miało się znajdować wiele kempingów z racji, że ten teren to jeden wielki park narodowy.

 

Park Narodowy Lahemaa (est. Lahemaa rahvuspark - http://www.lahemaa.ee/ -) leży w północnej Estonii, nad Zatoką Fińską, ok. 70 km na wschód od Tallinna. Na północy rozczłonkowane wybrzeże i liczne przybrzeżne bezludne wysepki ukazują niepowtarzalny świat roślinny. Dalej dominują zalesione wzgórza morenowe, mokradła i jeziora z wieloma różnorodnymi gatunkami zwierząt. Małe miejscowości położone na terenie parku zachowały do dzisiaj swój pierwotny urok. Słynne również są tam porozrzucane głazy narzutowe.

Jechało się przyjemnie i szybko. Ruch też mniejszy i krajobraz tez lekko odmienny bo pokazały się pola, a lasów nie ma aż tak dużo. Przy okazji lekko zmodyfikowaliśmy naszą trasę. Liczyliśmy też, że już może wcześniej zaczną się jakieś kempingi ale jakoś nic na to nie wskazywało.

 

Po dojechaniu do Vosu od razu zauważyliśmy, że to miejscowość wypoczynkowa ale generalnie widoczne były tylko kwatery prywatne. Zatrzymałem się w końcu na jakimś parkingu i poszedłem na rekonesans.

 

Facet w budce z jedzeniem nie za bardzo mógł pomóc bo nie mieszkał w Vosu ale doradził pojechać trochę dalej. Kiedy wróciłem do samochodu zaniepokoił mnie wygląd przednich felg. Były czarne. Skojarzyłem to z ustawicznym smrodem spalonej gumy, który nam towarzyszył podczas dzisiejszego dnia. Najpierw myśleliśmy, że to namiot odparowywuje bo przecież był mokry, a w bagażniku mógł zacząć wydzielać takową woń ale potem zaczynaliśmy się martwic, że to coś z autem.

 

Podjechaliśmy dalej do centrum ale tam już wszystko zamknięte. Nie było wyjścia, trzeba było po prostu jechać dalej i na coś się trafi. Tak właśnie się stało kiedy już opuściliśmy Vosu. Zjazd na kemping ale niestety dla campervanów i namiotów. Nie mniej jednak, poszliśmy się dowiedzieć czegoś.

 

Trafiliśmy na bardzo miłego chłopaka, który od razu wyjaśnił, że nie mamy szans u niego na domki, bo takowych nie posiada. W grę wchodzi jedynie namiot ale postarał się podzwonić po znajomych z kwater. Wynik był kiepski i nie było wyjścia – musieliśmy się zwijać i szukać dalej. W najgorszym wypadku mieliśmy gdzie wrócić z namiotem.

 

Smród dalej nas męczył i przez to doszedł nam kolejny problem. Mimo wszystko jednak, nie wpadaliśmy w panikę. Nocleg musiał się znaleźć. Wjechaliśmy na kolejny "palec" rozcapierzonej dłoni, tzn. czterech półwyspów wbijających się w Bałtyk. Tam podjechaliśmy pod jakiś ośrodek wczasowy. Widać, że jeszcze wybudowany w czasach radzieckich ale już zaadoptowany na wzór kapitalistyczny.

 

Podjechaliśmy pod sklepik/bar ale pani wskazała, że recepcja jest gdzieś w pobliżu bramy wjazdowej. Jakoś nam umknęła ale kiedy przeszliśmy tam pieszo nadal nie mogliśmy jej znaleźć. Był niby drogowskaz na placu ze strzałkami co i gdzie się znajduje ale słowa "recepcja" lub cokolwiek to przypominające nie było tam. W końcu trzeba było się spytać jakiegoś letnika.

 

Kiedy wskazano nam w końcu odpowiedni domek, znaleźliśmy zamknięte drzwi i numer telefonu, że można zadzwonić. Trochę dziwne, że już o 16.30 recepcja jest nieczynna. Miejsca na pewno było sporo, bo szukając recepcji weszliśmy do takiego domku, w którym znajdowało się kilkanaście pokoi. Większość z nich była pusta i otwarta. Zawsze można było po prostu wejść i się przespać.

 

Ale chwilkę później zauważyliśmy jakąś panią z identyfikatorem na piersiach więc wydawała się kompetentna osobą. Mieliśmy racje bo zaprowadziła nas do recepcji, wydała formy do wypełnienia i zaprowadziła do pokoju. Za 400EEK mieliśmy całkiem przyzwoity nocleg. Osobna łazienka, kuchnia ale pokój z widokiem na morze i w ciszy bo domek był praktycznie pusty.

Przestawiłem samochód w pobliże, zabrałem graty i mogliśmy odetchnąć z ulgą. Nocleg załatwiony. Pogoda była śliczna więc oboje mieliśmy ochotę na spacer. Wcześniej jednak przyjrzałem się tym felgom. Smród z nich nie ustępował i zamiast być koloru stalowego były całe czarne. Ewidentnie cos tu nie grało. Wyczyściłem je trochę aby zobaczyć czy na drugi dzień nadal będą się tak brudzić.

 

Zanim wyszliśmy na spacer, dowiedziałem się, że niedaleko jest trasa po lesie, która prowadzi nad morze. Dowiedziałem się też, że przebywamy w miejscowości Kasmu. Z takimi informacjami mogliśmy już spokojnie opuścić ośrodek i udać się na przechadzkę.

 

Kiedy wyszliśmy poza bramę i weszliśmy na asfaltówkę w jednej chwili poczułem ulgę. Mimo, że uczucie było niemiłe bo w nosy uderzyła nas potężna fala smrodu, który towarzyszył nam w dzisiejszym dniu. Od razu zrozumieliśmy, że to po prostu topiący się na słońcu asfalt wydziela jakieś substancje, które tak potwornie śmierdzą. A opony ubrudzone tym specyfikiem, również śmierdzą. Tak więc z samochodem wszystko OK.

 

Spacer więc toczył się w miłej atmosferze i leśnym duktem doszliśmy nad samo morze. Czuć było jego zapach i zeszliśmy na plażę. Widać było te słynne głazy choć ten największy był poza naszym zasięgiem i obiecaliśmy go sobie zobaczyć na drugi dzień.

 

KASMU – Morze Bałtyckie

 

Spotkaliśmy kilka osób opalających się pomimo tego, że było już późno ale również wiał dość mocny, chłodny wiatr. W końcu wygonił nas z powrotem. W ośrodku poszliśmy do sklepiku/baru i kupiłem sobie wreszcie jakieś piwko. Jak zwykle wybrałem miejscowe. Wybór padł na A. Le Coq (http://www.alecoq.ee/eng/) i dostałem plastikowy kubek wypełniony tym piwem. Siedliśmy sobie na werandzie i patrząc na Bałtyk odpoczywaliśmy.

 

Wygonił nas wiatr i chłód. Kiedy wracaliśmy do naszego pokoju obserwowaliśmy dzieciarnię bawiąca się, pod okiem opiekuna, w jakieś gry sportowe. Krzyku było co nie miara, szczególnie kiedy przeciągali linę. My sobie wróciliśmy, zjedliśmy kolację a do Hani jeszcze zadzwoniła koleżanka. Odłożyła słuchawkę w głębokim szoku, kiedy Hania wyjawiła, że jest w Estonii. Na koniec obśmialiśmy zarządzenie szefostwa ośrodka, umieszczonego w toaletach, które informowało turystów, że nie wolno wrzucać zużytego papieru toaletowego do muszli, tylko do kosza ustawionego tuż obok.

 

Dzień 5: Aluksne – Kasmu 360km

 

 

Dzień 6 – 30 czerwca 2009 – wtorek

 

 

BAŁTYK Z DWÓCH RÓŻNYCH STRON

 

Spaliśmy jak zabici bo nie dość, że poprzednia noc była okropna, to jeszcze dość spory kawałek przejechaliśmy i nałaziliśmy się przez cały dzień. Od samego rana upał, a my dziś w planach mieliśmy stolicę Estonii. Tymczasem pakujemy się i już mieliśmy wyjechać ale Hania zapomniała swetra. Poszedłem go poszukać i znalazłem. Otworzyłem sobie jeszcze bramę i ruszyliśmy w kierunku Tallina.

 

Jednak najpierw chcieliśmy obejrzeć jeden z najsłynniejszych głazów w tym parku, blisko 30m Jaani-Tooma Suurkivi. Musieliśmy tylko przejechać na kolejny "palec" i tam jeszcze 500m leśną ścieżką wg znaków. Oczywiście kamień jak to kamień, pytanie czy jest sens jechać tyle kilometrów żeby zobaczyć zwykły kamień. W naszym przypadku było po drodze ale nawet gdyby nie było, to i tak bym tam zajechał.

 

Jaani-Tooma Suurkivi (Wielki Kamień)

 

Niestety musieliśmy przejechać przez szutrowa drogę, z której niemiłosiernie się kurzyło i dlatego znów całe auto było brudne, a najbardziej szyby z tyłu. W każdym razie, zjechaliśmy w końcu z tej drogi i musieliśmy się przebić na autostradę do Tallina. To było nasze pożegnanie z pięknym parkiem narodowym Estonii.

 

Autostrada Tallin-Narva prezentowała się solidnie. Dziwiło tylko, że jakoś wszyscy jechali z przepisowymi 110km/h i tylko ja sobie jechałem lewym pasem wyprzedzając wszystkich. No ale to takie nasze polskie przyzwyczajenie choć oczywiście nie jechałem więcej niż 120km/h. Ponieważ odległość nie jest duża szybko zauważyliśmy przedmieścia Tallina. Niestety wrażenia spowodowały u nas bardzo negatywne. Czuliśmy się jakbyśmy wjeżdżali do jakiegoś radzieckiego miasta. Głównie jednak bierze się to z tego, że zgromadzono z tej strony sporo zakładów przemysłowych. GPS miałem ustawiony na informację turystyczną w centrum miasta i tam powoli się zbliżaliśmy.

 

Tallinn (est. Tallinn http://www.tallinn.ee/eng, od 1219 do 1918 Rewel est. Reval – stolica Estonii i port nad Morzem Bałtyckim (na południowym brzegu Zatoki Fińskiej). W mieście mieszka blisko 400,000 osób.

 

Większość obiektów sakralnych w Tallinnie jest protestancka, część jest prawosławna. Pod wzgórzem na Starym mieście znajdują się gotyckie kościoły. Pod koniec XV w. zbudowano kościół Św. Olafa (Oleviste) (z kaplicą NMP z początku XVI w.), którego gotycka wieża, wysoka na 159 m, była prawdopodobnie jedną z najwyższych budowli w Europie i na świecie. Po pożarach przebudowywana, mierzy obecnie 123 m. Z budowli niesakralnych – XIV-XV-wieczny gotycki ratusz, XV-wieczny gotycki Dom Wielkiej Gildii z dwunawową salą ze sklepieniem krzyżowym i (z tego samego okresu) Dom Gildii Św. Olafa, pochodzące z tego samego okresu gotyckie domy mieszkalne (np. "Trzy Siostry" – zespół trzech takich domów) oraz renesansowy (1597) dom Bractwa Czarnogłowych.

 

Znajdują się tu także zabytkowe wille i kamienice czynszowe. Tallinn szczyci się ponadto najdłużej w Europie stale – od średniowiecza – funkcjonującą apteką.

 

W Tallinnie, mimo licznych zniszczeń z okresu II wojny światowej, skrupulatnie odbudowano średniowieczne obwarowania miejskie z basztami i bramami – baszty Megede i Kiek in de Kök (XIV-XV wiek), basztę Paks Margareeta (Gruba Małgorzata, XVI wiek), Bramę Morską (XVI w.).

 

Tallińskie stare miasto zostało w 1997 wpisane na listę światowego kulturowego dziedzictwa ludzkości UNESCO. W 2002 r. odbył się w Tallinnie Konkurs Piosenki Eurowizji.

 

Dojazd do informacji turystycznej był bardzo długi. Musieliśmy się przebijać przez całe miasto w szczycie. Ale poszło całkiem dobrze, z tym, że cos czułem, że nie możemy parkować, tam gdzie właśnie się zatrzymaliśmy. Kiedy wysiedliśmy z auta, podszedłem do dziewczyny, która usilnie mnie namawiała na kupno kartek. Obiecałem jej, że kupię kiedy powie mi czy mogę tu stać. Nie wiedziała za bardzo ale powiedziała, że chyba nie bo widziała jak poprzedniego dnia odholowywali jakąś babkę.

 

Mimo wszystko zatrzymaliśmy się tam, przynajmniej do czasu kiedy dowiemy się więcej w punkcie informacji. A tam tłok ogromny. Multum ludzi ale w końcu dorwaliśmy się do jednej pani. Wzięliśmy mapkę, kilka ulotek i dowiedzieliśmy się, że parkowanie w tym miejscu jest wykluczone. Poradziła nam kilka parkingów, trochę z dala od tych w centrum, bo SA koszmarnie drogie (72EEK/h) i zasugerowała jakiś przy galerii handlowej.

 

Wpisałem więc ulicę w GPS i ruszyliśmy. Trochę było problemów bo musiałem nawrócić, a nie było za bardzo jak i irytował już głos babki z GPS: "Przeliczam. Jeśli to możliwe zawróć". Ubaw z tego miała Hania, a ja walczyłem z okropnym natężeniem ruchu.

 

Kiedy udało mi się wreszcie zawrócić, jechało się dobrze, minęliśmy rondo i wtedy skierowano nas w ulice w lewo, sugerując, że "przybywasz do celu". Kiedy skręciłem, nie mogłem przejechać przez tę ulicę, w dodatku stałem na torowisku z obu stron wystając. Sytuacja była niebezpieczna, bo trąbili i nie było szans wyjechać. Na szczęście żaden tramwaj nie jechał bo by nas rozwalił.

 

Wyjechałem z tego arcy-nieciekawego położenia i próbowałem znaleźć ów parking. Zauważyłem podziemny bo wyjeżdżał z niego samochód. Ustawiłem się ale szlaban się nie podnosił. Podjeżdżałem, cofałem, ustawiałem się, dotykałem tego urządzenia. Nic. W końcu wściekły zacząłem walić pięściami w tę skrzynkę. Nic. Gdy chciałem się wycofać, z tyłu podjechał jakiś gość. Pokazałem mu żeby wjechał sobie ale on grzecznie mnie przepuszczał. Tak się obrzucaliśmy uprzejmościami aż w końcu zapytałem czy to parking na co on odparł, że owszem ale prywatny. Dlatego nie mogliśmy wjechać. Na szczęście wskazał nam po drugiej stronie arterii, za torowiskiem, duży publiczny.

 

Znów kołomyja z tymi drogami. Ale wjechałem pod hotel i stamtąd pieszo poszedłem zobaczyć, czy to jest wjazd na parking. Zatrzymałem jakąś rodzinkę i zapytałem. Potwierdzili, że to parking publiczny. Ucieszony wsiadłem do samochodu i wjechaliśmy na górę. Potem długo szukaliśmy miejsca bo zapchany ten parking był na maxa. Ale znaleźliśmy dobre miejsce. Najważniejsze, że w centrum i że nie w tym palącym słońcu.

 

Przeszliśmy do sklepu i tam od razu poszliśmy do kawiarenki na kawę. Tak byłem wykończony tymi kombinacjami drogowymi, że to Hania poszła kupić dwie kawy. Po wypiciu, siedzieliśmy jeszcze z godzinkę opracowując plan działania w mieście. Potem mogliśmy już na spokojnie udać się na starówkę.

 

Nie było daleko, bo jakieś 500m może. Po drodze zaczepiła nas kolejna dziewczyna z kartkami i tym razem kupiliśmy 5 + 2 dostaliśmy za darmo. Miała tez znaczki więc o to nie musimy się martwić. Zaraz potem zobaczyliśmy wejście na Stare Miasto.

 

Pierwsze kroki skierowaliśmy na Górne Miasto aby później spokojnie schodzić w kierunku morza, a wrócić główną ulicą miasta. Weszliśmy więc po schodach żeby zacząć zwiedzanie od murów obronnych. W czasach największej świetności fortyfikacje liczyły blisko 2500 m długości. Składało się nań 45 baszt, bastionów i obronnych wieżyczek. Wysokość murów dochodziła przeważnie do 13-16 m, a czteropiętrowych wież strażniczych, o średnicy 8-10 m, do 18-22 m. Tym samym tallińskie fortyfikacje należały do największych w basenie Morza Bałtyckiego i w Europie Północnej. Do dziś zachowało się ok. 60-70% całości, w tym 1850 m murów i 26 okrągłych baszt krytych hełmem z czerwonej dachówki. Mury okazale prezentują się zwłaszcza od ulicy Rannamae.

 

Przy Komandandi 2 stoi chyba najbardziej znana tallińska baszta - Kiek in de Kok. O średnicy ponad 17 m, grubości ścian 4 m i wysokości 44,5 m sprawia wyjątkowe wrażenie.

 

Wywodząca się z dialektu dolnoniemieckiego nazwa znaczy tyle co "patrz w kuchnię" czy "zajrzyj do kuchni", i jak łatwo się domyślić związana jest z wysokością - strzegący baszty wartownik mógł z górnych pięter bez trudu zaglądać w okna domowych kuchni na Dolnym Mieście. Sześciopiętrowy obiekt ze 157 schodami wzniesiony w latach 1475-1481 odgrywał kluczową rolę podczas oblężeń miasta w wojnach inflanckich. To z tego właśnie okresu pochodzi 9 kul armatnich, w tym 6 kamiennych i 3 żelazne, widocznych na ścianie południowej.

 

Później przeszliśmy schodkami w okolice cerkwi i parlamentu. Hania weszła do cerkwi i pytając brodatego popa, uzyskała informacje o możliwości zapalenia świeczki. Tak też uczyniła. W samej cerkwi, mnóstwo ludzi, głównie wycieczki rosyjskojęzyczne. Jej nazwa to sobór Aleksandra Newskiego (1894-1900). Ta prawosławna cerkiew pochodzi z czasów cara Aleksandra III, czyli okresu zwiększonej rusyfikacji przyłączonych prowincji.

