Powrót
   

MALTA 2008

 

Czas: 24 września 2008 – 03 października 2008

Miejsce: (Złotoryja – Wrocław – Londyn) - Luqa – Mellieha – Mosta – Mdina  

            – La Valetta – Gozo – Comino – Dingli – Bugibba   

Osoby: Barbara Wójcik (20, Londyn), Dawid Droń (33, Złotoryja)

Cel: Zwiedzić wszystkie wyspy Malty i odpocząć.

Koszt: 2,800 PLN/os.

 

 

 

 

 

Dzień 1 – 24 września 2008 – środa

 

SAMOCHÓD, POCIĄG, METRO, AUTOBUS, TAKSÓWKA I DWA SAMOLOTY

CZYLI JAK SIĘ DOSTAĆ NA MALTĘ

 

Dzień zaczął się bardzo wcześnie. To już norma w tego typu wyprawach. Tym razem umówiony byłem ze Świrkiem na 6.00 żeby na lotnisku we Wrocławiu być na ok. 7.30. Samolot do Londynu miałem o 9.35 no ale trzeba było wziąć trochę zapasu na wypadek niespodziewanych przygód.

 

Dzień wcześniej ustaliliśmy, że pojedziemy moją Hanią bo jego auto coś tam szwankowało. Miał mi je potem odstawić pod blok, a przyjechać po mnie na lotnisku już swoim.

 

Punkt szósta stałem już pod jego blokiem i czekałem aż wyjdzie. Nie było problemu, był o czasie, mignąłem mu światłami bo szedł w drugą stronę i już jechaliśmy w kierunku złotoryjskiego Orlenu. Musiałem zatankować. Świrek chciał prowadzić ale postanowiłem, że ja się przejadę na to lotnisko. On miał mi pokazać jakiś fajny skrót.

 

Pogodę mieliśmy przeokropną. Lało niemiłosiernie. Kiedy po zatankowaniu za 100zł wypadliśmy na autostradę, jechało się tragicznie. Nie dość, że było ciemno bo wczesna pora, zimno to jeszcze ten okropny deszcz i czarne chmury wiszące nad nami. W dodatku było sporo samochodów na trasie.

 

Pojechaliśmy tym skrótem ale też było już dużo aut na tej trasie. Dojazd na lotnisko nie sprawił nam jednak żadnych problemów i udało mi się być na 2 godz. przed lotem. Świrek szybko odjechał, a ja mogłem już ustawić się do odprawy, która właśnie się zaczynała.

 

Ale ledwo się ustawiłem i sięgnąłem do kieszeni po dowód, uświadomiłem sobie, że nadal mam zarówno dowód rejestracyjny jak i OC przy sobie. Wykręciłem więc szybko do Świrka ale kiedy odebrał od razu powiedział: ~Wiem, dowód i OC. Po chwili już był przed lotniskiem, a ja wręczyłem mu dokumenty.

 

Moja torba ważyła 10.9kg więc wszechmocny Ryanair pozwolił mi wejść na pokład bez przepakowywania. Miałem trochę czasu i jak to zwykle ponudziłem się na lotnisku zanim wszedłem na pokład.

 

Lot minął standardowo. Jedyny zgrzyt to sprawa biletów na Stansted Express. Zawsze kupuję już bilet na pokładzie żeby potem nie biegać za nimi po stacji oraz z racji, że są tańsze. Tańsze były sporo (£6) ale tym razem już tylko £4 bo zażądano ode mnie £22 za powrotny. Chciałem rozmienić £50, które wziąłem ze sobą ale pani stewardesa nie miała wydać. Wyciągnąłem więc moje £25 ale i tak pani nie miała wydać. Musiałem się więc zgodzić na... €2 reszty.

 

Sporym zaskoczeniem na lotnisku Stansted był fakt, że moja torba wyskoczyła na taśmociąg jako pierwsza. Zaoszczędziłem sporo czasu bo zazwyczaj długo mi schodziło na tym lotnisku zanim odebrałem swój bagaż.

 

Zaoszczędzony czas postanowiłem spożytkować na dobiegnięcie na pociąg, który miał odjechać za 3 minuty. W dodatku ustawili go na samym końcu peronu więc mój bieg był przez to jeszcze dodatkowo wydłużony. Ale zdążyłem i przez to zaoszczędziłem kolejne 15 minut. W pociągu nie wiedziałem, że usiadłem w pierwszej klasie i dopiero konduktor przegonił mnie do drugiej klasy.

 

Na Liverpool Street poszedłem doładować sobie moją Oysterkę. Załadowałem za £10 aby mi wystarczyło na przejazd na Heathrow. Pani w okienku poinformowała mnie, że nie wydam więcej niż £6 w ciągu jednego dnia więc na pewno mi starczy.

 

Teraz zostało mi tylko coś zjeść. Poszedłem do Burger Kinga i tam zdecydowałem, że zmienię trochę plany i pojadę na Perivale do Basi, a nie będę na nią czekał na Alperton, tak jak się umówiliśmy. Wsiadłem więc w metro i za 40 minut byłem na Perivale.

 

Deszcz przestał padać (bo tu też padało) i za 15 minut zameldowałem się na Launceston Gardens. W domu była Paulina z dziećmi i Basia, która oczywiście spała po pracy. Umówiliśmy się na 16.00 na stacji a była dopiero 13.30 więc postanowiłem dać jej pospać do 15.00. Siedziałem więc w kuchni i rozmawiałem z Pauliną.

 

Potem wreszcie poszedłem obudzić Basię. Bardzo się zdziwiła widząc mnie. Kiedy poszła się wykąpać i dopakować, ja poszperałem jeszcze w Internecie. Potem oboje zeszliśmy na dół wypić kawę i powolutku zaczęliśmy się zbierać.

 

Żeby dojechać na Heathrow musieliśmy podjechać autobusem 297 na Alperton i stamtąd niebieską linią na Heathrow. Mieliśmy też małą przesiadkę na Acton i wreszcie dotarliśmy na Terminal 4 na największym lotnisku w Europie. Oboje byliśmy tam po raz pierwszy.

 

Ja chciałem się odprawić jak najszybciej żeby pozbyć się tych bagaży więc poszukaliśmy naszego stanowiska. Zdziwiło mnie, że mieliśmy się odprawić na stanowisku Alitalia. Takie też dostaliśmy karty pokładowe. No ale nie było powodu do zmartwień, byliśmy w systemie i zabrali nam nasze bagaże.

 

Teraz uwolnieni od ciężarów chcieliśmy coś zjeść. Ale o dziwo, ciężko było coś znaleźć. W końcu zapytałem jakichś pracowników lotniska, którzy wskazali nam jedyną knajpę na lotnisku! Bardzo nas to zdziwiło. Zanim tam poszliśmy, Basia musiała oczywiście wyjść na zewnątrz. Podczas swojego rytuału wykonała kilka telefonów do rodziny i mogliśmy udać się na kolację.

 

Restauracja była pełna ale udało się nam znaleźć stolik i Basia poszła coś zamówić. Obsługiwali tam oczywiście Polacy. Wzięliśmy też po piwie. Jedzenie było kiepskie. Sos był niedobry, a w dodatku dostałem mizerię. No ale jakoś uporaliśmy się z tym obiadem i z pełnymi brzuchami, przeszliśmy przez bramki.

 

Znaleźliśmy swoją bramkę, a ja potem poszedłem rozmienić moje euro żeby mieć na taksówkę już na Malcie. Nie mówiłem bowiem Basi, że już zamówiłem taksówkę, która miała na nas czekać na lotnisku. Resztę czasu w oczekiwaniu na samolot spędziliśmy na ławce. Basia czytała przewodnik, a ja gazetę.

 

Samolot był jednak linii Air Malta. Miejsca były numerowane. Usiedliśmy obok jakiegoś gościa z laptopem. Nic się nie odzywał do nas tylko coś klepał na swoim komputerku. Air Malta to narodowe linie maltańskie więc nie są to tzw. tanie linie. Dzięki temu zaserwowano nam posiłek, widzieliśmy mapę lotu oraz inne dane, jak również puszczono nam film. Niestety kompletnie idiotyczny. Jakiś film z gatunku science fiction, którego nie dało się oglądać.

 

Jak się można było spodziewać, po kolacji Basia uderzyła w kimono, a ja sobie przeglądałem foldery. Lot trwał 3 godziny i wylądowaliśmy na Malcie już grubo po północy. Opóźniliśmy się 20 minut, a to dlatego, że wystartowaliśmy już z opóźnieniem.

 

Po wyjściu na płytę uderzyła nas fala ciepłego powietrza. Przeszliśmy do budynku lotniska. Odprawa paszportowa trwała 5 sekund bo pani oficer całkowicie znużona tylko zerknęła na nasze dowody. Odbiór bagaży potrwał nieco dłużej ale wreszcie wyszliśmy do holu. Basia poszła do wc, a ja wyszedłem sprawdzić czy nasz taksówkarz na nas czeka. Ujrzałem faceta trzymającego kartkę z napisem "Dron/Wojcik" i wiedziałem, że szybko dojedziemy do hotelu.

 

Fot.1. Potwierdzenie odbioru z lotniska taksówką.

 

Basia była nieco zaskoczona kiedy podeszła do nas ale kiedy zobaczyła kartkę uśmiała się trochę. Wskoczyliśmy do auta, kierowca schował nasze bagaże do bagażnika i mogliśmy jechać. Kierowca bardzo narzekał na swój samochód i ciągle powtarzał: ~ Very lazy car, this one. Słowa te słyszeliśmy przy każdej próbie wjazdu na jakąś górkę. Tłumaczył się, że to samochód zastępczy ale mimo wszystko pruł nim prawie 100km/h przez miasto. Nie używał kierunkowskazów, wyprzedzał z obu stron itd.

 

Trochę rozmawialiśmy, uczył mnie wymawiać nazwy maltańskie, sam też pokazywał różne miejsca ale było ciemno więc za dużo nie widzieliśmy. Było ciepło ale przy takiej prędkości musiałem trochę podciągnąć szybę bo wiało strasznie.

 

Wreszcie po około 40 minutach dojechaliśmy na wzgórze w miejscowości Mellieha. Tuż za naszymi plecami był hotel "Panorama", a przed nami, w dole zatoka i największa piaszczysta plaża na Malcie. Oczywiście nie było jej widać z powodu ciemności.

 

Teraz przed nami najtrudniejsza część dnia – meldunek w hotelu. Obawiałem się tego momentu najbardziej gdyż po raz pierwszy w życiu korzystałem z jakiegoś pośrednika przy zamawianiu hotelu. W dodatku cena jaką zaproponował pośrednik zwany AsiaRooms.com była szokująco niska w porównaniu z tym jaką zaproponował sam hotel (odpowiednio €59 do €84).

 

Fot. 2. Potwierdzenie rezerwacji hotelu.

 

Dlatego z pewną nieśmiałością, po małej przerwie na papierosa, wkroczyliśmy do holu z recepcją. Tam przywitał nas, mimo bardzo późnej pory, właściciel hotelu – niejaki Joe. Przywitałem się standardowym "~Good evening" ale Joe natychmiast mnie skarcił mówiąc "~Good morning". Wszak było już koło 2 nad ranem. Dał nam do wypełnienia formularze i mogliśmy odetchnąć z ulgą kiedy potwierdził, że pokój na nas czeka. Wyraźnie wyluzowany spytałem go o liczbę gości, a on żartobliwie odpowiedział, że jesteśmy tylko my. Dodając po chwili wahania ~ ...+ 100 more. Dostaliśmy klucz, Joe jeszcze poinformował nas o tym co zrobić żeby włączyć w pokoju światło oraz w jakich porach i gdzie będziemy jedli. Skierowaliśmy się do windy i wjechaliśmy na 4 piętro do pokoju numer 406. W  windzie od razu zauważyliśmy owoce pracy naszych rodaków. Nad drzwiami windy, na metalowej listwie były wyryte czymś ostrym polskie słowa: "chuj, cipa, dupa, cyc"...

 

Pokój zrobił na nas wrażenie pozytywne. Był trochę mały i bez żadnych luksusów ale wyglądał ok. Do momentu kiedy Basia odkryła pościel z łóżka i jakaś mrówka przebiegła po łóżku. Naturalnie był krzyk i wymowne spojrzenie na mnie. Mnie jakoś to nie przeraziło. Wyszliśmy jeszcze na balkon zobaczyć widok i zmęczeni położyliśmy się spać.

 

 

Dzień 1: Złotoryja – Wrocław – Londyn – Luqa - Mellieha 3,410km

 

 

 

Dzień 2 – 25 września 2008 – czwartek

 

KAPLICZKA ZDOBYTA

 

Wstałem pierwszy. Pierwsze kroki skierowałem na balkon. Postałem chwilkę i trochę, a właściwie więcej niż trochę, zgłupiałem. Wiał przenikliwie zimny wiatr, były chmury i tylko gdzieś za plecami przebijało się leniwie słońce. Pomyślałem, że może się wypogodzi bo przecież niemożliwością byłaby taka pogoda przez cały pobyt tutaj.

 

Zszedłem na dół na śniadanie. Basi oczywiście dobudzić nie potrafiłem. Na dole już wszyscy jedli. Zorganizowane to było dość prosto. Gorący stół z kilkoma potrawami, obok stos talerzy, koszyk ze sztućcami, dwie maszyny do napojów i to wszystko. Każdy podchodził, nakładał ile chciał i szedł do stolika żeby zjeść. Kiedy czegoś brakowało, natychmiast kelnerzy donosili.

 

Zestaw śniadaniowy składał się głównie z menu przygotowywanego pod Anglików. Typowe English breakfast: jajka, bekon, fasolka, parówki itd. Były też dżemiki, wędlina i ser żółty. Z napojów: kawa, herbata i soki. Zjadłem więc swoje śniadanie sam i wróciłem na górę.

 

Kiedy wszedłem do pokoju zobaczyłem Basię siedzącą na skraju łóżka i od razu wiedziałem o co chodzi. Przemknęła mi szybko przez głowę myśl: "~Ona mnie zabije" po czym nasze spojrzenia się spotkały i zauważyłem tę nienawiść w oczach. "~Co to ma znaczyć?" – usłyszałem. Naturalnie pojawił się problem niedoszłej opalenizny, której najprawdopodobniej nie byłoby, gdyby taka pogoda miała się dalej utrzymać. Ja sam byłem zaskoczony ale postanowiłem jakoś załagodzić sytuację i odpowiedziałem coś w stylu "~Przecież się wypogodzi.", choć sam nie do końca byłem o tym przekonany.

 

No ale jakoś trzeba było sobie radzić więc postanowiliśmy pójść na jakiś spacer. Mieliśmy obejrzeć okolicę. W związku z taką pogodą, zabraliśmy troszkę cieplejsze ubranie no ale nie było przecież zimno aż tak. Był po prostu chłodny wiatr i dlatego potrzebowaliśmy czegoś z rękawami. Zabraliśmy sprzęt do rejestracji, okulary i wodę.

 

Tak zaopatrzeni ruszyliśmy zgodnie ze wskazówkami z przewodnika w kierunku Czerwonej Wieży św. Agaty. Ale żeby się tam znaleźć musieliśmy najpierw wyjść z hotelu do miasta, a potem zejść w dół do plaży. Hotel "Panorama" był bowiem usytuowany na samym szczycie wzgórza skąd rozpościerał się widok na zatokę i podobno największą piaszczystą plażę na Malcie – Ghadira Beach. Hotel znajdował się na skraju urwiska, a za nim było całe miasteczko – zaledwie 7,500 mieszkańców. Centralnym punktem tej niedużej miejscowości jest kościół pod wezwaniem Matki Bożej Zwycięskiej. Mellieha (http://www.mellieha.gov.mt/) słynie jednak głównie z turystyki dzięki swojej plaży.

 

Fot.3. Widok z balkonu hotelu Panorama na Zatokę Mellieha.

 

Wyszliśmy więc z hotelu i poszliśmy w kierunku drogi, którą widzieliśmy z balkonu. Musieliśmy przejść naokoło hotelu, przez wąskie uliczki miasteczka. Minęliśmy kościół oczywiście oraz cmentarz. Potem już wzdłuż drogi, schodziliśmy wraz z innymi turystami w kierunku plaży. Zauważyliśmy jednak, że ci ludzie nie są ubrani aż tak ciepło jak my.

 

W związku z porannym buntem Basi dotyczącym śniadania, była głodna więc postanowiliśmy zatrzymać się po drodze w jakiejś knajpce żeby coś zjeść. Było kilka knajpek już na dole przy początku plaży więc usiedliśmy w jednej z nich i Basia zamówiła sobie continental breakfast. Ja wziąłem tylko coś do picia bo zaczęliśmy nieśmiało zauważać, że pogoda lekko się zmienia. Zaczynało się robić nie tyle ciepło, ile upalnie. Śniadanie było dobre, obfite i tanie. Spodziewaliśmy się ceny dużo wyższej a cena €3.50 była naprawdę miłym zaskoczeniem.

 

Po tym posiłku regeneracyjnym udaliśmy w dalszą drogę wzdłuż ulicy prowadzącej do plaży. Wtedy zrozumieliśmy, a szczególnie Basia, że z pogodą na Malcie nie ma żartów. Zrobił się po prostu upał jak w lipcu w Polsce. Wiatr wiał nadal ale był tylko miłą alternatywą dla ostrych promieni słonecznych. Natychmiast zrozumieliśmy nasz największy błąd dzisiejszego poranka. I nie były to ubrania, które nieśliśmy w plecaku, tylko fakt, że nie posmarowaliśmy się ani nie wzięliśmy ze sobą kremu z filtrem.

