Powrót
   

PÓŁWYSEP IBERYJSKI 2004

 

Czas: 12 czerwca 2004 – 19 czerwca 2004

Miejsce: Lubliniec – Katowice – Frankfurt – Lizbona – Evora – Kadyks –

            Gibraltar – Segres – Lizbona – Frankfurt – Katowice - Lubliniec

Osoby: Tommy Tummy (24, Lubliniec), Dawid "Profi" Droń (29, Złotoryja)

Cel: mecz ME, zwiedzanie miast Portugalii, Hiszpanii i wizyta w Gibraltarze

Koszt: €225/os. + bilety lotnicze (darmowe)

 

 

Dzień 1 – 12 czerwca 2004 – sobota

 

         DALEJ NA ZACHÓD SIĘ NIE DA

 

Obudził mnie telefon od ojca. W sumie jeszcze trochę spania było no ale ja już nie dałem rady więc po chwili zebrałem się z wyrka. Mama już gotowa, śniadanko w trakcie. Ostatni wstał TT. Chwilę później już ojciec podjechał, a my znieśliśmy bagaże do samochodu. Pogoda okropna, deszcz leje i zimno.

 

Ojciec trasę wcześniej sprawdził więc nie musiałem się zbytnio przejmować którędy trzeba jechać. Nie jechaliśmy przez Tarnowskie Góry, tylko przez Kalety. Jechało się kiepsko bo padało no ale ruch nie był zbytnio duży bo to przecież bardzo wczesna pora.

 

Kiedy dojechaliśmy na lotnisko zdziwiła nas olbrzymia liczba samochodów. Nie było gdzie zaparkować. Wreszcie weszliśmy do terminalu. Kolejne zdziwienie, to liczba pasażerów na ten lot. Spora kolejka się ustawiła do odprawy. Było trochę zamieszania bo nie wiedzieliśmy czy są dwie czy jedna kolejka ale jakoś przyszła na nas kolej. Niestety nie udało się nam mieć miejsc obok siebie na lot do Frankfurtu, ale za to z Frankfurtu do Lizbony mieliśmy już mieć razem i przy oknie oraz nie nad skrzydłem żeby coś widzieć. Tak poprosiłem. Bagaże też mieliśmy mieć z głowy.

 

Po odprawie, rozpocząłem kręcenie filmu, kupiłem €20 w kantorze i byliśmy wolni. Lot był o 7.35, mieliśmy więc trochę czasu. Mama koniecznie chciała wejść na wieżę żeby zobaczyć jak odlatujemy. Podobno jest taki punkt widokowy w Pyrzowicach. Przeszli więc tam, a my przeszliśmy przez odprawę. Bez żadnych problemów, ale jak zwykle upierdliwe wyciąganie wszystkiego z kieszeni i zdejmowanie pasków od spodni.

 

W hallu widać już było naszą maszynę. Nie ma rękawa tylko wejście z ziemi. Po chwili otworzyli wejście i mogliśmy przejść do samolotu. Kiedy się odwróciłem, tłumy ludzi kłębiły się na wieży. Nasi Starzy też tam byli. Zapakowaliśmy się do samolotu. Kiedy odnaleźliśmy miejsca okazało się, że jesteśmy po dwóch stronach. Poprosiłem kolesia żeby się zamienił ale burak się nie zgodził. Siadłem więc na swoim miejscu obok buraka i jakiegoś szczeniaka co to pierwszy raz leciał i bał się. Pytał się cały czas co ma robić. Męczący był trochę.

 

Lot nam się przedłużył bo krążyliśmy z pół godziny nad Frankfurtem. Byłem trochę zniesmaczony bo bułka, którą dostałem zawierała "śmiertelną dla mnie dawkę" świeżego ogórka.

 

Po wylądowaniu przewieźli nas autobusem do wyjścia. Wiedzieliśmy, że odlot mamy z bramki A21 i choć mieliśmy aż 4 godziny czasu, chcieliśmy od razu tam przejść. Zajęło to nam ponad pół godziny. Niemcowi pokazałem dowód osobisty i bez problemu mnie puścił. Poczułem się obywatelem Unii Europejskiej. Po znalezieniu naszego miejsca nie pozostało nam nic innego niż czekać. TT siedział, a ja w tym czasie biegałem po lotnisku. Jednak po jakiejś godzinie znudziło mi się. Czekaliśmy więc na nasz lot. Obserwowaliśmy grupy kibiców przemieszczające się po lotnisku. Widzieliśmy Duńczyków, Szwedów, Szwajcarów. Jeden Chorwat zaczepił TT pytając o lot do Lizbony.

 

Potem ogłosili, że nasz lot się opóźni przez jakiś inny z Monachium, który miał opóźnienie. Zbierało się coraz więcej ludzi na nasz lot. Samolot był już dużo większy (Airbus A300) a i tak był prawie pełniutki. Na pokładzie grupy kibiców. Przed nami grupa cwaniaków z Francji oraz sporo Szwedów.

 

Jeszcze przed startem zapytałem obsługę którędy będziemy lecieć. Wskazał na mapie, że najpierw do Paryża, a potem prosto do Lizbony przecinając Zatokę Biskajską. Potem już szybko wystartowaliśmy i lot mijał nam przyjemnie. Wiedzieliśmy mniej więcej gdzie jesteśmy. Kiedy przelatywaliśmy nad Zatoką Biskajską, niebo już było czyściuteńkie. Ale po lewej stronie ujrzeliśmy nisko chmury a nad nimi ośnieżone szczyty Pirenejów. Spojrzałem na mapę i owszem było to możliwe do zobaczenia. Szczyty miały ponad 2,500m i były ostatnimi, skrajnymi szczytami Pirenejów.

 

Kiedy znaleźliśmy się już nad Lizboną, słychać było komentarze pasażerów na temat stadionów, które było dokładnie widać: czerwony Benfiki i zielony Sportingu. Wszyscy z nosami przy oknach patrzyliśmy na miasto. Pilot wziął szeroki łuk, wyleciał nad ocean i dopiero wtedy zniżył się po czym wylądował na lotnisku w Lizbonie.

 

Nie było żadnej kontroli paszportowej ale za to wyczekaliśmy się na bagaże. Podawali je w kilkunastominutowych odstępach. Zdenerwowało to Anglików, którzy już coś wypili a jeden z nich nie bacząc na zakaz palenia, palił sobie zadowolony. Grupa Szwajcarów stała z boku, nie prowokując wściekłych Anglików (wszak byli razem w grupie), a Szwedzi cierpliwie czekali na swoją kolej.

 

Kiedy udało się nam dostać bagaże, wyłożyliśmy je na wózek i pojechaliśmy szukać bankomatu i wypożyczalni samochodów. Bankomat znalazłem szybko, od razu wyciągnąłem €200, a i wypożyczalnia nie była daleko. Kiedy wjechaliśmy do hallu gdzie miały siedziby wszystkie firmy, jedna rzecz od razu rzuciła się nam w oczy. Przy Avisie, Hertzu, Europcarze były straszliwie długie kolejki, natomiast przy jednym stanowisku nie było absolutnie nikogo! To była firma Sixt, którą ja wybrałem. TT skwitował to jednym zdaniem: "Ale firmę wybrałeś..."

 

Podeszliśmy więc do gościa i pokazałem mu wydruk rezerwacji. Wszystko było w porządku. Dałem mu dokumenty, prawo jazdy i zaznaczyłem, że chcę wykupić pełne ubezpieczenie. Z moich wyliczeń wynikało, że z wszystkim mam zapłacić €201. Jednak pierwsze nieporozumienie dotyczyło Super CDW bo trzeba będzie zapłacić więcej niż €7 na dzień ponieważ dochodzi podatek. Machnąłem ręką ale wkurzył mnie kiedy poinformował, że nasze ubezpieczenie pokrywa wszystko oprócz złapania gumy, wybitej szyby i zepsutych zamków.

 

Jednak doszło do jeszcze ostrzejszej wymiany zdań kiedy poinformowałem go, że będziemy obaj prowadzić. Facet stwierdził, że ta usługa będzie nas kosztować dodatkowe €25. Kiedy pokazałem mu "quote" gdzie miało być tylko €15 powiedział, że to ich agent wymyślił a nie oni. Mnie to jednak nie interesowało i oznajmiłem mu, że zapłacę €15. Wtedy on zrobił coś niesamowitego i darował nam całkowicie opłatę za tę usługę! TT więc mógł jeździć za darmo. Podpisałem rachunek, który wyniósł nas €202 i dostaliśmy kluczyki od VW Polo. Wskazał nam drogę do garażu i to było na tyle.

