Powrót
   

 

To lista moich wyjazdów na koncerty. Jeśli to tylko możliwe, postarałem się odnaleźć dodatkowe informacje na temat tego koncertu. Podaję też linki do niektórych utworów. Starałem się aby były to utwory grane na tej trasie, na której ja byłem. Jeśli nie udało mi się tego odnaleźć, to wybierałem jakiś inny numer.

 

 

 

1991

 

1.

 

KTO: DEEP PURPLE

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 23 września 1991

GDZIE: Arena, Poznań

KTO BYŁ ZE MNĄ: Adrian Droń

UWAGI: TVP wyemitowała 12 minutową relację z tego koncertu.

 

 

 

To był mój pierwszy profesjonalny koncert rockowy. I od razu mojego ulubionego wówczas zespołu. To był również jeden z pierwszych koncertów prawdziwej gwiazdy w wolnej Polsce. Zainteresowanie było ogromne i ciężko było zdobyć bilety. Koncert przełożono z 12. września. Ale udało mi się. Pojechałem z ojcem, choć on był sceptyczny. Jednak po wszystkim, był bardzo zadowolony. Sam kocert był dla mnie wielkim przeżyciem. Prawdziwie profesjonalna oprawa (lasery), znakomity setlist i tylko niestety brak Gillana mógł spowodować, że ktoś poczuł się lekko zawiedziony. Staliśmy daleko ale generalnie wszystko było tak jak sobie wyobrażałem. Byłem bardzo zadowolony. Można powiedzieć, że nierealne marzenie się spełniło.

 

Joe Lynn Turner – voc

Ritchie Blackmore – g

Roger Glover – b

Jon Lord – k

Ian Paice - dr

 

Burn

Black Night/Child In Time/Long Live Rock'n'Roll

Truth Hurts/Fortune Teller

Hey Joe

The Cut Runs Deep/Hush/Rat Bat Blue

Perfect Strangers

Fire In The Basement/Bass solo

King Of Dreams

Love Conquers All

Ritchie's Blues

Difficult To Cure/Keyboard Solo

Knocking At Your Back Door

Lazy

Wicked Ways

Highway Star

 

Smoke On The Water/Drum Solo/Woman From Tokyo

 

1992

 

2.

 

KTO: GOLDEN LIFE

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 23 września 1992

GDZIE: MDK, Lubliniec

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI:

 

 

 

Do takiej wioski jak Lubliniec nikt raczej nie przyjeżdżał w czasach kiedy chodziłem do ogólniaka. Dlatego wizyta ogólnopolskiej gwiazdy była wydarzeniem. Z tego powodu właśnie, postanowiłem pójść na ten koncert. Zapamiętałem, że Adam Wolski śpiewał jedną z piosenek dla Ryśka Riedela i wtedy na scenę wbiegł jakiś fan. Ochrona nie zareagowała.

 

 

 

1993

 

3.

 

KTO: T.LOVE

SUPPORT: Nie było

KIEDY: brak danych

GDZIE: MDK, Lubliniec

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI:

 

 

 

Ta sama historia co z Golden Life. T.Love to już mega-gwiazda jak na polskie warunki więc nie wypadało przegapić takiego koncertu. Pamiętam, że miałem wrażenie, że potraktowali to jak próbę. Widać, że byli rozczarowani, że tak mało ludzi przyszło.

 

 

 

4.

 

KTO: DEEP PURPLE

SUPPORT: Valdi Moder

KIEDY: 31 października 1993

GDZIE: Hala Makoszowy, Zabrze

KTO BYŁ ZE MNĄ: Hubert Hetmańczyk, Artur Sroga, Gosia Bakalarz

UWAGI:

 

 

Cały świat czekał na ponowne zejście się Deep Purple w najsilniejszym składzie. Zobaczyć Gillana i Blackmore'a na jednej scenie to naprawdę wydarzenie. Dlatego bilet zakupiłem już dawno i odliczałem tylko dni do koncertu. Pod halą byliśmy już kilka godzin przed koncertem. Udało mi się wymienić nawet bilet z jakimś facetem żebym mógł być na płycie. Kiedy nas wpuszczono do tej ogromnej hali, pobiegliśmy co tchu pod samą scenę. Za nami postawiono barierki i już nikogo nie wpuszczano. Mieliśmy idealne miejsca i zero ścisku. A za nami morze głów. Podobno ponad 9,000 ludzi. Oczywiście koncert był niesamowity. Praktycznie wszystko co chciałem usłyszałem. Nawet "Child In Time". Niestety miesiąc później dowiedzieliśmy się, że Blackmore jednak zdecydował się odejść i już nigdy więcej razem nie zagrali. Tak więc załapaliśmy się na historyczną chwilę: jeden z ostatnich koncertów Deep Purple z Blackmore'm.

 

Ritchie Blackmore – g

Ian Gillan – voc

Roger Glover – b

Jon Lord – k

Ian Paice - dr

 

Highway Star

Black Night/Long Live Rock n' Roll

Talk About Love

A Twist in the Tale

Perfect Strangers

Difficult to Cure/keyboard solo

Knocking at Your Back Door

Anyone's Daughter

Child in Time

Anya

The Battle Rages on

Lazy /drum solo

Space Truckin'/Woman From Tokyo/Paint it Black/Mandrake Root

 

Speed King/Burn

Smoke on the Water

 

 

5.

 

KTO: PROLETARYAT

SUPPORT: VADER, PIERSI, ILLUSION

KIEDY: 16 grudnia 1993

GDZIE: Hala Polonia, Częstochowa

KTO BYŁ ZE MNĄ: Hubert Hetmańczyk, Lepu

UWAGI:

 

 

Poszedłem na ten koncert ze względu na Vadera. Był to czas kiedy okrzyknięto go największym polskim zespołem. Istotnie, zaczął wtedy zdobywać międzynarodową sławę, a ja w tym czasie zaczynałem przygodę z ciężką muzą. Jednak po tym koncercie dotarło do mnie, że jednak to nie jest to. Nie podobało mi się. Pamiętam również, że strasznie usmialiśmy się z wersji "Paranoid/War Pig"s Piersi oraz to, że zawiodłem się na Illusion – zdobywcy pierwszego miejsca w pierwszym konkursie Marlboro Rock-In.

 

 

1994

 

6.

 

KTO: BLACK SABBATH

SUPPORT: Godspeed, Cathedral

KIEDY: 15 maja 1994

GDZIE: Hala Makoszowy, Zabrze

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI:

 

 

To był pierwszy w historii koncert Sabbathów w Polsce. Skład oczywiście nieciekawy bo tylko ½ prawdziwego Sabbath, ale zawsze warto zobaczyć legendę na żywo. I w sumie byłem całkiem zadowolony. Dwa pierwsze zespoły nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia, a Black Sabbath w starych kawałkach zabrzmieli bardzo dobrze. No i zagrali Symptoma! Byłem bardzo happy. Niestety nie zagrali "War Pigs" co mnie za to strasznie wkurzyło. Pamiętam, że musiałem pojechać do Gliwic do kumpli żeby przenocować u nich w akademiku. Rano szybko na pociąg żeby jeszcze zdążyć na uczelnię.

 

Tony Iommi - g

Tony Martin - voc

Geezer Butler - b

Bobby Rondinelli - dr

Geoff Nicholls - k

 

 

Time Machine

Children of the Grave

Children of the Sea

I Witness

The Mob Rules

Into the Void

Psychophobia

Black Sabbath

Neon Knights

When Death Calls

The Wizard

Cross of Thorns

Symptom of the Universe 

Drum Solo

Headless Cross

Paranoid

 

Iron Man

Sabbath Bloody Sabbath

  

 

7.

 

KTO: PIERSI

SUPPORT: Kilkanaście polskich zespołów

KIEDY: 24 września 1994

GDZIE: Stadion, Niemodlin

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI: TVP nadała godzinną relację z tego koncertu

 

 

 

To festiwal na 10-lecie zespołu Piersi. Na stadionie w Niemodlinie ustawiono scenę, a na niej stoły biesiadne. Wykonawcy siedzieli za tym stołem, jedli i pili a potem wychodzili żeby coś pograć. Zebrała się wtedy cała czołówka polskiego rocka. Trwało to kilka godzin. W pociągu załapałem się na wino, którym poczęstowali mnie jacyś kolesie bo widzieli, że sam jadę i mi pewnie smutno. Sam koncert skończył się skandalem bo Kukiz miał złamaną nogę i nie chciało mu się już śpiewać. Sytuację ratował Jezioro i z Titusem zagrali na koniec "Smoke On The Water". Wtedy też zaczęła się jakaś awantura ze skinami, jednemu łeb rozwalili. Potem podstawili pociągi, do których wszyscy chcieli się dostać i działy się straszne rzeczy. Generalnie nie było to to, o czym myślałem i na co się nastawiałem.

 

 

8.

 

KTO: AHIMSA

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 23 listopada 1994

GDZIE: Klub studencki, Kielce

KTO BYŁ ZE MNĄ: Paweł Poniewski

UWAGI:

 

 

Jako świeżo upieczeni studenci, wybraliśmy się do pobliskiego klubu na koncert Ahimsy i Malejonka. Nie wiem dlaczego Malejonek nie grał wtedy z Houkiem ale generalnie grali repertuar Houku i na koniec zagrali "Transmission Into Your Heart". Bardzo dobry numer jak dla mnie. Po koncercie poszliśmy z Malejonkiem na piwo, tzn. wypiliśmy z nim w tym klubie. Pogadaliśmy trochę i tak nam zleciał miło wieczór. A mieliśmy się oczywiście uczyć.

 

 

 

9.

 

KTO: SLAYER

SUPPORT: Machine Head

KIEDY: 2 grudnia 1994

GDZIE: Hala Makoszowy, Zabrze

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI:

 

 

Nie udał mi się wyjazd na Slayera dwa lata wcześniej ale tym razem już nie odpuściłem. Slayer to mój ulubiony zespół thrashowy. Wydali wtedy niezłą płytę Divine Intervention i przyjechali do Zabrza. Kiedy dotarłem pod halę było już dość późno a ludzi jeszcze nie wpuszczali. Kiedy zaczęli wszyscy już byli wściekli, a na scenie zaczynał grać Machine Head. Nerwy puszczały wszystkim i niestety sam to odczułem. Dostałem pałką w łeb od ochroniarza za to, że wspinałem się na trybuny. Inni mieli gorzej bo zrzucano ich bezceremonialnie na płytę. Sam koncert nie zachwycił mnie. Miałem kiepskie miejsce, dużą torbę ze sobą, a scena była cały czas w czerwonych światłach. Widocznośc kiepska. W pociągu, kiedy wracałem, jakaś dziewczyna wpuściła mnie do przedziału żebym zastawił jej kolegę, który położył się pod siedzeniami. Oczywiście jechał bez biletu. Poczęstowano mnie też winem marki "Tur".

 

Jeff Hannemann – g

Kerry King – g

Tom Araya – b, voc

Paul Bostaph – dr

 

 

Raining Blood

Killing Fields

War Ensemble

At Dawn They Sleep

Spirit In Black

Divine Intervention

Dittohead

213

Captor Of Sin

South Of Heaven

Sex, Murder, Art

Dead Skin Mask

Seasons In The Abyss

Mind Control

Mandatory Suicide

Angel Of Death

 

Hell Awaits

Chemical Warfare

 

 

10.

 

KTO: MAANAM

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 10 grudnia 1994

GDZIE: Hala Iskry, Kielce

KTO BYŁ ZE MNĄ: Agnieszka Zacharias

UWAGI:

 

 

To nie był w sumie koncert a raczej randka;-) Zaprosiłem koleżankę z roku i o dziwo się zgodziła. Sam koncert nie był zły. Było dużo bardziej rockowo niż się spodziewałem. Głównie dzięki ognistym solówkom gitarowym. Mimo że było zimno, ciemno i daleko to wiem, że wracaliśmy pieszo.

 

 

1995

 

11.

 

KTO: PIERSI, BIG CYC

SUPPORT: Mafia

KIEDY: brak danych

GDZIE: Hala widowiskowo-sportowa, Kielce

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI:

 

 

Koncert zakończył się skandalem. Kukiz odmowił wyjścia na scenę bo mu nie pasowało nagłośnienie. Big Cycowi i Mafii to nie przeszkadzało. Piasek jeszcze wtedy był członkiem zespołu i dopiero zaczynał się wybijać. W takim razie praktycznie tylko Big Cyc wystąpił w pełnym wymiarze i nawet się trochę pośmiałem.

 

 

 

12.

 

KTO: ALVIN LEE

SUPPORT: Nie było

KIEDY: maj/czerwiec 1995

GDZIE: Colosseum, Warszawa

KTO BYŁ ZE MNĄ: Paweł Poniewski

UWAGI: Koncert przełożono z kwietnia.

 

 

Znany jako "najszybszy gitarzysta świata", Alvin Lee przyjechał do Polski i od razu wiedzieliśmy, że musimy go zobaczyć. Namiot Colosseum nie mógł pomieścić zbyt wielu osób co nam odpowiadało. Dlatego mieliśmy miejsce tuż pod sceną. Przed nami nikogo nie było. Byliśmy bardzo zadowoleni bo Alvin zagrał wszystko to, na co czekaliśmy. Dodatkową atrakcją był basista z Rare Bird. W ostatnim kawałku na scenę wszedł Darek Kozakiewicz i zagrał jakieś solo.

 

Alvin Lee – g, voc

Steve Gould - b

Steve Grant - k

Alan Young - dr

 

Keep On Rockin'

Long Legs

Hear Me Calling

Good Morning Little Schoolgirl

Take It Easy

Slow Blues In C

I Don't Give A Damn

Love Like A Man

 

I'm Going Home

 

 

13.

 

KTO: ACID DRINKERS

SUPPORT: Dynamind

KIEDY: 20 maja 1995

GDZIE: Hala Iskry, Kielce

KTO BYŁ ZE MNĄ: Paweł Przepióra

UWAGI:

 

 

Stary prześmiewca Przepióra poszedł chyba tylko po to aby skrytykować zespół. Ale w sumie oboje wspólnie uznaliśmy, że Acidzi wypadli nieźle w coverach, natomiast w swoim repertuarze już nie tak dobrze. Oczywiście ponabijaliśmy się z ich image'u. Na tej trasie bowiem Ślimak miał ustawiony zestaw perkusyjny tyłem do ludzi. Nie wiedzieliśmy co to miało za sens.

 

 

 

14.

 

KTO: KULT

SUPPORT: Varius Manx

KIEDY: 2 czerwca 1995

GDZIE: Hala Iskry, Kielce

KTO BYŁ ZE MNĄ: Agnieszka Zacharias

UWAGI:

 

 

To ulubiony zespół Agnieszki więc wypadało pójść. Wynudziłem się na Varius Manx bo to nie była moja bajka. Ale Anita wyśpiewała swoje hiciory. Z występu Kultu pamiętam dwa szczegóły. Raz, że wyłożyli się kompletnie w jakimś kawałku i musieli go zaczynać od nowa. Kazik nawet przepraszał, że im się to przytrafiło. A druga rzecz to gaz, który ktoś rozpylił w hali. Nie dało się oddychać, łzy lały się strumieniami. Tyle pamiętam z tego koncertu.

 

 

15.

 

KTO: JOE COCKER

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 20 czerwca 1995

GDZIE: Spodek, Katowice

KTO BYŁ ZE MNĄ: Adrian Droń

UWAGI:

 

 

Oczywiście na ten koncert namówił mnie mój Ojciec. To jego wykonawca więc chciał iść, a samemu nie za bardzo mu pasowało. Mimo, że nie za wielkim fanem Cockera byłem, to jednak miło wspominam ten koncert. Był całkiem udany. Zaśpiewał to, po co wszyscy przyszli (m.in. Krystyna Prońko), a i momentami było całkiem czadowo. Przed sceną sporo młodych ludzi ale ja musiałem siedzieć przy Tacie więc po prostu wysłuchałem tego koncertu. Ale warto było.

 

Let the Healing Begin

Feelin' Alright

Hitchcock Railway

You Can Leave Your Hat On

You Are So Beautiful

Summer in the City

The Simple Things

Have a Little Faith in Me

Up Where We Belong

When the Night Comes

The Letter

Unchain My Heart

With a Little Help From My Friends

Cry Me a River

 

High Time We Went

                 

 

16.

 

KTO: BLACK SABBATH

SUPPORT: Tiamat

KIEDY: 7 września 1995

GDZIE: Hala Wisły, Kraków

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy, Agnieszka Zacharias

UWAGI:

 

 

Drugi koncert Sabbathów w Polsce i oczywiście trzeba było jechać. Tym razem nie było już Geezera z nimi. Miał być Cozy Powell, a jednak znów pojawił się Rondinelli. Zorientowaliśmy się dopiero w czasie koncertu. Z przecieków dochodziła informacja, że będzie "War Pigs", a mają zaczynać od "Children Of The Grave". Bardzo ucieszyła mnie ta pierwsza informacja. Co do Tiamat, to nie mogę złego słowa powiedzieć ale nie rzucili mnie na kolana. W dodatku nagłośnienie mieli kiepskie. A Sabbaci oczywiście dali porządny koncert. Bez fajerwerków ale miło było ponownie usłyszeć klasykę. Powrót pociągiem był męczący i sokiści doczepili się do TT, że nogi trzymał na siedzeniu śpiąc.

 

Tony Iommi - g

Tony Martin - voc

Neil Murray - b 

Bobby Rondinelli - dr

Geoff Nicholls - k

 

 

Children of the Grave

Neon Knights

The Shining

The Wizard

Get a Grip

Headless Cross

Iommi Solo  

Rusty Angels

When Death Calls

Sabbath Bloody Sabbath

Can't Get Close Enough

War Pigs

Mob Rules

Black Sabbath

Heaven & Hell

 

Iron Man  

Paranoid

 

 

1996

 

17.

 

KTO: DEEP PURPLE

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 3 czerwca 1996

GDZIE: Spodek, Katowice

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy, Aga Zacharias, Paweł Poniewski

UWAGI: Koncert pokazano w TVP

 

 

Pierwszy koncert z Morse'm w Polsce. Nadal byłem pod wrażeniem tej muzy i bardzo mnie ucieszył set list bo naprawdę wreszcie przemycili sporo ciekawych kawałków. W dodatku ta płyta z Morse'm nie była wcale zła. Byliśmy wszyscy na płycie, tuż pod sceną i było straszliwie ciasno i gorąco. Potem długo czekaliśmy z tyłu hali po autografy ale nie doczekaliśmy się. W domu byliśmy w środku nocy.

