Powrót
   

      FINLANDIA 2007

 

Czas: 3 lipca 2007 – 10 lipca 2007

Miejsce: Warszawa – Helsinki – Porvoo – Lappeenranta – Savonlinna –

               Kerimaki – Nurmes – Rovaniemi – Ranua – Rauma – Naantali –

              Turku – Helsinki – Warszawa 

Osoby: Adrian Droń (56, Przyrów), Dawid Droń (32, Złotoryja)

Cel: Zwiedzić najważniejsze miejsca Finlandii.

Koszt: 1,900 PLN/os.

 

 

 

 

 

Dzień 1 – 3 lipca 2007 – wtorek

 

           PO DRUGIEJ STRONIE BAŁTYKU

 

Tradycyjnie trzeba wstać wcześnie. Ustaliliśmy, że TT nas zawiezie do Warszawy na Okęcie. Co prawda lot dopiero o 11.00 ale do Warszawy jest spory kawałek, dlatego wczesna pora na pobudkę.

 

Adrian nie spał całą noc, w dodatku bardzo źle się czuje, mówi, że ma zawał bo go serce boli i jest mu niedobrze. W trakcie drogi do Warszawy stan cały czas niedobry. W dodatku źle się jedzie bo mimo tak wczesnej pory, ruch na drodze ogromny.

 

Od Częstochowy droga dwupasmowa ale stan nawierzchni katastrofalny. W miarę zbliżania się do Warszawy, jedzie się coraz lepiej. Aż do Janków gdzie łączy się droga krakowska z katowicką. Tam utworzył się już tradycyjnie korek. Swoje musieliśmy odczekać w tym korku.

 

Potem ślimacząc się powoli wjeżdżaliśmy do stolicy. Oznakowanie na Okęcie pojawiło się dość późno. Skręciliśmy w prawo i zaczęły się budynki i parkingi lotniska. Trudno było się zorientować gdzie dokładnie skręcić. Za pierwszym razem nie udało się nam i pracownik lotniska wytłumaczył nam gdzie dokładnie skręcić.

 

Kiedy dojechaliśmy pod terminal, tam znowu nie było miejsca do zaparkowania. TT strasznie się wkurzał i musiał odjechać dalej. A potem dalej i dalej... Aż w końcu wywiózł nas pod Etiudę. Tam co prawda można stać tylko minutę ale my staliśmy dłużej. Adrian poszedł zapytać się policjanta o wyjazd dla TT. Policjant dokładnie wytłumaczył i wyjazd wydawał się prosty.

 

Potem, kiedy TT już odjechał, ja zapytałem pracownika lotniska o drogę na Terminal 1. Nie było daleko więc zabraliśmy nasze graty i przeszliśmy tam pieszo. A sam terminal zawalony na maksa. Zacząłem szukać wózka ale nie mogłem znaleźć żadnego. Spytałem znów obsługę ale stwierdził, że nie ma więcej. W końcu jednak jakiś załatwiłem.

 

Priorytetem było najpierw się odprawić żeby pozbyć się bagaży. Dlatego czekaliśmy aż wreszcie wyświetli się numer stanowiska do odprawy. Stanęliśmy w kolejce i okazało się, że nasze linie Blue1 to odprysk skandynawskich linii SAS i dlatego byliśmy odprawiani wszyscy na raz. A lotów było kilka w tym samym czasie.

 

Kiedy podchodziliśmy do odprawy, akurat zadzwonił TT. Nie mogliśmy rozmawiać teraz bo bardzo niekompetentna pani zajęła się nami. Co chwilę pytała się swojej sąsiadki co ma robić. Nie za bardzo umiała odpowiedzieć na nasze pytania. Ale chyba udało jej się nas prawidłowo odprawić choć obawy czy nasz bagaż nie poleci do Kopenhagi pozostały.

 

Wolni od ciężkich toreb mogliśmy udać się na jakąś przekąskę. Adrian oczywiście musiał napić się kawy. Poszliśmy do kafejki. Tam zakupił sobie espresso. Mieliśmy trochę czasu więc siedzieliśmy tam już do końca. Mnóstwo ludzi się kłębiło na tym lotnisku. Zdecydowanie trzeba je powiększyć. Tam też zauważyliśmy znaną aktorkę Małgorzatę Potocką.

 

Nadszedł czas przejścia przez odprawę. Poszło gładko ale potem dość długo czekaliśmy na możliwość wejścia na pokład. Lot się opóźniał. Dopiero po 15. minutach zapakowali nas do autobusu i zawieźli gdzieś hen daleko na płytę lotniska. Tam ujrzeliśmy nasz malutki samolocik i bardzo młodego fińskiego pilota.

 

Mimo, że to tzw. tanie linie, to siedzenia numerowane i musieliśmy odszukać swoje własne. Dość spora grupa ludzi leciała z nami. Zarówno polscy robotnicy, jak i Finowie oraz małżeństwa mieszane.

 

Pogoda była fatalna bo niebo zachmurzone więc nie było nic widać kiedy wreszcie poderwaliśmy się do góry. Lot jak lot, bez żadnych sensacji. Przez chmury nie za bardzo można było śledzić trasę ale po jakimś czasie chmury zniknęły i pojawił się nam ląd, a pilot poinformował nas, że właśnie przelatujemy nad Rygą. Skonfrontowałem to z mapą, która była w fotelu przed nami i od razu zauważyliśmy jezioro na granicy estońsko-rosyjskiej, więc już znajdowaliśmy się nad Estonią. Potem za chwilę widać było Bałtyk i momentalnie wybrzeże fińskie.

 

Podejście do lądowania, wielkie kółko nad miastem i usiedliśmy na ziemi fińskiej na lotnisku Vantaa, 20 km od centrum Helsinek. Pogoda upalna. Żadnej chmurki, słońce mocno grzeje a nas wiozą znów autobusem do terminala. Tam dość sprawna odprawa. Oczywiście tylko na dowód osobisty. Odbiór bagaży, wózek i po wszystkim.

 

Następnym punktem było zlokalizować biuro firmy Budget gdzie mieliśmy zarezerwowany samochód. Oczywiście wszystkie wypożyczalnie były w jednym miejscu i nasz Budget między nimi.

 

Wszystko się zgadzało choć i lekkie zaskoczenie też było. Na przykład o mapę musiałem prosić i w dodatku kazali mi ją zwrócić po wszystkim. Sam samochód tez mnie zaskoczył bo była to Kia. Nawet nie wiedziałem co to za model bo nie znałem tego auta w ogóle. Pani pokserowała dokumenty i znów udało mi się uniknąć płacenia za dodatkowego kierowcę. Na koniec wskazano nam gdzie znajduje się auto i mogliśmy już iść je odebrać.

 

Trudno nie było, zjechaliśmy windą do garaży i znaleźliśmy plac, a potem sam samochód. Bardzo malutki. Zaczęliśmy pakowanie naszych bagaży. Kiedy byliśmy już prawie gotowi to jakiś gość zaczął się bardzo niecierpliwić żebyśmy już zwolnili miejsce. Przez to nie za bardzo można było poznać to auto dokładnie i tak wyjechaliśmy na miasto. Prowadził Adrian i na początku ciężko mu było się przyzwyczaić do tego samochodu. Głównie do bardzo ostrego i czułego hamulca. Ale po kilku minutach już wyczuł go i było w porządku.

 

Zgodnie ze znakami jechaliśmy na południe w kierunku centrum Helsinek. Dość szybko bo trafiliśmy na autostradę. Po kilku kilometrach, zjazdach, rondach zatrzymaliśmy się przy trasie na jakimś parkingu. Tam zaczepiłem kilku ludzi, prosząc by na mapie wskazali mi nasze obecne położenie. Wyszło na jaw, że jesteśmy oddaleni o jakieś 2km od centrum miasta i że podobno nie warto jechać dalej.

 

Helsinki (http://www.hel.fi/wps/portal/Helsinki_en/?WCM_GLOBAL_CONTEXT=/en/Helsinki/)  to stolica Finlandii i prowincji Uusimaa. Liczba mieszkańców 570 tys., aglomeracja - około 1, 2 mln. W skład zespołu miejskiego wchodzą: Espoo, Vantaa i Kauniainen. Są głównym ośrodkiem przemysłu, kultury i administracji. Port nad Zatoką Fińską. Uniwersytet założony w 1828 roku. Położone na półwyspie Helsinki są połączone mostami i liniami promowymi z pobliskimi wyspami. Centrum stolicy skupia się w pobliżu głównego nabrzeża, Eteläsatama. Nad wodą pomiędzy przystaniami promowymi rozciąga się kauppatori (plac targowy), znany także jako targ rybny. Bliźniacze ulice handlowe Pohjoisesplanadi i Eteläesplanadi prowadzą stąd do Mannerheimintie, głównej arterii Helsinek.

 

W takim razie zostawiliśmy auto i ruszyliśmy zgodnie ze wskazówkami w kierunku centrum miasta. Kierowaliśmy się na dworzec. W jakimś parku musieliśmy zatrzymać Sie aby przeanalizować mapę. Bardzo przeszkadzał upał. Jednak dla Finów takie słońce to chyba błogosławieństwo bo masowo ruszyli do opalania. Na każdym skrawku nasłonecznego parku leżeli pokotem, w każdej kawiarni stoliki zatopione w słońcu były pełne, a te zacienione pustawe. Widać, że korzystali maksymalnie z dobrodziejstwa tegorocznego lata.

 

Doszliśmy na dworzec. Obiekt zwany jest Rautatieasema i pochodzi z 1916 roku. Trochę mi nie pasowało coś ale szybko wyszło na jaw, że przyszliśmy od drugiej strony. Obeszliśmy cały plac dworcowy, porozglądaliśmy się, obejrzeliśmy po prostu helsińską Starówkę.

 

Na dziś chciałem dojść do jednego z ważniejszych punktów programu – kościoła w skale. Kierowałem się więc zgodnie z mapą ale bez pomocy ludzi ciężko by było tam dojść. Język fiński jest koszmarny. Nazwy ulic składające się z kilkunastu liter, na mapie oznaczone skrótami robią spore zamieszanie. W dodatku nie za bardzo wiem jak to czytać.

 

Na szczęście dobrze szedłem i jeszcze pomogła mi młoda dziewczyna. Była bardzo kompetentna i świetnie mówiła po angielsku. W ogóle jak do tej pory umiejętności w tej dziedzinie Finowie zaprezentowali na bardzo wysokim poziomie. Choć trzeba przyznać, że sami z siebie nie podejdą aby pomóc choć zdecydowanie widać, że ktoś ma problem. Ale poproszeni, chętnie pomogą.

 

Dzięki tej Fince, dotarliśmy do tego słynnego kościoła, który nazywa się Temppeliaukion kirkko. Zbudowany został według projektu Timo i Tuomo Suomalainenów z 1969 r. i pozostaje jedną z największych atrakcji Helsinek. Ta wykuta w litej skale świątynia symbolizuje powikłane dzieje fińskiej architektury sakralnej. Na pokrycie wspaniałego dachu o średnicy 24 m zużyto 22 km miedzianej taśmy. Wewnątrz regularnie odbywają się koncerty, a w niedzielę o 14.00 jest odprawiane nabożeństwo po angielsku.

 

Generalnie mam dość kościołów i bazylik, bo już tyle się ich widziało, że niczym nie mogą zaskoczyć. No ale teraz odwiedzam tylko jakieś takie charakterystyczne, a ten zdecydowanie taki był. Z zewnątrz nie robi dużego wrażenia ale w środku jest zupełnie inny niż pozostałe kościoły. Podobno znakomite miejsce na koncerty, co potwierdzały plakaty informujące o jakichś imprezach mające się wkrótce odbyć.

 

Fot.1. Kościół w skale.

 

Wstęp za darmo, sporo turystów ale dzięki małej powierzchni, za długo tam nie ma co być. Po prostu warto zobaczyć taki ewenement architektoniczny XX wieku. Pierwsza ważna rzecz w Helsinkach, jak dla mnie, zaliczona na plus. Byłem usatysfakcjonowany tym obiektem.

 

Zaraz po wyjściu przypomniałem sobie, że obiecałem kilku osobom, że wyślę im kartki. Zakupiłem więc od razu ze znaczkami i mogliśmy wracać do centrum. Szliśmy tą samą drogą, obok parlamentu oraz jednego z kilku pomników bohatera narodowego Finów – Gustawa von Mannerheima.

 

Tym razem kierowaliśmy się w kierunku portu i placu targowego oraz kilku innym obiektom tam usytuowanym. Architektura Helsinek nie powaliła mnie na kolana. Główna aleja, oczywiście Mannerheima, była po prostu zwykłą miejską ulicą. Budynki stojące wokół niej to na przemian stare i nowe budownictwo, co nie za bardzo mi się spodobało. Ale w końcu weszliśmy w starsze rejony i miasta i od razu widoki się poprawiły. Kilka wyłączonych z ruchu uliczek, starych kamienic spowodowały, że inaczej spojrzeliśmy na miasto.