 

Jednak my sobie utrudniliśmy sprawę ponieważ poszliśmy do garażu dla pracowników lotniska a nie do wypożyczalni. Zbaranieliśmy kiedy nie znaleźliśmy naszego samochodu. Zapytałem więc gościa, który tam pracował i on dopiero z ironicznym uśmiechem wskazał nam drogę.

 

Kiedy znaleźliśmy wóz, zaczęliśmy się pakować. Na szczęście samochód był czterodrzwiowy więc nie było najmniejszego problemu z zapakowaniem się. W tym czasie podszedł do nas facet i zaczął oglądać samochód i spisywać wszystko. Na koniec dał mi coś do podpisania. Bez słowa wyjaśnienia. Domyśliłem się o co chodzi ale nie rozmawialiśmy.

 

Byliśmy gotowi do wyjazdu z garażu na miasto. Sprawdziliśmy mapę, którą dostaliśmy i która na szczęście zawierała plan Lizbony. Jednak nie za bardzo wiedzieliśmy z której strony lotniska wyjedziemy. No cóż, nie było czasu ani sensu na zastanawianie się. Trzeba spróbować.

 

TT jako zdecydowanie lepszy kierowca wyjechał z garażu i od razu wpadliśmy w sznur samochodów. Ale szczęście nam dopisało gdyż od razu na pierwszym rondzie dostrzegliśmy drogowskaz na Sintrę. Wskoczyliśmy więc na drogę IC19, która tnie Lizbonę na pół i mknęliśmy nią na zachód. Zadowoleni, że udało się nam tak gładko wyjechać, przejechaliśmy obok stadionu Benfiki. Zorientowaliśmy się, że jest to również trasa, którą mamy dostać się jutro do Beaty. Zauważyliśmy zjazd, który nam narysowała ale my dalej jechaliśmy w kierunku Sintry. Ruch nie był duży ale wiedzieliśmy, że było to spowodowane meczem Portugalia-Grecja. Niestety nie znaliśmy wyniku.

 

Poczuliśmy się trochę pewniej bo wiedzieliśmy przynajmniej gdzie jedziemy. Dzisiaj chcieliśmy dojechać na Cabo da Roca czyli najdalej wysuniętego na zachód punktu w Europie. Nie mieliśmy jednak zamiaru wjeżdżać dziś do Sintry. Ale niestety szybko Portugalia sprowadziła nas na ziemię. Jeśli chodzi o oznakowanie dróg to chyba Albania i Mołdawia mają lepsze. Jechaliśmy na czuja, na rondach nie było znaków i tym sposobem wpierniczyliśmy się do Sintry. Wąskimi uliczkami jechaliśmy po prostu przed siebie. Ja kierowałem się zmysłem orientacji, że trzeba jechać na zachód bowiem to co widzieliśmy na drodze nie miało żadnego przełożenia na mapie.

 

Przejechaliśmy wąskimi i zabytkowymi uliczkami Sintry, jechaliśmy pod słynnym pałacem ale ani rusz żadnego drogowskazu na Roca. Kiedy wreszcie dojechaliśmy do rozwidlenia, na którym nie było drogowskazu na nic co miało dla nas sens, poddaliśmy się i wjechaliśmy w jakąś ślepą uliczkę. TT włączył awaryjne i usiedliśmy nad mapą. Z naszych ustaleń wynikało na logikę, że powinniśmy jechać w lewo ale aby być pewnym postanowiliśmy zasięgnąć rady miejscowych. Zjeżdżaliśmy więc powoli na luzie i napatoczyła się jakaś babka od strony TT. On jednak tak się zamotał, że zamiast otworzyć okno zamknął je i babka przeszła. Do tej pory nie rozszyfrował obsługi elektrycznych szyb w samochodzie. W dodatku zapomniał wyłączyć awaryjnych świateł.

 

Cofnęliśmy się więc kawałek do stacji benzynowej i tam ja zapytałem o Cabo da Roca. Utwierdzili nas w tym co się nam wydawało i dodali, że to ok. 8-9km. Jednak ostatnia uwaga nie była sympatyczna gdyż powiedział, że jest "liblina" i mało zobaczymy. Zastanawialiśmy się czy to "mgła" czy "pogoda" po portugalsku. Okazało się, że "mgła" ale troszkę inaczej to brzmi bo "neblina". I istotnie, nie zapowiadała się dobra widoczność.

 

Dumni, że wiemy gdzie jechać skierowaliśmy się na właściwą drogę. Zgodnie z mapą Cabo da Roca znajdowało się tuż przy wiosce o długiej nazwie. Kiedy więc zobaczyliśmy zjazd z drogi do tej wioski skierowaliśmy się tam. Ale oczywiście to był błąd. Zresztą trochę nam nie pasowało bo za wcześnie. Jednak przejechaliśmy się kawałek na marne.

 

Wróciliśmy na trasę i po rzeczywiście 8 km był wreszcie pierwszy drogowskaz na Cabo da Roca. Jednak chwilę później był rozjazd i znów bez znaków. TT upierał się, że trzeba było pojechać w lewo, ja sądziłem, że należy kontynuować jazdę. Jednak kiedy minęliśmy wioskę Azina, której na żadnej mapie nie było, zgłupieliśmy na dobre. Zupełnie nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i całkiem nas to wkurzyło. Przejechaliśmy Azinę i szukaliśmy miejsca do nawrócenia ale w tym czasie ujrzeliśmy... Cabo da Roca. Latarnia, parking i wreszcie znak. Udało się nam dotrzeć.

 

Pogoda się nie popisała. Mgła, silny wiatr, widoczność zerowa, kilku turystów przechadzających się pod krzyżem. Poszliśmy połazić, zrobiliśmy kilka zdjęć, wypiliśmy po Red Bullu żeby zabić zmęczenie, coś tam przekąsiliśmy. Jednak wiatr pizgał niemiłosiernie, że stwierdziliśmy, że pół godziny wystarczy w tym miejscu. W pewnej chwili byliśmy najdalej wysuniętymi Europejczykami na zachód.

 

Przylądek Roca (port. Cabo da Roca) - przylądek położony na Półwyspie Iberyjskim na terenie Portugalii, na zachód od Lizbony, stanowi najdalej na zachód wysunięty punkt lądu stałego Europy. Współrzędne geograficzne: 38°46'N, 9°30'W. Skalisty, wznosi się 144 m ponad poziom Oceanu Atlantyckiego. Na przylądku znajduje się latarnia morska.

 

Fot.1. Przylądek Roca.

 

Było już dość późno więc kolejna sprawa to znalezienie noclegu. Przygotowałem wykaz kempingów z internetu i skierowaliśmy się na najbliższy. Wiedzieliśmy mniej więcej gdzie jechać i nie było to daleko. Oczywiście jechaliśmy zgodnie z naszym przeświadczeniem, a nie opierając się o znaki i drogowskazy czy mapę. Z tej strony nie było w ogóle pomocy.

 

Kiedy odnaleźliśmy kemping, zszokowała nas liczba samochodów stojąca poza bramą, na ulicy. Niezły tłok musi tam panować. Udało się zaparkować i poszliśmy się dowiedzieć. Pani nie była chętna nas przyjąć ale z młodym gościem, o typowo portugalskiej urodzie, dogadaliśmy się, że pójdziemy tylko z namiotem (bez samochodu) do strefy angielskiej. Na dobre nam to wyszło, gdyż cena nie obejmowała auta, a podobno ulica była patrolowana przez policję co godzinę, jak nas zapewnił. W sumie więc zapłaciliśmy €9.77, zabrali mi paszport i pokazali gdzie mamy iść.