 

Ian Gillan – voc

Steve Morse – g

Roger Glover – b

Jon Lord – k

Ian Paice – dr

 

Fireball/Into the Fire

Maybe I'm a Leo

Vavoom: Ted The Mechanic

Pictures Of Home

Black Night

Cascades: I'm Not Your Lover

Sometimes I Feel Like Screaming

Woman From Tokyo

Purpendicular Waltz

No One Came

Rosa's Cantina

Smoke On The Water

Jon Lord solo

When A Blind Man Cries

Speed King

 

Perfect Strangers

Hey Cisco

Highway Star

 

 

18.

 

KTO: KING CRIMSON

SUPPORT: California Guitar Trio

KIEDY: 7 czerwca 1996

GDZIE: Sala Kongresowa, Warszawa

KTO BYŁ ZE MNĄ: Paweł Poniewski

UWAGI:

 

 

To była sensacja. King Crimson się reaktywował i przyjechał do Polski. Ceny biletów w porównaniu z innymi koncertami były kosmiczne. Najtańsze kosztowały 50zł (kiedy najdroższe na inne koncerty 35zł), a najdroższe na King Crimson 180zł!!! Wszystko przez cholernie drogą Salę Kongresową. Ale nie mogło nas tam nie być. Poprosiliśmy Mamę Pawła żeby nam załatwiła te bilety bo od razu było wiadomo, że będzie szał. To jedyny koncert w Polsce. Cudem się udało kupić najtańsze. Miejsca gdzieś pod końcem sali ale ważne, że były! Dla mnie koncert był rewelacyjny. Uwielbiam King Crimson i naprawdę nie mogłem narzekać. Kiedy grał CGT, siedzieliśmy sobie gdzieś w okolicach 10 rzędu. Liczyliśmy, że może ktoś nie przyjdzie i miejsca się nam ostaną ale przyszło jakieś małżeństwo. Ale wykombinowaliśmy, że od strony przejścia są takie dodatkowe zamykane krzesełka i na tym jednym krzesełku siedzieliśmy obaj! Ale to był 14 rząd, a nie 33. Cały koncert siedzieliśmy z otwartymi ustami. Byliśmy zszkokowani tym występem.

 

Adrian Belew – g, voc

Robert Fripp – g

Tony Levin – b

Trey Gunn – stick

Bill Bruford – dr

Pat Mastelotto – dr

 

The Talking Drum

Larks' Tongues In Aspic Part II

Frame by Frame

Dinosaur

One Time

Red

Soundscapes/B'Boom

Thrak + improv

21st Century Schizoid Man

Waiting Man

Neurotica

The Sheltering Sky

Sex, Sleep, Eat, Drink, Dream

Elephant Talk

Indiscipline

Prism

Thela Hun Ginjeet

Matte Kudasai

 

VROOOM + Coda: Marine 475

 

 

19.

 

KTO: METALLICA

SUPPORT: Corrosion Of Conformity

KIEDY: 8 września 1996

GDZIE: Spodek, Katowice

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy, Paweł Poniewski

UWAGI:

 

 

To była trasa gdzie scena była ustawiona na środku hali. Można więc ich było oglądać z każdej strony. I to było beznadziejne. W ogóle się nie sprawdziło. Zdenerwowani poszliśmy na koronę hali aby stamtąd oglądać koncert. Wtedy byli po wydaniu Garage Days i był taki krótki set samych coverów. W połowie koncertu chyba podczas "King Nothing", podniosły się dwa gigantyczne maszty. Potem, podczas "Enter Sandman", techniczni usuwali jakieś 'usterki', na koniec owe maszty runęły na ziemię. Niesamowite wrażenie. Mimo, że wszystko było pod kontrolą, wyglądało to bardzo realistycznie i sprawiało wrażenie prawdziwej katastrofy. Myślałem, że naprawdę się to zawaliło bo Lars jeszcze zasłonił sobie głowę. Muzycznie męczyli płytę Load i generalnie byłem bardzo rozczarowany tym koncertem. Bardzo lubię Metallikę ale tym razem nie podobało mi się. Z występu supportu pamietam jak wokalista strasznie przeklinał po polsku, ku uciesze polskiej publiczności.

 

James Hetfield – g, voc

Kirk Hammett – g

Jason Newsted – b

Lars Ulrich – dr

 

 

So What!

Creeping Death

Sad But True

Ain't My Bitch

Whiplash

Bleeding Me

King Nothing

One

Devil's Dance

Wasting My Hate/Bass solo

Nothing Else Matters

Until it Sleeps

For Whom the Bell Tolls

Wherever I My Roam

Fade to Black

Kill/Ride medley

The Shortest Straw

Master of Puppets

Enter Sandman

 

Last Caress

Breadfan

Overkill

 

 

1997

 

20.

 

KTO: JETHRO TULL

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 10 czerwca 1997

GDZIE: Colosseum, Warszawa

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI:

 

 

Bardzo się cieszyłem na ten koncert. Jethro to poważna sprawa. W dodatku wybrałem Colosseum zamiast Spodka bo chciałem zobaczyć ich w mniejszej sali. Nie przewidziałem jednak aż tak dużego zainteresowania. Colosseum pękało w szwach. Było starsznie gorąco, duszno i ogólnie warunki jak na koncert kiepskie. Ale zespół zrekompensował mi to. Najbardziej oczywiście ucieszyłem się z "Aqualung", choć zagrali go od razu na początku. Ogromne wrażenie zrobił na mnie kawałek "We Used To Know". Niestety musiałem zacząć się przeciskać do wyjścia kiedy zaczynała się tradycyjna zabawa balonem. Ale takie miałem połączenie z Warszawy.

 

Ian Anderson – voc, fl, g

Doane Perry - dr

Jonathan Noyce - b

Andrew Giddings - k

Martin Barre - g

 

 

A Song for Jeffrey

Aqualung

Thick As A Brick

Dangerous Veils

In Sight Of The Minaret

Beside Myself

Morris Minu,

Skating Away

Bourée

Songs From The Wood/Too Old To Rock'N'Roll/Heavy Horses

 

Nothing Is Easy

In The Grip Of Stronger Stuff

Acres Wild

Mother Goose

We Used To Know

Pussy Willow

Bungle In The Jungle/Minstrel In The Gallery/Teacher

Locomotive Breath

 

Aquadiddley/Living in the Past/Dogs In The Midwinter (inst.)/The Dambusters March/Cheerio

 

21.

 

KTO: EMERSON, LAKE & PALMER

SUPPORT: Lizard

KIEDY: 22 czerwca 1997

GDZIE: Spodek, Katowice

KTO BYŁ ZE MNĄ: Paweł Poniewski

UWAGI: Zarejestrowany i wyemitowany przez TVP.

              Wydany przez zespół jako oficjalny koncert!

              

 

 

Rewelacyjny koncert. Aż nie mogłem w to uwierzyć, że tak mi się podobał. Spodziewałem się czegoś dużo gorszego. A musiał być ten koncert dobry, skoro sami muzycy zdecydowali się go wydać jako oficjalne wydawnictwo koncertowe.

Tutaj można zobaczyć recenzję tej płyty (po angielsku). Wszystko nam się udawało. Najpierw przeszliśmy z tanich biletów na miejsca dla drogich i siedzieliśmy pod samą sceną. Potem byliśmy zachwyceni jakością koncertu, zarówno pod względem muzycznym jak i wizualnym. Ostatnie numery wgniotły nas w ziemię. Wiązanka Tarkusa i Obrazków oraz solo na garach w ostatnim numerze powaliła nas na kolana. Wreszcie złapałem dwie kostki Lake'a, zostałem uchwycony przez kamery TVP, a po koncercie dostaliśmy autografy od każdego z nich.

 

 

Keith Emerson – k

Greg Lake – b, g, voc

Carl Palmer – dr

 

Welcome Back 

Touch And Go 

From The Beginning

Knife Edge

Bitches Crystal   

Piano Solo   

Take A Pebble     

Lucky Man    

Tarkus/Pictures At An Exhibition

    

Fanfare For The Common Man/Rondo

 

 

1998

 

22.

 

KTO: GENESIS

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 31 stycznia 1998

GDZIE: Spodek, Katowice

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI: Koncert transmitowany na żywo przez TVP

 

 

To popłuczyny po prawdziwym Genesis oczywiście. Zresztą ten Misiek na wokalu był niemiłosiernie krytykowany przez wszystkich. Jednak sam koncert nie był jakiś zły. Zagrali długo i praktycznie zrobili przegląd wszystkiego od klasycznego progressive'u Gabriela do popowych piosenek Collinsa. Można powiedzieć, że ludzie się dobrze bawili. Nie rzucił mnie na kolana ten koncert ale nie to żebym żałował.

 

Ray Wilson – voc

Mike Rutherford – b

Tony Banks – k

Anthony Drennan – g

Nir Zidkyahu - dr

 

 

No Son Of Mine

Land Of Confusion

The Lamb Lies Down On Broadway

Calling All Stations

Alien Afternoon

The Carpet Crawlers

There Must Be Some Other Way

Domino, part I

Domino, part II

Shipwrecked

Firth Of Fifth

Congo

Home By Sea

Second Home By The Sea

Dancing - Follow You - Lover's Leap (accoustic) 

Mama

The Dividing Line

Invisible Touch

Turn It On Again

Throwing It All Away

 

I Can't Dance

 

 

23.

 

KTO: YES

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 27 marca 1998

GDZIE: Spodek, Katowice

KTO BYŁ ZE MNĄ: Jacek Szajewski

UWAGI: Recenzja

 

 

Kolejny przedstawiciel rocka progresywnego. Niestety nie przewidziałem aż takiego zainteresowania. Spodek był pełny! Liczyłem, że uda się wykonać numer z ELP, czyli przenieść się bliżej sceny ale nie było na to szans. Koncert, podobnie jak Genesis, zaserwował zarówno kawał rocka progresywnego ale i kawałki z lat 80. Generalnie słabo pamiętam ten koncert i wiem, że nie byłem nim zachwycony. Myślę jednak, że to głównie wina kiepskiego miejsca. Potem z Jackiem wspólnie wróciliśmy na naszą stancję, a na drugi dzień na zajęcia.

 

Jon Anderson - voc

Steve Howe - g

Billy Sherwood - g

Chris Squire - b

Alan White - dr

Igor Khoroshev – k

 

Open Your Eyes Ambiance Track
Firebird Suite
Siberian Khatru
Rhythm Of Love
America
Open Your Eyes
And You And I
Heart Of The Sunrise

Mood For A Day/Diary Of A Man Who Vanished/Clap
From The Balcony
Wonderous Stories
Polonaise
Khoroshev Solo
Long Distance Runaround/Whitefish/Alan White Solo/Ritual
Owner Of A Lonely Heart
The Revealing Science Of God
I've Seen All Good People


Roundabout
Starship Trooper

 

24.

 

KTO: BLACK SABBATH

SUPPORT: Coal Chamber, Neurosis, Helloween

KIEDY: 10 czerwca 1998

GDZIE: Spodek, Katowice

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy

UWAGI:

 

 

No wreszcie się doczekaliśmy. W grudniu '97 Black Sabbath reaktywował się w oryginalnym składzie i tylko czekaliśmy żeby do nas zawitał. I tak się stało choć bez Billa Warda, który miał zawał. Ale zastąpił go Mike Bordin więc i może nawet lepiej to wyszło. Koncert był odlotowy. Najpierw zlali nas całkowicie wodą, która popłynęła że sceny sikawkami, później Ozzy lał też nas wodą, a my w tym niesamowitym ścisku walczyliśmy o życie. Przez te przepychanki całkowicie przemknęło nam "War Pigs". Ale tu nie było co narzekać. Grali przecież tylko numery Ozzy'ego. Co numer to hicior. Zawodowo było. Na koniec Ozzy pokazał dupsko, a potem posypało się na nas confetti. Byliśmy mokrzy od wody, potu i cali w papierkach. Ale warto było mimo meczów Mistrzostw Świata. Trzeba dodać, że Helloween też się fajnie zaprezentował i nawet udało mi się złapać kostkę gitarzysty. Dwóch pierwszych zespołów nie oglądaliśmy.

 

 

 Ozzy Osbourne - voc

 Tony Iommi - g

 Geezer Butler - b

 Mike Bordin - dr

 Geoff Nicholls – k

 

 

War Pigs

NIB

Fairies Wear Boots

Snowblind

Into The Void

Spiral Architect

Lord Of This World

Sweet Leaf

Sabbath Bloody Sabbath

Electric Funeral

Black Sabbath

Iron Man

Children Of The Grave

 

Paranoid

 

 

25.

 

KTO: DEEP PURPLE

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 24 czerwca 1998

GDZIE: Spodek, Katowice

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI:

 

 

Po tym koncercie stwierdziłem, że już nie pójdę na Purpli. Niczym mnie już nie zaskoczyli. Co prawda pojawił się nowy setlist i kilka niesłyszanych przeze mnie numerów ale mimo wszystko ile razy można. Nie chciało mi się nawet tak bardzo pchać choć oczywiście byłem na płycie. Generalnie więc przeciętny, zwykły koncert.

 

 

Ian Gillan – voc

Steve Morse – g

Roger Glover – b

Jon Lord – k

Ian Paice – dr

 

Hush

Bludsucker

Strange Kind of Woman

Vavoom: Ted the Mechanic

Pictures Of Home

Fingers to the Bone

Almost Human

Woman from Tokyo

Watching the Sky

Seventh Heaven

Guitar Solo

Smoke on the Water

Evil Louie

Keyboard Solo

Lazy

Perfect Strangers

Speed King

 

Any Fule Kno That

Highway Star

 

 

1999

 

26.

 

KTO: JETHRO TULL

SUPPORT: Rude Boys

KIEDY: 30 maja 1999

GDZIE: Spodek, Katowice

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy, Paweł Poniewski, Jowita Poniewska

UWAGI: Recenzja

 

 

Dokładnie taka sama historia jak z Deep Purple. Ten koncert był słaby. Mimo, że mieliśmy super miejsca bo w pierwszym rzędzie to jednak wiało nudą. Za dużo solowych popisów Andersona i generalnie nużący był to występ. Nic więcej nie pamiętam.

 

Ian Anderson – voc, fl, g

Martin Barre - g

Andy Giddings - k

Jonathan Noyce - b

Doane Perry - dr

 

 

Steel Monkey

For A Thousand Mothers

Serenade To A Cuckoo  

Spiral

Witches Promise

Rare And Precious Chain

A New Day Yesterday (w. flute solo, incl. Kelpie)

Barre Instrumental

The Secret Language Of Birds

Fat Man

Nothing @ All/Wicked Windows

Hunting Girl

Sossity: You're A Woman/Reasons For Waiting,

This Is Not Love

Flying Dutchman (intro)/My God (w. flute solo)

Passion Jig

Divinities intro/Budapest

To Cry You A Song

Locomotive Breath

Aquadiddley/Aqualung/Living In The Past/Dogs In The Midwinter (inst.)/Cheerio

 

27.

 

KTO: PERFECT

SUPPORT: Crossrock, Schowani za murem

KIEDY: 10 lipca 1999

GDZIE: Kielce

KTO BYŁ ZE MNĄ: Jacek Szajewski, Agnieszka Zacharias

UWAGI:

 

 

To tak naprawdę był przypadek. Jacek załatwił wejściówki do strefy VIPów i zaprosił mnie na świętowanie obrony pracy magisterskiej. Sam się obronił 22 czerwca, a ja 6 lipca więc zaledwie 4 dni wcześniej. Jak się można było spodziewać, koncert był tylko dodatkiem to poważnej imprezy. Byliśmy przecież gośćmi browaru Belgia! W takim razie, szczerze mówiąc praktycznie nic nie pamiętam z tego koncertu. Wiem, że się odbył i był na pewno na powietrzu.

 

 

2000

 

28.

 

KTO: JETHRO TULL

SUPPORT: Closterkeller

KIEDY: 5 maja 2000

GDZIE: Hala Ludowa, Wrocław

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy

UWAGI: Recenzja

 

 

Poszedłem na ten koncert bo był we Wrocławiu. Po ostatnim nieudanym koncercie Jethro nie za bardzo miałem ochotę na dalekie wyjazdy. Ale ten koncert był zupełnie inny od poprzedniego. Był zdecydowanie lepszy. Były znów "ptaszki" z solowej płyty Andersona ale jakoś tak ogólnie zespół był w dużo lepszej formie niż ostatnio. I nawet miał poczucie humoru. Zaprezentował numer z komórkami. Śmiesznie wyszło kiedy Anderson uderzył w strunę gitary, zagrał dosłownie jedną nutę, a ja razem z TT wykrzyknęliśmy "yes!". Chodziło nam o nasz ulubiony numer "My God". Reszta ludzi chyba była zdziwiona, że od razu go rozpoznaliśmy. To był pierwszy koncert w Hali Ludowej. Po koncercie poszliśmy spać do Słonia. Dopiero rano wracaliśmy.

 

Ian Anderson – voc, fl, g

Martin Barre - g

Andy Giddings - k

Jonathan Noyce - b

Doane Perry - dr

 

For A Thousand Mothers

Nothing Is Easy

Thick As A Brick

Hunt By Numbers

Witches Promise

Bourée

The Habanero Reel

Fat Man

The Secret Language Of Birds

Barre instrumental

Dot Com

AWOL

Boris Dancing

Hunting Girl

Flying Dutchman (intro)/My God

Passion Jig

Locomotive Breath

Aquadiddley/Aqualung

Living In The Past/Instrumental('Balloons')/Cheerio

 

29.

 

KTO: KING CRIMSON

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 9 czerwca 2000

GDZIE: Arena, Poznań

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy, Paweł Poniewski

UWAGI:

 

 

Wybraliśmy Poznań bo w Warszawie znów kosmiczne ceny biletów. Spotkaliśmy się z PP i od razu poszliśmy do Areny. Miejsca nie były numerowane, zasiedliśmy w bardzo dobrym i tylko czekaliśmy na koncert. Znałem już nową płytę dość dobrze i wiedzialem, że polecą głównie z niej. I tak było. Nie sądziłem, że będą w stanie zagrać "Larks' IV" a jednak to zrobili. Byłem pod ogromnym wrażeniem, że się na to zdecydowali. Generalnie znów mnie zmiażdżyli. Nie wiem jak oni potrafią grać tak skomplikowane rzeczy na takim luzie. Przez cały koncert biegał gościu z kamerą. Każdy koncert miał być potem wydany ale w sumie zrezygnowano z tego pomysłu. Zaskoczeniem dla wszystkich było "Heroes" Bowiego na bis. Po koncercie spotkaliśmy Kevina, który zabrał nas autem. Bilety PKP oddaliśmy PP żeby odebrał kasę.