Po drodze spotkaliśmy wolontariuszy. Ubrani w specjalne charakterystyczne kapelusiki i buty, mają na celu udzielać pełnej i fachowej informacji zagubionym i potrzebującym turystom. Zaczepiłem więc ich i zapytałem o dojazd na kemping. Wyciągnęli ogromną mapę i pokazali mi jak tam dojechać. Spytałem ich również o jutrzejszy wyjazd na fortyfikacje na wyspach ale tutaj już mniej wiedzieli, choć dali mi jakąś ulotkę. Generalnie więc trochę mi pomogli bo przynajmniej wiedziałem jak dojechać na ten kemping.

 

Dotarliśmy chwilę później do zadrzewionej ulicy prowadzącej bezpośrednio do portu. Wokół kafejki i trawa, na której opalali się mieszkańcy Helsinek. Przy końcu alei postawiono scenę, na której odbywał się jakiś koncert jazzowy. Młodzi muzycy prezentowali się bardzo dobrze i postanowiliśmy trochę odsapnąć na trawie. Upal był bowiem niesamowity, a my w sumie nie byliśmy przygotowani jeśli chodzi o odzienie.

 

Kiedy słuchając jazzu na żywo siedzieliśmy w cieniu, wyciągnąłem kartki i zacząłem je adresować. Za chwilę podszedłem do jakiegoś młodego Fina i poprosiłem go o przetłumaczenie na fiński jednego zdania. Na początku nie skumał o co mi biega (i pewnie po co mi to) ale zrobił to, o co go poprosiłem. Teraz mogłem wypisać te kartki i ponaklejać znaczki.

 

Byliśmy też gotowi na opuszczenie naszego miejsca i przejście do portu. To niedaleko więc najpierw zauważyliśmy statki i morze, a potem całe targowisko, które właśnie się kończyło. Zwykły targ gdzie można kupić to co wszędzie plus świeże ryby dostarczane bezpośrednio przez rybaków. Otaczają go ciekawe XIX-wieczne budynki, jedne z nielicznych, jakie ocalały po II wojnie światowej. W okolice rynku przybijają niezliczone statki, a całe jego połacie zajmują stragany z wyrobami rzemieślniczymi i tanim jedzeniem.

 

Górujący nad placem kamienny obelisk ze złotym orłem na szczycie to Kamień Carowej – najstarszy pomnik w mieście, odsłonięty w 1835 r. dla uczczenia wizyty cara Mikołaja I i carowej Aleksandry.

 

Niedaleko na zachód od targu rybnego stoi Havis Amanda – fontanna z posągiem uroczej syreny, dzieło jednego z najbardziej lubianych przez Finów artystów, Ville Vallgrena. Rzeźba, określana czasem jako Manta, uchodzi powszechnie za symbol Helsinek.

 

Mnie interesowały rejsy do największej podobno atrakcji Helsinek – Suomenlinna. Obczaiłem więc kursy i ceny bo zamierzaliśmy tam jutro popłynąć. Prognozy nie były złe. Już o 8.00 rano możemy się nawet tam stawić.

 

Pospacerowaliśmy więc sobie po targowisku i powoli kierowaliśmy się w stronę pozostawionego auta. Mieliśmy jeszcze daleką drogę do niego ale postanowiliśmy iść wzdłuż morza. Po drodze natknęliśmy się na jakiś czerwony kościół ale nie zaglądaliśmy do środka. Ten ceglany budynek to Sobór Uspieński, prawosławna cerkiew obrządku rosyjskiego, z wschodnioeuropejskimi cebulastymi kopułami i wnętrzem bogato zdobionym ikonami, którą zbudowano w 1868 r. w stylu bizantyjsko-słowiańskim.

 

Mijaliśmy zacumowane łódki, a nas mijali i wyprzedzali mieszkańcy. Albo rowerzyści, albo biegacze albo ludzie uprawiający tzw. nordic walking czyli dyscyplinę wynalezioną w Finlandii 20 lat temu, polegającą na szybkim marszu z kijkami narciarskimi. Takich ludzi mijaliśmy setki na promenadzie ciągnącej się cały czas wzdłuż morza.

 

Zobacz video z Helsinek:  http://youtube.com/watch?v=hht40t6q4pI

 

Mieliśmy dość daleko do samochodu i częściowo krajobraz się zmienił. Weszliśmy też w dzielnicę mieszkalną, potem wiaduktem i w końcu dotarliśmy do miejsca gdzie zaparkowaliśmy auto.

 

Następnym krokiem miało być udanie się w kierunku kempingu. Teoretycznie wiedziałem gdzie to jest, zapamiętałem kiedy pokazywali mi mapę ci wolontariusze. Ale co innego rzeczywistość. Jednak wyjechaliśmy dobrze, skręciliśmy też dobrze i za chwilę pojawiły się znaki informujące o kempingu. Ponad 9km było do niego więc niezły kawałek.

 

Dotarliśmy do niego jednak bez problemów. Oznakowanie dróg w Finlandii, jak na razie, było wyśmienite. Zajechaliśmy pod bramę kempingu Rastila. Wyszedłem dowiedzieć się szczegółów. Tak jak przypuszczałem koszt noclegu dla nas był €20 więc nie zaskoczyli nas.

 

Wjechaliśmy na ten kemping i od razu nam się spodobał. Cicho, czysto, zalesione miejsce, dostęp do plaży, restauracja, kuchnie i toalety z ciepłą wodą itd. Dostałem mapkę i karty magnetyczne do WC.

 

Nie było problemu znaleźć miejsce choć ludzi też było sporo. Głównie Finowie ale i inne nacje też spotkaliśmy. Rozbiliśmy się obok jakiegoś motocyklisty. Potem poszliśmy obejrzeć cały kemping. Jakaś grupka z Azji śpiewała i bębniła na bongosach. Znaleźliśmy saunę, a potem pub. Tam zamówiliśmy dwa piwka. Lokalne, fińskie piwo okazało się dość kiepskie. Koszt jednego to €4. W dodatku potem podobno coś się stało z moją skórą na twarzy i szyi. Wystąpiły jakieś wybroczyny, plamy i coś tam jeszcze. Ja nic w ogóle nie czułem i nie przywiązywałem do tego żadnej wagi, natomiast Adrian zaczął być bardzo poważny w tym temacie. Według niego było to następstwem tego piwa. Mi trudno było w to uwierzyć.

 

Potem wyszliśmy z kempingu i udaliśmy się do marketu wskazanego nam przez pracownika kempingu. Nie było daleko. Zrobiliśmy małe zakupy na kolację, pooglądaliśmy wszystko dokładnie i rzeczywiście wszystko tam było fińskie. Bardzo mało rzeczy z innych krajów. Nawet tych znanych marek.

 

Kiedy wróciliśmy na nasze miejsce, zauważyliśmy, że przyjechał samochód z całą rodziną Rumunów. Oczywiście Cyganie. I zaczął się pokaz. Krzyki, wrzaski, kłótnie, ciągłe bieganie i spędzanie całego czasu w WC. Upodobali sobie te kible i ciągle szarpali i walili w drzwi. Obłędu można było dostać. W dodatku obok już wcześniej mieszkali jacyś inni ich ziomkowie. Mieliśmy więc dwie ogromne rodziny Cyganów tuż obok.

 

Końcowym punktem była kolacja w kuchni na kempingu. Spokojnie można było sobie ugotować wszystko i zjeść przy stoliku. Chwilę później zauważyłem, że na stoliku wyryty jest nożem napis: "Poland 2006". Czyli jak zwykle nasi dali znać, że tu byli.

 

Dzień 1: Vantaa - Helsinki 22km

 

 

Dzień 2 – 4 lipca 2007 – środa

 

                   FORTYFIKACJE

 

 

Budziłem się kilkakrotnie ale generalnie z noclegiem nie było źle. Wstaliśmy koło 7.00 i zdążyliśmy zauważyć, że piękna pogoda nadal nas nie opuści. To dobrze bo w planie mamy dzisiaj podróż promem do fortyfikacji znanych jako Suomenlinna.

 

Wczoraj ustaliliśmy, że podjedziemy w to samo miejsce co wczoraj właśnie i resztę przejdziemy pieszo, a potem wyjazd do Porvoo. Jednak dotarło do nas, że może lepiej podjechać metrem bo i tak wyjazd z miasta jest koło naszego kempingu. Adrian bardzo forsował ten pomysł i w sumie był on lepszy.

 

Stacja metra była oddalona od bramy kempingu o 100m. Nie trzeba się przesiadać i można dojechać w bezpośrednie sąsiedztwo centrum. Dopytałem o szczegóły ludzi z recepcji i byliśmy gotowi na podróż. Namiot był mokry od rosy więc go zostawiliśmy, zebraliśmy tylko rzeczy i spakowaliśmy je do auta. Można było już iść.

 

Na dworcu zaczęły się problemy z biletami bo wszystko po fińsku. Ale doszedłem jednak do tego jak i gdzie kupić. Wypróbowaliśmy maszynę i kupiliśmy z maszyny. Sam dojazd nie był już trudny.

 

Dojechaliśmy za wcześnie bo jeszcze nie kursowały wszystkie statki. Mieliśmy znów okazję pochodzić sobie po targowisku. Potem ruszyliśmy do jednej z przystani i okazało się, że jest dużo taniej niż w tej, w której pytałem się wczoraj i na którą czekaliśmy. Kupiłem więc bilety i jeszcze dopytałem się o szczegóły. Wyszło mi, że to miejski środek transportu, a ci obok to prywatna firma i stąd różnica w cenie. W dodatku dotarło do mnie, że nasze bilety mogą działać na inne środki transportu. Czyli nie będziemy kupować powrotnych na metro.

 

Zebrała się grupka chętnych i gdy tylko zacumował prom i ludzie powracający stamtąd zeszli na ląd, weszliśmy my. Poszliśmy na górny pokład żeby pooglądać widoki. Oczywiście mocno wiało ale widoczność była znakomita. Mijaliśmy rozproszone wysepki okupowane przez mewy. Centrum Helsinek oddalało się a z drugiej strony zbliżaliśmy się do tych właściwych wysp.

 

Na promie usiadły obok nas trzy babcie. Jedna coś mnie zapytała po fińsku więc odpowiedziałem, że nie znam tego języka. Za chwilę druga zaczęła też coś mi opowiadać. Kiedy się zorientowała, że to na nic, poszła gdzieś i wróciła z kartką godzin rejsów naszego promu i zaczęła mi objaśniać po... angielsku. Dziwna akcja no ale przydatna sprawa.

 

Suomenlinna (www.suomenlinna.fi) to zabytkowa forteca, wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, którą wzniesiono na kilku ciasno zgrupowanych wysepkach. Zwana "twierdzą Finlandii", była świadkiem jednego z ważnych wydarzeń w historii kraju: właśnie tutaj w 1808 r. wojska rosyjskie oblegały i pokonały Szwedów. W krajobrazie południowej części Susisaari dominują stare bunkry, kruszejące mury i armaty. Ta część twierdzy daje najlepsze wyobrażenie o jej dawnym wyglądzie. Kościół na Iso Mustasaari, wybudowany przez Rosjan w 1854 r., jako jedyny na świecie pełni także funkcję latarni morskiej. Niegdyś drogę żeglarzom wskazywała lampa gazowa, dziś zastąpiona elektryczną.

 

Po 15. minutach byliśmy na miejscu. Wejście do fortyfikacji przez główną bramę, a potem zgodnie z planem mieliśmy do przejścia ponad kilometr. To taka mała wioska z budynkami z dawnych lat. Przyjemnie się chodziło ale jakiegoś powalającego na kolana wrażenia na mnie to nie zrobiło. Zajrzeliśmy do muzeum, a potem doszliśmy do samego końca, czyli południowego brzegu. Oczom naszym ukazał się Bałtyk i pływające po nim statki. Estonii nie było jednak widać. Naokoło plaży pozostały ogromne armaty skierowane w stronę morza.

 

Fot.2. Suomenlinna.

 

Wracaliśmy sobie powolutku nabrzeżem aż dotarliśmy do głównej alejki. Tam wyprzedziła nas grupa Amerykanów. Jeden z nich strasznie się pieklił na pozostałych po koniecznie chciał zdążyć na prom. My też przyspieszyliśmy ale on był strasznie zdeterminowany aby załapać się na ten akurat. Zdjęcia robił w biegu i w ogóle dziwnie wyglądali bo poubierani w garnitury, ciągle wiszący na komórce. Zdecydowanie nie wyglądali na turystów. Nie trzeba dodawać, że bardzo głośno rozmawiali. Tak, że każdy od razu mógł zauważyć, że są z USA.

 

Wszyscy zdążyliśmy na prom powrotny o 11.20 na dwie minuty przed jego odpłynięciem. Tym razem podróż spędziliśmy w środku bo na górze strasznie wiało.

 

Zobacz video z Suomenlinny: http://youtube.com/watch?v=VrOH1hFBspc

 

Po wyjściu na ląd, chcieliśmy coś zjeść. Ja zasugerowałem chińszczyznę, którą można było tanio kupić w jakimś food courcie ale Adrian nie wyraził ochoty na tego typu posiłki. W takim razie odłożyliśmy obiad na później, a tymczasem skierowaliśmy się do ogromnej i przepięknej katedry tuż przy porcie gdzie nad placem Senackim dumnie góruje ten kredowobiały budynek zwany w oryginale Tuomiokirkko (katedra luterańska). Został zaprojektowany przez C.L. Engela ale ukończony został jednak dopiero w 1852 r., 12 lat po jego śmierci. Schody prowadzące do wejścia są ulubionym miejscem spotkań i hucznych obchodów Nowego Roku. W krypcie mieści się kawiarnia.