 

Strefę angielską nie trudno było znaleźć bo widać było ogromne flagi już z oddali. Rzeczywiście była to strefa angielska bo całe mnóstwo ich tam było. Z rozbiciem był problem bo ziemia była twarda jak asfalt. Pogięliśmy śledzie ale rozbiliśmy się jakoś. Następnym krokiem było pójście na mecz Hiszpania-Rosja. Facet na recepcji poinformował nas, że Portugalia przegrywała 0:1 z Grecją ale nie wiedział jak się skończył mecz. Poszedłem więc do baru i zapytałem o wynik kobietę. Powiedziała, że Grecja wygrała 2:0 czym wprawiła nas w osłupienie (w rzeczywistości było 2:1 dla Grecji) ale zasiedliśmy wraz z Anglikami i Francuzami przed telewizorem żeby obejrzeć mecz Hiszpanii.

 

Mecz był średni, wysłałem SMSa do domu ale nie doczekałem się odpowiedzi (tak jak i na następne kilka). Pod koniec doszło do utarczek słownych między Francuzami i Anglikami, co do wyniku jutrzejszego meczu między nimi. Francuzi śpiewali "Ole Zizou" i byli bardzo pewni swego. Anglicy o dziwo nie popisywali się gdyż czuli najwidoczniej respekt przed mistrzami. Upust swej złości dali dopiero wtedy kiedy dotarliśmy do namiotu. Zaczęło się od chóralnych śpiewów i przyśpiewek piłkarskich, a o 1.00 w nocy zbudziło nas wspólne śpiewanie hymnu "God Save The Queen". Byliśmy padnięci bo wstaliśmy przed 4.00 rano i dla mnie koncert skończył się stwierdzeniem jakiegoś pijanego Angola: "Fuck France!!!" Usnąłem a TT dalej słuchał "faków" pod adresem Francuzów.

 

Dzień 1: Lizbona – Praia das Macas 59km

 

 

 

Dzień 2 – 13 czerwca 2004 – niedziela

 

              WĘDRÓWKA PO STOLICY

 

TT po przebudzeniu stwierdził, że pogodę mamy taką jak na Mazurach. Mgła przesłaniała niebo, było chłodno tak, że zdecydowaliśmy się na długie spodnie. Nie powiem abyśmy nie byli zaskoczeni takim obrotem sprawy.

 

Dziś mieliśmy ambitny plan zwiedzenia Sintry i częściowo Lizbony. Dlatego pospieszyliśmy się z wyjazdem z kempingu. O 9.00 byliśmy gotowi. Odebrałem paszport i nawróciliśmy samochód aby skierować się do Sintry. To kawałeczek, bo zaledwie 11km, więc po chwili byliśmy już w mieście.

 

Sintra - (http://www.cm-sintra.pt/) - jest miastem powiatowym w Portugalii, koło Lizbony liczącym około 9,300 mieszkańców. Odbita Maurom przez króla Alfonsa I Zdobywcę w 1147, wkrótce po zdobyciu Lizbony; prawa miejskie nadał Sintrze ten właśnie król 9 stycznia 1154. Zabytki w mieście to Zamek Maurów - Castelo dos Mouros, Pałac Narodowy Pena - Palácio Nacional da Pena oraz Klasztor Kapucynów - Convento dos Capuchos.

 

Nie za bardzo jednak wiedzieliśmy w którym miejscu jesteśmy. Stanęliśmy na parkingu. Były parkometry więc poszedłem sprawdzić. Wyszło, że chyba trzeba płacić. Kupiłem więc bilet na maksymalną ilość czasu. Wcześniej jednak się przebraliśmy w letnie ubranie bo "mazurska" pogoda zmieniła się w typowo portugalską.

 

Na pobliskim przystanku stała grupka ludzi i była mapka. Nic jednak nie wyczytaliśmy więc w końcu zagadnąłem jakiegoś faceta. Okazał się być Rumunem ale co nieco mówił po angielsku i jakoś nam wytłumaczył co mamy robić. A doradził nam wjazd autobusem na górę gdzie możemy zobaczyć cudowny pałac oraz zamek Maurów, który było widać z miejsca gdzie staliśmy. Perspektywa wchodzenia w upale na tę górę nie wydawała nam się zachęcająca, dlatego skorzystaliśmy z propozycji Rumuna, który nota bene myślał, że jesteśmy Czechami, i wskoczyliśmy do autobusu, który właśnie podjechał i który ów Rumun nam zatrzymał. Czarny kierowca kręcił niesamowite rzeczy pod tę górę. Podróż była naprawdę dość długa i dziękowaliśmy sobie, że nie przyszło nam do głowy wchodzenie.

 

Przez górną bramę zamku wchodzi się na drogę wiodącą do parku Pena, zalesionego obszaru z wieloma jeziorkami i altankami, wymarzonego wręcz miejsca na piknik.

 

Po 20 minutach drogi w głąb parku turystom ukazuje się widok bajecznego Palácio da Pena (Pałac Skalny). Świadcząca o dużej wyobraźni architekta budowla wyróżnia się fantazyjnymi kopułami, wieżami i wałami obronnymi, do których przechodzi się przez pseudomanuelińskie bramy i atrapę mostu zwodzonego.

 

To zdumiewające zbiorowisko kiczu powstało w latach 40. XIX w. na życzenie Ferdynanda von Sachsen Coburga, męża królowej Marii II, i przywodzi na myśl pseudośredniowieczne zamki budowane przez Ludwika Bawarskiego. Na skale przed zamkiem wzrok przykuwa ogromny posąg rycerza, przedstawiający w rzeczywistości architekta budowli, niemieckiego barona Wilhelma von Eschwege. Wnętrze pałacu pozostało w stanie nie zmienionym od czasu, gdy w 1910 r opuściła go uciekająca z Portugalii rodzina królewska.

 

Po dotarciu na szczyt wysłałem TT żeby się uczył i to on kupił bilety wstępu do parku otaczającego pałac. Do środka nie mieliśmy ochoty wchodzić. Jakoś ostatnio nie mam ochoty na zwiedzanie wnętrz. Park za to był całkiem przyjemny. Dostaliśmy mapkę ale i tak nie chodziliśmy wg niej. Byliśmy całkiem zadowoleni z przechadzki i postanowiliśmy zejść niżej do ruin zamku Maurów.

 

Forteca, zdobyta przez Alfonsa I Zdobywcę i walczących wraz z nim skandynawskich krzyżowców, wznosi się pomiędzy dwoma szczytami skalnymi. Przy fortyfikacjach zachowały się jeszcze ruiny dawnego meczetu muzułmańskiego. Z zamku podziwiać można przepiękne widoki na Serra de Arrábida od południa, Cascais i Cabo da Roca od zachodu oraz Peniche i wyspy Berlenga od północy.

 

Tam niestety też bilety ale i tym razem się opłacało. Co prawda €3.50 to trochę dużo jak na ruiny ale widoki były piękne i trochę czasu połaziliśmy po murach. Upał już był mocny. Po wejściu praktycznie na każdą skałkę i murek zdecydowaliśmy się na powrót.

 

Fot.2. Ruiny zamku Maurów.

 

 

Mogliśmy zjechać autobusem bo bilety mieliśmy w obie strony ale jednak postanowiliśmy zejść pieszo. W sumie chyba dobrze zrobiliśmy ale kosztowało to nas trochę zdrowia i nerwów bo znów nie wiedzieliśmy gdzie szliśmy. Zero tabliczek. Znów szliśmy na czuja, wąskimi uliczkami gdzie podobno Polański kręcił Dziewiąte Wrota. Ale nie wiedzieliśmy, który to dom.

 

Zeszliśmy więc na dół, przeszliśmy koło stacji kolejowej i spóźniliśmy się z pół godziny na parking. Nikt jednak tego nie zauważył i mogliśmy bez przykrości odjechać z Sintry. Obiecałem Beacie, że damy jej znać kiedy będziemy na godzinę przed wjazdem do Lizbony. Chciałem wysłać SMSa kiedy to dostałem właśnie od niej. Prosiła o informację. Napisałem więc, że wyjeżdżamy z Sintry, sam nie wiedząc kiedy uda nam się do niej dojechać.

 

Ale jednak pamiętaliśmy nasze wczorajsze błędy więc poszło nam gładko i wskoczyliśmy na IC19 i zgodnie z jej wskazówkami próbowaliśmy znaleźć zjazd. Napisane mieliśmy jednak jak trafić z lotniska więc musieliśmy patrzeć odwrotnie ale nie było to trudne. Zjazd na EMFE, zona industrial i dopiero na osiedlu trochę się pokręciliśmy ale jak na nas to i tak szybko nam poszło.