 

Robert Fripp: g

Adrian Belew: g, voc

Trey Gunn: stick

Pat Mastelotto: dr

 

Into The Frying Pan

The ConstruKction Of Light

The World's My Oyster Soup Kitchen Floor Wax Museum

Improv: I

Dinosaur

One Time

Sex Sleep Eat Drink Dream

Improv: II

Cage

ProzaKc Blues

Larks' Tongues In Aspic Pt IV

Three Of A Perfect Pair

The Deception Of The Thrush  

VROOOM

 

Heroes

 

 

30.

 

KTO: IRON MAIDEN

SUPPORT: Dirty Deeds

KIEDY: 21 czerwca 2000

GDZIE: Torwar, Warszawa

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy, Paweł Poniewski

UWAGI:

 

 

Iron Maiden mnie rozczarował. Już podczas koncertu stwierdziliśmy, że dużo z niego nie zostanie nam w pamięci. Wygłupy Gersa, kamizelka Dickinsona i odśpiewane przez cały Torwar "Fear Of The Dark". Pozostała część to dobre rzemiosło ale nic więcej. Oczywiście cała otoczka w tym ich stylu, był Edi, były światła, dymy i biegający po jakiejś konstrukcji Bruce. Ale dla mnie był to po prostu koncert heavy metalowy.

 

Bruce Dickinson - voc

Dave Murray - g

Adrian Smith - g

Janick Gers – g

Steve Harris - b

Nicko McBrain - dr

 

 

The Wicker Man

Ghost Of The Navigator

Brave New World

Wrathchild

2 Minutes To Midnight

Blood Brothers

Sign Of The Cross

Fallen Angel

The Mercenary

The Trooper

Dream Of Mirrors

The Clansman

The Evil That Men Do

Fear Of The Dark

Iron Maiden

 

The Number Of The Beast

Hallowed Be Thy Name

Sanctuary

Out Of The Silent Planet

 

 

31.

 

KTO: CAMEL

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 16 września 2000

GDZIE: Dom Muzyki i Tańca, Zabrze

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy

UWAGI:

 

 

Pierwszy raz byliśmy na koncercie samochodem. Z powodu ciężkiego dojazdu do tej sali. Ale jak na koncert Camel to fajna sala. Dobrze widać, dobrze słychać. Sam koncert był bardzo dobry. Może zabrakło czegokolwiek z mojej ulubionej płyty "The Snow Goose" (o czym powiedziałem Colinowi), to jednak zagrali bardzo fajnie. A wersja "Lady Fantasy" była niesamowita. Tutaj naprawdę pojechali po całości. Po koncercie dostaliśmy od każdego autograf. Miał być Clive Bunker na bębnach ale zastapił go na 10 dni przed początkiem trasy, młody Kanadyjczyk. I radził sobie naprawdę nieźle.

 

Andy Latimer – g, voc

Colin Bass – b, voc

Guy LeBlanc - k

Denis Clements – dr

 

 

 

Three Wishes

Echoes

Nimrodel/White Rider

Song Within a Song

Chord Change

Watching the Bobbins

The Hour Candle

Refugee

Fingertips

Slow Yourself Down

Eyes of Ireland

Sending Home the Slates

Rajaz

Sahara

Mother Road

Little Rivers

Hopeless Anger

 

Ice

Lady Fantasy

 

 

32.

 

KTO: DEEP PURPLE

SUPPORT: Ronnie James Dio

KIEDY: 3 listopada 2000

GDZIE: Spodek, Katowice

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy, Paweł Poniewski

UWAGI:

 

 

Nie chciałem jechać na ten koncert. Ale PP mnie namówił. I w sumie nie żałuję bo był to zupełnie inny koncert. Przyjechała bowiem z nimi cała orkiestra żeby zagrać "Concerto". I przez to cały set był zupełnie inny, a i sam koncert przeobraził się w zupełnie coś innego niż zazwyczaj. Tylko dlatego słuchałem i oglądałem ten koncert z zaciekawieniem. Można było usłyszeć niektóre kawałki pierwszy raz na żywo od wielu, wielu lat. No i goście też byli jakąś ciekawostką, nie mówiąc już o orkiestrze czy cytatach Morse'a przed "Smoke On The Water". O mały włos nie bylibyśmy na tym koncercie, bo bilety kupił PP ale podczas obiadu, jego autokar odjechał. Na szczęście obok siedzieli gliniarze, którzy zgodzili się udać w pościg za nim!!! PP złapał autobus i dojechał na czas do Katowic. Pod Spodkiem spotkaliśmy Jacka Leśniewskiego z "Tylko Rocka" i umówiliśmy się na wizytę w Mega Discu w sprawie bootlegów na video.

 

The Romanian George Enescu Philharmonic Orchestra conducted by Paul Mann

the Kick Horns

female backing vocalists

Ian Gillan – voc

Ronnie James Dio – voc

Steve Morse – g

Roger Glover – b

Jon Lord – k

Ian Paice – dr

Miller Anderson – g, voc

 

 

Pictured Within - Miller Anderson, Jon Lord, orchestra

Sitting In A Dream - Ronnie James Dio, Steve Morse, Ian Paice, Roger Glover,                                                                                                 Miller Anderson on guitar

Love Is All - Ronnie James Dio

Fever Dreams - Ronnie James Dio

Rainbow In The Dark - Ronnie James Dio

Wring That Neck - Ian Paice, Jon Lord, Roger Glover, brass section – no guitar,                                                                                                                    no orchestra

 

Fools

When A Blind Man Cries

Vavoom: Ted The Mechanic

Guitar String - Steve Morse, Ian Paice, Roger Glover & Orchestra

Pictures Of Home

Sometimes I Feel Like Screaming

 

Concerto Ist Movement

Concerto 3rd Movement

 

Perfect Strangers

Smoke On The Water

Black Night

Highway Star

 

2001

 

33.

 

KTO: ERIC BURDON

SUPPORT: Brak danych

KIEDY: 18 listopada 2001

GDZIE: Bridge Hotel, Rozelle, Australia

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI:

 

Koncert był bardzo dobry. Pojechałem do tego klubu przed 21.00. Klub już pełny a na scenie jakieś baby śpiewają bluesa. Szybko skończyły więc ja zacząłem się przesuwać pod scenę. Nie było to trudne więc usadowiłem się pod sceną. Oczywiście nie ma barierek więc mogłem się oprzeć o odsłuchy. Obserwuje sobie sprzęt i czekamy. Z głośników leci blues a naokoło ludzie piją piwko. Nagle babka mnie zaczepia: “You are SO young to be here. Everyone is SOOOOOOO old…” Istotnie; średnia wieku to ok. 45 lat. Młodych zero. Po długich oczekiwaniach wchodzą. Jest 21:47. Starzy goście, to plus. Blondas na Fenderze stoi nad moją głową, z tyłu gruby garman na Pearlu, obok klawiszowiec sięgający w dwóch kawałkach po skrzypce, za nim basmen, który cały koncert stał oparty o piec no i na środku Eric w hawajskiej koszuli. Weszli i mnie zmiotło. Było cholernie głośno. Cały czas mi piszczy w lewym uchu.

Na początek Don’t Bring Me Down. Znany kawałek więc wszyscy śpiewają i tańczą. Ale nie ma jak u nas, że muszą skakać jak Bubka tylko lekko się bujają. Ja o dziwo mam sporo miejsca wokół siebie więc jest super. Nikt mnie nie pcha a ja widzę wszystko. No bo stoję 1.5 metra od sceny. Zaraz po nim leci See See Rider. Więc znowu znana rzecz. Zespół gra dobrze, Eric daje się wyszumieć chłopakom. Bardzo dobry perkman i nienaganne sola gitarowe. Trzeci jest Monterey a za nim po krótkiej zapowiedzi When I Was Young. Refren nam kazał śpiewać, a klawiszowiec (w paskudnych dresach) wziął się za skrzypce. Po tych średnich kawałkach nastąpił najlepszy moment koncertu. Najpierw rozbudowane do granic możliwości Get Outta This Place gdzie było wszystko to co my lubimy najbardziej a więc: niesamowicie długie solo gitarowe, dialogi gitary z klawiszami, dialogi Erica z nami, śpiewanie refrenu (Eric dawał mikrofon niektórym) no i ogólnie rozbudówka. No a potem mój ulubiony Don’t Let Me Be Misunderstood. Też dużo gitary i też refreny. Fajna rzecz. Potem było nijakie I’m Cryin’ a po nim dedykowane JL Hookerowi Boom Boom. Miło się słuchało. Dwa następne kawałki były połączone obowiązkowym solem na garach. Ale szczerze mówiąc było to jego solo krótkie i treściwe. Pokazał kilka tricków. Zresztą gość należy do tych co lubią szybkie przejścia. Dzięki temu koncert był bardzo rockowy a nie bluesowy czy rhythm’n’bluesowy. Te kawałki to Hey Gyp i It’s My Life. Ten drugi to myślałem, że słynna Mona bo riff identyczny ale linia melodyczna zupełnie inna. Na koniec dodali jakiś słynny riff ale za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć co to jest choć oczywiście znam to doskonale. Wtedy też przedstawił zespół. Kiedy to minęło Eric zażądał bluesa. No i zaczęli klasycznym ciężkim bluesiskiem. Normalny prosty na 4/4 (?) ale ja słyszę słowa Tobacco Road. No i się nie mylę. Od drugiej zwrotki jest już normalnie i sam też się drę Road, road, road…  No i koniec. Zeszli. Ludzie klaszczą, krzyczą jak to słychać na koncertówach. Wyobrażałem sobie jak to musiało bywać dawniej jak wszyscy grywali w takich klubach. Zajebiście. Po chwili wraca blondas. Bierze wiosło i zaczyna… Hendrixa z Woodstock/Free From Guitar Chicago. Zarzyna gitarę, są efekty, wajcha i generalnie popisy. Trwa to chwilkę po czym wraca reszta a Eric do niego kiedy ten skończył: "Who the fuck are you?” No a ci zagrali Pilot. Kawałek nijaki. No a po nim wiadomo. House. Ogólnie szał i wspólne śpiewanie. Na koniec był jeszcze jeden ale nie znam. Kiedy schodzili (23:27) przybijali piątki. Ja załapałem się na gitarzystę. Eric uciekł. Ludzie wrócili do stolików a ja tradycyjnie jak sęp lukam na scenę. I udało mi się zakosić kartkę z całym programem który grali. Przyniósł ją gitarzysta i położył na ziemi. Zgrzytem jest fakt, że przed Boom Boom powinien być Spill the Wine bo tak jest napisane ale nie zagrali. Tuż kiedy zeszli podeszła do mnie babka i mówi: “Do you think they’ll come back and play Spill the wine?” “I don’t think so” odparłem a ta na całe gardło: “Spill the Wineeeeeeee!!!!!” Po jakichś 10 minutach wraca gitarzysta i pakuje sprzęt (nie maja technicznych?). Cholera nie mam długopisu więc tylko się czaję. W końcu zagadałem czy nie ma kostki żeby mi dać. Ale nie miał przy sobie żadnej. Ktoś inny też podchodzi, opowiada gdzie grali i że lubią tak grać w klubach no to ja też mowię, że z Polski jestem a ten stanął, wyprostował się i na cały głos: “Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy!” Ja zbaraniałem a inni chyba też. “We played 4 years ago at Kongresowa in Warsaw. It was a really great gig” Wtedy też podszedł gościu z płytą po podpis. Wykorzystałem moment i dałem mu tę kartkę z utworami żeby podpisał. Tak też się stało. W końcu poszedł a ja na przystanek. Czekałem 30 minut ale nic nie było więc musiałem wziąć taryfę. Azjata zawiózł mnie pod dom za $22.50. Drogo ale cóż zrobić. Lało i było wietrznie. Do dupy z taką pogodą. Ogólnie więc koncert oceniam na ****1/2.

Eric Burdon - voc

Dean Restum - g

Dave Meros - b

Martin Gerschwitz - k

Bernard Pershey – dr

 

 

Don't Bring Me Down

See See Rider

Monterey

When I Was Young

We've Gotta Get Out Of This Place

Don't Let Me Be Misunderstood                           

I'm Crying

Boom Boom/Around & Around

Hey Gyp/drum solo/Not Fade Away

It's My Life

Tobacco Road/Get Up Stand Up

 

Sky Pilot

House Of The Rising Sun

You Got Me Floating

 

 

2002

 

34.

 

KTO: ROGER WATERS

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 5 kwietnia 2002

GDZIE: Sydney Entertainment Centre, Australia

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI:

 

Na początku był problem z biletami. Sprzedaż zaczęli w poniedziałek a ja poszedłem w piątek. Okazało się, że już praktycznie wszystko poszło. Zostały jakieś strzępy. Nie miałem wyboru. Wiadomość ta musiała dojść do samego Rogera bo dowiedziałem się, że dołożono dodatkowy koncert dzień później. Pobiegłem więc w ten dzień kiedy zaczęli sprzedaż żeby wymienić bilet na lepszy no ale naturalnie nie dało rady. I tak właśnie zrobiłem się w konia. Trudno. Musiałem iść w piątek.

Sala bardzo podobna do Spodka. Tyle, że ładniejsza, czystsza i obsługa też fajniejsza. Nikt mnie nie popychał i nie przeszukiwał. Mogłem wnieść wszystko bo nikt nie zaglądał do plecaka. Prosili tylko o to żeby nie robić zdjęć. Normalka.

Koncert miał się zacząć o 19:30. Ja zasiadłem już koło 19.00. Ludzie zaczęli schodzić się o 19:28 i było jasne, że koncert się opóźni. (tylko Black Sabbath zaczynają punktualnie) O 19:40 zgasły światła i usłyszeliśmy niski, basowy, jednostajny dźwięk organów. Ja już wiedziałem, że będzie to In The Flesh. I tak się stało. Równo z pierwszym akordem wystrzeliły sztuczne ognie z krawędzi sceny i rozświetliła się cała scena ukazując zespół. Po mojej lewej lekko pod skosem garman o nazwisku Broad, tuż przed nim dwaj wioślarze, z tyłu biedny Andy Fairwater-Low, który obsługiwał i gitarę i bas, po prawej 3 dupeczki na backing vocals a nad nimi dwaj klawiszowce, z których jeden z włosami do pasa jest synem Rogera. A Roger? Roger z czarnym fenderem w rekach stał ponad wszystkimi na podniesieniu i krzyżował ramiona jak na filmie The Wall. Naturalnie za nim ogromny ekran z urywkami z filmu (kroczące młotki)."So ya thought ya might like to go to the show..."

In The Flesh okazało się być In The Flesh? (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi) a moja reakcja była... nieciekawa. Uwielbiam ten utwór ale to co usłyszałem strasznie mnie przygnębiło. Jak tak mają grać cały koncert to ja dziękuję. W czym problem? Garman się nie wyrabiał, gitary za cicho, dźwięk gdzieś uciekał i tylko bas Rogera trzymał cały utwór. Jednak na moje szczęście winą trzeba obarczyć realizatorów dźwięku bo to oni zaczęli ustawiać dźwięk. A więc In The Flesh? poszedł na straty. Trzeba było ustawić nagłośnienie.

Nie czekając długo przeszli od razu do The Happiest Days... Naturalnie punktowiec wyszukał jakiegoś fana i usłyszeliśmy znajome : "Hey you! Yes you! Stand still ladie!" i ruszyli. Na ekranie nadal obrazki z The Wall tak jak i w następnym Bricks 2. No to będziemy mieli pół The Wall - pomyślałem. No i na to wyglądało bo zaraz potem Mother. Roger odłożył bas (Andy go wziął) i na akustyku wyśpiewał dialog z jedną z dupeczek. Jeśli chodzi o gitarzystów to rozczarował mnie Snowy White. Myślałem, że to on będzie tym napędowym ale on grał jakieś back-upy.

Po Mother zagrali coś chyba z The Final Cut bo na ekranie zasieki i napis Bring The Boys Back Home. Nie znam za dobrze tej płyty ale tak mi cos wyglądało, że to z tej właśnie płyty. Na szczęście utwory krótkie i przeszły niezauważone.

Za to dwa następne razem trwały pół godziny. Szczerze mówiąc czekałem na nie. Zaczęło się od króciutkiego Pigs On The Wings ale tak naprawdę od ujadania psów. No to wiadomo: Dogs. Na ekranie zdjęcia i film jak to świnia latała nad fabryką w Londynie (wiadomo o co chodzi). A rolę pierwszoplanową w Dogs odegrał Chester Kamen. Cały czas śpiewał a Snowy wtrącał swoje solówki. Potem grali unisono a la Wishbone Ash (choć daleko im do mistrzów) a na środkową część kiedy popis dawał młody Waters cała czwórka: Roger, Snowy, Andy i  Chester zasiedli z tylu sceny do stolika i... zaczęli grać w karty popijając coś tam. Rozegrali jakąś partyjkę a na scenie tylko Harry i światła. Potem zaczęli się schodzić i wreszcie zaczął Roger śpiewać. Trochę zaskakujące, że wybrał Dogs bo to najmniej Watersowy utwór z Animals. Kompozycja Waters/Gilmour ale to Gilmour miał większość w nim, przynajmniej wg. mnie.

Set The Controls For The Heart Of The Sun. Długi tytuł, długi utwór. Najstarszy. Era Ummagummy, a na filmie Pink Floyd z '60s jeszcze w piątkę z Sydem. Zdjęcia młodych a potem psychodeliczne kolory. Fajnie zabrzmiał ten utwór. Podobał mi się choć za mało elektrycznie. Ale panie na vocalu ładnie wyśpiewywały refren.

Era Syda trwa dalej? Po części bo czas na następną płytę. Shine On You Crazy Diamond. Tym razem zdjęcia samego Syda a utwór pięknie zagrany przez Snowy'ego. No wreszcie pokazał, że to on powinien grać sola. Snowy dał dużo temu utworowi. Cały pięknie wykonany kiedy się już kończył przeszedł w straszliwie głośny niski dźwięk. Ja już domyślałem się o co chodzi. Na ekranie jakieś roboty, ostry dźwięk i przepiękny akord akustyka Rogera po którym ciary przeszły mi po plecach "Welcome my son, welcome to the machine". Też spore zaskoczenie. Nigdy go nie słyszałem na żywo. Wyszedł piewszorzędnie.

No i dalej jesteśmy przy płycie Wish You Were Here. Słychać radio. No to wiadomo, że tytułowy. Roger znów mnie zaskoczył bo zaczął grać... Shine. A jednak zagrali cały numer! Tę drugą część lubię nawet bardziej. Przeszli płynnie z Wish You Were i wtedy przydał się jeden z buraków sydnejskich bo wytargałem od gościa lornetę i dokładnie przez cały utwór oglądałem chłopaków. Roger naprawdę dobrze grał na tym basie choć czasami Andy go dublował. Na ekranie kiedy utwór się miał ku końcowi ukazał się najprawdziwszy lśniący diament... Tak dotarliśmy do końca pierwszej części.