 

Plaża, na którą dotarliśmy, nie zrobiła na nas oszałamiającego wrażenia. Na mnie wręcz negatywne. Była przede wszystkim dość brudna. Zarówno piasek nie był złotego koloru, jak również sporo było śmieci w postaci petów, papierków i nawet trochę większych. Ludzi nie było zbyt wielu ale zaczynali się schodzić. Ustawione były rzędy parasoli, a pod nimi leżaki. Każdy taki komplet kosztował €10 na cały dzień.

 

My jednak nie byliśmy przygotowani na leżenie, bo przecież nawet się nie spodziewaliśmy, że będzie ku temu okazja, a Basia wręcz miała poważne obawy czy w ogóle będzie miała szansę wystąpić w bikini. Dlatego przeszliśmy się tylko po plaży i skierowaliśmy ku widocznej na szczycie wzgórza Czerwonej Wieży.

 

Na lekkim zakręcie drogi asfaltowej skręciliśmy w jakąś polną, która wg mnie mogła nas zaprowadzić w pobliże wieży ale po przejściu kilkudziesięciu metrów okazało się, że nie tędy droga. Wracając spotkaliśmy starszą parę z Niemiec, która podobnie jak my, wybrała tę drogę. Kiedy wróciliśmy na asfaltówkę, widać było maleńki drogowskaz do wieży, który kierował nas przez inną polną drogę.

 

Idąc nią, wchodziliśmy pod górkę. Za naszymi plecami było widać w dole zatokę i plażę, a na przeciwko nas, po drugiej stronie zatoki, kościół i nasz hotel. Po obu stronach ścieżki widzieliśmy czerwono-brązową glebę spaloną do cna przez słońce. I tylko mogliśmy sobie wyobrażać co tu się musi dziać w lipcu i sierpniu kiedy temperatura dochodzi do 40 stopni. Innym naszym spostrzeżeniem była cała masa śmieci porozrzucanych dookoła.

 

Nasza ścieżka ponownie doprowadziła nas do drogi asfaltowej. Musieliśmy tylko przejść kawałek i potem skręcić w lewo żeby znaleźć się tuż pod wieżą. Minęliśmy jakiś mur z przyczepionym różańcem, co potwierdzało zarówno opisy z przewodnika, jak również nasze osobiste spostrzeżenia, że to kraj wyraźnie katolicki. Świadczyły o tym nieustanne portrety Matki Boskiej przy drzwiach wejściowych do domów, kapliczki i inne oznaki ich religijności.

 

Chwilę potem wdrapaliśmy się na wieżę. Wstęp płatny €1 więc niezbyt duża suma. Dostaliśmy od pani 4 strony historii wieży i możliwość wyjścia na zewnątrz w celu podziwiania widoków.

 

Czerwona Wieża św. Agaty to coś w rodzaju fortu obronnego. Jej usytuowanie pozwala doskonale kontrolować północno zachodni odcinek wybrzeża Malty, jak również kanał łączący Maltę z Comino i Gozo. Naturalnie po wyjściu na "dach" widać obie wyspy doskonale. Fort został zbudowany w 1649 roku i służył tym, którzy akurat władali Maltą. Poza kilkoma zdjęciami wewnątrz budowli, nic więcej nie ma obecnie do zaoferowania. Ludzie wchodzą na nią aby pooglądać ciekawe krajobrazy. Stamtąd też widać długi cypel, na końcu którego stoi figurka Matki Boskiej tuż nad klifami. Tam też mieliśmy zamiar się udać.

 

Fot.4. Widok z Czerwonej Wieży na Zatokę Mellieha.

 

Co prawda wiedzieliśmy, że nie jest to blisko ale nie mieliśmy innych planów niż dzisiejszy spacer po okolicy więc ruszyliśmy w kierunku półwyspu Marfa Ridge. Po drodze zeszliśmy nad brzeg oglądając klify, zatokę od przeciwnej strony plaży i Czerwoną Wieżę, która powoli oddalała się od nas.

 

Droga na tym cyplu była w katastrofalnym stanie. Typowo polska droga, pełna dziur, kurzu, pyłu i wszędzie dookoła walały się sterty śmieci. Jeden wielki śmietnik. Roślinność typowo półpustynna z czymś w rodzaju kaktusów, o grubych mięsistych liściach, małych drzewkach i suchych trawach wypalonych przez słońce.

 

Upał był już niesamowity, ja miałem już spalony kark ale gorzej było z Basią, która opaliła się w fatalny sposób. Koszulka na grubych ramiączkach plus ramiączka od biustonosza, które nie pokrywały się ze sobą dały przykry rezultat w postaci biało-czerwonych pasków na plecach. Ale pomimo jakichś pomruków niezadowolenia z jej strony, dzielnie towarzyszyła mi w próbie zdobycia punktu na końcu cypla.

 

Zatrzymaliśmy się ponownie w jakimś zacienionym gaju ale tam też sterty śmieci. Były też jakieś kamienne chałupki, przy których Basia robiła sobie zdjęcia. Droga powoli kończyła się i doszliśmy do samego skraju półwyspu. W tym czasie dojechała też grupa osób, którą spotkaliśmy na wieży. Widać, że to stały punkt programu wizyty w tym rejonie.

 

Figurka stała, niedaleko jakaś kapliczka, a w dole fale rozbijające się o skały. Basia się denerwowała, że za blisko podchodzę a że to rzeczywiście niebezpieczne, może świadczyć wmurowany na samym dole krzyż oraz tablica pamiątkowa na górze, którą postawił ojciec tragicznie zmarłego w tym miejscu 23-letniego chłopaka. Tragedia wydarzyła się nie tak dawno bo w 2004 roku – chłopak spadł z klifów i zapewne zginął na miejscu.

 

Nic oprócz widoków, wiatru i upału tam nie było. Poszliśmy wzdłuż brzegu aby wrócić drugim brzegiem, mijając po drodze Białą Wieżę ale upał, zmęczenie i w sumie trochę nuda, przekonały nas, że lepiej przyspieszyć i odpuścić te niby atrakcje. Generalnie nic nie straciliśmy bo krajobraz był podobny. Minęliśmy jakiegoś wariata, który przyjechał tu rowerem i rozbił swój namiot na skraju urwiska, potem już tylko kierowaliśmy się ku drodze asfaltowej. W dole widzieliśmy plaże, hotel, a w oddali port skąd odpływają promy na Gozo.

 

Śmieci, śmieci i jeszcze raz śmieci. Taki obraz towarzyszył nam cały czas. Wypalona ziemia, suche krzewy, kurz i te śmieci. Marny obraz. Upał był już przeokropny. Zaczynały się problemy z nim. Basia opadła z sił, a mnie obtarły moje nowe sandały. Co prawda Basia była przygotowana i dała mi plaster ale z powodu upału i w związku z tym potem, plaster w ogóle się nie trzymał. Musiałem rozpiąć przednie paski i klapałem tak po tej drodze, która powolutku prowadziła nas do upragnionej asfaltowej drogi.

 

Po drodze mijaliśmy, a właściwie mijały nas, samochody i Basia chciała je zatrzymywać ale jakoś nie starczyło jej odwagi. Ja oprócz tych sandałów nie zanotowałem problemów. Owszem byłem lekko zmęczony ale raczej upałem natomiast Basia ciężko znosiła już samą drogę. Ale ona przede wszystkim była źle ubrana i dlatego marudziła trochę.

 

Minęliśmy też grupę jakichś niemieckich narkomanów. Siedzieli na murku, żłopali piwsko i chcieli się od nas dowiedzieć o kemping. Wytłumaczyliśmy im, że mijaliśmy drogowskaz z tą nazwą i to im wystarczyło. Nie wyglądali zbyt miło ale byli mili. My jednak poszliśmy sobie dalej i też zatrzymaliśmy się na postój. Tam znaleźliśmy kolejny różaniec wmurowany w murek. Murki te odgradzały ulicę od pola i były zbudowane z kamieni ustawionych jeden na drugim. W ten sposób powstawały też prostokątne ogródki. Nieźle ktoś musiał się nanosić bo niektóre z nich były konkretnej wielkości.

 

Po jakimś czasie doczłapaliśmy na drogę asfaltową, przeszliśmy skrótem i znaleźliśmy tuz obok plaży. Wtedy Basia się poślizgnęła i upadła na kolano. Już myślałem, że mamy po urlopie ale na szczęście nic jej się nie stało. Była po prostu nieźle zmęczona. A czekało nas jeszcze przecież wejście pod górę do hotelu.

 

Przeszliśmy wzdłuż plaży i powoli wdrapywaliśmy się na tę górkę. Szło nam kiepsko bo byliśmy już zmęczeni, a słońce prażyło niemiłosiernie. Basia nie miała żadnych euro więc chciała wypłacić z bankomatu. Wcześniej w knajpce dowiedzieliśmy się, że bankomaty są na górze we wsi. Teraz więc była dopiero okazja znaleźć jakiś i wypłacić kasę. Znaleźliśmy jeden należący do Bank of Valetta i Barbara wypłaciła €250 bo nie było opcji €200.

 

W miasteczku zrobiliśmy małe zakupy, jakieś owoce i wodę, którymi zajęła się Basia, bo ja w tym czasie poszedłem do biura podróży i zarezerwowałem rejs statkiem dookoła Malty. Warunki były takie, że rejs odbędzie się jutro i organizator – Captain Morgan – zabierze nas z Melliehy. To dobra wiadomośc dla nas, gdyż nie musimy jechać do portu w Sliemie skąd wypływa statek. W cenie (€39) mamy zagwarantowany dojazd w obie strony oraz lunch. Problem tylko taki, że musimy się stawić w centrum wioski już o 8.00, a nasz hotel o tej porze dopiero zaczyna wydawać śniadanie. Dlatego zakupiliśmy jakiś mały prowiant żeby coś przegryźć zanim pojedziemy.

 

Myślałem też o tym żeby zagadać z kierownictwem naszego hotelu czy możemy wbić się przed 8.00 ale Basia nie chciała iść zagadać, a ja też w sumie odpuściłem i stwierdziłem, że przeżyjemy na owocach.

 

W pokoju, do którego w końcu dotarliśmy, padliśmy zmęczeni na łóżka a potem wykąpaliśmy się żeby zmyć ten kurz i pot. Dopiero teraz zauważyliśmy jak bardzo spiekliśmy się. Twarze, karki, ramiona, stopy – wszystko było poparzone. Na szczęście nie tak żeby bardzo cierpieć ale zdecydowanie jeszcze chwilka i byśmy mieli poważny kłopot.

 

Basia była zaopatrzona w baterię kosmetyków więc coś mi dawała do smarowania i jakoś się z tym uporaliśmy. Byliśmy też głodni więc z niecierpliwością czekaliśmy na kolację. Kiedy wybiła 18.30 zjechaliśmy na dół i zastaliśmy pełną stołówkę. Tym razem przy gorącym stole urzędował jakiś młody kucharz i nakładał. Ale nie było problemów z ilością – można było nakładać sobie do woli, sam pytał czy dołożyć. Menu było całkiem spoko. Na wstępie jakaś pasta, potem albo ryba albo mięso, ziemniaki, ryż, surówki i nawet wędlina z chlebem. Był też deser – lody, ciasto i owoce.

 

Zaskoczyło nas tylko to, że podszedł do nas kelner i zapytał o drinki. Za picie należało oddzielnie zapłacić. Fakt ten był mi obcy więc nie za bardzo wiedzieliśmy jak to działa, kiedy się płaci, jaki jest cennik, wybór. Byliśmy zaskoczeni więc spławiliśmy go i zaczęliśmy obserwować innych. Po chwili wiedzieliśmy, że ludzie zamawiają, a płaci się kiedy indziej. Głównie zamawiano wino ale i inne napoje też były możliwe. Myślałem, że woda w butelce to woda stołowa ale to była płatna woda mineralna. Ceny były widoczne na karcie, która stała na naszym stoliku.

 

Okazało się, że Basia ma tendencję do obserwowania ludzi i zaczęliśmy szybko nadawać gościom i obsłudze ksywy. Zgadywaliśmy skąd są, słuchaliśmy języków itp. Kolacja była bardzo dobra, a młody kucharz uwijał się nakładając po kolei następnym gościom. W pewnym momencie się wkurzył i krzyknął "~Jesus!!!" kiedy kolejna osoba poprosiła o pastę, a nie pulpeciki. Pasta szybko schodziła i znów się skończyła więc wkurzyło go to, że zamówienia nie rozkładają się równomiernie. Od tej pory nazywaliśmy go "Dżizes".

 

Po kolacji oczywiście chciało się nam pić więc poszedłem na górę po pieniądze i wyszliśmy na zewnątrz. Tam ustawione były stoliki i jak się okazało kolejne drzwi prowadziły do baru. Tam był Joe – właściciel oraz jakiś grajek, który wykonywał z gitarą jakieś standardy. Goście, których jakieś 80% to ludzie około 60, byli zadowoleni, popijali drinki i głośno rozmawiali między sobą. My wzięliśmy sobie po lokalnym piwie Cisk (http://www.cisklager.com/) i też siedliśmy sobie w chłodnym wietrze. Powoli dochodziliśmy do siebie po tej męczącej wyprawie w upale.

 

Potem juz tylko wjechaliśmy na górę, włączyliśmy telewizor i Basia zaczęła oglądać jakąś maltańską telenowelę. Było sporo programów: kilka maltańskich w ich języku, kilka angielskich, niemiecki Eurosport i masę włoskich. Zmęczenie i fakt, że musieliśmy wstać następnego dnia dość wcześnie spowodowały, że szybko zasnęliśmy.

 

Dzień 2: Mellieha – Marfa Ridge - Mellieha 15km

 

 

 

Dzień 3 – 26 września 2008 – piątek

 

DOOKOŁA MALTY

 

 

Należało wstać wcześnie. Obudziliśmy się o 7.15. Na 8.00 mieliśmy być pod hotelem w centrum Melliehy. Co prawda droga nie była daleka ale trzeba było się trochę pospieszyć. Nie jedliśmy śniadania i tylko na szybko zjedliśmy kilka owoców i zjechaliśmy na dół i ruszyliśmy w drogę.

 

Kiedy doszliśmy w ustalone miejsce, było kilka osób w tym jedna Niemka z koleżanką od nas z hotelu. Oczywiście ja jej nie rozpoznałem, tylko zrobiła to Basia. Tak jak przypuszczałem, gorąca południowa krew Maltańczyków spowodowała opóźnienie i dopiero 15 minut później zjawił się autokar. Wysiadł z niego kierowca z kartką, z której odczytał nazwiska. Szło mu kiepsko ale znalazłem swoje na liście i mogliśmy wejść do autokaru. Chwilę później już jechaliśmy do Sliemy skąd mieliśmy wypłynąć.

 

W porcie, do którego dojechaliśmy po zabraniu z różnych hoteli po drodze pozostałych uczestników, stały już zacumowane statki. Jedne większe, inne mniejsze ale wszystkie w czerwonych barwach naszego organizatora – Kapitana Morgana. Captain Morgan – (http://www.captainmorgan.com.mt/) – to firma specjalizująca się w rejsach i innych atrakcjach turystycznych na Malcie. Jedną z nich jest rejs dookoła Malty z kilkugodzinnym pobytem na Błękitnej Lagunie. Inną propozycją jest Underwater Safari – rejs statkiem z oszklonym dnem, z którego można podziwiać faunę i florę Morza Śródziemnego.

 

Odnaleźliśmy statek, na który mieliśmy bilety i od razu zaskoczył nas jego rozmiar. Był naprawdę bardzo duży. Zanim weszliśmy na pokład, Basia oczywiście musiała skończyć palić ale o dziwo, faceci na bramce poinformowali ją, kiedy pospiesznie gasiła niedopalonego peta, że na statku można palić.

 

Najpierw obeszliśmy statek żeby znaleźć jakieś ciekawe miejsce ale wszystko już było zapchane i musieliśmy się usadowić w środkowym rzędzie. Długo zajęło załodze uruchomienie silników, przedstawienie się w kilku językach i naturalnie, w takich sytuacjach, przedstawienie zasad bezpieczeństwa.

 

Statek wreszcie ruszył i wyszliśmy zobaczyć jak ląd oddalał się a my szybko wpływaliśmy na wody Morza Śródziemnego. Trochę bujało i nawet przez chwilę Basia coś wspominała o chorobie morskiej ale szybko to jednak minęło. Skoncentrowaliśmy się na widokach. A płynęliśmy wzdłuż północnego brzegu, na zachód. Brzeg więc mieliśmy po lewej burcie i pierwszą ciekawostką były wyspy św. Pawła.

 

Wyspy św Pawła to dwie niewielkie, niezamieszkane wyspy położone u zachodniego krańca Zatoki św. Pawła. Jest to miejsce, w którym prawdopodobnie rozbił się statek, na którym przewożono świętego Pawła na proces do Rzymu. Na większej z wysp 21 września 1845 roku odsłonięto posąg autorstwa Sigismondo Dimecha i Salvatore Dimecha przedstawiający świętego Pawła.

 

Z pokładu statku wyraźnie widać było ów posąg ale że statek płynął dość szybko, nie mieliśmy zbyt wiele czasu na przyjrzenie mu się. Chwilę później już byliśmy w okolicach kapliczki na Marfa Ridge ale oczywiście tym razem widzieliśmy ją z dołu. Widać było też nasz hotel na wzgórzu, kościół w Melliesze i naszą zatokę.