 

To było nasze pierwsze spotkanie z Beatą, którą poznałem przez internet. Dużo nam pomogła jeśli chodzi o wybór atrakcji lizbońskich i umówiliśmy się na nocleg u niej w niedzielę. Poza tym nie wiedziałem o niej nic. Wreszcie wjechaliśmy na górę i poznaliśmy się oraz jej męża Miguela. Na szczęście byli w naszym mniej więcej wieku. Było bardzo przyjemnie, Miguel na szczęście rozmawiał po angielsku, a Beata okazała się być bardzo miłą i pomocną oraz skromną osobą. Bardzo mi to zaimponowało więc moje nastawienie z asekuracyjnego zmieniło się na bardzo otwarte i chętne do współpracy. Miguel dostał od nas Żywca, a Beata coś od wujka Wedla.

 

Chwilkę porozmawialiśmy o tym co było i zaczęliśmy się zastanawiać co ma być. Trochę zawracaliśmy głowę bo w sumie nie wiedzieliśmy co mamy robić. Czy jechać do miasta autobusem, pozwiedzać trochę a potem obejrzeć mecz Anglików z Francuzami gdzieś w pubie po czym wrócić autobusem lub taksówką, czy pojechać samochodem, zostawić go w centrum i nie spiesząc się wrócić wieczorkiem. Trochę marudziliśmy bo nie wiedzieliśmy co tak naprawdę zrobić. Spowodowane to jednak było naszymi obawami, co do poruszania się i parkowania w centrum Lizbony.

 

Skończyło się na tym, że doradzono nam abyśmy pojechali autem do centrum Expo nad brzeg Tagu i zostawili tam auto, a potem poruszali się po mieście metrem. Następnie mieliśmy wrócić do Expo bo są tam ustawione ogromne telebimy, na których można oglądać mecze. Ten plan miał dodatkowy plus, że nie trzeba będzie płacić za parking. Przekonało to nas do tego właśnie planu.

 

Lizbona - (http://www.cm-lisboa.pt/) - jest stolicą Portugalii. Położona jest na wybrzeżu Atlantyku nad ujściem Tagu. W granicach administracyjnych Lizbony mieszka około 600 000 mieszkańców, a cała aglomeracja miejska ma około 2 600 000 mieszkańców.

 

Niewiele miast może poszczycić się tak niezwykłym i wręcz amfiteatralnym położeniem, jakie ma Lizbona, piętrząca się na wzgórzach, rozciągających się nad rozłożystym ujściem rzeki Tag. Dzielnice miasta łączy labirynt brukowanych i stromych uliczek, po których kursują tramwaje i kolejka linowa.

 

Spacer w dół ku morzu prowadzi do okazałego posągu Chrystusa, którego szeroko rozpostarte ramiona wydają się obejmować jeden z największych i najokazalszych mostów zwodzonych, a wraz z nim port kursujących po rzece promów. Widok zamku, górującego nad średniowiecznymi zabudowaniami Alfamy, fantazyjna architektura stylu manuelińskiego w Belém, mozaiki na centralnie położonym placu Rossio oraz wyróżniające się stylem art nouveau sklepy i kawiarnie to znaki rozpoznawcze Lizbony.

 

Architektoniczną konsekwencją trzęsienia ziemi z 1755 r. jest stosunkowo niewielka ilość zabytków w Lizbonie. Najstarsze i najlepiej zachowane to romańska katedra i mauretańskie mury otaczające zamek św. Jerzego (Castelo de Săo Jorge); podobne im budowle nie należą jednak w Portugalii do rzadkości. Niewiele zabytków dorównać może natomiast okazałemu klasztorowi Hieronimitów w Belém (Mosteiro dos Jerónimos).

 

Upał był już nieznośny, odetchnęliśmy więc troszeczkę i ruszyliśmy na podbój miasta. Część rzeczy już zostawiliśmy na górze, zeszliśmy i w drogę. Droga miała nas zaprowadzić wprost do Expo. Rzeczywiście wyskoczyliśmy z powrotem na IC19 i dojechaliśmy do Expo. Tam jednak sprawa parkowania nie była taka prosta, bo sporo samochodów stało na chodnikach. Pokręciliśmy się trochę i w końcu ktoś zrobił miejsce abyśmy mogli sobie spokojnie wjechać. TT mordował się z wjazdem, bo miejsca było niewiele i parkował dosłownie na centymetry. Ale udało się nam znaleźć fajne miejsce, tuż pod irlandzkim pubem.

 

Ruszyliśmy na nabrzeże. To miejsce wystawy Expo z 98 roku. W oddali widać 14km most Vasco da Gamy (nota bene wszystko w Lizbonie jest imienia Vasco da Gamy, a nic nie zauważyliśmy żeby było imienia Magellana). Wzdłuż brzegu dziesiątki knajpek i pubów, w każdym telewizor i przygotowania do dzisiejszego pierwszego meczu Szwajcarii z Chorwacją.

 

My udaliśmy się w kierunku Fan Parku. To taki ogrodzony mini stadion na plaży z potężnym telebimem na środku. Aby udaremnić nieprzyjemności trzeba było nabyć darmowe bilety. Skorzystaliśmy z okazji żeby mieć spokojną głowę ale niestety nie wolno było wnosić kamer więc wiedzieliśmy, że wracając z miasta trzeba będzie się cofnąć do auta i zanieść kamerę.

 

Tymczasem chcieliśmy wydostać się z Expo i podjechać do centrum metrem. Ale znalezienie stacji metra nie było łatwe. Raz nawet zeszliśmy do podziemnego parkingu. Ale szybko naprawiliśmy błąd i końcowa stacja metra ukazała się nam w ogromnym centrum im. oczywiście Vasco da Gamy. Beata sugerowała zakup biletów całodniowych ale nie dodała, że w maszynie ich nie kupimy. Więc dlatego sporo się nawkurzałem kiedy nie mogłem znaleźć całodniówek w maszynie i kupiliśmy zwykłe jednoprzejazdówki powrotne. Ale i tak nic nie straciliśmy jak się okazało.

 

Przesiedliśmy się na inną linię i dojechaliśmy do "centro historico" czyli w okolice najbardziej cenne dla turysty. Kiedy wyszliśmy postanowiliśmy wpierw coś zjeść. Napatoczył się nam McDonald więc weszliśmy tam. Trwał już mecz więc TT sobie siadł i oglądał, a ja się mordowałem z jakąś Murzynką po portugalsku. Na szczęście w kolejce stała jakaś młoda Portugalka i pomogła mi zamówić to co chciałem. Na koniec życzyła mi powodzenia w meczu myśląc, że jestem Anglikiem.

 

Zjedliśmy maksymalnie duże zestawy i wypiliśmy mnóstwo coli. Trochę lepiej się poczuliśmy. Wychodząc z McDonalda zaczepił nas Anglik pytając o drogę na metro. Akurat wiedzieliśmy gdzie jest więc niczym rodowity Lizbończyk wytłumaczyłem biedakowi jak dojść. Zresztą na mieście byli tylko Anglicy. Przerażająca ich ilość walała się po ulicach miasta, całe watahy siedziały w pubach żłopiąc piwsko, wszyscy porozbierani i okryci flagami. Francuzów było jakieś 50 razy mniej. Zapowiadał się ciekawy wieczór na stadionie Benfiki. Niestety nie dane nam było być na meczu.

 

Sił nam przybyło po amerykańskim żarciu więc chcieliśmy je wykorzystać na zwiedzanie. Ale poszliśmy w złą stronę. Na szczęście zaczepił nas kloszard i okazał swą bezinteresowną pomoc. Zawrócił nas w stronę Tagu. W dodatku mówił po angielsku.

 

Doszliśmy na miejsce skąd było widać kopię figury Chrystusa z Rio de Janeiro. Później przeszliśmy do placu gdzie rozegrała się Rewolucja Goździkowa. Był to wojskowy zamach stanu w Portugalii przeprowadzony 25 kwietnia 1974 przez grupę oficerów zorganizowanych w Ruchu Sił Zbrojnych w celu obalenia systemu autorytarnej dyktatury następcy Antonio Salazara - Marcelo Caetano. Wydarzenia te zapoczątkowały proces demokratyzacji systemu politycznego w tym kraju. Nazwa pochodzi stąd, że zamach stanu odbył się w sposób bezkrwawy, a żołnierzom w lufy karabinów wkładano goździki.