Wysłałem SMSy, że przerwa i że teraz będzie The Dark Side. Czułem, że tak będzie no bo nic do tej pory nie grali. Po 15 minutach dokładnie o 21:20 światełka wokół bębnów wybijały rytm bicia serca. Breathe a potem szybko przejście do Time. Pięknie zabrzmiał ten utwór. Garman pokazał, że cos tam potrafi a Roger niby metronom wybijał na przytłumionej strunie tykanie zegara. Nawet nie wiedziałem, że to on robi! Kiedy pałker przeszedł na werbel ciary znów dały znać o sobie...

Czułem, że babki są zatrudnione żeby zaśpiewać The Great Gig In The Sky ale dały ciała bo tego utworu zabrakło. Zgasły światła a punktowiec odszukał Rogera, który zapodał jeden z najlepszych riffów basowych - Money. Na ekranie pieniądze z różnych części świata a na wokalu znów Chester. Roger chodzi po scenie i tylko wygrywa sobie swój riff. W drugiej części utworu nastąpił wg mnie najgorszy moment koncertu. Pomysł był fajny żeby wszyscy gitarzyści zagrali solówki. Zaczął Chester, potem Andy i miałem dość. Gitara nie dość, że nie stroiła to jeszcze była tak głośna i tak przesterowana, że nic innego nie było słychać. No i Andy wirtuozem to nie jest. Snowy naprawił to trochę a potem jeszcze solo na saxie i utwór się wybronił. A może taki mały żart to miał być?

Co dalej? No dalej wkroczyliśmy w niebezpieczne rejony a mianowicie solowe wypociny Rogera. Na ekranie ciężarówki więc domyśliłem się, że to cos z Pros and Cons. Przyznaje, że nie jestem obcykany w jego solowych osiągnięciach. Raz słyszałem te płytę i zapamiętałem 5.06 ale nie dam głowy, że to było to. Inna płyta solowa Rogera jest Amused To Death. Te akurat znam ale podobają mi się tylko fragmenty. Na szczęście zagrali tylko te fragmenty. "And the Jews kill the Arabs, and the Arabs kill the Jews...." a na ekranie małpa gapiąca się w telewizor. Trwało to całkiem długo a Roger tylko śpiewał, chodząc od krawędzi do krawędzi sceny i pozdrawiając publiczność. Miracle?

Później był powrót do Dark Side. Brain Damage, Any Colour You Like, Eclipse. Ładnie zagrane, miło się słuchało. Statki kosmiczne w tle i... koniec. Schodzą? Nie może być. Wracają żeby zagrać r-e-w-e-l-a-y-j-n-ą wersję Comfortably Numb. Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem tego utworu ale ta wersja mnie powaliła. Zaczęli bez Snowy'ego. Klasyczny dialog pacjenta z lekarzem a na koniec kulminacja w postaci solówek. Zaczął Chester, a potem na podniesieniu pojawił się Snowy. I tak grali na zmianę a Chester powoli zbliżał się do niego schodek po schodku. Nikogo oprócz nich nie było widać. Było ciemno i tylko punktowce odszukiwały raz jednego raz drugiego. W końcu zeszli się na górze i tak się zakończył koncert. Wspaniała wersja.

Był bis a jakże. Melancholijna ballada o miłości jak zapowiedział Waters. Przedstawił zespół, ukłonili się i zapalono światła. Była 22:40. W sumie 3 godziny bez 20 minut. Dużo muzyki.

Obawiałem się kilku rzeczy. Po pierwsze, że Waters będzie starał się być gwiazda. Bałem się, że będzie śpiewał więcej utworów osobistych o tym jak to jego tata zginął na wojnie. Nie za bardzo mnie to interesuje. Bałem się, że będzie się starał ograniczać stary Floyd, głównie z Gilmourem a skupi się na Floyd ze sobą w roli głównej (Animals, Wall i Cut) i nie daj Boże solowych płytach typu Radio Kaos. Ale było odwrotnie. Dużo starego Floyda i to takiego z jajami. Nie żadne tam Learning To Fly czy inne słodkości z Lapse of Reason a porządne numery że starszych płyt. Tego szukałem na tym koncercie i miałem. Nie było też efekciarstwa, laserów, dymów i innych bzdur. Nie odwracali uwagi od muzy. Grali dużo i długo i czułem że to Floyd. Zaskoczyło mnie na minus jeszcze to, że slaby był kontakt z publicznością. Tak jakby grali na próbie i nie wiedzieli gdzie grają. Żadnych wstępów do utworów, nic z ciekawych zapowiedzi. Nie zwracali uwagi na ludzi. Gitarzyści trochę jakby znudzeni albo zmęczeni. Ale ogólnie jestem bardzo zadowolony. Gdyby tylko nie to cholerne miejsce.

Roger Waters – voc, g, b

Andy Fairweather Low – g, b, voc

Snowy White - g

Chester Kamen – g, voc

Harry Waters - k

Andy Wallace - k

Graham Broad - dr

Norbert Stachel - sax

Katie Kissoon - voc

PP Arnold - voc

Linda Lewis – voc

 

 

In The Flesh?

The Happiest Days Of Our Lives

Another Brick In The Wall, Part 2

Mother

Get Your Filthy Hands Off My Desert

Southampton Dock

Pigs On The Wing, Part 1

Dogs

Shine On You Crazy Diamond, Parts 1-5

Welcome To The Machine

Wish You Were Here

Shine On You Crazy Diamond, Parts 6-9

 

Set The Controls For The Heart Of The Sun

Breathe (In The Air)

Time

Money

The Pros And Cons Of Hitch Hiking, Part 11

(5:06 AM - Every Stranger's Eyes)

Perfect Sense (Parts I and II)

The Bravery Of Being Out Of Range

It's A Miracle

Amused To Death

Brain Damage

Eclipse

 

Comfortably Numb

Each Small Candle

 

 

35.

 

KTO: ALLAN HOLDSWORTH

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 9 maja 2002

GDZIE: The Basement, Sydney, Australia

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI:

Tym razem inny gatunek muzyki, inne miejsce i w ogóle wszystko trochę inne.

Klub nazywa się The Basement < www.thebasement.com.au > i jest zajebisty. Rzeczywiście w piwnicy, tuż przy porcie, malutki ale bardzo schludny. Codziennie goszczą tam lokalne ale i światowe gwiazdy. Przede wszystkim jazz. Wnętrze wypasione, wszędzie zdjęcia z autografami gwiazd (Coltrane, Miles, BB King etc). Można dobrze zjeść, napić się choć ceny straszliwe - browar zaczyna się od $5.90!, i oczywiście posłuchać muzyki. Scena malusieńka. Podobno klub maksymalnie może pomieścić do 400 osób ale nie wydaje mi się, że aż tyle.

Widoczność więc rewelacyjna, kontakt z muzykami super - słychać co do siebie mówią - i czas rozpoczęcia co do minuty. Punktualnie o 21:30 weszli na tę mikroskopijną scenę, której 90% zajmował zestaw perkusyjny. Za tym zestawem usiadł Chad Wackerman. Perkusista, który terminował u Franciszka Zappy więc więcej chyba nie trzeba mówić. Przypomnę tylko wypowiedź Franka o muzyce: "Uwielbiam wprowadzać w działanie rzeczy w muzyce teoretycznie niemożliwe". Po jego lewej stronie we włosach spiętych w kucyk Jimmy Johnson. Klasycznie wykształcony basista obsługujący mnóstwo jazzowych sekcji. A po lewej stronie legenda gitary jazz-rockowej Allan Holdsworth. Od wczesnych lat 80 nagrywa solowe płyty w stylu fusion. Wcześniej grał dla: Soft Machine, Tempest, Gong, UK, Jean Luc Ponty, Bill Bruford, Jack Bruce i wielu innych. Słusznie jest uważany za jedynego, który mógł "Wejść w buty Johna McLaughlina" kiedy musiał go zastąpić w Soft Machine. Co prawda niektórzy dodali, że te buty były trochę za duże no ale tak i tak ma na pewno drugie miejsce (zdecydowanie przed Methenym) jeśli chodzi o jazzową gitarę. Obaj tzn. McLaughlin i Hollsworth nie są stricte jazzowymi bo przecież Tempest czy UK to rock w najczystszej postaci a John również przecież jest wyśmienity w gitarze klasycznej (De Lucia i Meola). O Holldsworth'sie wypowiedział się też Eddie Van Halen, który stwierdził: "jest jedynym gitarzysta, którego kiedy zobaczyłem zapytałem się sam siebie +cholera, jak on to zagrał?+" Dlatego właśnie tych dwóch gości tak odstaje od reszty. Czyż mogłem przegapić ten koncert?

Allan założył okularki (pozostali już mieli), rozłożył nuty (?) i dał znak do rozpoczęcia. Nagłośnienie super. Przez chwilkę pograł trochę akordami a potem sruuuuu........... i poszedł jak formuła jeden na torze. Nie będę opisywał utworów po kolei bo nie dość, że nie zapamiętałem wszystkich to i tak wszystkie były z jego solowych płyt. Żadnych wspominek, standardów. Koncert składał się z dwóch części. Najpierw zagrali 40 minut, potem przydługawa przerwa 35 i znów 55 minut grania. Muzyka to w 90% jazz a tylko 10% to rockowa werwa. Większość utworów bardzo podobna do siebie. Każdy z nich grał coś innego, utwory po 10 minut, wszystkie instrumentalne. Czasami miałem wrażenie, że oni w ogóle nie słyszą co pozostali grali. Perkusista tak mieszał z rytmami, choć tempo było raczej zawsze wolne, basista biegał po gryfie jak jakiś wioślarz z kapeli metalowej a Allan to po prostu nie da się opisać. Stał tyłem do nich, nie zwracał na nich w ogóle uwagi co grali a sam tak grał, że wielu gitarzystom chyba odechciałoby się grać gdyby go widzieli. Jak można tak łapać akordy! Rozpiętość palców na 7 progów, szybkość światła przy przechodzeniu z jednej oktawy na drugą (gitarę miał dziwną - 2 pełne oktawy ale struny zaczepiane odwrotnie, nie miał kluczy a wajcha miała 10cm) i w ogóle pływał po tym gryfie. Fakt, że miał spory przester ale szybkość ma niesamowitą. Nie było popisów, zero ekstrawagancji, rzadko podciągał struny. Jazz. Naturalnie były obowiązkowe solówki na basie i garach (chyba że cztery) i tak jak mowię przez cały koncert goście mieszali. Allan przedstawił zespół kilka razy.

Ruch sceniczny był zerowy, raz że miejsca nie było, dwa że to przecież starsi panowie. Dodatkowo widać było, że Allan jest chory. Kaszlał i ciężko mu było stać. Ale wyszli na dwa bisy.

Po koncercie poszedłem pod garderobę. Obok mnie 5 gości z Indonezji i dwóch białych. Zagadaliśmy z security i podobno Allan zgodził się wyjść za chwilę. Najpierw chciał wypić piwo (nie pił od 10 dni bo jest bardzo chory) i spotkać się ze starymi kumplami. Rzeczywiście podglądałem przez uchylone drzwi a oni siedzieli sobie i pili piwko. Wreszcie wyszedł Chad. Skośni porobili zdjęć a mi się podpisał. Po 30 minutach wyszedł Allan. Bardzo miły facet. Strasznie przepraszał, że koncert był jaki był. Tłumaczył się, że jest bardzo przeziębiony i że jutro będzie zdecydowanie lepiej. Oczywiście porobił sobie zdjęć że skośnymi a mi się podpisał obok Chada. Naprawdę zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Bardzo skromny i miły.

Ogólnie więc koncert średni. Cieszę się, że widziałem taką legendę na żywo choć to co obecnie gra jest chyba (jeszcze!) dla mnie za trudne. Co tu dużo mówić to elektryczny jazz i fusion. Muzyka bardzo trudna. Dla muzyków. Ktoś kto gra na czymś to znajdzie tu chyba wszystko i od razu wpadnie w kompleksy. Dodatkowo nie było riffowego grania, nie było melodii no i nikt nie śpiewał. To mogło spowodować lekkie znużenie. Ale atmosfera i te jego ogniste solówki. Poszedłbym jeszcze raz!

Allan Holdsworth – g

Jimmy Johnson – b

Chad Wackerman – dr

 

 

 

36.

 

KTO: PETER GREEN

SUPPORT: Brak danych

KIEDY: 22 maja 2002

GDZIE: The Basement, Sydney, Australia

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI:

 

Koncert nie zaczął się dla mnie dobrze. Próbując być cwańszym niż ostatnio postanowiłem nie kupować biletu wcześniej. O dziwo w tym klubie jeśli kupujesz bilet wcześniej, płacisz więcej ($2.50). Na całym świecie jest odwrotnie no ale tu wszystko jest do góry nogami.

Wpadłem więc około 20:15 do klubu a miła pani powiadomiła mnie, że bilety zostały wyprzedane. Jak to? Bardzo się zdziwiłem. Ale pani też się przejęła i poradziła zapytać ochroniarza, który kogoś tam zna kto chce sprzedać bilet. Chłopak z wysp szybko znalazł owego gościa i dobiliśmy targu. No ale nie było to $45 jak w broszurce a $55 choć facet przysięgał się, że tyle właśnie zapłacił. No i chyba miał rację. Zadowolony byłem w ogóle, że mam bilet.

Tak jak ostatni raz poszedłem więc sobie do baru. Miękkie fotele. No ale sporo ludzi. Jakieś dziadki siedzą w jednym z boksów. Ja siadłem w jedynym wolnym. Wziąłem sobie browarka za $5.90 i słuchałem co różni znawcy mówią. Dwóch co się do mnie dosiadło gadało o Wishbone Ash, że niby tam grało trzech braci więc przestałem ich słuchać aż tu nagle z baru wychodzi (siedziałem przy drzwiach)... Peter Green. Zdębiałem. Jak go nie mogłem zauważyć wcześniej! Chyba zrobiło mu się chłodno bo był w samej koszulce na ramiączkach. Wkurzyłem się ale na wszelki wypadek przygotowałem długopis i kartkę. I nie pomyliłem się. Wrócił, człapiąc jak inwalida, w skórze i przysiadł się do tych dziadków. No to ja ogień w tamtą stronę. Zlokalizowałem go i walę na bezczela do niego: ~Excuse me. May I have your autograph, please? Rozmowy przycichły a on wziął ode mnie kartkę i długopis i pisał coś i pisał. Nie wypowiedział przy tym żadnego słowa, nie zrobił żadnego grymasu, nic kompletnie nic. Ten zawieszony kwas chyba daje znać o sobie. Widać, że koleś ma problemy z psychiką albo ma Alzheimera. No ale zrozumiał co do niego powiedziałem i w sumie bez problemu mi się podpisał. Kiedy wróciłem do siebie popatrzyłem na ten podpis i odkryłem, że tak długo to trwało bo facet podpisał mi się Peter Greenbaum. To rzeczywiście jego prawdziwe nazwisko. Zastanawiałem się czy pozostali goście to jego zespół no ale nie chciałem walnąć sztosa i poprosić o autograf jakiegoś technicznego albo fana! Później ten sam numer zrobiły jeszcze dwie osoby i on nadal podpisywał się bez słowa.

O 21:30 zaczynają się koncerty w Basement. Więc tak za pięć przed w pół do wyszedłem do głównej sali i mnie ścięło. Tłumy! Zacząłem się przeciskać ale nie było szans zająć dobrej pozycji. Wróciłem więc tam gdzie było mniej duszno i stanąłem z boku. Byłem bardzo blisko bo że 3 metry od sceny ale pod dużym kątem. Mimo wszystko nie było źle.

Zespół się trochę spóźnił i zaczęli o 21:45. Wyszli a gitarzysta Nigel Watson zapowiedział utwór Otisa Rusha It Takes Time na co ktoś z publiki dorzucił ~And it will! Czego się można było spodziewać jak nie bluesa. Klasycznego. Tak też sądziłem, że będzie wyglądał cały koncert. W sumie to przecież bluesowa kapela. Przyjechali z Japonii (gdzie zostawili klawiszowca - o tym później) i promowali swoją nową płytę Time Traders. Płytę tę odsłuchałem na lotnisku w Christchurch w Nowej Zelandii kiedy czekałem na samolot. Poprawna bluesowa płyta. Rzeczywiście zagrali kilka numerów z tej płyty ale nie gardzili starymi numerami.

Ulubionym artystą Greena wydaje się być Robert Johnson. W akustycznym secie, który nastąpił tuż po prezentacji nowych nagrań zagrali trzy jego kompozycje Stop Breakin' Down Blues, Sweet Home Chicago i coś tam jeszcze. Chyba się nie pomyliłem bo te tytuły to strasznie podobne. Potem był jeszcze jeden kawałek Johnsona I Am A Steady Rollin' Man, który zapowiedziany był przez Nigela w ten sposób: ~Zagramy teraz  kompozycję Johnsona elektrycznie. Bo on nie mógł... Śmiech na sali. Z innych standardów w pierwszej części usłyszeliśmy też fajny numer Dixona pt. Little Red Rooster. A potem mnie zaskoczyli bo zaczęli grać naprawdę porywająco. Przestali męczyć bluesa z delty Mississippi gdzie każdy wers zawiera słowa "baby" i "blues" a solówki polegają albo na technice bottleneck (Green) albo na niemiłosiernym podciąganiu strun (obaj) albo na solówkach na harmonijce (Green). W ogóle Green wydawał się nie z tej bajki. Jeśli porównać go do Holdswortha to tak jakby syrenkę do ferrari. Szybki to on nie jest i nie gra zbyt trudnych rzeczy. No ale w bluesie ważny jest feeling i obecność kogoś z nazwiskiem. Gdyby Greena nie było to wystąpiłby poprawny zespół bluesowy. A że on był z nimi to mieliśmy gwiazdę z Europy. Green był nadal zamroczony i sprawiał wrażenie jakby nie do końca wiedział co się dzieje. Ale głównie on śpiewał i tylko jego wieloletni gitarzysta Nigel Watson pomagał mu. Impresariem był basista Peter Stroud, który sypał żartami i też zapowiadał utwory. Aż do momentu kiedy Green zachrypłym głosem niczym Tom Waits zapodał: ~And now the song called Albatross. No i się zaczęło...

