Powrót
   

      UKRAINA 2007

 

Czas: 23 lipca 2007 – 27 lipca 2007

Miejsce: Przyrów – Częstochowa – Sanok – Ustrzyki Dolne – Chyrów –

               Sambor – Lwów – Przemyśl – Częstochowa – Przyrów

Osoby: Adrian Droń (56, Przyrów), Dawid Droń (32, Złotoryja)

Cel: Zwiedzić Lwów oraz odszukać ślady rodzinne.

Koszt: 350 PLN/os.

 

 

 

 

 

Dzień 1 – 23 lipca 2007 – poniedziałek

 

        AUTOBUSEM PRZEZ CAŁĄ POLSKĘ

 

Dzień zaczął się bardzo wcześnie. Trzeba było wstać już przed 5.00. Chłodny wiejski poranek towarzyszył nam kiedy udawaliśmy się w kierunku przystanku umiejscowionego w Rynku. Kilkanaście osób jechało zapewne do pracy w Częstochowie.

 

Tuż za przejazdem w Juliance kierowca zatrzymał autobus aby coś kupić w sklepie. Przed sklepem kilku okolicznych mieszkańców już siorbało sobie piwko. Spojrzałem na zegarek. Była godzina 5.38.

 

W Częstochowie mieliśmy kilka chwil wolnego czasu więc uzupełniliśmy zapasy żywnościowe, a ja zakupiłem kartę tak-taka, bo po pobycie w Londynie na koncie zostało mi 1.50zł. Tak zaopatrzeni znaleźliśmy nasze stanowisko odjazdu i czekaliśmy na autobus do Sanoka. Trochę zmartwił nas widok wrzeszczącej kobiety na swoje dzieci, a tych dzieci było chyba ponad piątka. Jedno dziecko było opóźnione w rozwoju i kiedy przyszedłem na stanowisko, dostrzegłem głowę właśnie tego dziecka spoczywającą na ramieniu Adriana.

 

Kiedy podjechał autobus, Adrian zadecydował żeby iść na sam koniec bo zapewne ta wrzeszcząca banda będzie się chciała usadowić gdzieś z przodu. Wybraliśmy przedostatnie siedzenia i za chwilę cała zgraja wrzeszczących dzieci i ich matka siadła tuż za nami. W takim razie to my uciekliśmy na przód.

 

Tuż po godzinie 7.00 autobus ruszył w siedmiogodzinną podróż. Próbowałem trochę czytać w czasie tej podróży, bo zakupiłem sobie dwie gazety na dworcu w Częstochowie ale udawało mi się trochę zdrzemnąć również, co uważam za sukces. W taki właśnie sposób mijaliśmy kolejne miejscowości: Jędrzejów, Busko Zdrój, Tarnów po czym przytelepaliśmy się do Sanoka parę minut po 14.00.

 

Mieliśmy godzinę do kolejnego udającego się do Ustrzyk w związku z tym przeszliśmy na drugą stronę bo Adrian musiał napić się kawy. Po drugiej stronie znajdowało się kilka barów i innych kafejek tudzież pubów. Śmierdziało speluną ale w końcu zdecydowaliśmy się na jedną z nich. Kawa w plastikowym kubku za 2zł okazała się oczywiście beznadziejna. Pobyt w tym barze pozwolił natomiast trochę zabić czas.

 

Ustawiliśmy się na stanowisku numer 6 aby wsiąść do podstawionego autobusu do Ustrzyk. Z ust miejscowych i kierowcy nie schodziły rozmowy na temat wczorajszej tragedii w Alpach francuskich polskiego autokaru. (http://wiadomosci.onet.pl/1576221,12,item.html ). Było dość ciepło więc kierowca zdecydował się na otwarcie drzwi i zrobił się niezły przeciąg. Ale paniom w pierwszym rzędzie bardzo to pasowało.

 

Po przyjeździe do Ustrzyk pod dworzec PKP, ruszyliśmy aby sprawdzić jutrzejsze połączenie do Chyrowa. Kiedy wyszliśmy na peron, oczom naszym ukazał się tłum Ukraińców obładowanych kolorowymi torbami wypchanymi po brzegi. Rozkład jazdy poinformował nas, że pociąg rusza jutro o 6.41. To oznaczało, że znów trzeba będzie wstać dość wcześnie.

 

Byliśmy dość głodni więc czas było zjeść coś porządnego. Tuż obok dworca mieści się restauracja "Niedźwiadek" sprawdzona już kiedyś przez Adriana. Lokal całkiem znośny choć na wejściu ujrzeliśmy jakiegoś jegomościa zamawiającego (kolejną?)  pięćdziesiątkę do piwa. Później ledwo wstał i wyszedł kiedy my już jedliśmy obiad. Ogromne i smaczne porcje w pełni nas zadowoliły. Teraz czas na piwko i szukanie noclegu.

 

Adrian już kiedyś tu nocował i postanowił odwiedzić swoje stare miejsce ale było ono oddalone od dworca o jakieś 25 minut piechotą. Postanowiliśmy więc spróbować nieco bliżej bo zauważyliśmy szyldy oferujące noclegi. Weszliśmy do takiego jednego na plac. Po schodach weszliśmy pod drzwi i zadzwoniliśmy. Po chwili z okna wyłoniła się męska postać i zapytała o co chodzi. Ustaliliśmy, że można przenocować jednak facet zaczął się dziwnie zachowywać. Kiedy wyszło na jaw, że na jedną noc chcemy pokój to stwierdził, że mu się nie opłaca dawać czystej pościeli. Po tym stwierdzeniu ja chciałem już iść ale Adrian kontynuował rozmowę. Jednak i on szybko zrezygnował kiedy facet rzucił, że za pokój zapłacimy 80zł. Szybko się zmyliśmy stamtąd.

 

Szliśmy dalej ulicą fabryczną aż minęliśmy cmentarz i w końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie Adrian już kiedyś nocował. Trochę się zmieniło bo właściciele dobudowali sobie kondygnację ale to było to miejsce. Pani nie od razu rozpoznała Adriana, który uderzył w nostalgiczną nutkę ale tym razem nie miała dla nas miejsca. Co prawda próbowała nas umieścić w pokoju w suterenie, a potem w przyczepie campingowej ale standard zdecydowanie mi nie odpowiadał.

 

Skończyło się na tym, że odesłała nas do sąsiada, od którego podobno właśnie się wyprowadziła spora grupa. Kiedy tam poszliśmy przywitał nas bez słowa jakiś roznegliżowany chłopak. Nie wiedzieliśmy czy to letnik, czy właściciel ale szybko wyszło na jaw, że właściciel. Kiedy zapytaliśmy o cenę za dwójkę, stwierdził, że 25zł od osoby, po czym dodał, że nawet za 22zł możemy zostać. Adrian stwierdził, że za 20zł bierzemy, na co on zgodził się bez wahania.

 

Pokazał nam ów pokój. Warunki idealne. Pokój z łazienką, TV i wyjściem do kuchni. W kuchni wszystko czego trzeba. Rozłożyliśmy bo słońce przygrzało nas niemiłosiernie. Wyłuskaliśmy 40zł aby nie musiał nam wydawać i legliśmy na łóżkach zmęczeni. Nie chciałem zasypiać bo wtedy w nocy bym nie spał więc z nudów oglądałem telewizję. Chwilę później wszedł ten chłopak i przyniósł 3 rolki papieru toaletowego.

 

Po trochu zaczynało nas zmagać zmęczenie. Oblekliśmy pościel i zaczynaliśmy myśleć o pójściu spać. Szybko się przygotowaliśmy i Adrian zasnął raz dwa. Ja jeszcze męczyłem się do 22.00 oglądając "Daleko od szosy". Ale też w końcu padłem.

Dzień 1: Przyrów – Ustrzyki Dolne 399km

 

 

Dzień 2 – 24 lipca 2007 – wtorek

 

           SHOCK TO THE SYSTEM

 

 

Trzeba było się zbierać jeszcze przed 6.00 bo do dworca był niezły kawałek. Śniadanie przygotowaliśmy sobie w kuchni, nikogo oprócz nas nie było. Drzwi wejściowe były otwarte. Wyszliśmy więc i poszliśmy w kierunku dworca. Zapowiadał się upał. Krystalicznie czyste niebo choć chłodek poranka dał też się we znaki nam.

 

Po drodze jeszcze wstąpiliśmy do sklepu aby kupić jakieś słodkie rzeczy. Zeszło nam tam sporo czasu ale Adrian poinformował mnie, że i tak ten pociąg jeździ byle jak i w ogóle nie trzyma się rozkładu. Na pewno odjedzie z opóźnieniem. Jednak fakty okazały się być inne. Kiedy dotarliśmy na dworzec, pociąg już stał i był gotowy do odjazdu. Musieliśmy biec aby zdążyć.

 

Weszliśmy do składu na dwie minuty przed odjazdem. Niestety ten wagon nie nadawał się na podróżowanie. Kompletnie zniszczone siedzenia, pocięte i porozrywane, wszelkiego rodzaju listwy poodkręcane, słowem złom totalny. Zapewne przez szmalcowników zdewastowany wagon był pusty. Wszyscy pasażerowie siedzieli w drugim wagonie, już bardziej cywilizowanym.

 

Nie było dużo ludzi. Jakieś młode chłopaki jadący w ukraińskie Karpaty, kilkoro Ukraińców i inne pojedyncze osoby. Pociąg ruszył punktualnie i za chwilę zjawił się konduktor aby wypisać bilety. W Ustrzykach bowiem nie ma kasy biletowej. Skład jechał powoli i mijał bieszczadzkie wioski aż zatrzymał się w Krościenku.

 

Na dworcu dwa zegary z czasem polskim i ukraińskim. Chwilę później dojeżdżaliśmy do granicy. Trochę kręciłem filmu ale tak, aby mnie nie zauważyli pogranicznicy. Mijaliśmy długą kolejkę samochodów czekających na odprawę aż wreszcie doczołgaliśmy się na granicę.

 

Po odczekaniu dłuższej chwili, zjawiła się polska straż graniczna. Młoda pani plutonowy była bardzo stanowcza kiedy przepytywała Ukraińców. Nas zapytała czy byliśmy już kiedyś na Ukrainie. Przyglądała mi się uważnie ale nie było więcej komentarzy.

 

Na Ukraińców musieliśmy poczekać znacznie dłuższą chwilę. Wyglądaliśmy na nich przez okno i już z daleka widać było te ich "lotniskowe" czapki. Dwóch spoconych grubych oficerów w towarzystwie kobiety ubranej w moro. W porównaniu do naszej pani plutonowy, Ukrainka prezentowała się żenująco. Męski strój, za paskiem widoczna pałka, kajdanki i pistolet, wysokie buty i niesamowity makijaż – widoczny z odległości 100m.

 

Kiedy weszli Ukraińcy zaczął się cyrk. Głośność rozmów wzrosła o kilka decybeli, wszyscy musieli wiedzieć, że ukraińskie służby są w pociągu. Stanowczy ton typu "my tu rządzimy" powodował od razu niechęć i przypominał dawne czasy władzy ludowej. Dalej było jeszcze gorzej. Panowie zebrali wszystkie paszporty i sobie gdzieś poszli. Zapytali czy mamy "kartećku", a kiedy zauważyli zdziwione nasze miny, rozdali nam do wypełnienia. Po co to komu, nie mam pojęcia ale wypełniłem je starannie. Bystry oficer zauważył, że nie można wypełnić rubryki z numerem paszportu bo nam je zabrał, więc stwierdził, żebyśmy ominęli tę pozycję i wpisali te numery kiedy nam zwrócą paszporty.

 

Zabrałem się za wypełnianie. Nie było wyjaśnione po polsku o co chodzi ale o dziwo było tłumaczenie angielskie. Wpisałem jednak te dane po polsku. Numer paszportu dodałem chwilę później kiedy nam je już łaskawie zwrócono. Kolejną rundę zrobił oficer odrywający górną część "kartećki". Pouczył nas, że będzie to potrzebne w chwili opuszczania terytorium Ukrainy. W międzyczasie przez wagon przebiegł ukraiński celnik, zaglądając w każdą dziurę i szukając kontrabandy.

 

Po kolejnej chwili pociąg mógł już ruszyć kierunku Chyrowa. O dziwo, cała ekipa ukraińskich pograniczników jechała razem z nami. Równie powoli co w Polsce, pociąg mijał ukraińskie wioski i po krótkim czasie zatrzymał się w Chyrowie. Tu zakończyliśmy podróż koleją. Przestawiłem zegarek aby być na czasie i wyszliśmy z pociągu.

 

Kiedy przeszliśmy przez dworzec i udaliśmy się ku wyjściu na ulicę, przeżyłem jeden z wielu szoków, na które nie byłem do końca przygotowany. Przede mną rozciągał się widok nędzy i rozpaczy. Plac podjazdowy przed nota bene austriackim zabytkowym dworcem był pokryty czymś, co kiedyś być może było asfaltem ale teraz było tylko jakimś klepiskiem z mnóstwem dziur, najczęściej wypełnionych błotnistą masą lub głębokimi kałużami.

 

Głupio mi było wyciągnąć kamerę bo wyglądało na to, że chce sfilmować to dziadostwo choć ja po prostu chciałem jak zwykle udokumentować, to co widzę. A byłem w Chyrowie, zaledwie kilkanaście kilometrów od granicy Polski i Unii Europejskiej.

 

Chyrów to niespełna pięciotysięczne miasteczko słynne głownie z  Zakładu Naukowo-Wychowawczego Ojców Jezuitów, tzw. Collegium. Oczywiście Chyrów był przez większą część swojej historii miastem polskim i nawet kilkanaście osób narodowości polskiej nadal tam mieszka.

 

My jednak przeszliśmy kawałek dalej i tu przeżyłem drugi szok. Znalazłem się bowiem podobno na Rynku. Zazwyczaj rynek każdego miasta jest reprezentacyjnym obiektem, zachęcającym do zwiedzenia lub zatrzymania się na dłużej. Rynek w Chyrowie pełni rolę odstraszacza. Zrujnowany, podziurawiony, zarośnięty krzakami i na domiar złego zaśmiecony wprowadził mnie w stan, którego się nie spodziewałem.

 

Fot.1. Chyrów - Rynek.

 

Na środku pomnik ukraińskiego wieszcza Tarasa Szewczenki, a w centralnej części powiew Zachodu – bank i krzątający się robotnicy przy układaniu kolorowej kostki brukowej. Obok remontowana fontanna i nowe ławki, co prawda dziwnie wmurowywane w chodnik, ale jednak nowe ładne.

 

Jednak to razem wzięte wyglądało groteskowo. Z drugiej strony budynku banku mieścił się zwykły prywatny dom, w którym ktoś najnormalniej w świecie mieszkał. Widać od razu, że pieniądze na kolorowy bruk wyłożył bank a nie miasto.