 

Była tam wystawa ciekawych zdjęć. Idąc dalej weszliśmy przez bramę prowadzącą na Stare Miasto. Naturalnie cały czas mijaliśmy grupy Anglików skandujących: "England, England!!!" Przeszliśmy kilkadziesiąt metrów i zauważyliśmy tabliczkę wskazującą kierunek na zamek św. Jerzego. Podążyliśmy więc za nią.

 

Doszliśmy do jakiegoś kościoła. Na początku myśleliśmy, że to ów zamek ale potem zorientowaliśmy się, że to nie to. W dodatku trwały przygotowania do jakiejś uroczystości. Coś podobnego do naszego odpustu. Stare babcie czekały na jakąś ważną postać, przygotowane czerwone sukno, mikrofony przy wejściu do kościoła, wokół sporo policji. No i upał co czyniło przeciskanie się przez ten tłum nieznośne.

 

Szliśmy naprzeciw ogromnej procesji. Nie za bardzo wiedzieliśmy, co to ma być ale robiło wrażenie. Przeczekaliśmy ich stojąc na tarasie widokowym, u podnóża którego roztaczała się panorama Alfamy – najstarszej dzielnicy Lizbony. Czerwone dachy domków kontrastowały z błękitem wód Tagu. Nie wiedzieliśmy jak będzie z czasem więc na razie odpuściliśmy Alfamę i szliśmy dalej w górę ku zamkowi.

 

Zamek nie zrobił na mnie wrażenia. Został zbudowany przez Maurów w XII wieku na fundamentach poprzedniej budowli i służył jako twierdza. Królowie katoliccy rozbudowali go do dzisiejszych rozmiarów. Proste, kwadratowe wieżyczki, wysokie mury i kilka dział naokoło. Wszystko schowane w gąszczu drzew na wzgórzu z pięknym widokiem. To trzeba przyznać, że położenie ma świetne. Widok na całą Lizbonę jest ujmujący. Nie mieliśmy ani czasu, ani sił krzątać się po wszystkich zakamarkach zamku więc pospieszyliśmy się aby zdążyć na mecz w Expo. Było już bowiem trochę po 19.00.

 

Aby zaoszczędzić czas, zapytałem barmana jak dojść do najbliższej stacji metra. Potem jeszcze dwa razy pytałem policjantów, aż doszliśmy do stacji Rossio. Tam wsiedliśmy w pociąg i znów z przesiadką na Alamedzie dotarliśmy do końcowej stacji Oriente w centrum VdGamy. Pora była już późna, a jeszcze mieliśmy przecież biec do samochodu odnieść sprzęt upamiętniający jak nazywał go TT. To bardzo wkurzyło TT bo chciał obejrzeć mecz od początku.

 

Umordowani upałem dotarliśmy na "stadion" gdzie już od 15 minut trwał mecz. Stadion prawie pełny więc usiedliśmy z boku. Przeważająca większość stanowili Anglicy ale mieli swój skrawek i Francuzi z flagami, żywo dopingujący swych rodaków. Wśród Anglików wmieszani byli Szwedzi, którzy dopingowali Anglię.

 

Mecz był atrakcyjny ale chwilę później moją uwagę skupił niesamowity smród przepoconych stóp. Obok mnie usiadł Anglik, który postanowił sobie przewietrzyć stopy i buty. TT potwierdził, że "...coś tu jebie." Na całe szczęście Anglik po 10 minutach się wyniósł. Inaczej ja bym musiał się wynieść.

 

Anglicy mieli powody do radości bo objęli prowadzenie. Jeden z kibiców stanął w przejściu pytając głośno wszystkich: "Who scored?" po czym tłum odpowiedział: "Lampard" a gość się odwrócił dumnie ukazując napisane nazwisko Lamparda na koszulce. Humory im dopisywały choć popsuł im je trochę Beckham przestrzelając karnego mimo zachęt siedzących za nami ("C’mon Becks!"). Francuzi ożywiali się sporadycznie, czasami się powyzywali z Anglikami ale generalnie było bardzo spokojnie.

 

Szał radości nastąpił kiedy Zidane wyrównał i wyrwał zwycięstwo Anglikom w ostatniej minucie. To jednak nic, w porównaniu z tym, co nastąpiło kiedy za minutę Zidane strzelił karnego na 2:1. Sektor francuski ruszył na piaszczyste boisko, tarzając się w piasku, skacząc i wymachując flagami na oczach zszokowanych Anglików. Ci jednak byli zajęci sobą, włożyli głowy pod koszulki i czekali kiedy radość Francuzów ostygnie. Wyglądało to bardzo fajnie kiedy Francuzi się cieszyli biegając po boisku z flagami i wieszając się na bramce pod telebimem. Mimo, że kibicowałem Anglii.

 

Kiedy już ochłonęliśmy po meczu, postanowiliśmy pójść sobie na spacer. Pogoda wymarzona na nocne spacery. Chodziliśmy sobie więc po nabrzeżu. Posiedzieliśmy sobie na ławeczce obserwując to, co się dzieje wokół. Wracając zaglądaliśmy do pełnych knajpek gdzie Anglicy topili smutki. Przy jednej z knajpek wręczono mi ulotkę z prezerwatywą. Zrobiliśmy duże koło, most świecił się w kolorach portugalskich. Zresztą cała Lizbona była przyozdobiona flagami i prawie każdy samochód miał flagę portugalską.

 

Idąc ku naszemu samochodowi, zauważyliśmy wybitą szybę w jednym z zaparkowanych aut. Na szczęście nasz był nietknięty ale nadal tkwił między dwoma innymi, co powodowało trudności z wyjechaniem. Ale jakoś się nam udało. Teraz tylko wjechać na IC19 w kierunku Sintry. Teoretycznie wydawało się to proste. Jednak jak przyszło, co do czego, to takie proste to nie było. Najgorszą sprawą był stres spowodowany nieustannym trąbieniem mądralińskich miejscowych kierowców. Każde zawahanie, każde zwolnienie, dłuższa chwila na światłach była okazją do skarcenia nas. Dlatego jazda powrotna była koszmarem.

 

Zanim w końcu wjechaliśmy na IC19, musiałem się spytać pizzamana na skuterku gdzie jechać. Jednak nie umiał mi powiedzieć. Na rondzie objechaliśmy je ze cztery razy, zastanawiając się gdzie jechać. To okazał się być dobry sposób na portugalskie oznaczenia. Wjeżdżaliśmy więc na ronda i jeździliśmy w kółko, tak długo aż się zdecydowaliśmy w którą stronę jechać.

 

Jednak to nic, w porównaniu ze stresem, kiedy wreszcie wracaliśmy IC19. Nie spodziewaliśmy się tylu samochodów o tej porze! Trzy pasy pełne samochodów pędzących blisko 100km/h bez możliwości zjazdu. My biedni jechaliśmy środkowym pasem kiedy nagle zaczęli na nas trąbić i pokazywać, że coś niedobrego się dzieje z naszym autem. Nijak się nie dało sprawdzić, jednak ktoś inny również zwracał nam na coś uwagę. Nagle podjechał ktoś z prawej strony i gwałtownie zahamował zwracając naszą uwagę. Dramatycznie zaczął pokazywać na nasz samochód. Ja chcąc wyjrzeć na zewnątrz uderzyłem głową w szybę bo zapomniałem, że była zasunięta. Ale to wszystko spowodował stres. Kiedy wyjrzałem przez okno, nic nie widziałem niepokojącego.

 

To trwało kilkanaście minut i naprawdę byliśmy przerażeni, że coś bardzo złego zaraz się stanie. Tempo przemieszczania się było jednak olbrzymie i nie było szans aby się zatrzymać i dokonać sprawdzenia. Dotarliśmy wreszcie do zjazdu na Emfę i trochę ochłonęliśmy. Zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu, włączyliśmy awaryjne i obejrzeliśmy dokładnie samochód. Jednak nic niepokojącego nie zauważyliśmy. Nie złapaliśmy gumy, bagażnik był zamknięty, niczego nie ciągnęliśmy za sobą. Naprawdę byliśmy w szoku. Ale coś musiało się dziać bo nie tylko jedna osoba nam to pokazywała.