Albatrosik pięknie zabrzmiał. Szczególnie końcówka. Zrobiła się niezła wrzawa. Niestety aż za bardzo. Trzech młodych kolesi, którzy stali za mną straszliwie się darli. Czasami aż spoglądałem się na nich z groźną miną ale oni strasznie krzyczeli. A trzeba powiedzieć, że znali repertuar (po koncercie mnie przeprosili za krzyki(!)). Kiedy Albatross wylądował przeszli od razu do kolejnego instrumentalnego utworu. No i też bardzo znanego. Kiedy i ten się skończył, Nigel wskazał na Greena i powiedział: ~Ladies and gentlemen, Peter Green - Man Of The World. Zrobił się ładny koncercik. Co dalej? Wejście niczym Enter Sandman i piękny riff. Bardzo udana kompozycja. Niestety niezapowiedziana więc podejrzewam, że było to Green Manalishi. ~A co teraz chcecie? - zapytał Stroud. ~Oh, Well!!!!!!!!!! - odkrzyknęli wszyscy. ~Next year. - odpowiedział i opowiedział historię jak spotkali w USA faceta o nazwisku Santana. Nie zdążył skończyć bo już wrzawa. Oczywiście Black Magic Woman. Podkreślono, że autorstwa Greena. Utwór był kulminacyjnym momentem koncertu. Rozbudowana wersja z dwoma gitarzystami grającymi solówki jednocześnie. Porywająca wersja. Aż Green się rozruszał i próbował gonić Nigela. Naprawdę podobało mi się. Wtedy też Nigel przedstawił cały zespół a Stroud dopowiedział historię klawiszowca. Rzeczywiście coś mi nie pasowało z tymi klawiszami. Facet był zdecydowanie młodszy i w ogóle tak mało grał a solówki grał tylko za pozwoleniem. Basista robił do niego miny po każdej udanej. Co się okazało to to, że ich oryginalny hammondzista (Roger Cotton) zatruł się w Japonii i tam został. A ten co grał teraz to miejscowy (na imię ma Bruce ale nazwiska nie pomnę...) i zrobi z nimi trasę po Australii. Co więce,j mają się wkrótce spotkać w Anglii na jakimś festiwalu o czym opowiedział Stroud. To był warunek, że trasa nie może się przeciągnąć. A dalej w repertuarze doskonały utwór zatytułowany Rattlesnake Snake. Tytułowe grzechotanie prezentował Larry Tolfree obijając hi-hat. Dalej był wspomniany "elektryczny" Robert Johnson, ze dwa utwory z nowej (w tym jeden autorstwa Watsona Shadow On My Door i przez niego zaśpiewany a jeden Strouda Time Keeps Slipping Away). Green zdjął gitarę i tylko grał na harmonijce. Na koniec zabrzmiał znany i często wykonywany przez rockmenów Going Down Nixa. Ładna wersja. I to by było na tyle. Nie zdążyli zejść nawet że sceny a już ludzie chcieli bisy. No to zostali i zagrali w sumie akustyczna wersje Help Me Williamsona. To nie to co Ten Years After więc wypadło blado. Na zupełny koniec jakiś standard bluesowy. Koniec i zeszli. Więcej bisów nie było no i "Oh Well" też nie usłyszeliśmy.

Cały koncert więc był udany. Grali godzinę i 45 minut więc całkiem sporo bez żadnych przerw. Sądziłem, że więcej będzie męczenia bluesowego ale miło się zaskoczyłem. Choć muszę przyznać się, że nie wiem dlaczego ten Green jest tak hołubiony przez krytyków, muzyków i fanów. Dla mnie nie jest jakąś rewelacją. No ale coś musi w tym być. Tutaj był raczej nieobecny, rozleniwiony, zmęczony ale suma summarum dobrze wypadł.

Peter Green – g, voc

Nigel Watson – g, voc

Pete Stroud - b

Bruce ? - k

Larry Tolfree – dr

 

 

 

 

37.

 

KTO: RED HOT CHILI PEPPERS

SUPPORT: Papa Roach

KIEDY: 29 listopada 2002

GDZIE: Aussie Stadium, Sydney, Australia

KTO BYŁ ZE MNĄ: Maciek Rabenda, Marcin Wysocki, Siwa, Geodeci

UWAGI:

 

Prognozy przed koncertem nie wyglądały pomyślnie. Kilka godzin wcześniej rozpętała się poważna burza i wyglądało na to, że koncert będzie w deszczu. Kiedy dotarłem na umówione miejsce "pod ekran" do Fox Studios, nadal lało. Pierwszy zjawił się Marcin, potem dziewczyny i wreszcie przemoknięty Maciek. Na miejscu szybko rozlaliśmy flaszkę Johnnie Walkera i dopiero wtedy przestało padać. Gdy weszliśmy na stadion zorientowaliśmy się, że nie kasują biletów więc dziewczyny zadzwoniły po geodetów, którzy weszli na stadion "na krzysia". Dołączyła do nas również koleżanka Miśki ze szkoły - Suzi z Czech.

Miejsce zdobyliśmy nienajgorsze. Nie mogliśmy wejść do tzw. chili bowl tuż pod scenę ale za to dotarliśmy pod same barierki. Widoczność nie była zła choć jednak był kawałek do sceny. Przed nami jednak spore ekrany, które zdały egzamin w czasie koncertu.

Kiedy stadion nawet nie był zapełniony w połowie, na scenie łoili już jakieś golasy. Słychać ich było jednak bardzo słabo i nic prócz ciężkich riffów na obniżonym D i skandowań wokalisty nie zapamiętałem nic. Zeszli ze sceny niezauważeni. Drugi support to już bardziej obyci na światowej scenie kolesie. Papa Roach dał 45 minutowy koncert i przyznam, że momentami, ale tylko momentami, można było zaczepić ucho. Też ciężko, na dwie gitary ale koncert minął szybko.

Ludzie zaczęli się schodzić dopiero teraz. Stadion się wypełnił w całości. Pewnie ze 40,000 ludzi czekało już tylko na RHCP. Niestety przerwa się wydłużała w nieskończoność i doszła do blisko godziny. Dopiero o 21:30 zgasły światła na koronie stadionu, włączyli ekrany i wybiegli w trójkę: Chad w zielonych dresowych spodniach usiadł za zestawem z namalowanym znakiem RHCP, po jego prawej w kolorowych szmatach i z niebieskim basem wyginał się Flea a po lewej stronie w dwóch koszulkach z długim i krótkim rękawem z odrapanym Fenderem Stratocasterem w kolorze brązowym wybiegł Frusciante. Rozpoczął się koncert.

Z kakofonicznego zgiełku stworzonego przez nich zaczęło się wyłaniać coś konkretnego i dopiero po chwili okazało się, że to By The Way. Wtedy dołączył nieogolony Kiedis ubrany dziś na biało. W tym czasie Miśka, Siwa i Suzi wycofały się w bezpieczne miejsce a my wskoczyliśmy w ową lukę. Bez słowa przywitania czy pozdrowień przeszli od razu do Scar Tissue odśpiewanego przez wszystkich. Kiedy skończyli przez chwilę został sam Flea i wykonał cos w rodzaju "Anasthesi" z "Kill'em All". Przesterowany bas charczał i rzęził i po chwili przeszedł w riff z Around The World. Kiedis już rozebrany dołączył do wszystkich. Kiedy skończył się ten utwór, nastąpił powrót do nowej płyty i zabrzmiało Universally Speaking. I tak było praktycznie już do końca. Koncert oparty był na nowej i Californication, przeplatanymi nawzajem oraz gdzieniegdzie wciśnięte kawałki z Sex...

Dopiero więc po czterech piosenkach sięgnęli po coś starszego. Suck My Kiss był pierwszym z czegoś innego niż By The Way i Californication. Niestety wtedy zacząłem się obawiać o ciąg dalszy koncertu. Jeśli tak ma wyglądać ten koncert to lekko mówiąc zaczynało wiać nudą. I gdy jeszcze wspaniały John popisał się solówką w Suck My Kiss, którą stworzył podchodząc po prostu do wzmacniacza aby uzyskać sprzężenie wiedziałem, że z tego pana nic nie będzie. Nie pomyliłem się. Zaraz bowiem stanął za mikrofonem i wyśpiewał falsetem jakąś mdławo-łzawą pieśń, akompaniując sobie przy tym na gitarze niczym harcerz przy ognisku.

Potem był nowy singiel The Zephyr Song i dalej już jeden utwór za drugim. Nie pamiętam dokładnie kolejności ale na pewno słyszeliśmy: Don't Forget Me, I Could Die For You, This Is The Place z nowej, Parallel Universe, Otherside i Californication (w którym Frusciante zagrał na "zegarowym" Gibsonie), If You Have To Ask, I Could Have Lied i jako ostatni zapowiedziany przez Flea "Last song": Give It Away. Gdzieś pośrodku był utwór, którego nie rozpoznałem.

Tak jak przypuszczałem koncert był prezentacją największych hitów zespołu. Niestety ja oczekiwałem czegoś zupełnie innego. Materiał z płyt (bardzo dobry zresztą) jest dla mnie tylko punktem wyjścia do prezentacji na scenie. Oczekiwałem więcej emocji, kontaktu z publicznością no i pokazania swojego jak przypuszczałem dobrego warsztatu. W tym punkcie jednak bardzo się zawiodłem. Warsztat RHCP okazał się marny. Sądziłem, że zdobędą się na jakieś zmiany aranżacji, zaskakujące połączenia, wiązanki, cytaty, wydłużone partie solowe, rozbudowane jam'y czy nawet improwizacje. Nic z tych rzeczy! Trudno nazwać jamem coś co Flea i Frusciante robili przed niemal większością utworów. Jako intro stali twarzami do siebie i brzdąkali coś funkowo. Raz tak można ale kiedy słyszałem to po raz czwarty i wiedziałem jak to się przerodzi w utwór chciało mi się ziewać.

Zawahałem się przez moment kiedy grali Parallel Universe bowiem Frusciante wybiegł na podest przed ekran akurat po naszej stronie i zapachniało jakąś rozbudowana solówką. Ale znów się przeliczyłem bowiem ten facet ma dar do komponowania zajebistych numerów jednak jako gitarzysta jest po prostu beznadziejnie kiepski. Jego niby popis solowy to była raczej prezentacja możliwości sprzętu bo jego występ to były zgrzyty, charki i zgiełk. W ogóle jego solówki w pozostałych utworach to, pożal się Boże, bida z nędzą. W kółko grane trzy dźwięki na tych samych progach kończące się podciągnięciem struny to przepraszam bardzo nie jest solo godne gitarzysty jednego z najlepszych obecnie zespołów. Frusciante powinien pisać numery ale w trasy nie jeździć. Choć i pozostali mnie też nie zachwycili. Jedynie może Chad zmieniał swoje partie trochę, dodawał jakieś ozdobniki, akcenty, dokładał ciekawe przejścia i jakoś to ratowało niektóre utwory jak np. wspomniany Parallel Universe. Flea też był jakiś taki przymulony, zdejmował ubranie, zakładał z powrotem a Kiedis to w ogóle tak jakby mu się nic nie chciało. Nie zapowiadał utworów, nie podgrzewał atmosfery, nie miał nawet dobrego kontaktu z pozostałymi. Owszem grali poprawnie a on śpiewał też bez zarzutu jednak to za mało jak na koncert dla tylu ludzi. Półtorej godziny słuchania przebojów RHCP to ja sobie mogę sam zrobić w domu. Tutaj mieli dać z siebie coś więcej, czymś zaskoczyć. Kiedy zaczynali jakiś utwór ja wiedziałem jak będzie wyglądał środek i jak zakończą go. Zmienili po prostu tylko kolejność i to by było na tyle. Widać więc, że muzycznie zespół jest marny a na próbach łoją numery aby "wykuć" je na pamięć i potem je odgrywają jeden za drugim. I jest to chyba prawda bo dziwna sprawa, że zespół z blisko 20 letnim przebiegiem nie wydał jeszcze materiału "live". W sumie po co jeśli grają tak jak na płycie?

Po Give It Away światła jeszcze nie zgasły więc wiadomo było, że wyjdą zagrać Under The Bridge. I tak się stało. Frusciante usiadł na krawędzi sceny a Flea wszedł na scenę na... rękach. I znów odegrali kawałek (z Johnem w chórkach tak jak zresztą i we wszystkich utworach). Na zupełny koniec Kiedis poprosił o stary greps z koszulkami jako helikoptery i poszło Me And My Friends. Kiedy skończyli Kiedis powiedział "cześć" i zeszli. Tak najzwyczajniej w świecie zeszli ze sceny. Olali nas jednym słowem. Nie wiem kogo jeszcze zachwyciły żałosne sztuczne ognie z korony stadionu bo mnie w ogóle. Na scenie pozostał Chad Smith z dzieckiem na ręku palący papierosa, który przyglądał się tym fajerwerkom. Zapaliły się światła i po wszystkim.

Wielu osobom zapewne koncert bardzo się podobał. Dostali to co chcieli - największe przeboje zespołu z trzech najlepszych płyt (z oczywistych powodów nic nie było z One Hot Minute) w prawidłowym wykonaniu. Nie było problemów z nagłośnieniem (no może było ciut za cicho jak dla mnie), ekrany ładnie pokazywały rzeczy niemożliwe do dostrzeżenia na żywo. Trudno się w sumie doczepić bo tego ludzie oczekują. No ale ja jestem wybredny i chciałem nie tyle usłyszeć hity a zespół jak gra. To dla mnie podstawowa sprawa na koncercie bo przeboje mam na płycie. Tym razem jednak bardzo się zawiodłem bo RHCP nie jest dobrym zespołem koncertowym.

Wyjście że stadionu nie było wcale kłopotliwe. Wszyscy się odnaleźliśmy i dość szybko udało się nam dorwać autobus. Zaczęła się druga cześć wieczoru - kawalerskie Maćka ale to już opowieść na inną okazję...

Anthony Kiedis – voc

John Frusciante – g

Flea - b

Chad Smith – dr

 

By The Way

Scar Tissue

Around The World

Universally Speaking

Suck My Kiss

The Zephyr Song

If You Have To Ask

Otherside

Parallel Universe

Don't Forget Me

Right On Time

Soul To Squeeze

Can't Stop

Californication

Venice Queen

Give It Away

 

Under The Bridge

Me And My Friends

 

 

2003

 

38.

 

KTO: JANE'S ADDICTION

SUPPORT: Brak danych

KIEDY: 26 stycznia 2003

GDZIE: Enmore Theatre, Sydney, Australia

KTO BYŁ ZE MNĄ: Maciek Rabenda

UWAGI:

 

Bardzo fajne miejsce, bardzo drogie piwo i bardzo było gorąco na scenie jak i przed nią. A tam właśnie byliśmy z Maćkiem. Najpierw musieliśmy odczekać swoje i wtedy wypiliśmy kilka ohydnych VB. Jako support wystąpiła jakaś nowozelandzka kopia Oasis ale nawet nie drażnili. Wtedy dopiero zaczęli się zbierać ludzie (jak to w Australii). Jednak dla nas nie było przeszkoda przedostać się pod samą scenę. Z góry zwisała foliowa kurtyna i dopiero podnieśli ją w połowie pierwszego kawałka.

Nie będę ściemniał, że znam dobrze twórczość Farrella i spółki. Znam jedną płytę Nothing's Shocking i czekałem na te kawałki. Doczekałem się Up The Beach i Summertime Rolls w pierwszej, zasadniczej części koncertu. Oprócz tego podobno kilka nowych z niewydanej jeszcze płyty oraz z pozostałych, których nie znam. Utwory może nie powalające ale nie na jedno kopyto. Dobrze się tego słuchało choć niestety nasze miejsca miały taki feler, że dźwięk nam uciekał i było cicho. Z dwojga złego lepiej jednak widzieć, niż tylko słyszeć a nie widzieć.

A widzieliśmy czwórkę niezłych muzyków. Na środku ten po którym spodziewałem się czegoś więcej niż tylko śpiewania. Myślałem bowiem, że ten koncert to będzie show do którego dodatkiem będzie muzyka. Stało się inaczej (lepiej) i Perry Farrell był po prostu wokalistą zespołu rockowego. Śpiewał dobrze i poprawnie i w ogóle nie pajacował. Chudy i blady (pewnie od dragów) w samej kamizelce od garnituru, co najwyżej uśmiechał się wchodząc na brzeg sceny i podając ręce. Przedstawił też i kolegów pod koniec koncertu. Po jego prawej stronie najspokojniejszy że wszystkich, jedyny nie z oryginalnego składu - Martyn Lenoble. Kolega zresztą z Porno For Pyros. Nie wykonał żadnego gwałtownego ruchu przez cały koncert i nie ruszał się w ogóle. Dave Navarro wręcz przeciwnie. Kozia bródka, goły od początku koncertu, z sutkami przebitymi kolczykami i ciałem wytatuowanym biegał z niebieskim (chyba) Ibanezem i wtrącał krótkie ale treściwe sola. Mocny punkt zespołu choć jak dla mnie najmocniejszym był Stephen Perkins za imponującym zestawem. Grał bardzo agresywnie ale bardzo pewnie co mnie trochę zaskoczyło ale oczywiście na plus.

W takim więc składzie grali kawałki jeden za drugim, dość mocne choć krótkie. Sola jak już wspomniałem też krótkie ale soczyste. Widać było, że grają dla nas i był naprawdę spory kontakt z publiką. Tego nie można im zarzucić.

Grali dość długo choć z tego co wyczytałem grywają krótko. Czekaliśmy na bisy i było to dla mnie najlepsze co się przydarzyło temu koncertowi. Wyszli tylko we trzech, wszyscy już golasy i zagrali zawodowo instrumentalne Sparks z repertuaru The Who. Od razu gęba mi się uśmiechnęła bo to super kawałek. Naprawdę zabrzmiało znakomicie. Szkoda, że nie zagrali innych coverów, które często grają (In The Flesh - Pink Floyd, Dazed and Confused - Led Zeppelin, coś Hendrixa czy ostatnio Clashów Should I Stay). No ale nie mogłem narzekać bo Sparks to naprawdę iskry, szczególnie Perkins świetnie zagrał.

Na tym nie koniec bo Lenoble zaintonował riff na basie, który w TV australijskiej poprzedza sygnał wiadomości sportowych na kanale 10. To oczywiście Mountain Song. Dołączył rozebrany Farrell a Navarro wyrzucił kolejne kostki, poleciały pałki (nic nie złapałem - za blisko byliśmy) i na sam koniec wniesiono drugi zestaw perkusyjny za którym stanął (!) Perkins a my usłyszeliśmy super wersję Jane Says. To był już koniec.