 

Idąc dalej zauważyliśmy też jeszcze kilka razy, parę metrów kolorowego bruku wokół knajpy i apteki. Kontrastowało to z klepiskiem i pourywanymi krawężnikami oraz podziurawionym i popękanym asfaltem. Widok ni to komiczny, ni żałosny.

 

Następnym naszym krokiem była wymiana pieniędzy. Za kantor posłużył nam sklep monopolowy. Obaj wymieniliśmy po 50zł, za co otrzymaliśmy po 91 hrywien. Kawałek dalej znaleźliśmy wypasiony motel i restaurację. Trzeba przyznać, że standard bardzo przyzwoity. Weszliśmy na górę aby się dowiedzieć o ewentualny nocleg. Znaleźliśmy jakąś kobietę sprzątającą ale ona nie za bardzo rozumiała po polsku. Jednak dogadaliśmy się i pokazała nam cennik. Za dwójkę chcieli 150 hrywien! Cena dość szokująca jak na taką dziurę.

 

Po sprawdzeniu tego motelu udaliśmy się powrotem w kierunku Rynku i podeszliśmy do czegoś, co było kiedyś polskim kościołem katolickim. Przerobiony na jakieś magazyny z dobudowaną częścią, od dawna jak się okazało, jest kością niezgody między społecznością polską a władzami ukraińskimi.

 

Dowiedzieliśmy się tego od naszego pierwszego rozmówcy. Trafiliśmy bowiem do domu pani Pieróg, która właśnie w swoim domu przyjmuje księdza na organizowanych tam mszach, a tym samym spotkaniach miejscowej Polonii.

 

Pierogowa zaprosiła nas na werandę i poopowiadała o trudnej walce o kościół w sądach ukraińskich. Potem objaśniła nam gdzie jest cmentarz i podała kilka nazwisk Polaków mieszkających w Chyrowie. Na temat naszych przodków zamieszkujących Chyrów przed wojną nie udało jej się znaleźć odpowiedzi.

 

Niedaleko od domu pani Pieróg, lekko pod górkę znajduje się cmentarz w Chyrowie. To był nasz kolejny punkt programu. Zaniedbany i zarośnięty ukazywał losy miasta: groby Polaków i Ukraińców. W centrum duża mogiła Jezuitów jednak niedaleko obok, jak i na skraju też, dwie duże mogiły gierojów z UPA. Ta kontrowersyjna formacja jest do dziś solą w oku Polaków.

 

Z cmentarza rozpościera się widok na miasto i jego okolice. Pochodziliśmy trochę po całym cmentarzu jednak było to utrudnione bo wszędzie rosły chaszcze. Spotkaliśmy co prawda człowieka z kosą, który wypytywał nas czego szukamy ale on raczej kosił dla własnych celów niż dla celów estetycznych samego cmentarza.

 

Wracając z cmentarza napotkaliśmy panią Pieróg ponownie, która poinformowała nas, że dobrym lokalem na zjedzenie czegoś będzie "Afrodyta", przeniesiona za most. Wspominała też coś o fontannie.

 

My natomiast ruszyliśmy kierunku niedalekiej cerkwi ale była zamknięta, bo jak się później okazało, pop zmarł i jest otwierana tylko od wielkiego dzwona. W takim razie przeszliśmy przez Rynek, wstępując do polskiego kościoła, choć niczego tam nie zobaczyliśmy oprócz stropów i brudnych ścian i udaliśmy się w poszukiwania słynnej Jadzi.

 

Jadzia to podobno najstarsza Polka mieszkająca w Chyrowie. Dostaliśmy wytyczne gdzie jej szukać ale nie udało się nam od razu jej znaleźć. Najpierw spytaliśmy jakiejś babinki, która wskazała kierunek, a potem trafiliśmy do domu sąsiadki, która wskazała prawidłowe domostwo. Pomimo ujadania jakiegoś burka przywiązanego łańcuchem, nikt się nie kwapił wyjść. Zdecydowałem, że sam wejdę ale w tej chwili wyszedł jakiś facet. Wiedzieliśmy od Pierogowej, że Jadzia dzieli dom z rodziną ukraińską. I to był ten Ukrainiec. Bardzo dobrze mówił jednak po polsku. Wypytał nas o sprawę z jaką przychodzimy, po czym ostrzegł nas, że Jadzia może dużo złych rzeczy o nim mówić. Potem zaprowadził nas do Jadzi.

 

Ujrzeliśmy starowinkę, która podobno ma 94 lata, szukająca klucza od kłódki na którą był zamknięty jej dobytek. Kiedy Adrian zapytał o naszą rodzinę od razu stwierdziła, że pamięta. Opisała miejsce gdzie mieszkali, co potwierdziło wcześniejsze ustalenia. Wyglądało na to, że wszystko pasowało. Szczegółów za bardzo jednak nie mogła sobie już przypomnieć i odradzała pójście w tamto miejsce bo nic z tamtego okresu nie zostało. Wszystko zostało zburzone i postawiono nowe budynki oraz nowi ludzie przyjechali tam zamieszkać.

 

Po tym wstępie zaprosiła nas do ekstremalnie biednej chałupy i zaczęła opowiadać losy Chyrowa. Udało mi się nawet fragmencik nagrać ukrytą kamerą. Rozkręcała się z minuty na minutę, sięgnęła po zdjęcia i opowiedziała nam kilka mrożących krew w żyłach historii z przeszłości. O mordach i egzekucjach wykonywanych przez Sowietów, o swoich losach i losach jej rodziny i ogólnie o życiu w tym miejscu w czasie kiedy Chyrów znajdował się na terytorium trzech państw.

 

Na koniec jednak zmieniła wątek i uderzyła w nutkę prywatną opowiadając rzeczywiście bardzo złe rzeczy o swoim sąsiedzie. Kulminacyjnym punktem opowieści była próba morderstwa na niej udaremniona przez sąsiadkę. Trudno w to uwierzyć, choć z drugiej strony wszystko tu chyba jest możliwe. W każdym razie była bardzo przekonywująca.

 

Podziękowaliśmy za ten wykład z historii i postanowiliśmy iść coś zjeść. Gdzieś tu niedaleko powinna znajdować się owa "Afrodyta". Szukaliśmy fontanny ale za mostem znaleźliśmy tylko jakąś knajpę gdzie robotnicy wykładali kostkę brukową. Trochę się wystraszyliśmy bo nie wiedzieliśmy czy można już po tym stąpać ale jeden z nich znacząco kiwnął głową, że wszystko jest OK. Dopiero wtedy zauważyliśmy napis "Fontan" jako nazwę knajpy.

 

Tu kolejny szok. Tym razem pozytywny. Klimatyzowany lokal z bardzo schludnym wnętrzem, TV kablowa, porządny barek i dwójka kelnerów w białych koszulach. Tzn dziewczyna i chłopak. Dostaliśmy menu ale niestety wszystko bukwami. Musieliśmy wysilić się bardzo aby złożyć do kupy te literki a potem jeszcze się domyślić co to takiego jest. Nie zawsze się nam udało ale na szczęście dostaliśmy pomoc od kelnerki.

 

Na początek zabraliśmy się za piwo lwowskie o nazwie "1715". Potem padł nasz wybór na pierogi jakieśtam. Okazały się być zwykłymi ruskimi, jednak niezwykły był sposób podania bo przyniesiono je w takim jakby imbryku. Poukładane jeden na drugim, na pewno trzymały ciepło. Obok na talerzyku łyżka bardzo gęstej śmietany. Obiad był naprawdę bardzo dobry. Cały lokal zrobił na nas pozytywne wrażenie. Cena śmiesznie niska bo 13 hrywien za wszystko. Kiedy daliśmy banknot 20 hrywien, ów młodziutki kelner był tak przejęty swoją rolą, że wszystko zaczęło mu się mieszać. Trzęsły mu się ręce, biegał szukająć reszty, którą koniecznie chciał nam wydać.

 

Kiedy dostał z powrotem kilka hrywien napiwku nie za bardzo rozumiał co się dzieje. Na nasze pytanie do kiedy czynny jest lokal nie potrafił odpowiedzieć i poprosił swoją koleżankę, która wyjaśniła, że do północy. Zachęceni dobrym obiadem postanowiliśmy przyjść tu na kolację.

 

Tymczasem w naszym grafiku był podpunkt, że trzeba odwiedzić najważniejszy obiekt Chyrowa – Collegium.

 

Chyrów był w okresie II Rzeczypospolitej siedzibą renomowanego gimnazjum jezuickiego Zakładu Naukowo-Wychowawczego Ojców Jezuitów mieszczącego się na terenie wsi Bąkowice. Ogromny czworoboczny budynek mógł pomieścić 600 uczniów. W pomieszczeniach Collegium mieściła się sala teatralna na 1000 osób, kaplica, jadalnia na 500 miejsc, muzeum przyrodnicze, w tym bogata kolekcja ptaków afrykańskich i azjatyckich fundacji hrabiów Dzieduszyckich. Absolwentami tego gimnazjum utworzonego w okresie Austro-Węgier w roku 1883 byli m.in. polscy politycy, wojskowi, artyści i ekonomiści m.in. Eugeniusz Kwiatkowski, Adam Styka, Kazimierz Junosza-Stępowski , Jerzy Kirchmayer, pierwszy biskup gdański Edward O'Rourke, Aleksander Birkenmajer, Mieczysław Orłowicz, Kamil Giżycki. Jezuicka biblioteka kolegiacka była wówczas jedną z największych w całym województwie lwowskim licząc ponad 30 tys. woluminów.

 

Po upadku Polski od września 1939 Kolegium jezuickie było siedzibą garnizonu Armii Czerwonej. W roku 1941 biblioteka została całkowicie zniszczona , a całość zakładu naukowego zamieniona na więzienie niemieckie. Jezuici opuścili Chyrów udając się najpierw do Krakowa, a następnie do Włoch. Po II wojnie światowej jezuicki konwikt i Collegium zostało zamienione na radzieckie koszary, a do 2004 koszary ukraińskie. 4 lutego 1996 przyklasztorna kaplica Collegium została wyświęcona jako greckokatolicka cerkiew pod wezwaniem św. Mikołaja.

 

Dojście tam pochłonęło nam sporo energii gdyż w tumanach kurzu i przy spiekocie szybko opadaliśmy z sił, dźwigając nasze tobołki. Po drodze znaleźliśmy kamienicę – siedzibę NKWD. Również w tym miejscu wstąpiliśmy do pewnej Ukrainki, którą Adrian poznał przypadkiem dwa lata temu. O dziwo, poznała go i tak się składało, że akurat przebywała u niej jej córka – nauczycielka biologii, którą już też zdążył poznać podczas swojej pierwszej wizyty w 2005 roku.

 

Nie zabawiliśmy tam długo, po prostu kilka minut w ogrodzie i wymarsz w drogę do Collegium. Droga męcząca i znów pod górę. Wkrótce zaczęły się byłe zabudowania klasztorne. Obecnie albo w ruinie albo przerobione na mieszkania. Droga szutrowa, pełna dziur, po prawej błotnisty staw w którym taplają się kaczki, a na środku drogi leży koza przeżuwając coś.

 

Obeszliśmy od prawej strony mury klasztorne. Widzieliśmy, że jest jakaś brama wjazdowa ale poszliśmy dalej licząc, że będzie jeszcze jedna. Jednak dalej tylko mur i siatka, wszystko ogrodzone. Dotarliśmy aż do wybudowanych przez czerwonoarmistów garaży. Trzeba było się wrócić do owej bramy.

 

Znów więc minęliśmy kozę i staw i skręciliśmy ku bramie. Tam nas zatrzymano. Na pytanie czy można wejść na teren klasztorny uzyskaliśmy odpowiedź, że trzeba poczekać czy dyrektor wyda zgodę. Czekaliśmy więc cierpliwie chwilkę. Dyrektor chyba miał dobry humor, bo pozwolił nam wejść z jednym małym warunkiem: musimy mieć przewodnika. Wysłano więc roznegliżowanego chłopaka, który miał nas oprowadzić po ruinach klasztoru.

 

Na początku nie był zbytnio rozmowny. Potem zaczął coś opowiadać o tym co się tu dzieje. Zaczął nawet gestykulować, że uderzył Adriana w rękę, który upuścił okulary. Potem się okazało, że się złamały.

 

Chodziliśmy wyznaczonymi ścieżkami, choć czasem i po krzakach łaziliśmy. Ogólnie przedstawiało się to tragicznie. Kiedyś piękny obiekt a dziś ruina. Co prawda widać, że jakieś remonty są robione ale w takim tempie to zajmie im to kilkadziesiąt lat. Nie widać było bowiem żadnego robotnika, żadnych maszyn czy czegokolwiek. Remonty były widoczne bo na zewnątrz usypane były hałdy gruzu i rupieci. Nasz przewodnik zapewniał, że coś tam robią i że ma tu być jak się wyraził "tur-baza". Prawdopodobnie chodzi o jakieś zaplecze turystyczne.

 

Fot.2. Chyrów - Kolegium.

 

Obeszliśmy kompleks jednak do środka nie pozwolił nam wejść. Nawet do jedynego czynnego obiektu, którym była cerkiew. W dodatku nie pozwolił nam też opuścić kompleksu wyjściem z drugiej strony gdyż jest to ponoć wyjście tylko dla popa. Jakoś nie chciało nam się wierzyć w to, a zależało nam aby wyjść z drugiej strony. Jednak musieliśmy iść razem z nim.

 

Mieszane odczucia mieliśmy co do tego miejsca. Znając jego historię i wyobrażając sobie, co było i jak wyglądało to kiedyś, jednocześnie staliśmy pośród zrujnowanego zabytku, z pourywanymi fragmentami gzymsów, obtłuczonymi figurkami świętych i zarośniętymi parkami i skwerami.

 

Fot.3. Chyrów - Kolegium.

 

Po wyjściu musieliśmy iść dookoła aby przejść na drugą stronę Collegium. Musieliśmy sporo nadrobić bo obiekt naprawdę obszerny. Kiedy wyszliśmy już na główną drogę, podjechał nagle samochód z którego wysiadł jakiś facet. Nie zwróciliśmy na niego uwagi ale on nas zagadał i dopiero wtedy poznaliśmy sąsiada Jadzi. Tego, który niby (a może rzeczywiście) próbował ją zamordować. Był bardzo miły i zaczął opowiadać nam historię pewnego zakonnika, który chcąc odejść z zakonu stał się obiektem zemsty swoich zwierzchników. Mieli oni ponoć wstrzyknąć mu pewną substancję, która uniemożliwiła mu bycie prawdziwym mężczyzną. Tak też skończył swój żywot nigdy nie będąc z żadną kobietą…

 

Po tej historyjce pożegnaliśmy się z tym człowiekiem i skręciliśmy w polną drogę wzdłuż ściany klasztoru aby móc odwiedzić ostatniego znajomego Adriana z poprzedniej wizyty w Chyrowie. Udaliśmy się do domu Edka Szczepańskiego – kolejnego Polaka, który został tu po wojnie.