 

Wiele autokarów było zaparkowanych przed nią, a tłumy turystów pstrykały zdjęcia na jej tle. Schody, które prowadzą do jej wnętrza są ogromne, a na placu poniżej stoi pomnik rosyjskiego cara. W ogóle trzeba stwierdzić, że w Finlandii jest całe mnóstwo pozostałości po rosyjskiej okupacji tych terenów. I jakoś Finowie nie burzą i niszczą tych budowli...

 

Weszliśmy do środka katedry na chwilę. Potem jeszcze raz zrobiliśmy sobie rundkę po Starówce i udaliśmy się w kierunku metra. Postanowiliśmy jechać na bilety z promu bo tak wyglądało, że możemy.

 

Po przyjeździe na kemping, zjedliśmy obiad i zaczęliśmy pakowanie już wszystkiego. Chwilę potem byliśmy już na trasie wylotowej z Helsinek. Jechaliśmy w kierunku Porvoo.

 

Oświetlona trasa, szeroka i ze świetną nawierzchnią. Co jakiś czas wideoradary i dlatego nie można za bardzo przyspieszać. Oczywiście po obu stronach drzewa...

 

Dość szybko dojechaliśmy do tego niedużego miasteczka. Niestety niełatwo było znaleźć miejsce do parkowania. Pokręciliśmy się trochę zanim w końcu znaleźliśmy miejsce gdzieś w bocznej uliczce. Niestety trzeba było zapłacić za parking.

 

Porvoo – (http://www.porvoo.fi/) - to miasto położone w południowej części Finlandii, jedno z najstarszych miast w tym kraju. Około 50 km. na wschód od Helsinek.

 

Miasto liczy 46 tys. mieszkańców (2003). Znane jest z zabytkowego Starego Miasta z charakterystyczną drewnianą architekturą. Porvoo jest istotnym ośrodkiem fińskiej turystyki. Dużą część mieszkańców miasta stanowią etniczni Szwedzi.

 

Pierwsze kroki skierowaliśmy do informacji turystycznej. Dostałem mapkę i zapytałem o najważniejsze miejsca do obejrzenia. Nie było tego sporo. Przede wszystkim Starówka oraz katedra. Drewniane domy i spichlerze wybudowane wzdłuż rzeki oraz wąskie wybrukowane uliczki miały być główną atrakcją.

 

Fot.3. Porvoo - Starówka.

 

Tuż za rogiem zaczynało się Stare Miasto. Zostało ono w dużej części wybudowane po 1760 r., kiedy to Porvoo strawił wielki pożar. Stanowi labirynt wąskich, krętych brukowanych alejek upstrzonych kolorowymi drewnianymi domkami. Dwiema głównymi ulicami, Välikatu i Kirkkokatu, zawładnęły sklepiki z rękodziełem i antykami. Nawet ciekawe ale bez przesady. Może na standardy skandynawskie to coś ważnego ale na przeciętnym Europejczyku nie zrobi wrażenia.

 

Poszliśmy w górę szukać katedry ale pani w informacji ostrzegła mnie, że w zeszłym roku spłonęła. Rzeczywiście widzieliśmy ogromna budowlę przy której trwały prace remontowe.

 

My poszliśmy jeszcze bardziej w górę i zatoczyliśmy koło żeby wrócić właśnie tuż obok owej katedry. Tam podsłuchałem przewodnika oprowadzającego brytyjską wycieczkę. Ta średniowieczna kamienna katedra na trwałe wpisała się w historię kraju – w 1809 r. zebrał się tutaj, pod przewodnictwem cara Aleksandra I, pierwszy fiński sejm, by zagwarantować społeczeństwu wolność religijną. Podobno katedrę podpalono i z ciekawostek można dodać, że w kościele obok niedawno brał ślub kierowca rajdowy Mika Hakinen.

 

Zostało nam obejrzeć jeszcze te śliczne spichlerze usytuowane nad rzeką. Najpierw poszliśmy nad brzeg obejrzeć je z bliska, a potem na most z którego rozpościerał się bardzo ładny widok. Rzucający się w oczy rząd nadbrzeżnych domów wzdłuż Porvoonjoki (rzeka Porvoo) został pierwotnie pomalowany czerwoną ochrą, by zrobić wrażenie na odwiedzającym miasto u schyłku XVIII w. królu Szwecji Gustawie III. Budynki pełniły rolę magazynów do składowania towarów przywożonych przez niemieckie statki hanzeatyckie.

 

Fot.4. Porvoo – Spichlerze.

 

Nadeszła chwila aby zajrzeć na chwilę do sklepu. Głównie chodziło o wodę mineralną bo upał nie ustępował. Kiedy znaleźliśmy stoisko z wodą, za Chiny nie wiedziałem czy gazowana czy nie. Znów musiałem spytać jakiejś młodej dziewczyny żeby mi pomogła.

 

Okazało się, że niepotrzebnie zapłaciliśmy aż za dwie godziny parkowania bo Porvoo to mała mieścina. Teraz tylko trzeba było wyjechać z niej, co też nie było trudne. Kierunek obraliśmy na miasto Lappeenranta zwany też miastem lip bo zasadzono tam ponoć ponad 1,800 tych drzew.

 

W czasie drogi trochę nas postraszył deszcz ale zaledwie przez kilka minut. W dalszym ciągu pogoda była wyśmienita. Wreszcie ja zacząłem kierować i też musiałem przez chwilkę przyzwyczaić się do tego czułego hamulca.

 

Dojechaliśmy do miasta (http://www.lappeenranta.fi/?deptid=10973&languageid=4)  i co nas zaskoczyło to to, że nie widać było w nim ludzi. Jakby się gdzieś pochowali. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Przynajmniej nie trzeba płacić. Jednak nie za bardzo wiedzieliśmy gdzie się znajdujemy. Należało się kogoś zapytać ale ciężko było o jakieś osoby.

 

W końcu zatrzymałem kilka osób i z ich pomocą wiedziałem gdzie się udać. Po prostu pokazałem im w przewodniku te ich trudne nazwy interesujących mnie obiektów, a oni pokazywali mi i objaśniali gdzie iść. Musiałem więc wszystko zapamiętywać.

 

W tym mieście do zobaczenia mieliśmy Linnoitis czyli fortyfikację z wałami oraz najstarszą cerkiew prawosławną, pewien kościół oraz drewniany ratusz z podobno charakterystyczną wieżą zegarową. Na szczęście nie było nigdzie daleko, a i zatrzymaliśmy się w bardzo dogodnym miejscu. Wystarczyło tylko przejść obok rozkopanej ulicy i już widać było pierwszy obiekt – kościół. Kościół jak to kościół – nic specjalnego.

 

Potem szliśmy główną alejką w kierunku tych fortyfikacji. Po drodze przechodziliśmy obok tego ratusza. No i wreszcie dotarliśmy do półwyspu gdzie miała się znajdować owa fortyfikacja, a w środku cerkiew. Weszliśmy pod górkę i obeszliśmy to miejsce. Cerkiew nieczynna już bo było już przecież późno.

 

Z wałów, którymi wracaliśmy, rozpościerał się widok na miasto, oczywiście jezioro, fontanna. W dole słychać było jakieś śpiewy, a obok nas na ławce ludzi pili piwo i odpoczywali. My zeszliśmy w dół do jeziora i tam zauważyliśmy jakiś koncert muzyki gospel. To te właśnie śpiewy słychać było na dole.

 

Nic więcej w tym miasteczku nie było co robić, a i pora była późna więc trzeba było zacząć myśleć o kempingu. Zostało nam ponad 30km do najbliższego i tam planowaliśmy dojechać.

 

Z wyjazdem nie było problemów choć musiałem się upewnić pytając pani, która myła sobie samochód na stacji. Musiałem spytać bo ktoś przekręcił znak i nie byłem pewny czy rzeczywiście tam mamy jechać. Ale udało się wyjechać.

 

Trasa cały czas taka sama. Po obu stronach las, mały ruch ale przycisnąć się nie da bo ciągle kamery. Wolno jechać albo 80 albo 100km/h. Żeby dojechać na kemping musieliśmy zjechać jakieś 6km z głównej trasy. Daleko w głąb w las. Tam znaleźliśmy kemping.

 

Standard bardzo podobny do tego w Helsinkach jednak mimo wszystko gorszy. Cena nie odbiegała jednak zbytnio bo zapłaciliśmy €18. Pojawiły się pierwsze komary bo cały kemping był nad jeziorem wśród lasów. Sanitariaty na wysokim poziomie więc można było i coś sobie ugotować, jak i umyć się w gorącej wodzie.

 

Adrian oczywiście poszedł dużo wcześniej spać niż ja. Ja poszedłem jeszcze doładować kamerę i spotkałem tam parę z Hiszpanii. Wychodząc z kuchni nadal było jeszcze całkiem widno. Białe noce miały jednak dopiero się zacząć.

 

Dzień 2: Helsinki - Imatra 259km

 

 

Dzień 3 – 5 lipca 2007 – czwartek

 

                   NIE MA NOCY

 

Pobudka nastąpiła już o 6.30. W łazience pusto więc bez problemu można wziąć ciepły prysznic. Potem poszliśmy do kuchni zrobić sobie śniadanie. Niestety wykipiała nam nasza strawa i trzeba było wszystko sprzątać. Na szczęście nie było jeszcze żadnych ludzi oprócz jednego fińskiego małżeństwa.

 

Potem spotkałem wczorajszych Hiszpanów i zaskoczyłem ich z rana mówiąc: "Buenos Diaz". On szybko odpowiedział ale ona była totalnie zaskoczona. Wracałem wtedy do naszego miejsca skąd po chwili odjechaliśmy. Była godzina 8.30 i mieliśmy na dziś ambitne zadania.

 

Adrian znów prowadził i tak miało już być. To znaczy, on chciał prowadzić najpierw, dopóki się nie zmęczy, a potem ja miałem kończyć dzień. Dlatego pierwszą część trasy zrobił on. A dojechaliśmy do miejscowości Savonlinna.

 

Tam oczywiście chcieliśmy zobaczyć jej główną atrakcje czyli potężny zamek Olafa. Olavinlinna to podobno najlepiej zachowana forteca w całej Skandynawii. Przechodziła z rąk szwedzkich do rosyjskich i odwrotnie. Obecnie to miejsce koncertów czy innych tego typu imprez.

 

Sama miejscowość, (http://www.savonlinna.fi/), jak to w Finlandii, nie jest duża. Powolny rozwój Savonlinny rozpoczął się w 1475 r. wraz z wybudowaniem Zamku Olafa (Olavinlinna). W 1639 r., dzięki zaangażowaniu hrabiego Pera Brahe, założyciela wielu fińskich miast, osada otrzymała prawa miejskie. W 1743 r. Savonlinna, wówczas niewielkie miasteczko kupieckie, przeszła we władanie rosyjskie, by w 1812 r. powrócić w granice Wielkiego Księstwa Finlandii. W latach 20. XX w. miejscowość stała się ważnym ośrodkiem żeglugi śródlądowej, jakim jest do dziś.

 

Wjechaliśmy do centrum choć już z mostu widzieliśmy zamek. Nie było jednak żadnych oznaczeń kierujących samochody do tego zamku. Musieliśmy się spytać.

 

Wypadło na rodzinkę z wózkiem. Byli bardzo mili i kompetentni. Kazali iść z nimi i wtedy pokazali mi jak dojść do zamku. Miało nam to zająć niewiele czasu. Samochodem podobno się nie opłaca jechać bo nie ma zazwyczaj miejsca do zaparkowania. Sami też wskazali mi tuz obok darmowy parking. Na koniec zapytali skąd jesteśmy.

 

Uzbrojeni w taką wiedzę, wiedzieliśmy, że nie będzie żadnego problemu w tym miejscu. Najpierw przestawiliśmy auto. Parking był zapchany ale udało się nam wjechać pod górkę i zostawić samochód pod blokiem mieszkalnym. Tam było sporo miejsca choć zapewne przeznaczonego dla mieszkańców. Jednak nie planowaliśmy tam stać bardzo długo.

 

Udaliśmy się więc w stronę zamku Olafa. Rzeczywiście za jakiś czas ujrzeliśmy mury tego zamku. Surowy monument osadzony na skałach zatopionych w wodzie zimnego jeziora i smagany wiatrem może robić wrażenie. Oczywiście daleko mu do naszego Malborka ale mimo wszystko może pretendować do miana atrakcji turystycznej Finlandii.

 

Fot.5. Savonlinna – Zamek Olafa.

 

Przeszliśmy przez pomost i weszliśmy na dziedziniec. Adriana odstraszyła cena wstępu €10 ale okazało się, że to tylko dla grup zorganizowanych z przewodnikiem. My sami mogliśmy sobie pochodzić po całym zamku za darmo.