 

Co jakiś czas wychodziliśmy sobie patrzeć ale wracaliśmy na nasze miejsce. Tuż po wypłynięciu dwoje młodych ludzi usiadło po drugiej stronie stolika. Wydawało mi się od razu, że są z Polski ale dopiero po kilku minutach usłyszeliśmy kilka słów w naszym ojczystym języku i wtedy nie mieliśmy wątpliwości – nie byliśmy tu sami.

 

Ponieważ Marfa Ridge to sam kraniec Malty więc tuż obok zaczynała się druga wysepka archipelagu – Comino. Comino to trzecia co do wielkości i najmniejsza zamieszkana wyspa Archipelagu Maltańskiego, położona pomiędzy Maltą a Gozo. Choć zamieszkana to może za duże słowo bo mieszkają tam tylko 4 osoby.

 

Kiedy płynęliśmy wzdłuż brzegów tej wyspy, widać było skaliste klify i mnóstwo grot w które wbijały się fale morskie. My spokojniutko opływaliśmy wyspę od strony wschodniej i po chwili wpłynęliśmy do najbardziej rozreklamowanego miejsca w całym archipelagu. Tym miejscem jest spokojna zatoczka, odgrodzona wielkimi skałami znana jako Błękitna Laguna.

 

Wpłynęliśmy tam a słońce już grzało niemiłosiernie. Ogłoszono, że w zależności od kolorów biletów, w takiej kolejności będziemy dostawać lunch na pokładzie. Udało się nam, że będziemy jedli jako pierwsi. W międzyczasie zrobił się ruch i zrzucono mostki przez które można było się wreszcie dostać na ląd. W związku z tym lunchem postanowiliśmy się nie oddalać zbytnio i tylko weszliśmy na sam szczyt skały skąd rozpościerał się widok na całą lagunę. W tym miejscu Basia zażądała zrobienia sobie zdjęcia telefonem żeby następnie wysłać to zdjęcie w postaci MMSa do jej siostry w szarym Londynie. Zdjęcie zrobiłem, wysłałem ale nie dotarło do adresatki, tak jak kilka innych, które też nie osiągnęły celu. Być może nie miałem uruchomionej jakiejś funkcji za granicą.

 

Moment później wracaliśmy na statek aby zjeść lunch. Był to zimny stół w postaci makaronów, jakichś wędlin, warzyw i owoców. Sok jako napój i to by było na tyle. Zjedliśmy nasz lunch i mogliśmy już na spokojnie udać się na podbój Comino. Wgramoliliśmy się na szczyt ponownie i zaczęliśmy szukać jakiegoś fajnego miejsca. Ale z tym był problem bo miejsce było wyraźnie niedogodne. Wysoki klif i wąska ścieżka prowadząca tuż nad wodą oraz malutka plaża na samym dole, o tej porze już całkowicie zapełniona.

 

Szliśmy ową ścieżką ale nic się nie zmieniało i po dłuższym namyśle wynajęliśmy leżaki i parasol i ustawiliśmy tak jak większość osób tuż ponad ścieżką. Widok mieliśmy na lagunę oczywiście i dochodziły nas krzyki ludzi z kryształowo czystej wody. Słychać było też głosy polskie.

 

Basia była w siódmym niebie. Wystawiła swoje ciało na promienie słoneczne, ja natomiast obserwowałem sobie co się dzieje dookoła. Ale głownie kręcili się ludzie z jakimś jedzeniem. Bo przy małej plaży ustawione były też dwa baraki z których sprzedawano gorące i zimne posiłki. Po jakiejś godzinie smażenia się, Basia zgłodniała i wysłała mnie po kolejny lunch. Przyniosłem fish&chips i lunch nr 2 też został skonsumowany.

 

Po kolejnej godzinie Basia zdecydowała się zanurzyć w tej przeźroczystej wodzie. Długo jej zeszło zanim dotarła nad brzeg i długo jej zeszło zanim się zdecydowała wejść do wody ale kiedy już weszła, to siedziała tam całkiem długo. Wróciła zadowolona i znowu oddała się opalaniu.

 

Fot.5. Błękitna Laguna.

 

Około 14.00 mieliśmy stawić się na statku. Kiedy zbliżał się ten czas, zebraliśmy się i w ciągłym upale weszliśmy na pokład statku. Zaraz potem usłyszeliśmy ryk silników i powoli zaczęliśmy opuszczać wody Comino. Basia zdążyła się jeszcze przebrać i zajęliśmy sobie tym razem lepsze miejsce.

 

Rejs odbywał się teraz wzdłuż południowego wybrzeża i po minięciu Gozo, pierwszą ważną rzeczą było Popeye czyli wioska filmowa. Mało było widać i dość szybko ją minęliśmy. W tym czasie Basia już spała w najlepsze na stoliku wraz z innymi uczestnikami. Trzeba przyznać, że mi też się trochę oczy kleiły a spowodowane było to chyba tym okropnym słońcem.

 

Dalsza część rejsu to prawie cały czas klify. Podobno mają ponad 200m wysokości i ciągnęły się aż stało się to nudne. Dopiero teraz widać jak skalistą wyspą jest Malta. Nie jest możliwe przybić do jej brzegów od tej strony. Czasem te klify odłamywały się, czasem były niższe i widać było jakieś pola, domki. Statek zwolnił kiedy przepływaliśmy obok Błękitnej Groty, potem szerokim łukiem mijaliśmy ogromny port i stocznie. Z oddali widać było wysokie maszty i żurawie portowe ale byliśmy wtedy w dość dalekiej odległości.

 

Końcowa część rejsu była już nużąca. W dodatku słońce świeciło nam prosto w twarz i dopiero kiedy zwolniliśmy wpływając do portu w Sliemie, ludzie nieco się ożywili. Byliśmy zadowoleni z rejsu ale szczerze mówiąc był trochę za długi. Po wyjściu odnaleźliśmy nasz autokar i zawieziono nas do Melliehy.

 

Tam, kiedy wyszliśmy, od razu poszliśmy na jakieś zakupy. Przede wszystkim trzeba było kupić coś do picia bo upał nam dopiekł. Znalazłem w sklepie zgrzewkę wody mineralnej za jedyne €2. A było tam 6 dwulitrowych butelek! Przeszliśmy się ulicami wsi, zauważyliśmy malucha zaparkowanego na ulicy i wróciliśmy do naszego hotelu.

 

Na kolację zeszliśmy wkrótce potem, a następnie chcieliśmy jeszcze posiedzieć na dworze przed hotelem. Okazało się, że Basia zapomniała swoich fajek i musiała iść na górę po nie. Długo nie wracała i w końcu zadzwoniła do mnie. Okazało się, że Ciapulek nie potrafił zamknąć drzwi od pokoju... Poszedłem na górę i pokazałem ten mechanizm (należało wcisnąć bolec w klamce i zatrzasnąć drzwi) ale Basi już odechciało się wychodzenie i zostaliśmy na górze. Ona sobie zapaliła na balkonie, wykąpała się, a ja siedziałem przed TV. Kiedy ja wyszedłem z łazienki po kąpieli, Basia już spała. Też byłem zmęczony tym dniem i szybko zasnąłem.

 

Dzień 3: Mellieha – Sliema – dookoła Malty – Sliema - Mellieha 245km

 

 

 

Dzień 4 – 27 września 2008 – sobota

 

DESZCZ

 

Kiedy wyjrzeliśmy za okno zrozumieliśmy, że chyba właśnie skończył się nam nasz urlop. Było bardzo brzydko, bo zero słońca, ciężkie, gęste chmury przykrywały niebo i w dodatku po prostu padał z nich deszcz. Na szczęście padało z przerwami i nie był to może jakiś straszny opad ale mimo wszystko o plaży mogliśmy zapomnieć. Zresztą inne rzeczy też się skomplikowały bo chodzenie po deszczu to przecież nic przyjemnego. Ale zdecydowaliśmy się dziś jechać do Mdiny i Rabatu oraz zwiedzić ich okolice.

 

Najpierw oczywiście śniadanie i tutaj już się przyzwyczailiśmy do standardu. Zasady jak i menu to samo z małymi odchyleniami. Potem udałem się do recepcji aby się dowiedzieć jak dojechać do tej Mdiny. Niby wiedziałem bo oczywiście wcześniej sobie to sprawdziłem w internecie ale nie zaszkodziło potwierdzić u źródła. Wszystko się zgadzało, musieliśmy się przesiąść w Bugibbie.

 

Zapakowaliśmy więc odpowiednie rzeczy i wyruszyliśmy na przystanek. Była jeszcze nadzieja, że się rozpogodzi bo trochę wiało i przestało padać. Po sprawdzeniu o której mieliśmy autobus, mając chwilkę czasu poszliśmy do wszechobecnych na Malcie jubilerów. Basia bowiem nie wiedziała jaki ma rozmiar palca i pomyślałem, że na pewno tam będą mieć jakąś miarkę. I nie pomyliłem się bo pani za ladą poprosiła Basię o zdjęcie jej pierścionka i nałożyła go na taki szpiczasty stożek z ponumerowanymi okręgami. Dzięki temu poznaliśmy rozmiar Basi palca w trzech różnych skalach: 16/51/I.

 

Po wyjściu od jubilera, złapaliśmy autobus do Bugibby. Miałem plan aby zakupić bilety na cały tydzień abyśmy jeszcze mogli na nie pojechać na lotnisko. Poprosiłem więc o takowe, za które zapłaciliśmy €28.

 

Transport na Malcie to w ogóle osobna historia. Tabor zapewne ma ponad 30 lat, autobusy są strasznie zdezelowane i chyba nasz PKS w jakichś zapyziałych wioskach dysponuje obecnie lepszymi maszynami. Pomalowane na pstrokate kolory: pomarańczowo-żółte, nie posiadają drzwi, są małe i ciasne i praktycznie zawsze załadowane do pełna. Bilety, które dostaliśmy to zwykłe kawałki kartki z nadrukiem, które należy tylko pokazać kierowcy. W autobusie nie da się porozmawiać bo silnik skutecznie zagłusza wszystko. No i jeszcze dochodzą do tego katastrofalnej jakości drogi, które powodują, że jazda autobusami po Malcie jest tylko z początku miłą i śmieszną atrakcją.

 

No ale jednak dojechaliśmy do Bugibby i tam bez czekania przesiedliśmy się na autobus do Mdiny. Przejeżdżaliśmy przez inną atrakcję na naszej liście – Mostę ale postanowiliśmy, że skorzystamy z okazji obejrzenia Mosty innym razem.

 

Mdina - dawna stolica Malty, położona w centralnej części wyspy. Jest to średniowieczne miasto z wąskimi, cichymi uliczkami, położone na wzgórzu, skąd roztacza się szeroki widok na wyspę.

W 870 roku miasto zdobyli Saraceni, którzy nadali mu jego współczesną nazwę oraz otoczyli je grubymi murami obronnymi i fosą, które do dziś odgradzają Mdinę od najbliższego miasta Rabatu.

Wiele budynków z czasów średniowiecza zostało jednak zniszczonych podczas potężnego trzęsienia ziemi w 1693 roku. Po tej katastrofie miasto ponownie odbudowano.

Współcześnie teren miasta wyłączony jest z ruchu kołowego z wyjątkiem samochodów dostawczych, pojazdów służb ratunkowych, karawanów pogrzebowych, pojazdów dla nowożeńców i prywatnych samochodów niewielkiej, kilkusetosobowej populacji miasta. Panuje tu cicha, przyjemna atmosfera, a zabudowa miasta stanowi niezwykłą mieszaninę architektury normandzkiej i barokowej. Mdina zwana jest "miastem ciszy".

 

Kiedy wysiedliśmy przed bramą miejską zaczął padać lekki deszczyk. Dało się wytrzymać ale wkurzyło nas to naturalnie. W głębokiej fosie zauważyliśmy drzewa pomarańczowe z owocami, a chwilkę później już byliśmy na terenie miasta. Tuż za bramą stały dorożki gotowe do jazdy i oczywiście jeden z dorożkarzy zaoferował swoje usługi. Grzecznie podziękowaliśmy ale widziałem, że Basia miała wielką ochotę przejechać się mimo dość wysokiej ceny jak dla mnie - €25. No ale nie potrafiłem jej odmówić i za moment siedzieliśmy już w dorożce, a nasz woźnica popędził wąziuteńkimi uliczkami miasta.

 

Najpierw zatrzymał się przed katedrą św. Pawła. Objaśnił nam dlaczego na katedrze są dwa zegary: jeden wskazuje prawidłową godzinę, ten drugi pokazuje dni i miesiące. Tuż obok, za czarnymi drzwiami, znajduje się ponoć najstarszy budynek całego miasta. Pan zrobił nam wspólną fotkę i pojechaliśmy dalej. Zatrzymał się w innym miejscu, tłumacząc, że to miejsce gdzie rezydowała jakaś ważna grecka rodzina, a potem jakaś inna brytyjska. Kolejnym przystankiem był jakiś punkt widokowy, z którego można zobaczyć dawną kolej. Wspominał o jakimś zabytkowym parowozie, który można teraz oglądać w muzeum parowozów w York w Anglii. My jednak żadnej linii kolejowej nie dostrzegliśmy. Na koniec zawiózł nas na mury skąd widać było całą Mostę i jej ogromny kościół.

 

Wycieczka była krótka i na pewno nie warta tych €25 ale zawsze to jakaś frajda przejechać się dorożką. Uświadomiliśmy sobie również jak malutkim miasteczkiem jest Mdina. Kiedy wysiedliśmy w punkcie, w którym rozpoczęliśmy naszą podróż, rozpadało się na dobre. Co prawda nasz przewodnik powiedział, że jutro będzie już ładna pogoda i nie powinniśmy się martwić, to jednak nie byliśmy zachwyceni aurą. W związku z tym deszczem musieliśmy się gdzieś schować i wybór padł na lochy Mdiny, w których mieści się muzeum tortur.

 

Na drzwiach wejściowych widniał napis, że wchodzi się na własną odpowiedzialność, co dla mnie oznaczało, że może być ciekawie. Bilety w cenie €4 można uznać za warte swej ceny. Muzeum trochę może kiczowate ale pokazało co się działo na Malcie jeśli chodzi o więźniów, przesłuchania, aresztowania itd. Ukazano, że w zależności czy na wyspie byli Joannici, czy Arabowie czy Francuzi, wszyscy oni byli jednakowo okrutni. Mroczna muzyka płynąca z głośników i woskowe figurki w najstraszniejszych do wyobrażenia sobie sytuacjach dopełniały się wzajemnie i na pewno dały nam do myślenia jak okrutnie tu musiało bywać.

 

Kiedy wyszliśmy z muzeum postanowiliśmy przejść się po całym miasteczku jeszcze raz, bo wiedzieliśmy przecież jak małe ono jest. Bardzo miło się chodziło. Małe i wąskie uliczki naprawdę robią wrażenie i tylko mieliśmy pecha, że zaczęło mocniej padać.

 

Fot.6. Mdina

 

Przechodząc obok pewnej knajpki zauważyliśmy, że szukają ludzi do pracy, co dało nam do myślenia, że zawsze można tu przecież na wakacje przyjechać. Potem spotkaliśmy dwie Polki i wreszcie postanowiliśmy coś zjeść.

 

Znaleźliśmy małą restaurację i zasiedliśmy pod parasolem. Zaczęło wtedy mocniej padać. Wziąłem menu i rozpoczęliśmy przeglądanie oferty. Wtedy też doszło między nami do utarczki słownej. Banalnej, która powinna zakończyć się po 3 minutach ale Basia odeszła od stołu i gdzieś poszła. Myślałem, że po prostu poszła zapalić ale coraz dłużej jej nie było i dotarło do mnie, że albo się zgubiła albo obraziła. Nie odebrała mojego telefonu i dopiero za drugim razem się zgłosiła informując mnie, że jest już za bramą.

 

Kiedy tam dotarłem uświadomiłem sobie, że jest obrażona bo zaprzestała się do mnie całkowicie odzywać. Nie odpowiadała na żadne pytanie i spowodowała, że nie wiedziałem co mam robić. Po dłuższej takiej chwili zaczęło mnie to wkurzać bo odjechało nam kilka autobusów zarówno w stronę Dingli, jak i powrotnych. Nie odpowiadała mi też na pytania czy ma ochotę iść obejrzeć Rabat. Kiedy tkwiliśmy w takiej pozie przez następne kilka minut, postanowiłem dać jej spokój i czas na przemyślenie, a sam poszedłem do Rabatu.

 

W Rabacie chciałem zobaczyć Grotę św. Pawła czyli miejsce gdzie podobno przebywał apostoł po rozbiciu się jego statku u wybrzeży Malty. Szedłem zupełnie na ślepo ale o dziwo dość szybko doszedłem do wielkiego kościoła, w którego podziemiu mieści się grota wyżłobiona dłutem. Stoi tam posąg św. Pawła i jest tablica z informacją, że papież Jan Paweł II był w tym miejscu w 1990 roku. Jest to malutkie miejsce, gdzie ledwo mieści się kilka osób a objaśnia najważniejsze szczegóły jakiś przewodnik. Podobno pracuje za "co łaska" ale nie za bardzo chciało mi się słuchać długich wykładów i również cały czas martwiłem się co z Basią i szybko chciałem wrócić na przystanek gdzie się rozstaliśmy.