 

Zanim jednak poszliśmy do niego, chcieliśmy się przekonać czy rzeczywiście tamta furtka jest przeznaczona tylko dla popa. Tak jak przypuszczaliśmy, można było swobodnie wejść na teren klasztoru. Żadnych przewodników, ochroniarzy itd. Bzdura totalna. Każdy może wejść i chodzić gdzie chce. Poszliśmy w takim razie sprawdzić, czy rzeczywiście cerkiew jest zamknięta. No i naturalnie była otwarta. W środku jakaś rodzinka (zapewne pop z żoną i dziećmi) sprzątali świątynię. My weszliśmy na chwilkę. Zmęczeni upałem na zewnątrz mogliśmy troszkę odetchnąć w chłodzie wnętrza budowli.

 

Wyszliśmy furtką dla popa i od razu skierowaliśmy się w stronę domu Edka Szczepańskiego. Adrian nie pamiętał dokładnie który to i musieliśmy się spytać kogoś. Ale szybko nas pokierowano. Edek w ogóle nie poznał swojego dawnego gościa. Jednak potraktował nas bardzo miło. Od razu pokazał zdjęcia i wycinki starych gazet na temat klasztoru (te same, które pokazywał Adrianowi 2 lata temu) i trochę opowiadał.

 

Jednak nie miał zbytnio czasu bo szykował się na imprezę. Jego synowa obchodziła akurat dzisiaj swoje 40-letnie urodziny. Jednak bardzo chciał żebyśmy u niego zostali i przenocowali. Chciał nam dać klucz i żebyśmy sobie wrócili kiedy chcemy i przenocowali. Jak sam stwierdził: "złota nie mam, więc nic mi nie zabierzecie." A mieszkanie miał bardzo duże. Jednak my raczyliśmy się tylko kubkiem zimnej wody z jego studni i postanowiliśmy nie korzystać z tej oferty.

 

W takim razie aby mu nie przeszkadzać za bardzo w przygotowaniach, podziękowaliśmy za gościnę i wyszliśmy w kierunku centrum. Edek jeszcze na schodach demonstrował swoją tężyznę fizyczną robiąc kilka przysiadów bo jak zapewniał mimo swych 79 lat, bardzo by jeszcze chciał pojechać do Polski… do pracy. Bo obecnie pracuje na budowie dorabiając do marnej emerytury.

 

Nasz plan zostania w Chyrowie na noc porzuciliśmy, zamieniając go na wyjazd do Sambora. To tylko 27 km, a jak nas zapewniano baza hotelowa jest dużo większa. W takim razie postanowiliśmy iść na dworzec i złapać tzw. marszrutę czyli po naszemu busa. Zanim jednak tam się udaliśmy, wstąpiliśmy do tego motelu, a właściwie do knajpy i zamówiliśmy sobie po piwie. Upał był naprawdę nieznośny.

 

Chwilę odpoczęliśmy na ławce w cieniu i już byliśmy na dworcu. Tam oczywiście chaos bo tych marszrutek mnóstwo ale żadnego rozkładu, nikt nic nie wie, podjeżdżają z różnych stron, w różne strony odjeżdżając. Próbowaliśmy kilka razy wejść ale nas odsyłano, że to nie jest właściwa. Pociąg był dopiero o 19.00 więc dość późno. Siedzieliśmy tak więc na schodach dworca obserwując jak marszrutki podjeżdżają. Obok stała taksówka z włączonym głośno radiem z którego leciały pieśni ukraińskie na modłę radzieckich.

 

Po kilkunastu minutach podszedł do nas taksówkarz i zaproponował kurs do Sambora. Perfekcyjny polski bo od 27 lat jeździ do Polski na zarobek. Obecnie jest jedynym taksówkarzem Chyrowie. Za kurs zażądał 50zł. Tylko w złotówkach przyjmuje. Trochę dużo jak na ukraińskie warunki bo marszruta kosztuje 4 hrywny, a owe 50zł jak się już przekonaliśmy to 91 hrywien. Przebitka więc ogromna.

 

Odmówiliśmy bo i tak właśnie podjechał zdezelowany mercedes. Upchaliśmy się do niego, zapłaciliśmy i w ścisku ruszyliśmy. Oczywiście o jakichkolwiek biletach nie było mowy. O limicie miejsc również. Wchodzi się jeśli tylko jest miejsce. Ścisk, gorąc i smród to aspekty tej podróży. Mówi się, że polskie drogi są okropne ale ja chyba już nie będę narzekał na nie po wizycie na Ukrainie.

 

W drodze do Sambora, kierowca zabierał innych ludzi, którzy go zatrzymywali. Stanął też na stacji benzynowej. Wręczył plik banknotów chłopakowi, który nalewał paliwo. Ten wziął kilka z nich do własnej kieszeni, resztę zaniósł szefowi w okienku. Żadnych paragonów czy faktur. Mogliśmy dalej jechać.

 

Przyznam, że zdrzemnąłem się w tym busiku. Głowa mi leciała bo chyba brakowało mi świeżego powietrza. Na szczęście to tylko 27km więc nie trwała ta podróż zbyt długo.

 

Liczyliśmy, że Sambor jako większe miasto będzie mógł zdjąć z Ukrainy wizerunek epoki komunizmu i zaprezentuje się dużo korzystniej niż malutki Chyrów. Ale nie do końca tak było.

 

Sambor (http://sambir.lviv.ua/index_e.html) to miasto w zachodniej Ukrainie, w obwodzie lwowskim. Ludność: 36 556 mieszkańców (2001). Leży nad rzeką Dniestr. Miasto bez jakichś spektakularnych zabytków słynie raczej z krwawej akcji sowieckiej NKWD polegającej na likwidacji 300 więźniów w czasie wojny.

 

Wysiedliśmy pod dworcem. Co prawda dworzec wyraźnie odnowiony jednak otoczenie jego dokładnie takie jak w Chyrowie. Plac dużo większy i niesamowity tłok marszrutek. Stały jedna przy drugiej, oferując kurs we wszystkie strony. Zapytaliśmy kogoś o centrum, to wskazano nam drogę przez park.

 

Ruszyliśmy przez ten park. Potem doszliśmy do jakiejś głównej drogi i nią podążyliśmy. Już lepiej niż w Chyrowie ale jednak ten sam syf. Szukaliśmy tego centrum ale ciągle trzeba było iść. Tak nas skierowali ci, których udało się nam zaczepić. Zdarzały się bowiem i tacy, którzy uciekali kiedy się do nich zwracaliśmy z pytaniem.

 

Po długiej i krętej drodze ujrzeliśmy wreszcie rynek miasta. Był ok. Nawet zaryzykuje stwierdzenie, że zadbany i ładny. W centralnym miejscu ratusz z powiewającą flagą ukraińską. Co prawda billboardów czy neonów nie było tyle ile w przeciętnym polskim miasteczku ale generalnie oceniłbym to miejsce na plus. Szpaler drzew wzdłuż alejki przez środek miasta też prezentował się całkiem dobrze.

 

Naszym celem było znalezienie noclegu więc pytaliśmy o jakiś hotel. Najpierw obeszliśmy jednak sami cały rynek i nie widzieliśmy nic takiego. Była jakaś restauracja hotelowa ale w remoncie. Jednak jak się okazało to był również i hotel. Dwóch gości stało na zewnątrz i paliło papierosy. Weszliśmy tam i jeden z tych facetów okazał się być recepcjonistą. Standard to późne lata '80 ale cena to koniec pierwszej dekady XXI wieku. Znów chcą 150 hrywien. Nic się nie udało zrobić choć nawet gościu zadzwonił do swojej szefowej. Trudno, może coś jeszcze się znajdzie później tańszego.

 

Na ulicy zaczepiliśmy kogoś z zapytaniem o inne możliwości nocowania w Samborze ale wszyscy znali tylko ten hotel na rogu w rynku. Sytuacja zaczynała się robić nieciekawa. Zachęceni przez Chyrowiaków, liczyliśmy, że naprawdę Sambor będzie miał bogatą, a przynajmniej bogatszą ofertę niż malutki Chyrów. A tu wychodzi, że po równo. W dodatku ten motel w Chyrowie prezentował się kilka razy lepiej niż ten Samborski. Cenowo tylko było to samo.

 

Adrian w takim układzie postanowił poszukać pomocy u rodaków. Niedaleko rynku, w jednej z bocznych uliczek zauważyliśmy kościół. Rzucał się w oczy z jednego powodu. W odróżnieniu od pozostałych zabudowań był pięknie odnowiony, pomalowany na złoty kolor. Otaczała go wysoka czarna brama, a za nią pięknie przystrzyżona trawka. Udało się nam wejść przez furtkę. Od razu przywitał nas pomnik JPII z polską inskrypcją.

 

Jednak jeszcze większe wrażenie zrobiła na nas parafia. Wyłożona kostką droga ku wejściu, schody z pięknych płytek, porządne drzwi i ładnie otynkowane i przeszklone ściany, na których wił się bluszcz. Przy dzwonkach opisy: ks. Andrzej Kurek, jakiś inny ksiądz (wikary) oraz biuro. Wszystko po polsku oczywiście. Nie mieliśmy więc wątpliwości, że trafiliśmy do polskiego miejsca w Samborze.

 

Po naciśnięciu dzwonka wyszła jakaś dziewczyna i zapytała z którym księdzem chcemy rozmawiać i czy to ma być ksiądz Andrzej. Nam było obojętnie ale wyszedł chwilę później lekko grubawy facet z kwaśną miną. Ledwie zaczęliśmy wyjaśniać nasz problem, a już było widać, że chce jak najszybciej się nas pozbyć. Zamiast postarać się o minimum dobrej woli i chociaż spróbować coś doradzić, zaczął opowiadać jaki Sambor to złe miejsce na szukanie noclegów bo wszystkie pielgrzymki albo jadą do Lwowa albo gdy wracają, od razu jadą do Polski. Niestety nie znał żadnego miejsca, żadnych ludzi, żadnych noclegów i w ogóle to chyba sam nawet nie wiedział nic o tym mieście. Jego dobrą radą było to żebyśmy sobie pojechali do Lwowa. Powinniśmy wg niego zdążyć przed nocą.

 

W taki o to sposób rozstaliśmy się. Byliśmy więc dokładnie w tym samym miejscu. Zostało nam tylko pójść jeszcze zobaczyć co słychać na dworcu. Może tam czegoś się dowiemy. W głowach nam się nie mieściło, że w całym mieście jest tylko jeden hotel.

 

W każdym razie poszliśmy na ten dworzec ale gdy doszliśmy do skrzyżowania Adrian zapytał jakąś starą babinkę sprzedającą słonecznik w gazetowych tytkach o drogę na dworzec aby się upewnić. Pani biegle porozumiewała się po polsku i w czasie rozmowy wyszło na jaw, że sama oferuje noclegi. Kiedy dowiedzieliśmy się za jaką cenę, nie byliśmy pewni czy dobrze słyszymy. Babinka powiedziała, że 4 hrywny od osoby. Nie było jednak wszystko takie różowe bo okazało się, że są pewne warunki. Mianowicie w jej domu są dwie izby, a w jednej mają spać jakieś kobiety "od pomidorów" jak to ujęła. W drugiej natomiast my i ona. A ona wróci dopiero o godzinie 1.30 bo do tej pory będzie na stanowisku ze słonecznikiem.

 

Taki nawał informacji spowodował, że musieliśmy dokładnie przemyśleć sprawę. Jednak w sumie byliśmy pod murem bo godzina była już późna. Zdecydowaliśmy, że wchodzimy w ten interes. Jedną noc można się tak przebujać. Skusiła nas cena. Nie widzieliśmy tego lokalu ale znajdował się zaledwie kilka metrów dalej. Umówiliśmy się, że wieczorem przyjdziemy w to samo miejsce. Teraz chcieliśmy coś zjeść i zapytaliśmy jej co nam poleca ale ona wskazała na bazar. Widać, że kobiecina żyje tylko businessem i poza bazarem nic więcej ją nie interesuje.

 

Poszliśmy do rynku bo szukając hotelu zauważyłem, że sporo ludzi przesiaduje na tarasie miejscowego kina. Wyglądało na kawiarnię ale postanowiliśmy to sprawdzić. Kiedy weszliśmy okazało się, że i owszem można coś tam zjeść. Wystrój, jak ja to nazywam, "gieesowski" ale karta bogata. Zaczęliśmy znów się męczyć z bukwami ale już trochę wiedzieliśmy po obiedzie. Adrian zdecydował się na ich pierożki, a ja wybrałem jakieś placki z grzybami.

 

Jednak jakoś nikt nie kwapił się z podejściem do nas. Kelnerkami były jakieś małolaty z gołymi pępkami, które nic sobie z nas nie robiły. Ciągle tylko wybiegały na taras aby obsłużyć tych na zewnątrz. Siedzieliśmy tak z dobre 10 minut. Musiałem się ruszyć sam ale wcześniej postanowiłem poszukać toalety. Musiałem przejść jakiś dziwny labirynt do piwnic. Wyłamane drzwi, obazgrane ściany czyli szalet ala dworzec PKP. W dodatku kible "na Małysza".

 

Kiedy wróciłem zamówienie zostało złożone. Adrian poinformował mnie tylko, że tego co chcę to nie ma i dostanę inne placki. Za jakiś czas przyniesiono nam nasze zamówienie. Ja dostałem najzwyklejsze placki ziemniaczane ale znów z talerzykiem pełnym gęstej śmietany. Na nasze to chyba miała z 89%. Adrian miał pecha, bo chcą spróbować czegoś lokalnego dostał kilkanaście naszych zwykłych uszek. Z tym, że bez barszczu. Bardzo był wściekły bo ja dużo lepiej na tym wyszedłem niż on. W dodatku chyba nawet taniej moje wyszło.

 

Na poprawę nastroju walnęliśmy po piwku a potem wyszliśmy i udaliśmy się na alejki. Tam na ławeczce usiedliśmy sobie i przyglądaliśmy się lokalnym ludziom. Przegląd społeczny Sambora dokonywał się przed naszymi oczami. Ogólnie mówiąc można się utwierdzić w stereotypach: kiczowate stroje młodych kobiet, wszechobecne złote uzębienie u starszej generacji i różnego rodzaju mundurowi.