 

TT nawet chciał abym zapytał policjanta, czy coś widzi gdyż akurat wjeżdżał do siebie na posesję. Ale darowaliśmy sobie takie akcje. Kiedy jednak już zaparkowaliśmy pod blokiem Beaty, jeszcze raz obejrzeliśmy całe auto i doszliśmy do wniosku, że coś musiało się chyba dziać z hamulcem ręcznym bo czuć było spaleniznę spod kół. Wszystko jednak wskazywało na to, że mimo wyłączonej kontrolki na desce rozdzielczej o zaciągniętym hamulcu ręcznym, był on nie do końca zluzowany. To tylko nasze przypuszczenia na podstawie smrodu spalenizny. Co widzieli mijający nas kierowcy na zawsze chyba pozostanie ich tajemnicą. Czy były to kłęby dymu, iskry czy coś innego – nie mamy pojęcia.

 

Weszliśmy na górę obawiając się czy domownicy jeszcze nie śpią. Na szczęście jeszcze nie, więc mieliśmy okazję porozmawiać sobie o naszym dniu, a potem ogólnie o Portugalii. Beata przygotowała nam portugalskie babeczki. W ogóle miała być kolacja portugalska, o czym poinformowała nas SMSem ale że ja miałem wyłączony telefon, to nie odpisałem, czego najbardziej z całej wyprawy żałuję. Chętnie byśmy spróbowali prawdziwej kuchni portugalskiej.

 

Rozmowy się trochę przeciągały ale były bardzo sympatyczne. Chętnie porozmawiałbym do rana ale Beata miała iść do szkoły rano nazajutrz. Najpierw więc TT się wykąpał, a potem ja. Wtedy dopiero zorientowałem się, że zapomniałem płynu do szkieł i miałem trzy wyjścia: idę do auta po płyn, wyrzucam szkła albo śpię w szkłach. Zdecydowałem się na trzecie rozwiązanie choć niebezpieczne.

 

Nie pamiętam która była godzina ale na pewno grubo po północy więc czas było do łóżka. Beata przygotowała nam królewskie łoże, zasłoniła żaluzje aby nas słońce za wcześnie nie obudziło. Położyliśmy się więc w końcu ale nie spało mi się dobrze ze względu na temperaturę. W dodatku nad ranem żaluzja uderzała o framugę i w ogóle jakiś taki zestresowany byłem. TT natomiast nie narzekał.

 

Dzień 2: Praia das Macas – Lizbona 42km

 

 

 

Dzień 3 – 14 czerwca 2004 – poniedziałek

 

     PRAWDZIWE MISTRZOSTWA EUROPY

 

 

Po wyjściu z pokoju spotkałem Beatę przygotowującą dla nas śniadanie. Wkrótce TT też się zebrał i obmyślaliśmy plan na dzisiaj. Beata obudziła Miguela żeby nam powiedział jak wyjechać na odpowiednią trasę. Zrobił to bardzo, bardzo dokładnie, rozrysowując nam każdą dróżkę na osiedlu. Nie można się było zgubić.

 

Po śniadaniu odbyliśmy sesję fotograficzną na dachu wieżowca w którym mieszkali, a po pożegnaniu z Beatą, która poszła do szkoły, oglądaliśmy rezultaty pracy Miguela. Widzieliśmy więc różne teledyski i reklamy, które reżyserował ostatnio. Pogadaliśmy też trochę znowu i zastanawialiśmy się którędy wyjechać z miasta dziś po meczu. Miguel nawet zadzwonił do swojego ojca zapytać o ceny przejazdów autostradą do Evory. Ustaliliśmy wreszcie już konkretnie co i jak robimy.

 

Po uregulowaniu rachunków, pożegnaliśmy się i zeszliśmy na dół do minisupermarketu. Tam zrobiliśmy małe zakupy i wyjechaliśmy na trasę do Belem. Nie było problemów bo Miguel rozrysował wszystko idealnie. Jechaliśmy zgodnie z mapą ale jednak znów bardziej na logikę niż po znakach. Jakoś za szybko nam zeszło kiedy znaleźliśmy się już przy brzegu. Szczęśliwie zauważyliśmy parking i tam wjechaliśmy. Kiedy się zorientowaliśmy gdzie jesteśmy, okazało się, że mamy idealne miejsce gdyż tuż obok mamy klasztor Hieronimów, Torre de Belem i Pomnik Odkrywców. Zostawiliśmy więc samochód (niestety w słońcu) i ruszyliśmy na podbój dzielnicy Belem.

 

Najpierw za cel wyznaczyliśmy sobie Torre de Belem – wieża w stylu manuelińskim, która była budowlą usytuowaną przy wyjściu z portu w Atlantyk. Torre de Belém wybudowano z polecenia portugalskiego króla Manuela I Szczęśliwego w latach 1515 – 1520. Postawiona w epoce wielkich odkryć geograficznych, wieża pełniła rolę strażnicy lizbońskiego portu, stała się także punktem orientacyjnym dla wracających do ojczyzny żeglarzy i symbolem morskiej potęgi Portugalii. W okresach późniejszych pełniła funkcję więzienia. W wyniku wielkiego trzęsienia ziemi z 1755 budowla przeniesiona została ze środka rzeki w obecne miejsce. W 1833 przez dwa miesiące był tu więziony generał Józef Bem, twórca Legionu Polskiego w Portugalii.

 

Idąc tam zaczepiłem kibica Szwajcarii, który nie był zadowolony z wyniku wczorajszego meczu. Potem dopadła nas wycieczka Bułgarów i coś tam o nas pod nosem burczeli bo mieliśmy polskie koszulki. Jeden z Bułgarów chciał mi sprzedać okulary słoneczne. Po dotarciu pod wieżę, porobiliśmy sobie zdjęcia, a wracając okazaliśmy się być obiektem kpin kolejnych Szwajcarów: "O! Nie wiedziałem, że Polska jest mistrzem Europy." Zaskoczył mnie więc nie zdążyłem mu się odciąć choć bardzo tego chciałem. Później mieliśmy jeszcze jedną rozmowę z kibicem ze Szwecji, który chciał wynająć z nami taksówkę do centrum.

 

Wróciliśmy pod pomnik. Pomnik Odkrywców to betonowy blok o wysokości 52 metrów, przedstawia 30 najbardziej znanych postaci w historii portugalskich odkryć geograficznych. Są tam wyrzeźbieni tacy znani ludzie jak: Henryk Żeglarz, Bartłomiej Diaz, Vasco da Gama czy Ferdynand Magellan.

 

Fot.3. Pomnik Odkrywców.

 

Potem przeszliśmy na drugą stronę do klasztoru. To właśnie z Belém w 1497 r. Vasco da Gama wypłynął do Indii, tutaj też po powrocie witany był przez Manuela I, zwanego Szczęśliwym. Da Gama przywiózł ze sobą niewielki ładunek pieprzu. Wkrótce po powrocie da Gamy, dla upamiętnienia odkrycia drogi morskiej do Indii, wzniesiony został klasztor Hieronimitów (Mosteiro dos Jerónimos). Świątynia, zbudowana jako wyraz dziękczynienia Manuela I za szczęśliwy przebieg wyprawy, powstała na miejscu kaplicy Ermida do Restelo (inaczej Capela de Săo Jerónimo), założonej tu niegdyś przez Henryka Żeglarza.

 

Nie spędziliśmy tam dużo czasu. Nie za bardzo wiedzieliśmy, co tam robić i gdzie iść. Tam zaczepił nas pan Skowronek z Francji dumny ze swych polskich korzeni. Kolejny Bułgar znów chciał mi wcisnąć okulary, którego potraktowałem już ostrzej. Przeszliśmy do parku ale nie zdecydowaliśmy się na wejście do niego.