 

Zamek powstał w 1475 r. z inicjatywy Erika Axelssona Totta, gubernatora Wyborga i Wschodnich Prowincji, w celu ochrony wschodniej granicy szwedzkiego imperium. Nazwę zawdzięcza Olafowi, norweskiemu świętemu z X w. W XVIII stuleciu warownia przeszła w ręce rosyjskie, najpierw przejściowo w latach 1714–1721, a potem już na dobre w 1743 r., aż do roku 1918.

 

Wdrapaliśmy się na mury, skąd rozpościerał się widok na jezioro i pobliskie lasy okalające je zewsząd. Widać też było most zwodzony, otwierany dla wysokich masztów. Było trochę chłodnawo, choć nie zimno. Wiał tylko zimny wiatr.

 

Nie mogliśmy niestety wejść wszędzie bo właśnie odbywała się jakaś próba wieczornego koncertu symfonicznego i delikatnie nam powiedziano, że musimy się wycofać. Ale i tak zobaczyliśmy praktycznie wszystko na tym zamku, co można zobaczyć.

 

Teraz więc zostało nam wyjechać z miasta. Musieliśmy też po raz pierwszy zatankować. Tradycyjnie upewniłem się co do wyjazdu ale znów dopisało nam szczęście i znaleźliśmy się przy drodze wylotowej z miasta.

 

Kiedy ruszyliśmy od razu zaczęły się poszukiwania stacji benzynowej. Kiedy ją zlokalizowałem było już za późno bo Adrian źle się ustawił na pasach i musieliśmy zrobić jeszcze jedno kółko. Wtedy mogliśmy już normalnie wjechać na jej teren. Ale tutaj kolejna niespodzianka. Nie mogliśmy nikogo znaleźć komu można by zapłacić. Dziwna stacja. Potem dotarło do nas, że to stacja automatyczna, tzn. najpierw się płaci w maszynie, a potem leje paliwo. Nie byliśmy pewni jak to dokładnie działa, czy maszyna wydaje resztę czy nie i innych szczegółów, w dodatku żaden inny samochód nie tankował tam, dlatego postanowiliśmy pojechać na normalną stację.

 

Wyjazd ze stacji był ciężki bo ustawiał się sznur samochodów i trudno było się włączyć do ruchu ale jeden kierowca zlitował się i wpuścił nas na światłach. Teraz mogliśmy już tylko opuścić miasto i szukać stacji gdzieś za nim.

 

Nie było to trudne i zaraz zjechaliśmy na stację Shella. Tam zatankowaliśmy do pełna za €35 i byliśmy gotowi na wizytę w oddalonym o zaledwie 21km Kerimäki. Tam mieliśmy obejrzeć największy na świecie drewniany kościół. Wybudowany w 1847 roku ma 45m długości, 42m szerokości i 27m wysokości, a pomieścić może 3 tysiące wiernych. Zaciekawił mnie taki opis i dlatego tam się skierowaliśmy.

 

Oczywiście byliśmy tam za pół godziny. Miejscowość (http://www.kerimaki.fi/)  jeszcze mniejsza więc lokalizacja tego kościoła była łatwiuteńka. Od razu go było widać. Muszę stwierdzić, że zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Zarówno z zewnątrz jak i w środku. Wszystko z drewna. Zastanawiające jest to, że nawet prawdziwe świeczki są umieszczone na żyrandolach zrobionych z drewna. Zapewne nieźle ubezpieczony musi być ten zabytek.

 

Fot.6. Kerimaki – Największy drewniany kościół na świecie.

 

Po wizycie w tym kościele, poszliśmy sobie na kawę i ciastko. Malutka kafejka tuż obok kościoła miała kilka wolnych miejsc. Tam chwilę posiedzieliśmy po czym udaliśmy się na pobliski cmentarz. Tak z ciekawości zobaczyć jak chowają Finów. Byłem zaskoczony, że mieszkańcy przywiązują taką wagę do pielęgnacji grobów. Znaleźliśmy też mogiły żołnierzy poległych w Wojnie Zimowej.

 

Teraz już byliśmy gotowi do opuszczenia tego miasteczka i skierowania się na północ. Po drodze zmieniliśmy się za kierownicą. Krajobrazy zaczęły ulegać zmianie i mieliśmy świadomość, że jesteśmy zaledwie kilka kilometrów od granicy z Rosją. Jednak niczego nie było widać bo po obu stronach były lasy. Ale wreszcie więcej było jezior. Co chwilę przejeżdżaliśmy koło jakiegoś. Spodziewaliśmy się takich widoków bo podobno w Finlandii jest ich 11,000.

 

Na drodze również było coraz mniej kamer i dlatego zacząłem jechać trochę szybciej. Ruch też zmalał więc przy tak dobrych drogach, można było rozpędzać to autko do 120km/h. Praktycznie cały czas jechaliśmy z taką prędkością więc autostrady są tam jak najbardziej zbędne.

 

Kolejnym punktem programu miała być wspinaczka na górę-punkt widokowy. Ale z dwóch powodów nie udało się tego zrealizować. Po pierwsze było kilka takich wzniesień i miejsc, które miały w nazwie słowo Koli. Bardzo trudno było mi zidentyfikować dojazd tam. Trzeba było bowiem zjechać z głównej drogi. Znaków nie było. Nie pomogły nawet lokalne mapy na parkingach.

 

Po drugie niebo pokryło się chmurami, wiatr niebezpiecznie zaczął mocniej wiać i zanosiło się, że może w każdej chwili lunąć. Kilka razy straszył nas przelotny deszczyk więc taka wspinaczka, w taką pogodę mogła się zakończyć nieprzyjemnie. Widok miał pokazać jedno z największych jezior Finlandii, które ciągnie się na długości 80km.

 

Z drugiej strony jeziora Pielinen też mieliśmy się zatrzymać aby obejrzeć chatę karelską. Znajdować się ona miała w miejscowości Nurmes. Nurmes (http://www.nurmes.fi/Resource.phx/sivut/sivut-nurmes/index.htx) - to miasto brzóz gdyż posadzono ich tam bardzo wiele. Kiedy dojechaliśmy tam, rzeczywiście widać było biel ich kory w całym mieście.

 

Nas nie interesowało samo miasto ale obiekt zwany "Bomba". To replika karelskiej chaty z drewnianych bali, którą niejaki Jegorov Bombin zbudował w 1855 roku w zupełnej dziczy tuż nad jeziorem.

 

Szukanie tego miejsca kosztowało nas trochę czasu. W mieście musiałem zapytać ludzi i okazało się, że znajduje się to już za miastem. Tam przejechaliśmy skręt i dopiero na polu golfowym uzyskałem dokładne informacje jak dojechać.

 

Okazało się, że obecnie to miejsce jest bardzo skomercjalizowane. To jakiś ośrodek turystyczny, a sama chata przerobiona na restaurację i hotel. Jednak mimo wszystko robi wrażenie. Duży dom zrobiony z bali, usytuowany tuż nad brzegiem jeziora w sporej odległości od pozostałych osad ludzkich. Trzeba uruchomić wyobraźnię i dostrzec jak musiało tu być 150 lat temu, kiedy Jegorov tu żył.

 

Fot.7. "Bomba" – replika chaty karelskiej.

 

Nie było tu nic do zwiedzania ale warto zobaczyć jak wygląda styl karelski. Poza tym to kolejna pozostałość po rosyjskiej okupacji tych terenów. Wielu Rosjan spotykaliśmy na naszej drodze. Zapewne więcej z ich kultury zostało po tej stronie granicy niż kilka kilometrów dalej, gdzie komunizm zniszczył kulturę dokumentnie.

 

Po skromnym posiłku i kilku fotkach byliśmy gotowi do dalszej drogi. Co prawda, zgodnie z moim grafikiem, powinniśmy tu się gdzieś rozbijać ale skoro był czas i niezła pogoda, mogliśmy jeszcze kilka kilometrów zrobić.

 

A zrobiliśmy całkiem sporo bo nawet minęliśmy miejscowość Kajaani. Dopiero wtedy zaczęliśmy się rozglądać za kempingiem. W tych rejonach Finlandii, kamer już nie było wcale, ruch zmalał ale za to znów wyszło słońce i mieliśmy piękną pogodę. Powoli czuliśmy, że zbliżamy się do Laponii. Zaczęły się lekkie wzniesienia, z których mogliśmy obserwować horyzont. A on oczywiście był błękitno-zielony. Niebo łączyło się z zielonymi koronami drzew, a dodatkowo popołudniowe słońce ślicznie oświetlało to wszystko jeszcze.

 

Pierwszy kemping jaki napotkaliśmy był totalnym niewypałem. Umiejscowiony w jakimś kamieniołomie, nie prezentował się profesjonalnie. Totalna porażka. Nawet nie wysiadaliśmy z samochodu i od razu wróciliśmy na główną drogę.

 

Ale był kolejny i ten już raczej musiał nam przypasować bo godzina była już dość późna. Podjechaliśmy do bramy i zorientowaliśmy się, że kemping jest w lesie nad jeziorem. Tuż obok po raz pierwszy zobaczyliśmy prawdziwego renifera. Poczucie, że do koła podbiegunowego jest zaledwie 300km zadziałało na świadomość.

 

W baraku działającym jako recepcja spotkałem małżeństwo. Tradycyjnie dostałem tę samą ankietę do wypełnienia z danymi. Uzgodniliśmy, że zapłacimy €15. I wtedy kiedy padła nazwa "Poland", żona właściciela zapytała mnie: "Gawaritie pa ruski?". Wyszło na jaw, że kemping prowadzony jest przez małżeństwo fińsko-rosyjskie. Pani Rosjanka od 15 lat żona brodatego Fina bardzo zakolegowała się z Adrianem. Komunikacja polsko-rosyjska przebiegała całkiem sprawnie i pani zaproponowała nam wspólne obejrzenie kempingu.

 

Warunki zdecydowanie kiepskie. Kuchnia na zewnątrz, toalety też poniżej standardu, do sauny nie wchodziliśmy ale ogólne wrażenie nie było dobre. Znaleźliśmy sobie jakieś miejsce tuż obok jeziora. Od razu pojawiły się chmary komarów. Po raz pierwszy użyłem Offa.

 

Była godzina 21.30 kiedy po rozbiciu się poszliśmy na molo. Słońce było jeszcze bardzo wysoko na niebie. Potem tradycyjnie Adrian poszedł spać, a ja jeszcze posiedziałem na molo. Potem poszedłem do kuchni coś sobie ugotować. Warunki iście polowe ale jakoś dałem radę.

 

Zaraz potem dołączyli do mnie Czesi. Po kilku chwilach zaczęliśmy rozmawiać bo byli z Cieszyna więc doskonale mówili po polsku. Facet prowadzi własne biuro turystyczne i organizuje różne wycieczki po Europie. Trochę dziwne układy tam panują, z tego co mi mówił, ale podobno ludzie są zadowoleni. Pogadaliśmy zanim nie ugotowało się nam nasze pożywienie. Towarzyszył nam koń, który ciągle do nas podchodził.

 

Po kolacji, podczas której mocno się oparzyłem o metalowy kubek, pożegnałem się z Czechami i jeszcze raz poszedłem na molo. Było już po 23.00 ale słońce nadal było nad horyzontem. Zapowiadało się, że dziś słońce w ogóle nie zajdzie. Pogoda była super. Siedziałem sobie na molo, wysyłałem SMSy, robiłem zdjęcia i obserwowałem jak ludzie po wyjściu z sauny wskakiwali do jeziora. Ściemnić się jednak nie chciało.

 

Fot.8. Widok na jezioro Kiantajärvi o godz. 23.00.

 

Późno więc wróciłem do namiotu i kiedy obudziłem się o 3.00 w nocy, stwierdziłem, że jednak nie będzie dzisiaj nocy. Było jasno. A więc prawdziwa biała noc.

 

Dzień 3: Imatra - Suomussalmi 580km

 

 

Dzień 4 – 6 lipca 2007 – piątek

 

              ZA KOŁEM POLARNYM

 

Ogólnie było twardo i niewygodnie. W dodatku niestety zaczął padać w nocy deszcz. Ale rano już jakoś się przetarło, na tyle żeby móc przygotować sobie śniadanie. Deszcz siąpił ale nie było tragicznie z ta pogodą.

 

Ustaliliśmy, że pojedziemy skrótem. Musieliśmy się przebić na drogę Kuusamo-Rovaniemi. Drogi zupełnie podrzędne ale ich jakość w ogóle nie odbiega od tych krajowych. Oznaczenia też nie. No i nadal nie ma w ogóle kamer, a ruch praktycznie zerowy. Można więc pocisnąć, choć nasza kia dała radę 140km/h i nic ponadto.

 

Mijaliśmy wioski fińskie już na pograniczu Laponii. Trochę przygnębiająco tu musi być zimą kiedy przez pół roku nie ma słońca. Odległości między wsiami ogromne a naokoło tylko lasy i jeziora.