 

Pędziłem więc w deszczu w moich odpiętych sandałkach z nadzieją, że nie przyszło jej do głowy wracać samej do hotelu, no i że już ochłonęła i zacznie ze mną rozmawiać. Kiedy dotarłem tylko połowa z tych rzeczy się sprawdziła: Basia siedziała na ławce ale nadal nie odzywała się do mnie. Zaczęło mnie to już naprawdę irytować i namawiałem ją na to żebyśmy wreszcie wsiedli do autobusu.

 

Po kolejnych minutach i odjeżdżających autobusach, Basia przemówiła i ustaliliśmy, że pojedziemy na klify w Dingli. Wsiedliśmy więc w autobus ale po kilku minutach zorientowałem się, że jedziemy w przeciwną stronę. Potwierdziłem tę informacje u kierowcy i doradził nam oczywiście wysiąść na najbliższym przystanku i pojechać z powrotem.

 

Poczekaliśmy chwilę i podjechał 81 jadący w drugą stronę. Kierowcą okazał się jakiś młody wariat. Pędził ile mógł a my podskakiwaliśmy kiedy najeżdżał dziury i wzniesienia w jezdni. Miał niezły ubaw z nas. Okazało się, że jedzie nad klify ale nie do Clapham Junction i Buskett Gardens, które też miałem w planach obejrzeć.

 

Autobus dosłownie wjechał na klify. Zatrzymał się na samym szczycie, już poza wioską Dingli, w której formalnie się znajdują. Kiedy wysiedliśmy znów zaczęło kropić. Była tam knajpa z WC do której poszła Basia. Ja się zastanawiałem jak się stąd wydostaniemy bo kierowca wspominał, że to jego ostatni kurs i że trzeba gdzieś przejść, na inny przystanek itd.

 

Rozpadało się. Basia miała parasol więc się jakoś uchroniliśmy ale na szczęście deszcz popadał niedługo. Niestety taka pogoda spowodowała, że nie było ładnych widoków. Te 253m klify nie robiły aż takiego wrażenia jak ze statku, kiedy płynęliśmy dookoła Malty. Dziś mieliśmy chmury ale i tak coś tam zawsze zobaczyliśmy. Porobiliśmy sobie trochę zdjęć i poszliśmy w kierunku czegoś, co przypominało ogromną piłkę golfową. Wyglądało jakby to była jakaś stacja meteorologiczna. Była jednak zamknięta i wokół żadnej żywej duszy.

 

Fot.7. Klify w Dingli

 

Zidentyfikowaliśmy nasz rzekomy przystanek ale naturalnie bez rozkładu. Zupełnie żadnego. W Rabacie było ich kilka ale niektóre jeszcze z 2006 roku więc ciężko było się połapać o co chodzi. Tutaj przynajmniej nie trzeba było główkować. Martwiło mnie też, że dziś sobota czyli zapewne rozkład będzie jeszcze okrojony ale tak naprawdę to nawet nie wiedzieliśmy, czy w ogóle coś przyjedzie.

 

Nie tracąc czasu postanowiłem przypomnieć sobie stare czasy i zacząłem łapać stopa. Ale ludzie jakoś dziwnie patrzyli i naturalnie nikt się nie kwapił aby się zatrzymać lub choćby zapytać o co nam chodzi.

 

Basia spokojnie sobie siedziała na murku i obierała mandarynki aż wreszcie na horyzoncie pojawił się jakiś autobus. Jechał z powrotem do Rabatu i już wiedzieliśmy, że nie zobaczymy Buskett Gardens bo autobus tamtędy nie jedzie.

 

Przejechaliśmy przez wioskę Dingli i przesiedliśmy się w Rabacie na autobus do Bugibby. Wracaliśmy więc w taki sam sposób. W Bugibbie mieliśmy trochę dłuższy postój i obserwowaliśmy pracowników maltańskiego PKSu, którzy nie za bardzo się wysilali. Przyszły jakieś dziewczyny i zaczęły się jakieś zaczepki. Śmialiśmy się z wyposażenia całego tego ich biura, bo nawet komputera tam nie mieli. Kierowcy za to, to straszni ważniacy i bardzo serio traktują swoją pracę. Przez to często są niemili i gburowaci. Oczywiście z wyjątkami.

 

Mieliśmy nadzieję, że zatrzymamy się na naszym przystanku w centrum Melliehy ale jakimś trafem nie zatrzymał się tam nam i popędził w dół w kierunku plaży. Podbiegłem do kierowcy z prośbą aby się zatrzymał ale powiedział, że dopiero na dole na przystanku może to zrobić. Na szczęście nie zjechał do samej plaży ale i tak czekała nas wspinaczka pod górę.

 

Spróbowaliśmy znaleźć inną drogę, na skrót i o dziwo była tam ścieżka. Przeszliśmy przez chaszcze i teraz trzeba było się wspiąć na betonowy mur i w ten sposób zaoszczędziliśmy sobie drogi. Pomogłem tylko Basi przy wspinaczce i byliśmy zadowoleni, że znaleźliśmy skrót.

 

Po dojściu do hotelu, Basia poszła od razu na kolację bo przecież nic nie jedliśmy od rana. Ja jeszcze zajrzałem na górę. Dziś szef kuchni serwował "dzień włoski". Była więc oczywiście pasta, pizza, lazania i na deser włoskie lody. Dobra kolacja.

 

Pogoda troszkę jakby się poprawiła, a że była sobota to postanowiliśmy "wyjść na miasto". Przeszliśmy się po centrum, pooglądaliśmy oświetlone kościoły i rzeczywiście można było odnieść wrażenie, że tak jakby w pubach było więcej ludzi. Nie za bardzo wiedzieliśmy co robić więc postanowiliśmy pójść jeszcze dalej.

 

Oglądaliśmy sobie wille Maltańczyków gdyż udaliśmy się w inną część Melliehy. Potem wpadliśmy na pomysł aby zejść z góry nad samo morze i wrócić wzdłuż brzegu aż do naszej plaży. Na początku wszystko wskazywało na to, że idzie nam dobrze. Potem jednak Basia zaczynała w to wątpić i co jakiś czas prosiła żeby zawrócić. Ale ja się uparłem, że musimy dojść nad morze.

 

Kiedy droga zawijała się coraz bardziej, a deszcz padał bardziej intensywnie i wreszcie kiedy skończyły się latarnie uliczne, pod wpływem coraz częstszych uwag Basi w temacie co mi zrobi kiedy będzie trzeba się wracać pod tę górę, sam zaczynałem wątpić czy uda nam się mój cel osiągnąć. Ale twardo odpowiadałem Basi, że panuję nad sytuacją i wiem gdzie jesteśmy. W istocie rzeczywiście miałem tylko nadzieję, że musi tam być jakieś przejście ale pewności nie miałem.

 

Kiedy widać już było morze, szliśmy już dobre pół godziny. W dodatku cały czas z górki. Postanowiłem skręcić w lewo ale jak się okazało, droga zawracała i wyżej łączyła się z tą, którą właśnie szliśmy. Udaliśmy się więc jeszcze bardziej w dół i dotarliśmy do samego morza. Jednak pod naszymi stopami były.... dachy domów, które były wybudowane tuż nad brzegiem.

 

Jedyną naszą nadzieją były schody prowadzące na brzeg. I na szczęście dało się nimi zejść na publiczną drogę. Odetchnąłem z ulgą, choć dużego pietra miałem głównie przez denerwującą się Basię. Teraz już tylko szliśmy sobie wzdłuż kamienistego brzegu aż doszliśmy do miejsca gdzie można było wreszcie dotknąć wody. Okazało się, że woda o tej porze była naprawdę ciepła. Wymyśliliśmy, że się wykąpiemy. Co prawda nie mieliśmy strojów ale zawsze pod osłoną nocy można jakoś to ukryć.

 

Przeszliśmy na plażę i ujrzeliśmy naszą plażę powiększoną o dobrych kilkadziesiąt metrów. Był odpływ. Zastanawialiśmy się czy się wykąpać ale skończyło się na zamoczeniu nóg i obserwacji rozpoczętego właśnie przypływu. Powoli piaszczyste wysepki na plaży znikały pod wodą, a my spokojnie weszliśmy na ulicę i podążaliśmy w kierunku naszego hotelu.

 

Ale nie doszliśmy do niego. Zatrzymaliśmy się w jakimś pubie i poszedłem kupić drinki. Siedzieliśmy na zewnątrz a z dziurawego dachu kapał na nas deszcz. Potem poszedłem kupić frytki dla Basi ale facet miał już zamknięte. Przeszliśmy więc do miejsca, gdzie Basia jadła swoje kontynentalne śniadanie i tam zamówiłem dla niej porcję. O dziwo spotkaliśmy tam naszych hotelowych kelnerów: Gonza i Gonzową.

 

Kolejny raz spytałem o prognozę pogody i właścicielka potwierdziła słowa dorożkarza z Mdiny, że jutro ma być ładna pogoda. Dodała od siebie jednak, że ją to martwi bo tutaj już wszyscy mają dość tych upałów. Tegoroczne lato dało im w kość. Jak zapewne każde w poprzednich latach też.

 

Potem spokojnie wspięliśmy się pod górkę, tym razem nie szliśmy skrótem bo było mokro i ciemno. Zmęczeni całym dniem zdążyliśmy tylko jeszcze zrobić sobie małą przepierkę. Kiedy wyszedłem ostatni raz na balkon i spojrzałem w górę ku niebu, oczom mym ukazały się miliony gwiazd. Czyżby jutrzejszy planowy dzień-plażowy miał się odbyć bez przeszkód? Z taką nadzieją udaliśmy się na spoczynek.

 

Dzień 4: Mellieha – Dingli Cliffs - Mellieha 35km

 

 

 

Dzień 5 – 28 września 2008 – niedziela

 

PLAŻOWO

 

Po obudzeniu się, stwierdziliśmy, że pogoda nie nadaje się na plażowanie, co założyliśmy sobie wcześniej. W związku z tym, postanowiliśmy iść do wioski filmowej Popeye, która znajduje się około półtora kilometra od naszego hotelu.

 

Po śniadaniu, poszedłem do recepcji i tam młody człowiek udzielił mi wskazówek jak dokładnie tam dojść. Pofatygował się nawet na zewnątrz aby dokładnie wskazać nam kierunek.

 

Kiedy jednak byliśmy tuż przy plaży, wyszło na jaw, że jednak wczorajsze prognozy ludzi, których o nie pytaliśmy, okazały się trafione. Zrobił się upał i dlatego Basia zapragnęła jednak skorzystać z uroków maltańskiego słońca. Udaliśmy się więc na naszą plażę.

 

Mijając sklep z akcesoriami plażowymi, Basia wypatrzyła materac dmuchany i koniecznie chciała go mieć. Po krótkich wahaniach, poszedłem po ten materac i zakupiłem go za cenę €7. Basia była bardzo ucieszona i jeszcze tylko zamówiła dla nas parasol i dwa leżaki na plaży. Była już w takim razie gotowa do opalania, co natychmiast uczyniła.

 

Fot.8. Mellieha – plaża. W tle, na wzgórzu, Czerwona Wieża.

 

Dowiedzieliśmy się, że plaża jest czynna do 16.00, tzn. o 16.00 składają parasole i leżaki. Mieliśmy więc sporo czasu. Dla mnie oczywiście to była generalnie nuda, bo leżałem pod tym parasolem i nic konkretnego nie robiłem, oprócz zdjęć i filmu ale Basia była zadowolona. Co jakiś czas wchodziła do wody, oczywiście zabierając ze sobą materac, który naturalnie ja nadmuchałem.

 

Mieliśmy mały lunch – frytki z rybą, które kupiła Basia w sklepiku plażowym, potem był jakiś pokaz lotniczy. Nad głowami latały nam samoloty w różnych konfiguracjach i wykonywały dziwne ewolucje.

 

Tak mijały nam wolno godziny na plaży. Słońce prażyło dość mocno ale o godzinie 15.30 postanowiliśmy zakończyć dzisiejsze opalanie. Powoli pozbieraliśmy nasze klamoty i spacerkiem ruszyliśmy w kierunku Popeye. Była ładna pogoda więc taka wycieczka na koniec dnia była jak najbardziej na miejscu.

 

Najpierw jednak musieliśmy wypuścić powietrze z naszego materaca, co okazało się nie lada wyczynem. Dziwnie zbudowany materac przysporzył nam sporo problemów i oboje deptaliśmy go rozłożonego na chodniku. W końcu się udało się go zwinąć i mogliśmy iść do wioski.

 

Droga była męcząca bo szliśmy pod słońce w skwarze i w dodatku droga była dziurawa, zaśmiecona i pełna kurzu. Po około 1.5km znaleźliśmy się nad brzegiem morza. Był parking i kasa biletowa. Przeszliśmy na taki jakby plac zabaw i stamtąd ujrzeliśmy w dole, pod klifem, ową wioskę. Jednak żeby się tam dostać, należało kupić bilety. Basia poszła je kupić i wróciła jeszcze z lodami. Cena dość wysoka bo €8. Ale mogliśmy na spokojnie wejść na jej teren.

 

Popeye to bohater komiksu i postać z amerykańskiego filmu animowanego o tym samym tytule. Popeye został stworzony w 1929 r. przez E.C. Segara. Jest marynarzem o dobrym sercu, ale porywczej naturze - uwielbia bójki. Szczególną siłę zyskuje po zjedzeniu puszki szpinaku . Jego narzeczoną jest Olive Oyl, a największym rywalem - Bluto.

W 1980 r. powstała filmowa wersja przygód Popeye'a z Robinem Williamsem w głównej roli. Film został nakręcony w wybudowanej od podstaw wiosce filmowej niedaleko wsi Mellieha na Malcie. Popeye Village – (http://www.popeyemalta.com/) - zbudowano w ciągu 7 miesięcy w 1979 r. Obecnie pełni rolę atrakcji turystycznej.

 

Zobacz video kreskówki: http://uk.youtube.com/watch?v=_B4w4lafinU

 

Zobacz video filmu: http://uk.youtube.com/watch?v=P1D2wz5EXhM

 

Kiedy zeszliśmy na sam dół, zobaczyliśmy centrum rozrywki ale dla... dzieci. To nie było raczej miejsce dla nas. Owszem, miłe i ładne miejsce na opalanie i spędzenie czasu ale główne atrakcje były przeznaczone dla dzieci. Pooglądaliśmy sobie te domki, w których teraz znajdują się sklepiki, popstrykaliśmy zdjęcia i poszliśmy sobie. Przy wyjściu była księga gości i Basia wpisała nasze uwagi jako: "very childish", a w rubryce 'skąd się dowiedzieliście o nas' Basia wpisała: "David knew. He knows everything"

 

Weszliśmy jeszcze na klif od drugiej strony i popatrzeliśmy na wioskę z góry. Obok nas ustawiali się inni turyści. Szczególnie w pamięć zapadła nam rodzinka, która podjechała samochodem, w którym zamknięte dziecko darło się w niebogłosy. Inna grupa przyjechała sobie konno.

 

Fot.9. Popeye Village.

 

My natomiast, w blasku popołudniowego słońca, szliśmy sobie w kierunku naszego hotelu. Ja chciałem spróbować innej drogi ale Basię ona przeraziła i zdecydowaliśmy jednak pójść tą samą, którą przyszliśmy.

 

Mieliśmy plan złapania autobusu żeby nie wspinać się pod tę górę do hotelu ale pierwszy z autobusów nie zatrzymał się na naszym przystanku. W końcu jednak jakiś inny się zatrzymał i podjechaliśmy sobie do wioski. Tam akurat odbywał się jakiś odpust więc zebrało się sporo ludzi odświętnie ubranych. My przemknęliśmy szybko do hotelu.

 

Byliśmy głodni więc szybko poszliśmy na kolację. Tam zauważyliśmy nowych charakterystycznych ludzi. Dwóch kolegów, z których jeden był niesamowicie gruby i niesamowicie śmierdział. Zastanawialiśmy się jak ten chudy może z nim mieszkać w jednym pokoju. Inna para to dwie podstarzałe Niemki, które wryły się nam w pamięć bo do każdego zwracały się po niemiecku jakby myślały, że każdy ich rozumie. Było więc "Danke schön" do kelnera, a potem w windzie kiedy razem jechaliśmy, panie wysiadały wcześniej i grzecznie zwróciły się do nas "Guten Nacht", a my jednocześnie, również z uśmiechem odpowiedzieliśmy grzecznie "Dobranoc!".

 

Na koniec dnia mieliśmy wzajemne smarowanie się balsamami bo odczuwaliśmy w niektórych miejscach siłę śródziemnomorskiego słońca. Ja również miałem awarię sandała bo wdepnąłem w jakąś smołę i usiłowałem się pozbyć tej czarnej mazi na różne sposoby. Z takim sobie skutkiem. Dzień zakończyliśmy tradycyjnie przed TV.

 

Dzień 5: Mellieha – Popeye Village - Mellieha 5km

 

 

 

Dzień 6 – 29 września 2008 – poniedziałek

 

  DO STOLICY

 

Dziś mieliśmy zaplanowany wyjazd do stolicy Malty czyli do La Valetty. Musieliśmy więc trochę szybciej się zbierać bo na sam dojazd liczyliśmy około godziny. Szybko więc zjedliśmy śniadanie i poszliśmy na przystanek we wsi. W międzyczasie wymieniłem kilka SMSów z TT, który akurat był po przeciwnej stronie Europy – konkretnie w Szwecji.