Szkoda, że moja znajomość ich twórczości nie jest głębsza bo więcej bym miał z tego koncertu ale i tak jestem i zadowolony i zaskoczony, że był to taki koncert a nie inny. Zapewne w sumie wyszło na lepsze.

Perry Farrell – voc

Dave Navarro – g

Martyn Lenoble – b

Stephen Perkins – dr

 

 

Up the Beach

Stop

Had A Dad

Ain't No Right

Three Days

Suffer Some

Summertime Rolls

Price I Pay

Then She Did

Ocean Size

Ted, Just Admit It

Hypersonic

 

Sparks

Mountain Song

Jane Says

 

 

39.

 

KTO: JOHN MAYALL'S BLUESBREAKERS

SUPPORT: Brak danych

KIEDY: 11 lutego 2003

GDZIE: The Basement, Sydney, Australia

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI:

 

Chcąc uniknąć sytuacji z koncertu Petera Greena, kiedy zastałem tłumy i nie miałem zbyt dobrego miejsca, postanowiłem wcześniej udać się do The Basement i tam trzymać miejsce od początku. W klubie jednak już były tłumy ale mi udało się zająć super miejsce z tym, że stojące. Zmartwiłem się widokiem drugiego zestawu perkusyjnego bo to oznaczało jakiś dodatkowy występ. Po godzinie stania w miejscu na scenie zamontowali się jakieś szczawy w składzie: gary, bas i dwa zestawy klawiszy. Coś jakby klawiszowe Wishbone Ash. Byli bardzo przestraszeni i stremowani.

Pierwszy utwór był nawet fajny ale pozostałe zaczynały nużyć. Nie podobało mi się to, że koncert Mayalla opóźni się. Młodzi grali do 22:00. Rozumiem, że fajnie jest zagrać przed Mayallem ale żeby od razu 40min? Szybko rozmontowali swój sprzęt i na scenie zaczęli się pojawiać The Bluesbreakers. Przyszedł również Mayall i zaczęło się montowanie sprzętu. Praktycznie wszystko było gotowe po 15min ale gdzieś zawieruszył się perkusista i trzeba było na niego czekać, a kiedy przyszedł to zaczął coś zmieniać w zestawie i sprawdzać nagłośnienie.

Wreszcie ruszyli o 22:35. Za mną już spore tłumy ale ja miałem widoczność znakomitą choć ruszyć się nie mogłem w ogóle i stałem już od 2 godzin w tym samym miejscu. Koncert zaczął się od przywitania przez Johna, który od razu poinformował, że będzie podpisywał swoją najnowszą płytę “bez której nie chcemy dziś opuścić The Basement”. Potem zostawił nas na dwa utwory z samymi The Bluesbreakers. Ostre dźwięki gitary, mocny puls sekcji i fachowy, bluesowy wokal gitarzysty zapowiadały dobry koncert. I tak właśnie było. Zapewne dużo w tym zasługi gitary na której grał niemiłosiernie otyły Buddy Whittington. Jak wyczytałem w biografii, od kilku lat z Mayallem, używa nieprzerwanie swego zestawu: podpalanego Stratocastera z ’63 roku i wzmacniacza Dr.Z. Wygląd facet ma straszny. Waży co najmniej 150kg i w pasie ma że 2m a jego gitarka przez to wygląda niczym zabawka. Jednak udowodnił, że grać potrafi. Naprawdę iskrzące solówki, nie tylko bluesowe jęczenie i podciąganie strun ale i szybkie pasaże, zmiany oktaw i przebieżki po gryfie. Dodatkowo super ustawione brzmienie jak na mój gust i dość głośno, żadnych efektów (nawet wah-wah) nie używa i to spowodowało, że bardzo mi się podobało to co on grał. Zaśpiewał dwa pierwsze utwory i później w końcówce jeden z najnowszej płyty, skomponowany również przez niego samego pt. Romance Classified.

Podporą sekcji od ’85 roku jest Joe Yuele. Łysy jak kolano przez cały koncert kiwał głową jakby mówił “tak, tak”. Jak dla mnie po prostu solidny perkusista ale nic poza tym. Kiedy John przedstawiał zespół przynajmniej dowiedziałem się jak prawidłowo wymawia się jego nazwisko bo zawsze z tym miałem problem (“you-way-lee”). Basista Hank van Sickle mógł rozczarować bo nie ruszył się przez cały koncert a w dodatku przez większość czasu grał z zamkniętymi oczami na swoim pięciostrunowym basie. Skład uzupełniał na klawiszach Tom Canning, który znowu wyglądał jak jakiś kryminalista ale okazał się skromnym i miłym facetem. Nie za dużo miał do powiedzenia ale zagrał kilka fragmentów, głównie kiedy John Mayall używał gitary albo harmonijki.

O samym Mayallu naprawdę nie można nic złego powiedzieć. Facet ma 70 lat a wygląda i zachowuje się jakby miał co najmniej 20 mniej. Żywy, dowcipny i na luzie plus oczywiście niesamowicie wyszkolony muzycznie. Nie było żadnego męczenia w stylu BB Kinga a ostre mięsiste granie. W ogóle nie było czuć znudzenia choć przecież blues może nużyć. Repertuar dobrany znakomicie, raz wolno raz szybko. Skupił się na nowej płycie i zabrzmiały z niej utwory takie jak: Dirty Water, Demons in the Night, I Thought I Heard the Devil, The Mists of Time, cofnął się po jeden utwór z Wake-Up Call a był nim Meydell a pozostałą część wypełniły standardy i zapewne starsze nagrania, których tytułów nie pamiętam. Przed którymś ze starszych utworów Mayall zapowiedział go jako “coś co dobrze znamy” ale zanim się rozpoczął właściwy utwór Buddy wykonał efektowne intro zakończone solówką z Heartbreakera Led Zeppelin (w ostatnim utworze koncertu w solówkę wplótł riff z Purple Haze). Cały utwór trwał 13 minut i sporo się w nim dzialo. Buddy szalał i szastał solówkami a jedną, ku uciesze Mayalla a zdziwieniu Toma, przeciągnął tak niemiłosiernie że zabrał czas właśnie klawiszowcowi. Było sporo takich momentów kiedy utwór przeradzał się w jam-session Mayall często grał na harmonijce, kilka razy wziął gitarę a Buddy w tym czasie cichutko tylko przygrywał. Głównie jednak skupiał się na grze na klawiszach. W jednym utworze zamienili się nawet z Tomem. Największe wrażenie chyba zrobił utwór The Mists of Time z najnowszej bo John zapowiedział go jako osobiste spojrzenie na swoje życie. Skończyli idealnie w 90 minut od początku. Ale to nie był koniec bo wszyscy domagali się “more, more!”

Wyszedł sam John i zapowiedział, że zagra utwór z młodości pt. Woogie-Boogie. I sam wystukując sobie na klawiszach melodyjkę właśnie w takim stylu bardziej wygłupiał się niż śpiewał. To jednak było też za mało i po kilku minutach znów musiał wyjść aby tym razem zagrać jednocześnie na harmonijce i klawiszach utwór, który bardzo przypominał Traintime grany m.in. przez Cream. Tak zakończył się koncert.

Po niespełna 15 minutach John już był przy wejściu podpisując płyty. Można było kupić za $25 najnowszą Stories. Podpisywał jednak wszystko i wszystkim. Mi ma się rozumieć też się podpisał w szkolnym zeszycie na pierwszej stronie. Kiedy on podpisywał, Buddy zaczął zabierać sprzęt. Poszedłem do niego i nawet zagadałem. Bardzo miły facet, chętnie się podpisał i mówił, że mają w planach Polskę w marcu. Za chwile pojawił się Hank. No to też do niego podszedłem. Zdziwił się, że chce od niego autograf i dziękował, że przyszedłem na koncert i że mi się podobało. Zostało mi więc tylko dwóch. Poczekałem i dopadłem Toma, który też się pojawił. Już prawie było pusto w klubie i powoli traciłem nadzieję na złapanie łysola. Podszedłem do baru do drugiej części klubu ale nic. Obok mnie natomiast stanął John Mayall i zamówił sobie drinka. Więc spytałem go czy nie wie gdzie jest jego perkusista a on odpowiedział, że właśnie przyszedł. I owszem na scenie stał już spakowany. Kiedy mi się podpisywał, podszedł do mnie Hank i pożyczył długopis. Wysyłali kartkę z Sydney do kogoś i podpisywali się wszyscy. Gryzmolili obaj a ja cierpliwie czekałem na długopis. Skompletowawszy wszystkie podpisy poszedłem na autobus. Była godzina tuż przed pierwszą w nocy. Autobus za pół godziny.

John Mayall – g, voc, hca

Buddy Whittington – g, voc

Hank van Sickle - b

Tom Canning - k

Joe Yuele - dr

 

 

40.

 

KTO: PEARL JAM

SUPPORT: Brak danych

KIEDY: 13 lutego 2003

GDZIE: Entertainment Centre, Sydney, Australia

KTO BYŁ ZE MNĄ: Maciek Rabenda

UWAGI:

 

Nie widziałem żadnego zespołu, który występował przed Pearl Jam. Wszedłem bowiem do hali dopiero po 21:00. Maciek dotarł jeszcze później. Miejsca jak się okazało nie były złe choć wszystko widzieliśmy z boku. Nieporozumieniem jednak było zachowanie organizatorów, którzy najchętniej widzieliby nas siedzących nieruchomo przez cały koncert. Każdorazowe wyjście na schody, wstanie z fotela, zapalenie zapalniczki było szybko karcone. Maciek długo się wykłócał z nimi, kiedy w trakcie koncertu zeszliśmy prawie pod samą scenę. No ale jednak nie było szans żeby sobie tam zostać na dłużej. Na płycie krzesła ustawione do samej sceny. Nikt na nich nie siedział więc po co one? Ale tam tak zawsze jest w tej sali. Nie rozumieją, że to koncert rockowy i że krzesła nie są potrzebne. No ale nic się z tym nie da zrobić.

Sam koncert z muzycznego punktu widzenia był bardzo dobry. Nigdy nie mogłem się przekonać do muzyki, którą gra Pearl Jam. Chyba nadal nie mogę ale jednak zrobili duży krok w tym kierunku. Przede wszystkim brakuje mi dobrych riffów, na których zbudowane byłyby utwory i trochę więcej pewności siebie ze strony zespołu. Zdecydowanym liderem jest Vedder, który nie tylko śpiewa i zapowiada utwory ale również gra na gitarze (chyba nawet lepiej niż Gossard) oraz na scenie jakoś się zachowuje, ma jakąś charyzmę, coś się dzięki niemu dzieje.

Pozostali są trochę bezpłciowi. Stone Gossard jest bardzo kiepskim gitarzystą, w sumie rzadko cokolwiek gra. Tej nocy przez cały koncert stał nieruchomo w jednym miejscu, brzdąkając coś od czasu do czasu. Dziwne, że kiedy Mike McCready grał sola, całkiem ciekawe momentami, on przerywał i patrzył na niego jakby obawiając się, że mu cos popsuje. A to właśnie aż się prosiło żeby włączył się do wspólnego jamu, który nastąpił w najlepszym dla mnie momencie utworu – Even Flow. Mike ciągnął długie solo, pozostali gonili go a Ed w tym czasie grzecznie usunął się pod zestaw perkusyjny. Mike pokazał całą kolekcje gitar – chyba nie zagrał dwóch utworów po kolei na tej samej gitarze. Był więc przegląd Gibsonów (SG, Les Paul, Flying V) jak i Fenderów (Stratocaster, Telecaster) oraz kilka innych nierozpoznawalnych przeze mnie. Zarzucić mu też mogę zdecydowane nadużywanie kaczki w solówkach co czyniło je podobnymi do siebie. Jednak wyczucie i feeling ma bez zarzutu, technika też nienaganna. Brakuje jak widać inwencji. Był też jedynym oprócz Veddera, który jakoś zachowywał się na scenie; trochę biegał, skakał w tych swoich śmiesznych trampkach, wyrzucił kilka kostek i chyba ma lekkie zadatki na bycie gwiazdą. Ale bez przesady, można go jeszcze lubić.

O Gossardzie mówiłem, jego braku nikt by nie odnotował bo go po prostu wcale nie było słychać, bo nie grał tylko patrzył jak grają inni. Jeff Ament potrząsał głową, przechadzał się nad krawędź sceny ale przez większość koncertu stał w jednym miejscu, a przy lżejszych kawałkach siedział dzierżąc kontrabas w rękach. O perkusiście też za dużo nie można powiedzieć bo po prostu grał. Bardzo mały zestaw, a jego gra pozbawiona jest całkowicie jakiegokolwiek efekciarstwa. Po prostu nic się tam nie dzieje za bębnami żeby można było zatrzymać oko na nim na dłużej. Nie porwał mnie absolutnie w ogóle. Czyli tak naprawdę uwagę skupiał na sobie McCready kiedy grał sola oraz Vedder. Ed dużo rozmawiał z ludźmi, opowiadał różne czasami bzdurne historyjki, popijając przy tym winko z gwinta. Repertuar mają całkiem bogaty, jest z czego wybierać ale dodatkowo smaczku dodaje fakt, że setlist zmienia się z koncertu na koncert. Nigdy nie wiadomo co zagrają i w jakiej kolejności. Ja miałem kilka swoich faworytów i raczej jestem zadowolony choć nie było wszystkiego na co czekałem (m.in. zagrane na bis w Brisbane Keep On Rockin’ In A Free World z repertuaru Neila Younga).

Większość utworów była zagrana po prostu jeden po drugim bez żadnych wiązanek i łączników. Pierwszy utwór był wykonany w półmroku i bardzo cicho. Jak dla mnie dziwne rozpoczęcie ale już drugi Don't Go rozjaśnił scenę i ruszył wszystkich. Nothing As It Seems to jeden na który czekałem. O Even Flow pisałem, że naprawdę najmocniejszy punkt koncertu. Udowodnili, że potrafią zagrać w starym stylu, rozbudować utwór, nie tracąc przy tym tempa. Szkoda tylko, że ten Gossard nie potrafi się włączyć do takich akcji. Fajnie też, że zabrzmiał Jeremy, nie sądziłem, że go nadal grają. Kolejnym momentem wartym odnotowania była kolejna "rozbudówka" ostatniego utworu z głównej części koncertu Save You. Też ciekawe pociągnięcie. Po półtorej godzinie przestali grać. Krótko.

No ale oczywiście wrócili. Zagrali aż 5 utworów w tym kolejną rewelacyjną wersję Daughter. Tym razem rozbudowana w stylu The Grateful Dead, psychodeliczna jazda, która naprawdę robiła wrażenie i ciągnęła się do... nie, niestety nie odważyli się przejść z powrotem do jakiegoś efektownego sola i jeszcze ją pociągnąć dalej. Powoli wyciszyli się. Ale i tak mocny kawałek.

Niestety potem Ed trochę przesadził. Najpierw gadał coś o jakimś koledze surferze, którego zaprosił na scenę i wypił winko a potem przy drugim bisie kiedy był już tylko sam zaczął opowiadać jakieś historyjki o Charlesie Darwinie, którego niby urodziny przypadały dzień wcześniej. Bawił się jakąś maską, którą zawieszał na statywie. Wreszcie zaczął grać Soon Forget i rzeczywiście co chwilę udawał, że zapomina akordów i się myli. Fajny pomysł ale za długo mu zeszło z tym. Pogadał jeszcze o zakazie palenia w sali, który naturalnie złamał i dopiero za chwilę dołączyli do niego pozostali aby wykonać (przy oświeconych światłach w sali!) Yellow Ledbetter. Tak się skończyło po 2 godzinach.

Eddie Vedder – voc, g

Stone Gossard – g

Mike McCready – g

Jeff Ament – b

Matt Cameron – dr

 

Sometimes
Don't Go
Last Exit
Insignificance
Nothing As It Seems
Cropduster
Evenflow
Corduroy
I Am Mine
Love Boat Captain
Jeremy
Habit
Light Years
Off He Goes
Half Full
Grievance
Do The Evolution
Save You
Last Kiss
Daughter
Small Town
Once
Blood

Soon Forget
Yellow Ledbetter

41.

 

KTO: SANTANA

SUPPORT: Yothu Yindi

KIEDY: 28 marca 2003

GDZIE: Centennial Park, Sydney, Australia

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI:

 

Miejsce: W samym środku ogromnego parku, w dolince ogrodzonej płotem zza którego można było wszystko oglądać dzień wcześniej. Tak też zrobiłem. Ułatwieniem były ogromne ekrany. No ale dzień później miałem dobre miejsce i czułem się jeszcze lepiej. Choć oczywiście jak to w Australii, na koncercie trzeba siedzieć i dopiero na bisy podnieśliśmy się co naturalnie było pomysłem rewelacyjnym. A zebrało się nas tam 18,000.

Oprawa: Ogromna scena, mnóstwo kolorowych świateł, 4 duże ekrany i krystalicznie czysty dźwięk.

Ludzie: Najpierw wystąpił jakiś zespół, który grał całkiem przyzwoicie coś w rodzaju "nature-rock", z Aborygenami. Nazywali się Yothu Yindi. Potem już Santana składający się z 9 osób.

Jak widać, Santana spróbował zadowolić zarówno tych, którzy przyszli żeby posłuchać piosenek z jego dwóch ostatnich komercyjnych płyt jak i tych, którzy chcieli popatrzeć i posłuchać słynnych improwizacji, luźnych jamów i popisów solowych. Udało mu się bo nowe piosenki ładnie odśpiewywali dwaj wokaliści, w ogóle nieprzeszkadzający sobie: Andy Vargas i Tony Lindsay. Cały czas próbowali wyrwać publikę do "trzymania rączek w górze", "śpiewania razem z nimi" itd. Refreny śpiewali razem a zwrotkami się dzielili po równo.