 

Można powiedzieć, że najważniejsze obiekty na Belem udało się nam zobaczyć. Czas teraz na wyjazd z Belem do centrum. Na mapie droga wydawała się prosta gdyż wystarczyło jechać wzdłuż rzeki i w pewnym momencie zatrzymać się gdzieś na parkingu. Jednak to, co na mapie, nie musi być takie proste w realizacji. Tym razem to mój błąd bo niepotrzebnie skierowałem TT na wiadukt. A zrobiłem tak ponieważ myślałem, że droga którą mieliśmy jechać jest ślepa. Niestety bowiem znaki w Portugalii i Hiszpanii są ustawione pod trochę innym kątem niż gdzie indziej i wygląda to tak, jakby nasza droga była ślepa.

 

Kiedy wjechaliśmy na wiadukt okazało się, że niestety zagłębiamy się w miasto. Próbowaliśmy się ratować ale wjechaliśmy na jakąś górę i tam zatrzymaliśmy się obok policjantki. Kobieta próbowała nam rozrysować jak z powrotem wjechać na interesującą nas drogę ale w końcu wytłumaczyła nam ręcznie.

 

Nie była to sytuacja dramatyczna bo jechaliśmy w tym samym kierunku, tyle że droga równoległa. Ciężko się było przebić jednak na główną bo były zakazy. Ale na jednym ze skrzyżowań zapytałem młodego kierowcę czy możemy skręcić w lewo i okazało się, że wolno. Wróciliśmy więc na główną trasę i pruliśmy w kierunku Expo. Kiedy dojeżdżaliśmy do znanych nam już rejonów, odnaleźliśmy parking z mnóstwem wolnych miejsc i w dodatku bezpłatny. Upewniłem się jeszcze o to, pytając faceta, który właśnie przyjechał. "Nie ma parkometrów, nie płacisz." – uciął krótko.

 

Plan był aby pojechać znów do centrum i pójść do Alfamy. Tym razem zaparkowaliśmy dużo dalej niż wczoraj ale dokładnie wiedzieliśmy gdzie iść. Na stacji chcieliśmy kupić bilety całodniowe ale zostały wyprzedane. Kazano nam trochę poczekać, tak samo jak i Anglikom, z którymi trochę podyskutowaliśmy o meczach. Tez szli na Szwedów.

 

Nie czekaliśmy zbyt długo na bilety i wkrótce wylądowaliśmy na stacji Rossi. Plac tym razem był opanowany przez Szwedów. Tak jak wczoraj Anglicy dominowali na mieście, tak Szwedzi opanowali miasto dzisiaj. Grupki Bułgarów też się napotykało ale było ich zdecydowanie mniej. My natomiast żałowaliśmy, że nasza beznadziejna Polska nie może nam zapewnić komfortu psychicznego i trzeba się za nich tłumaczyć. Żałowaliśmy, że nie mieliśmy czeskich koszulek – wtedy byłby szacuneczek dla nas.

 

Pierwsze kroki skierowaliśmy do Santa Justa – windy skonstruowanej przez ucznia Eiffla. Nasze bilety uprawniały nas do wjazdu na samą górę ale strasznie się umordowaliśmy czekając na naszą kolej. W dodatku nic ciekawego tam nie było oprócz tłumów ludzi. W sumie nie warto chyba tam wjeżdżać w dodatku kiedy jedzie się z cwaniakami z Bułgarii. Wtedy postanowiłem kibicować dzisiaj Szwedom.

 

Poszliśmy w kierunku Alfamy i zauważyliśmy słynny tramwaj #28 więc wsiedliśmy do niego. Jednak nasze bilety nie chciały zadziałać (prawdopodobnie były mokre od naszego potu) ale stary dziadek pozwolił nam jechać. Przejechaliśmy kilka przystanków i wysiedliśmy w miejscu wczorajszej procesji. Tym razem zeszliśmy na dół do Alfamy.

 

Najstarsza dzielnica Lizbony - rozciągająca się poniżej zamku i sięgająca brzegów Tagu Alfama - została zbudowana na urwistych skałach, które w czasie trzęsienia ziemi w 1755 r. uchroniły ją przed poważnymi zniszczeniami.

 

Wszystkie budowle Alfamy wzniesiono już za panowania chrześcijan, jednak wiele z nich zaprojektowali muzułmanie, a układ ulic zgadza się z opisem miasta, pozostawionym przez Osberna: "zamiast ulic mają tu strome ścieżki... a domy zbudowano tak blisko siebie, że z wyjątkiem dzielnicy kupieckiej, trudno znaleźć tu ulicę szerszą niż 2,5 m".

 

Za rządów arabskich Alfama była najokazalszą dzielnica Lizbony. Jednak następujące po sobie trzęsienia ziemi sprawiły, iż wyprowadzili się stąd zamożni chrześcijanie, a ich mieszkania zajęli miejscowi rybacy. Dziś dzielnica na nowo ożywa - przy brukowanych uliczkach Lizbończycy otwierają restauracje i sklepy z antykami. Nie zanosi się jednak na to, aby zmiany przywróciły Alfamie jej dawny splendor. Dzielnica żyje swoim własnym życiem, kultywując właściwe tylko jej tradycje. Obowiązujące w kawiarniach ceny są niższe niż w pozostałych częściach miasta. Dwa razy w tygodniu odbywa się pchli targ.

 

Pokręciliśmy się po wąskich uliczkach i ruszyliśmy w drogę na stację Rossi. Musieliśmy zawieźć sprzęt do auta żeby móc pojechać na stadion. W dodatku chcieliśmy zobaczyć jeszcze mecz Dania-Włochy na plaży.

 

Idąc ku stacji, zauważyłem stragan z owocami i przepiękne truskawki. Bez wahania poprosiłem o 2kg. Niestety nie mogłem zapłacić facetowi na zewnątrz. Musiałem iść do drugiego, który zważył je (wyszło 1.99kg!), nakleił cenę i kazał ustawić się w kolejce przy kasie. Tak więc wystałem się dopóki Ludmyla nie skasowała mnie.

 

Z torbą owoców ruszyliśmy do metra i wyjechaliśmy na Expo. Wtedy dorwała nas TV portugalska z pytaniami o mistrzostwa, naszych ulubionych piłkarzy i drużyny. Wyszło nieporozumienie kiedy z polskim akcentem mówiliśmy o Raulu. Szliśmy dalej kiedy mecz się już rozpoczął więc zrezygnowaliśmy z pójścia do Fan Parku, siedliśmy tylko w cieniu i wciągnęliśmy te truskawki. Upał był niemiłosierny, buty nas odparzyły, nie chciało się w ogóle jeść tylko pić. TT nawet wszedł do fontanny żeby się ochłodzić, ja leczyłem sobie tam obolałe stopy.

 

Zobacz video z Lizbony:  http://www.youtube.com/watch?v=ERU1JHikE6c

 

Kiedy zanieśliśmy wszystko do samochodu byliśmy gotowi na wyjazd na stadion. Stacje metra już były całkowicie żółte. Całe hordy Szwedów śpiewały w pociągach i na stacjach. Nie trzeba było nawet śledzić kiedy wysiąść, bo wszyscy jechali na tę samą stację. Kiedy wysiedliśmy okazało się, że stacja jest pod samym stadionem. Odprawa już się zaczęła, było naprawdę żółto wokół stadionu.

 

Fot.4. Stadion Sportingu. Mecz Szwecja – Bułgaria.

 

Nie trwało jednak to zbyt długo jakby można się było spodziewać. Uwinęliśmy się szybko, Anglik zrobił nam zdjęcie, dołożyliśmy kilka swoich. TT spotkał jakiegoś Polaka z Poznania i ruszyliśmy do naszego sektora. Wylądowaliśmy za bramką jednak od razu humor nam się poprawił bo widoczność była rewelacyjna tak jak i murawa i cały w ogóle stadion. Byliśmy pod dużym wrażeniem. Wszak siedzieliśmy na stadionie Stortingu Lizbona tuż przed meczem Mistrzostw Europy. Dla nas spore wydarzenie.

 

 

 

Miejsce ja miałem kiepskie bo przesłaniała mi je poręcz ze schodów ale chwilę później przesunęliśmy się tak aby było widać wszystko. W naszym sektorze wrzucili wszystkich nie-Szwedów i nie-Bułgarów. Oni mieli oddzielne sektory choć kilku Szwedów było wśród nas również. Jednak z nami siedzieli: Szwajcarzy, Irlandczyk, którego pamiętaliśmy z wczorajszego meczu na Fan Parku jak cieszył się, że Anglia przegrała, byli też Niemcy, Włosi i inni.