 

Siedząc tak, zauważyliśmy grupkę starszych kobiet plotkujących ze sobą. Postanowiliśmy spróbować ich jeszcze podpytać o jakieś ewentualne namiary. Na początku nie za bardzo umiały nam odpowiedzieć ale z czasem dyskusja rozgorzała na dobre. Zaczęły podniesionym głosem wymieniać poglądy między sobą. O dziwo całkiem sporo rozumieliśmy po ukraińsku. Padały różnego rodzaju propozycje ale dominowały dwie: wizyta na dworcu gdzie powinno być miejsce dla samotnej matki z dzieckiem, a druga, zaproponowana przez kolejną kobietę, która dołączyła do pozostałych, to wizyta u księdza Andrzeja. Podobno ksiądz Andrzej dysponuje miejscami dla polskich pielgrzymów. Nie za bardzo rozumieliśmy czy chodzi im o tego księdza, u którego byliśmy ale upierały się, że on ma takie miejsce. Nie wierzyliśmy im i powiedzieliśmy, że właśnie tam byliśmy. Tym razem one nie mogły uwierzyć, że nam on nic o tym nie powiedział.

 

W każdym razie byliśmy skazani na tę "od pomidorów" jak zaczęliśmy ją nazywać. Poszliśmy tam i zastaliśmy ją w tym samym miejscu. Przeszliśmy do konkretów. Chcieliśmy wreszcie zobaczyć to miejsce.

 

Ona, jako prawdziwa businesswoman, nie chciała się ruszać z miejsca pracy więc poleciła nam iść tam samemu i zawołać jedną "od pomidorów" żeby przyszła ją zmienić. Na moje pytanie o numer mieszkania stwierdziła, że nie ma numeru. Mamy znaleźć obite skajem drzwi.

 

Weszliśmy w nieciekawą bramę, znaleźliśmy owe drzwi i wytłumaczyliśmy, że jedna "żeńszczina" ma iść zmienić babkę. Poszliśmy z nią i zabraliśmy babkę ze sobą. W trakcie tej krótkiej drogi Adrian zapytał ją czy jest Polką ale ona odpowiedziała, że urodziła się w Polsce ale Polacy ją przegonili. W tej chwili Adrian pokazał mi znak podrzynanego gardła, sugerując, że babka się na nas za to zemści w nocy i nas zakatrupi.

 

Chwilkę później zaczęły się pierwsze zgrzyty. Kategorycznie kazała nam zdjąć buty choć obawiałem się czy czasem nie pobrudzę sobie stóp od tego klepiska. Na pytanie łazienkę odparła: "Łazienka dla mnie, nie dla was". Zaproponowała kibel na zewnątrz zamykany na kluczyk, który wisiał na różowej wstążeczce na drzwiach. Pokazała nam pokój z wąskim tapczanem, na którym mieliśmy spać razem oraz jej ogromne łoże. Gwoździem do trumny był rozkaz zostawienia plecaków w sieni. Plecaków z naszym dobytkiem, z kamerą, aparatem, paszportami itd. W miejscu gdzie każdy mógł sobie wejść z zewnątrz jak i te panie, które pokotem leżały prawie jedna na drugiej w drugiej izbie.

 

Babka się spytała czy bierzemy. Byliśmy w ogromnym szoku i teraz zrozumieliśmy dlaczego to ma kosztować zaledwie 4 hrywny. Szybko odpowiedziałem, że tak i babka zajęła się ścielaniem łóżka, a Adrian wypadł na dwór i powiedział, że nie ma takiej opcji żeby on tam został. Ja się trochę śmiałem i w sumie stwierdziłem, że będzie niezły czad jak przeżyjemy tę noc. Klasyczny hardcore się zapowiadał i przypuszczam, że skusiłbym się na to żeby móc to przeżyć. Ale Adrian już zdecydował i wyszliśmy na ulicę gdzie "żeńszczina" nas od razu dojrzała.

 

Obok był postój taksówek i Adrian się spytał jednego z nich czy zna jakieś miejsce. Na to on odparł, że i owszem jest jeszcze jeden hotel. Malutki hotelik obok hurtowni piwa Obolon. Wskazał nam drogę ale ledwie wyszliśmy za róg a drogi się rozchodziły i musieliśmy się spytać kogoś. Napatoczyło się dwóch młodzieniaszków, jeden w mundurze. Zamiast o hotelik, zagadnęliśmy ich o hurtownię piwa. Ale chłopaki zrozumieli, że chcemy napić się piwa. Zaczęła się dyskusja i sprostowania. Poszliśmy dalej śmiejąc się wszyscy bo komicznie to wyszło. Wszak oni byli lekko wcięci.

 

Chwilę później jednak jeden z nich podbiegł do nas jeszcze raz bo najwidoczniej dotarło do niego, o co nam chodzi i wskazał prawidłową drogę. Było już ciemno i utrudniało to nam szukanie tego miejsca. Po 15 minutach dotarliśmy na miejsce.

 

Aby to potwierdzić zaczepiliśmy jakąś dziwną panią. Ta jednak zaczęła mówić sensownie. Najpierw ostrzegła nas przed tym hotelikiem i opowiedziała nam historię pewnego duńskiego rowerzysty. Chłopak, tak jak my, szukał noclegu i dotarł do tego miejsca. Jednak gdy obsługa wyczuła, że jest z Zachodu zażądała od niego po $100 za noc! Nawet dla niego było to za dużo i ona go przyjęła u siebie, za co był jej podobno bardzo wdzięczny. Na koniec rzuciła tekstem, że jeśli będzie dla nas za drogo żebyśmy do niej przyszli, to nas przenocuje. Mimo dosadnych aluzji ze strony Adriana, nie zaproponowała od razu tego noclegu.

 

Dostrzegłem hurtownię i hotelik. Weszliśmy do bramy i ujrzeliśmy recepcję. Cennik wyglądał na normalny. Za dwójkę chcą 60 hrywien. Niestety fatalna wiadomość: nie ma wolnych miejsc. To nas podłamało. Akurat w tej samej chwili przyszedł jeszcze jeden gość i usłyszał to samo. Pani, bardzo miła trzeba zaznaczyć, poleciła nam ostatnią szansę. Jest podobno jeszcze jeden hotel ale na skraju miasta. Dla nas chodzenie po nocy bez gwarancji, że będą miejsca i w jakim standardzie, nie miało sensu.

 

Po wyjściu na ulicę ja byłem skłonny wrócić do hotelu w rynku bo nic innego nam nie pozostawało. Adrian jeszcze chciał zobaczyć czy jest szansa u "Dunki", jak ją zaczęliśmy nazywać. Podała nam numer domu 26 i tam się skierowaliśmy. Gdy tam dochodziliśmy stała z jakąś też dziwną kobietą. Od razu nas zauważyły. Spytała jak nam poszło a gdy wyjaśniliśmy sytuację, wskazała nam dom po przeciwnej stronie ulicy i powiedziała żeby tam spróbować bo tam Polak mieszka – Staszek.

 

No to poszliśmy i na placu spotkaliśmy żonę Staszka. Potwierdziła, że tu mieszka Staszek i że jest Polakiem. Chwilę później przyszedł on sam a my opowiedzieliśmy im naszą przygodę. Nawet nie zdążyliśmy dokończyć mówić kiedy żona zaczęła przygotowania do naszego noclegu. Wyszło na jaw, że mają dwa domy. Jeden stary, w którym mieszkają i nowy, świeżo wybudowany do którego nas zaprowadzili.

 

Kolejny raz przeżyliśmy szok. Nowy dom, gdzie nas zaprowadzono, był domem luksusowym. I to nie luksusowym na warunki Ukraińskie ale zachodnie! Wszystko absolutnie nowe, na podłogach parkiety, meble renomowanych firm, sprzęt TV najwyższej klasy, łazienka lśniąca od nowości i pięknie bielone ściany. Przepych. Dom ma 3 kondygnacje, które zwiedził Adrian ze Staszkiem. Nadal nie był dokończony, wiele rzeczy było robionych ale i tak zrobił na nas ogromne wrażenie.

 

Zaproszono nas do jednego z salonów. Panowała bardzo miła atmosfera, chętnie nam opowiadali o swojej sytuacji. Szybko się dowiedzieliśmy, że mają dwie córki. Jedna studiuje w Krakowie na UJ, druga w konserwatorium w Drohobyczu. On pracuje jako stolarz ale wielokrotnie wyjeżdżał do Polski, m.in. do Kluczborka. Ona co 3 miesiące jeździ do Polski na 3 miesiące. Jest szwaczką i pracuje w Łodzi. Zamiast zarabiać $100 w szwalni w Samborze, zarabia $700 w Łodzi. Oczywiście na czarno. Wszystkie pieniądze ładują w dom, łudząc się, że choć jedna z córek z nimi zostanie. Pokazali nam zdjęcia córek i tym razem nie były to stereotypowe ukraińskie dziewczyny. Można śmiało stwierdzić, że były na tych zdjęciach bardzo ładne.

 

Chwilę później mogliśmy się o tym sami przekonać gdy jedna z nich przyniosła nam kolację. Wcale nie byliśmy głodni ale widać było, że gospodarze chcą się jakoś pokazać i zaserwowali nam kolację. Pani domu poprosiła jeszcze męża żeby skoczył do ogródka narwać świeżych ogórków. Kiedy to usłyszeliśmy oboje wiedzieliśmy co to oznacza. Każdy kto mnie zna dość dobrze wie, że nawet za milion dolarów nie wezmę do ust surowego ogórka. Trochę obciachowo by wypadło gdybym wzgardził ich plonami. Ale w ostatniej chwili Staszek zaproponował, że może lepiej kiszone. Na co my chórem, że to o wiele lepszy pomysł. Za chwilę już na stole stały pokrojone w paseczki ogórki kiszone, które dla odmiany uwielbiam. I te były rewelacyjne.

 

Pojedliśmy do syta i popiliśmy cholernie słodką herbatą. Dla mnie była za słodka, a co dopiero dla Adriana, który w ogóle nie słodzi. No ale taki widocznie zwyczaj, że podają herbatę już posłodzoną.

 

Po całym dniu byliśmy naprawdę dość zmęczeni i czekaliśmy gdzie nas w końcu położą. Wreszcie pokazali nam łóżko. A właściwie łoże! Ogromne na pół pokoju. Śmiało mogło tam spać z pięć osób. Było już późno więc po kąpieli w luksusowej wannie z Ceresitu, mogliśmy się położyć. Trochę się namęczyłem w tej wannie bo czekałem na ciepłą wodę odkręcając kurek z napisem "hot". Niestety nie doczekałem się na ciepłą. Dobrze, że spróbowałem tego z napisem "cold" i wtedy poleciała ciepła. Ot, tiechnika!

 

Pani domu przyszła jeszcze wyłączyć piec gazowy na ciepłą wodę i mogliśmy iść spać. Podłączyłem kamerę żeby się naładowała i do łóżka. Było strasznie parno i gorąco. Nie dało się spać pod czymś. Kwestią czasu była burza. I już wkrótce usłyszeliśmy pierwsze grzmoty.

 

Dzień 2: Ustrzyki Dolne - Sambor 51km

 

 

Dzień 3 – 25 lipca 2007 – środa

 

                ROZCZAROWANIE

 

Trzeba powiedzieć, że oboje się wyspaliśmy. Jednak zmartwiła nas pogoda. Padało. Trochę ulgi od upału nie zaszkodzi ale deszcze to już przesada.

 

Pani domu zabrała resztki z kolacji, które sobie specjalnie zostawiliśmy na rano. Przyniosła za to śniadanie. Nigdy o czymś takim bym nie pomyślał, że można jeść na śniadanie. Kopa gorących ziemniaków, dwie parówki i sałatka z pomidorów i zielonych ogórków. Do tego oczywiście przesłodzona herbata. Na szczęście nie siedzieli z nami przy śniadaniu więc Adrian szybko pozabierał wszystkie ogórki z mojego talerza. Ja nie mieszałem herbaty żeby była choć trochę mniej słodka.

 

Dziwne to śniadanie ale wszystko pozjadaliśmy bo zaoszczędziło to nam czasu na robienie sobie samemu. Po wszystkim nadszedł moment pożegnania no i zapłaty. Wyraźnie zmieszana właścicielka nie wiedziała za bardzo jaką cenę nam podać. Sugerowała żebyśmy sami dali tyle ile uważamy ale jednak w końcu powiedziała… 10zł. Od razu przeszła na złotówki wyraźnie nie chcąc mieszać dwóch różnych systemów walutowych. Miałem złotówki w kieszeni więc dałem jej 20zł że niby po 10zł od osoby. Śmieszna kwota, raczej symboliczna.

 

Na koniec dowiedzieliśmy się jeszcze jednej szokującej wiadomości. Mianowicie zaprosili nas ponownie gdybyśmy byli kiedyś w Samborze bo podobno u nich często nocują chórzyści z Polski. Niby nic nadzwyczajnego ale dodali, że owi chórzyści zostali poleceni przez niejakiego księdza Andrzeja Kurka. Dokładnie tego samego, który nam tak pomógł. Podobno nasi znajomi są w stałym kontakcie z księdzem Kurkiem, który prosi czasem o przenocowanie tych chórzystów czy innych gości z Polski. Przez grzeczność nie skomentowaliśmy tego faktu.

 

Teraz celem był Lwów. Najpierw należało dojść do dworca. Udało się nam to dość prosto. Pytaliśmy tylko jednej osoby i szybko znaleźliśmy się pośród chaotycznie nadjeżdżających maszrutek. Już chwilkę później siedzieliśmy w jednej z nich jadących do Lwowa. To ponad 80km i trzeba było się uzbroić w cierpliwość. Pamiętaliśmy przecież naszą wczorajszą podróż do Sambora.

 

Dziś nie było zbytniej różnicy. Zdezelowany merol również z pękniętą szybą, naładowany do maksimum. Plecak na kolanach i brak wentylacji. Po drodze zabierał wszystkich, którzy go zatrzymywali. W pewnym momencie było tam chyba z 10 osób stojących! Niesamowity ścisk. Jazda czymś takim po takich drogach zapewne często kończy się wypadkiem.

 

Podróż się dłużyła, nie ma co gadać na ten temat. Chciałem jak najszybciej wysiąść z tego pojazdu. Dużo zresztą sobie obiecywaliśmy po Lwowie. Adrian przekonywał, że Ukraina to kraj kontrastów więc tak przez wszystkich chwalony Lwów, zapewne okaże się perełką w porównaniu z zaniedbanymi innymi miastami.

 

Ja jakoś w to nie wierzyłem. No i wjeżdżając do miasta stopniowo utwierdzałem się w tym przekonaniu. Na przedmieściach, tego w sumie ogromnego miasta, zauważyć można było już oznaki tego charakterystycznego stylu. Dziurawe drogi, odrapane budynki, zarośnięte trawniki i skwery i szarość.