 

Zobacz video z północnej Finlandii:  http://youtube.com/watch?v=Khu3zGCJEp8

 

Zanim mieliśmy dojechać do stolicy Laponii, czyli Rovaniemi, zajrzeliśmy nad pewien wodospad. Miał być ciekawą atrakcją turystyczną ale niestety okazał się być kompletną porażką. Absolutnie nie polecam tego miejsca, które nazywa się Auttinköngas.

 

Zajechaliśmy na parking, na którym stał już jakiś autokar. Z parkingu drewniane schodki prowadzące na szlak. Szlak, według mapki, miał mieć 3km i prowadzić dookoła wodospadu. Sam wodospad, jednak, był niedaleko i niestety nie robił żadnego wrażenia. W dodatku mało go było widać przez drzewa i nie było jakichś spektakularnych kaskad. Zupełnie nic nadzwyczajnego. Takich miejsc jest tysiące.

 

Dlatego czym prędzej wyjechaliśmy stamtąd. I kiedy już wjeżdżaliśmy na główną drogę, nagle przed maską ukazały się nam renifery. Biegły ku nam więc musiałem się zatrzymać żeby je przepuścić. Jak widać na fińskich drogach trzeba być ostrożnym gdyż takie spotkania mogą okazać się tragiczne w skutkach. A ostrzegają nas przed nimi znaki przedstawiające łosie.

 

Fot.9. Droga w Laponii.

 

Potem jeszcze widzieliśmy renifery biegające po lesie po obu stronach drogi. Został nam kawałek do kresu naszej podróży. Rovaniemi było bowiem końcowym przystankiem naszej podróży. Mniej więcej 800km od Helsinek. Teraz pozostał nam tylko powrót w dół, na południe.

 

No ale zanim zaczęliśmy powrót, wjechaliśmy do Rovaniemi. Rovaniemi, (http://www.rovaniemi.fi/?deptid=17958), w języku saami (lapońskim) Roavenjarga - miasto w północnej Finlandii, u ujścia rzeki Ounas do Kemi, kilka kilometrów na południe od północnego koła podbiegunowego (współrzędne geograficzne 66°30'N - 25°42'E). 58,5 tys. mieszkańców (2006). Najniższa zanotowana temperatura powietrza wyniosła tu -45,3°C! Oczywiście w zimie. Stolica prowincji Laponia. Centrum gospodarczo-handlowe fińskiej Laponii, w tym przemysłu spożywczego, węzeł komunikacyjny, port lotniczy, ośrodek turystyczno-sportowy (zarówno dla miłośników sportów i turystyki letniej, jak i zimowej - narciarstwo biegowe, łyżwiarstwo). Siedziba Uniwersytetu Lapońskiego i Politechniki (ocenia się, że z 35 tys. mieszkańców aż dziesięć to studenci). W centrum budowle wg projektu Alvara Aalto (biblioteka, ratusz, teatr), most Jätkänkynttilä przez rzekę Kemi. Muzeum "Arktikum", w formie przeszklonego tunelu, prezentuje historię i zwyczaje ludów Północy, ich odzież, narzędzia i namioty. W pobliżu wydobycie rud żelaza. W 1944 miasto zostało w 90% zniszczone przez wojska niemieckie, odbudowę rozpoczęto w 1946 wg projektu Aalto.

 

Po wjeździe do miasta ustawiliśmy się na jakimś parkingu obok stacji benzynowej. Wyczuliśmy sprawę, że wtedy nie trzeba płacić za parkowanie.

 

Kiedy zostawiliśmy auto, zabraliśmy coś z rękawkami, bo przecież 4km stąd wyznaczono krąg polarny. Pierwszym celem było zlokalizowanie informacji turystycznej abyśmy mogli swobodnie poruszać się po mieście. Na przeszkodzie stanęły roboty miejskie. Całe miasto było rozkopane. Wszędzie układano kostki brukowe, wylewano asfalt, chodniki i drogi były pełne robotników i ich maszyn. Nie zrobiło to na nas dobrego wrażenia.

 

Miasto wygląda bardzo nowocześnie. Można też zauważyć lekką zmianę jeśli chodzi o ludzi. Bardziej smutni z wyglądu. Przypuszczalnie mieszkanie w takim położeniu musi mieć jakiś wpływ na poczucie humoru. No ale nawet zauważyliśmy kilku Murzynów. Ciekawe jak radzą sobie zimą kiedy temperatura spada tu do -40°C.

 

Po adresie z przewodnika znaleźliśmy informację turystyczną. Tam dowiedziałem się kilku rzeczy. Niestety część tego, co chcieliśmy zobaczyć leży poza miastem. W dodatku aby zobaczyć słynną farmę reniferów, trzeba dużo wcześniej się umówić. W takim razie pozostała nam wizyta w Arktikum oraz Joulupukin Pajakylä czyli w popularnej na całym świecie wiosce św. Mikołaja.

 

Zgodnie z planem, najpierw ruszyliśmy w kierunku muzeum Arktikum. Dotarliśmy tam po pewnym czasie. Mijaliśmy głownie drogi i osiedla mieszkalne bo zabytków raczej w Rovaniemi nie za bardzo można spotkać.

 

Arktikum (www.arktikum.fi) to budynek ze szklanymi kopułami i podziemnymi pasażami, gdzie można obejrzeć życie i kulturę arktycznych ludów, a także faunę i florę tego regionu. Jest również komora lodowa, multimedialny pokaz zorzy polarnej, filmy, obiekty, zdjęcia i w ogóle wszystko co dotyczy Eskimosów i życia na biegunie.

 

Bilety w normalnych cenach ale Adrian zasugerował żeby zapytać czy może wejść jako senior. O dziwo, ta propozycja została przyjęta i zaoszczędziliśmy €2. Samo muzeum to fajna rzecz. Zapewne nigdzie indziej nie można dowiedzieć się tylu ciekawych rzeczy o tym regionie. Jednak najważniejsze są prawdziwe eksponaty, które tam się znajdują. Sporo czasu nam tam zeszło.

 

Jedynym dyskomfortem była... niesamowicie wysoka temperatura jaka tam panowała. Jak na ironię w centrum arktycznym. Jednak kiedy wychodziliśmy zauważyłem kartkę z informacją, że zepsuła się klimatyzacja. To wyjaśniało wszystko.

 

Fot.10. Rovaniemi – Muzeum arktyczne.

 

W samym mieście nie było już co robić więc pozostała nam wizyta za miastem. Wytyczony krąg polarny znajduje się 4km od miasta w wiosce św. Mikołaja. Tam zatem mieliśmy się udać.

 

Po szybkim posiłku i zorientowaniu się mniej więcej gdzie jechać ruszyłem w kierunku północnym. Niestety splot trzech niefortunnych sytuacji sprawił, że dojazd tam nie poszedł nam gładko.

 

Po pierwsze Adrian nie wziął z Polski okularów, co spowodowało jego ogromne problemy w czytaniu mapy. Po drugie nazwa tej wioski była zbyt trudna abym mógł ją zapamiętać w oryginale, a po trzecie tuż obok wioski budował się tzw. Santa Park, czyli prawdopodobnie jakieś wesołe miasteczko.

 

Wszystko to złożyło się na to, że skręciłem za wcześnie do właśnie budowanego Santa Park. Nie wiedzieliśmy w ogóle o co chodzi bo było pusto i zapowiedź, że park będzie czynny w listopadzie. Nie skojarzyliśmy, że to nie jest ta słynna wioska. Pogubiliśmy się zupełnie, w dodatku za dużo było tych wszystkich papierów: ulotek, mapek, atlasów, przewodników a Adrian nie umiał mi nic przeczytać.

 

Dopiero po jakimś czasie, kiedy zmieniliśmy się miejscami i na spokojnie doszedłem gdzie się znajdujemy i gdzie należy jechać, udało się nam odnaleźć tę wioskę. Wjechaliśmy na parking i byliśmy już pewni, że to właściwe miejsce.

 

W większości przewodników i artykułów, które przeczytałem przed wizytą w Finlandii, miejsce to było charakteryzowane jako szczyt kiczu. Takiego czegoś więc się spodziewałem. Trudno zresztą było się spodziewać czegoś innego. Ktoś namalował linię na asfalcie oznaczającą koło podbiegunowe, postawiono kilka knajp, pocztę ze specjalnym znaczkiem czy stemplem i kilkanaście sklepów z pamiątkami, które wszędzie na świecie są takie same.

 

Fot.11. Rovaniemi – krąg polarny.

 

Jednak sam sobie się dziwiłem, że... mi się tam spodobało. To wszystko, co napisałem rzeczywiście tam jest ale jakoś nie jest to takie nachalne. I może to wyobrażenie, że zimą musi być tam zupełnie inaczej. Dzieci mają pewnie ogromną frajdę, a mroźne i ciemne otoczenie pełne śniegu dookoła, może wprowadzić w fajny nastrój.

 

Dzisiaj śniegu nie było, turystów było sporo ale i tak miejsce to ma swój urok. Świadomość, że jest się na 66. równoleżniku ma pewnie na to spory wpływ. Ogromna mapa informuje co można tam zobaczyć i dzięki niej dotarliśmy w miejsce gdzie jest namalowana owa linia graniczna. Nie zauważyliśmy od razu jednak, że tuż obok jest nie tylko linia ale również brama polarna. Tam właśnie odbywała się ceremonia chrztu polarnego na niemieckiej wycieczce.

 

Fot.12. Rovaniemi – brama polarna.

 

Słupek z odległościami do miast świata oraz muzeum św. Mikołaja to kolejne atrakcje. Za dużo czasu nie ma tam co spędzać, bo nie jest to duży obszar. Ja jednak poszedłem do sklepów, a Adriana zaprowadziłem na kawę.

 

Jeszcze nie zdążyłem wszystkiego kupić, kiedy w drzwiach stał już Adrian. Szybko mnie znalazł. Miał mi do powiedzenia ważną rzecz w sprawie kawy. Poczekał więc chwilę aż kupiłem parę pierdół i opowiedział mi o przygodzie z kawą. Okazało się, że kawę, którą dostał na początku zbagatelizował ale to był błąd bo okazała się niesamowitą siekierą. Mimo swego niepozornego rozmiaru. Poprosił mnie żebym zapytał gościa co to za kawa i jak się ją robi.

 

Poszliśmy tam ale niestety facet bardzo kiepsko mówił po angielsku. Praktycznie w ogóle. Ale po kilku minutach tłumaczeń doszliśmy do porozumienia o co nam chodzi. Okazało się, że technika parzenia tej kawy jest nieco dziwna. Potrzeba do tego specjalnego czajnika, który wstawia się do ognia. W dodatku musi też być do tego specjalna kawa. Taką kawę wyciągnął zza lady aby nam pokazać symbol czajnika na opakowaniu. Potem jednak nie schował jej, a wręczył Adrianowi. Całe pół kilo. Bardzo był zadowolony, że ktoś się tym tak zainteresował.

 

Po takich przygodach w Rovaniemi i w okolicach, przyszedł czas na pożegnanie się z tym rejonem. Nic więcej nie było tam do zobaczenia dla nas więc postanowiliśmy jechać na południe bo przed nami sporo kilometrów.

 

Musieliśmy wjechać do Rovaniemi i przejechać je. Udało się nam to bez poważnych problemów. Kierowaliśmy się na południe i następnym przystankiem miało być zoo polarne w Ranui. Po drodze jednak straszliwie się rozpadało. Tuż za Rovaniemi zaczęło tak padać, że widoczność spadła do absolutnego minimum.

 

Nie za bardzo uśmiechało się nam to bo chcieliśmy to zoo jednak zobaczyć. Ale na szczęście deszcz lekko ustał kiedy dojechaliśmy do tego zoo (http://www.ranuawildlife.fi/?deptid=18395). Wielki parking, jakaś knajpa oczywiście, pamiątki i główne wejście.

 

Bilety dość drogie ale znów zakupiłem jeden dla seniora. Trzeba jednak było nadstawić rękę żeby dostać papierową bransoletkę jako bilet. Na koniec pani zapytała skąd jestem i wręczyła mi mapkę.

 

Wchodząc na teren zoo, rozległ się sygnał na bramce ale wytłumaczono mi, że to pewnie z powodu kamery. Teraz już tylko wystarczyło kierować się strzałkami. Dodatkowo na mapie było wszystko rozrysowane. Jednak nazwy zwierząt jakieś dziwne. Zacząłem się wpatrywać w te nazwy i brzmiały jakoś tak niemiecko. Ale to nie był niemiecki, nie angielski. W końcu na dole sprawa się wyjaśniła: Dutch. Ale jakim cudem dostałem po holendersku? Już zachwalę wiedziałem. Pani spytała skąd jestem, powiedziałem: "Poland", a ona tradycyjnie usłyszała: "Holland". Nie potrafię zrozumieć tego fenomenu. Nie dość, że wymowa jest inna, a ja ją specjalnie podkreślam, to po drugie, jak można pomylić 40 milionowy kraj z jakimś malutkim leżącym zupełnie gdzie indziej.