 

Kiedy nadjechał nasz autobus, trochę się podłamaliśmy bo był nawalony ludźmi na maksa. W dodatku kierowca był jakimś służbistą bo doczepił się do mojego biletu. W sumie może i miał rację, bo mój bilet źle się odbił i praktycznie nie dało się odczytać końcowej daty. Jednak kupowaliśmy razem więc pokazałem mu bilet Basi oraz wskazałem na datę zakupu, co ostatecznie go przekonało.

 

Fot.10. Tygodniowe bilety. Mój z lewej.

 

Udało się nam znaleźć miejsca ale oddzielnie i tak jechaliśmy przez całą wyspę. Basia oczywiście w tym czasie spała. Jednak po 45. minutach dojechaliśmy do końca podróży i musiała skończyć się jej drzemka. Zresztą była usprawiedliwiona bo źle się czuła.

 

Wysiedliśmy na głównym terminalu Malty, miejsca skąd odjeżdżają wszystkie autobusy. To wygląda na coś takiego jakby połączyć MZK z PKS gdyż te wszystkie autobusy pełnią obie role na raz. Spod fontanny u bram La Valetty odchodzą autobusy we wszelkich możliwych kierunkach. My jednak skierowaliśmy się do bramy, która prowadziła do miasta. Oboje bardzo dużo obiecywaliśmy sobie po tej wizycie. Przede wszystkim byliśmy ciekawi, czy jest inna od pozostałej części wyspy.

 

Valletta – (http://www.cityofvalletta.org/) - stolica Malty położona na półwyspie Sceberras pomiędzy dwiema zatokami Grand Harbour i Marsamxett Harbour. Jest najdalej wysuniętą na południe europejską stolicą. Zamieszkuje ją niespełna 8,000 osób.

W 1557 r. Jean Parisot de la Valette po objęciu urzędu wielkiego mistrza zakonu  Joannitów, postanowił wzmocnić obronę na Sceberras wznosząc umocnienia wokół całego półwyspu i budując na nim miasto. Jednak ze względu na brak funduszy i atak wojsk tureckich (Wielkie oblężenie), który miał miejsce w 1565, prace te rozpoczęto dopiero w 1566. Kamień węgielny pod budowę miasta, nazwanego na cześć jego założyciela Valletta, został położony 28 marca 1566.

Układ ulic został oparty na planie hippodamejskim, tzn. że ulice przecinają się ze sobą pod kątem prostym. Całe miasto zostało otoczone szeregiem umocnień, oraz dodatkowo od strony lądu fosą. Ze względu na wysokie koszty i brak czasu (obawiano się ponownego ataku Turków) nie wyrównano różnic wysokości poszczególnych części półwyspu, w związku z czym część ulic została zastąpiona schodami. Miały one jednak niskie i długie stopnie co mogło umożliwiać poruszanie się po nich rycerzom konno bądź w ciężkich zbrojach.

Później wzniesiono Pałac Wielkich Mistrzów, konkatedrę św. Jana oraz szereg innych budynków. Nie udało się jednak wprowadzić, zaleconego przez papieża, podziału miasta na dwie części, z których jedną mieli zamieszkiwać wyłącznie członkowie zakonu.

W 1575 otwarty został szpital Sacra Infirmeria, którego główna sala, o długości 56 m była i pozostaje jedną z największych w Europie. Dziś w odbudowanym po zniszczeniach, jakich doznał podczas II wojny światowej, budynku szpitala znajduje się centrum konferencyjne, oraz Teatr Republiki.

W 1731 wielki mistrz Antonio Manoel de Vilhena wybudował Teatr Manoela (dziś trzeci najstarszy teatr na świecie).

W 1796 powstała Biblioteka Narodowa, w której zbiorach umieszczone zostało m.in. kilkadziesiąt tysięcy tomów będących własnością zakonu. Ze względu na atak i zajęcie Malty przez wojska francuskie w 1798 biblioteka otwarta została dopiero w 1812.

Główna ulica Valletty to Triq ir-Repubblika (ang. Republic Street) zaczynająca się przy bramie miejskiej (przebudowanej w 1959 ) a kończąca pod murami Fortu św. Elma.

W 1980 Valletta została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

 

Znaleźliśmy się więc szybko za bramą miejską i od razu się rozczarowaliśmy. Jeśli chodzi o pierwsze wrażenie, to niczym się to miasto nie różniło od pozostałych. Przede wszystkim nadal uderzał w nas widok okropnego brudu i syfu. Śmieci walały się po ulicy i chodnikach, budynki też jakoś tak mało zadbane i smutne.

 

Kierowaliśmy się przewodnikiem i szliśmy główną arterią miasta, potem skręcając w boczną uliczkę. Przechodziliśmy więc obok ruin opery, potem koło teatru Manoela aż wreszcie wyszliśmy naprzeciw Pałacu Wielkich Mistrzów. Na początku nie za bardzo się zorientowałem, że właśnie stoimy przed nim ale potem oczywiście ruszyliśmy w jego kierunku.

 

Trafiliśmy w złe drzwi i skierowano nas w te odpowiednie. Przeszliśmy przez bramę i na dziedzińcu, w tłumie turystów, odszukaliśmy kasy biletowe. Bilety nie były drogie ale pani w okienku spytała mnie czy chcę iść na komnaty, czy do zbrojowni. Zaskoczyła mnie tym pytaniem więc odparłem, że do komnat bo gdybym chciał iść w oba miejsca, to potrzebny był drugi bilet. Oba były w tej samej cenie: €4.66 co odpowiadało dokładnie oficjalnemu przelicznikowi liry maltańskiej na euro. Malta bowiem weszła do strefy euro 1 stycznia tego roku i sztywny kurs wymienny wyniósł: 1Lm = €2.33. Zaopatrzeni w bilety weszliśmy do środka pałacu.

 

Pałac Wielkich Mistrzów to pierwotnie była drewniana budowla, którą w 1571 roku zakupił Zakon Kawalerów Maltańskich. W połowie wieku XVIII siedziba Wielkich Mistrzów była gotowa. Do pałacu wiodą trzy bramy, które prowadzą na duży dziedziniec, a jedna na mniejszy. Duży nazywany jest Dziedzińcem Neptuna, ze względu na stojący tu posąg z brązu przedstawiający władcę głębin, a mały nazwano imieniem księcia Alfreda, jednego z synów królowej Wiktorii.
Częściej jednak określa się go jako Dziedziniec Zegara Pinto. Zegar ten posiada cztery tarcze, wskazuje godziny, dni i fazy księżyca. Godziny wybija czterech Maurów, którzy w rękach trzymają młoty kowalskie. Wnętrze pałacu przypomina, kto był jego rezydentem. Na ścianach wymalowano głownie bitwy morskie, w których uczestniczyły okręty Zakonu. W wielu salach umieszczono dobrze zachowane zbroje, w tym Wielkich Mistrzów. Zbrojownia pałacowa jest świetnym źródłem historii. Na podstawie zgromadzonych tu zbiorów prześledzić można, jak rozwijała się sztuka militarna. W XVI w rozpoczęto budowę katedry dla Zakonu, pod wezwaniem św. Jana.
Z zewnątrz świątynia jest bardzo surowa, za to wnętrze świadczy o tym, że był to jeden z najbogatszych kościołów w Europie, dopóki nie złupili go żołnierze Napoleona. Na suficie obejrzeć można malowidła przedstawiające sceny z życia św. Jana Chrzciciela. Ściany pokryte są złoconym, cętkowanym wapieniem. Ołtarz główny wykonano z lapislazuli i innych marmurów. Zawsze w czerwcu w katedrze wystawiane są gobeliny flamandzkie przedstawiające Chrystusa i Apostołów.
http://www.sciaga.pl/tekst/4582-5-malta

 

Należy jeszcze wspomnieć kim w ogóle byli właściciele tego kompleksu ponieważ to dzięki nim świat poznał Maltę. Suwerenny Rycerski Zakon Szpitalników św. Jana Jerozolimskiego z Rodos i z Malty zwany jest też Zakonem Kawalerów Maltańskich. Jego zwyczajowe nazwy to Szpitalnicy, Joannici i kawalerowie maltańscy. Rodowód swój wywodzi on z zakonów rycerskich powstałych na fali XII-wiecznych krucjat. Odegrał znaczącą rolę w historii Europy, głównie ze względu na swój - istotny kiedyś - potencjał militarny i znakomitą flotę. Joannici położyli także olbrzymie zasługi w dziele organizacji i prowadzenia pierwszych średniowiecznych szpitali na kontynencie europejskim.

 

Pospacerowaliśmy sobie po komnatach, które obecnie służą władzy maltańskiej, m.in. prezydentowi. Nie zrobiło to na nas jakiegoś piorunującego wrażenia ale na pewno warto było się tam udać.

 

Kiedy wyszliśmy na dziedziniec, przeszliśmy w kierunku sklepiku. Pooglądaliśmy pamiątki a potem zainteresowałem się karetą, która tam stała. Kiedy poszedłem kawałek dalej zauważyłem wejście do... zbrojowni. Trochę się zdziwiłem, że tak to rozwiązali więc oczywiście skorzystaliśmy z okazji i weszliśmy tam bez biletów. Nikt nie kontrolował tego, nie było nikogo z obsługi więc na spokojnie pospacerowaliśmy sobie po tym miejscu zanim całkiem opuściliśmy pałac.

 

Ledwo wyszliśmy na ulicę, zadzwoniła do mnie koleżanka z pracy. Jakaś ważna sprawa do omówienia i uzyskała ode mnie wszelkie informacje, którymi dysponowałem.

 

Następnym naszym krokiem miało być przedstawienie pt: Malta Experience w specjalnym centrum konferencyjnym. Ale zanim tam dotarliśmy, przeszliśmy się jedną z wąskich uliczek, na której zaczepił nas sklepikarz z winem. Akurat miałem w planie zakup kilku butelek dlatego spytałem go o lokalne wina, a ten od razu się podpalił i zaczął nawijać i chwalić się, co on to nie ma.

 

Kiedy dowiedział się, że jesteśmy z polski od razu powiedział "dziękuję" chwaląc się, że zna jakieś nasze słówko i przystąpił do prezentacji i... degustacji. Zaczął nam nalewać próbki swoich win i bajerować, głównie Basię. Ja tam sobie piłem to jego zimne winko i oglądałem po kolei jego kolekcję. Tłumaczył nam jak robi to wino, że niby depcze winogrona swoimi brudnymi stopami (cały czas podkreślał, że są bardzo brudne) i tłumaczył też jak to cena wzrasta kiedy chce się mieć ładną butelkę i etykietkę.

 

Stanęło na tym, że w końcu wybrałem 4 butelki, a Basia, która w ogóle nie planowała żadnych tego typu zakupów, zakupiła też coś dla siebie. Miły pan pozawijał nam te flaszki w folię, a jego żona dała nam niewielki upust. Miło z ich strony.

 

Wychodząc z ich sklepu też się pochwaliliśmy, że umiemy coś w ich języku, żegnając się po maltańsku słowami: "Saha!". Małżeństwo jeszcze nas skierowało w odpowiednią uliczkę abyśmy mogli łatwo trafić do centrum konferencyjnego na pokaz filmu, który rozpoczyna się zawsze o pełnej godzinie.

 

Mieliśmy 10 minut czasu ale La Valetta jest malutka więc szybko byliśmy na miejscu. Basia musiała sobie zapalić, a ja w tym czasie poszedłem po bilety. Schodziło się pod ziemię, a potem długim korytarzem aż do sklepiku z pamiątkami gdzie wreszcie zakupiłem bilety. Teraz musiałem wrócić po Basię, która została na zewnątrz.

 

Ledwo wróciliśmy przed zamknięciem drzwi od sali kinowej. Przy każdym fotelu, w klimatyzowanej sali, były zamontowane słuchawki i gałka umożliwiająca wybór języka. A było tych języków aż 13. Niestety i o dziwo, trzeba przyznać, nie było polskiego a był za to... czeski. To chyba za te wszystkie skody favoritki, wszechobecne na maltańskich drogach i ulicach. Naprawdę wszędzie je można spotkać.

 

Tak czy inaczej, siedzieliśmy naprzeciw ekranu, na którym za chwilę wyświetlono nam 45-minutowy film o historii Malty. Ładne zdjęcia, sporo informacji, rzeczowy komentarz – to wszystko złożyło się na całkiem miło spędzony czas. Basi chyba też się podobało, bo nawet nie narzekała na film tylko raczej na chłód tej sali, kontrastujący z upalnymi uliczkami miasta na zewnątrz.

 

Po seansie byliśmy zaledwie kilka metrów od słynnego szpitala Joannitów ale Basia nie za bardzo miała ochotę tam iść bo w sumie na tym filmie pokazali jego główną atrakcję – ogromną salę. Ruszyliśmy więc w dół, wzdłuż brzegu, kierując się ku bramie. Po drodze zatrzymywaliśmy się w ważniejszych punktach.

 

Pierwszym takim miejscem był monument poświęcony ofiarom II Wojny Światowej. Wysoki obelisk, na który można wejść i z którego rozpościera się widok na zatokę i półwysep po jej drugiej stronie. Zabawiliśmy tam chwilkę i potem wraz z ogromnym statkiem, który wpływał do portu, schodziliśmy w dół.

 

Fot.11. La Valetta

 

Potem odbiliśmy nieco od nabrzeża i weszliśmy stromymi schodkami w bardziej zwartą zabudowę. Przeszliśmy obok Victoria Gate, potem zagłębiliśmy się w miasto, kolejne porcje schodków, wąskie uliczki, domy w ścianach, słynne maltańskie balkoniki i jak zwykle towarzyszące śmieci i momentami odór moczu.

 

Jakaś babka nawet pytała nas o drogę i o dziwo, potrafiłem jej rzeczowo wytłumaczyć choć była Włoszką. Później skierowaliśmy się ku kościołowi św. Jana. Miałem ochotę wejść bo to ważny zabytek więc udaliśmy się do drzwi. Czułem, że trzeba wejść za opłatą ale tradycyjnie, przygraliśmy głupa i załadowaliśmy się do kościoła normalnym wejściem. Zdążyliśmy obejrzeć przez chwilkę wnętrze zanim nas grzecznie wyproszono. Z powrotem więc znaleźliśmy się na głównej ulicy La Valetty.

 

Trochę zgłodnieliśmy a w pobliżu znajdował się McDonald więc tam poszliśmy. Ale trochę żałowaliśmy bo cenowo było dość drogo. Basia wybierała zestaw i doniosła go do stolika przy wejściu. W tym czasie obsługa zaczęła też zmywanie podłogi. Ludzi nie było zbyt wielu, obok nas usiadła jakaś pani, która bardzo intensywnie przyglądała się moim sandałom. Ja dalej biegałem bowiem w odpiętych przednich paskach i dlatego mogło robić to na niej jakieś większe wrażenie.

 

Po podwieczorku udaliśmy się już tylko poza bramę na przystanek pod fontannę. Tam jeszcze Basia zapaliła sobie i posłuchaliśmy sobie maltańskiej młodzieży, która prawdopodobnie ową fontannę traktuje jako punkt spotkań. Uderzyła nas jeszcze jedna rzecz, kiedy tam siedzieliśmy sobie. Otóż, generalnie wszyscy mówią między sobą po maltańsku, zarówno młodzi jak i starzy ale młodzież wplata angielskie wulgaryzmy. Trochę śmiesznie się słuchało obcego języka z wmieszanymi słowami typu: fucking, shit i inne.

 

Nasz autobus był z serii tych nowocześniejszych. Takie też czasem się zdarzają. Obszerniejszy i miał zamykane drzwi. Poczekaliśmy chwileczkę i ruszyliśmy przez przedmieścia Valetty zwane Florianą. To ta bardziej współczesna część miasta, która de facto jest odrębnym miastem.

 

Naszym następnym przystankiem była Mosta. To miasto na trasie do Melliehy i dlatego tym razem postanowiliśmy się tu zatrzymać aby zobaczyć jej główną atrakcję – "kościół z bombą". Kiedy tylko ujrzeliśmy charakterystyczną kopułę, wysiedliśmy z autobusu.

 

Mosta – (www.mosta.gov.mt) - miejscowość w środkowej Malcie. Ma 19,000 mieszkańców i jest to drugie co do wielkości miasto kraju.

W Moście znajduje się kościół - rotunda pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP, wzniesiona w latach 1833 - 1860, ma neoklasycystyczny portal wzorowany na rzymskim panteonie. Potężna kopuła - czwarta co do wielkości w Europie, po bazylice św. Piotra, katedrze św. Pawła w Londynie i kościele farnym na Gozo - ma zewnętrzną średnicę 54 m i wysokość ponad 60m. Obiekt zbudowano z wapienia prawie bez zaprawy murarskiej. W zakrystii leży replika niemieckiej bomby, która 9 kwietnia 1942 roku przebiła kopułę. Nie eksplodowała i nie zraniła nikogo z wiernych co uznawane jest za cud.

 

Naturalnie zbliżał się czas palenia więc Basia siedziała na ławce i paliła, a ja kręciłem film i robiłem zdjęcia. Potem oboje weszliśmy do kościoła. W środku zaskoczył nas brak ławek. Zamiast nich były ustawione krzesła w dość potężnej ilości. Pospacerowaliśmy trochę po wnętrzu ale jakoś tej bomby nie mogliśmy znaleźć. Nawet jedna starsza Angielka spytała mnie, gdzie znajduje się ta bomba ale nie umiałem jej odpowiedzieć. Dopiero jakiś miejscowy wskazał nam wejście do zakrystii i tam od razu znaleźliśmy replikę bomby.