 

Im głębiej wjeżdżaliśmy w to miasto, tym coraz bardziej czułem, że to się nie zmieni. Chaos komunikacyjny, zdezelowany tabor transportu publicznego, ziły, gazy i kamazy w centrum miasta, wołgi, moskwicze i wszechobecne łady spowodowały, że przed moimi oczami ukazały się obrazy zapamiętane w dzieciństwie kiedy po polskich drogach jeździło coś takiego. I znów ta szarość. Szarzyzna wśród ludzi i wśród miejsc.

 

Wysadzono nas pod dworcem kolejowym. To znów powtórka chyrowskiego placu dworcowego ale tym razem dużo większego. Jednak i dziury w jezdni były też większe. Pogoda też nas nie rozpieszczała. Zrobiło się chłodno. Weszliśmy na dworzec aby się przebrać a tam spotkaliśmy koczujących ludzi i zamknięty hol poczekalni. Przebraliśmy się choć ja tylko zarzuciłem sobie koszulę. Adrian bardziej się ogacił. Tak przygotowani byliśmy gotowi na podbój miasta.

 

Lwów (http://www.city-adm.lviv.ua/) - to największe miasto zachodniej Ukrainy, stolica obwodu lwowskiego. Leży nad rzeką Pełtwią.

 

Stolica księstwa halicko-wołyńskiego, jedno z głównych miast I i II Rzeczypospolitej, w okresie rozbiorów ośrodek kultury polskiej i stolica Galicji. Wraz z upadkiem Austro-Węgier wybuchły polsko-ukraińskie walki o miasto. W okresie międzywojennym Lwów był trzecim pod względem liczby ludności po Warszawie i Łodzi miastem Polski i stolicą województwa. W czasie II wojny światowej był okupowany przez wojska sowieckie i niemieckie. Po zakończeniu wojny miasto zostało włączone do ZSRR, a jego polską ludność wysiedlono. Od 1991 Lwów wchodzi w skład niepodległej Ukrainy. Władze polskie nigdy oficjalnie nie zaakceptowały Lwowa jako miasta ukraińskiego. Dla wielu Polaków, miasto to jest "jednym z najważniejszych ośrodków polskości". W 2006 roku świętowano 750-lecie powstania miasta.

 

Niby jest co zwiedzać bo Stare Miasto zostało nawet wpisane na listę UNESCO ale jakoś nie widziałem tego w pozytywnym świetle. Jednak byliśmy daleko od Starego Miasta i tam wszystko mogło wyglądać inaczej. A podobno czekała nas daleka droga bo dworzec leży w sporej odległości od centrum.

 

Adrian chciał się napić kawy więc musieliśmy wstąpić do pobliskiego baru. Ja sobie wyciągnąłem coca-colę, a on stanął w kolejce po kawę. Ja zająłem stolik. Wystrój "gieesowski", nawet wagi elektronicznej nie było, tylko starodawna. Ludzie dookoła coś szamali ale po jakichś 10 minutach, kiedy Adrian już był tuż tuż przed zakupem, zawiadomił mnie, że rezygnuje z kawy w tym miejscu. Wkurzył się na obsługę bo jakiś synek za ladą nalewał trzecią setkę wódki dla pani przed nim. Odmierzał dokładnie, szukał kolejnej flaszki bo mu się skończyła, ważył ogórki na zagrychę i generalnie nie radził sobie z tym zadaniem. Nota bene chlanie wódy o 9.00 rano to też niezły wyczyn dla kobiety.

 

Wyszliśmy z tego baru i zapytaliśmy się o rynek. Pierwszy gość w ogóle nie chciał z nami gadać, drugi wskazał nam drogę prostą. Czułem coś, że oni mówią o czymś innym i szybko się przekonałem, że miałem rację. Był rynek ale w postaci bazaru. Następnemu człowiekowi z kilkunastoma złotymi zębami wytłumaczyliśmy już nieco inaczej o co nam chodzi. Wskazał kierunek i polecił tramwaj numer 6.

 

My postanowiliśmy przejść się pieszo. Po drodze jeszcze pytaliśmy kilku osób czy dobrze idziemy ale wychodziło, że tak. Szliśmy cały czas w dół, wzdłuż ulicy z kocich łbów pamiętającej Polskę zapewne. Nie wyglądało to dobrze. Utwierdzałem się w przekonaniu, że tu nadal jest socjalizm z lat '80.

 

Kamienice i owszem całkiem ładne ale strasznie zaniedbane. Odnowione fragmenty chodników tylko wokół banków i aptek. Tak samo pomalowane tylko właściwie te. Ulice zrujnowane. Pojazdy stare, brudne i zdezelowane. Nie do pomyślenia aby ził wywrotka z niezabezpieczonym ładunkiem gruzu i kamieni jechał przez centrum polskiego 800-tysięcznego miasta. I te wszędobylskie marszrutki pędzące przez miasto we wszystkich kierunkach.

 

Szliśmy dalej w dół i znaleźliśmy kawiarnię. Tam postanowiliśmy wstąpić aby wreszcie napić się kawy. Lokal pusty o tej porze. Kelnerka podała kartę z bukwami ale wyczytaliśmy, że jest kawa i coca-cola. Kawa malutka a cola ciepła i w plastikowej butelce. Ceny jednak już lwowskie. Zapłaciliśmy 7 hrywien więc tyle ile za jeden obiad w Chyrowie.

 

Bardzo szybko stamtąd wyszliśmy i dalej szliśmy w dół do centrum. Po kolejnych zapytaniach (bo żadnych znaków nie widzieliśmy) dotarliśmy do rogu opery. Wreszcie coś pięknego. Odnowiony budynek prezentował się pięknie. Od niego wiedzie Prospekt Swobody, czyli takie długie i szerokie aleje. Po obu stronach sklepy i czasem jakieś knajpy. Na pewno dostrzegłem jeden McDonald.

 

Wiedzieliśmy, że znaleźliśmy się wreszcie w odpowiednim miejscu i że do Rynku nie będzie daleko stąd. Przeszliśmy się tym Prospektem do prawie jego końca. Ta część Lwowa była, jak dla mnie, całkiem ok. Widać było wieże kościołów skupionych w jednym miejscu.

 

Na jednym z przejść zaczepił mnie chłopak pytając o godzinę. Powiedziałem mu ale on spytał czy to nasz czas czy ich. I tak zaczęła się rozmowa. Zadał kilka podstawowych pytań o nasz pobyt we Lwowie, pochwalił się swoją historią rodzinną i szybko zaproponował nocleg. Trochę nas tym zaskoczył więc nie za bardzo chcieliśmy tak szybko decydować. Potem rozmowa przeniosła się na tematy czysto piłkarskie. Facet był w miarę zorientowany we współczesnym futbolu i chyba pierwszym gorącym entuzjastą EURO2012.

 

Gadaliśmy tak dobre kilka minut, powiedział jak dotrzeć na cmentarz i ostrzegł o problemach z wodą. Jednak na koniec bez żenady poprosił o jakąś kasę żeby mógł rodzinie kupić jedzenie. Zamurowało nas ale sięgnąłem po kolejne 10zł które miałem w kieszeni i mu dałem. Bardzo go to ucieszyło. My jednak szybko ruszyliśmy w kierunku Rynku Starego Miasta.

 

Nie uszliśmy daleko kiedy znów nas zaczepiono. Tym razem był to starszy gość. Zaproponował nocleg. I to w dodatku w samym centrum. Zaczęliśmy go wypytywać, a on w sumie nie był nachalny ale zachęcał bardzo. Adrian w sumie to chciał najpierw iść do biura polskiej kultury właśnie w Rynku ale ten facet od razu nam powiedział, że tam zamknięte i nie wiadomo czy w ogóle ktoś przyjdzie. A tam właśnie chcieliśmy zapytać o noclegi.

 

Poszliśmy wszyscy w takim razie pod numer 17 i rzeczywiście nic z tego nie wyszło. Zaczęliśmy więc dopytywać się o ofertę, którą nam zaproponował. Okazało się, że on jest tylko pośrednikiem i ma kilkanaście miejscówek w całym Lwowie. Na pytanie czy jest Polakiem, oburzył się, że możemy mieć w ogóle jakieś wątpliwości. (Adrian chciał dodać, że zmyliły go jego złote zęby ale nie powiedział mu tego).

 

Ten już starszy gość zaproponował nam dwa rozwiązania: albo pójście do Dany i oddzielny dwuosobowy pokój za $20 lub do Galeny i pokój z jednym łóżkiem za $16. Oba miejsca w Rynku, na którym właśnie staliśmy. Wybraliśmy to pierwsze rozwiązanie. Trochę z przekory, a trochę z rzeczywistej ciekawości po numerach w Samborze, zapytałem o łazienkę. Znów się żachnął, że jak to, że oczywiście, że jest.

 

Chwilę później byliśmy pod oknem Dany. Bez krępacji facet zaczął krzyczeć z ulicy: "Dana! Dana!" bo było uchylone okno. Jednak żadna Dana się nie wychyliła. Wtedy postanowił iść do kamienicy obok. Widać miał jeszcze kogoś tam. Weszliśmy na górę, drewnianymi, krętymi schodami. Na piętrze kałuża wody bo dach przecieka… Zapukał do drzwi, otworzyła jakaś kobieta. Ale niestety już kogoś ma, ale może będzie miejsce, podpaliła się widać na dodatkowy zarobek bo od razu chciała żebyśmy zostawili plecaki u niej. Dzwoniła do Dany ale nikt nie odbierał w takim razie pewnikiem było, że Dana jest na zakupach.

 

No to poszliśmy do Galeny. Troszkę dalej, naprzeciw kolumny Neptuna. W korytarzu robotnicy coś majstrowali, znów wejście po krętych schodach, jakaś sień czy coś takiego i dopiero mieszkanie.

 

Warunki średnie można by rzec ale na pewno bliżej do "żeńszcziny" z Sambora niż do Staszka z Sambora. Ale dało się znieść. Nasz pokój miał jedno łóżko, jakieś szafki, dywan na ścianie (!), nawet telewizor. W sumie nie było źle. Tanio i w samym centrum więc nie ma co grymasić.

 

Postanowiliśmy, że zostajemy. Galena nie wiedziała nawet jaka cena kiedy ją spytaliśmy. A więc to ten pośrednik sam sobie ceny wymyślał. Dlatego kiedy wychodziliśmy to on specjalnie został żeby się z nią rozliczyć. No ale ustaliliśmy te $16 więc Adrian wyciągnął amerykańską walutę, przeczuwając wcześniej, że się przyda na Ukrainie. Galena jednak nie przyjęła banknotu $1 bo niby nie wymieni się go w kantorze. Zastąpiliśmy je 5 hrywnami.

 

Interes ubity, nocleg mamy zapewniony, możemy wreszcie na luzie połazić po Lwowie. Nasz przewodnik zaproponował pokazanie Lwowa w zamian za piwo. Nie pierwsze zresztą tego dnia bo od początku było czuć, że lekko wcięty był. Ale woleliśmy sami sobie decydować o naszym czasie więc podziękowaliśmy mu za usługę. Rozstaliśmy się.

 

A my postanowiliśmy zacząć dzień od browarka. Nie było z tym najlepiej bo tylko dwa ogródki piwne w Rynku były. Poszliśmy sprawdzić jeden z nich i w tym momencie podskoczył do nas chłopak z torbą. Zapytał po angielsku ale od razu przeszedł na polski i pokazał swoją ofertę. Kartki, zdjęcia, znaczki, płyty itp.. Wszystko o Lwowie. Wciskał nam 14 zdjęć Lwowa z autografem autora. Zaledwie 5zł więc kupiłem to. Kartki miał kiepskie więc nie chciałem od niego ale kiedy zagadałem o znaczki to potwierdził, że ma. W tym czasie jednak zauważył jakąś polską wycieczkę i zaczął się denerwować, że mu uciekną. Ale szybko dał mi ten znaczek i pobiegł za nimi.

 

Przeszliśmy do drugiego ogródka mijając jakąś panią sprzedającą pocztówki. Kupiłem jedną i udaliśmy się na spoczynek w ogródku. Miękkie siedzenia ale piwo lane z przyczepy kempingowej i w plastikowych kubkach. Trochę wioska. Oprócz nas były jeszcze ze dwie osoby. Bardzo przeszkadzał porywisty wiatr. Po piwku przeszliśmy się po Rynku.

 

Fot.4. Lwów - Rynek.

 

Potem postanowiliśmy najpierw pojechać na Cmentarz Łyczakowski. W tym celu udaliśmy się na przystanek wskazany przez naszego niedoszłego przewodnika. Znajdował się on tuż przy miejscu gdzie stoi pomnik faceta z książką. Tam też odbywał się jakiś targ ksiązki. Coś u nas w Polsce można było zobaczyć z 10 lat temu. Ludzie sprzedawali stare i użyte ksiązki oraz czasopisma zachodnie. U nas takie bazary przejęło już chyba allegro.

 

Ustawiliśmy się w złym kierunku ale skorygowaliśmy nasz błąd przy pomocy innych pasażerów. Mieliśmy jechać #7 ale starszy gość namawiał nas żeby wsiąść z nim do #2. Podobno też można dojechać nią na cmentarz.

 

Przyzwyczajony do innych miast, zawsze zakupowałem bilet całodniowy ale tym razem podobno nie warto. Nie mieliśmy w sumie zamiaru tak dużo jeździć po mieście. Co bardzo dziwne ale i śmieszne w pewnym sensie, to fakt, że bilet się kupuje u człowieka wewnątrz autobusu czy tramwaju. I nie jest to kierowca. To oddzielny etat. Ludzie wchodzą i wychodzą wszystkimi drzwiami więc taki osobnik (w fartuszku kelnerki!) musi biegać po pojeździe i zbierać pieniądze. Gdzie tu logika? Przypuszczam, że ponad połowa nie płaci za przejazdy, a część kasy i tak ląduje bezpośrednio w kieszeni inkasenta. Nie dziwi więc widok zdezelowanego taboru. Ewidentna pozostałość komunizmu i całkowity brak myślenia wolnorynkowego.

 

Telepiąc się tym tramwajem mieliśmy malutką przerwę gdyż jakiś facet zaparkował swoim samochodem w taki sposób, że tramwaj nie mógł jechać. Motorniczym była gruba Ukrainka, która nie bacząc na nic, wyszła do wagonu i krzyknęła, że potrzebuje silnych chłopów do przestawienia tego auta! Od razu znaleźli się chętni i auto zostało przesunięte. W tym momencie zjawił się właściciel a motorniczy powiedziała mu kilka słów.

 

Zobacz video: http://youtube.com/watch?v=TLwxiJT7KX8

 

Dalej już jechaliśmy normalnie. Nie za bardzo wiedzieliśmy gdzie wysiąść bo nie było listy przystanków w środku pojazdu więc musieliśmy się pytać. Jakaś starsza babka kiwnęła nam, że to już czas wysiąść. Teraz trzeba było tylko zejść w dół ulicą i za jakieś 500m mieliśmy być pod bramą.