 

Postawiono ją specjalnie w tym miejscu (na grobie legendamego Kaleva), by była symbolem podboju Estonii i zarazem potęgi caratu: Kościół dedykowano księciu włodzimierskiemu Aleksandrowi, który w lipcu 1240 r. rozgromił Szwedów nad Newą (zyskując przydomek - Newski) i Kawalerów Mieczowych na zamarzniętych wodach jeziora Pejpus. Cerkiew nasuwa zatem złe skojarzenia, na dodatek niespecjalnie harmonizuje z otoczeniem, nadrabia jednak w pełni rozwiązaniami architektonicznymi, większości autorstwa Michaiła Preobrażenskiego z Petersburga. Poza pięcioma bizantyjskimi kopułami uwagę przyciąga portal główny z mozaikami i ikonami, a także bogate wnętrze. Największy z licznych cerkiewnych dzwonów waży ponad 15 ton.

 

Tuż obok sytuuje się parlament estoński z dumnie wywieszoną flagą. Przeszliśmy sobie obok niego by już spokojnie schodzić wzdłuż murów, wąskimi uliczkami. Z tyłu widoczny był słynny zamek Toompea i jego fosa ale nie poszliśmy tam. Wystarczył nam widok kilku wieżyczek.

 

TALLIN – mury obronne

 

Mury ciągnęły się przez cały czas. Ruch był dość duży, czasem wymijały nas riksze, czasem zajechał wóz policyjny no i mnóstwo turystów. Upał był przeokropny ale miła bryza od morza powodowała, że bardzo przyjemnie nam się szło. Oczywiście cały czas schodziliśmy więc nie było tak ciężko.

 

Wreszcie dotarliśmy do samego końca, a właściwie początku starówki. Przy północnym wejściu do Dolnego Miasta od ulicy Suur Rannavarav stoi Paks Margareeta (Gruba Małgorzata) - jedna z potężniejszych baszt w systemie umocnień miejskich (średnica 24 m, grubość muru do 4,7 m).

 

Wzniesiona po 20 latach budowy w 1529 r., broniła wejścia od strony odległego o 300 m morza. I tu, podobnie jak w Kiek in de Kok, mieściły się więzienne lochy (1830-1917), od czasów rewolucji 1905 r, także dla politycznie nieprawomyślnych. Dziś baszta mieści bardziej godną instytucję: Eesti Meremuuseum (Estońskie Muzeum Morskie).

 

TALLIN – Gruba Małgorzata

 

Obok baszty widnieje Suur Rannavarav (Duża Brama Morska) z wykutym na zewnętrznej stronie herbem Tallina i datą 1529. Prawie w tym samym miejscu wznosi się pomnik przeszło 850 zaginionych podczas głośnej katastrofy promu Estonia płynącego z Tallina do Sztokholmu we wrześniu 1994 r. Za Grubą Małgorzatą rozpoczyna się najsłynniejsza ulica tallińskiego Starego Miasta: Pikk, czyli Długa.

 

Trochę się zatrzymaliśmy w tym miejscu. Pomnik upamiętniający katastrofę "Estonii", to długa brecha w dwóch częściach, symbolizująca "przerwaną linę". Na murach Grubej Gośki widnieje tablica w języku polskim dotycząca naszego okrętu podwodnego. 15 września 1939 r. do Tallina, jako neutralnego portu, za zgodą władz estońskich, zawinął ORP Orzeł w celu odstawienia do szpitala chorego dowódcy. Wskutek niemieckiej interwencji internowany, w nocy z 17/18 września 1939 r. ORP Orzeł wsławił się brawurową ucieczką z Tallina i po miesiącu dotarł do Wielkiej Brytanii. Ucieczka Orła stała się pretekstem utworzenia sowieckich baz wojskowych na terenie Estonii, a następnie aneksji Estonii w 1940 r. przez ZSRR.

 

Ta tablica jest już za bramą, a więc na Starym Mieście. Zostało nam więc przespacerować się ulicą Długą. Po drodze mijaliśmy inne ciekawe rzeczy. Kilka kościołów (m.in. Olafa), widzieliśmy Trzy Siostry – dawne kamieniczki, widzieliśmy zegar i krużganek z XV wieku. Na koniec wreszcie dotarliśmy do głównego placu czyli Rynku. Zanim to nastąpiło, zawitaliśmy jeszcze do sklepu z pamiątkami, gdzie kupiliśmy kilka pierdoł. Potem już tylko weszliśmy na Rynek.

 

Rynek piękny i ogromny. W centrum stoi wielki Ratusz. Dopiero teraz zorientowałem się, że tuż obok jest… punkt informacji turystycznej. Okazało się więc, że po prostu wjechałem prawie na Rynek. Normalne w tej sytuacji było to, że obowiązywał tutaj zakaz parkowania. To przecież ścisłe centrum starówki.

 

Nasze kroki skierowaliśmy ku aptece. Ciekawa sprawa bo apteka pochodzi z 1422 roku i nadal funkcjonuje. W dodatku są tam jakieś polskie ślady w jej historii bowiem jakiś mieszkaniec Gdańska był jej właścicielem. Co fajne, to fakt, ze można do niej wejść i coś kupić. W dalszej części są zabytkowe przyrządy ale nie jest to jakieś oszałamiające muzeum, a raczej przyjemna ciekawostka.

 

Przeszliśmy się jeszcze po Rynku i chcieliśmy już iść, przebijając się przesmykiem Katarzyny, wąskim przejściem ale ze względu na błąd na mapie, poszliśmy w przeciwną stronę. Ale za chwilę skorygowaliśmy nasz marsz i udaliśmy się, lekko nadrabiając drogi, tym przesmykiem po czym wyszliśmy w punkcie gdzie zaczynaliśmy. Cała droga zajęła nam ponad 3 godziny więc trochę się nadreptaliśmy.

 

Czas było coś zjeść i nawet mieliśmy po drodze jakąś knajpkę fast-food ale zdecydowałem, że chyba taniej będzie coś zjeść w tej galerii handlowej. Na pewno musi tam być jakiś bar.

 

Kiedy tam dotarliśmy, weszliśmy przez restaurację ale była naprawdę droga. Na szczęście, na piętrze był jakiś bar i tam się udaliśmy. Polegało to na tym, że nabierało się na talerz, to co się chciało, a potem do kasy. Wzięliśmy jakiś ryż i wydawało mi się, że to tanio wyjdzie a tu cena 192EEK! Jak na taki lokal i taką potrawę to naprawdę bardzo drogo.

 

Po jedzeniu, wypisaliśmy kartkę i zostały nam dwie rzeczy: poszukać supermarketu i potem zapłacić za parking. W międzyczasie być może uda się wysłać kartki. Zgodnie z zasadą międzynarodową, supermarket powinien znajdować się na samym dole. Nie pomyliliśmy się i tam zrobiliśmy zakupy. Hania dokupiła 3 piwa, jako prezenciki, a po zapłaceniu zapytałem ochroniarza o skrzynkę pocztową. Wyszedł ze mną aby mi pokazać i już mieliśmy prawie wszystko załatwione. Teraz tylko wjechać, zapłacić i opuścić Tallin.

 

Szok cenowy trwał nadal. Bo wsunięciu biletu do maszyny, wyskoczyła cena za parking: 160EEK! Naprawdę drogo jak cholera w tym Tallinie. Z zapłaconym parkingiem pozostało nam już tylko znaleźć auto. Źle wyszliśmy ale potem szybki już odszukaliśmy naszą Hankę. Stała sobie w chłodzie i czekała aby tylko wyjechać na to piekące słońce.

 

GPS znów poszedł w ruch ale dość szybko go wyłączyłem, bo wyjazd okazał się prosty. Poszło gładko choć później wlekliśmy się powoli w ogromnym korku. Oba pasy zajęte i posuwaliśmy się w iście ślimaczym tempie. A kierowaliśmy się na miejscowość Haapsalu położona nad brzegiem Bałtyku ale tym razem na zachodnim brzegu Estonii.

 

Droga na zachód była szybka i przyjemna. Kiedy rozładował się korek, można było jechać normalnie chociaż ruch w tej części kraju był zdecydowanie większy. Sporo samochodów jechało w kierunku estońskiej letniej stolicy czyli dużej wyspy o nazwie Saaremaa. My jednak kierowaliśmy się ku miasteczku Haapsalu.

 

Haapsalu (do 1917 używano niemieckiej i szwedzkiej nazwy Hapsal http://www.haapsalu.ee/) – miasto w zachodniej Estonii, nad Zatoką Haapsalu (Morze Bałtyckie). Liczy ok. 12 tys. mieszkańców. Port morski oraz znane uzdrowisko klimatyczne i balneologiczne. Miasto po raz pierwszy wzmiankowane w 1279 roku, kiedy to stało się na nieomal na 300 lat siedzibą Biskupstwa Saare-Lääne. Budynki z tego wczesnego okresu stoją do dziś w tym pozostałości zamku założonego w XIII wieku z gotyckim kościołem katedralnym powstałym w XIII wieku (restaurowanym w XIX/XX wieku), oraz drewniany dworzec kolejowy z 1905 roku z zadaszonym peronem, uważanym za najdłuższy w Europie.

 

Tam mieliśmy zanocować oraz obejrzeć dwie rzeczy: najdłuższy zadaszony peron w Europie oraz tablicę upamiętniającą miejsce zamieszkania przez żonę bohatera narodowego Estonii – Marię Kruszewską.

 

Haapsalu nie jest duże ale nie za bardzo wiedzieliśmy gdzie się znajdujemy więc po jakimś czasie trzeba było się zatrzymać na rozpoznanie terenu. Tymczasem okazało się, że zaparkowaliśmy pod dworcem. W takim razie od razu mogliśmy zwiedzić jedną z atrakcji. Dworzec wybudowany na początku XX wieku oznacza się pięknym wykonaniem i nie dziwi fakt, że kręcono na nim kilka filmów, w tym scenę kiedy Anna Karenina rzuca się pod pociąg.

 

HAAPSALU – dworzec kolejowy

 

Obeszliśmy ten dworzec, a właściwie peron, który ponoć liczy sobie 216 m i w całości jest przykryty dachem. Bardzo ładnie to wygląda i rzeczywiście musi być świetnym miejscem na tego typu sceny w kinie.

 

Niedaleko stąd był ten dom w którym mieszkała pani Kruszewska ale jakoś nie mogłem go znaleźć. Postanowiłem pozostawić to na dzień następny. W każdym razie wiedziałem gdzie mniej więcej szukać, a tymczasem zająłem się noclegiem. Miałem przygotowany kemping w Haapsalu więc teraz należało go odszukać. Sprawa wydawał się łatwa bo już wiedziałem gdzie jestem i jak tam dojechać.

 

Niestety przejechałem całą trasę i zjazdu nie było. Wróciłem więc na stację benzynową, która minęliśmy wcześniej. Przy okazji umyłem szyby po tej porannej jeździe w kurzu i zagadnąłem 4 chłystków, którzy debatowali na ławce obok. Potwierdzili, że są miejscowi ale jakoś niechętnie się wypowiadali, poza jednym, który wszedł ze mną w dyskusję. Kiedy go poprosiłem żeby mi wytłumaczył, odparł, że pojedzie z nami swoim samochodem i nam pokaże. Na co inni zaprotestowali i mówili mu żeby mi narysował, a nie gdzieś jeździł. Zrozumiałem to wszystko bo oni rozmawiali po rosyjsku, a nie estońsku.

 

Tak jak myślałem, został nam jeden tylko zjazd i to właśnie był ten mimo, że widniała inna nazwa na tabliczce. Podjechaliśmy pod kemping, a następnie wjechaliśmy na jego teren. Od razu przywitał nas starszy facet, bardzo uprzejmy ale kolejny raz kemping okazał się być tylko dla przyczep i namiotów.

 

Pan jednak był tak miły, że na swojej mapce narysował nam trzy alternatywy, gdzie jeszcze mamy szansę cos znaleźć. Nawet podał hierarchie i kolejność odwiedzin. Uzbrojeni w taką wiedzę skorzystaliśmy z jego wskazówek i najpierw podjechaliśmy do niby najdroższego ale najbliższego miejsca bo zaledwie 200m dalej. Hanie pozostawiłem w aucie, a sam poszedłem. To zwykły dom w dzielnicy domków jednorodzinnych.

 

Pani właścicielka oprowadziła mnie po całkiem przyzwoitym miejscu aczkolwiek bez jakiegoś szału. Szałem jednak była cena jaką rzuciła: 650EEK, którą sama od razu zmieniła na 600EEK kiedy zobaczyła moja minę. Nie było szans abyśmy tutaj zostali i pojechaliśmy do najtańszego.

 

Przejechaliśmy przez park i las i dotarliśmy do morza gdzie znajdował się luksusowy obiekt spa. Tuz obok wybudowany był jakiś barak, a z tyłu malutki trawnik, na którym rozbity był namiot Holendrów. Szukałem recepcji ale dopiero stary Holender poradził mi iść do sklepiku.

 

W sklepiku było gwarno za ladą. Były tam chyba 4 dziewczyny w wieku 17-18 lat i dwóch chłopaków niewiele starszych. Ciężko się nam gadało bo ta pulchna blondynka bardzo się stresowała swoim angielskim. Chyba bardziej koleżanek niż mnie bo w sumie jakoś jej szło z moją pomocą. Często zapominała słów, które jej podpowiadałem co ją trochę peszyło ale najważniejsze, że za 320EEK możemy dostać pokój z piętrowym łóżkiem i kluczem do WC i prysznica. Obejrzałem pokój i zdecydowałem się go wziąć bo luksusem nie był ale na jedną noc się nadawał. W pozostałych pokojach chyba nikogo nie było więc będzie cicho i znów ładny widok na morze mieliśmy.

 

Hania też zaakceptowała kiedy zobaczyła. Ja złamałem przepisy bo wjechałem pod zakaz wjazdu ale nie chciałem zostawiać samochodu tak daleko. Zresztą Holendrzy też to zrobili. Pokój trochę cuchnął stęchlizną i starością ale nie było to aż tak uciążliwe. Zabraliśmy się za kolacyjkę żeby potem jeszcze móc trochę pospacerować.

 

Przed nami była duża plaża i mnóstwo ludzi zarówno kapiących się jak i opalających. Byli tez siatkarze – jednym słowem sielanka. Tam też się udaliśmy po kolacji. Najpierw zajrzeliśmy do drugiego sklepiku bo nasz już zamknięto gdzie kupiliśmy sobie cos do picia i lody. Kolejna młoda dziewczyna za ladą, obsługiwała dodatkowo wypożyczalnię łódek.

 

Sama plażą trochę brudna ale to przez błoto. Woda bowiem była tam niezmiernie płytka. Nawet jakieś 100m od brzegu woda sięgała ludziom zaledwie do kolan. W centralnej części tej zatoczki była wysepka porośnięta jakimś tatarakiem i z mnóstwem piszczących ptaków, które ani na chwilę nie przestawały latać i hałasować. Z drugiej strony widać było na wzgórzu fragmenty zamku.

 

Potem, po powrocie, siedliśmy sobie jeszcze na werandzie i po prostu siedzieliśmy. Nie zapowiadało się, że się ściemni szybko, lub w ogóle więc straciliśmy poczucie czasu. Ludzie mijali nas, bo wracali do domów i niestety doszło do przykrego incydentu kiedy wracająca grupa kilku pijanych gnojków zaczęła nas zaczepiać. Tak naprawdę jeden był agresywny i cos nam ubliżał po estońsku ale w sumie to się kłócił z innym i koniecznie chciał go pobić. Trwało to jakąś chwilę zanim pozostali ich rozdzielili i zawrócili do samochodu. Kiedy pojechali sytuacja była już spokojna.

 

Na sam koniec dnia poszedłem jeszcze sam na spacer zostawiając Hanię z krzyżówkami. Poszedłem wzdłuż brzegu, w tatarak aby poobserwować zachód słońca. Była 22.40 a słońce było koloru pomarańczowego i nadal nad horyzontem. Powoli zapadała nocna cisza, choć nic nie wskazywało na to, że się ściemni. Po pół godzinie wróciłem, a Hania miała spotkanie z szefem tego baraku i sklepiku, który okazał się kolejnym Ruskiem.

 

Ja dziś spałem na gałęzi i pomimo zasłonięcia zasłon wszystko było widać w pokoju. Słychać tez było siatkarzy, którzy kończyli swój mecz ale przed północą go nie skończyli. Nie trzeba dodawać, że żadnych lamp tam nie było.

 

Dzień 6: Kasmu – Haapsalu 220km

 

 

Dzień 7 – 1 lipca 2009 – środa

 

      ODWRÓT NA POŁUDNIE

 

Ciężko było się podnieść ale już o 7.10 byliśmy na nogach. Znów zapowiadała się piękna pogoda. Szybko się zebraliśmy i pojechaliśmy w poszukiwaniu tego domu, którego wczoraj nie znalazłem. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze raz w celu obejrzenia dworzec, tym razem od drugiej strony. Wreszcie na rondzie zjechałem w małą uliczkę i okazało się, że to tutaj żyła nasza rodaczka.

 

Maria Laidoner z Kruszewskich (ur. 7 grudnia 1888 w Kruszewie, zm. 12 listopada 1978 w Jämejala pod Viljandi), żona generała Laidonera, pierwsza dama przedwojennej Republiki Estońskiej. Przyszłego męża współtwórcę państwowości estońskiej gen. Johana Laidonera poznała w 1904 roku w Wilnie. 30 października 1911 roku wzięli ślub. 21 marca 1913 roku doczekali się syna Michaela (zginął śmiercią samobójczą w 1928 roku). Po śmierci Michaela Laidonera adoptowali bratanka Marii Aleksego Kruszewskiego. W kwietniu 1939 roku odbyła wraz z mężem oficjalną wizytę w Polsce. 19 lipca 1940 roku małżeństwo zostało deportowane w głąb Rosji - stacja docelowa Penza). Po 1956 roku wróciła do radzieckiej już Estonii. Mówiła biegle w kilku językach europejskich.