 

Był tam też mały sklepik i pan, który tam sprzedawał m.in. kalendarze i inne dewocjonalia, zaczął opowiadać nam historię tego wypadku z 1942 roku. Pokazał nam oryginalne zdjęcia, na których widać grupę żołnierzy brytyjskich tuż przed wywozem bomby na poligon, gdzie została zdetonowana.

 

Pokazał nam też miejsce na sklepieniu, przez które rzekomo owa bomba wpadła do kościoła ale nie byliśmy pewni, czy rzeczywiście to jest to miejsce. W każdym razie, na pewno opłacało się wysiąść w połowie drogi i zwiedzić ten charakterystyczny kościół. Dodatkowo można na nim zauważyć dwa zegary ale tym razem jeden z nich wskazuje błędny czas, a nie datę, celowo aby zmylić diabła, jak mówi legenda.

 

Fot.12. Mosta

 

Wróciliśmy na przystanek i tym razem trochę dłużej poczekaliśmy na autobus. Wreszcie wpakowaliśmy się do jakiegoś gruchota i dojechaliśmy do naszej Melliehy. Tam wysiedliśmy w centrum, jeśli tak można powiedzieć i skierowaliśmy się do tego samego biura podróży, w którym rezerwowaliśmy rejs dookoła Malty. Tym razem chciałem zabukować rejs pt.: Underwater Safari.

 

Ta atrakcja miała polegać na wyprawie specjalnie skonstruowanym statkiem, który ma oszklone burty i dno, przez które widać faunę i florę Morza Śródziemnego. Nie było drogo bo zaledwie €14, a organizatorem jest też Captain Morgan. Nie było problemu z terminem i miejscami na jutro. Pani wypisała nam bilety i mieliśmy wypłynąć z Bugibby bo tym razem nie było darmowego transportu.

 

My tymczasem pojechaliśmy na plażę aby sobie jeszcze pospacerować. Zrobiliśmy kilka zdjęć jakimś Włoszkom, bo nas poprosiły i wróciliśmy do hotelu autobusem. Poszliśmy na kolację. Zasiedliśmy przy stoliku i okazało się, że nie ma sztućców. Gonzo się uwijał tak mocno, że wypierdzielił cały koszyk ze sztućcami. A dziś Dżizes zaserwował nam ryż.

 

Po kolacji poszliśmy na zewnątrz aby sobie wypić piwko. Odbywał się tam, jak co dzień zresztą, mały recital. Tym razem jakaś starsza pani śpiewała do podkładu z laptopa. Można było nawet zamówić piosenkę z dedykacją. Tak ktoś zrobił z piosenką dla niejakiej Sandry. To Angielka, która przyjechała na wczasy z mamą i jak zauważyła Basia, codziennie obie miały inną kreację przy kolacji. My sobie siedliśmy na końcu i obserwowaliśmy naszych współtowarzyszy wypoczynku w hotelu. Nazywaliśmy ludzi nowymi ksywami i obgadywaliśmy ich oczywiście.

 

Znudziło nas w końcu to siedzenie tam. Zresztą wiało jak zwykle w tym miejscu. Nasz hotel przecież był na samej górze i stąd pewnie ten wiatr. Po powrocie do pokoju, szybko zakończyliśmy ten pełen wrażeń dzień. No może nie do końca zakończyliśmy bowiem w środku nocy zostałem obudzony przez Basię, która nie mogła dojść do siebie po wybudzeniu się z nocnego koszmaru. Opowiedziała mi jego treść na gorąco. Jak to w snach, był raczej mało racjonalny: "(...) na klifach przestawiałam samochód, aby go zaparkować w innym miejscu. Podszedł facet żeby odpalić to auto, bo sama nie mogłam sobie dać rady. Wyciągnął z buta zapalniczkę żeby to zrobić. Potem zapytał o mój numer buta, a następnie oddał do mnie 5 strzałów (...)" – tyle z gorącej relacji Basi po przebudzeniu się i obudzeniu mnie.

 

 

Dzień 6: Mellieha – La Valetta – Mellieha 35km

 

 

 

Dzień 7 – 30 września 2008 – wtorek

 

ZNOWU DESZCZ

 

Pogoda była tragiczna kiedy się obudziliśmy. Zostaliśmy zaskoczeni deszczem. Na dziś mieliśmy zaplanowany rejs przecież ale trudno coś oglądać pod wodą kiedyś nie ma słońca. Nie mniej jednak, zawsze jakaś szansa na rozpogodzenie istnieje więc przygotowywaliśmy się normalnie do wyjazdu do Bugibby.

 

I za chwilę po śniadaniu pogoda zrobiła się dużo lepsza więc postanowiliśmy pojechać do Bugibby trochę wcześniej żeby pooglądać jeszcze miasto. Poszliśmy więc na przystanek i czekaliśmy na nasz autobus. Kiedy podjechał jakaś dziewczyna zapytała czy to autobus do Valetty, a ja jej odpowiedziałem, że nie i jaki powinna wziąć. Basia się tylko zaśmiała, że już jestem tak profesjonalny, że mogę udzielać informacji na temat Malty.

 

Wysiedliśmy w centrum Bugibby, nieopodal brzegu morza. Niestety pogoda się nie poprawia a w dodatku zaczęło znów padać. Nasz rejs stanął pod wielkim znakiem zapytania. Mieliśmy dwie godziny czasu ale łażenie po deszczu to nie było to, czego chcieliśmy. Nie było jednak wyjścia.

 

Podeszliśmy szybko na główny plac i zaczęliśmy oglądać pamiątki i kartki. Do tej bowiem chwili jeszcze żadne z nas nie wysłało żadnej kartki. Zresztą ja już świadomie zrezygnowałem z tej czynności, skoro zazwyczaj sam nie dostaje żadnych to dlaczego mam ja wysyłać ale jedną obiecałem więc też je oglądałem.

 

Zeszło nam na tym ale w końcu Basia wybrała 12 kartek, a ja sobie kupiłem jakąś pierdółkę na pamiątkę, że tu w ogóle byłem. Zaopatrzeni w kartki, trzeba było je teraz wypisać. Poszliśmy więc do jakiegoś baru, zamówiłem sobie piwo, a Basia kawę. Zapytałem też obsługę skąd odchodzą te rejsy. Wskazali nam miejsce ale bardzo się zdziwili, że liczymy na rejs przy takiej aurze.

 

Mimo wszystko postanowiliśmy zaczekać. Ja sobie sączyłem piwo Cisk, a Basi stygła kawa bo wypisywała kartki. Oczywiście najpierw trudna decyzja, która kartka do kogo. Był ranking i pytania pomocnicze do mnie. W końcu tak się zapętliła z tymi kartkami, że wyszło jej, iż musi jedną dokupić. Musiała więc iść do sklepu po dodatkową.

 

Ludzie z tej knajpki cały czas się dziwili, że my w ogóle czekamy i wreszcie nie wytrzymali i znowu nas zagadali. Polecili żeby iść do biura gdzie siedzibę ma Captain Morgan i tam zasięgnąć rady, a właściwie odebrać pieniądze. Nawet pofatygował się jeden z nich na ulicę aby wskazać nam miejsce gdzie znajduje się to biuro. Poszliśmy więc tam i wytłumaczyliśmy o co nam chodzi. Facet zadzwonił gdzieś, pokiwał głową i potwierdził nasze obawy. Rejs został odwołany. Co do pieniędzy, to musimy odebrać je tam, gdzie bukowaliśmy czyli w naszym przypadku będzie to biuro w Melliesze.

 

Skoro nic już nie możemy zrobić, postanowiliśmy coś zjeść. Deszcz się wzmógł i szukaliśmy jakiegoś lokalu. W końcu znaleźliśmy jakiś zupełnie pusty. Basia złożyła zamówienie, a ja zaczytałem się w lokalnej angielskojęzycznej gazecie. Siedzieliśmy tam, czekając na jakąś poprawę pogody, od czasu do czasu komentując to, co wyczytałem w gazecie. Głównie ceny mieszkań i oferty pracy bo nawet w pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać nad całymi wakacjami spędzonymi tutaj.

 

Wreszcie nadszedł czas aby iść na przystanek i wracać do domu. Poszliśmy na przystanek, na którym wysiedliśmy i stanęliśmy po drugiej stronie ulicy wraz z innymi ludźmi. Mocno już padało i autobusy zabierały raz po raz kolejne osoby ale jakoś nasz autobus nr 48 nie podjeżdżał. Zaczynało być to frustrujące i po kolejnej porcji tych samych autobusów stwierdziliśmy, że to niemożliwe czekać tak długo.

 

Po drugiej stronie były jakieś budki z fast-foodami więc poszedłem tam się dowiedzieć czegoś. Babka nie wiedziała za bardzo ale facet z drugiej budki powiedział, że nasz autobus ma przystanek nieco wyżej i powinniśmy tam przejść. Skinąłem więc na Basię i ruszyliśmy pod górkę szukając naszego przystanku.

 

Nie było to trudne i chwilę później już staliśmy na właściwym miejscu. Niedługo też czekaliśmy na nasz autobus, który po prostu jechał inną trasą. Ale nasze niezadowolenie szybko umknęło kiedy wreszcie wysiedliśmy na przystanku w naszej wiosce. Oczywiście pierwsze kroki skierowaliśmy do biura gdzie bukowaliśmy nasz rejs.

 

Przywitała nas ta sama pani z tą niesamowitą manierą w głosie. Polegało to na tym, że mówiła jakby jej głos został celowo spowolniony, coś takiego jakby sytuacja kiedy taśma jest odtwarzana na innych obrotach. Oczywiście zauważyłem to za pierwszym razem ale teraz Basia też się pofatygowała ze mną więc dla niej to była nowość. Do końca dnia Basia ją przedrzeźniała mówiąc w kółko: "u-n-d-e-r-w-a-t-e-r-s-a-f-a-r-i". Pani jednak po wykonaniu telefonu sprawdzającego naszą wersję o odwołaniu rejsu, zaproponowała przełożenie rejsu na jutro, a w sytuacji kiedy odmówiliśmy, wypłaciła nam naszą kasę. W taki o to sposób ominęła nas zapewne interesująca przejażdżka po głębinach Morza Śródziemnego.

 

Nie mieliśmy w sumie żadnego pomysłu na resztę dnia. Ciężko coś wymyślić kiedy za oknem pada i w dodatku zbliżał się wieczór. Na pewno ten dzień praktycznie cały straciliśmy i obawialiśmy się czy nasza jutrzejsza wycieczka na Gozo będzie przebiegać w takiej samej atmosferze lub czy w ogóle się odbędzie.

 

Tymczasem siedzieliśmy w pokoju i oglądaliśmy Eurosport. Akurat był mecz Radwańskiej więc nawet Basia się zainteresowała stacją sportową, a przynajmniej nie zmieniała kanałów. Potem zaczęła wymyślać w co się dziś ubrać na kolację. Chyba trochę chciała wziąć przykład z Sandry z Anglii i jej matki, które występowały codziennie w innej kreacji. Basia więc kilka razy się przebrała zanim ostatecznie zeszliśmy na dół.

 

Na stołówce odkryliśmy jedną interesującą rzecz tym razem. Otóż, po naszym śledztwie wyszło nam, że niejaki Dżizes, czyli szef kuchni w naszym hotelu, to Słowak. Widocznie podłapał fuchę i siedzi sobie na Malcie. Na razie jednak nie zdradziliśmy się, że jesteśmy Polakami.

 

Po kolacji z powrotem poszliśmy na górę i do końca juz oglądaliśmy TV. Tuż przed zaśnięciem rozpętała się niesamowita burza. Deszcz lał się strumieniami, pioruny waliły non-stop, pokój rozjaśniał się od błyskawic i na dodatek z nieba spadł potężny grad. Normalnie obłęd! Masakra! Mnie to mimo wszystko ucieszyło bo liczyłem, że cała woda spadnie na ziemię, a tym samym odsłoni słońce, którego na jutro potrzebowaliśmy.

 

Zobacz video z całego tygodnia:  http://pl.youtube.com/watch?v=TrrZRUYcBIo

 

Dzień 7: Mellieha – Bugibba – Mellieha 15km

 

 

 

Dzień 8 – 1 października 2008 – środa

 

GOZO

 

Dziś cały dzień mieliśmy poświęcić na zwiedzanie drugiej wyspy Malty – Gozo. Dlatego zbieraliśmy się rano dość szybko, bez zbędnych ceregieli. Zeszliśmy na śniadanie, znów nas nie zaskoczyli bo dali to samo co zawsze. Potem zasięgnąłem rady u przemiłej pani w recepcji. Była bardzo przychylnie nastawiona, co mnie trochę zaskoczyło, ponieważ wydawało mi się, że może istnieć jakaś cicha rywalizacja między mieszkańcami tych wysp.

 

Ustaliliśmy numer autobusu, który miał nas zawieźć do portu, tam taniutki bilet na prom, a dalej podobno możemy jeździć na bilety maltańskie. Tyle się dowiedzieliśmy od pani. Była jednak sceptycznie nastawiona do naszego podróżowania po wyspie autobusami. Dziwiła się, że nie wzięliśmy sobie auta z wypożyczalni. Na koniec przekonywała mnie, że Gozo jest zupełnie inne i na pewno będziemy bardzo zadowoleni z wycieczki.

 

Wsiedliśmy więc w autobus nr 49, który zawiózł nas do portu. Z naszego przystanku było to dość blisko więc od razu poszliśmy dowiedzieć się o promy. Okazało się, że promy pływają 24 godziny na dobę, a cena to €4.65. Kupiliśmy sobie bilety i poszliśmy jeszcze na zewnątrz obserwować jak prom wraca z Gozo.

 

Potem rozpoczęła się odprawa. Czekaliśmy chwilkę z innymi ludźmi, m.in. z facetem z dziwnym palcem u nogi, a potem weszliśmy na statek. Przeszliśmy z pokładu samochodowego na ten, przeznaczony dla pieszych i w pięknym słońcu obserwowaliśmy jak oddalaliśmy się od brzegu Malty.

 

Cała podróż trwa normalnie 25 minut, omija się wyspę Comino i potem prosto już do portu Mgarr na Gozo. Sama wyspa jest dużo mniejsza od Malty, zamieszkuje ją niespełna 30,000 ludzi, jest na pewno bardziej zielona i ma naprawdę sporo do zaoferowania. Tylko raz, przez dwa lata, Gozo było niepodległe. Jest częścią państwa Malty i nie ma nawet swojego lotniska.

 

Kiedy zeszliśmy na brzeg, musieliśmy przejść długą drogę do miasta. Oczywiście udawaliśmy się od razu na przystanek autobusowy ale w pewnej chwili zaczepiła nas jakaś starsza pani i spytała czy przyjechaliśmy na jeden dzień na Gozo. Gdy potwierdziliśmy to, zaczęła nas nagabywać aby skorzystać z usług jej firmy przewozowej. W skrócie polegało to na tym, że ona nam daje vana z kierowcą, a ten zawozi nas w te miejsca, które są tego warte. Wymieniła nam listę tych miejsc, w odpowiedniej kolejności i zapewniła, że jeśli będą inni ludzie z nami, to będziemy się z nimi spotykać tylko w samochodzie. O tym gdzie jedziemy i jak długo tam zostajemy miał decydować kierowca.

 

My raczej byliśmy sceptycznie nastawieni do czegoś takiego, kręciliśmy nosami i czuliśmy, że to może być zwykłe naciąganie. Kobieta jednak zaklinała się, że jest uczciwa i że na pewno nie będziemy żałować i że jest w stanie nawet oddać nam kasę za bilety jeśli będziemy niezadowoleni. Zapewniła, że jeżdżąc autobusami, nie mamy szans obejrzeć nawet połowy tego, co ona proponuje bo większość czasu spędzimy na przystankach. W pewnym sensie potwierdziła słowa pani recepcjonistki z naszego hotelu.

 

Kiedy skrzywiliśmy się na cenę €60, od razu zaproponowała: "~ ...specially for you - €50!". Po namyśle stwierdziliśmy, że zaryzykujemy. Wtedy ona ucieszona zaprosiła nas do swojego biura. Biuro to może za dużo powiedziane bo była to jakaś klitka przy terminalu ale były tam mapki, które nam dała, naklejki, które nam przykleiła do koszulek no i telefon, z którego skorzystała dzwoniąc po kierowcę.

 

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że z nami nie będzie nikogo innego, co oznaczało, że mieliśmy mieć praktycznie swojego prywatnego szofera. I rzeczywiście za chwile zjawił się dość groźnie wyglądający (długie włosy, mocny zarost w stylu koziej bródki, ciemne okulary) ale bardzo miły facet. Pani zapewniała, że kierowca umie po angielsku i sam jest przeszkolony aby nam co nieco poopowiadać o zabytkach.

 

Wpakowaliśmy się więc do jego furgonetki, niemłodej trzeba dodać, i pojechaliśmy do pierwszego miejsca na ich liście. Kiedy ja robiłem listę nie przywiązywałem zbytniej wagi do stolicy Gozo – Victorii ale kiedy nas tam miał zawieźć, to oczywiście nie protestowaliśmy.

 

Victoria albo Rabat - miasto w Republice Malty, stolica wyspy Gozo, ok. 6,500 mieszkańców.