 

Mapka więc była mało użyteczna ale i tak nie była potrzebna bo samo zoo dawało się zwiedzać bez niej. Poza tym to zoo było rewelacyjne. Stworzone na pagórkowatym terenie pokrytym w całości lasem, stwarzało wrażenie, że zwierzęta żyją jakby na wolności. Dodatkowo, trasy zwiedzania są tak zrobione, że niczego się nie przegapi i jest bardzo wygodnie. Wszystkie ścieżki są wyłożone deskami co powoduje, że nie chodzi się po błocie. Widoczność klatek i wybiegów też jest bardzo dobra.

 

Samo zoo skoncentrowało się na zwierzętach żyjących w Finlandii. Bardzo fajny pomysł i mnóstwo dzieci oczywiście przyjeżdża tam z rodzicami. Jest też miejsce gdzie zgromadzono skały i minerały występujące na tym terenie.

 

Deszcz troszeczkę siąpił ale nie był to jakiś bardzo uciążliwy czynnik dla nas. Zeszło nam tam sporo czasu, bo obeszliśmy wszystko. Można naprawdę zobaczyć fajne zwierzęta.

 

Była późna godzina i teraz tylko musieliśmy zatankować i jechać po prostu ile się da. Pogoda nie była ładna. Często mocno padało, wiało i ogólnie bardzo się oziębiło. My po zatankowaniu zaczęliśmy szukać jakiegoś noclegu. W taki sposób dojechaliśmy aż do Poulanki.

 

Tam był kemping ale ledwo wyszliśmy na zewnątrz to po prostu nie mogliśmy ustać w miejscu. Przeraźliwie zimny wiatr, zacinający deszcz, pochmurno i wszystko co najgorsze w pogodzie. Coś takiego jak nasz listopad!

 

Rozbijanie namiotu to zadanie ekstremalne, dlatego w recepcji zapytałem o domki. I tu nas zaskoczyła pani. Zaledwie €22 za dwuosobowy domek nad jeziorem. Wzięliśmy go bez żadnego wahania. Podjechaliśmy tam i wypakowaliśmy śpiwory. Prycze piętrowe, jakiś stolik i kilka koców. Dla nas, na jedną noc, w zupełności wystarczy. Kiedy spytałem o pościel, poinformowano mnie, że trzeba dopłacić.

 

Kemping był dość wyludniony. Kilka tylko samochodów. Zresztą mało atrakcyjne nawet to jezioro. Zaplecze kempingu jednak całkiem fajne. Kuchnia wraz z jadalnią w oszklonym baraku miała wszystko. Była wygodna i przestronna. Tam poszliśmy coś sobie przygotować do jedzenia. Tuż obok był kolejny domek w którym odbywały się jakieś większe imprezy. Właśnie dziś ćwiczył jakiś zespół. Toalety też w dobrym stanie.

 

Ja tradycyjnie ładowałem kamerę i telefon i robiłem notatki a przy zlewie stał gościu w koszulce Ronaldo i ciągle zmywał i zmywał i zmywał... My po kolacji mogliśmy udać się do naszego domku. Pogoda jeszcze pogorszyła się. Wiało niemiłosiernie i tylko słyszeliśmy w ciągu całej, kolejnej białej, nocy jak wiatr uderzał z całą siła w nasz lichy domek. Budziłem się co godzinę i przez całą noc nie ściemniło się choć troszeczkę.

 

Dzień 4: Suomussalmi - Poulanka 575km

 

 

Dzień 5 – 7 lipca 2007 – sobota

 

   Z SAMEJ PÓŁNOCY NA SAMO POŁUDNIE

 

Ten dzień zapowiadał się na dzień samochodowy. Nie było nic interesującego w programie, a zależało nam aby dojechać jak najdalej. W dodatku pogoda była taka sama i chcieliśmy szybko wyrwać się spod tych chmur. Mieliśmy nadzieję, że na południu kraju, nadal ludzie korzystają z uroków ładnego słoneczka.

 

Zanim wyjechaliśmy z naszego kempingu, zjedliśmy sobie śniadanie, a potem chciałem zwrócić klucz od domku. Jednak nikogo nie było więc wrzuciłem klucz do puszki na klucze i byliśmy wolni.

 

Deszcz wzmógł się bardzo. Lało jak z cebra, mimo że ujechaliśmy niezły kawałek trasy. Nawet kiedy minęliśmy Kopio, to nadal padało. Powoli zaczęliśmy wątpić w ładną pogodę na południu.

 

Jednak ledwie się zmieniliśmy za kierownicą, a pogoda się też zmieniła. Rozpogodziło się. Nie było nic innego do roboty więc po prostu jechaliśmy w dół. Było to męczące i nużące, bo krajobrazy ciągle takie same ale jednak cały czas byliśmy bliżej południa.

 

W Tampere wjechałem w złą drogę ale na szczęście szybko się połapaliśmy i zweryfikowaliśmy pomyłkę. Pogoda zrobiła się upalna, a my zrobiliśmy zdecydowanie więcej niż się spodziewaliśmy.

 

Robiliśmy sobie odpoczynki czasem, jakieś tankowanie, czy jedzenie oczywiście, a raz zatrzymaliśmy się w jakiejś wsi. Tam było niedaleko już do kempingu, który sobie upatrzyłem wcześniej. Miejscowość Eura skąd mieliśmy mieć jutro łatwy dojazd do kolejnej atrakcji – Starówki w mieście Rauma.

 

Kiedy znaleźliśmy się już w tej miejscowości, okazało się, że kemping nie istnieje. Został prawdopodobnie zlikwidowany. W takiej sytuacji musieliśmy jeszcze się zmobilizować aby dojechać do Raumy i już tam na miejscu poszukać kempingu.

 

Rauma - (http://www.rauma.fi/english/immigrants/default.htm) - miasto w południowo-zachodniej Finlandii, w prowincji Finlandia Zachodnia, port nad Zatoką Botnicką. Około 37 tys. mieszkańców. Założone w 1442, jedno ze starszych miast w Finlandii. Wpisane na listę UNESCO w 1991 ze względu na doskonale zachowaną historyczną zabudowę centrum (drewniane budynki). Największą atrakcją Raumy jest Vanha Rauma (Stare Miasto), umieszczone na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO jako największe zachowane miasto w krajach nordyckich, składające się z ponad 600 niskich drewnianych domów.

 

W Raumie zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej aby kupić browary. Tam też zapytałem się o kemping i dostałem mapkę z zaznaczonym dojazdem. Podobno nie było trudno. Dojechaliśmy szybko, bo prowadziły nas znaki.

 

Sam kemping jednak był dziwny. Nie był ogrodzony, wjazd bez bramy, a recepcja gdzieś na drugim końcu. Trudno się połapać o co tu chodzi. Węzeł sanitarny jest jak najbardziej ale nikt nie wie gdzie są granice tego kempingu. Łączy się on bowiem z publiczną plażą i jakimś miejskim parkiem.

 

Zacząłem się zastanawiać czy czasem nie jest to coś takiego jak w Oslo, tzn. darmowy kemping. Choć na pewno była recepcja i raczej trzeba zapłacić choćby za toalety. Ale z drugiej strony było tam sporo przyczep i jakieś prywatne plaże itp. Generalnie chaos.

 

Adrianowi bardzo się nie spodobało to miejsce i postanowił, że będziemy szukać innego miejsca aby rozbić się na dziko. Pojechaliśmy na drugą stronę zatoki ale tam było zawalone samochodami bo odbywał się jakiś festyn. Zdenerwowany Adrian kazał mi się pytać ludzi o inny kemping. Dla mnie to nie było mądre, bo każdy zapewne wskazywałby na ten, który jest obok. Zresztą w tej miejscowości był tylko jeden.

 

W takim razie zrobiło się nerwowo i to ja musiałem zdecydować gdzie się rozbijamy. Powiedziałem więc żebyśmy wrócili na kemping ale od strony parkingu, parku i plaży i tam na skraju się po prostu rozbili. Był tam malutki żywopłot, który być może sugerował granicę kempingu ale był on niekompletny.

 

Najpierw poszliśmy do kuchni zrobić sobie coś do jedzenia. Wszędzie do tej pory maszynki były elektryczne ale tutaj były gazowe. My nie mieliśmy zapałek a nigdzie nie było zostawionych. Poprosiłem więc Niemkę, która wcześniej dyskutowała coś z jakimś człowiekiem nad mapą, o pożyczenie zapałek.

 

Ale nie umieliśmy odpalić tego gazu. Ani my, ani ona, ani ten facet. Choć oni oboje zgodnie twierdzili, że na pewno ludzie wcześniej używali gazu. Najwidoczniej gdzieś był zakręcony zawór. Zaczęliśmy wspólnie szukać go ale wyglądało na to, że wszystkie są odkręcone. To jeszcze bardziej zdenerwowało Adriana.

 

Ale po kolejnych próbach w końcu znalazłem główny zawór, który był zakręcony. Niemka znów musiała wyciągać zapałki i wreszcie mogliśmy zagotować sobie wodę. Nie było nikogo z nami w tej kuchni. Po kolacji, szybka toaleta i poszliśmy do auta, które stało na parkingu przy plaży.

 

Adrian ciągle niezadowolony z miejsca sugerował, że powinniśmy gdzieś wyjechać z miasta żeby przenocować. Według mnie, miejsce było całkiem ok. Wiele razy nocowałem w podobnych i nic nigdy się nie wydarzyło ale on miał obawy, że ktoś się przyczepi. Trudno w to było uwierzyć, bo zaledwie 20 metrów dalej stały już przyczepy kempingowe.

 

Jednak po wypiciu browarów nie było wyjścia. Jechać już nie mogliśmy więc trzeba było tu się rozbić. Pogoda była bardzo ładna choć oczywiście nie mogliśmy liczyć na osłonę w postaci ciemności.

 

Adriana nadal denerwowały osoby przyjeżdżające na parking. Raz byli to jacyś nastolatkowi na motorynkach, młodzież z dyskoteki, a raz nawet przemknął radiowóz policyjny. Ja dość szybko zasnąłem i nie słyszałem ponoć krążących całą noc różnych ludzi.

 

Dzień 5: Puolanka - Rauma 712km

 

 

Dzień 6 – 8 lipca 2007 – niedziela

 

         TYPOWA FIŃSKA POGODA

 

Zwinęliśmy się o 7.30 i od razu poszliśmy na śniadanie do kuchni. Tam pusto bo jak zwykle to my wstawaliśmy tak wcześnie tylko. Zapałki znów musiałem pożyczyć. Też wypadło na Niemca, który zwijał swój namiot.

 

Potem zostało nam tylko wjechać do miasta i obejrzeć Starówkę. Niestety dotarły do nas deszcze z północy. Co prawda zaledwie mżyło ale dyskomfort pozostał. Dotarliśmy na tę niby słynną Starówkę (www.oldrauma.fi) ale kolejny raz się rozczarowałem. Naprawdę nic nadzwyczajnego choć znów nie można powiedzieć, że to jakaś kiszka. Po prostu chyba oczekiwałem czegoś innego. Zgodnie z opisem jest to największa w Skandynawii zwarta dzielnica drewnianych domów. Jest ich tam ponad 600, a pochodzą z XVIII i XIX wieku. Oczywiście jest wciągnięta na listę UNESCO.

 

Co nas zdziwiło, to fakt, że oprócz nas nie było tam nikogo. Mało tego, nie było prawie nikogo w całym mieście. Tłumaczyliśmy sobie to tym, że wczoraj była sobota i mnóstwo imprez się odbywało w mieście. Teraz pewnie wszyscy leczyli kaca. A było pusto do tego stopnia, że swobodnie stanąłem sobie na środku skrzyżowania i kręciłem film. Nie nadjechał żaden samochód.

 

Przespacerowaliśmy sobie po Starówce, a potem naokoło aż doszliśmy do auta, które zostawiliśmy na stacji benzynowej oczywiście. Staliśmy na skrzyżowaniu skąd prowadziła droga do Turku. Tam mieliśmy dzisiaj dojechać.

 

Zanim jednak mieliśmy dotrzeć do Turku, to po drodze chcieliśmy wstąpić do Naantali. Miasteczko uzdrowiskowe nad Bałtykiem, zasłynęło z miasteczka na wyspie, znanego jako Dolina Muminków. Autorka tego bestselleru była Finką z pochodzenia i tam właśnie zlokalizowano tę atrakcję. Wydawało się nam, że warto coś takiego zobaczyć.

 

Odległości między Raumą, Naantali a Turku były bardzo niewielkie dlatego też podróż minęła nam bardzo szybko. Co prawda wjazd do Naantali był długi i skomplikowany ale jednak oznakowanie w Finlandii, można spokojnie rzec, jest rewelacyjne i w sumie wjechaliśmy nie gubiąc drogi ani razu.

 

Były oznaczenia co do Muumimaailma ale dziwnie prowadziły na jakiś parking. Musieliśmy dwa razy objechać rondo żeby wreszcie domyślić się, że to jest przystanek skąd zabierani są turyści chcący zwiedzić ten park tematyczny.

 

Akurat stał autobus odwożący ludzi w tamtym kierunku i mogłem swobodnie podejść i wszystkiego się dowiedzieć od pani pilot i od kierowcy. Jednak wiadomości nie napawały nas optymizmem. Parking kosztuje €5, natomiast bilet aż €18! Na moje zdziwienie, że tak strasznie dużo, pani odpowiedziała, że to raczej impreza dla całych rodzin, szczególnie dla dzieci.