 

Po drodze już dostrzegliśmy po lewej stronie ogromny plac z jakimiś nagrobkami a dalej bramę cmentarza. Ledwie weszliśmy do środka kiedy doskoczył do nas ochroniarz i skierował do… kasy biletowej. No, czegoś takiego jeszcze nie spotkałem żebym musiał płacić za wstęp na cmentarz. Ciekawe czy odwiedzający swoich bliskich też muszą płacić 5 hrywien za każdorazowe wejście.

 

Cmentarz Łyczakowski – (http://www.lwow.home.pl/lycz.html) – to najbardziej znany cmentarz Lwowa i jeden z najpiękniejszych polskich cmentarzy, położony we wschodniej części miasta na malowniczych wzgórzach wśród pięknego, specjalnie zaprojektowanego, starego drzewostanu tworzącego szereg alei. Miejsce wiecznego spoczynku wielu wybitnych, zasłużonych dla Polski ludzi kultury, nauki, polityki.

 

Na cmentarzu znajduje się dużo pięknych zabytkowych nagrobków o wysokiej wartości artystycznej, przedstawiających alegoryczne postacie i wizerunki zmarłych a także kaplic, edykuł, obelisków, kolumn w różnych stylach.

 

Został założony w 1786 roku. Jest jedną z najstarszych nekropolii istniejących w Europie do dziś (dla porównania: Cmentarz Powązkowski w Warszawie został założony w 1790 roku, Rakowicki w Krakowie - w 1803 roku, Père-Lachaise w Paryżu również w 1803 roku, zaś wileńska Rossa wcześniej, bo w 1769 roku).

 

Mieliśmy własną mapkę cmentarza. Nie była rewelacyjna ale przynajmniej pozwalała się zorientować. Ukraińcy natomiast w ramach tych 5 hrywien nie zaoferowali oczywiście nic.

 

Zaczęliśmy zwiedzanie cmentarza. Z listy zasłużonych ludzi pochowanych tam, prawdę mówiąc znałem tylko niewielką ich część. Odwiedziliśmy więc groby m.in. Zapolskie, Bełzy, Ordona, Konopnickiej, a później jeszcze Grottgera, którego ciężko było nam odszukać.

 

Fot.5. Lwów – Cmentarz Łyczakowski.

 

Kulminacyjnym punktem wizyty miała być oczywiście wizyta na cmentarzu Orląt Lwowskich. Wiadomo, że to kość niezgody między Polską i Ukrainą i cmentarz był otwierany z wielką pompą i po wielu kompromisach. Jednak dzisiaj wygląda dość ładnie. Naturalnie dbają o to Polacy. Oprócz naszych młodziutkich żołnierzy, można również zobaczyć tam pomniki poświęcone Francuzom i Amerykanom.

 

Fot.6. Lwów – Cmentarz Orląt Lwowskich.

 

Reszta cmentarza w stylu Ukraińskim choć trzeba przyznać, że jakiś postęp jest. Część tych głównych alejek jest wybrukowana ale generalnie to dziadostwo. Wiele grobów zarośnięta, ścieżki błotniste, żadnego jakiegoś ogólnego planu zorganizowania zwiedzania. Nie ma nazw uliczek, nie ma numeracji, najwyżej numeracja pól a to za mało przecież. Ogólnie można powiedzieć, że po ukraińsku czyli byle jak.

 

Sporo czasu nam tam zeszło i dlatego Adrianowi nie chciało się iść pod tę górę i postanowiliśmy zaczekać na #7, która miała dojeżdżać pod bramę. W dodatku jacyś ludzie czekali na przystanku i gadali więc tym bardziej przysiedliśmy tam. Ale tramwaj nie nadjeżdżał, a ludzie się zmyli. W takim razie trzeba było iść na #2.

 

Dojechaliśmy w to samo miejsce i teraz był czas na kuchnię ukraińską. Z naszego przewodnika wynikało, że jest jakaś ciekawa restauracja z jedzeniem narodowym. Mapki mieliśmy bardzo kiepskie ale jakoś udało mi się ją znaleźć.

 

Po wejściu ujrzeliśmy dwie umywalki z lustrami, a następnie Ukrainki w strojach ludowych. Na sali gwar a po drugiej stronie kolejka ludzi z tackami. Rozwiązali to jak na stołówce studenckiej ale fajnie to wyszło. Podchodzi się z tacą do stanowisk i wybiera różne produkty. My byliśmy lekko zdezorientowani bo wielu rzeczy nie znaliśmy ale udało się nam skomponować niezły obiad. Z barszczem ukraińskim i kwasem na popitkę. Choć jak dla mnie nie był to dobry wybór. Lepsze byłoby piwko.

 

Będąc w tych rejonach, po obiedzie poszliśmy zobaczyć pizzerię, bo może przyjdziemy tu na kolację. Ale była nieczynna więc zdecydowaliśmy się na przejście po Lwowie jedną z zaprezentowanych w przewodniku tras.

 

Spacer zaczynał się od placu, na którym stoi pomnik założyciela Lwowa na koniu Karola Daniło. Był on jednak daleko i my zaczęliśmy zwiedzanie od pomnika naszego Adama Mickiewicza usytuowany na placu Mariackim naprzeciw Hotelu George, z którego okien śpiewał Kiepura. Trzy stopnie, wysoka na 21 metrów kolumna i na samej górze pozłacany znicz. Tak w skrócie prezentuje się kolumna Mickiewicza, wybudowana w 1904 roku.

 

Fot.7. Lwów – Pomnik Mickiewicza.

 

Stamtąd, Prospektem Swobody, tuż obok pomnika ukraińskiego wieszcza -  Tarasa Szewczenki, szliśmy w stronę Opery. Wstępowałem czasem do jakiegoś sklepu w celu kupna pamiątek (a dostałem specjalne zlecenia) ale nic takiego nie było jak sklep z pamiątkami. Co najwyżej cepelia ale nie było tam tego, czego szukałem.

 

Dawna nazwa Prospektu to Wały Hetmańskie przebiegające od Placu Mickiewicza do Teatru Wielkiego. Składały się one z dwóch ulic: Hetmańskiej (od wschodu) i Legionów (od zachodu), rozdzielonych pasem zieleni - klombów, ozdobnych krzewów i drzew.

 

Przy Wałach Hetmańskich w latach 1898-1945 stał również pomnik króla Jana III Sobieskiego dłuta Tadeusza Barącza, ekspatriowany po wojnie ze Lwowa, który przemieszkał wiele lat w Wilanowie, zaś od 1965 jest postawiony na Targu Drzewnym w Gdańsku.

 

Przy Wałach Hetmańskich zbudowano w XIX w. szereg reprezentacyjnych gmachów: zaprojektowany przez Juliana Zachariewicza gmach Galicyjskiej Kasy Oszczędności (na rogu ulic Legionów i Jagiellońskiej), Teatr Wielki, Muzeum Przemysłu Artystycznego, sklepy, hotele, kawiarnie (Wiedeńska, De la Paix) i kina (Palace, Casino).

 

Wały Hetmańskie i ulica Akademicka stanowiły do 1939 tzw. Corso - miejsce powolnych, ceremonialnych przechadzek najbardziej liczących się w hierarchii społecznej mieszkańców Lwowa.

 

Pod promenadą oddzielającą Wały Hetmańskie i ulicę Legionów, w podziemnym, zabudowanym w końcu XIX w. kanale, płynie rzeka Pełtew.

 

Tak doszliśmy do gmachu Opery. Jest ciekawym budynkiem pod względem architektonicznym, obfituje w dekoracje malarskie i rzeźbiarskie nawiązujące do sztuki teatralnej.

 

Gmach zajmuje powierzchnię ponad 3000 m² ma, kształt prostopadłościanu o wymiarach 45/95 m. Budowlę wieńczy znajdująca się nad sceną miedziana kopuła.

 

4 października 1900 odbyło się uroczyste otwarcie teatru roku w obecności gości honorowych - Henryka Sienkiewicza, Ignacego Paderewskiego, Henryka Siemiradzkiego, prezydenta miasta Godzimira Małachowskiego, namiestnika Leona Pinińskiego, marszałka krajowego Stanisława Badeniego oraz delegacji praskiej z burmistrzem Vladimirem Srbem i byłym dyrektorem Narodowego Divadla Františkiem Adolfem Šubertem.

 

Spróbowaliśmy wejść do środka ale były zamknięte wewnętrzne drzwi. Trzeba było kupować bilety, a mi nie za bardzo się chciało prawdę mówiąc. Poszliśmy w bok i dotarliśmy do bazaru. Tam częściowo zaspokoiłem swoją listę życzeń co do rzeczy, które miałem kupić. Niestety nie udało mi się kupić wszystkiego.

 

Idąc dalej mijaliśmy kościoły i zapomniałem powiadomić Adriana, że minęliśmy Katedrę Ormiańską. Obejrzeliśmy ją jednak później kiedy tam wróciliśmy. Teraz przechodziliśmy kolejny raz przez Rynek.

 

Rynek lwowski to plac o kształcie prostokąta i wymiarach 142 x 129 m. Z każdego narożnika Rynku wychodzą po dwie ulice. Jest więc on podobny do Rynku warszawskiego, a różny od Rynków poznańskiego i krakowskiego. Centralną część placu zajmował blok śródrynkowy, którego południową ścianę stanowił Ratusz. Po zawaleniu się wieży ratuszowej w 1825 r. cały blok rozebrano i postawiono nowy Ratusz. Dookoła Rynku wznoszą się 44 kamienice prezentujące wszystkie style od renesansu po modernizm. W czterech narożnikach rynku znajdują się studnie-fontanny z początku XIX wieku dłuta prawdopodobnie Hartmana Witwera lub Schimsera. Przedstawiają postacie mitologiczne: Neptuna, Diany, Amfitryty, Adonisa. Przed Ratuszem stał pręgierz, przy którym wykonywano wyroki. Figura stojąca na jego szczycie znajduje się obecnie w Kamienicy Królewskiej. W 1998 r. Rynek wraz z całą starówką został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.

 

Trudno nie zauważyć bardzo charakterystycznej Czarnej kamienicy. Zbudowana w latach 1585-1589 dla poborcy ceł, Włocha Tomasza Albertiego. Wkróce przeszła ona w ręce aptekarskiej rodziny Lorencowiczów, następnie - bogatego patrycjusza Marcina Nikanora Anczowskiego. Od 1926 stanowi własność miasta, które umieściło w niej muzeum historyczne miasta Lwowa.

Fasada kamienicy pokryta ciemniejącym z wiekami piaskowcem (pozbawiona obecnie naturalnej barwy z powodu pomalowania jej czarną farbą) jest uważana za jeden z najcenniejszych zabytków budownictwa mieszczańskiego z epoki renesansu.

 

Ratusz akurat był remontowany, przykryty siatkami i dlatego nie do końca widoczny. Jednak i tak prezentował się bardzo ładnie. Dalej minęliśmy kolejne kościoły, do których nie miałem zamiaru w ogóle wchodzić. Męczą mnie te wszystkie zabytki sakralne. Jeśli nic charakterystycznego w nich nie ma, to odpuszczam. Poza tym, zauważyliśmy , że jednak wszystkie one są mimo wszystko bardzo zaniedbane. Nie mówiąc już o śmietnikach ustawionych pod ich murami.

 

Każda uliczka w bok od Rynku prezentowała się już fatalnie. Dochodzili do tego bezdomni, pijacy i sporo śmieci walających się na wietrze. Z turystów spotkaliśmy tylko i wyłącznie Polaków. Widać baza jest przystosowana tylko dla nas.

 

Nasz spacer skończyliśmy na placu, z którego mieliśmy wyjść. Pomnik założyciela Lwowa na koniu. Placyk malutki. Wróciliśmy więc do Katedry ormiańskiej. Niestety już była zamknięta.

 

Katedra ormiańska we Lwowie - jeden z najstarszych i najcenniejszych zabytkowych kościołów Lwowa, do 1939 katedra katolicka obrządku ormiańskiego pw. Wniebowzięcia NM Panny. W latach 1945-2001 katedra, zamknięta przez funkcjonariuszy aparatu przemocy ZSRR, służyła jako magazyn dzieł sztuki zrabowanych z obiektów sakralnych ziemi lwowskiej. Przed wizytą we Lwowie papieża Jana Pawła II została przekazana na cele kultu religijnego wiernym Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego.

 

Mogliśmy ją tylko więc zobaczyć z zewnątrz. Niestety też wpisała się w ogólny schemat zabytków zaniedbanych. To dość przykry widok.

 

Zobacz video ze Lwowa: http://youtube.com/watch?v=oRCF1u1gdHo

 

Tuż obok znaleźliśmy małą knajpkę. Weszliśmy na browarka i od razu miłe zaskoczenie. Nie dość, że pani mówi po polsku, to jeszcze menu jest po angielsku. To pierwszy taki przypadek na Ukrainie.

 

Na początek zamówiliśmy piwo i zaczęliśmy przeliczać pieniądze. Kończyły się nam zrywny i trzeba było wymienić. Uzgodniliśmy, że trzeba wymienić 20zł bo potrzebowaliśmy na dziś zapłacić za piwo i iść jeszcze na kolacje. W przewodniku były wypisane pizzerie i chcieliśmy sprawdzić jak będą się prezentować.

 

Panie kelnerki zrobiły się lekko mówiąc irytujące bo co chwilę przychodziły się pytać o zamówienie. Jeden z innych gości nawet ryknął na jedną z nich, że jak będzie gotowy to sam ją zawoła. My w takim układzie postanowiliśmy się zmyć bo baliśmy się, że nam kantor zamkną.

 

Kantor znaleźliśmy na Rynku. Dostałem ponad 35 hrywien, a jeszcze wcześniej weszliśmy do jakiejś innej knajpki, którą zauważyliśmy z ulicy. Niestety znajdowała się w podziemiach i jakoś od razu zapachniało dla mnie "geesem". W dodatku pomyliliśmy się i weszliśmy na klatkę schodową. Tam dopiero nas skierowano do właściwego miejsca. Przechodziliśmy też pod oknem Dany i pozwoliłem sobie głośno krzyknąć "Dana!" imitując naszego przewodnika/pośrednika z rana.

 

Na liście knajp do odwiedzenia mieliśmy kilka nazw. Znów poszliśmy w okolice Prospektu ale bardzo się rozczarowaliśmy dwiema pizzeriami. W pierwszej, tak reklamowanej w przewodniku, panował kompletny zaduch od papierochów i nie dało się tam nic zjeść. Zresztą nikt tam nic nie jadł tylko kilka osób piło piwo. Druga to taki ukraiński McDonald. Wszystko i nic. Niby były pizze ale też nikogo nie było widać. Kiepścizna.