 

Jej mąż to najważniejszy bohater narodowy Estonii, którego pomniki można chyba zobaczyć w każdym estońskim miasteczku. Johan Laidoner (1884 - 1953) to jeden z twórców niepodległej Estonii, wódz naczelny Armii Estońskiej. W 1920 został mianowany generałem-lejtnantem armii estońskiej. Po złożeniu dowództwa, był oficjalnym reprezentantem Estonii w Lidze Narodów. W 1924 stłumił inspirowany przez ZSRR pucz komunistów w Tallinie. W 1934 na prośbę premiera Estonii Konstantina Pätsa wprowadził rządy wojskowe, by powstrzymać przejęcie władzy przez quasi-faszystowski ruch wabsów. 17 czerwca 1940 po aneksji Estonii przez ZSRR, został aresztowany i wywieziony do radzieckiego więzienia w Kirowie, skazany w 1952 w procesie na 25 lat więzienia i przepadek całego mienia na rzecz ZSRR. Zmarł w 1953 w więzieniu nr 2 we Włodzimierzu nad Klaźmą. Był kawalerem Krzyża Orderu Virtuti Militari V klasy, został odznaczony Orderem Polonia Restituta, w kwietniu 1939 uhonorowany Krzyżem Wielkim Orderu Orła Białego. Otrzymał tytuł rycerski od króla Wielkiej Brytanii, litewski Order Witolda Wielkiego I klasy, fiński Order Białej Róży oraz dwukrotnie francuską Legię Honorową. W 1928 roku generał Laidoner złożył oficjalną wizytę w Warszawie jako naczelny wódz Estonii. W 1930 roku stanął na czele tallińskiego Towarzystwa Estonia-Polska jako jego honorowy prezes. W lipcu 1934 roku gościł na swojej posiadłości w Viimsi przebywającego z oficjalną wizytą w Estonii ministra Becka. Opanował język polski w stopniu pozwalającym na swobodną konwersację.

 

Dom jak dom, zwykły po prostu ale tablica rzeczywiście istnieje i cieszy, że mamy takie pozytywne związki z Estonią. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć, a potem chciałem wrócić na rondo ale okazało się, że nie mogłem bo wjechałem w jednokierunkową. Trzeba było objechać kawałek aby znaleźć się na trasie na południe. Cały czas wypatrywaliśmy jakiejś kafejki aby można było tradycyjnie już napić się kawy z rana.

 

Kafejki i owszem były ale niestety obie, przed którymi się zatrzymaliśmy, startowały dopiero o 11.00 i musieliśmy jechać dalej. Drogi były bardzo pokręcone bo jechaliśmy w poprzek kraju i często je zmienialiśmy. Dopiero w miejscowości Turi udało się nam znaleźć przytulną kafejkę w piekarnio-cukierni. Na zapleczu był mały ogródek i tam zjedliśmy sobie świeżo upieczone bułeczki i zamówiliśmy kawę. Bardzo przyjemny lokal i tani.

 

Następnym przystankiem miała być miejscowość Viljandi, a tam mieliśmy oglądać zespół ruin zamku oraz wiszący most. Kiedy tam wjechaliśmy, szybko znaleźliśmy darmowy parking, a potem znaki prowadzące nas do informacji turystycznej. Dostałem plan i okazało się, że jesteśmy tuż tuż od wielkiego parku zamkowego. Kiedy wyszedłem nie mogłem znaleźć Hani, bo gdzieś się zagubiła. Po jakimś czasie dopiero się znalazła i jak sama się przyznała poszła na górę zamiast ze mną do informacji turystycznej.

 

Viljandi (http://www.viljandi.ee/), do 1917 niemiecka nazwa Fellin – miasto w południowej Estonii, nad jeziorem Viljandi. Wzmiankowane w 1211 r. (powstało na miejscu grodu Estów). Prawa miejskie nadał Viljandi w 1283 r. wielki mistrz zakonu kawalerów mieczowych Villekinus de Endorpe. Członek Hanzy. W granicach Rzeczypospolitej Obojga Narodów (Inflanty: XVI/XVII w., siedziba starosty) i Szwecji (XVII/XVIII), od 1783 r. w granicach Rosji.

 

Zabytki: ruiny zamku z końca XIII w. (wzniesionego na miejscu twierdzy zakonu kawalerów mieczowych, zał. 1224), zniszczonego XVII/XVIII w.; zachowane fragmenty dekoracji rzeźb. (kapitele); klasycystyczne domy; budowle użyteczności publicznej z lat 20. XX w. Viljandi jest estońską stolicą muzyki folkowej.

 

Park, który się przed nami rozpościerał miał zawierać trzy główne atrakcje miasta: ruiny zamku z głęboka fosą, 50-metrowy most zawieszony nad fosą oraz biały kościół św. Jana. Dość szybko zauważyliśmy kościół. Potem idąc ładną alejką, doszliśmy do pomnika generała Laidonera na koniu. Minąwszy go, szliśmy sobie kolejna dróżką i przeszliśmy obok jakiegoś żula, który dziwnie się nam przypatrywał.

 

Kiedy dotarliśmy do mostu, ów żul zaczął biec w naszym kierunku i coś krzyczał. Pytał się czy jesteśmy z Australii bo zobaczył moją koszulkę. Kiedy wyjaśniło się, że jego angielski ogranicza się do maksymalnie 4-5 słów, do rozmowy przyłączyła się Hania pytając o co mu właściwie chodzi. A chodziło mu o to, by zrobić nam wspólne zdjęcie na moście. Bardzo nalegał więc się zgodziliśmy ale był wyraźnie zdegustowany kiedy po prostu grzecznie mu podziękowaliśmy i życzyliśmy mu miłego dnia. Na wino nie dostał.

 

Na moście Hania się na mnie złościła bo ja dla żartu rozkołysałem ten most dość mocno, a Hania panicznie boi się wysokości więc awantura gotowa. Podrażniłem się z nią jeszcze chwilkę aż zeszliśmy na drugi brzeg fosy i podążyliśmy w kierunku zamku. Piękne wzgórze, z którego rozpościera się widok na łąki i jezioro. Z zamku nie pozostało wiele ale można sobie zobaczyć jego rekonstrukcję. Zresztą pracowała tam jakaś brygada, która właśnie rekonstruowała poszczególne części zamku.

 

Potem już tylko do miasta i należało coś tam w końcu zjeść. Idąc drogą, doszliśmy do samochodu, a naprzeciwko zauważyliśmy skromną pizzerię. Nie wahając się wkroczyliśmy tam. Było pusto, a za lada młoda dziewczyna. Ciężko nam szło z estońskimi nazwami i było to na tyle widoczne, że za chwile wręczono nam menu po angielsku. Wtedy poszło szybko i zamówiliśmy sobie po jednej. Znów drożej niż przypuszczałem ale nie tak tragicznie.

 

Zanim opuściliśmy nasz lokal, zdążyłem jeszcze zapytać o kafejkę internetową, bo pani w informacji turystycznej nie za bardzo umiała nam pomóc. Dziewczyna z pizzerii wyszła ze mną na ulicę aby pokazać budynek biblioteki, w którym miała znajdować się kafejka.

 

Udaliśmy się tam i o dziwo dość szybko ja namierzyliśmy. Byliśmy w jeszcze większym szoku kiedy okazało się, że dostęp jest darmowy. Ale z tego wszystkiego skoncentrowaliśmy się na pierdołach zamiast na tym, czego chciałem się dowiedzieć. Zapomniałem po prostu zapisać sobie numerów telefonu do noclegów w Polsce, które przed nami. Uświadomiłem to sobie dopiero, kiedy wyszliśmy już z kafejki.

 

Myślałem, że stoimy koło supermarketu a to był jakiś meblowy więc trzeba było jakiegoś poszukać żeby zrobić drobne zakupy. Pojechaliśmy w miasto i znaleźliśmy jakiś. Właściwie w tych trzech republikach 90% supermarketów należy do sieci Maxima. Maxima jest litewską siecią, która oprócz krajów bałtyckich weszła na rynek Bułgarii.

 

W kolejce do kasy zagadałem jakiegoś gościa o wyjazd z miasta w kierunku Łotwy. Spinał się i sapał ale do momentu kiedy zapakowałem swoje rzeczy, nie udzielił mi żadnej informacji. Być może miał blokadę językową. W każdym razie postanowiłem wjechać na obwodnicę, gdyż widziałem znaki na Algę ale trzeba było przejechać przez miasto, nieco się cofając.

 

Powoli zbliżaliśmy się do granicy łotewskiej i należało pozbyć się wszystkich koron estońskich. Nie było innego pomysłu jak za wszystko kupić paliwo. W dodatku w Estonii istnieje taka możliwość, że można sobie kupić za cenę bez obaw, że się przeleje.

 

Podjechałem pod jakąś prowizoryczną stację choć zazwyczaj unikam takich dzikich stacji ale nie chciałem aby powtórzył się przypadek łotewski, gdzie do granicy stacji już nie było. Kiedy podjechałem, chciałem uruchomić pompę ale się nie dało. Z okienka wyłoniła się głowa starszej kobiety, która coś krzyczała. Odpowiedziałem po angielsku i wtedy usłyszałem: "How much?" Podałem kwotę: 344EEK. Bardzo dużo paliwa wlałem, a potem rzuciłem jej na talerzyk kupę banknotów i monet – wszystkie, które mieliśmy. Pozostaliśmy bez żadnej korony, za to z prawie pełnym bakiem.

 

Teraz już prosto do granicy. Kiedy dojechaliśmy na miejsce zauważyliśmy opuszczone przejście graniczne. Można było od razu wjechać na Łotwę ale my mieliśmy jeszcze coś do zobaczenia w granicznym mieście Valga/Valka. Wjechaliśmy więc do centrum Algi, czyli tej estońskiej części miasta.

 

Valga (http://www.valgalv.ee/en)  – miasto w południowej Estonii, przy granicy z Łotwą, 245 km na południe od stolicy kraju Tallinna. Do 1920 tworzyło razem z położonym po stronie łotewskiej miastem Valka jedno miasto – Walk. Ludność: 14,3 tys. (2000). Miasto zajmuje powierzchnię 16.5 km². Wałk (Walk) został pierwszy raz wspomniany w 1286 roku, prawa miejskie nadał miastu dopiero król Polski Stefan I w roku 1584. 15 listopada 1918 w Wałku podjęto decyzję o proklamacji niepodległości Łotwy. 1 lipca 1920 miasto podzielono pomiędzy Łotwę (obecne Valka) i Estonię (obecne Valga).

 

Podobno na drodze nadal istnieje namalowana linia odgradzająca te dwie, ciągle zwaśnione, strony miasta. Jednak ta plotka została rozwiana przez bardzo miłą panią z informacji turystycznej. Bowiem wjechaliśmy do centrum miasteczka i dość szybko znaleźliśmy ten punkt. Celem jednak był obelisk na cześć naszego króla Stefana Batorego, który nadał temu miastu prawa miejskie. Na szczęście ten cokół widać było już z okna więc musieliśmy tylko podejść kawałeczek.

 

VALGA – obelisk ku czci króla Stefana Batorego

 

Po tym jak sobie obejrzeliśmy tę kolejną cząstkę Polski w Estonii, udaliśmy się w kierunku granicy. Drugie przejście, to typowe miejskie przejście, na którym nikogo oprócz policjantki nie widzieliśmy.

 

Zobacz video z Estonii: http://www.youtube.com/watch?v=Ixdl7d1qTJE

 

Wjeżdżając do Łotwy, od razu zauważyliśmy różnicę. Naprawdę miasto, a właściwie jego druga część, jest zupełnie inna. Bardziej zaniedbana i brudniejsza. Valka jest też o połowę mniejsza od swojej estońskiej siostry.

 

W Łotwie szukałem banku. Była informacja turystyczna więc dziewczyna wskazała mi najbliższy bank. Podjechaliśmy tam i wymieniłem kolejne 50GBP. Dostałem 40,09LAT. Tak więc wymiana u cinkciarza w Dyneburgu nie była taka zła. Wszystko szło bo mieliśmy pieniądze i bak był pełny więc pozostało nam szukanie noclegu. Kierowałem się na Smiltene bo tam miał się znajdować jakis obiekt.

 

Niestety jak to na Łotwie, znaków żadnych, baza kiepska i kolejny raz trzeba było się pytać. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej i z nazwą kempingu w ręku zapytaliśmy rosyjskojęzyczną pracownice o interesujący nas kemping. Dziewczyna była zorientowana i musieliśmy się nieznacznie cofnąć ale byliśmy już podobno niedaleko.

 

Wjechaliśmy więc pod górkę, z której chwilę wcześniej zjechaliśmy i zgodnie z jej wskazówkami podjechaliśmy pod prywatny dom, oznaczony jako miejsce noclegu. Tam przywitała nas rodzina. Byli lekko speszeni chyba, że obcokrajowcy zawitali w ich skromne progi. Pani zdecydowanie wolała po rosyjsku więc znów ciężar negocjacji spadł na Hanię, a ja się tylko przysłuchiwałem.

 

Wyszło na to, że za 10LAT będziemy mieli rewelacyjne warunki. Stodoła przerobiona na gospodarstwo agroturystyczne, a konkretnie pokoik na piętrze z łazienką i TV, wszystko nowiuteńkie, pachnące jeszcze nowością. Na dole sala weselna i kuchnia, która jeszcze była w fazie budowy. W ogóle widać gołym okiem, że budowa ciągle trwa i uruchomione są tylko dwa lub trzy pokoje ale standard pierwsza klasa. Bez wahania więc zaakceptowaliśmy tę cenę.

 

Rozładowaliśmy nasze sprzęty i trzeba było trochę odpocząć bo niesamowity upał dawał się bardzo we znaki. W dodatku w nasze okno centralnie świeciło słońce i musieliśmy stamtąd szybko wyjść zanim się ugotujemy.

 

Na dole w kuchni było za to chłodno bo była murowaną częścią piwniczną tej stodoły. Pani weszła z nami aby upewnić się, że wszystko jest OK. Rzuciła jeszcze z zadowoleniem: "chałodnik rabotajet" i już dała nam spokój. My tymczasem wybraliśmy się na spacer po okolicy i doszliśmy aż do miejsca, gdzie powinniśmy byli skręcić ale nie zauważyliśmy znaku. Jednak trudno nas winić, skoro my wypatrywaliśmy niebieskiego znaku z namiotem, a ten wyglądał jak reklama czegoś bo zawierał tylko żółtą nazwę miejsca. Wątpię czy jakikolwiek obcokrajowiec jest w stanie zorientować się o co chodzi.

 

Kiedy wróciliśmy do pokoju, Hania wykonała telefon do TT, a ja dostałem SMS od Basi z wynikiem 78%. Kolację zjedliśmy w piwnicy bo tam chłodno, ale kiedy się już położyliśmy nie dało się usnąć. Zjawiły się komary ale nie to było najgorsze, a brak tlenu. Straszna duchota i długo się męczyłem zanim udało się mi zasnąć. Hania nie cierpiała aż tak bardzo. Mnie jeszcze na dodatek piekła spalona lewa ręka, którą opaliłem sobie podczas jazdy. Tak samo jak TT w Portugalii.

 

Dzień 7: Haapsalu – Smiltene 380km

 

 

Dzień 8 – 2 lipca 2009 – czwartek

 

STRACH MA WIELKIE OCZY

 

No i pogorszyła się pogoda. Koniec upałów i czas na deszcz. Trochę nas to zmartwiło bo na dziś przecież mamy zaplanowaną wizytę w Rydze. W każdym razie zanim tam mamy dojechać, to po drodze chcieliśmy wstąpić do dwóch innych miejsc.

 

Najpierw przywędrowaliśmy do bardzo starej miejscowości Cesis (http://www.cesis.lv/).  Gdy jeszcze była we władaniu Polski (za króla Batorego) nazywała się Kieś. Celem tam jest piękny zamek, porównywany do tego w Malborku. Dlatego warto było się tam zatrzymać. W dodatku kiedy wjechaliśmy do niego, zaskoczyło nas, że miasteczko prezentuje się bardzo przyzwoicie. Czyste i schludne, spokojne i nawet ładne.

 

Przykro jednak, że największa atrakcja była nieczynna. To znaczy, my byliśmy za wcześnie bo już w okolicach 8.00, a kasa czynna dopiero o 10.00. Było pusto i cicho, no i padał deszcz. Nie było sensu czekać więc tylko to co udało się nam zobaczyć to okrągłą wieżę południową, krytą spiczastym hełmem, która górowała nad ogrodzeniem. Całość to jeszcze zbudowany w 1777 r. na miejscu wschodniego podzamcza pałacyk, jako siedziba grafa Karla Eberharda von Siewers, mieści Cesu vestures muzejs (Muzeum Historyczne), no ale też było ono nieczynne.

 

W takim razie, trochę z niesmakiem, ale zmuszeni byliśmy pojechać kawałek dalej w poszukiwaniu kolejnej atrakcji. Miało nią być: grota oraz grób bohaterki legendy narodowej, pośrednio związanej z Polską. Obie atrakcje zresztą ze sobą były ściśle związane. Ale po kolei.