Nad miastem góruje położona na wzgórzu cytadela, skąd roztacza się szeroki widok na miasto i okolice. Fortecę wznieśli tu jeszcze w średniowieczni Aragończycy, jednak później popadła w ruinę. Jej południowe skrzydło, znajdujące się bezpośrednio nad miastem, odbudowali dopiero Joannici na początku XVII wieku.

Do innych atrakcji miasta zalicza się XVII-wieczna barokowa Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Projektował ją Lorenzo Gafà, który był pomysłodawcą również katedry w Mdinie. Uważa się, że katedra stoi na miejscu dawnej lokalizacji rzymskiej świątyni Junony.

 

Kierowca doradził nam oczywiście udać się do cytadeli i rzucić okiem na panoramę miasta. Podobno ma być widać też jakiś plac targowy. Tymczasem wysadził nas na dworcu autobusowym i powiedział, że będzie tu na nas czekał za godzinę. Pokazał kierunek w jakim mamy iść aby dojść do cytadeli i pożegnaliśmy go. Ruszyliśmy więc do cytadeli zastanawiając się czy pożegnaliśmy tego człowieka już raz na zawsze, czy jednak będzie słowny i zgodnie z umową będzie na nas czekał.

 

Przeszliśmy ulicami Victorii i od razu pierwsza rzecz jaka rzuciła mi się w oczy (już nawet podczas podróży samochodem) była taka, że Gozo jest dużo czystsze od Malty. Prawdę mówiąc trudno nie znaleźć czystszego kraju niż Malta i choć Gozo to nie Szwecja, to jednak różnica jest zauważalna od razu.

 

Wkrótce wdrapaliśmy się na cytadelę skąd rzeczywiście rozpościera się piękny widok. Nie tylko na miasto ale również na całą wyspę. Widać z niej plaże, morze, miasto, pagórki, pola, domy.... Naprawdę miłe miejsce. Pochodziliśmy sobie po murach obronnych, spotkaliśmy pierwszą tego dnia jaszczurkę, która wygrzewała się w słońcu na murku. Niestety jednak żadnego placu targowego nie widzieliśmy.

 

Fot.13. Victoria – widok z Cytadeli na miasto.

 

Nie mieliśmy czasu aby dokładnie zwiedzić to miejsce, były tam jakieś muzea, katedra i nawet pomnik naszego papieża. Po obejściu tego miejsca, schodami w dół wróciliśmy do miasta. Wyszło, że przyszliśmy na przystanek za wcześnie więc Basia wysłała mnie po lody, bo strasznie gorąco było. Lody znalazłem i kupiłem ale cena była dość wysoka - €4.

 

Kiedy skończyliśmy nasz deserek zauważyliśmy naszego kierowcę i już wiedzieliśmy, że nasze ryzyko się opłaciło. Załadowaliśmy się do samochodu i wyruszyliśmy w kierunku jedynego płatnego obiektu w dniu dzisiejszym. Facet zawiózł nas do świątyń Ggantija – najstarszej budowli na świecie stworzonej przez człowieka.

 

Ġgantija - stanowisko archeologiczne na wyspie Gozo w Republice Malty, w 1980 roku wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Zachowały się tu dwie megalityczne świątynie, zaliczane do najstarszych wolno stojących budowli na świecie Kompleks świątynny w Ġgantija liczy około 5,800 lat, przy czym mniejsza ze świątyń powstała około 150 lat później niż większa. Do naszych czasów zachowały się zewnętrze mury, miejscami sięgające 6 metrów. Na podstawie rozmiarów wapiennych bloków, ważących niekiedy ponad 50 ton, ocenia się, że świątynie były pierwotnie jeszcze wyższe. Świątynie były najprawdopodobniej miejscami prehistorycznego kultu płodności.

 

Wstęp do tych świątyń był płatny ale cena była rozsądna - €3.50. Umówiliśmy się z kierowcą, że możemy tam być ile chcemy, bo on i tak nigdzie nie jedzie. Zaznaczył, że zazwyczaj trwa to ok. 20 minut.

 

Poszliśmy więc wzdłuż alei wysadzanej jakimiś owocowymi drzewami, z których zwisały owe owoce. Basia chciała sobie jednego zerwać, kiedy zauważyła kartkę przyczepioną do tych drzew: "Do Not Touch". Więc szybko odjęła rękę i zrobiła tylko zdjęcie tym... kartkom.

 

Kiedy przeszliśmy przez kolejną bramkę, mogliśmy juz cieszyć oczy tym najstarszym obiektem zbudowanym przez człowieka. Oczywiście dla sceptyka była to tylko kupa kamieni ale nawet Basia powiedziała, że jej się to bardziej podoba niż Stonehenge. Nie było to coś, co rzuca na kolana ale sama świadomość jak stare to jest, robiła wrażenie. Szpeciły trochę rusztowania podtrzymujące ale udało się nam zrobić kilka fajnych fotek.

 

Fot.14. Świątynie Ggantija.

 

Nie wszędzie można wejść, zresztą nie ma tam za dużo do oglądania ale trochę czasu nam to zajęło. Przedłużyło się jeszcze bardziej kiedy natknęliśmy się na stoisko pewnej babuni. Miejscowa pani sprzedawała swoje wyroby. Było sporo rzeczy z wełny ale i jakieś dżemy czy zioła. Basia zaczęła przymierzać sweterki, szaliki, trochę grymasiła ale widać, że miała ochotę kupić coś sobie. W sumie fajne, ciepłe, naturalne rzeczy z gozowskich owiec. Babinka zresztą też gorąco zachęcała i w końcu Basia kupiła sobie szalik na zimę. Naprawdę ciepły i przyda się na londyńskie zimy.

 

Kiedy wyszliśmy z obiektu, nasz kierowca już na nas czekał. Gadał sobie z jakimś znajomym. Zapewne ciągle się tu spotykają kiedy ten przywozi nowych turystów do tego miejsca. Zapakowawszy się do vana, usłyszeliśmy że jedziemy do jaskini nimfy Kalipso. A właściwie na punkt widokowy nad przepiękną plażą Ramla nad zatoką Ramla Bay.

 

Odległości na wyspie nie są duże więc dość szybko byliśmy na miejscu. Umówiliśmy się tak samo, to znaczy, że kierowca będzie na nas czekał aż sobie wszystko w spokoju pooglądamy. Przeszliśmy wąską dróżką i znaleźliśmy się na półce skalnej z rzeczywiście pięknym widokiem. Na wprost nas rozpościerał się widok bezkresnego morza, a po prawej stronie mieliśmy zatoczkę i ogromną piaszczystą plażę. Co ciekawe, piasek nie był żółty, a bardziej jego kolor przechodził w barwę pomarańczową. Po lewej stronie mieliśmy wąskie zejście do groty w której podobno nimfa Kalipso więziła Odyseusza.

 

Kalipso zakochała się w Odyseuszu, gdy ten znalazł u niej ratunek i gościnę po rozbiciu się okrętu, na którym podróżował. Próbowała go zatrzymać na wyspie, obiecując wieczną młodość i nieśmiertelność. Z nakazu bogów po ośmiu latach prób musiała zrezygnować ze swoich planów, pomóc Odyseuszowi w budowie nowego statku oraz wskazać mu gwiazdy, które pokażą kierunek powrotnej podróży do rodzinnej Itaki.

 

Sama jaskinia to taka wątpliwa przyjemność. Ciężko się tam schodzi, czuć odór moczu, a w środku jest ciemno i ciasno. Widok jest co prawda ten sam co z góry ale jednak zanim człowiek znajdzie sobie dobrą i wygodną pozycję na oglądanie, to ochota przechodzi. Nie spędziliśmy więc tam za dużo czasu i po wyjściu, zerknięciu jeszcze raz na wspaniały widok, wróciliśmy do samochodu.

 

Fot.15. Zatoka Ramla.

 

Zostaliśmy poinformowani, że jedziemy teraz do bazyliki Ta'Pinu, która została wybudowana w miejscu rzekomych objawień matki Boskiej. Musieliśmy znowu przejechać przez Victorię bowiem drogi na Gozo rozchodzą się promieniście od stolicy usytuowanej centralnie.

 

Jadąc w kierunku bazyliki, minęliśmy po drodze wzgórze, na której wybudowana została replika Chrystusa z Rio. To kolejna kopia tego posągu. Nie zbliżyliśmy się do tego pomnika na tyle aby go dokładnie zobaczyć ale na prośbę Basi, kierowca się zatrzymał aby mogła sobie zrobić zdjęcie. Ja to oczywiście wykorzystałem na sfilmowanie obiektu.

 

Z boku wioski Gharb mieści się cel naszej wizyty czyli Santwarju tal-Madonna ta' Pinu. Ten stosunkowo młody kościół (1932) słynie z zakrystii, w której zgromadzono niezliczoną ilość podziękowań dla Matki Boskiej, która wysłuchała próśb o zdrowie. Widać na ścianach przyczepione nie tylko listy, zdjęcia i dokumenty medyczne ale również kule, protezy i inne gadżety, z którymi zapewne ludzie pożegnali się na zawsze. Na posadzce wielkimi literami została namalowana inskrypcja potwierdzająca fakt odprawienia w tym miejscu mszy przez papieża Jana Pawła II w 1990 roku.

 

Tutaj nie zabawiliśmy zbyt długo i po krótkiej wizycie w kościele byliśmy gotowi na kolejną atrakcję. Tym razem chyba jechaliśmy do najbardziej charakterystycznego miejsca na całej wyspie – wybrzeża Dwejla. Tam też znajduje się Lazurowe Okno oraz kilka innych formacji skalnych.

 

Lazurowe Okno widać już było kiedy się zbliżaliśmy drogą do wybrzeża. Krętą drogą zjeżdżaliśmy coraz niżej aż do samego brzegu. Tam nasz kierowca zapytał nas czy chcemy zdążyć na prom o 16.30, czy 17.15. Wybraliśmy ten późniejszy bo chcieliśmy troszkę połazić po tych skałach.

 

Nasz szofer doradził nam abyśmy popłynęli sobie motorówką skąd ponoć widać koralowce zamieszkujące te tereny. To było całkiem możliwe ze względu na sporą ilość płetwonurków przechadzających się w tym miejscu. Widać, że to popularne miejsce na nurkowanie a więc jest co oglądać w tych wodach.

 

My jednak najpierw udaliśmy się pod Lazurowe Okno. Charakterystyczna formacja skalna, która z czasem się pewnie zawali. Z tego względu zabroniono turystom wchodzić na półkę. My też oczywiście nie łamaliśmy tego zakazu.

 

Fot.16. Lazurowe Okno

 

Kawałek dalej mieści się tzw. Wewnętrzne Morze. To zamknięta laguna ze słoną wodą, która łączy się z otwartym morzem, wąskim 80 metrowym tunelem. Z każdej strony otoczone jest wysokimi klifami. Tam też siedzibę swoja mają faceci, którzy proponują przejażdżkę motorówką na zewnątrz.

 

Kiedy się tam znaleźliśmy, od razu jeden z nich zaproponował podróż z nim. Gdy upewniłem się, że wystarczy nam czasu zgodziliśmy się na 15 minutową wyprawę. Te €3.50 to jedne z najlepiej wydanych kwot gdyż rejs motorówką dostarczył nam niesamowitych wrażeń.

 

Najpierw przepłynęliśmy przez ten tunel. Różnica głębokości między Wewnętrznym Morzem a Morzem Śródziemnym (czyli dwie różne strony tunelu) jest ogromna, gdyż głębokość na zewnątrz dochodzi nawet do 35 metrów. Kolor wody jest też inny, a na skałach widać koralowce w różnych konfiguracjach kolorystycznych. Nasz przewodnik zabrał ze sobą jakiegoś innego jeszcze człowieka, starszego pana i obaj od czasu do czasu wyjaśniali nam, co jest co i na co zwracać uwagę.

 

Wpływaliśmy do kilku grot, oczywiście podpłynęliśmy do Lazurowego Okna od drugiej strony, widzieliśmy skałę Fungus, która słynęła w dawnych czasach jako siedlisko pewnego grzyba rzekomo posiadającego właściwości zbliżone do viagry i przez to mocno strzeżonego przez Kawalerów Maltańskich oraz kilka innych skał przypominających a to krokodyle, a to ludzką twarz.

 

Cała wyprawa była bardzo miła i ciekawa i nie zdążyła się nam znudzić bo już z powrotem wpływaliśmy przez tunel. Facet zainkasował €7 od nas i pokazał cały plik banknotów jakie miał w kieszeni. Zrobiło to spore wrażenie na Basi.

 

Fot.17. Wewnętrzne Morze i tunel do Morza Śródziemnego.

 

To była ostatnia atrakcja pobytu na Gozo. Po wypaleniu ostatniego papierosa na tej wyspie, byliśmy gotowi na powrót na Maltę. Weszliśmy do naszego starego vana i ruszyliśmy prosto do portu. Kierowca wysadził nas pod terminalem, pożegnaliśmy się z nim i weszliśmy do środka. Terminal znacznie różni się od tego obskórnego po drugiej stronie kanału. Tutaj wszystko nowe, czyste i przyjemne. Chwilkę poczekaliśmy na prom i po chwili już płynęliśmy w kierunku Malty.

 

Po wyjściu nie musieliśmy czekać na autobus bo już stał. Weszliśmy i odkryliśmy, że do hotelu zawiezie nas ten, który wiózł nas jako pierwszy kilka dni temu. Wysiedliśmy w centrum wsi i znana juz na pamięć drogą wróciliśmy do hotelu.

 

Byliśmy dość głodni bo nie mieliśmy okazji nic zjeść będąc na Gozo. Poszliśmy więc od razu na kolację. Potem już tylko na górę bo jednak cały dzień w podróży dał się nam we znaki. Wykąpaliśmy się i ja sobie włączyłem mecz pucharu UEFA Inter – Werder. Oczy mi się zamykały i gdy tylko mecz się skończył od razu zasnąłem. Basia już spała od dawna.

 

Zobacz video z Gozo: http://pl.youtube.com/watch?v=7sUzAja74Bk

 

Dzień 6: Mellieha – Gozo – Mellieha 45km

 

 

 

Dzień 9 – 2 października 2008 – czwartek

 

PLAŻOWE OSTATKI

 

 

W nocy znów lało więc szczerze wątpiliśmy czy uda nam się ostatni raz iść na plażę. Rano widać było tęczę i potem zaraz zaczęło się przecierać. W takim razie po śniadaniu wzięliśmy materac i poszliśmy na plażę.

 

Mieliśmy przewidziane siedzieć tam do 16.00 bo wtedy kończy się wypożyczenie leżaków i parasola więc przed nami było kilka godzin opalania. Tzn. opalania dla Basi bo ja oczywiście nie zamierzałem się w ogóle wystawiać do słońca.

 

Plaża zapełniła się ludźmi i nawet dojrzeliśmy naszą znajomą Zuzę z Anglii ze swoim mężem. Zuza wystawiała tylko nogi no słońca bo zapewne ciężko było jej znaleźć tak obszerny gabarytowo strój na plażę. Siedziała więc sobie i czytała, a jej mąż od czasu do czasu wchodził do wody.

 

Do wody zaciągnęła mnie też Basia. Poszedłem więc wraz z nią powygłupiać się na materacu, pośmialiśmy się, popływaliśmy i mimo chwili w sumie spędzonej w wodzie, poczułem słońce na plecach i rzeczywiście widać było jego ślady. Zatem mimo października i mimo dość krótkiej chwili spędzonej na słońcu, nadal było ono dość ostre. Nie przeszkadzało to parze, która rozłożyła się obok nas. Była ona charakterystyczna z powodu tego, że dziewczyna opalała się topless. Niby nic takiego ale po pierwsze na Malcie jest to podobno zabronione, po drugie rozmiarami przyciągała wzrok, a po trzecie w sutkach miała jakieś ćwieki czy kolczyki, co już zupełnie ciekawiło nie tylko facetów ale też na przykład Basię, która zastanawiała się jak to w ogóle jest i zauważyła, że sutki tej pani są wiecznie nabrzmiałe i sterczące.

 

W pewnym momencie nad plażą zgromadziły się spore chmury i część ludzi zaczęło nerwowo spoglądać ku niebu. Kwestią czasu było to że lunie. I rzeczywiście w pewnej chwili zaczęło kropić, a potem przerodziło się to w mocny opad. Część plażowiczów w popłochu zaczęła uciekać, część schowała się pod parasole próbując przeczekać ten deszcz. Sytuacja ucieszyła tylko pracowników wypożyczających leżaki i parasole bo przecież wszystko było opłacone do 16.00, a w momencie kiedy zaczęło padać było ok. 13.00. Wyjechali więc swoimi traktorkami z przyczepkami i zaczęli ładować na nie leżaki i parasole pozostawione przez tych, którzy już zakończyli plażowanie w dniu dzisiejszym. Jednak bardzo się zdziwili kiedy okazało się, że deszcz był nagły ale i krótki. Chmury sobie przeszły łukiem i wróciła piękna słoneczna pogoda, która już utrzymała się do końca dnia. Cała akcja deszcz-na-plaży potrwała nie więcej niż 20 minut.

 

My oczywiście twardo siedzieliśmy pod parasolem w trakcie ulewy. Cały pobyt na plaży był uzależniony od Basi ale Basia na godzinkę przed terminem postanowiła, że na dziś wystarczy plażowania. Spędziliśmy więc na plaży około 5 godzin i to było nasze pożegnanie z maltańską plażą.