 

Adrian postanowił pójść do słynnej restauracji "U Stefy". Została nam bowiem jeszcze jedna pizzeria tylko do sprawdzenia. To był dla nas szok, że ledwie 4 są w pobliżu, w tym jedna nieczynna, a dwie jak na razie nie były prawdziwymi pizzeriami.

 

Wg przewodnika, "U Stefy" znajdowała się tuż za pomnikiem Maryi na placu Mariackim. Kawałeczek mieliśmy do przejścia. Kiedy doszliśmy tam, jakoś dziwnie to wyglądało. Niby knajpa ale jakaś inna. Okazało się, że jest to knajpa sushi. Niestety nas wyproszono z braku miejsc.

 

W takim razie trzeba było poszukać tej prawdziwej "U Stefy". Wynikało dalej z opisu, że może być w… Rynku. Wróciliśmy tam ale nic takiego nie znaleźliśmy. Pozostała nam ostatnia szansa – pizzeria sportowa, do której Adrian nie miał ochoty iść i odrzuciliśmy ją od razu. W dodatku była gdzieś po drugiej stronie Rynku.

 

Ruszyliśmy w tamtym kierunku ale ciężko nam szło zlokalizowanie jej. Dopiero później uzmysłowiłem sobie, że to musi być ta, którą widziałem kiedy wsiadaliśmy do tramwaju jadąc na Łyczaków. Znajdowała się ona tuż obok tego bazaru książek.

 

Wejście było z boku. Malutki lokal ale wreszcie ludzie jedzą pizzę. Tylko jeden stolik wolny więc się tam usadowiliśmy. Pizzeria rzeczywiście piłkarska. Wystrój to szaliki klubowe i plakaty, a kelnerki chodzą w koszulkach piłkarskich. Jedna miała portugalską, druga włoską. Do nas podeszła ta pierwsza.

 

Fajny pomysł na zamawianie: bierzesz ciasto, a następnie samemu dokładasz sobie dodatki i w ten sposób zwiększa się cena. Przy pomocy tej kelnerki, udało mi się skomponować coś dobrego. Nie czekaliśmy długo, zresztą kolejny raz zamówiliśmy po piwie.

 

Pizzę podano nam na drewnianych deskach. Mogę stwierdzić, że byłem zadowolony. Zarówno z lokalu, jak i z posiłku. Tuż obok nas siedziała grupa anglojęzycznych. Wreszcie spotkaliśmy jakichś innych turystów. Robili sobie zdjęcia i po wyjściu zostawili spory napiwek. Jeden nawet się wrócił żeby jeszcze coś dołożyć. Widać też było, że byli w Polsce bo przyglądali się polskim pieniądzom, próbując je odróżnić od ukraińskich.

 

Po kolacji przeszliśmy się jeszcze naokoło żebym mógł wrzucić kartkę na Rynku. Spotkaliśmy dwóch milicjantów maszerujących przed nami. Niestety boczne uliczki były bardzo słabo oświetlone, a kiedy weszliśmy na Rynek i tutaj zauważyliśmy, że większa jego część była ciemna. Poza tym pustki. Aż dziw bierze, że ludzie nie siedzą w knajpkach na Rynku. Przechodząc obok jednej z nich, widzieliśmy znudzonego ochroniarza pilnującego… pustych krzeseł.

 

Galena prosiła żebyśmy wrócili najpóźniej o 20.45 bo wtedy jest w mieście… woda. Podobno woda w centrum jest tylko od 6.00 do 9.00 rano i od 18.00 do 21.00 wieczorem. Na początku myśleliśmy, że wyrobimy się przed 21.00 ale nie udało się nam. Oznaczało, że nie będzie się można wykąpać. Trudno.

 

Było koło 23.00 kiedy po ciemku wspinaliśmy się na górę naszej kamienicy. Ciemno jak w dupie u Murzyna po kawie. Mieliśmy klucz, znaliśmy kod od domofonu ale nie dało się trafić kluczem do zamka. Chciałem oświecić światło i oczywiście nacisnąłem dzwonek. Ale Galena nie spała jeszcze i nam otworzyła. Wyjaśniła, że nie ma tu światła. Potem wygarnęła, że nie wróciliśmy na czas i dlatego nie będzie kąpieli.

 

Dostaliśmy pościel, chwilę jeszcze pogadaliśmy na temat jutrzejszego dnia. Zdecydowaliśmy bowiem, że skracamy pobyt i jutro już wyjeżdżamy z Ukrainy. Lwów nie rzucił nas na kolana więc nie ma co tu za bardzo siedzieć. Dopytaliśmy się o dojazd na dworzec autobusowy i zajęliśmy się ścielaniem łóżka.

 

Galena ostrzegła nas, że będziemy słyszeć co godzinę bicie zegara i to może nas budzić. Jednak po zagaszeniu światła z drugiego pokoju zaczęły dochodzić do nas dziwne, pijackie gadki. Najwidoczniej ktoś tam jeszcze był, choć nie widzieliśmy wcześniej nikogo oprócz niej. Trochę to przeszkadzało, dzwon rzeczywiście bił co godzinę ale jakoś usnąłem.

 

Niestety miałem koszmarny sen. Zlany potem obudziłem się o 4.00 rano i nie mogłem zasnąć przez godzinę. Bardzo się przejąłem tym snem ale na szczęście był to tylko sen.

 

Dzień 3: Sambor - Lwów 72km

 

 

Dzień 4 – 26 lipca 2007 – czwartek

 

              GRANICA Z LAT '80

 

 

Rano zjawiła się Galena ze swoim numerem telefonu. Taki marketing. Z tym, że na moje pytanie o numery kierunkowe na Ukrainę i do Lwowa wzruszyła tylko ramionami i odparła, że nie zna. Przez grzeczność wziąłem ten numer choć zapewne mi się nie przyda.

 

Potem dostaliśmy herbatę, zjedliśmy coś na słodko, co mieliśmy ze sobą i jeszcze raz upewniliśmy się gdzie iść aby złapać cokolwiek w kierunku dworca. Dopytaliśmy się również o jakiś sklep spożywczy żeby móc sobie kupić jakąś bułkę chociaż i podobno mieliśmy dwa mijać.

 

Rzeczywiście jeden z nich minęliśmy ale nie był czynny, a drugi był. Kiedy wchodziliśmy do niego, musieliśmy wyminąć panią, która na kolanach zmywała podłogę. Zwykłą ścierką zamiast mopem. Dojrzeliśmy sekcję z pieczywem ale na nasze zapytanie o bułki, ekspedientki odparły zdziwione, że jeszcze nie ma pieczywa. Jeszcze! A była godzina 9.00 rano. My myśleliśmy, że już nie ma.

 

Tak więc niezbyt najedzeni poszliśmy szukać jakiejś marszrutki. Wg Galeny, miało ich kilkanaście co najmniej jechać w tamtym kierunku. Zagadywaliśmy kilku kierowców i skierowano nas na przystanek. Potem jeszcze dopytaliśmy się ludzi i pokazali nam w którą stronę. Po jakimś czasie, wiedząc która to ma być, wsiedliśmy do takiej. Oczywiście tradycyjnie bez biletu, po prostu za gotówkę. Ścisk niesamowity, wchodzili, wysiadali. Jechało się dość długo.

 

Dworce są we Lwowie co najmniej dziwnie usytuowane. Kolejowy gdzie indziej, autobusowy zupełnie gdzie indziej i w dodatku żaden nie jest w centrum. Ktoś to nieźle wymyślił. Po długiej i męczącej podróży wysiedliśmy na dworcu autobusowym. Jak plotka niesie można stąd dojechać do Polski na różne sposoby. Nawet taksówką. Poszliśmy więc na przeszpiegi aby zorientować się o co chodzi.

 

Od razu zaczepili nas taksiarze. Najpierw pogadaliśmy z jednym ale za dowiezienie do granicy zażądał "sorok" dolarów. Nic nie chciał spuścić więc kiedy odszedł od razu pojawił się kolejny. Młodszy i chętniejszy na ustępstwa. Zbiliśmy $5 i wyszło, że za $35 zawiezie nas na przejście w Medyce. Postanowiliśmy, że nam to pasuje.

 

Wskazał na mercedesa, którego miał, otworzył bagażnik, wrzuciliśmy plecaki i usiedliśmy z tyłu. Mercedes pamiętał czasy młodości kanclerza Kohla ale był szpanerski, bo automatik. Taksiarz wyjechał na drogę i pomknęliśmy na zachód.

 

W czasie jazdy mogliśmy zauważyć jaki jest stan dróg na Ukrainie. Owa droga to przedłużenie naszej A4. Droga międzynarodowa. Stan jednak katastrofalny. Nie mam pojęcia jak oni mogą zdążyć coś z tym zrobić na Euro2012. Nie widzę tego absolutnie.

 

Po drugie stwierdziliśmy, że przepisy drogowe na Ukrainie nie obowiązują. Całkowita samowolka. Wyprzedzanie na trzeciego, jazda po lewym pasie, po kratkach, po linii ciągłej, blokowanie się itd. Mały ruch ale ten merol ledwie wyciągał 90km/h na tej drodze. Najśmieszniejsze były muldy ustawione koło szkoły. W życiu bym ich nie zauważył. To przecież droga krajowa! Zresztą te muldy były za wysokie. Zapewne niejeden kierowca uszkodził sobie pojazd w tym miejscu.

 

Kiedy dojeżdżaliśmy do celu, widać było już kolejkę samochodów. Dowiózł nas tak blisko, jak tylko się dało. Dostał swoje dolary i nas zostawił. To był bardzo dobry pomysł z tą taksówką. Aż strach pomyśleć ile czasu by nam zajęło dotelepanie się tu marszrutą i w jakich warunkach byśmy tę podróż mieli. Taksówka była strzałem w dziesiątkę. Byliśmy prawie w domu.

 

Zostało nam kilka hrywien więc mogliśmy sobie coś kupić do zjedzenia wreszcie. Budy i budki ustawione wzdłuż drogi zapraszały Polaków na zakupy. Wśród nich była też gastronomia. Ale bardzo mało. W końcu znaleźliśmy taką jedną. Babcia serwowała fast foody i tak nam wyszedł rachunek, że brakło nam pół zrywny. Poprosiliśmy ją czy mimo to, może nam sprzedać cały zestaw. Krzywiła się ale zgodziła się. W ten sposób pozbyliśmy się wszystkich hrywien.

 

Musieliśmy siedzieć na murku żeby zjeść nasze hot-dogi ale przynajmniej coś ciepłego zjedliśmy. Potem już tylko zostało nam przejście na granicę. Przechodzącej Polki spytaliśmy się dokładnie i pokazała nam gdzie się ustawiamy my, a gdzie Ukraińcy.

 

Istotnie, były dwie kolejki. Dla nas i dla nich. Jednak ogrom ludzi mnie przeraził. Nie sądziłem, że to może być aż tyle ludzi. Jednak chwilę później ludzie w kolejce pouczyli nas, że to normalne. Twierdzili, że przynajmniej dwie godziny stania mamy! Zgłupieliśmy. Nie byłem przyzwyczajony do czegoś takiego. Zawsze granica to po prostu formalność. Zresztą chcę wrócić do siebie do kraju.

 

Ludzie w kolejce zaczęli nam opowiadać różne historie z ich życia. Zaczęli się też kłócić, przeciskać, wyzywać. Normalnie PRL! Byłem autentycznie w głębokim szoku, że coś takiego w ogóle jeszcze ma miejsce w XXI wieku na granicy Unii Europejskiej. Kiedy ludzie dowiedzieli się, że jesteśmy tu pierwszy raz i nie mamy żadnych papierosów, doradzili nam żebyśmy spróbowali zagadać z Ukraińcami, to może nas puszczą osobno. Że niby czasem tak się da, jeśli nie jesteśmy miejscowi. Bo 99% ludzi cisnących się w tej kolejce to zwykli przemytnicy. Wszystko miejscowi, którzy po kilka razy dziennie przechodzą granicę obładowani papierosami. Przebitka jest ponoć masakryczna.

 

Po długich namowach spróbowaliśmy pogadać z żołnierzem ukraińskim. Mieliśmy obiecane, że możemy wrócić do kolejki w to samo miejsce jeśli się nam nie uda. Ledwie wyszliśmy z kolejki i przeszliśmy na stronę Ukraińców, cała kolejka Ukraińców ryknęła na nas. Okropny wrzask i tumult, że Polaczki oszukują i chcą wejść bez kolejki. Nie zwracając na nich uwagi podeszliśmy do jednego z żołnierzy i grzecznie zapytaliśmy, jednak ten pan i władca ryknął na nas, żebyśmy wracali do polskiej kolejki. W ogóle nie chciał słuchać. Groźna mina i chyba zaraz by zdjął kałasza i puścił w nas serię z niego. Czym prędzej wróciliśmy do naszej kolejki.

 

Tymczasem stanie w tym upale, kiedy słońce prażyło nam czaszki, a my wśród tylu spoconych ciał, ciągle pchających się i walczących o jak najlepsze miejsce traciliśmy resztki dobrego humoru. Nie do pomyślenia dla nas było, że można w ten sposób odprawiać ludzi.

 

Do tej malutkiej budki wpuszczano raz Polaków, raz Ukraińców po czym na jakieś 20-30 minut zamykano barak. Coś się tam odbywało. Przypuszczałem, że zapewne dokładna kontrola, łącznie z osobistą i odbieranie papierosów. Takie zresztą słychać było rozmowy ile to kto razy dostał "kopa" albo miał "cofkę".

 

Po godzinie stania w upale wepchnięto nas do tej budy. Tam to dopiero była masakra. Zdecydowanie za dużo ludzi upychano tam. Poza tym mieli się zmieścić w dwa wąskie korytarze, na środku których była umieszczona "karuzela" pozwalająca przedostać się tylko jednej osobie. A to wszystko po to żeby… dostać zasraną pieczątkę w paszporcie!

 

Ludzie podobno łamali sobie tu nogi i ręce taki ścisk czasami panował. A za szybą dwóch spoconych grubasów wklepywało jednym palcem numer paszportu do komputera i przybijało zieloną pieczątkę w paszporcie. I tylko po to tyle czasu się wymęczyliśmy. Kiedy po jakichś 20 minutach przeszliśmy tę ukraińską gehennę, została nam już tylko polska granica.

 

Długim korytarzem ogrodzonym wysoką siatką szliśmy w jej kierunku mijając dziesiątki ludzi przygotowujących się do przemytu. Charakterystyczny świst odklejanej taśmy klejącej był słyszalny wszędzie. Ludzie przyklejali sobie całe wagony fajek do ciała, upychali paczki w skarpety, po kieszeniach, torbach itd. Normalnie Meksyk!