 

Była sobie dziewczyna o imieniu Róża (Turaidas Roze), która żyła sobie na samym początku XVII wieku w okolicach Siguldy i Turaidy. W wieku 19 lat zakochała się w ogrodniku z zamku w Siguldzie, a ich miejscem randek była 19-metrowa grota w pobliżu Turaidy. Pewnego dnia dostała list aby jak zwykle się tam udać, tym razem w celu zaślubin. Jednakże zamiast ogrodnika, pojawił się tam polski szlachcic Adam Jakubowski, który chciał Różę zmusić do małżeństwa. Dziewczyna postanowiła zastosować pewien fortel – wmówiła Jakubowskiemu, że posiada magiczną chustę, która czyni ludzi nieśmiertelnymi. Założyła ją sobie i kazała Jakubowskiemu uderzyć ją mieczem w celu udowodnienia. Jakubowski uderzył mieczem i zabił Różę. W ten sposób dziewczyna ocaliła honor.

 

Podobno odnaleziono jakieś zapiski na temat morderstwa dokonanego na chłopce przez polskiego szlachcica w tamtych czasach więc jak to w legendach, jakieś ziarno prawdy tam jest. W każdym razie w dzisiejszych czasach na pewno można oglądać zarówno grotę jak i grób Róży.

 

Obie wioski są oddalone od siebie o 2 może 3 kilometry więc wszystko blisko siebie. Najpierw udaliśmy się do groty. Dość przypadkowo ja znaleźliśmy bo chciałem zawrócić i wjechałem na parking w lesie. Tam się okazało, że jesteśmy na miejscu. Niestety trzeba było zapłacić za parking. Ewidentne naciąganie. Dziewczyna mieszała języki ale wyjaśniła, że możemy stać ile chcemy. Marne pocieszenie bo nie spędza się tam dłużej niż 15 minut.

 

Przeszliśmy pod drogą przejściem podziemnym i wyszliśmy w lesie. Tam dalej widać było wycieczkę francuską, tuż przy grocie. Bardzo byłem rozczarowany bo spodziewałem się groty, głębokiej i ciemnej. Ale jednak to zaledwie 19 metrów więc to tak jakby wnęka w ścianie skalnej. Zbudowana jest z jasnego piaskowca dlatego do naszych czasów zachowały się, i co jest czymś co ją wyróżnia, inskrypcje wyryte na jej ścianach. Dosłownie cała jest pokryta nimi, a najstarsze podobno pochodzą sprzed kilku wieków. Grota nosi łotewska nazwę Gutmana ala.

 

TURAIDA – Jaskinia Gutmana

 

Po obejrzeniu jej, wróciliśmy na parking, poszedłem zapłacić i wyjechaliśmy do wioski obok aby zobaczyć ten grób. Tam też parking i znów zjawiła się hiena żeby płacić. Zupełna bezczelność. W dodatku żadnych znaków, jacyś robotnicy coś tam budują, hałas. Hania spytała się "hieny" jak tam dojść, więc usłyszeliśmy, że tam gdzie "ta bolszaja maszina". Poszliśmy tam, kasa oczywiście i normalnie rozbój w biały dzień: bilety po 3LAT. Szlag człowieka trafia na miejscu ale jak już tu byliśmy to bez sensu się wycofywać. Niby mieliśmy dostęp do całego parku ale nie mieliśmy ochoty w taką kiepską pogodę łazić po parku.

 

TURAIDA – bilet wstępu do parku

 

Znaleźliśmy oczywiście grób dziewczyny ale ta cena biletów, a potem płatny kibel odebrały nam całą przyjemność z bycia tutaj. Absolutnie przepłacone atrakcje bo łącznie z parkingami wydaliśmy w tym miejscu 10 LAT czyli 70 zł! No ale trudno, co poradzić, taki urok takich miejsc. Trzeba było się teraz przygotować na Rygę, o której wcześniej słyszałem, że poruszanie po niej to szaleństwo. Pełen obaw usiadłem za kierownica i poszukałem w GPS ulicy z parkingiem niedaleko starówki. Taki wariant przyjęliśmy aby później móc łatwo dojść nie szukając drugi raz parkingu.

 

Do Rygi od wschodu wjeżdża się autostradą ale dla nas był to szok, że jeszcze takie miejsca są w Europie. Chodziło nam o to, że w ogóle nie widać było, że zbliżamy się do stolicy kraju. Po prostu droga przez las. Żadnych reklam, żadnych centrów handlowych, zajazdów czy bilbordów. Gdy już zaczynały się przedmieścia, to były jakby wyjęte z lat '80. Potem pojawiały się jakieś nowsze stacje benzynowe i supermarkety ale zdecydowanie inaczej to wygląda niż w polskich miastach.

 

Długo się wjeżdżało do centrum. Cały czas prosto i prosto i prosto. W ścisłym centrum zaczęły się schody, doszły tramwaje, trolejbusy no i ruch się zwiększył. GPS dobrze prowadził, choć ciągle gdzieś kręciłem ale nie zgubiliśmy się i można powiedzieć, że dość gładko zajechaliśmy na kameralny, niewidoczny parking w jakiejś kamienicy.

 

Na szczęście było miejsce. W stróżówce podejrzałem, ze siedzi gość, który ogląda rosyjską telewizję. W takim razie wysłałem Hanię na rozmowę. Facet okazał się bardzo miły. Zainteresował się nami bardzo, nawet pochwalił się jakąś tam znajomością faktów z naszej geografii i ciągle z kompleksem niższości opowiadał o Łotwie i Rydze. Bardzo źle przedstawiał Rygę, a już o konfrontacji z Tallinem nawet nie chciał się wypowiadać. W każdym razie podarował nam mapkę i obiecał, że auto będzie bezpieczne. Wskazał nam drogę na starówkę i byliśmy wolni.

 

Ryga (łot. Rīga http://www.riga.lv/) – stolica Łotwy, miasto położone nad rzeką Dźwiną w pobliżu jej ujścia do Bałtyku w Zatoce Ryskiej. Jest głównym ośrodkiem gospodarczo-przemysłowym, komunikacyjnym (port morski, lotniczy i węzeł kolejowy), kulturalnym i naukowym kraju. Posiada liczne zabytki, w tym jeszcze z czasów średniowiecza. Jest wpisana na listę światowego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego UNESCO. Stanowi jedno z największych w Europie skupisk architektury secesyjnej.

 

Liczba mieszkańców: miasto 723 tys., aglomeracja 1 milion. Ryga ma chłodny, północny, na poły skandynawski charakter. Surowe i dostojne, wzniesione z rozmachem miasto robi nie lada wrażenie. Największą atrakcją jest bez wątpienia starówka. Turystów przyciągają tu od lat masywne mieszczańskie kamienice i zespół kamieniczek Trzej Bracia, gmachy kupieckiej gildii, resztki murów obronnych, wreszcie wąskie i brukowane uliczki. Warto rzucić okiem na ryski gotyk i secesję, na luterańską katedrę i jej słynne organy, uwagę zwracają również kościoły ze strzelistymi wieżami. W centrum miasta, pod monumentalnym Pomnikiem Wolności leżą świeże kwiaty, składane są czerwono-biało-czerwone wieńce, palą się świeczki i znicze, kompania reprezentacyjna niczym przed grobem nieznanego żołnierza trzyma honorowe warty. Zdobiąca szczyt statui kobieca postać w wyciągniętych ku niebu dłoniach dzierży trzy złote gwiazdy - symbol trzech historycznych prowincji Łotwy: Inflant, Kurlandii i Łatgalii.

 

Byliśmy już głodni a przed nami jak się okazało całkiem daleka wędrówka. Szliśmy wzdłuż reprezentacyjnej arterii, która prowadziła nas aż do samej starówki, mijając po drodze słynny monument, a kończąc się na rzece. Im bliżej byliśmy, tym bardziej lśniła postać kobiety na cokole w słońcu, które znów wyjrzało zza chmur.

 

Kiedy podeszliśmy w końcu do pomnika, odbywała się tam jakaś uroczystość. Składano kwiaty, były przemówienia, grała orkiestra, a porządku pilnowali policjanci. Widać wyraźnie jak kolosalne znaczenie ma dla nich ten symbol.

 

Pomnik Wolności w Rydze (łot. Brīvības piemineklis, potocznie przez Łotyszów zwany Mildą) – stojący w centrum Rygi symbol niepodległości państwa odsłonięty w 1935. Instalacja została wzniesiona w latach 1931–1935 na miejscu pomnika przedstawiającego Piotra Wielkiego na koniu, który stał przy Bulwarze Wolności aż do wkroczenia wojsk niemieckich do Rygi w 1915. Budowa została sfinansowana ze składek społeczeństwa i zrealizowana przez architekta Ernestsa Štālbergsa wg szkiców Kārlisa Zālego.

 

W 1945 planowano wysadzenie pomnika w powietrze, jednak wg powszechnie panującego przekonania został uratowany przez pochodzącą z Rygi Wierę Muchinę – uczennicę Zālego. Jako optyczną przeciwwagą dla pomnika sto metrów dalej na drugim końcu bulwaru wzniesiono pomnik Włodzimierza Lenina.

 

U stóp Pomnika Wolności znajdują się symboliczne rzeźby przedstawiające Strażników Ojczyzny, Matkę-Łotwę, Rodzinę i Pracę. Na cokole umieszczono napis Za Ojczyznę i Wolność (łot. Tēvzemei un Brīvībai).

 

Na szczycie 19-metrowego obelisku znajduje się dziewięciometrowa "alegoria wolności" – statua uosabiająca niezależność Łotwy. W swoich dłoniach trzyma trzy gwiazdy symbolizujące trzy historyczne regiony państwa: Inflanty, Kurlandię z Semigalią i Łatgalię. W czasach ZSRR gwiazdy interpretowano jako symbol jedności republik bałtyckich.

 

W przeciwieństwie do pomnika Lenina usuniętego w 1991, kobieta, jak i umieszczone u podnóża rzeźby figury, skierowane są twarzą na Zachód, co ma symbolizować więź Łotwy z cywilizacją łacińską. Postaci ze spuszczoną głową, związane łańcuchami patrzą z kolei w kierunku Wschodu.

 

RYGA – Pomnik Wolności

 

W całym tym zamieszaniu u podnóża pomnika, znaleźliśmy McDonalda ale Hania skorzystała tylko z WC, a ja się wyczekałem na nią bo tłok w tym miejscu był równie duży, co na zewnątrz pod pomnikiem. Jako że tutaj niczego nie zjedliśmy, musieliśmy wysilić nasze poszukiwania już na starówce. Szanse były nikłe bo ceny zapewne drastycznie podskoczyły ale niespodziewanie zauważyłem przy jednej z restauracji reklamę: "Business lunch @ 2.80". Zapytałem kelnerki co to takiego i okazało się, że w skład obiadu wchodzi: zupa, ryż z mięsem i warzywami oraz kawa. No lepiej być nie mogło i oczywiście poprosiliśmy o stolik. Usiedliśmy na tarasie i zaraz pojawiła się kawa. Trochę głupio, że przed obiadem ale nie było na co narzekać. Chwilę później już obiad pojawił się przed nami.

 

Po obiedzie zaczęło się prawdziwe zwiedzanie. Po przejściu kawałka drogi, znaleźliśmy się naprzeciwko jakiegoś kościoła. Bardzo charakterystyczny w panoramie Rygi jest Sv. Peterbaznica (kościół św. Piotra). Dzięki wysokiej i smukłej wieży widoczny jest niemal z każdego punktu na starówce, ale chyba najładniej prezentuje się z Akmens tilts. Kościół wzmiankowany był po raz pierwszy w 1209 r. Zrekonstruowana w latach 1968-1973 wieża ma dziś kilka metalowych hełmów i 123,5 m wysokości. Na 51. m znajduje się kopia zegara z 1746 r., z której co 3 godziny, między 9.00 a 21.00, rozlega się melodia ludowej pieśni łotewskiej, Riga dimd (dosłownie: Ryga dudni). Nie trafiliśmy akurat na te dźwięki ale kościół się nam spodobał, na pewno robił wrażenie.

 

Niedaleko stamtąd znajduje się kolejny wart uwagi zabytek Rygi. Na dużym placu, gdzie również zainstalowane są ogródki piwne, można zauważyć wielką katedrę. Katedra (187 na 43 m) uważana bywa za największy kościół w krajach nadbałtyckich. Kamień węgielny pod świątynię położono w 1211 r., a wzorem dla architektów i budowniczych była podobna świątynia w Ratzeburgu. Katedrę wraz z XIII-wiecznymi obiektami klasztornymi wielokrotnie przebudowywano i modernizowano, dostosowując do aktualniej mody i stylu. Bez trudu można zatem dostrzec elementy romańskie, gotyckie czy barokowe. Do najstarszych części należą nawa poprzeczna, chór, kapituła, klasztorne krużganki. Mniej wiekowa jest manierystyczna 90-metrowa wieża z barokowym hełmem (1776 r.) i kopią figurki z 1595 r. Najważniejszą częścią katedry są jednak organy. Podobno bardzo ładne i duże i w sumie pomimo mojej niechęci do oglądania wnętrz kościołów, miałem ochotę tam wejść. Ale płacenie za wstęp do kościoła jest czymś co mnie zniechęca całkowicie, tak więc odpuściliśmy. Hania też nie miała ochoty płacić 3LAT za taką przyjemność.

 

RYGA – Katedra

 

Potem przeszliśmy kawałeczek i znaleźliśmy się nad Dźwiną. W tym miejscu, rzeka już jest potężna, a my staliśmy obok mostu, który jest obecny prawie na każdej widokówce z Rygi. Po kilku zdjęciach, znaleźliśmy się obok zamku. Rigas pils (zamek ryski) powstał w latach 1330-1353 jako siedziba zakonu w Inflantach. Wielokrotne modernizacje doprowadziły do prawie całkowitej zatraty jego pierwotnych gotyckich kształtów. Po przebudowie w latach 1491-1515 pojawiły się masywne baszty: dwie okrągłe i dwie kwadratowe. Dziś jedna z nich wraz z kawałkiem muru obronnego (wspaniale widoczne z brzegu Dźwiny) są najstarszymi zachowanymi fragmentami twierdzy. W wyniku prac budowlanych w XVIII i XX stuleciu powstał wczesnoklasycystyczny pałac mieszczący siedzibę rosyjskich władz gubernianych. W okresie międzywojennym urzędował w nim prezydent kraju, podobnie jak i od początku lat 90.

 

Pod pałacem odpoczęliśmy chwilkę na ławeczce i byliśmy gotowi aby dokończyć spacer po starówce. Zbudowany ok. 1225 r. Sv. Jekaba baznica (kościół św. Jakuba) był naszym kolejnym celem. Stanął on poza murami dla ludności osiadłej na podgrodziu. Ze wszystkich staromiejskich świątyń ta właśnie świątynia w największym stopniu zachowała do dziś gotyckie rysy.

 

Przykładem jest widoczna z daleka smukła wieża wysokości 80 m. Według legendy zawieszony na wieży kościelny dzwon (1480 r.) odzywa się zawsze, gdy przechodzi w jego pobliżu niewierna żona. W 1522 r. kościół przejęli protestanci, lecz 60 lat później, po wkroczeniu do miasta wojsk polskich przywrócono go katolikom - obecnie jest siedzibą katolickiego arcybiskupstwa. Obok stoi dwupiętrowy budynek parlamentu (saeima), wzniesiony w 1867 r. w stylu florenckiego renesansu.

 

Parlament bardzo podobny do tego w Estonii. Tuz przed nim znajduje się jakiś pomnik ku czci poległych za niepodległość wywalczona ponownie w 1991 roku. Niestety nie było napisu po angielsku więc mogliśmy się tylko domyślać.

 

Wcześniej natomiast blisko kościoła św. Jakuba, przy bocznej uliczce Maza Pils podziwiać można zespół średniowiecznych kamieniczek, tzw. Tris brali (Trzej Bracia), przywodzących na myśl tallińskie Trzy Siostry - poza podobną nazwą nie mają jednak z nimi w zasadzie nic wspólnego.

 

Mieszczańskie domy zwracają uwagę przede wszystkim wspaniale zdobionymi, acz zupełnie różnymi od siebie frontonami. Kamieniczka pod nr. 17 po prawej stronie z gotyckim schodkowym szczytem. Otynkowana na biało, uchodzi za najstarszą zachowaną cywilną budowlę w mieście, wzniesioną gdzieś na przełomie XV i XVI w. XVII-wieczny dom po lewej stronie (nr 21) zdradza już wyraźne cechy barokowe, zaś bezwarunkowo najpiękniejsza jest środkowa kamienica (nr 19), pomalowana na żółto i wzniesiona w stylu niderlandzkiego manieryzmu (1646 r.). Urządzono w niej Latvijas Arhitekturas muzejs (Muzeum Architektury).

 

Przepiękne domy, głównie z XVII i XVIII w. spotyka się na całej starówce, ale najwięcej jest ich przy Meistaru iela. Pod nr. 19 można podziwiać oryginalny Kaku nams (Dom Kotów), na którego wieżyczkach widnieją figurki dwóch czworonogów.

 

Po tym wszystkim nie pozostało nam już nic oprócz powrotu wzdłuż odnowionych murów miejskich. Jekaba iela prowadzi do malutkiej Zviedru varti (Brama Szwedzka), wykutej w ciągu kamieniczek pod koniec panowania szwedzkiego (1698 r.), po przejściu przez bramę dociera się na Torna iela, dość popularny trakt spacerowy z odnowionym w latach 1885-1887 fragmentem murów miejskich.

 

Ryskie fortyfikacje pierwotnie liczyły 28 wież i baszt obronnych, o ich dawnej świetności niech świadczy postawiona na nowo czworoboczna Ramera tomis. Jedyny obiekt zachowany do dziś w oryginalnej postaci to ogromna Pulvertornis (Baszta Prochowa), przy końcu traktu, na rogu z Smilsu iela. Wzniesiona po raz pierwszy przed 1330 r. z czerwonej cegły budowla imponuje swoimi rozmiarami - 26 m wysokości przy średnicy 14,5 m i grubości ścian ponad 2,5 m.

 

Tam zakończyliśmy spacer po Starym Mieście i znaleźliśmy po chwili znów przy Pomniku Wolności. Tym razem było zupełnie pusto więc można było się dokładnie przyjrzeć wszystkim rzeźbom wykutym w cokole. Obejrzeliśmy też sobie słynną wieżę zegarową, z którą Hania miała problem aby zrobić mi zdjęcie.