 

W takim układzie postanowiliśmy po prostu przejść się tam i być może zobaczyć co się da na miejscu zobaczyć. Podjechaliśmy wedle jej wskazówek i zatrzymaliśmy samochód nad wodą. Za nami był tunel, przed nami wielki most a w tle kilka wysepek. Ruszyliśmy w dół mostem i szliśmy zgodnie z intuicja bo żadnej mapy nie mieliśmy ze sobą.

 

Już pod koniec mostu wyprzedzał nas młody koleś biegnący z pasem ołowiu. Kiedy zapytałem go o Maminki, zatrzymał stoper i strasznie śmiejąc się z nas, zawrócił nas na moście, w takie miejsce skąd było widać jedną z wysp. Tam miało znajdować się to centrum rozrywki. Po chwili jednak dodał, że naprawdę to nie jest dla nas impreza bo jesteśmy trochę za starzy.

 

Podziękowaliśmy mu za wskazówki, przeprosiłem, że go wybiłem z rytmu i zdecydowaliśmy, że raczej odpuścimy to miejsce bo nie dość, że daleko, to jeszcze raczej chyba rzeczywiście nie dla nas.

 

Wracając jeszcze mieliśmy okazję podjechać tam ale okazało się, że jest zakaz wjazdu i definitywnie wycofaliśmy się z oglądanie tej atrakcji. Skierowaliśmy się bezpośrednio do Turku. A to zaledwie 17km od Naantali.

 

Turku - (http://www.turku.fi/) – miasto w południowo-zachodniej Finlandii, dawna stolica kraju, obecna stolica prowincji Turku-Pori; 178 tys. mieszkańców, aglomeracja 260 tys. Jest to ważny port. Uniwersytet założony w 1640 roku. Rozwinięty przemysł. Turku to najstarsze miasto w Finlandii i pierwsza stolica kraju – oferuje turystom wiele atrakcji, m.in. muzea i średniowieczny zamek.

 

Raz dwa wjechaliśmy do miasta. Oczywiście zaczął się seans z parkowaniem. Ale nie było tak źle. Czułem, że może być tak, iż nie trzeba będzie płacić za parkowanie bo to niedziela. Czasem tak bywa w niektórych miastach. Znaleźliśmy więc miejsce w samym centrum i żeby sprawdzić czy czasem nie mam racji, poszedłem do taksówkarza. I on potwierdził moje przypuszczenia. W niedziele w całym mieście nie trzeba płacić za parking.

 

Niestety nad Turku kłębiły się potężne chmury i lało niemiłosiernie. Bywały przerwy w tych ulewach ale generalnie cały czas było mokro. Musiałem więc wziąć kurtkę. Adrian natomiast ryzykował i nie wziął swojej.

 

Pierwsze kroki skierować chcieliśmy do informacji turystycznej. Potrzebowaliśmy przede wszystkim mapę z zaznaczonymi głównymi atrakcjami. Znaliśmy adres informacji więc wystarczyło tylko go znaleźć. Udaliśmy się więc w kierunku głównego placu, a stamtąd już łatwo było odszukać interesujący nas budynek informacji turystycznej.

 

Kiedy szliśmy w kierunku tego placu, widzieliśmy dwóch nieźle napranych gości. Stali pod sklepem i ledwo trzymali się na nogach. Coś tam wykrzykiwali ale ogólnie byli spokojni. Chwilę później zajechał radiowóz i obserwowaliśmy akcję zapakowywania ich do środka. Policjanci w gumowych rękawiczkach, od razu złapali za ubranie owych gości i wprowadzili ich bardzo zdecydowanie do samochodu.

 

My tymczasem mogliśmy już udać się po mapę. W budynku, jak na poczcie – numerki do kolejki. Kiedy wypadło na mnie, dostała mi się ładna młoda Finka ze świetną znajomością angielskiego. W dodatku bardzo miła i bardzo kompetentna. Aż miło było z nią rozmawiać! Wyjaśniła mi wszystko, podała nawet tanie restauracje. Jednak nie wszystkie informacje były pozytywne. Po pierwsze nasz kemping, na który planowaliśmy dziś dojechać, znajduje się dość daleko. Ale najgorsze jest to, że dziś jest ostatni dzień festiwalu rockowego i cały kemping jest zawalony ludźmi na maksa. Bardzo małe szanse, że w ogóle będzie jakieś miejsce, a jeśli już, to na pewno nie wyśpimy się. Dodała również, że pogoda ma się jeszcze pogorszyć i raczej będzie lało cały dzień.

 

Przekazałem te rewelacje Adrianowi i pozostało nam tylko wyruszyć w miasto aby zobaczyć cokolwiek. Mieliśmy już mapę więc łatwiej było się zorientować co do kolejności wizyt.

 

Pierwsze kroki skierowaliśmy do najważniejszej fińskiej, luterańskiej katedry. To najważniejszy obiekt sakralny w całej Finlandii. Turku było bowiem kiedyś stolicą Finlandii i w dodatku dzierży przecież miano najstarszego miasta tego kraju.

 

Tuż przed samym wejściem lunęło z całej siły. Pobiegliśmy szybko wraz z innymi turystami do wnętrza kościoła. Tam schroniliśmy się i oczywiście zaczęliśmy oglądać wnętrze. Bardzo ciemne i wręcz ponure oblicze ukazała ta katedra. Mijaliśmy sporo wycieczek (głównie rosyjskich), które zatrzymywały się przy grobowcach znamienitości fińskiej i szwedzkiej historii.

 

Czas jednak przeznaczony na tę atrakcję minął i można było już iść dalej jednak na zewnątrz rozszalała się ulewa. Poczekaliśmy jeszcze chwilkę po czym nie było wyjścia – musiałem iść do samochodu po kurtkę dla Adriana.

 

Idąc inną drogą przeszedłem obok pewnego lokalu gastronomicznego prowadzonego przez Turka. Uderzyły mnie ceny i porcje i postanowiłem, że tu wrócimy na obiad. Kiedy zabrałem kurtkę z samochodu i wróciłem do katedry, minęło ponad pół godziny. Deszcz trochę się już uspokoił ale nadal lało.

 

Adrian zgodził się na obiad u Turasa i tam zamówiliśmy jakiś zestaw. Malutki lokal pełny był różnego rodzaju fanów rocka. Kolorowo, z różnymi fryzurami, ubraniami, ćwiekami itp. Nasz zestaw był tani (€5.50), duży i dobry. Byliśmy zadowoleni z tego pomysłu. Ruch w knajpie był spory, głownie ludzie z bransoletkami z kempingu i festiwalu ale i inne osoby też. Była rodzinka z młodą córką o bardzo długich nogach. Adrian i ja od razu zwróciliśmy na to uwagę, kiedy ona wstała, jednak nie zauważyliśmy, że ta dziewczyna wszystko obserwuje w lustrze...

 

Deszcz wzmógł się ale nie było wyjścia. Najważniejszą rzeczą jaką chcieliśmy zobaczyć był Luostarinmäen käsityöläismuseo. To niezwykła historyczna dzielnica-skansen zbudowana około 1800r. gdzie do tej pory można zobaczyć jak rzemieślnicy pracowali i żyli. W niektórych z tych chat są organizowane pokazy wytwarzania danych dóbr. Całość oczywiście ogrodzona i zachowana zgodnie z oryginałem.

 

Dojście tam sprawiło nam sporo problemu bo straszliwie lało. Ciężko było iść a drogi wyglądały jak potoki. Dotarliśmy do tego miejsca ale nie z tej strony, z której chcieliśmy. Weszliśmy na teren jakiegoś parku gdzie był organizowany pokaz jakiegoś spektaklu. "Piotruś Pan" to był więc sporo dzieci przyjechało.

 

My przeszliśmy w kierunku konsulatu rosyjskiego i weszliśmy na teren skansenu. Bilety jak zwykle dla dorosłego i seniora i w drogę. Dostaliśmy schemat z zaznaczonymi miejscami dzisiejszych pokazów na żywo.

 

Sam skansen to super sprawa. Można wszędzie wejść, zobaczyć jak ludzie żyli w dawnych czasach. Wszystko bowiem pozostawiono tak jak było, niczego nie ulepszali i dodatkowymi atrakcjami była możliwość zobaczenia w jaki sposób wykonywali swoje prace.

 

Najpierw widzieliśmy jak się robi garnki, potem można było obejrzeć koronkarki, zegarmistrza itd. Nie trzeba dodawać, że obsługa paradowała w strojach z tamtej epoki. Nawet poczta była stworzona na modłę z XIX wieku.

 

Fot.13. Turku - Skansen.

 

W trakcie zwiedzania tego obiektu, deszcz lekko ustał i oczywiście dużo lepiej się to oglądało. Na koniec poszliśmy do kawiarni na terenie skansenu. Tam zamknąłem się w WC i nie umiałem wyjść. Męczyłem się i szarpałem z drzwiami i wreszcie uwolniłem się stamtąd.

 

Ostatnią atrakcja miał być symbol Turku czyli zamek. Warownia, wzniesiona w 1280 r. u ujścia Aurajoki, była ciągle rozbudowywana. Pod koniec XVI w. w okrągłej zamkowej wieży uwięziono szwedzkiego króla Eryka XIV, którego uznano za obłąkanego. W XVII w. w zamku mieszkał hrabia Per Brahe, założyciel wielu fińskich miast. Trzeba jednak było tam pojechać samochodem. Wróciliśmy więc do auta, przechodząc jeszcze raz przez centrum. Deszcz bardzo przeszkadzał i nie za bardzo mogliśmy sobie pospacerować.

 

Dojazd na zamek nie był trudny. Jednak zaskoczył mnie wygląd tej budowli. Bardzo surowa i nie przypominała klasycznego zamku. Adrian cierpiał na ból głowy i zrezygnował ze zwiedzania komnat. Ja zdecydowałem się to obejrzeć, choć ostrzeżono mnie, że będę miał mniej czasu bo to ostatnie wejście.

 

Fot.14. Turku - Zamek.

 

Spacer po komnatach za €7 był nawet ciekawy ale tyle razy się już takie rzeczy widziało, że nie było to coś, co akurat bardzo mnie urzekło. Mają się czym pochwalić ale takie eksponaty są wszędzie. Przeleciałem wszystko dość szybko, zrobiłem kilka zdjęć i zdążyłem przed zamknięciem. Adrian czekał na mnie na dole, nadal z bolącą głową. Była godzina 18.00 i nie starczyło już czasu na muzeum marynistyczne znajdujące się tuż obok. W sumie szkoda, bo być może by było bardziej interesujące.

 

Zdecydowaliśmy w takim razie, że jedziemy w stronę Helsinek i nie nocujemy na kempingu w Turku. Jedziemy drogą zwykłą, a nie autostradą aby łatwiej było znaleźć jakiś kemping po drodze. Nie było problemów aby odszukać ten wyjazd i w deszczu żegnaliśmy Turku.

 

Im bliżej Helsinek, tym pogoda lepsza jednak ciągle padało, a my rozglądaliśmy się za kempingiem. Tak dojechaliśmy do miejscowości Salo. Zjechaliśmy z drogi i daleko pojechaliśmy na wyspę. Na wyspę prowadziła usypana droga, bardzo wąska. Na tej wyspie był kemping. Położenie cudowne. Widoki też ładne. Kemping nad morzem, wśród zieleni lasów i traw.

 

Poszliśmy do recepcji dowiedzieć się szczegółów. Ale trafiliśmy na bardzo niekompetentną osobę. Starsza pani w ogóle nie mówiła po angielsku. Nie umiała nam niczego przekazać i tylko dogadywaliśmy się na migi. Pokazała nam cennik i po zastanowieniu wybraliśmy domek za €30. Obawialiśmy się bowiem deszczu i nie chcieliśmy moknąć w namiocie za €14.

 

Babka zabrała ze sobą parasolkę i poprosiła jakiegoś starszego faceta żeby zajął jej miejsce, a nas zabrała ze sobą na spacer. Przeszliśmy przez lasek, na drugą stronę wyspy i tam doszliśmy do dużego budynku. Okazało się, że na dwóch piętrach było tam 8 pokoi. Jeden z nich mieliśmy zająć my. Były urządzone bardzo ładnie, była kuchnia ale nie było łazienki. Trzeba było iść do toalet obok recepcji i sklepu.

 

Spodobało się nam i zdecydowaliśmy, że ten pokój jest wart tych pieniędzy. Po koszmarach związanych z dogadaniem Sie z właścicielką, mogliśmy w końcu podjechać autem i wypakować się. Był duży balkon, z którego można zejść bezpośrednio na plażę. Zastanawialiśmy się w sumie, czy to wyspa na jeziorze, czy na morzu ale wyszło nam, że to morze, a właściwie jakaś mała zatoczka.

 

Co jeszcze było fajne w tym miejscu to to, że byliśmy tam sami. Pozostałe 7 pokoi było wolnych więc czuliśmy się bardzo swobodnie. Dokuczała tylko kiepska pogoda bo co jakiś czas padało. My natomiast mogliśmy sobie siedzieć na tarasie i jeść kolację.