 

Kiedy skończyliśmy opalanie, po raz pierwszy udaliśmy się na przeciwną stronę ulicy gdzie znajdował się ponoć jakiś supermarket. Basia chciała kupić winogrona. Jednak wchodząc na teren, który był ogrodzony i pokryty palmami, weszliśmy do luksusowego obiektu z basenem, hotelem i rzeczonym supermarketem. Weszliśmy do niego i od razu natknęliśmy się na parę z Polski. Przywitaliśmy się tylko, nie wchodząc w dyskusję i wyszliśmy z kilogramem winogron.

 

Na przystanku autobusowym spotkaliśmy... drugą parę z Polski. Ci, tym razem, nie byli chętni na ujawnianie się i choć doskonale wiedzieli, że jesteśmy z Polski, a oni mieli problem z zorientowaniem się jak dojechać do Melliehy, nie mieli ochoty na rozmowę z nami. Kiedy ta dziewczyna dyskutowała z kierowcą, Basia zajęła miejsce, a ja pokazałem kierowcy nasze bilety. Jednak kierowca ponownie doczepił się do braku daty na moim. Ale był miły i dał się przekonać, że bilety były drukowane jeden po drugim. Na koniec rzucił uwagę, że powinienem sobie włożyć mój bilet do takiego samego etui jak ma... moja żona. Po raz pierwszy ktoś wziął nas za małżeństwo.

 

Po dotarciu do hotelu, najpierw wykąpaliśmy się aby zmyć morską sól z naszych ciał. Chwilkę posiedzieliśmy w pokoju i postanowiliśmy wyjść do bankomatu bo brakło nam funduszy. Po wyjęciu pieniędzy, wymyśliliśmy, że dzisiejszy wieczór spędzimy sobie razem z winem i poszliśmy jakieś wybrać. Z winem nie było problemu bo kilka sklepów sprzedawało je ale wiedzieliśmy, że będzie problem z kubkami, których nie było w pokoju no i korkociągiem.

 

Co do otwierania to zawsze była opcja "na spławik" ale kubki to był problem. Postanowiliśmy go rozwiązać od razu we wsi i dlatego zapytaliśmy w sklepie o jakieś plastikowe kubki. W sklepie gdzie kupiliśmy wino, takowych nie było ale już sklep dalej miły pan dał nam dwa styropianowe kubki i nawet nie chciał za nie pieniędzy. Życzył miłego wieczoru w dodatku. Później żałowaliśmy, że to u niego nie kupiliśmy tego wina.

 

Wróciliśmy do hotelu i poszliśmy na kolację. Tam wreszcie ujawniliśmy się, że jesteśmy z Polski i mogliśmy chwilkę pogadać ze Słowakiem, który przyznał się nam, że jest ze Słowacji, nie wiedząc, że my już to ustaliliśmy wcześniej. Po kolacji, zrobiłem jeszcze kilka ujęć na pamiątkę i wróciliśmy do pokoju. Basia zaczęła się już pakować, ja nie za bardzo gdyż nawet się nie zdążyłem wypakować. Poza tym było sporo czasu. Poszedłem na dół ustalić konkretne procedury wymeldowania i akurat trafiłem na Joe'go, który poinformował mnie, że musimy opuścić pokój do 11.00 ale możemy zostać na terenie hotelu ile chcemy. To nam pasowało bo samolot mieliśmy o 16.55 licząc jeszcze dwie godziny na odprawę plus godzinę na dojazd na lotnisko, mimo to wszystko nadal mieliśmy sporo czasu. Plan był poopalać się przy hotelowym basenie.

 

Dzień 10 – 3 października 2008 – piątek

 

SZOK TERMICZNY

 

Malta żegnała nas piękną pogodą. Mieliśmy zagwarantowane śniadanie jeszcze więc po raz ostatni zeszliśmy na dół. Menu znaliśmy na pamięć ale w ostatni dzień zauważyliśmy nowe twarze. Uśmialiśmy się z dwóch angielskich podstarzałych pederastów, którzy od razu rzucali się nam w oczy ze swoim gejostwem oraz na końcu sali siedział ten Polak, którego wczoraj widzieliśmy na przystanku. Szybko też Basia zauważyła, że dlatego siedzi sam gdyż jego dziewczyna w tym czasie mocuje się z całym śniadaniem dla niego i siebie. Facet siedział sobie w najlepsze jak królewicz, a dziewczyna biegała i donosiła wszystko na stół sama.

 

Dopiero po śniadaniu zabrałem się za pakowanie. Kiedy posprawdzaliśmy czy wszystko już mamy, że nic nie zostało, że zabezpieczyliśmy wina w torbach mogliśmy zejść na dół. Tam przy recepcji zostawiliśmy bagaże i Basia rozebrała się jeszcze do bikini aby złapać ostatnie promyki jesiennego maltańskiego słońca przy hotelowym basenie. Towarzyszyła jej Zuza z mężem.

 

W tym czasie dowiedziałem się od najbardziej charakterystycznego członka ekipy z recepcji nazwanego przez nas "Five Minutes Behind" z powodu jego prawdopodobnie lekkiego opóźnienia umysłowego, że na lotnisko zawiezie nas autobus nr 8 ale wpierw musimy dostać się do Valetty. Ja to wszystko oczywiście już wcześniej wynotowałem sobie z internetu ale warto zawsze potwierdzić u źródła. Tym razem wszystko się zgadzało.

 

Wreszcie nadszedł czas aby wziąć nasze graty i udać się na przystanek. Świecące kółka Basi walizki nie były widoczne w dzień ale słychać było je w całej wiosce kiedy Basia ciągnęła swoją walizeczkę za sobą. W drodze na przystanek minęliśmy Zuzę, która szła na spacer, a właściwie na tour od knajpy do knajpy.

 

Na przystanku trochę czekaliśmy w słońcu na nasz autobus. Kiedy podjechał był bardzo załadowany ale o dziwo ludzie byli tak uprzejmi, że przepuścili nas z naszymi wielkimi torbami i mogliśmy usiąść na samym przodzie obok kierowcy. W taki sposób dojechaliśmy do terminalu w Valetcie. Tam musieliśmy się przesiąść na inny autobus jadący na lotnisko.

 

Kiedy wyszliśmy w Valetcie, nie za bardzo wiedzieliśmy skąd odjeżdża nasz autobus ale chwilę później znaleźliśmy odpowiedni przystanek i upewniliśmy się widząc dwie grube Angielki z ogromnymi bagażami stojące w tym samym miejscu. W tym samym czasie trzech kierowców paliło sobie papierosy w autobusie. Pasażerowie stali w słońcu i czekali na niewiadomo co.

 

W końcu kierowcy poszli gdzieś, a jeden z nich wrócił i zaczął wpuszczać ludzi. Kiedy doszło do nas, facet zażądał dodatkowej opłaty za bagaż. Bardzo mnie tym zaskoczył bo przecież przed chwilą jechaliśmy z Melliehy i nikt niczego takiego od nas nie chciał. Widocznie zdziwiła go moja mina bo zapytał: "~Jesteś zaskoczony?", "~Tak" – potwierdziłem i wtedy on wkurzył się na maxa i zaczął podniesionym głosem instruować mnie, że jeśli mi się nie podoba, to zaraz każe mi wysiąść i będę musiał jechać taksówką. W dodatku to on tu wie jakie są przepisy. Mi nie chodziło o to, że mam zapłacić, bo cena była śmiesznie niska. Zapłaciłem mu te €0.35 ale nadal uważałem, że to nie było w porządku, że raz się płaci, a innym razem nie, szczególnie wkurzyły mnie te jego groźby więc do końca podróży burczałem coś tam pod nosem po polsku i myślę, że gościu doskonale wiedział, że to w tej sprawie warczałem.

 

Przed lotniskiem wszedł do autobusu kanar. Pierwszy raz mieliśmy okazję spotkać takowego ale wszystko było OK i dojechał z nami do lotniska. Zabraliśmy bagaże, Basia grzecznie podziękowała kierowcy za podróż, a my weszliśmy sobie do chłodnego terminalu.

 

Po odprawie postanowiliśmy coś zjeść. Nie mieliśmy dużo pieniędzy bo przez tego pajaca w autobusie musiałem rozmienić €5 i zostało nam niecałe €5. Za dużo to nie było ale w lotniskowej knajpie znaleźliśmy potrawę pt: Jordan's Dip, na którą składały się frytki z sosem bbq. Siedzieliśmy sobie w knajpie obserwując płytę lotniska. Czytaliśmy menu z którego wynikało, że wszystkie potrawy nawiązywały w swoich nazwach do nazwisk znanych sportowców. Frytki były niesamowicie gorące ale sos był do kitu i Basia załatwiła ketchup i majonez i tak zakończyliśmy nasz lunch.

 

Po jedzeniu poszliśmy już do hali odlotów i tam niemiła wiadomość. Nasz samolot się opóźni i mamy dodatkowe 40 minut na zwiedzanie sklepów bezcłowych. No ale było ich niewiele. W jednym z nich wywaliłem karton papierosów i musieliśmy szybko uciekać bo nie dało się tego poukładać.

 

Resztę czasu spędziliśmy siedząc po prostu na krzesełkach i czekając na nasz lot. Basia zauważyła nawet faceta, który z nami przyleciał ponad tydzień temu. Siedział wtedy tuż obok nas. Teraz był nieźle spalony na twarzy. Tym razem nie siadł z nami, za to mieliśmy innego Anglika, który bardzo się uśmiał ze mnie kiedy przed startem pilot ogłosił, że w Londynie temperatura wynosi +10, a ja na nogach nadal miałem sandały.

 

Lot przebiegał już bez kłopotów. Dostaliśmy obiad, nadal lot był obsługiwany tylko przez mężczyzn, nie było żadnej stewardessy. Trochę zajęliśmy się filmem – jakaś komedia romantyczna z Zetą-Jones, a potem już tylko wyczekiwaliśmy Londynu. Zdążyliśmy jeszcze zobaczyć, zanim zapadł zmrok, francuskie Alpy i kawałek Paryża, a potem już prosto na Heathrow. Zrobiliśmy kółko nad Londynem i dopiero wtedy zobaczyliśmy jak ogromną metropolią jest to miasto.

 

Fot.18. Karta pokładowa lotu powrotnego.

 

Po wylądowaniu dało się odczuć szok termiczny. Zastała nas angielska pogoda i już mogliśmy zapomnieć o słońcu i cieple. Dość długo trwała odprawa paszportowa dla Basi. Była sprawdzana konkretną chwilę kiedy ja już na nią czekałem za bramką. Potem długie oczekiwanie na bagaże i wreszcie mogliśmy się przebrać z letnich ubrań.

 

Byliśmy na Heathrow w terminalu nr 4 i teraz nie pozostało nam nic, tylko wydostać się z lotniska. Zaczęliśmy szukać stacji metra. Jeździliśmy wózkami z naszymi bagażami po całym terminalu i kiedy wydawało się nam, że już jesteśmy na miejscu, zaczęliśmy szukać kierunku odjazdu pociągu z mapką. Wtedy podszedł do nas jakiś młody człowiek, który wyjaśnił nam na początku, że: "~You're in a slightly wrong place" po czym skierował nas w odpowiednie miejsce.

 

Tam już tylko doładowaliśmy bilety i można było jechać w kierunku Acton Town. Siedząc w przedziale do samego końca byliśmy zmuszeni wysłuchiwać wynurzeń jakiegoś polskiego pederasty skrzywdzonego przez polskie społeczeństwo, który odnalazł sens życia w Londynie. Zwierzał się jakiemuś swojemu koledze i wspólnie omawiali sytuacje polityczno-społeczne w krajach europejskich. Myślałem, że to tylko na mnie tak działało ale Basia po wyjściu na stacji w Acton od razu wypaliła, że juz nie mogła gościa zdzierżyć.

 

Na stacji Acton mieliśmy przesiadkę i tam wydarzyła się śmieszna rzecz kiedy po zmianie peronów, podeszło do nas dwoje Rosjan z pytaniem o kierunek na Heathrow. Zgodnie z moim odczuciem skierowałem ich na inny peron, tzn. ten, z którego właśnie wróciliśmy, jadąc z Heathrow. Do rozmowy wtrąciła się jednak Basia, która karcąc mnie, wskazała im pociąg, który właśnie wjeżdżał na stację. Jednak już po chwili zorientowała się, że to był nasz pociąg, a my przecież nie mieliśmy zamiaru jechać z powrotem na lotnisko. Nasi Rosjanie wmieszali się w tłum i straciliśmy ich z widoku. Ale w pociągu dostrzegliśmy ich i zaczęliśmy im pokazywać żeby wyszli. Było już za późno i Ruscy pojechali razem z nami. Wyszli dopiero na następnej stacji. Mieliśmy tylko nadzieję, że nie byli z mafii.

 

Nastepną przygodę mieliśmy na stacji Alperton kiedy maszyna skasowała mój bilet ale nie otworzyła bramek. Musieliśmy interweniować u pani w okienku, która w końcu otworzyła nam furtkę i mogliśmy iść na autobus 297, który właśnie podjechał. Po chwili byliśmy już w domu, czyli na Perivale.

 

Jako, że nie mieliśmy nic do jedzenia w domu, postanowiliśmy kupić po drodze pizze i w ten sposób zjeść kolację. Zanim poszliśmy do jednej z nich, długo sprzeczaliśmy się o to, do której mamy iść. W końcu wyszło na moje ale Basia uparła się aby zjeść w domu bo nie chciała jeść w pizzerii. Więc obładowani z bagażami i dodatkowo z pudełkami z pizzą i chlebem czosnkowym zawitaliśmy do domu.

 

Tam zaskoczyła nas impreza w kuchni. Do Zygmunta przyjechała żona i wraz z Sajlentami raczyli się wódeczką i sałateczką. Nie trafiliśmy w odpowiedni moment ale udało się nam zjeść nasze zakupy i mogliśmy iść spać do celi. Wiedzieliśmy, że nie wyśpimy się za bardzo we dwójkę na tym wąskim łóżku ale nie było wyjścia. Zdążyliśmy jeszcze razem obejrzeć mój film z Londynu z wakacji i zasnęliśmy w chłodnym pokoju.

 

Dzień 10: Mellieha - Londyn 2075km

 

 

 

Dzień 11 – 4 października 2008 – sobota

 

POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI

 

Po nie tak złej nocy jakby się mogło wydawać, uruchomiliśmy komputer Basi i wrzuciłem tam zdjęcia z Malty. Pooglądaliśmy sobie, potem poszliśmy na zakupy żeby mieć coś na śniadanie.

 

Basia cały czas myślała o tym, że wypadła jej kolejka sprzątania ale jak się później okazało była pomyłka w harmonogramie i jej kolej wypada za tydzień. Bardzo było to jej na rękę. Teraz tylko myślała, że trzeba iść do pracy, a ja odliczałem godziny i minuty do mojego wylotu do Wrocławia. Trochę jeszcze posiedzieliśmy na internecie i wreszcie Basia odprowadziła mnie na stację Perivale skąd pojechałem na Liverpool Street a stamtąd expressem na lotnisko Stansted.

 

Waga mojego bagażu była 15.1kg ale nie kazano mi niczego wyciągać choć już nawet byłem na to przygotowany. Zostały mi jakieś drobne monety więc coś sobie pokupowałem do jedzenia i byłem gotowy na powrót do Polski.

 

Niestety tym razem też samolot był opóźniony i musiałem długo czekać aż wreszcie znalazłem się w samolocie. Tam usiadłem obok jakiegoś Angola i przez pomyłkę przypiąłem się jego pasem. Lot mi się dłużył i już chciałem być w domu. Nie wiedziałem też czy Świrek rzeczywiście po mnie przyjedzie, bo od rana wysyłał głupie SMSy. Miałem jednak nadzieję, że jak zwykle robił sobie ze mnie jaja.

 

Kiedy wylądowaliśmy we Wrocławiu, zajęło nam strasznie długo przejście przez odprawę. W dodatku samolot wylądował daleko od terminalu i sporo czasu trwało wożenie ludzi autobusami. Wtedy też zadzwonił Świrek, że jego auto zepsuło się na autostradzie i będzie musiał poczekać na zastępcze. Mam się jednak nie martwić bo po prostu się spóźni. Cóż miałem robić...

 

Kiedy jednak wyszedłem z terminalu, Świrek i Digi czekali na mnie w swoim samochodzie. Wkurzeni tylko, że samolot się opóźnił. Za półtorej godziny byłem u siebie w domu z perspektywą, że mam przed sobą jeden dzień wolnego zanim wpadnę w kierat pracy.

 

Dzień 11: Londyn – Złotoryja 1115km

 

 

 

 

                                                                           

 

Dzień 1-10: MALTA - 425 km (230 na wodzie + 195 na lądzie)

 

 

                               MALTA - 2008

 

 

 

 

1.

Złotoryja - Mellieha

3,410

2.

Mellieha – Marfa Ridge

15

3.

dookoła Malty

245

4.

Mellieha – Dingli Cliffs

35

5.

Mellieha – Popeye Village

5

6.

Mellieha – La Valetta

35

7.

Mellieha - Bugibba

15

8.

Mellieha - Gozo

45

9.

Mellieha - Londyn

2,075

10.

Londyn - Złotoryja

1,115

 

 

7,000 km

 

 

 

ŹRÓDŁA: Wszelkie profesjonalne opisy zabytków i miejsc zostały skopiowane z poniższych stron:  www.wikipedia.org oraz www.przewodnik.onet.pl