 

Potem już tylko został nam powrót na parking. Tym razem szliśmy po drugiej stronie tej głównej ulicy. Po drodze spotkaliśmy jakąś ważną osobistość łotewskiej polityki, bo ochrona wstrzymała nas i ruch samochodowych, aby ów jegomość mógł swobodnie sobie pojechać w asyście policyjnych radiowozów. Znajdowaliśmy się wtedy pod jakimś ministerstwem.

 

Spacer pozwolił nam jeszcze raz ocenić Rygę poza starówką. W sumie trochę przypominała w tym miejscu Wrocław. Ale widać, że jest jeszcze trochę do zrobienia, bo nie do końca widać tę nowoczesność, jak np. w Tallinie. Ludzie też raczej trochę tkwią mentalnie w socjalizmie, co widać po ubiorze i zachowaniu. Sporo jednak rosyjskojęzycznych pozostało w Rydze i to oni nadają ten socjalistyczny klimat temu miastu zapewne.

 

Po dobrnięciu do parkingu, oddaliśmy mapę parkingowemu, uiściliśmy opłatę za parking, a ja nastawiłem GPS abyśmy mogli się wydostać z tego miasta. W ostatniej chwili zmieniłem trasę i zrezygnowałem z wjazdu do Jegławy. Postanowiłem jechać inną drogą na południe i tak nastawiłem GPS.

 

Wyjazd był trudny ale nie było problemów z trasą. Byliśmy prowadzeni dobrze, tylko ruch okropny i ciągle światła i ronda. Kiedy przejeżdżaliśmy przez most, poprosiłem Hanię aby nakręciła ten fragment oraz uwieczniła wieżę TV, która stoi niedaleko rzeki ale Hania nie potrafiła, mimo moich instrukcji, obsłużyć kamery i z nagrania pozostały nici. Szkoda, bo ładnie się to prezentowało, a ja nie mogłem w takim ruchu prowadzić i kręcić.

 

Trasa E67 czyli Via Baltica, to znana trasa i u nas. To tutaj mamy największy ruch na Łotwie, to tutaj jeżdżą wszystkie TIRy i to tutaj ta droga jest na europejskim poziomie. Przez dłuższy czas, piękna nawierzchnia bez kolein, szeroka, z dużym poboczem. Jechaliśmy więc nia sobie w poszukiwaniu noclegu. Wiedziałem, że będą tam dwa kempingi bo oczywiście znalazłem je wcześniej w Internecie.

 

Pierwszy obiekt, to nie był żaden kemping, tylko zajazd z motelem. Ceny bardzo wysokie więc zostawiliśmy go i ruszyliśmy dalej. Chwilę później znaleźliśmy ten drugi. Kiedy wjechaliśmy na teren posesji, od razu przywitał nas rezolutny facet, który zaproponował rozmowę po: angielsku, rosyjsku, włosku lub niemiecku. Ucieszył się, że wybrałem angielski i dowcipnie stwierdził, że Hania to pewnie woli po rosyjsku i coś tam do niej zagadnął w tym właśnie języku.

 

Jego sposób bycia stwarzał taka atmosferę, że nie było szans aby odmówić i wycofać się z tego noclegu. Sam obiekt to wspaniała posiadłość z wielkim domem i jeszcze większym ogrodem, na którym ustawione były wszelkiego rodzaju sprzęty do zabawy dla dzieci, do uprawiania sportów, grillowania, spacerów i nawet jakieś małe stawy do kąpieli oraz pole golfowe. Sam dom to drewniany pałac z nowoczesnym sprzętem AGD i pięknym trawnikiem tuż obok.

 

Facet tak nawijał, miał tyle energii w sobie i w dodatku był bardzo wesołym człowiekiem, że nie było pytania i wątpliwości, na które by nie odpowiedział lub cos zaradził. Jedynym mankamentem tej sytuacji była cena, jaka nam zaproponował. Było to aż 18LAT za pokój na górze. Jednak pod wpływem tego wszystkiego zdecydowaliśmy się wziąć ten pokój bo przecież nic więcej pewnie nie znajdziemy.

 

Dostaliśmy pokój 4 osobowy ale oczywiście byliśmy tam sami. Samochód podprowadziłem sobie pod balkon. Po wniesieniu bagaży, poszliśmy na rekonesans po tym ogromnym parko-ogrodzie. Była upalna pogoda znowu i kiedy byliśmy na samym końcu tego parku, podjechał na rowerku właściciel. Przedstawił nam swoje 5 dzieci i opowiedział trochę o tym jak do tego wszystkiego doszedł, jak zaczynał od jednej huśtawki, jak jeździł do Niemiec zarabiać i jakim błogosławieństwem jest dla niego lokalizacja przy Via Baltica i wizyty Finów, z których głównie żyje. Zapytałem czy można skorzystać z Internetu i obiecał, że przyniesie mi swojego laptopa wieczorem.

 

Kiedy wróciliśmy, zeszliśmy na dół przygotować sobie kolację. Potem zmęczeni wróciliśmy do pokoju, kiedy znów przybiegł właściciel i zawołał mnie na dół do komputera. Tam sprawdziłem sobie to, co chciałem – adres sklepu w Warszawie, zapisałem numery telefonów gospodarstw agroturystycznych w okolicach Suwałk i po 15 minutach oddałem sprzęt. Wróciłem na górę i mogłem iść spać. Dzień udany i ostatnia noc na Łotwie.

 

Dzień 8: Smiltene – Code 220km

 

Dzień 9 – 3 lipca 2009 – piątek

 

MIGIEM DO OJCZYZNY

 

Obudził nas upał. Było duszno w tym pokoju dlatego szybko się zebraliśmy. Na dole, w kuchni, przybiegł właściciel i krzyknął: "Dzień dobry Polska". Zapytał o nasze plany i na wieść, że wybieramy się do Rundale, pobiegł po mapę żeby nam dokładnie pokazać gdzie to jest.

 

Do tej miejscowości słynącej z pięknego pałacu nie było daleko. Zjechać trzeba było tuż przed granicą litewską w prawo i potem jeszcze kawałeczek do malutkiej wioski. Szybko znaleźliśmy ładny parking dla samochodów osobowych. Kolejny raz byliśmy za wcześnie bo byliśmy pierwsi na tym parkingu. Ale było tuż przed 10.00 więc mogliśmy już spokojnie udać się w kierunku pałacu.

 

Pałac Rundāle http://www.rundale.net/index.php?l=2  (łot. Rundāles pils) to barokowy pałac położony w Pilsrundāle koło Bauski w Semigalii, jeden z najpiękniejszych budynków Łotwy, niegdyś rezydencja rodziny Bironów. Został zbudowany w 1730 roku w stylu barokowo-rokokowym wg projektu Bartolomeo Rastrellego jako letnia posiadłość Ernsta Johanna von Birona, jednak długo stał pusty, dopóki Rastrelli nie wykończył w 1760 roku jego wnętrz. Po III rozbiorze Polski Katarzyna II podarowała go kochankowi ks. Zubowowi. Po jego śmierci pałac odziedziczyła żona Tekla Walentynowicz, powtórnie zamężna z ks. Szuwałowem. W rękach rodziny Szuwałowów Pilsrundāle pozostało do 1917 roku. Po I wojnie światowej przejęło go państwo łotewskie. Gruntownie odnowiony po 1991 roku jest jedną z piękniejszych rezydencji na Łotwie, są tu kwaterowani przedstawiciele państw obcych wizytujących Łotwę. Obecnie w pałacu znajduje się muzeum.

 

Pałac z zewnątrz prezentował się bardzo ładnie. Aby wejść do środka oczywiście trzeba zakupić bilety. Niestety nie wolno filmować ani robić zdjęć. Udało mi się zrobić parę ujęć z ukrytej kamery ale zdjęć nie robiliśmy. W każdej komnacie ktoś pilnował ekspozycji a było co tam oglądać. Oczywiście tak jak w każdym pałacu były obrazy, ubrania, meble i specjalne pokoje. Jedna z pań zasugerowała nam abyśmy poszli sobie zobaczyć kuchnię z XVIII wieku. Trochę się pogubiliśmy w tych lochach ale ostatecznie znaleźliśmy tę kuchnię.

 

RUNDALE – bilet wstępu do pałacu

 

W ten sposób zakończyliśmy pobyt na Łotwie. Mieliśmy do przejechania jeszcze kilkanaście kilometrów na terenie tego kraju, a potem całą Litwę gdyż zmodyfikowaliśmy lekko plany i zrezygnowaliśmy dzisiaj z noclegu na Litwie. Postanowiliśmy wrócić już do Polski.

 

Zostały nam 2 łaty więc chciałem zatankować choćby te 4 litry żeby nie zostać z niepotrzebną walutą łotewską. Za chwilę zauważyliśmy stację benzynową. Kiedy jednak podjechałem pod dystrybutor, okazało się, że stacja jest nieczynna. Widać, że sytuacja lubi się powtarzać ale za chwilę była kolejna stacja benzynowa. Tego jednak było dość. Ta stacja również była nieczynna! Wniosek z tego jest taki, że łotewskie stacje przed granicami nie działają (jeśli w ogóle tam są).

 

Granica była za kilkaset metrów i jeszcze była ostateczna szansa pozbycia się tej monety. Wysłałem Hanię do budki celników żeby zapytała czy nie wymienią. Byłem bardzo sceptyczny ale o dziwo Hania wróciła z 7 litami. Co prawda, kurs bandycki, ale dobre i to. W sumie z pozostałymi litami, które zostały nam z poprzedniej wymiany mogliśmy zakupić paliwa, zjeść coś i kupić ewentualne bilety bez konieczności wymiany następnych funtów. Powinno się udać wjechać do Polski.

 

Zobacz video z Łotwy: http://www.youtube.com/watch?v=LWXkxZufVvo

 

Zaraz za granicą zjechałem na stację benzynową i kupiłem paliwa za 88LIT. Na spokojnie ustaliliśmy trasę i pierwszy postój. Ruszyłem delikatnie w kierunku trasy i zapatrzyłem się na znaki drogowe. Samochód toczył się wolniutko aż do momentu kiedy usłyszeliśmy okropny dźwięk tarcia metalu o beton i po chwili wybiło nas w górę. Niestety wjechałem w potężny krawężnik, którego jakimś cudem nie zauważyłem.

 

Po sprawdzeniu z niepokojem czy czegoś nie rozwaliłem, wsiadłem za kółko i wkurzony ruszyłem w kierunku Szawli. Mieliśmy do przejechania nie tak dużo, jednak przed Szawlami trzeba było skręcić w bok aby dojechać do Góry Krzyży. To był nasz kolejny punkt wycieczki.

 

Góra Krzyży (lit. Kryžių kalnas) to wzgórze położone kilkanaście kilometrów na północ od Szawli. W miejscu tym postawiono w 1430 r. kapliczkę upamiętniającą przyjęcie przez Żmudzinów chrztu. Nad kapliczką górował wielki krzyż. Po upadku powstania listopadowego w 1831 r. zaczęto tam masowo przynosić i stawiać kolejne krzyże i od tego czasu przybywa ich stale. Stawiane są, bądź podwieszane na już stojących, różnej wielkości, od ogromnych kilkumetrowych aż po całkiem miniaturowe, w intencji nadziei, przyszłości, jako symbole zadumy, wiary bądź jako wota dziękczynne. W okresie władzy sowieckiej 1941-90 wielokrotnie próbowano zmusić mieszkańców do zaprzestania pielgrzymowania w to miejsce, a w 1961 r. podjęto próbę całkowitej jego likwidacji przy pomocy pił, siekier i buldożerów. Mimo to krzyże wciąż stawiano. Nie ma sposobu, żeby je policzyć, niektórzy oceniają, że samych stojących jest 50 tysięcy, licząc z położonymi i podwieszonymi liczba jest szacowana na ponad 150 tys. Papież Jan Paweł II podczas swojej pielgrzymki na Litwę w 1993 r. celebrował na Górze Krzyży mszę świętą.

 

Zatrzymaliśmy się na parkingu. Oczywiście od razu widać polskie autokary. Na szczęście ani wstęp, ani parking nie są płatne. Co dziwne, Hania nie miała pojęcia o istnieniu tego miejsca ale oczywiście bardzo ją to zainteresowało. Trzeba powiedzieć, że robi wrażenie i po przybyciu w pobliże, dopiero można się przekonać jak ogromna ilość tych krzyży jest tam zainstalowana. Można wejść na tę górkę bo zbudowane są tam schody. Zaproponowałem Hani, że załatwię jej jakiś krzyż bo stoisk pełno tam ale ona chciała dać swój różaniec. Pobiegłem więc do samochodu po ten różaniec ale mimo to, kupiłem za 2LIT jakiś tandetny krzyżyk żeby sobie zawiesiła. Ale jednak chciała dać swój, a jak się okazało mój bo miał być dla mnie ale: "skoro ja się zateizowałem tak bardzo" to woli go zostawić tutaj. A tandetny krzyżyk sobie wzięła.

 

Góra Krzyży

 

Nadal było bardzo gorąco, a przed nami kolejny punkt programu: Kiejdany. Tam mieliśmy dojechać i mieć kolejny przystanek. Droga do tych Kiejdan była ciężka. Upał, duży ruch, słabe oznakowanie. Ale wreszcie dotarliśmy, już trochę zmęczeni i głodni. W Kiejdanach chcieliśmy się zatrzymać aby przejść się po Starym Mieście, które podobno miało być ciekawe. No i Hania chciała mieć zdjęcie nad Niemnem.

 

Kiejdany (lit. Kėdainiai http://www.kedainiai.lt/) to miasto w centralnej Litwie nad rzeką Niewiażą, dawna polska rezydencja magnacka, ma ok. 31 tys. mieszkańców. W 1655 r. zawarto układ, który zawarli Radziwiłłowie (hetman litewski Janusz Radziwiłł i jego kuzyn koniuszy litewski Bogusław) z królem szwedzkim Karolem X Gustawem. Ów układ oddawał pod protekcję Szwecji całą Litwę i wraz z układem w Ujściu (wojewoda poznański Krzysztof Opaliński i wojewoda kaliski Andrzej Karol Grudziński) przewidywał oddanie Rzeczypospolitej Szwecji. Plany te udaremniła skuteczna obrona Częstochowy przed Szwedami oraz powszechny "zryw" szlachty polskiej i chłopstwa przeciw skandynawskiemu najeźdźcy. Kiejdany są miastem, w którym siedzibę miał książę Janusz Radziwiłł z Potopu Henryka Sienkiewicza.

 

Najpierw jednak trzeba było coś zjeść. Zaparkowaliśmy przed supermarketem bo byłem przekonany, że coś w tych rejonach będzie można zjeść. Poszukaliśmy i znaleźliśmy jakąś budkę z kebabami. Po zastanowieniu się i dogadaniu z właścicielką zostawiłem Hanię z pieniędzmi, a sam poszedłem do baru obok zamówić cos do picia, tak abyśmy mogli usiąść. Zamówiłem dwie cole i wyszedłem z nimi na zewnątrz gdzie widzę za płotem Hanię, która woła mnie. Okazało się, że dałem jej za mało pieniędzy.

 

Hania przyszła z kebabami do mnie, usiedliśmy sobie i kiedy zdejmowałem szklankę z szyjki butelki, którą pani z baru tak założyła, szklanka pękła. Wkurzony byłem bo trochę mojej w tym winy było ale trochę też nie. Mimo tego zgrzytu zjedliśmy te kebaby i byliśmy gotowi iść na zwiedzanie.

 

Stare Miasto rozpoczynało się tuż za supermarketem. Szliśmy kompletnie wyludnionym miasteczkiem w tym rejonie i zaszliśmy aż do informacji turystycznej. Ucieszyłem się bo zawsze czegoś więcej się dowiemy. Weszliśmy do pomieszczenia gdzie siedziały trzy panie. Zajęte wklepywaniem czegoś do komputerów. Powiedziałem grzecznie "hello" żeby zabrzmieć zagranicznie i czekałem na reakcję. Reakcja była też "hello". Myślałem, że to preludium ale to było wszystko na co było te panie stać. Staliśmy tak ok. minuty może nawet dłużej w oczekiwaniu, że któraś przerwie pracę i się nami zainteresuje ale nic takiego się nie stało. Oburzeni wyszliśmy z tego lokalu. Szczyt bezczelności.

 

Po takim przywitaniu od razu nam to miasto przestało się podobać. Zrobiliśmy rundkę po Rynku, byliśmy nad rzeką, którą uważaliśmy za Niemen i wróciliśmy tą samą drogą. Minęliśmy synagogę i wyszliśmy obok naszego parkingu. Hania zaczęła szukać WC i poszliśmy do tych supermarketów. Tam wskazano nam przejść na drugą stronę i tam miał być. Kiedy to zrobiliśmy, ktoś wskazał kolejne miejsce, a potem jeszcze inne. W każdym razie nic z tego nie wyszło. Nie było żadnego WC.

 

W końcu wyjechaliśmy z tego mało dla nas sympatycznego miasta. Na Litwie mieliśmy jeszcze jedną atrakcję, już ostatnią – muzeum kalendarzy. Dość ciekawe i dlatego chciałem je obejrzeć. Znajduje się ono w malutkiej wiosce – Skrawdzie. Dojazd tam dość skomplikowany więc Hania miała mapę na kolanach i ostrożnie konsultowaliśmy się wzajemnie, co do drogi.

 

Zanim tam dojechaliśmy mieliśmy okazję przejechać się autostradą aż pod rogatki Kowna. Jeszcze pod Górą Krzyży pytałem polskiego kierowcę autokarów, czyli autostrady są płatne ale jak zapewniał, tylko dla autokarów, a osobówki mają za darmo. Wreszcie skręciliśmy do tej wioski i wypatrywaliśmy jakiegoś szyldu.