 

Dopiero pod wieczór przyjechały dwa samochody Estończyków, którzy weszli na dolne pokoje. Zajęli się łowieniem ryb, a kobiety i dzieci wykąpały się w morzu. Prawdopodobnie były tam dwie lub trzy rodziny. Nie byli uciążliwi choć dość długo brykali po dworze na plaży. My spokojnie mogliśmy się wyłożyć na łóżkach i zasnąć.

 

Dzień 6: Rauma - Salo 171km

 

 

Dzień 7 – 9 lipca 2007 – poniedziałek

 

         SPOTKANIE W SKLEPIE

 

Wstaliśmy późno bo nigdzie się nam nie spieszyło a mogliśmy tu być do 13.00. Estończycy z dołu zmyli się szybko i wcale ich nie słyszeliśmy jak odjeżdżali. Pogoda dalej taka sama, czyli na zmianę albo pada albo pada bardziej.

 

Po śniadaniu poszliśmy na wyprawę dookoła wyspy. Czuliśmy się jak bohaterowie "Zagubionych" bo przedzieraliśmy się przez gęsty las. Nie była to duża wyspa więc nie zajęło nam to dużo czasu. Podczas tej wyprawy ugryzł mnie jakiś owad. Miał zaledwie kilka centymetrów kwadratowych ciała do odszukania i je znalazł. Dłoń spuchła mi okropnie. Aż sam się wystraszyłem bo wyglądało to groźnie. Postanowiłem jednak odczekać jeszcze zanim zacznę panikować.

 

O godzinie 12.50 oddaliśmy klucze i trochę obmyliśmy auto o było strasznie brudne. Głównie przez jeżdżenie po szutrowych drogach. Zrobiliśmy po kilkunastu kilometrach dokładniej to, kiedy już byliśmy na trasie do Helsinek. Wtedy też pogoda się poprawiła zdecydowanie i wyjrzało nawet słońce.

 

Na parkingu oprócz obmycia samochodu, zaczęliśmy się już pakować. Do tej pory mieliśmy bowiem wszystko powywalane z toreb i wszystko leżało na tylnym siedzeniu. Kilka rzeczy wyrzuciliśmy bo już nie były przydatne, a resztę upchnęliśmy do toreb. Tak przygotowani mogliśmy wjechać do Helsinek.

 

Nasza droga połączyła się z autostradą i już mknęliśmy prosto do miasta. Nie chcieliśmy jednak wjeżdżać do centrum tylko od razu na lotnisko. Ewentualnie moglibyśmy dojechać komunikacją miejską do centrum.

 

Teraz jednak trzeba było umiejętnie znaleźć wyjazd na lotnisko. Od zachodu Helsinki graniczą z innym wielkim miastem – Espoo, było więc to zadanie dość trudne. Ale jakoś sobie poradziliśmy. Kierowałem Adriana według oznaczeń i po kilkunastu zjazdach, rozjazdach, rondach, światłach i innych tego typu rzeczach, dojechaliśmy do lotniska w Vantaa.

 

Dojeżdżając pod terminal zrobiliśmy po prostu kółko aby się zorientować gdzie jutro przyjechać i postanowiliśmy zatankować bo akurat była tam stacja benzynowa. Napełniliśmy bak do końca i odjechaliśmy na parking, zadowoleni, że będziemy mogli zostawić auta na stałe. Ale nasza radość trwała krótko. Parking był dozwolony tam tylko przez pół godziny. Dookoła było mnóstwo parkingów ale oczywiście bardzo drogich.

 

Nie mieliśmy pomysłu co robić i niestety musieliśmy gdzieś jechać. Wyjechaliśmy z lotniska i udaliśmy się przed siebie. Szukaliśmy po drodze różnych miejsc, w których moglibyśmy zostawić auto. Długo krążyliśmy po okolicy i próbowaliśmy kilka wariantów. Dopiero po jakiejś chwili znaleźliśmy centrum handlowe, a wcześniej jakiś sklep ogrodniczy i komis z motorami. Przed nim duży parking i tam mogliśmy podjechać.

 

Była wczesna godzina i nie było co robić. Postanowiliśmy, że musimy przenocować w samochodzie bo lot mamy wcześnie, a jeszcze trzeba przecież oddać samochód i się odprawić. Ale obecnie była godzina 15.00 więc sporo czasu mieliśmy.

 

Ruszyliśmy w kierunku osiedla, które widać było z oddali. Szukaliśmy jakiegoś centrum handlowego i po kilkunastu minutach odkryliśmy jedno takie ogromne. Poszliśmy tam i połaziliśmy po sklepach. Zajęło nam to naprawdę sporo czasu. Zajrzeliśmy do wielu sklepów, porównywaliśmy ceny, oglądaliśmy sprzęt sportowy, rtv, a na koniec alkohole. Szukaliśmy śladów polskich Polmosów ale znaleźliśmy tylko piwo Wojak w dziale alkoholi... estońskich. Żadnej polskiej wódki.

 

Potem po tych męczących spacerach usiedliśmy sobie na ławeczkach i obserwowaliśmy ludzi. Tak po prostu dla zabicia czasu. I wtedy w pewnej chwili zobaczyłem coś, co było praktycznie nieprawdopodobne. Wśród tego tłumu spacerował sobie znany z programu "Europa da się lubić" oraz z reklamy pewnego banku, Fin – Toni Hyyryläinen. Szedł z żoną, którą też poznałem bo pokazywano ich ślub kiedyś w TV. Kiedy powiedziałem o tym Adrianowi, pomyślał, że zobaczyłem po prostu kogoś podobnego. Ale kiedy zbliżyli się do nas, byłem już pewny i powiedziałem głośno: "Dzień dobry". Od razu obrócili się w naszą stronę i przywitali z nami.

 

Rozmowa z nimi zajęła nam z 10 minut. Oczywiście dopytywali się o szczegóły naszego pobytu w Finlandii, a Toni jak zwykle deprecjonował naród fiński, obśmiewając ich na każdym kroku. Było więc miło i sympatycznie i w ten sposób zakończyliśmy nasz pobyt w tym centrum.

 

Zobacz reklamę banku:  http://www.youtube.com/watch?v=wZtVZ_Q24zI

 

Wracaliśmy powoli do naszego samochodu i byliśmy zadowoleni z pogody, jednak trochę nie bardzo się nam uśmiechała nasza najbliższa noc. Bo kiedy wróciliśmy na nasz parking, stał tam tylko nasz samochód. Po drugiej stronie parkingu stały jeszcze 3 samochody wystawione na sprzedaż. Stały obok komisu z motorami, które jednak były w środku. Między tymi autami było jedno wolne miejsce i tam właśnie wjechaliśmy. Wyglądało więc, że są aktualnie 4 samochody na sprzedaż.

 

Była godzina 21.00 i po ostatnim posiłku, gdzie pozjadaliśmy już wszystkie resztki, mogliśmy posprzątać w aucie, powyrzucać pozostałe zbędne rzeczy i śmieci i zrobić próbę spania. Na szczęście fotele były rozkładane więc nie było aż tak fatalnie z tym spaniem jak się spodziewałem. Adrian miał gorzej bo miał kierownicę i pedały, które przeszkadzały ale dla niego i tak najgorsze było to, że co jakiś czas ktoś przyjeżdżał na parking. Albo oglądali motory albo przyjeżdżały ciężarówki szukać miejsca na nocleg. Jeden Estończyk strasznie manewrował żeby odpowiednio się ustawić i wreszcie pozostał z nami na tym parkingu na całą noc. Noc, co trzeba powiedzieć, nie taka złą. Spokojna, ciepła choć może trochę niewygodna. Ja budziłem się co 3 godziny ale i tak nie mogłem narzekać.

 

Dzień 7: Salo - Vantaa 139km

 

 

Dzień 8 – 10 lipca 2007 – wtorek

 

   CZEKAĆ, CZEKANIE, CZKAJĄC, CZEKAMY...

 

Dojazd na lotnisko po tej nocy, nie był trudny. To było blisko więc od razu wiedzieliśmy gdzie jechać. Znaleźliśmy garaże i stanowisko firmy Budget. Zaparkowaliśmy samochód, wyjęliśmy bagaże, odszukaliśmy wózek i zamknęliśmy auto. Licznik wskazał przejechane przez nas 2,587km. Było jeszcze przed 7.00 ale mimo to, po wjechaniu windą na piętro przylotów, poczekaliśmy aż otworzą biuro. Mieliśmy też okazję skorzystać z łazienki.

 

Hertz działał od 6.00 a pozostałe, w tym Budget, otwierały o 7.00. Punkt 7.00 zjawiła się ta sama pani, która mi wypożyczała i poszedłem oddać jej kluczyki i mapę. Zapytałem przy okazji, czy w razie gdyby coś się teraz stało, to kto będzie odpowiadała za szkody. Zdziwiło mnie bowiem, że nikt na dole nie odbierał tego samochodu. Ona powiedziała, że jeśli samochód stoi w odpowiednim miejscu i jest zatankowany, to nic więcej mnie nie obchodzi. (Miesiąc później przyszła kara za niedotankowanie w wysokości €17.01 wyliczona jako 2/8 baku. Bardzo dziwne, bo zatankowaliśmy do pełna. Pieniądze ściągnęli z mojej karty.)

 

Kiedy pozbyliśmy się samochodu, trzeba było wjechać na hall gdzie były odloty i poszukać naszego stanowiska do odprawy. Jeszcze nie działało więc poszliśmy na śniadanie. Coś słodkiego sobie zostawiliśmy na tę okazję i tylko dokupiliśmy sobie kawę, a ja gorącą czekoladę. Obsługiwała mnie jakaś Hinduska i wskazała maszynę żeby sobie samemu nalać.

 

Posiedzieliśmy w kawiarni w oczekiwaniu na odprawę. Potem przeszliśmy w inne miejsce i znów czekanie. Wreszcie odprawiliśmy się i przeszliśmy przez bramkę. Ale nie tak sprawnie bo Adrianowi zaczęło coś pikać i go wzięli na obszukanie dokładne.

 

Za bramkami znów trzeba było czekać i wreszcie przeszliśmy na dół do podziemnego akwarium, w którym oczekiwaliśmy już tylko na autobus. Znów zdziwiła nas duża liczba ludzi. Spotkaliśmy nawet osoby, które leciały z nami w tamtą stronę. W końcu podjechaliśmy do samolotu i zajęliśmy miejsca.

 

Lot bardzo spokojny i szybki. Niestety znów w Polsce kiepska pogoda i nic nie było widać. Wręcz bardzo kiepska pogoda bo pada deszcz. Wylądowaliśmy na nowym terminalu. Czysto i przestronnie. Czekając na bagaże przyszedł SMS od TT.

 

Po wyjściu na zewnątrz, zakupiłem dwa bilety MZK i przeszliśmy na autobus, który miał nas zawieźć na dworzec centralny w Warszawie. Kierowca robił co mógł ale na każdym skrzyżowaniu stał patrol policji i ruch był inaczej kierowany. Podobno ktos tędy miał jechać. Oczywiście ktoś bardzo ważny.

 

Na dworcu poszliśmy kupić bilety. Kiedy już je zakupiliśmy, chcieliśmy gdzieś siąść żeby coś wreszcie zjeść ciepłego. Niestety mieliśmy te wielkie bagaże ze sobą i ciężko się chodziło. Wybraliśmy w końcu hall główny i tam się zamelinowaliśmy na jakiś czas. Ja sobie zjadłem śniadanio-obiad i poczytałem prasę, którą kupiłem w kiosku.

 

Potem przeszliśmy na peron i złapaliśmy pociąg relacji Olsztyn – Racibórz. Było nawet miejsce więc bez problemu się ze wszystkim zmieściliśmy. W Częstochowie mieliśmy być o 16.20. W takim układzie oboje zdążylibyśmy na nasze połączenia: ja o 16.44, Adrian o 16.40. Ale oczywiście jak to bywa z PKP, w Koluszkach nasz pociąg pospieszny musiał przepuścić jakiś podmiejski i naturalnie złapaliśmy opóźnienie.

 

Do Częstochowy wjechaliśmy o 16.45. Ja miałem o tyle szczęścia, że kierownik pociągu pospiesznego miał być również kierownikiem pociągu, którym ja miałem jechać. Dlatego go wstrzymano i spokojnie zdążyłem. Adrian miał mniej szczęścia i musiał poczekać do 17.30.

 

W domu byłem o 18.00. Trochę zmęczony ale szybko zrobiłem sobie zakupy, coś przekąsiłem i już myślałem o czwartku. Jutro bowiem pranie, kolejne zakupy, a w czwartek wylot do Londynu. Tym razem z Wrocławia.

 

 

Finlandia 2007

 

                FINLANDIA - 2007

 

 

 

 

1.

Vantaa - Helsinki

22

2.

Helsinki - Imatra

259

3.

Imatra - Suomussalmi

580

4.

Suomussalmi - Puolanka

575

5.

Puolanka - Rauma

712

6.

Rauma - Salo

171

7.

Salo – Vantaa

139

 

 

 

 

 

2,600 km