Reszta zespołu w partiach instrumentalnych wznosiła się na wyżyny swoich możliwości. Każdy miał prawo i okazje się zaprezentować w krótkich popisach. Sam Santana brylował w każdym utworze, grając ogniste solówki na swojej Red Guitar, w swoim nieporównywalnym stylu. W utworze Exodus na scenę zostali zaproszeni muzycy Yothu Yindi i solo odegrał Aborygen na swojej rurze. Było solo basisty z Holandii Benny'ego Rietvelda, który został sam na scenie, potem okazję mieli popisać się perkusiści, kiedy zostali w trójkę. Dennis Chambers to "regularny" perkusista i sądziłem, że ten gruby Murzyn szybko się spoci i nie będzie dawał rady a jednak przez cały koncert dobrze sobie radził. W kulminacyjnym momencie Truth Don't Die wybijał tylko rytm a jego dwaj koledzy szaleli. Działo się to w tym samym utworze, który rozpoczął Benny solem na basie. Najpierw popis dał Raul Rekow obijając porządnie dłońmi conga. Gdy odpadł, na pierwszy plan wysunął się Karl Perazzo masakrując swoje bębny i przeszkadzajki. Po zakończeniu, został sam Dennis i jeszcze długo wybijał rytm nie robiąc absolutnie nic innego. I trochę przesadził bo zaczęło to być nużące. Wreszcie zagrał kilka przejść, pokazał jaką ma "stopę", wytarł łysą głowę, napił się i skończył. Trochę rozczarował porównawszy do jego kolegów. Pozostali muzycy z sekcji dętej: Bill Ortiz na trąbce i Jeff Cressman na puzonie zeszli z podestu na kilka dźwięków troszkę później. Chester Thompson na klawiszach brylował w początkowych fragmentach koncertu. A Myron Dove - dreadowiec z gitarą to nie wiem po co tam był z nimi. Trzymał cały czas akustyka w reku a słychać go nie było w ogóle. Utwór Maria Maria rozpoczął w hiszpańskim stylu jakiś Rene Ramirez ale nie wiem kto to jest. Potem się już nie pojawił. Oczywistym hitem był utwór Smooth poprzedzony spokojnym wstępem Carlosa. Wszyscy się poderwali z miejsc a ochroniarze latali jak koty z pęcherzem żeby wszystkich usadzać na miejsca. Przy bisach już jednak nie dali rady. Debile.

Wszystkie utwory były bardzo, bardzo długie, wiele połączonych ze sobą co sprawiało, że koncert przebiegał super. Wiele aranżacji zmienionych, żadnych odgrywek z płyty. Nie było dłużyzn, a jednak grali ponad 160 minut! Naprawdę nie można było chcieć więcej.

No może jednak dodałbym osobiście kilka starszych kawałków, których się nie doczekałem. Nawet się już pogodziłem, że się nie doczekam na nic. A jednak na bisy Chester wprowadził znajome dźwięki i rozpoczął się najlepszy moment: Black Magic Woman połączone potem z Gypsy Queen i Oye Como Va. Nie wiem ile to trwało ale bardzo długo. Wtedy już staliśmy i można było poczuć atmosferę prawdziwego koncertu. W ostatnim Jingo Carlos przedstawił cały zespół i każdy jeszcze raz zagrał kilkusekundowe solówki. A Carlos odmówił mantrę o pokoju, harmonii i jedności.

Koncert więc okazał się rewelacyjny pod każdym względem. Nawet zezwolono na robienie zdjęć no ale kiedy bilet kosztuje $146.50 to można sobie pozwolić na takie ustępstwa.

Carlos Santana – g, voc

Tony Linsday – voc

Andy Vargas – voc

Benny Rietveld – b

Dennis Chambers – dr

Raul Rekow – cng

Karl Perazzo – perc

Bill Ortiz – tp

Jeff Cressman – tb

Chester Thompson – k

Myron Dove – g

 

Spiritual/Yaleo

Love Of My Life

Put Your Lights On

Aye Aye Aye

Victory Is Won

Rene Intro/Maria Maria

Foo Foo

Exodus

Supernatural Thing

Why Don’t You & I

The Game Of Love

Adouma

Intro/Truth Don’t Die 

Apache/Smooth/Dame Tu Amor  

 

Black Magic Woman/Gypsy Queen

Oye Como Va

Jingo

 

 

2004

 

42.

 

KTO: BUDGIE

SUPPORT: TSA

KIEDY: 5 marca 2004

GDZIE: Hala Wisły, Kraków

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy, Kevin

UWAGI: recenzja w polskiej prasie

 

 

 

No wreszcie! Uwielbiam Budgie i tak długo czekałem na możliwość ich zobaczenia. Po 22 latach znów przyjechali do Polski. Ustawiliśmy się przy samych barierkach i oczekiwaliśmy najpierw na występ TSA. Po krótkim, niezłym występie wyszli Budgie. Zagrali fajny koncert głównie ze względu na znakomity setlist. Zabrakło może ze dwóch, trzech moich ulubionych kawałków ale cała reszta to rewelacja. Odbiór popsuł słaby dźwięk gitary, który do nas nie docierał zbyt czysto no i ten nowy gitarzysta troszkę zbyt metalowy. Ale kompozycje obroniły się same. Byliśmy bardzo zadowoleni z tego koncertu.

 

Burke Shelley – b, voc

Simon Lees – g

Steve Williams – dr

 

Panzer Division Destroyed

Melt The Ice Away

Gunslinger

Crime Against The World

I Turned To Stone

Black Velvet Stallion

In For The Kill/Crash Course In Brain Surgery/Guts

Nude Disintegrating Parachutist Woman/Zoom Club

Napoleon Bona Part 1 & Part 2

 

Parents/Breadfan/Whiskey River

 

 

 

43.

 

KTO: HEY

SUPPORT: Brak danych

KIEDY: 27 maja 2004

GDZIE: Zalew, Złotoryja

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI: Koncert darmowy

 

Poszedłem się przejść nad zalew i kiedy dotarłem to montował się Hey. Nigdy wcześniej ich nie widziałem więc miałem okazję to zrobić. Spotkałem Słonia, wypiliśmy po piwku i wspólnie przegadaliśmy ten koncert. Nie pamiętam za dużo ale na pewno nie odstawili jakiejś kaszany. Było przyzwoicie choć oczywiście technicznie to jest to przedszkole. No ale to zespół stworzony do czegoś innego.

 

 

 

44.

 

KTO: RUSH

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 25 września 2004

GDZIE: T-Mobile Arena, Praga, Czechy

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy

UWAGI: Mam 40 minutowy bootleg video z tego koncertu.

 

 

Nie mogłem w to uwierzyć. Rush w Europie! Od 12 lat nie przyjeżdżali do Europy w ogóle. Ale teraz przyjechali i to z jaką set listą! Cały koncert trwał 3.5 godziny, a ostatnie 40 minut to jedno wielkie medley. Niesamowity koncert, niesamowity zespół i niesamowity setlist. Mieliśmy super miejsca i odbiór był znakomity. TT stwierdził, że to najlepszy obecnie zespół na świecie. Takiego warsztatu technicznego nie ma chyba żaden. Naprawdę. Po prostu szczeny nam opadły. Dojechaliśmy na ten koncert dzięki uprzejmości Maxa Wojdyły i jego kolegi. Oni też nie mogli uwierzyć w to, co zobaczyli. Jeden z najlepszych koncertów jakie widziałem w życiu! Już od samego początku było rewelacyjnie. Wiązanka 7 kawałków po kolei z pierwszych 7 płyt, potem przegląd całej twórczości aż po wspomniany koniec z kulminacyjnym wykonaniem niesamowitego "La Villa Strangiato". Ten zespół jest po prostu niesamowity.

 

Geddy Lee – b, k, voc

Alex Lifeson – g

Neil Peart – dr

 

R-30 Medley:

     Finding My Way->

     Anthem->

     Bastille Day->

     A Passage To Bangkok->

     Cygnus X-1 (Prologue)->

     Hemispheres (Prelude)

The Spirit of Radio

Force Ten

Animate

Subdivisions

Earthshine

Red Barchetta

Roll The Bones

Bravado

YYZ

The Trees (I Feel Fine & Day Tripper ending)

The Seeker

One Little Victory

 

Tom Sawyer

Dreamline

Secret Touch

Between the Wheels

Mystic Rhythms

Red Sector A

Drum Solo

Resist (acoustic-Geddy and Alex)

Heart Full of Soul (acoustic-Geddy/Alex/Neil)

2112 (Overture/Temples of Syrinx/Grand Finale)

La Villa Strangiato (Lerxst rant)

By-Tor and the Snow Dog (abbreviated)->

Xanadu(abbreviated)

Working Man (reggae ending)

 

Summertime Blues

Crossroads

Limelight

 

 

2005

 

45.

 

KTO: WISHBONE ASH

SUPPORT: Lech Janerka

KIEDY: 25 czerwca 2005

GDZIE: Plac Defilad, Warszawa

KTO BYŁ ZE MNĄ: Kevin

UWAGI: Koncert darmowy

 

®http://www.webserves.com/slipkid/p-ash.html

 

 

I znów mi się poszczęściło. Od 1995 polowałem na Wishbone Ash i wreszcie ich dorwałem. Wiedziałem czego mogę się spodziewać i dlatego byłem przygotowany odpowiednio. Zagrali jak zwykle przyzwoicie ale dobrą rzeczą okazał się repertuar. Może nie było wszystkiego, co bym sobie życzył ale i tak w większości mnie zadowolili. Na początku zjarał się jakiś wzmacniacz i musieli coś naprawić. Nowy gitarzysta sprawdził się. Po koncercie dostałem autograf od Andy'ego. Bardzo miło wspominam ten koncert. Wishbone Ash to jednak klasa. Piękne numery mają.

 

Andy Powell – g, voc 

Jyrki 'Muddy' Manninen - g 

Ray Weston - dr

Bob Skeat – b, voc

 

In the Skin

Wait Out the Storm

Helpless

Ancient Remedy

Vas Dis

The King Will Come

Throw Down the Sword

The Pilgrim

Persephone

Sometime World

Rock'n'Roll Widow

Almighty Blues

Living Proof

Blowin' Free >  

 Bad Weather Blues >   

 Where Is The Love

 

Ballad Of The Beacon

Jail Bait

 

 

2006

 

46.

 

KTO: PIERSI

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 24 marca 2006

GDZIE: ZOK, Złotoryja

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI:

 

 

Koncert charytatywny dla Bartka więc trzeba iść a poza tym zawsze śmieszył mnie Kukiz, choć już kilka razy mnie bardzo rozczarował. Dla wielu był to zapewne świetny koncert, ja sobie siedziałem obok Ani Karolak i po prostu miło spędziłem czas. Grepsy i zagrywki Kukiza nie robią już na mnie wrażenia ale ogólnie trzeba przyznać, że ten występ nawet wyszedł.

 

 

 

2007

 

 

47.

 

 

KTO: BUDGIE

SUPPORT: Brak danych

KIEDY: 14 kwietnia 2007

GDZIE: Klub Studio, Kraków

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy

UWAGI: Wejście na zaproszenie!

 

Budgie – moja miłość. Tak się zaangażowałem w ich forum i stronę, że zostało to docenione i zostałem oficjalnie zaproszony przez perkusistę na ten koncert. Weszliśmy więc sobie za darmo, a po koncercie spotkaliśmy się z zespołem. Podpisali nam płyty, zrobiliśmy sobie zdjęcia ale nie starczyło czasu żeby iść na piwo. Umówilismy się na 2008. Ja niestety o mało co i bym nie pojechał w ogóle. Dopadła mnie straszna angina i ledwo żyłem, zalewany gorączką. Bardzo mi to popsuło koncert ale nie na tyle żeby nie móc się nim cieszyć. Oczywiście promowali nową płytę i z niej wybrzmiało kilka numerów ale przy starych kawałkach czuć było prawdziwe Budgie. Koncert może nie rewelacyjny ale na pewno poprawny i rzetelny.

 

 

Burke Shelley – b, voc

Simon Lees – g

Steve Williams - dr

 

 

Panzer Division Destroyed       

Guts

Dead Men Don't Talk

Melt The Ice Away

Justice

I Turned To Stone

Falling

Parents

Tell Me Tell Me

In For The Kill/Crash Course In Brain Surgery/Hot As A Docker's Armpit

Nude Disintegrating Parachutist Woman/Zoom Club

Napoleon Bona Part 1 Part 2

 

Breadfan/Whiskey River

 

 

48.

 

KTO: VAN DER GRAAF GENRATOR

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 22 kwietnia 2007

GDZIE: Klub Studio, Kraków

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy

UWAGI: recenzja w polskiej prasie

 

 

Bardzo słaby koncert. Byłem mocno zawiedziony. Spodziewałem się dużo więcej. Strasznie smędzili i tylko momentami można było coś wyłuskać. Wynudziłem się na tym koncercie bardzo. Później nawet nie wyszli żeby podpisać płyty i w ogóle największą stratą był brak Jacksona. Bez jego saksu, to nie to samo. W dodatku repertuar był słabo dobrany. Tuż przed rozpoczęciem koncertu ktoś z sali krzyknął "Killer!", a Hammill spokojnie odparł: "Not today". I rzeczywiście oprócz "Man-Erg", nie zagrali nic z tego, na co czekałem. Kiepsko.

 

Peter Hammill – g, voc, k

Hugh Banton – k

Guy Evans – dr

 

 

Childlike Faith in Childhood’s End
Place To Survive
La Rossa
Black Room / Every Bloody Emperor
Specs
Gog
Meurglys III
The Sleepwalkers
Man-Erg

Refugees

 

49.

 

KTO: FOCUS

SUPPORT: Symphony

KIEDY: 16 czerwca 2007

GDZIE: Mega Club, Katowice

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy

UWAGI: Koncert przełożony z 5 maja

 

 

Super koncert. Bardzo byłem zadowolony. Mały klub w nieciekawej dzielnicy ale koncert się udał. Głównie dzięki znakomitemu młodemu gitarzyście, który odgrywał rolę Akkermana rewelacyjnie. Aż wpędził w kompleksy TT, który podszedł później do niego pogadać. Zagrali wszystko czego chcieliśmy i po staremu. Nie było silenia się na bycie na topie choć grali też nowy materiał. Jednak jest tak zrobiony, że ciężko go odróżnić od starych rzeczy. Po koncercie wszyscy się nam podpisali i mieliśmy sesję zdjęciową. Dobry koncert i wrażenia nie zatarł nawet fakt, że całą drogę z Katowic wracałem bez hamulców. Była to moja ostatnia podróż "Laguną".

 

Thijs Van Leer – voc, k, fl

Pierre Van Der Linden - dr

Bobby Jacobs - b

Niels van der Steenhoven - g

 

 

Sylvia's Stepson

House of the King

Tamara's Move/Focus 7

Aya-Yuppie-Huppie-Yee

Eruption

Sylvia

Focus 3/Focus 2

Black Beauty

La Cathedrale de Strasbourg

Harem Scarem

Ode to Venus

Hocus Pocus

 

Brother

Sylvia/Hocus Pocus

 

 

2008

 

 

50.

KTO: GURU GURU

SUPPORT: BIRTH CONTROL

KIEDY: 28 marca 2008

GDZIE: Malzhaus, Plauen, Niemcy

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI: Koncert pod hasłem "Gamma Ray spotyka Elektrolurch"

Bardzo dobry koncert. To od razu trzeba powiedzieć. Warto było jechać prawie 400km niemieckimi autostradami na moje pierwsze w życiu spotkanie z krautrockiem. Kiedy go poznałem w 1994 roku, od dawna było już dawno po nim. W życiu nie przypuszczałem, że kiedykolwiek zobaczę na żywo jakiś występ krautrockowy, a tym bardziej prawie 15 lat później! A jednak. I to od razu dwa świetne zespoły i dwa świetne koncerty. Najpierw mocno rockowy Birth Control w znakomitym secie. Kilka hiciorów plus niekończące się solówki rozciągające numery do maksimum. Stałem około pół metra od sceny bo i klub w starym zamku nieduży. Po półgodzinnej przerwie zainstalowali się typowi przedstawiciele kwasowego krautrocka. Choć zagrali dwa numery w starym stylu to większość jednak zabrzmiała bardziej rockowo z dużymi wpływami azjatyckimi. Liczyłem na trochę więcej space rocka ale i tak dwa kawałki i można było poczuć ten klimat. Piękne sprzężenia, jednostajny puls basu, pokręcony rytm i słowa nie śpiewane ale oczywiście mówione. No i odpowiedni tytuł: "Space Baby". Oba zespoły prowadzą perkusiści więc nie zabrakło niezłych solówek. Przy okazji sam stałem się gwiazdą wieczoru kiedy po klubie rozeszła się wiadomośc, że specjalnie na ten występ przyjechałem z Polski. A powiedziałem to tylko gitarzyście Birth Control. Był mocno zaskoczony i rozpowiedział to pozostałym, tak że kiedy brałem autografy od Maniego to już mnie skojarzył, a kiedy kupowałem plakat to już mnie zapraszali na koncert do Berlina. Współczuli, że muszę po koncercie wracać taki kawał do domu przez całą noc. Ale dojechałem na 5 rano. Nie żałuję w ogóle.

              BIRTH CONTROL

Bernd Noske – dr, voc

Hannes Vesper - b

Peter Engelhardt – g

Sascha Kühn – k

 

 

The Work Is Done

Hope

Trial Trip

Alsation

A Night Of It

Like Nothing Ever Changed

Gamma Ray

 

Back From Hell

 

               GURU GURU

 

Hans Reffert - g
Peter Kühmstedt - b
Mani Neumeier - dr, voc
Roland Schaeffer - sax, g, nadaswaram, voc

 

 

Dark Blue Star

Iddli Killer

Read Air

Wonderland

Living In The Woods

Space Baby

Izmiz

Pow Wow

Kleines Pyjama

Jet Lag

Ooga Booga

 

Incarnation Stomp

Der Elektrolurch

 

Johnny Filter

 

 

 

51.

 

KTO: Ted NUGENT

SUPPORT: The Quireboys

KIEDY: 14 lipca 2008

GDZIE: IndigO2, Londyn, Anglia

KTO BYŁ ZE MNĄ: Paweł Poniewski

UWAGI:

 

 

Bardzo dobry koncert. Ted w niezłej formie, oprawa też odpowiednia, miejsce bardzo przyjemne, zero ścisku pod sceną więc można sobie podejść. Ted zaskakiwał jak zwykle śmiesznymi zapowiedziami, oberwało się Anglikom i tradycyjnie Murzynom. W ostatnim kawałku naturalnie wyszedł z pióropuszem i łukiem i oddał strzał płonącą strzałą w gitarę. Jeśli chodzi o muzykę to wszystko było poprawnie. Kawał niezłego gitarzysty z niego. Poniżej kilka zapowiedzi z tej nocy:

 

"Thanks for invading Normandy, we appreciate your help on that one!"

"I understand London has a knife problem? Well isn't that a shame? You know why you've got a knife problem don't you? Because you took everyones' guns away! If you all had guns you could shoot the motherfucker with the knife! You dumb motherfuckers."

"In Detroit we don't have a knife problem. Motherfuckers with knives have a Ted problem. BANG! Oh, better call 911. 9, BANG!, 1, BANG!, 1, BANG! You might want to bring a dustpan and broom, there's a pile of shit on the floor"

"That motherfucker ain't knifing anyone ever again! That would be a deterrent."