 

Przejechaliśmy całą wieś, czyli raptem kilka domów i oczywiście nic. Wróciliśmy pod, tak jakby dom kultury, ale tam wisi kłódka i żadnego nawet kawałka napisu co do muzeum. W końcu Hania poszła do sklepu dowiedzieć się czegoś. Jak poszła to nie mogła wrócić. Wdała się w taką rozmowę z jakimś facetem, że nie mogła skończyć. Ja czekałem na nią w samochodzie i kiedy przyszła opowiedziała śmieszną historię.

 

Muzeum owszem istnieje i rzeczywiście w tym jakby domu kultury. Jednak nie jest to stricte muzeum a zbiory jakiegoś pasjonata, które można obejrzeć za darmo. Niestety dziś piątek i dziewczyny poszły wcześniej do domu i już zamknięte. Facet jednak był w tak głębokim szoku, że ktoś w ogóle o tym wie, że nie mógł w to uwierzyć, że wyczytaliśmy to w przewodniku. Przypuszczalnie historia o polskich turystach szukających muzeum kalendarzy będzie hitem opowiadanym w tej wiosce przy kielichu.

 

Żeby nam wynagrodzić trud, facet zaproponował wizytę w jakimś skansenie starych chat litewskich ale mimo naszych starań, ciężko było je znaleźć a nie za bardzo miałem ochotę jeździć kolejny raz po dziurawych drogach, a na to się zanosiło. W takim układzie, znów nam się nie udało obejrzeć tego, co zaplanowaliśmy i pozostała nam już tylko droga prosto do kraju.

 

Przed granicą polską pojawiły się TIRy i za jednym z nich, z prędkością ponad 60km/h wjechaliśmy do Polski jadąc slalomem na starym przejściu granicznym. Schengen zadziałało w tym miejscu, choć litewscy pogranicznicy kręcili się ale nie reagowali.

 

Zobacz video z Litwy: http://www.youtube.com/watch?v=HzmI89dgDkY

 

Zaraz za granicą zjechałem na parking aby móc uruchomić telefon. Jednak nadal pojawiała się sieć litewska i jakoś Era nie mogła się przebić. Ruszyliśmy dalej w kierunku Suwałk i trochę nas przeraziła tablica z odległościami, która mówiła, że do Kudowy jest aż 808km. Całkiem duża ta nasza Polska. Ale do rzeczy bo ściemniać się zacznie a my nadal w lesie. I to dosłownie. Zatrzymałem się w leśnej zatoczce i zadzwoniłem wreszcie. Pani nam zaproponowała domki za 25zł bez pościeli. Dobre i to i spisałem adres. Niestety dojazd miał być tragiczny, po jakichś dziurach. Pomyślałem, że może po drodze coś innego znajdziemy. No i zaczęło się szukanie.

 

Pojawiały się co chwilę szyldy z noclegami ale albo zamknięte albo nie chcieli na jedną noc. Odsyłali nas do sąsiadów itd. Chodziła głównie Hania ale nie zawsze. Zjechaliśmy też szutrową w dół ale okazało się, że na jedną noc, to oni nie chcą. Trzeba było wracać na główna drogę. Wkurzeni pojechaliśmy dalej.

 

W następnej wiosce znaleźliśmy kolejną okazję. Na placu spotkałem właściciela, który oprowadził mnie po rzeczywiście pięknym domu. Jak powiedział akurat ma wolny weekend i przyjmie nas bez problemu. Zaproponował niestety 100zł za nocleg. Powiedziałem, że za 70zł zostaniemy ale się nie zgodził. Skonsultowałem z Hanią i tez uznała, że to za drogo. A facet miałby 70zł za noc, a tak nie miał nic. Zero. Chytry dwa razy traci.

 

My nie straciliśmy bo po dojechaniu do miejscowości Kleszczówek. Hania poszła spytać się u kolejnego bogatego. Ten jednak chciał 80zł i tutaj zdecydowaliśmy się zostać. Standard bardzo dobry, wszystko w drewnie, i jak mówi właściciel niemalowane żeby poczuć tę naturalność. Dostaliśmy pokój na górze obok jakichś innych turystów.

 

Gospodarstwo prowadzone było przez małżeństwo z dużą różnicą wieku. Mieli chyba 3 dzieci ale zapewne dwie nastoletnie i bardzo, bardzo, bardzo wysokie dziewczyny nie były jej, a raczej jego tylko córkami. Wspólnie za to mieli Kacperka, który okazał się być bardzo odważnym chłopczykiem bo gramolił się między nas kiedy siedzieliśmy sobie na ławce.

 

Ławka była usytuowana na wprost łąk i lasów, a w dolinie widać było jezioro. Z rozmów wywnioskowaliśmy, że właściciele maja też kawałek jeziora i wczasowicze jeżdżą w dół na łowienie. Naprzeciwko nas, w sporej jednak odległości widać było dziwna górkę, taką jakby kwadratową. W ogóle zaskoczyło mnie pofałdowanie terenu w tych okolicach, bo raczej spodziewałem się fińskiego krajobrazu.

 

Kuchnia znajdowała się na dole, w piwnicy. Wszystko ładnie i czysto. Duże ławy w izbie obok pozwalały komfortowo zjeść w spokoju. Siedząc tak i jedząc zastanawialiśmy się co możemy począć z tym dodatkowym dniem, który zaoszczędziliśmy na Litwie. i wtedy Hania wpadła na dwa genialne pomysły. Będąc w tych rejonach, na pewno warto pojechać do Kętrzyna i odwiedzić Wilczy Szaniec – kwaterę Hitlera. W drodze, do zaplanowanej Białowieży, moglibyśmy wstąpić do siedziby polskich Tatarów i Muzułmanów aby odwiedzić meczet, który znajduje się w Kruszynianach.

 

W pokoju Hania wykonała telefon do TT aby dowiedzieć się kilku szczegółów na temat tych miejsc ale oczywiście przez 15 minut było totalne jego jęczenie, nerwy i ogólna niechęć niesienia pomocy na co Hania reagowała stoickim spokojem i zadawała kolejne pytania. Przy okazji i on miał sprawę związana z podatkami ale nie umieliśmy mu pomóc i musiał zaczekać do naszego powrotu.

 

Mając informacje od TT z netu mogliśmy sobie co nieco zaplanować i ustaliliśmy, że jutro jedziemy do Kętrzyna i św. Lipki, która znajduje się niedaleko, w drodze powrotnej gdzieś nocujemy, po czym na następny dzień jedziemy do Kruszynian, a stamtąd prosto do Białowieży. Na koniec dnia wyszedłem jeszcze raz na ławeczkę i zadzwoniłem do Basi. Zdziwiona, że już jesteśmy w Polsce.

 

Dzień 9: Code – Kleszczówek 400km

 

 

 

Dzień 10 – 4 lipca 2009 – sobota

 

ERRATA DO PLANU

 

Na śniadanie zeszliśmy do lochów. Pani Aneta (właścicielka) podarowała nam trochę miodu. Spotkaliśmy tez innych letników. Niestety popsuła się pogoda i zaczął padać deszcz. A przed nami sporo kilometrów do Kętrzyna.

 

Będąc pierwszy raz w tych rejonach, zaskakiwany byłem pofałdowaniami terenu i w ogóle widokami. Wszystko to wyglądało naprawdę ładnie. Przebijaliśmy się tak więc przez Mazury wzdłuż granicy rosyjskiej drogą krajobrazową. Zatrzymaliśmy się w miejscowości chyba najbardziej wysuniętej na północ – Widziejny i tam Hania poszła do sklepu. Od tego sklepu do granicy było zaledwie 1km do Rosji.

 

Jeszcze rankiem wjechaliśmy do znanego miejsca – Gołdapi. Tam zaplanowaliśmy sobie postój. Parking znaleźliśmy w samym centrum miasta i o dziwo był bezpłatny. Na ulicach widać rosyjskie rejestracje, w parku odchodzi handel papierosami, a więc miasto graniczne. My nasze kroki skierowaliśmy do kiosku. Tam Hania kupiła kupon lotto i gazetę, a ja dowiedziałem się gdzie jest jakaś kawiarnia bo rytuał trzeba było podtrzymywać.

 

Przeszliśmy przez park, mostkiem nad stawem ale jakoś ciężko było odszukać tę kawiarnię. Ludzie nam wskazywali różne miejsca ale to raczej były jakieś bary. W końcu w parku znaleźliśmy kawiarenkę i zakupiliśmy sobie oprócz kawy jeszcze po ciastku. Obserwowaliśmy to dość miłe miasteczko ale czas naglił więc wsiedliśmy chwilkę później i już byliśmy na trasie do Kętrzyna.

 

W samym mieście i tak będziemy później gdyż po drodze na naszej drodze pojawiła się niespodziewana atrakcja. Kiedy bowiem mijaliśmy co rusz, kolejne mazurskie jeziora, zauważyliśmy tabliczkę zachęcającą do obejrzenia śluz mazurskich. Nie za bardzo byliśmy świadomi co to takiego i czy to fajne ale strzałka na parking skierowała nas na teren prywatny, na którym już stało sporo samochodów.

 

Okazało się, że są to pozostałości tzw. Kanału Mazurskiego, który miał docelowo połączyć pojezierze z Bałtykiem. Szczerze mówiąc byłem totalnie zaskoczony tym projektem i z chęcią chciałem sam na własne oczy przekonać się jak to wygląda. Dlatego kiedy wysiedliśmy z samochodu, w oczy rzuciła się żółta tablica z opisem tego miejsca.

 

Projekt budowy Kanału Mazurskiego, który powstał pod koniec XIX wieku, opierał się na wcześniejszych pracach braci polskich, którzy osiedli na terenie Prus Książęcych. W XVII w. Józef Naronowicz-Naroński opracował dokładne mapy jezior i plan połączenia kanałem rzeki Pregoły z Niemnem, a kontynuator jego prac Samuel Suchodolec (Suchodolski) opracował projekt kanału mającego połączyć jez. Śniardwy z jez. Niegocin i dalej z rzeką Pregołą. Budowę kanału rozpoczęto w 1911, ale budowę jego przerwała wkrótce I wojna światowa. Budowę kanału wznowiono w 1934 i kontynuowano ją do 1940. Po II wojnie światowej nie podjęto przerwanych prac. Kanał Mazurski łączyć miał jezioro Mamry z rzeką Łyną na terenie obwodu kaliningradzkiego, która jest dopływem Pregoły. Długość kanału wynosi 51,7 km w tym 22 km na terenie Polski. Różnica poziomu wód pomiędzy jeziorem Mamry (poziom lustra wody 116 m nad poziom morza), a rzeką Łyną (5 m n.p.m., w miejscu połączenia kanału z rzeką) wynosi około 111 m. Różnicę poziomów wody zniwelowano za pomocą 10 śluz i dwóch jazów. Na terenie Polski znajduje się 5 śluz i dwa jazy walcowo-ruchowe. Szerokość kanału od jeziora Mamry do miejscowości Leśniewo gmina Srokowo wynosi od 20 do 25 m, przy głębokości 1,4 - 1,8 m. Woda znajduje się w obwałowaniach wynoszących się nad okoliczny teren. Kanał zaślepiony jest groblą ziemną przed Leśniewem. Na odcinku bez wody do jeziora Rydzówka znajdują się dwie śluzy (śluza Leśniewo Górne wykonana w 30% i śluza Leśniewo Dolne wykonana w 15%). Za jeziorem Rydzówka znajduje się jedyna dokończona śluza w pobliżu miejscowości Guja (9,3 km od jeziora Mamry). Śluza posiada szerokość 7,7 m, długość 52 m i głębokość 14,9 m. Dalsze dwie śluzy po stronie polskiej znajdują się koło miejscowości Bajory Małe gm. Srokowo. Kanał był projektowany do przepływu statków o wyporności do 240 ton. Odcinek kanału długości 7,72 km od drogi leśnej na południe od leśniczówki Marszałki do granicy państwowej z obwodem kaliningradzkim wchodzi w skład Rezerwatu Bajory.

 

Szybko zidentyfikowaliśmy nasze położenie i wyszło, że znajdujemy się w Leśniewie Górnym. Po ok. kilometrowym spacerze leśna ścieżką dotarliśmy do punktu, w którym wśród drzew wyłoniła się budowla, która miała być śluzą. Na jej terenie, jak i wokół niego, zainstalowali się fani sportów ekstremalnych i zorganizowali tam park rozrywki. Za w sumie niewielka opłatą można było się spuścić po linie, przejść małpi gaj, powspinać i poskakać. Żeby wejść na teren śluzy pobierali 1zł za sprzątanie terenu.

 

LEŚNIEWO GÓRNE – śluzy Kanału Mazurskiego

 

Ze względu na ograniczenia czasowe, zrezygnowałem z tych uciech fizycznych, choć w sumie miałem ochotę trochę się pobawić i zeszliśmy tylko do tych śluz. Niemiecka "wrona" przypominała o fakcie, że Niemcom też zależało na rozbudowie tego obiektu. Niestety obecnie pozostaje on jednak w ruinie, a sam kanał jest zarośnięty przez las. Nie mniej jednak, trzeba przyznać, że pomysł był oryginalny i ciekawe gdyby się udało go doprowadzić do końca.

 

Po powrocie poszliśmy jeszcze na dół, do śluzy dolnej, po czym uiszczyliśmy opłatę za parking w wysokości 4zł i mogliśmy wrócić na trasę do Kętrzyna. Ten niespodziewany przerywnik na naszej trasie, spowodował lekkie opóźnienie ale oczywiście byliśmy zadowoleni, że udało się nas czymś zaskoczyć.

 

Do Kętrzyna wjechaliśmy bez problemów ale zaskoczył nas kompletny brak reklamy Szańca. Wydawało mi się, że będą trąbić i bić po oczach od samego wjazdu do miasta ale wyszło, że nic z tego. Musieliśmy więc sami sobie jakoś radzić. Zatrzymaliśmy się w centrum i patrząc na strzałkę wskazującą informację turystyczną podążyliśmy w jej kierunku. Nic jednak z tego. Obeszliśmy główną ulicę dookoła, usilnie obserwując budynki, ale nie udało się nam jej zlokalizować.

 

Dopiero kiedy dotarliśmy ponownie do auta, zauważyliśmy w oknie budynku tuż obok, kartkę z charakterystyczną literką "i". weszliśmy do tego okrąglaka ale ku naszemu zdziwieniu, drzwi były już zamknięte. Była godzina 14.00, sobota więc raczej czas kiedy ludzie potrzebują informacji a tutaj już zamknięte.

 

Kiedy już schodziliśmy ze skwaszonymi minami, zaczepił nas facet, który miał jakieś swoje biuro na tym samym piętrze. Gdy dowiedział się, że szukamy informacji o Szańcu, bez wahania zaprosił nas do siebie i z wieloma szczegółami opowiedział historię, stan obecny i dojazd do tego miejsca. Hania nie omieszkała zapytać o św. Lipkę i też uzyskała wyczerpujące informacje. Jak się okazało, człowiek ten prowadził towarzystwo polsko-niemieckie kiedy odszedł na emeryturę. Kiedyś był matematykiem, a obecnie pisze przewodniki na temat swoich rejonów. Jedną z takich broszurek wypadało nam od niego kupić i tak też zrobiłem. Dojazd do Wilczego Szańca rozrysował nam na kartce A4. Ciężko było nie trafić.

 

Uzbrojeni w takie informacje mogliśmy spokojnie udać się na jakiś obiad. Wcześniej, podczas spaceru, zauważyliśmy kilka potencjalnych lokali i wróciliśmy do jednego z nich aby zjeść spaghetti. Po tej chwilce odpoczynku, wyruszyliśmy w kierunku Gierłoża.

 

Dopiero za miastem był pierwszy drogowskaz kierujący na ten obiekt. Trzeba było jeszcze kilka kilometrów przejechać aby wreszcie zawitać do tej byłej kwatery Hitlera. Przywitał nas ochroniarz, który od razu skasował nas za parking i bilet. Na dzień dobry pozbyłem się 32zł, a chwilę zaraz przywitała nas pani przewodnik, która zaprosiła do wspólnego zwiedzania za 4zł od osoby w grupie 10-osobowej.

 

Najpierw jednak musieliśmy znaleźć miejsce na parkingu, a to wcale nie było takie łatwe. Parking zawalony był samochodami z rejestracjami z całego kraju i zza granicy. Po jakimś kluczeniu i moich nerwach, udało się znaleźć jakieś miejsce. Wysiedliśmy tuż obok zbiórki u pani przewodnik. Mogliśmy zacząć zwiedzanie z przewodnikiem bo właśnie udało się zebrać pełną grupę.

 

Wilczy Szaniec http://www.wolfsschanze.pl/ (niem. Wolfsschanze) – w latach 1941-1944 kwatera główna Hitlera i Naczelnego Dowództwa Sił Zbrojnych (OKW) w lesie gierłoskim, na wschód od leżącej na skraju lasu wsi Gierłoż i 8 km na wschód od Kętrzyna (obecnie w woj. warmińsko-mazurskim). Wilczy Szaniec był jedną z kwater głównych Hitlera (niem. Führerhauptquartier – FHQ) , gdzie w 1944 r. dokonano nieudanego zamachu na jego życie. (Przyjmuje się, że kwaterą główną było miejsce, gdzie przebywał wódz - führer).