 

Minęliśmy tych ludzi i dotarliśmy do miejsca gdzie przeżyliśmy szok po raz drugi. Ta sama historia co po ukraińskiej stronie. Dwie kolejki, ludzi upchani między barierkami i tak na oko ze 3 godziny stania. Tego było już za wiele. Nie miałem zamiaru tego przechodzić jeszcze raz. Poza tym nie miałem ani jednej paczki fajek. Szukałem kolejki "Nic do oclenia" ale to właśnie tam się wszyscy ustawiali.

 

Zacząłem się rozglądać za jakimś polskim oficerem. Może oni nas wysłuchają tym razem. Wyszliśmy więc z tej kolejki i w tej chwili zauważyliśmy gdy jakiś wojskowy kiwnął ręką na dwie dziewczyny z dużymi plecakami. One przekroczyły barierkę i ja je zapytałem czy jakoś to załatwiły. Odparły, że zagadały z celnikiem. Poprosiłem je żeby im powiedziały, że my tu jesteśmy. Obiecały, że powiedzą. Ale czas jakoś mijał, ktoś się tam kręcił jednak do nas nikt nie podchodził. Postanowiłem na chama przejść przez barierki i iść tam. Adrian chciał żebym poszedł sam ale kazałem mu iść ze mną żeby się już nie wracać.

 

Minęliśmy całą kolejkę i spotkałem jakiegoś pogranicznika. Wyjaśniłem sytuację, a ten powiedział żebyśmy szli do środka. Tam ustawieni ludzie do odprawy. I wtedy zrobiłem bardzo dziwną rzecz. Na kompletnego bezczela ominąłem z prawej strony wszystkich i podszedłem pod samo okienko! Muszę jednak przyznać, że zrobiłem to nieświadomie. Myślałem po prostu, że mogę tak zrobić. Adrian twardo za mną, rozpychając wszystkich i gadając coś od rzeczy o jakiejś karteczce. Oczywiście specjalnie aby nie wzbudzać podejrzeń.

 

Nikt w ogóle się nie odezwał jednak Polak z budki kazał zatrzymać się wszystkim mężczyznom. Okazało się, że po kontroli paszportowej do gry wchodzą polscy celnicy. Niestety tylko dwie osoby. To poważne przegięcie. Na tyle oczekujących osób! W dodatku był podział na mężczyzn (kontrolowanych przez mężczyznę) i kobiety (sprawdzanych przez celniczkę). Facetów było dużo więcej więc dlatego robił się zator.

 

Przepuściliśmy więc kilka kobiet, a potem podaliśmy paszporty żołnierzowi w budce. Tak tylko przejrzał. Inni z kolejki coś mu dogadywali ale do nas nikt nic nie powiedział, że wepchaliśmy się. W tej samej chwili celniczka odesłała jakąś Ukrainkę z powrotem. Ta zaczęła ją wyzywać ale kobiety z kolejki poparły celniczkę dosadnie ujmując tę kwestię: "Zamknij się!"

 

Kiedy podszedłem do celnika, od razu mu powiedziałem, że nie mam żadnych papierosów. Obejrzał mój paszport i każdą wklejoną tam wizę dokładnie. Zorientował się, że jeździłem po świecie więc raczej fajek nie przemycam. Otworzyłem mu plecak, zapytał co tam mam. Kiedy zobaczył kamerę, kazał zamknąć i życzył miłej podróży. Adrianowi nawet nie kazał otwierać plecaka.

 

Dzięki takiemu zabiegowi, nasza przeprawa przez granicę wyniosła 90 minut. Trochę wkurzeni ale i trochę zadowoleni, bo mogło być gorzej. Po polskiej stronie szukaliśmy jakiegoś transportu do Przemyśla. Stał jakiś taki busik. W sumie żadna różnica od tych ukraińskich marszrutek. No może nowszy trochę. Do Przemyśla na dworzec PKP za 2zł miał nas zawieźć. Weszliśmy więc ale przedłużało się czekanie aż ruszy bo oczywiście chciał mieć komplet pasażerów. W końcu ruszyliśmy. W trakcie jazdy babka, która siedziała obok nas stanowczo domagała się żeby kierowca wyłączył muzykę bo była za głośna.

 

Podróż minęła szybko i chwilę później już byliśmy na przemyskim dworcu. Przeszliśmy na drugą stronę i wyszliśmy na Stare Miasto. Od razu inaczej się poczuliśmy. Wszystko pięknie wybrukowane, kolorowe szyldy, neony. Ogródki piwne jeden przy drugim. Ludzie bardziej uśmiechnięci. Dopiero teraz to zauważyliśmy.

 

Przemyśl - (http://www.przemysl.pl/ ) – to miasto w województwie podkarpackim nad Sanem, liczące 68 tys. mieszkańców (2005).

 

Najstarsze miasto regionu i jedno z najstarszych miast Polski. We wczesnym średniowieczu jeden z historycznych Grodów Czerwieńskich, przedmiot nieustannej rywalizacji ze strony Polski, Rusi i Węgier.

 

Miasto wielokulturowe, gdzie obok siebie mieszkają przedstawiciele wielu narodów (Polacy, Ukraińcy, Cyganie) i religii (obok dominujących katolików, mających tu swoją metropolię, także grekokatolicy, prawosławni (diecezja przemysko-nowosądecka) oraz przedstawiciele nurtów protestanckich: metodyści, adwentyści, baptyści, zielonoświątkowcy, a także Świadkowie Jehowy).

 

Do czasu II wojny światowej był także ważnym siedliskiem ludności żydowskiej, która stanowiła według spisu z 1931 roku 29,5% ludności miasta i posiadała 4 synagogi.

 

Zaczęliśmy szukać ulicy Piłsudskiego. Tam bowiem mieliśmy zarezerwowany nocleg. Zeszliśmy nad San i szliśmy jakąś ruchliwą ulicą. Kiedy powiedziałem Adrianowi, że to jest Piłsudskiego nie za bardzo w to wierzył. Ale na tabliczce było napisane wyraźnie. Jednak on szukał ulicy Piłsudskiego a ta, którą szliśmy to była nazwana: Wybrzeże Józefa Piłsudskiego. Zaczęliśmy się więc wspinać pod zamek i szukać ulicy. Trochę dziwnie to wszystko wyglądało dla mnie. Zaczepiliśmy jakiegoś starszego księdza. Zrobił duże oczy i skierował nas na Wybrzeże. Adrian się upierał, że jest inna. Księżulo zagaił innego starszego człowieka, potem kobietę. Wszyscy robili głupie miny i nikt nie słyszał o jakiejś innej ulicy Piłsudskiego.

 

Ksiądz polecił nam iść do Urzędu Miasta i tam sprawdzić. Zeszliśmy więc w kierunku Rynku i znaleźliśmy knajpę "Pod Wydrwigroszem". Tam wypiliśmy po piwku i poszliśmy znów na Starówkę. Weszliśmy do księgarni i sprawdziliśmy na planie miasta. Żadnej drugiej ulicy Piłsudskiego nie było. W takim razie zadzwoniliśmy do pani Krysi.

 

Pani Krysia okazała się być właścicielką całej kamienicy na… Wybrzeżu Józefa Piłsudskiego. W czasie roku szkolnego, prowadzi akademik więc teraz ma mnóstwo wolnych pokoi. To bardzo miła i sympatyczna osoba. Bardzo żwawa i strasznie rozgadana. Nie wspomniała ani przez moment o tym, że nasza rezerwacja była na dwie noce i dzień później. Nie przeszkadzało jej to.

 

Kiedy tam dotarliśmy w końcu, opowiedziała nam historię tego budynku i oprowadziła nas po wszystkich zakamarkach. Dostaliśmy klucze i zostawiliśmy sobie plecaki w pokoju. Warunki bardzo dobre. Pokój trzyosobowy dla nas. Zaledwie 17zł od osoby z czystą pościelą. I to w samym centrum.

 

Byliśmy lżejsi i mieliśmy sporo czasu bo pora była dopiero wczesnoobiadowa. Dlatego Adrian jako miłośnik Przemyśla pokazywał mi najważniejsze miejsca tego miasta. Zna je dobrze na tyle, że odszukał bardzo fajny lokal z jedzeniem. Gdzieś na tyłach bocznej uliczki ale znalazł go. Tam zamówiliśmy sobie obiad. Był bardzo obfity i naprawdę dobry. Bardzo się objedliśmy. Zadzwoniliśmy do Hani bo ma dziś imieniny, a potem przyszedł czas na tradycyjną wizytę na cmentarzu.

 

Tym razem mieliśmy za zadanie odszukać groby naszej rodziny. W tym celu udaliśmy się w długi spacer na cmentarz a potem do jego administracji. Zdążyliśmy ledwo bo było już za pięć trzecia i kobieta szykowała się do domu. Jednak poświęciła nam jeszcze z 15 minut. I to jak! Wszystko co tylko chcieliśmy wiedzieć nam przekazała. Dostaliśmy mapkę cmentarza, zaznaczone dokładnie miejsca, od której strony itd. Nawet poszła do archiwum poszukać starszych danych.

 

Teraz dopiero mogliśmy wyruszyć na poszukiwania grobów. Jak było do przewidzenia, z taką pomocą nie było żadnych trudności w znalezieniu odpowiednich grobów. Wszystkie znaleźliśmy. Potem poszliśmy jeszcze na groby żołnierzy austro-węgierskich. Widać, że Polacy dbają o nich. Ale szokiem było dla mnie kiedy znaleźliśmy się na cmentarzu żołnierzy hitlerowskich. Nie sądziłem, że w ogóle takie w Polsce istnieją. A tu nie dość, że istnieją, to jeszcze są naprawdę zadbane! Na koniec jeszcze odwiedziliśmy cmentarz żydowski. Równie dobrze zachowany. Choć nadal czynny. Tak więc w porównaniu z polskimi grobami na Ukrainie, obcokrajowcy w Polsce mogą leżeć spokojnie. Polacy nie omieszkają zadbać o takie groby.

 

Po powrocie do centrum, skierowaliśmy się do miejsca gdzie mieszkali nasi krewni. Na schodach spotkaliśmy jakąś staruszkę i trochę z nią pogadaliśmy. Wszystko wiedziała i potwierdzała. Dalej Adrian pokazał mi gdzie nocował w zeszłym roku gdy tu był, no i generalnie chodziliśmy sobie po Przemyślu.

 

Fot.8. Przemyśl – symbol miasta.

 

Gdy się zmęczyliśmy po tym długim spacerze, usiedliśmy w jednym z ogródków piwnych i znów wypiliśmy po dwa piwka. Poszliśmy też na Zasanie, a potem na Zamek. Po drodze odwiedziliśmy kościół, w którym odbywała się jakaś próba przed koncertem muzyki poważnej.

 

Baszta zamku była zamknięta ale park wokół i dziedziniec jak najbardziej czynny. Pospacerowaliśmy sobie i znów poszliśmy do centrum. Zjedliśmy po lodzie bo podobno to najlepsze w całym mieście. Istotnie ich cena też była spora. Za dwa zapłaciłem prawie 8zł.

 

Robiło się powoli późno i trzeba było pomyśleć o kolacji. Zdecydowaliśmy, że w Przemyślu też spróbujemy pizzy. Tym razem nie było problemów ze znalezieniem lokalu. W samym centrum było ich chyba z pięć. Ale Adrian miał swojego faworyta, o którym usłyszał w zeszłym roku. Poszliśmy więc tam. Było to niedaleko naszego noclegu.

 

Lokal z wyglądu kiepski ale podobno właściciel terminował u Włocha w Neapolu i ma pojęcie o pizzy. Zamówiliśmy sobie jakąś plus oczywiście browarni. Adrian poszedł na całość i kupił litrową Warkę. Ja zostałem przy półlitrowym Żywcu. Wziąłem też na początek bruscettę ale to nie było to. I pizza też strasznie kiepska. Generalnie więc niewypał ten lokal. Zapłaciliśmy 35zł i wcale nie byliśmy zadowoleni.

 

Ostatnim punktem był spacer wzdłuż Sanu do domu. Było już ciemno bo w tej pizzerii długo nam zeszło. Zagadaliśmy się. Kiedy weszliśmy do kamienicy, było cicho bo jeszcze tylko dwie inne osoby wynajmowały pokoje. Poszliśmy się wykąpać, a nasze łóżka już były pięknie pościelone. Po całym dniu maszerowania miło było się położyć w szerokim i wygodnym łóżku.

 

Dzień 4: Lwów - Przemyśl 100km

 

 

Dzień 5 – 27 lipca 2007 – piątek

 

          POCIĄGIEM PRZEZ CAŁĄ POLSKĘ

 

 

Dzień zaczęliśmy od śniadania oczywiście. W tym celu wyskoczyłem już o 7.00 rano po produkty. Nakupowałem trochę więcej bo i na podróż do domu. Usiedliśmy w kuchni i zjedliśmy śniadanie. Tam znalazła nas pani Krysia i oczywiście cały czas nawijała.

 

Po uregulowaniu płatności wyszliśmy w kierunku dworca. Kupiliśmy sobie bilety. Poszczęściło się nam, że pociąg jechał do samej Częstochowy bez żadnych przesiadek. Odjazd mieliśmy o 10.33, a na miejscu mieliśmy być o 16.27. A więc sześć godzin w pociągu. Kiepska wizja. Była dopiero godzina 9.00 rano więc poszliśmy na Starówkę. Lokale dopiero się otwierały. Zasiedliśmy w jednym z ogródków i oczywiście wypiliśmy po browarku.

 

Pogoda piękna ale my i tak mieliśmy ten dzień spędzić w pociągu. Na szczęście nie był załadowany i sami siedzieliśmy w przedziale. Dopiero w Rzeszowie dosiadła się grupka ludzi. Szczególnie jeden dał się nam we znaki. Grubas co straszliwie chrapał i co chwilę coś jadł albo pił. Na szczęście wysiadł w Krakowie. Tam też mieliśmy już 20-minutowe spóźnienie, a kiedy wjechaliśmy w Śląsk, wiadomo było, że nie dojedziemy na czas. Trzeba było się już pożegnać z faktem, że zdążymy na autobus o 16.40.

 

Pociąg za Zawierciem przyspieszył ale na nic się to zdało i w Częstochowie wysiedliśmy o 16.55. Autobus był o 17.30 i musieliśmy poczekać. Wstąpiliśmy do sklepu ale piwa już nie piliśmy, choć ja w sumie miałem ochotę.

 

Po ponad godzinnej jeździe autobusem, zameldowaliśmy się w wiosce o 19.00. Tak się zakończyła nasza podróż na wschód. I od razu pogoda się pogorszyła. Skończyły się upały.

 

Dzień 5: Przemyśl - Przyrów 436km

 

 

                        UKRAINA - 2007

 

 

 

 

1.

Przyrów – Ustrzyki Dolne

399

2.

Ustrzyki Dolne - Sambor

51

3.

Sambor - Lwów

72

4.

Lwów - Przemyśl

100

5.

Przemyśl - Przyrów

436

 

 

 

 

 

1,100 km