"You remember I brought up that Normandy shit? That's when you'll had a scrotum. You remember the scrotum? Hanging there between Churchills legs. We brought some spare scrotums from Detroit, we'll loan them to you."

"The first time I came here, I was a little black kid, about yay high. Don't laugh at my black ass!"

"You remember I mentioned my past. When I wrote this lick I was about yay high by that point, it was right after I invented afro-sheen."

"We could play all night for you. Because it's not like you've got a curfew, is it?
Might be a guy with a knife outside!"

 

Ted Nugent – g, voc

Greg Smith – b, voc

Mick Brown – dr

 

 

 

Snakeskin Cowboys

Wango Tango

Free-For-All

Stormtroopin'

Dog Eat Dog

KLSTRPHKME

RawDogs WarHogs

I Need You Bad

Weekend Warrior

Wang Dang Sweet Poontang >

Mockingbird >

Johnny B. Goode >

Wang Dang Sweet Poontang

Love Grenade

Baby Please Don't Go >

Geronimo And Me >

Baby Please Don't Go

Soul Man

Hey Baby

Cat Scratch Fever

Stranglehold

 

Great White Buffalo

 

 

52.

 

KTO: MAN

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 19 lipca 2008

GDZIE: Half Moon, Londyn, Anglia

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI:

 

 

Koncert odbył się w małym klubie-pubie na południu Londynu. Siedziałem sobie przy stoliku, do którego przysiadł się jeszcze jakiś facet. Wypiłem browara i posłuchałem sobie prawdziwego bluesa. Nie mogłem doczekać do końca bo koncert się opóźnił i nie zdążyłbym na ostatni pociąg. Generalnie przeciętny koncert, nawet chyba spodziewałem się czegoś więcej. Po 40 minutach zagrali dopiero 4 kawałki więc można się domyślić, że było bluesowo.

 

George Jones - g, voc

Josh Ace - g, voc

Phil Ryan - k, voc

Martin Ace - b, voc

Bob Richards - dr, voc

 

Love Your Life
Something Is Happening

All Alone
Sudden Life
Man Of Misery
C'Mon
Many Are Called But Few Get Up
Romain
Shit On The World

 

Bananas

Spunk Rock

 

 

53.

 

KTO: BUDGIE

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 22 lipca 2008

GDZIE: The Underworld, Londyn, Anglia

KTO BYŁ ZE MNĄ: Paweł Poniewski

UWAGI:

 

 

 

Kolejny raz poszedłem na Budgie. Koncert tym razem w londyńskim klubie na Camden. Czuć wspaniałą atmosferę koncertów, które tam miały miejsce. Ludzi całkiem sporo. Zaczęliśmy na balkonie bo PP się trochę spóźnił ale potem dopchaliśmy się pod samą scenę. PP donosił browary, a koncert ze względu na miejsce wg mnie był fajny. Nie zaskoczyli niczym nowym, nawet setlist już ograny ale miło było znaleźć się niecałe pół metra od sceny i móc obserwować chłopaków podczas koncertu.

 

 

Craig Goldy - g

Burke Shelley - b, voc

Steve Williams - dr

 

 

Whiskey River

Panzer Division Destroyed

Dead Men Don't Talk

Guts

I Turned To Stone

Justice

Falling

Parents

In For The Kill/Crash Course In Brain Surgery/Hot As A Docker's Armpit

Nude Disintegrating Parachutist Woman

Zoom Club

Napoleon Bona Part 1 & Part 2

 

Time To Remember

Breadfan

 

 

54.

 

KTO: JEFFERSON STARSHIP

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 31 lipca 2008

GDZIE: 100 Club, Londyn, Anglia

KTO BYŁ ZE MNĄ: Paweł Poniewski

UWAGI:

 

 

Klub 100 to też znane koncertowe miejsce w Londynie. Poszedłem z PP bez biletów i byliśmy zaskoczeni, że aż takie tłumy się zebrały. Na schodach PP odkupił bilet od jakiegoś gostka, który nie mógł iść na ten koncert. Sprzedał mu oczywiście taniej. Ja zakupiłem po oficjalnej cenie i już nawet brakło wydrukowanych. W klubie walnęliśmy kilka browarów i zasiedliśmy sobie na rogu sceny. I tak przesiedzieliśmy cały koncert! Obok nas solówki wycinał gitarzysta. Fajnie się oglądało ten występ ale oczywiście nie był to koncert powalający na kolana. Mimo wszystko spędzić wieczór na scenie z legendą psychodelii to jest wyczyn!

 

 

Cathy Richardson - voc

David Freiberg - voc, g

Paul Kantner – g, voc

Mark "Slick" Aguilar - g

Chris Smith - k

Donny Baldwin - dr

 

 

Somebody To Love

All Fly Away

Let's Get Together

Lawman

Lather

DCBA-25

White Rabbit

Fresh Air

Pastures Of Plenty

Cowboy On The Run

 

Chimes Of Freedom

Follow The Drinking Gourd

Kisses Sweeter Than Wine

I Ain't Marching Any More

Making a List (CR song)

Sunrise

Have You Seen The Stars Tonite?

Fast Buck Freddy

Pride Of Man

Hyperdive

Wooden Ships

 

Imagine / Redemption Song

The Ballad of You & Me & Pooneil

 

 

55.

 

KTO: The URGES

SUPPORT: The Bacchae, Bubblegum Screw

KIEDY: 8 sierpnia 2008

GDZIE: Dirty Water Club, Londyn, Anglia

KTO BYŁ ZE MNĄ: Paweł Poniewski, Basia Wójcik

UWAGI:

 

 

To nie było planowane wyjście na ten konkretny koncert tylko PP mnie namówił na wizytę w kolejnym kultowym londyńskim klubie. Tym razem w północnym Londynie, tam gdzie podobno debiutowali nikomu nieznani The White Stripes. Ten wieczór miał być wypełniony zespołami grającymi a la The Kinks, czyli lata 60. I tak w rzeczywistości było. Dwie rozgrzewające kapele zaprezentowały się przyzwoicie a gwiazda wieczoru miał być irlandzki The Urges. Akurat miałem kamerę więc sam stworzyłem film, który wrzuciłem na YouTube. Na występ Irlandczyków dołączyła do nas Basia. Ogólne wrażenie było pozytywne.

 

Jim Walters - voc

Gary Clarke - k

Glen Lee Flynn - g

Ken Mooney - dr

Ross McGee – b

 

Fragment koncertu z Dirty Water Club -

 

56.

 

KTO: ACID MOTHER TEMPLE

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 12 sierpnia 2008

GDZIE: Madame Jo-Jo, Londyn, Anglia

KTO BYŁ ZE MNĄ: Paweł Poniewski

UWAGI:

 

 

I jeszcze jeden londyński klub. Tym razem na Soho. Ani ja ani PP nie byliśmy tam nigdy przedtem. W dodatku ja nie znałem nawet tego japońskiego zespołu, który miał tam grać. Muszę przyznać, że to okropny obciach. Chłopaki grają coś, co powinienem bezdyskusyjnie znać. Połączenie Gong i Hawkwind a wszystko polane mocnym, hardrockowym sosem. Jak dla mnie rewelacja! To był ostatni koncert tej trasy. Malutki klub pekał w szwach i tak weszliśmy już bez biletów (tylko za kasę) bo brakło wydrukowanych. W dodatku weszliśmy kiedy już trwał pierwszy kawałek. Działo się sporo na tym koncercie. Dziewczyna na perkusji wyczyniała cuda, na basie chyba jakiś kuzyn Wettona, a cały szef czyli Kawabata Makoto na koniec rozpierdzielił swojego Fendera. Chwyciłem część i zacząłem ciągnąć w swoją stronę. Ciągnąłem tak mocno, że struny wbiły mi się w ręce i przecieły skórę. Ale pękły struny i zdobyłem główkę gitary. Na YouTube można zobaczyć ten moment kiedy Kowabata żegna się ze swoją gitarę i widać jak sięgam po rzuconym w tłum jej strzępem (na środku sceny, w białej koszulce). Zdobyłem jeszcze pałeczkę na koniec. Sam koncert był dla mnie rewelacją.

 

Kawabata Makoto – g, voc

Higashi Hiroshi – k, g, voc

Tabata Mitsuru – b, voc

Shimura Koji – dr

Pikachu – dr, voc

 

Master Of The Cosmic Inferno

Heart Of Earth

Ecstasy Into The Cosmic Inferno

Pink Lady Lemonade Pt1

Do You Like Space Disco?

Pink Lady Lemonade Pt2

OM Riff From The Cosmic Inferno

Pikachu Improv

 

God Bless AMT

 

 

2009

 

 

57.

KTO: BUDGIE

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 2 maja 2009

GDZIE: Od Zmierzchu Do Świtu, Wrocław

KTO BYŁ ZE MNĄ: Basia Wójcik

UWAGI:

 

 

Budgie po raz kolejny ale tym razem w ohydnym klubie we Wrocławiu. Koncert rockowy pod łukami to jak dla mnie nieporozumienie. Nie dość, że klub zapchany a w środku ludzie palą, to w dodatku przez te łuki część ludzi w ogóle nic nie może zobaczyć. Co do samej muzy, to standard. Chłopaki odgrywają ten sam setlist od jakiegoś czasu i przez to nie zaskakują. Ale fajnie kolejny raz posłuchać tych kilka świetnych numerów. Basia też była zadowolona.

 

Craig Goldy – g

Burke Shelley – b, voc

Steve Williams – dr

 

Panzer Division Destroyed

Guts

Dead Men Don't Talk

Melt The Ice Away

Justice

I Turned To Stone

Falling

Parents

In For The Kill/Crash Course In Brain Surgery/Hot As A Docker's Armpit/In For The Kill

Nude Disintegrating Parachutist Woman

Zoom Club

Napoleon Bona Part 1&2

 

Breadfan/Whiskey River/Breadfan

 

 

Przy okazji muszę wspomnieć o liście, który napisałem do byłego gitarzysty Budgie – Tony Bourge'a w grudniu 2008. Tony jest na emeryturze od wielu lat ale udało mi się znaleźć jego adres domowy w Cardiff i poprosiłem go o autograf na okładce, którą mi podpisali już wcześniej Burke i Steve. Tony odpisał, podpisał okładkę a nawet przesłał swoją płytkę z nagraniami domowymi.

 

 

58.

KTO: BRUCE/TROWER/HUSBAND

SUPPORT: Joanne Shaw Taylor

KIEDY: 5 sierpnia 2009

GDZIE: O2 Shepherds Bush Empire, Londyn, Anglia

KTO BYŁ ZE MNĄ: Paweł Poniewski

UWAGI:

 

 

Koncert absolutnie nie był dla mnie rewelacją tak jak zapewniają na forach fani któregoś z panów. Ja się strasznie wynudziłem i... zmarzłem. Klimatyzacja była rozkręcona na maxa i wiało prosto na mnie. A wynudziłem się z powodu długich jamów, które nam zaserwowali na scenie. Gdyby było w tym więcej ikry, to może by i fajnie to brzmiało ale goście po prostu smucili. Numery Creamów też nie powalały i ogólne moje wrażenie to spore rozczarowanie. Całe szczęście, że przetrzymaliśmy Murzyna z biletami do samego końca i weszliśmy za jedyne £20.  

 

Robin Trower – g

Jack Bruce – b, voc

Gary Husband – dr

 

Seven Moons
Lives of Clay
Distant Places of the Heart
Sunshine of your Love
Carmen
Perfect Place
We're Going Wrong
So Far to Yesterday
Just Another Day
The Last Door
Bad Case of Celebrity
Come to Me
White Room

Politician.

 

59.

KTO: UFO

SUPPORT: The Bulletmonks

KIEDY: 22 listopada 2009

GDZIE: W-Z, Wrocław

KTO BYŁ ZE MNĄ: Basia Wójcik

UWAGI:

 

 

Bardzo fajny koncert tym razem w fajnym klubie. Znów był ścisk ale udało się nam dostać pod scenę. Widoczność niezła, nagłośnienie również. Nie wiedziałem czego się spodziewać, czy nostalgicznego odcinania kuponów od sławy, zarabiania pieniędzy czy mocnego rockowego koncertu. Wyszło to ostatnie, głównie dzięki fantastycznej grze Vinnie Moore'a. Ale Phil też w niezłej formie. Nowe kawałki może nie porywają ale stare numery Schenkera wyzwalały iskry. Najlepiej dla mnie wypadł "Love To Love", co mnie nawet zaskoczyło. W Rock Bottom, na który czekałem, Vinnie trochę pojechał, że aż zanudził trochę Basię. Ale popisy były efektowne (nawet grał za głową). Dziwne tylko było to, że zabrakło "Doctor, Doctor".

 

Phil Mogg - voc,

Vinnie Moore - g

Rob De Luca - b

Andy Parker - dr

Paul Raymond - k, g, voc

 

Saving Me
When Daylight Goes To Town
Mother Mary
Let It Roll
I'm A Loser
Cherry
Hell Driver
Only You Can Rock Me
Ain't No Baby
Love To Love
Mystery Train
Too Hot Too Handle
Lights Out


Rock Bottom

 

Shoot Shoot

 

2014

60.

KTO: URIAH HEEP

SUPPORT:

KIEDY: 1 maja 2014

GDZIE: Wyspa Słodowa, Wrocław

KTO BYŁ ZE MNĄ: Basia Droń

UWAGI: Festiwal "Thanks Jimi"

 

 

Mick Box - g, voc

Bernie Shaw - voc

Phil Lanzon - k, voc

Russell Gilbrook - dr

Davey Rimmer – b

 

 

Against the Odds

Overload

Sunrise

Stealin'

I'm Ready

Between Two Worlds

Gypsy

Look at Yourself

July Morning

 

Lady in Black

 

61.

KTO: ERIC BURDON

SUPPORT:

KIEDY: 1 maja 2014

GDZIE: Wyspa Słodowa, Wrocław

KTO BYŁ ZE MNĄ: Basia Droń

UWAGI: Festiwal "Thanks Jimi"

 

 

 

Eric Burdon - vocals
Billy Watts - guitar
Terry Wilson - bass
Red Young - Hammond B3
Tony Braunagel - drums
Wally Ingram – percussion

 

When I Was Young

Inside Looking Out

Water

Don't Let Me Be Misunderstood

Spill the Wine

Wait

Black Dog

We've Gotta Get Out of This Place

River Is Rising

I Believe to My Soul

Bo Diddley Special

It's My Life

The House of the Rising Sun

 

I'm Crying

 

62.

KTO: RAY WILSON

SUPPORT: Naked Canvas

KIEDY: 31 maja 2014

GDZIE: Zalew, Złotoryja

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy

UWAGI: Dni Złotoryi

 

 

Ray Wilson - voc

Ali Ferguson - g

Darek Tarczewski – k, p

Ashley MacMillan - dr

Lawrie MacMillan - b

Steve Wilson - g

Barbara Szelągiewicz - viol

Alicja Chrząszcz - viol

Marcin Kajper - sax

 

Turn it on Again
That's All
Another Paradise
Wait for Better Days
Another Coffee
Carpet Crawlers
First Day of Change
No Son of Mine
Invisible Touch
Congo
Inside
More Than a Memory
Not About Us
Follow you
Change
Solsbury Hill
Ripples
Ala vs Basia
Land of Confusion
Mama

Calling All Stations
American Beauty

I Can't Dance

 

 

2015

63.

KTO: TSA

SUPPORT:

KIEDY: 29 maja 2015

GDZIE: Rynek, Złotoryja

KTO BYŁ ZE MNĄ: Basia Droń

UWAGI: Dni Złotoryi

 

      www.tsa.com.pl

Marek Kapłon - dr
Stefan Machel - g
Janusz Niekrasz - b
Andrzej Nowak - g
Marek Piekarczyk – voc

 

 

Maratończyk
Chodzą ludzie
Spółka
Zwierzenia Kontestatora
51
To nie jest proste
Biała śmierć
Jestem głodny

Tratwa
Bez podtekstów
Plan życia
Alien
Ty - On - Ja
Heavy Metal Świat

Wpadka
Mass media

 

Kocica

Trzy zapałki

 

2016

64.

KTO: AC/DC

SUPPORT: Tyler Bryant & The Shakedown

KIEDY: 19 maja 2016

GDZIE: Ernst Happel Stadion, Wiedeń, Austria

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy

UWAGI:

 

 

Axl Rose – voc

Angus Young - g

Steve Young - g

Cliff Williams - b

Chris Slade - dr

 

Rock or Bust

Shoot to Thrill

Hell Ain't a Bad Place to Be

Back in Black

Got Some Rock & Roll Thunder

Dirty Deeds Done Dirt Cheap

Rock 'n' Roll Damnation

Thunderstruck

High Voltage

Rock 'n' Roll Train

Hells Bells

Given the Dog a Bone

If You Want Blood (You've Got It)

Sin City

You Shook Me All Night Long

Shot Down in Flames

Have a Drink on Me

T.N.T.

Whole Lotta Rosie

Let There Be Rock

 

Highway to Hell

Riff Raff

For Those About to Rock (We Salute You)

 

65.

KTO: BLACK SABBATH

SUPPORT: Rival Sons

KIEDY: 2 lipca 2016

GDZIE: Tauron Arena, Kraków

KTO BYŁ ZE MNĄ: Tommy Tummy, Kevin

UWAGI:

 

 

Ozzy Osbourne - voc

Tony Iommi - g

Geezer Butler - b

Tommy Clufetos - dr

 

Black Sabbath

Fairies Wear Boots

After Forever

Into the Void

Snowblind

War Pigs

Behind the Wall of Sleep

N.I.B.

Hand of Doom

Rat Salad

Iron Man

Dirty Women

Children of the Grave

 

Paranoid

 

66.

 

KTO: KING CRIMSON

SUPPORT: Nie było

KIEDY: 21 września 2016

GDZIE: Narodwe Forum Muzyki, Wrocław

KTO BYŁ ZE MNĄ: Nikt

UWAGI:

 

 

Robert Fripp - g, k

Jakko Jakszyk - g, fl, voc

Mel Collins - fl, sax, oboe,

Tony Levin - b, stick,

Pat Mastelotto - dr,

Gavin Harrison - dr,

Jeremy Stacey - dr, k

 

Hell Hounds of Krim

Lizard - The Battle of Glass Tears

Radical Action II

Level Five

A Scarcity of Miracles

Red

Cirkus

Fracture

Epitaph

Interlude

The Talking Drum

Larks' Tongues in Aspic, Part Two

Devil Dogs of Tessellation Row

VROOOM

The Light of Day

In The Court of the Crimson King

The ConstruKction of Light

Meltdown

The Letters

Sailor's Tale

Starless

 

Banshee Legs Bell Hassle

Heroes

21st Century Schizoid Man