 

"Wilczy Szaniec" przecinała linia kolejowa i równoległa do niej szosa Gierłoż – Parcz. Kwatera miała powierzchnię 250 ha i otoczona była pierwotnie zasiekami a następnie także polem minowym. Co kilkaset metrów ustawione były kilkunastometrowej wysokości drewniane wieże obserwacyjne, a na terenie suchym także betonowe stanowiska ckm. Do kwatery prowadziły trzy strzeżone wartowniami wjazdy. Wartownia zachodnia znajdowała się na skraju lasu na wysokości majątku Gierłoż (niem. Gut Görlitz). Wartownia wschodnia położona była na szosie w polu, od strony wsi Parcz, około 300 m od aktualnej granicy lasu. Na południowy wschód od centrum, obok szosy Gierłoż - Parcz znajdowało się zapasowe lądowisko dla samolotów kurierskich. Jadąc na południe z centrum kwatery przejeżdżało się do wartowni południowej, a dalej do szosy Kętrzyn – Giżycko, za którą znajduje się właściwe lotnisko kwatery w Wilamowie. Dodatkowo, w centrum kwatery, znajdowały się także tzw. wartownia oficerska strzegąca wjazdu na teren pierwszej strefy zakazanej oraz wartownia kolejowa na zjeździe z szosy na stację kolejową. Żadna z wartowni nie dotrwała, a jedynymi świadkami ich lokalizacji są kawałki dachówek. Oprócz ogrodzenia zewnętrznego, strefa zakazana I. i II. wygrodzone były około dwumetrowej wysokości płotem z siatki zwieńczonej drutem kolczastym, gdyż oprócz wjazdu do kwatery, kontroli podlegał również ruch pomiędzy jej strefami.

 

Stała załoga "Wilczego Szańca" liczyła 2100-2200 osób i składało się na nią oprócz oficerów sztabowych, łączników, i innych wojskowych także fryzjerzy, kucharze, lekarze, stenografowie, sekretarki, itp. Załoga kwatery korzystała z obsługi medycznej w przeznaczonym na ten cel szpitalu w Karolewie.

 

Na terenie "Wilczego Szańca" znajdowało się około 80 obiektów o konstrukcji trwałej i około 100 baraków drewnianych. Najsolidniejsze schrony typu ciężkiego miały ściany o grubości 4-6 m i stropu do 8 m. Ze względu na wysoki poziom wód gruntowych zdecydowana większość obiektów na terenie Wilczego Szańca były budowlami typu naziemnego. Wyjątek stanowiły położone na wzniesieniach magazyny na żywność, na amunicję oraz podpiwniczenia na urządzenia techniczne (agregaty prądotwórcze, zbiorniki) pod bunkrem Hitlera i bunkrem łączności.

 

Cała kwatera była starannie maskowana. Przy budowie starano się zachować istniejące drzewa, a ubytki w drzewostanie uzupełniano atrapami z rur pokrytych igielitową siatką imitującą liście. Dachy budynków pokryte warstwą ziemi porastała trawa i młode drzewa. Ściany obiektów początkowo pokrywano zaprawą z domieszką trawy morskiej i zielonej farby, a w późniejszym okresie tylko malowano w szaro-zielono-brązowe plamy. Maskowane za pomocą siatek maskujących były także drogi wewnętrzne. Skuteczność kamuflażu sprawdzana była okresowo za pomocą zdjęć lotniczych. Hitler przebywał w Wilczym Szańcu w przedziale czasowym od 24 czerwca 1941 do 20 listopada 1944. Spędził tutaj około 800 dni (po odliczeniu wyjazdów).

 

O tym wszystkim opowiadała nam pani przewodnik, której nota bene ojciec pracował przy budowie tych schronów. Całość naprawdę robi wrażenie. Potężne mury tych schronów, po zawaleniu, pokazują jak wiele betonu i zbrojenia użyto do ich budowy. Wnętrza tych ocalałych fragmentów umożliwiają wyobrażenie sobie jak toczyło się tu życie w czasach prosperity.

 

GIERŁOŻ – Wilczy Szaniec: bunkier Hitlera

 

Zwiedzaliśmy cały obiekt, łącznie 22 bunkry plus pozostałe obiekty warte komentarza. Bardzo nas cięły komary, ale jak słyszeliśmy, żołnierze niemieccy też mieli ten problem bo niedaleko stąd znajdują się rozległe bagna. Oprócz suchego komentarza, usłyszeliśmy też kilka historyjek, plotek a nawet obejrzeliśmy oryginalne zdjęcia. Kiedy weszliśmy do ostatniego bunkra, telekomunikacyjnego z centralą, akurat doszedł do mnie SMS z Anglii, co cała grupa skwitowała, że jak centrala to i połączenie nadal działa. A to pisała Basia, że 17 września ostatecznie wraca i właśnie zakupiła bilet za 0zł.

 

Nasza wycieczka po ponad 100 minutach dobiegła końca. Byliśmy bardzo zadowoleni, a szczególnie, że wzięliśmy przewodnika bo samemu łażenie po tych bunkrach niewiele by dało gdyż są one mimo wszystko do siebie bardzo podobne. Mogliśmy na spokojnie szukać dojazdu do kolejnego sanktuarium – św. Lipki. Tak się złożyło, że opuszczając Wilczy Szaniec od razu kierują do Lipki. Niewielka liczba kilometrów do tej wioski, spowodowała, że po chwili już się tam znaleźliśmy.

 

Święta Lipka http://www.jezuici.pl/swlipka/  (niem. Heiligelinde) to wieś koło Kętrzyna gdzie znajduje się jedno z najbardziej znanych w Polsce sanktuariów maryjnych. Świętolipska bazylika pw. Nawiedzenia NM Panny wraz z obejściem krużgankowym i klasztorem jest jednym z najważniejszych zabytków baroku w północnej Polsce. Początki kultu Matki Boskiej w Świętej Lipce sięgają XIV w. Według ustnie przekazywanej informacji więziony w lochach kętrzyńskiego zamku skazaniec dzięki interwencji Matki Bożej wyrzeźbił w drewnie Jej figurkę z Dzieciątkiem. Po wykonaniu rzeźby został uwolniony. Uwolniony skazaniec figurkę zawiesił na lipie przy drodze z Kętrzyna do Reszla. Figurka Matki Bożej z Dzieciątkiem zasłynęła cudami. Z czasem wokół lipy wybudowano kaplicę. Wzniesienie obecnego kościoła nastąpiło z inicjatywy jezuitów w latach 1688-1693 wg projektu nieznanego architekta, a fasada została ukończona w roku 1730.

 

Ponieważ była to sobota, to na parkingu przed bazyliką zaroiło się od samochodów gości weselnych. W kolejce czekały co najmniej dwie pary, w samym kościele już odbywał się ślub. Niestety bazylika była odnawiana i w związku z tym, większa jej część została przykryta rusztowaniami i siatkami antypylącymi. Mimo tego Hania oczywiście poszła do środka. Ja wszedłem na chwilę ale zaraz potem wyszedłem na parking i tam czekałem na Hanię. Kiedy wróciła poprosiła jeszcze o zdjęcie i mogliśmy jechać w kierunku Kruszynian.

 

Plan na dzisiejszy wieczór był taki, że jedziemy w kierunku granicy białoruskiej, konkretnie właśnie do Kruszynian ale przed wieczorem będziemy szukać jakiegoś noclegu. Ile przejedziemy, tyle przejedziemy. Nie mamy jasno sprecyzowanego celu i dlatego na spokojnie wyjechaliśmy koło godziny 18.00 ze św. Lipki.

 

Przejechaliśmy przez Kętrzyn i dalej kierowaliśmy się na Giżycko. Kiedy dojechaliśmy do Giżycka, okazało się, że mamy pół godziny wymuszonego postoju gdyż nie działa most. Śmieszna sprawa ale w Giżycku jest most obsługiwany ręcznie. Co jakiś czas facet kręci korbą i most się otwiera dla łódek. Łódki mogą sobie przepłynąć do drugiego jeziora, a potem facet znów zakręca korbą i most wraca na swoje miejsce, a samochody mogą przejechać. Nas to spotkało więc mieliśmy tez atrakcję bo można było zobaczyć jak ten most "powstaje". Tak się zresztą złożyło, że staliśmy pierwsi, a za nami cały sznur samochodów.

 

Minęliśmy w końcu Giżycko, a potem na Orzysz dobra drogą i zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem. Chciałem jeszcze przejechać Ełk ale po namyśle stwierdziłem, że nie ma co wariować. Tuż przed Ełkiem był jakiś motel-zajazd z noclegami i tam się zatrzymaliśmy. Hania poszła się dowiedzieć i wróciła z dobrą nowina, choć ja byłem sceptycznie nastawiony. Ale opłacało się tutaj zatrzymać bo nocleg w pokoju z łazienką i TV za 80zł to dobra cena.

 

Motel prowadzony przez ojca z synem był w sumie zwykłym barem z kilkoma pokojami nad nim. Jednak standard tych pokoi był bardzo wysoki. Czyste, nowe i tak jak wspominałem z łazienką i TV pokoje były bardzo wygodne. W dodatku tuz przy trasie więc nie trzeba po jakichś wioskach się tułać.

 

Wnieśliśmy bagaże, właściciel jeszcze długo gadał z Hanią, pytał się skąd jesteśmy itp. Później kiedy oglądaliśmy sobie TV, zapukał ten syn i powiedział, że mam uchylone okno w samochodzie. Poszedłem zamknąć ale to raptem kilka milimetrów. Trochę obawialiśmy się huku samochodów ale z drugiej strony, jutro niedziela więc ruch może być mniejszy.

 

Dzień 10: Kleszczówek – Buniaki 310km

 

 

Dzień 11 – 5 lipca 2009 – niedziela

 

W MECZECIE I W PUSZCZY

 

Noc minęła gładko bo rzeczywiście nie było dużego ruchu. Pewnie ze względu na niedzielę. Poza tym wstaliśmy dość wcześnie, jeszcze przed otwarciem baru na dole i nawet się obawiałem jak my wyjdziemy skoro knajpa nieczynna. Ale na dole dyżur miał dziadek i nas wypuścił bez słowa.

 

Droga była pusta, Ełk przejechaliśmy szybko i skierowaliśmy się na Augustów żeby potem móc odbić na południe wzdłuż granicy białoruskiej. Za Augustowem była piękna trasa przez puszczę. Idealnie prosta, pusta i o dobrej nawierzchni. Można spokojnie ciąć i nawet 150km/h choć to trochę niebezpieczne ze względu na duże prawdopodobieństwo spotkania jakiegoś zwierza. Nam na szczęście nic takiego się nie przytrafiło.

 

Kiedy już odbiliśmy na południe i powoli zbliżaliśmy się do Kruszynianów, w jakiejś zwykłej, niepozornej wiosce stało sobie dwóch gości w zielonych, odblaskowych kamizelkach i obserwowało nas przez lornetkę. Za chwile zobaczyłem lizak i trzeba było zjechać. Oczywiście myślałem, że to policja ale jak się okazało dwóch młodych chłopaków na sportowych motorach w mundurach straży granicznej.

 

Jak wyjaśnili to rutynowa kontrola i w czasie kiedy przez blisko 20 minut sprawdzali moje dane w bazie, uciąłem sobie z nimi miłą pogawędkę. Rozmawialiśmy o ich pracy, tych terenach, Kruszynianach oraz jakie uprawnienia mają i czemu w ogóle nas zatrzymują. Wyjaśnili, że do 15km jest to strefa przygraniczna i kontrolują wszystkie samochody z obcą rejestracją (stąd ta lornetka), a uprawnienia mają takie jak policja. Nie mają tylko radarów więc nie mierzyli prędkości ale i tak po wypadku na Łotwie, stałem się dużo ostrożniejszy w tym względzie.

 

Oczywiste było, że nic nie znajdą i pożegnaliśmy się. Kazali uważać na rondzie w Krynkach bo podobno jakieś nieciekawe ono miało być. Rzeczywiście rondo dość spore jak na taka miejscowość ale akurat zjazd na Kruszyniany był pierwszy na prawo więc bez kręcenia się po nim, zjechaliśmy na prostą drogę do celu.

 

Wieś Kruszyniany została założona prawdopodobnie w wieku XVI. W dniu 12 marca 1679 r. Jan III Sobieski nadał Tatarom m.in. Kruszyniany oraz pobliskie wsie Nietupa, Łużany jak też część Poniatowicz. Osadzeni muzułmanie, zwani lipkami walczyli po stronie Polski w wojnie z Turkami. W Kruszynianach (obok ok. 45 innych rodzin) osiadł na stałe płk. Samuel Murza Krzeczowski, który uratował życie królowi w bitwie pod Parkanami. W drodze na sejm do Grodna król zatrzymał się u Krzeczkowskiego. Kruszyniany stanowiły duży ośrodek muzułmański. Tutaj sporządzano dzieła o treści religijno-obyczajowej tzw. kitaby. Jeden z nich powstał w 1792 r. dzięki kopiście Jusufowi Heliaszewiczowi. W roku 1980 w Kruszynianach zamieszkiwało 289 osób, z tego 33 wyznania muzułmańskiego, reszta wyznania prawosławnego i katolickiego. Do dzisiaj mieszka tutaj niewielka mniejszość tatarska. Ludność mówiła specyficzną gwarą - mieszanką białoruskiego i polskiego. W Kruszynianach można zobaczyć drewniany meczet z końca XVIII wieku (jeden z dwóch najstarszych w Polsce) oraz cmentarz muzułmański - mizar (najstarsze nagrobki z końca XVIII wieku)

 

Kiedy wjechaliśmy do wioski, mignął mi przed oczami ten meczet ale potem za Chiny Ludowe nie mogliśmy go namierzyć. Wyjechaliśmy z wioski i znów powoli przejechaliśmy główną szosą. Uznaliśmy, że musi się znajdować za drzewami i postanowiliśmy najpierw zatrzymać się w zajeździe na kawę i pójść tam pieszo.

 

Na zajazdowym parkingu stało już kilka samochodów z Polski. Zamówiliśmy dwie kawy za 10zł i trochę podpytaliśmy właścicielkę o Tatarów i ten meczet. Potwierdziła, że znajduje się tam za drzewami i ze istnieje możliwość zadzwonienia po opiekuna, który chętnie poopowiada o nim. Zachęceni tymi opowieściami ruszyliśmy do tego meczetu.

 

KRUSZYNIANY – meczet

 

Kiedy tam podeszliśmy słychać było, że ktoś w środku rozmawia. Tuż przy wejściu siedziała jakaś dziewczyna, która sprzedawała bilety. Po obejrzeniu go z zewnątrz weszliśmy do środka, oczywiście zdejmując buty. Tam była jakaś grupa, a przed nią stał facet, który opowiadał o meczecie, Tatarach, historii, islamie. A mówił to z pasją i wiedzą. Naprawdę jego wykład był niesamowity i dowiedzieliśmy się mnóstwa rzeczy o tym meczecie i rejonie.

 

Sam meczet skonstruowany został prawdopodobnie w drugiej połowie XVIII wieku lub w pierwszej połowie XIX wieku (dokładna data budowy nie jest znana), na miejscu dawniejszego meczetu, który po raz pierwszy wspomniany jest w dokumentach już w 1717 roku. W 1846 roku przeszedł remont. Jest to drugi (po Bohonikach) najstarszy meczet w Polsce. Budynek zbudowano na planie prostokąta (10x13m). Od północy ozdobiony jest dwiema wieżyczkami, które zwieńczono hełmami z półksiężycem na szczycie. Swoim kształtem budynek nawiązuje do okolicznych kościołów z dwiema wieżami. Z zewnątrz i wewnątrz pokryty jest drewnianą boazerią pomalowaną na ciemnozielony kolor (kolor islamu). Od strony północnej budynek zdobią dwie wieże pokryte również drewnem. Na kalenicy dachu stoi trzecia (nieco mniejsza od pozostałych) wieżyczka bez okien. Przesunięta jest nieco w kierunku mihrabu. Dachy trzech wieżyczek są w kształcie hełmu zwieńczone półksiężycami. Dach głównej części budynku pokryty jest gontem. Wnętrze podzielone jest na dwie części: dla kobiet i mężczyzn. Wejście dla kobiet umiejscowione jest na głównej osi budynku. Zwieńczone jest trójkątnym tympanonem, po którego bokach wznoszą się dwie wieże. Wejście dla mężczyzn znajduje się w bocznej ścianie. Pomieszczenie dla kobiet jest znacznie mniejsze i oddziela je od części męskiej drewniane przepierzenie, w którym na wysokości około 1 m wykonano podłużną szparę, zasłoniętą białą, przejrzystą firanką. Wnętrze udekorowane jest dywanami a ściany muhirami - kaligraficznym zapisem cytatów z Koranu. Właściwa modlitwa ma miejsce w części męskiej. Wierni stoją w rzędach z twarzami skierowanymi w stronę Mekki (na południe od Kruszynian). Stronę tę wskazuje mihrab (nisza w ścianie). Na prawo od niszy znajduje się minbar (rodzaj kazalnicy), z którego imam wygłasza kazanie. Podczas modlitwy wierni wykonują odpowiednie ruchy rąk i ciała w myśl rytuału zwanego salat. Modlitwy odbywają się w języku arabskim.

 

W okresie międzywojennym w granicach Polski żyło ok. 5,5 tysiąca Tatarów, którzy zachowali odrębność wyznaniową, tradycję pochodzenia i obyczaje. Działał Związek Kulturalno-Oświatowy Tatarów RP, Tatarskie Muzeum Narodowe w Wilnie, Tatarskie Archiwum Narodowe. W czasie II wojny światowej Tatarzy ponieśli dotkliwe straty, szczególnie wśród inteligencji. Po wojnie w granicach Polski pozostały 2 wsie tatarskie w dzisiejszym województwie podlaskim (Bohoniki i Kruszyniany), ponadto Tatarzy żyją rozproszeni w Gdańsku, Białymstoku, Warszawie i Gorzowie Wielkopolskim – łącznie ok. 3 tys. Od 1925 działa Muzułmański Związek Religijny (z siedzibą w Białymstoku), a od 1992 Związek Tatarów Rzeczypospolitej Polskiej (z autonomicznymi oddziałami w Białymstoku i Gdańsku). http://www.tataria.pl/forum/index.htm

 

Bez żadnego problemu można było robić zdjęcia, kręcić film i oglądać wszystko, co się tam znajdowało. Doszło nawet do sytuacji kiedy jakaś baba weszła w Koran rozłożony na specjalnej podstawce i wywróciła go. Człowiek, który prowadził wykład – Dżemie Gębicki, przerwał na chwilkę tylko, poprawił Koran i kontynuował wykład. Na koniec można było zadawać pytania, z czego razem z Hanią skwapliwie skorzystaliśmy. Po wyjściu z meczetu, znaleźliśmy obelisk informujący, że to Jan III Sobieski, nadał te ziemie Tatarom.

 

Przed nami jeszcze tylko dojazd do Białowieży i żeby skrócić czas przejazdu, postanowiłem się jakoś przebić do przejścia granicznego w Bobrownikach. Niestety, droga była znów szutrowa. Jednak dało się jechać i w dodatku nie było to aż tak uciążliwe. Ale trochę się zamotaliśmy kiedy dojechaliśmy do tych Bobrownik. Wjechaliśmy na wiadukt, z którego widać było przejście graniczne, jednak zjazdu z wiaduktu nie było i dopiero potem zorientowaliśmy się, że trzeba skręcić trochę wcześniej.

 

Wtedy wyjechaliśmy na główną drogę prowadzącą właśnie do przejścia. Cała droga była zawalona TIRami. Kolejka sięgnęła 6km i był to widok przerażający. Naprawdę trzeba współczuć tym wszystkim kierowcom, którzy muszą czekać żeby wjechać do tego raju – płynącej mlekiem i miodem i nie należącej do okropnej Unii Europejskiej – Białorusi.

 

Jechaliśmy na szczęście w drugą stronę i czekaliśmy na zjazd w lewo aby móc dalej jechać podrzędnymi drogami do Hajnówki, a potem Białowieży. Pojawiały się pierwsze drogowskazy więc już było niedaleko i mieliśmy nadzieję, że jeszcze coś zwojujemy dzisiejszego dnia. W Hajnówce skierowano nas już prosto do Białowieży i ten ostatni kawałek był już tylko przez puszczę.

 

Białowieża to duża osada w Polsce położona w województwie podlaskim, na Równinie Bielskiej nad Narewką, o charakterze małomiasteczkowym. Zamieszkuje ją niespełna 4,000 mieszkańców. Białowieża swą popularność zawdzięcza przede wszystkim Puszczy Białowieskiej i Białowieskiemu Parkowi Narodowemu, który wraz z częścią Puszczy Białowieskiej na terenach Białorusi, został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Prawie połowa osób odwiedzających Białowieżę, w tym prawie wszyscy cudzoziemcy, nastawieni są na turystykę przyrodniczą. Główną atrakcją jest Rezerwat Pokazowy Żubrów‎, zaś dla przyrodników - żubry na wolności i rzadkie ptaki Puszczy Białowieskiej, których nie można już spotkać w innych częściach kraju, a tym bardziej za granicą, oraz jezioro Siemianówka.

 

Naszym celem tez oczywiście była wizyta w ścisłym rezerwacie ale kiedy wjechaliśmy już do centrum, przeraził mnie jej ogrom. Nie spodziewałem się, że będzie to tak duża wieś. Właściwie to jest małe miasteczko i w dodatku tego dnia było całkowicie zapchane. Nie można było znaleźć wolnego miejsca do zaparkowania i na dokładkę nie wiedzieliśmy za bardzo gdzie się zatrzymać. Wybrałem w końcu miejsce niedaleko muzeum i postanowiliśmy się czegoś dowiedzieć. Zatrzymałem się za jakąś kupą piachu, bo w Białowieży trwał akurat remont chodników.

 

Skierowaliśmy kroki do informacji, a tam przekierowano nas do muzeum. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że istnieje możliwość wyjścia do ścisłego rezerwatu ale wyprawa kosztuje 120zł i trzeba poczekać na ok. 10 osób, to koszt spadnie do 12zł. Pani zapisała nas na godzinę 15.00 i powiedziała żeby przyjść tuż przed, to zobaczymy czy ktoś się dopisze do nas.

 

W takim razie mieliśmy godzinę wolnego i trzeba było szybko coś zjeść. Nie było sensu stołować się z obiadem więc tuz obok naszego parkingu była pizzeria. Zagadałem czy zdążymy przed 15.00 i pani zapewniła nas, że zdążymy bez problemu. Zamówiłem więc dwie duże pizze i usiedliśmy w oczekiwaniu. Za chwile jednak wpadła jakaś banda dzieciorów i narobiła takiego harmidru, że nie można było tego wytrzymać. Na dodatek pani zaczęła przyjmować zamówienia zamiast robić naszą pizzę.

 

Czas nas naglił, zaczynała się nerwówka a tu jeszcze jakiś buc bez koszulki wszedł i zaczął cisnąć bajerę z tą babką za ladą. Tego było dosyć dla Hani, która poszła do babki i ja zniszczyła. Aż byłem w szoku bo po prostu ostro jej pojechała. Suma sumarum, babka zapakowała nam pizze do kartonu i dodała, że nie weźmie opłaty za te pudełka, na co Hania rzuciła: "No jeszcze by tego brakowało" po czym wyszliśmy stamtąd wkurzeni.

 

Musieliśmy zjeść w biegu, a jeszcze chcieliśmy się przebrać bo przecież idziemy do lasu. Długie spodnie, czapki i coś przeciw komarom. Następnie biegiem do wyznaczonego celu. Wpadliśmy do tej siedziby przewodników o 14.55. Na tablicy jednak nadal widnieją tylko dwa wpisy, co oznacza, że nikt się nie dopisał. Ale poszedłem się upewnić. Przewodnicy jednak orzekli, że rzeczywiście nikogo więcej już dzisiaj nie będzie i zasugerowali przyjść jutro. Nam jednak to nie odpowiadało i stwierdziłem, że w takim razie pójdziemy sami. To wprawiło wszystkich w tej budce w osłupienie i kazali powtórzyć co powiedziałem. Ja powtórzyłem i dodałem: "Więc kto pójdzie z nami?" Zgłosiła się dziewczyna, która zgodziła się nas poprowadzić przez te lasy.

 

Musiała się jeszcze otrząsnąć, że będzie prowadzić tak małą grupę ale szybko się dogadaliśmy, że możemy zadawać wszelkiego rodzaju pytania, a ona postara się nam wszystko wytłumaczyć. W trakcie spaceru dowiedzieliśmy się, że ma 24 lata i studiuje biologię. A sam spacer zaczęliśmy od parku i jego historii, po czym powolutku szliśmy w kierunku rezerwatu, po drodze dowiadując się ze szczegółami o wszelkich żyjątkach napotkanych na naszej drodze, zarówno reprezentujących faunę jak i florę.

 

BIAŁOWIEŻA – bilet wstępu do Parku Narodowego

 

Białowieski Park Narodowy (http://www.bpn.com.pl/) reprezentuje najlepiej zachowany w Europie nizinny las naturalny (grąd, olsz, bór). Stwierdzono w nim 806 gatunków roślin naczyniowych (w tym 24 gat. drzew), ponad 3 tys. grzybów, 200 gat. mchów, 283 porostów. Odnotowano 120 gatunków ptaków gniazdujących, 52 gatunki ssaków i ponad 10 tys. gatunków bezkręgowców (w większości owadów). Dla zwiedzających jest dostępny jest 4-km pieszy szlak wyłącznie z licencjonowanym przewodnikiem. I właśnie na ten szlak się udaliśmy z Kamilą.

 

Obszar Ochrony Ścisłej Białowieskiego Parku Narodowego w 1979 z racji dużego znaczenia dla kultury i dziedzictwa ludzkości, wpisano na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. W 1976 roku powierzchnia parku zostaje powiększona do 10 502 ha przez przyłączenie części powierzchni dwóch sąsiadujących nadleśnictw, a wokół parku utworzono otulinę o powierzchni 3224 ha.

 

Spacer był prawdziwą lekcją biologii i ekologii. Szliśmy przez puszczę, w której człowiek niczego nigdy nie dotknął, a wszystko dzieje się tam z pomocą tylko sił natury. W związku z tym widzieliśmy sporo pozwalanych drzew, a nawet martwego kreta. Kamila opowiadała różnego rodzaju historie i legendy, niektóre fakty dementując ale przede wszystkim cały czas nas informowała o tym, co tak naprawdę widzimy i dlaczego tak się to dzieje. My naturalnie pytaliśmy o wiele spraw, będąc nieświadomymi laikami. Dodatkowo brak innych uczestników spowodował, że pozbyliśmy się naturalnej bariery strachu przed zadawaniem głupich pytań.

 

PUSZCZA BIAŁOWIESKA

 

Całość naszego spaceru to podobno 7km, co zajęło nam ponad 3 godziny. Rozstaliśmy się pod muzeum i teraz pozostało nam tylko znaleźć nocleg. Nie spodziewałem się kłopotów bo przy każdej ulicy prawie w każdym domu wisiała tabliczka "Noclegi". Zaczęliśmy jednak od tych znalezionych przeze mnie w internecie.

 

Niestety w związku z niedzielą i wakacjami nie mogliśmy niczego sensownego znaleźć. Brakowało miejsc, a jeśli już jakieś były to ceny nie schodziły poniżej 100zł za pokój! Normalnie horror bo wyglądało na to, że chyba rzeczywiście będziemy musieli wziąć jakiś pokój za stówę. Ale szukaliśmy dalej, raz Hania, raz ja aż do momentu kiedy na jednej z posesji zapytałem innego letnika czy są miejsce i zasugerował zadzwonić do właścicielki, która przyjedzie na rowerze. Powiedział, że cena to 90zł więc już mniej niż wszędzie dookoła.

 

Zadzwoniłem do niej, babka przyjechała i uzgodniliśmy, że nocujemy. Kiedy spytałem czemu tak drogo, odpowiedziała ukazując złote zęby: "Bo to jest bialo'wjeża" niemiłosiernie zaciągając. Zrozumiałem, że szukanie czegoś tańszego nie ma sensu ale zmylony byłem cenami w internecie (50zł). Zresztą pokój bardzo przyzwoity, z łazienką i TV. Ceny zszokowały nie tylko nas, bo inna dziewczyna z tego domu opowiadała, że tutaj jedzenie w restauracjach jest tak drogie, jak w Warszawie. Poza tym większość wczasowiczów to właśnie Warszawiacy, którzy nie maja daleko od siebie i robią sobie takie wypady na weekend.

 

W ogóle nie byliśmy głodni więc zjedliśmy resztki naszej pizzy, której wtedy nie udało się nam zjeść. Po tym spacerze byliśmy nieźle dotlenieni więc po ciepłej kąpieli i obejrzeniu wiadomości po prostu położyliśmy się spać i mocno zasnęliśmy.

 

Dzień 11: Buniaki – Białowieża 280km

 

Dzień 12 – 6 lipca 2009 – poniedziałek

 

  NA MOMENCIK W STOLICY (PO COŚ WAŻNEGO)

 

Spaliśmy jak zabici i dlatego wstaliśmy dość późno. To ostatni dzień naszej wycieczki. Wczoraj nie udało się nam zobaczyć symbolu Białowieży czyli żubra, choć Kamila sporo nam o nich opowiedziała. Żeby je zobaczyć mieliśmy pojechać do specjalnego zoo, które oddalone jest 3km od Białowieży w kierunku Hajnówki. Tam można je obejrzeć. Co prawda Kamila zachęcała nas do wizyty w muzeum ale jednak postawiliśmy na żywe żubry. Być w Białowieży i nie widzieć żubra, to tak jak być w Paryżu i nie widzieć Wieży Eiffla.

 

Ruszyliśmy więc ostro z kopyta do tego parku aby zobaczyć żubry i inne zwierzątka. Znaleźliśmy ten park, wjechaliśmy w bok w las i zatrzymaliśmy się na drodze. Oczywiście trzeba zapłacić 5zł za parking. Naturalnie nie ma żadnego parkingu tylko leśna droga ale trzeba płacić...

 

Rezerwat pokazowy żubrów (bo tak się naprawdę zwie ten park) to zwierzyniec utworzony przed II wojną światową w 1929 r., który był pierwszym krokiem ku restytucji ginącego żubra. Usytuowany został przy drodze łączącej Białowieżę z Hajnówką na terenie Nadleśnictwa Zwierzynieckiego w Puszczy Białowieskiej. W rezerwacie, w warunkach zbliżonych do naturalnych, eksponowane są żubry, koniki polskie typu tarpana, łosie, jelenie, sarny, dziki, żubronie (krzyżówka żubra z bydłem domowym) i wilki. Naprzeciwko wejścia do rezerwatu znajdują się kramiki z pamiątkami. Można tu kupić wyroby artystów z regionu, użyteczne przedmioty, czy też wiele rodzajów miodów z pobliskich pasiek, które, jak zapewniają sprzedawcy, są naturalnym lekarstwem na praktycznie wszystkie dolegliwości. Rezerwat pokazowy zwiedza się spacerując wyznaczoną ścieżką, po obu stronach której rozmieszczone są wybiegi dla poszczególnych gatunków zwierząt. Na tablicach informacyjnych można przeczytać dokładne informacje o danym gatunku oraz miejscu jego występowania. Na środku swoje miejsce mają żubry.

 

Bilety oddzielnie się kupuje oczywiście. Przeszliśmy sobie dookoła oglądając poszczególne zwierzęta. Nawet fajnie to zrobione, bardzo podobnie do tego, co widziałem w Finlandii 2 lata temu. Niestety po obejściu całości nie widzieliśmy żubrów, bo odeszły na śniadanie. Ale uparliśmy się i zrobiliśmy jeszcze jedne kółko, choć nie do końca bo po drodze żubry już podeszły do płotu, przywoływane przez ich opiekuna. Mogliśmy sobie je dokładnie obejrzeć i bardzo nas to usatysfakcjonowało. Choć trzeba przyznać, że żubronie robią duże większe wrażenie, zapewne z powodu ich rozmiarów i wyglądu pyska. W ten sposób zakończyliśmy przygodę z przyrodą i w ogóle ze zwiedzaniem.

 

Zobacz video z Polski płn-wsch: http://www.youtube.com/watch?v=v1I55uPDOqo

 

Przed nami tylko jeszcze jedna sprawa – wizyta handlowa w Warszawie. Kamila zasugerowała abyśmy wybrali drogę przez Zambrów gdyż przez Siedlce jest bardzo kiepska droga. Niestety Polska to nie Litwa czy Łotwa i ruch jest bardzo wzmożony. Znów o mały włos bym nie rozjechał rowerzystki, bo głupia baba zsiadała z roweru na stronę ulicy zamiast pobocza. Potem ciągle staliśmy w korkach, ruch był wahadłowy i były objazdy bo wszędzie trwały remonty dróg. Świeży asfalt i upał to nie jest przyjemne połączenie ale musieliśmy się do tego przyzwyczaić. I w ten sposób powoli wjeżdżaliśmy do Warszawy.

 

Oczywiście miałem włączony GPS, który zaprowadził nas bezpośrednio pod sklep. Tam miałem małe problemy z zaparkowaniem ale w końcu się udało. Zapłaciłem za godzinę postoju i poszedłem wraz z Hanią do pasażu jubilerskiego. Znalazłem salon Lisiewskich i zaczęły się rozmowy z personelem. Nie było tego, po co przyjechałem, potem wybieraliśmy z Hania inne rzeczy, Aż wreszcie zdecydowaliśmy co wybierzemy. Niestety tutaj przykra niespodzianka. Salon nie posiada biżuterii w sklepie, tylko robi na zamówienie. Byłem bardzo zaskoczony i wściekły na siebie, że mogłem w drodze do Estonii wstąpić i zamówić, a teraz odebrać. Że też nie wiedziałem o tym, że oni wysyłają. Ale nie było wyjścia. Złożyłem zamówienie i miałem czekać na przesyłkę. Zapisaliśmy na wszelki wypadek na Hanię, bo ja raczej już miałem być w tym czasie w Londynie, a zapłacić mogę przelewem. Dostałem jeszcze zniżkę i ustalono ostateczna cenę na 876zł.

 

Trochę zły, trochę może zawiedziony wsiadłem do auta i włączyłem GPS. Spod Pałacu Kultury mieliśmy wyjechać na Gierkówkę i dojechać już do domu. W czasie jazdy złość mi przeszła ale niestety musieliśmy znów stać w korku bo Warszawa tez była remontowana. Trzeba było być ostrożnym bo o mały włos autobus miejski by mnie przytarł bo pchał się nie zważając na inne auta.

 

Kiedy już wyjechaliśmy z miasta, sytuacja się opanowała i mogliśmy szybkim tempem wracać w kierunku Częstochowy. Trochę przeszkadzają fotoradary ale generalnie jazda nie była zła. Po drodze jeszcze wstąpiliśmy na obiad na jednej ze stacji benzynowych. Z pełnymi brzuchami wjechaliśmy do Częstochowy, przejechaliśmy ją i o godzinie 20.00 zameldowaliśmy się pod blokiem w Lublińcu. Stan licznika wskazywał, że przejechaliśmy w ciągu 12 dni – 4019km. Zakończyliśmy naszą wyprawę na północ.

 

Dzień 12: Białowieża – Lubliniec 510km

 

KRAJE BAŁTYCKIE - 2009

 

 

 

 

 

1.

Lubliniec - Giby

585

2.

Giby - Troki

210

3.

Troki - Moletai

180

4.

Moletai - Aluksne

415

5.

Aluksne - Kasmu

360

6.

Kasmu - Haapsalu

220

7.

Haapsalu - Smiltene

380

8.

Smiltene - Code

220

9.

Code - Kleszczówek

400

10.

Kleszczówek - Buniaki

310

11.

Buniaki - Białowieża

280

12.

Białowieża - Lubliniec

510

 

 

4,000 km

 

 

 

ŹRÓDŁA: Wszelkie profesjonalne opisy zabytków i miejsc zostały skopiowane z poniższych stron:  www.wikipedia.org oraz www.przewodnik.onet.pl . Mapy wzięte z www.maps.google.com