 

Udało się nam być na pół godziny przed meczem więc obserwowaliśmy rozgrzewkę. Mięliśmy też czas zaznajomić się z całym stadionem. A potem rozpoczął się mecz. Wysłałem SMSy gdzie siedzimy i oglądaliśmy mecz. Dziwnie się oglądało bez komentarza i powtórek i w ogóle to boisko wydawało się nam bardzo małe.

 

Zachowania kibiców udzieliły się szybko i nam i wyskoczyliśmy w górę kiedy Ljungberg strzelił pierwszą bramkę. Siedzieliśmy za bramką Bułgarów więc dokładnie wszystko było widać. Mecz nam się podobał. Tak dotrwaliśmy do przerwy. W przerwie poszedłem na przeszpiegi ale nie dało się nic zawojować bo wszędzie ochrona i przejście na inny sektor nie było możliwe. Widać było, że sporo wolnych miejsc gdyż było nas wszystkich 31,652 a stadion może pomieścić 52,000. Spotkałem też kolejnego Polaka ale nie gadaliśmy wcale.

 

Druga połowa była jednostronnym widowiskiem gdyż Szwecja strzeliła jeszcze 4 gole, w tym jednego z karnego i mecz był rozstrzygnięty. Szwedzcy kibice mieli więc powody do radości i już po meczu poczekaliśmy aż drużyna przybiegnie i podziękuje za doping. No i cóż, że nie ze Szwecji byliśmy ale cieszyliśmy się jak oni. Kiedy w TV transmisja się już skończyła, my jeszcze obserwowaliśmy jak Szwedzi odpoczywali na murawie. Bułgarzy już dawno uciekli do szatni. Kibice bułgarscy tez jakby ucichli. Blamaż.

 

 

                  

 

                   Grupa C, 14 czerwca 2004, godz. 19.45

                              José Alvalade, Lizbona

                      SZWECJA - BUŁGARIA

 

                                             5:0

Ljungberg    32

Larsson         57, 58

Ibrahimovic 78 (k)

Allback         91

 

Szwecja (4-4-2): Isaksson; Lucic (Wilhelmsson 41), Mellberg (c), Jakobsson, Edman; Nilsson, Linderoth, Svensson (Kallstrom 77), Ljungberg; Ibrahimovic (Allback 81), Larsson.

 

Bułgaria (4-4-1-1): Zdravkov; Ivanov, Pazhin, Kirilov, Petkov; Peev, Hristov, S.Petrov (c), M.Petrov (Lazarov 84); Jankovic (Dimitrov 62); Berbatov (Manchev 76).

 

Sędzia: Mike Riley (Anglia)

 

Widzów 31,652

 

 

Zobacz bramki na video:    http://www.youtube.com/watch?v=fuolI5m_9LA

 

 

Kiedy tak staliśmy i obserwowaliśmy radość kibiców szwedzkich, podszedł do nas kolejny Polak z Tychów i trochę pogadaliśmy. Biedak 4 dni jechał autokarem do Portugalii. Wyjście było równie sprawne co i wejście więc wkrótce znaleźliśmy się w pociągu pełnym zadowolonych Szwedów. Rozdzieliliśmy się i TT podobno rozmawiał z jakimiś Anglikami o naszych wrześniowych potyczkach.

 

Po przesiadce było już trochę luźniej. Kiedy dojechaliśmy do końcowej stacji Oriente, od razu poszliśmy do auta. Było już bardzo przyjemnie, ciemno ale cieplutko i wiał lekki wiaterek od oceanu. Samochód stał nietknięty. Dokładnie więc przestudiowaliśmy mapę jak wjechać na most Vasco da Gamy. Widać go było stąd i wjazd wydawał się prosty. Jechać prosto i skręcić w prawo. Ale po naszych potyczkach na ulicach Lizbony wszystkiego się spodziewaliśmy.

 

Kiedy ruszyliśmy, na początku szło nam dobrze. Jednak naturalnie żadnego drogowskazu kierującego na most nie uświadczyliśmy. Widzieliśmy most więc mniej więcej kontrolowaliśmy sytuację. Jednak na jednym z rond pomysły się nam skończyły bo były 3 zjazdy, żaden nie był oznaczony a most nad nami. Nie było rady, trzeba było kogoś zapytać. TT zjechał na pobocze, a ja pobiegłem szukać pomocy.

 

Znalazłem parę na spacerku, która na szczęście mówiła po angielsku dość dobrze. Wytłumaczyłem sytuację. Najpierw zaczęli mi tłumaczyć ale w końcu zdecydowali się na poprowadzenie nas bo mieli ze sobą samochód. Niestety wyjeżdżając z pobocza zahaczyliśmy o krawężnik, coś trzasnęło, włączyło się, zaczęło buczeć, lampki i kontrolki się zaświeciły i obawialiśmy się czy czasem nie urwaliśmy czegoś. Ale nie było czasu na sprawdzenie. Para poruszała się zdecydowanie bardzo szybko więc trzeba ich było gonić. Prowadzili nas wjazdami i zjazdami z jednej autostrady na drugą, w tym gąszczu nie mieliśmy szans na znalezienie odpowiedniej drogi na most. Bardzo nam pomogli. Dopiero teraz zauważyliśmy znak na most i mogliśmy już na niego wjechać. Podziękowaliśmy grzecznie i ruszyliśmy w drogę tym 14km olbrzymem.

 

Para, która nam pomogła wjechać na most, nie odważyła się nam pomóc wjechać na zwykłą drogę do Evory omijającą autostradę bo: "to zbyt skomplikowane". Wiedzieliśmy już więc, że jeśli dla nich jest skomplikowane to dla nas będzie to koszmar. Poradzili nam zapytać na stacji benzynowej pod koniec mostu. Tak też zrobiliśmy, zjechaliśmy na stację i mięliśmy okazję obejrzeć samochód czy czasem coś nie cieknie lub co gorsza czegoś nie urwaliśmy. Ale wszystko było w porządku.

 

Przyszedł czas na pytanie o drogę. Dorwałem jakiegoś robotnika, który wytłumaczył gdzie trzeba zjechać. Po prostu na jednym ze zjazdów mamy skręcić do wioski gdzie zaczyna się droga na Evorę. Pilnowaliśmy się więc i ruszyliśmy autostradą. Pojawiły się znaki na Montijo ale informowały nas, że jeszcze nie teraz. Jechaliśmy więc dalej aż do momentu gdzie były dwa znaki na Montijo, jeden prosto a drugi schowany za drzewem, oznaczający zjazd. Było za późno żeby skręcić, zresztą nie wiadomo było czy to naprawdę tu. Wściekliśmy się maksymalnie. Wymyśliliśmy, że trzeba zjechać i wjechać z drugiej strony na autostradę po czym zjechać z drugiej strony. To jest przecież logiczne ale niestety nie w Portugalii. Z drugiej strony nie ma po prostu zjazdu na Montijo. Ba! Nie było zjazdu w ogóle!

 

Sypiąc kurwami dookoła, zbliżaliśmy się do bramek mostu. Wyjeżdżając z miasta nie płaci się za most ale wjeżdżając trzeba zapłacić. Nie mięliśmy wyjścia, nieuchronnie zbliżaliśmy się do bramek. Byliśmy załamani, że będziemy musieli z powrotem wjechać do Lizbony i tam nawracać na most. To po prostu nas podłamało. Zatrzymaliśmy się tuż przed rogatkami i musieliśmy coś wymyślić.

 

Zauważyliśmy robotników, którzy coś tam malowali czy układali. Podszedłem do nich. Nikt oczywiście po angielsku nie umiał więc musieliśmy jakoś się dogadywać po ichniemu. Jednak jeden z nich zauważył, że jestem z Polski i powiedział żebym mówił do niego po polsku. Był prawdopodobnie Ukraińcem i tak po polsko-ukraińsko-rosyjsku jakoś gadaliśmy.

 

Z jego słów wynikało, że jest szansa zawrócenia ale musimy przejechać przez bramkę po czym skręcić w prawo (gdzie był zakaz) i poprosić policję drogową o otwarcie szlabanu żebyśmy mogli gdzieś tam kółko zrobić zwykłą drogą. Nie rozumiałem tylko jednego w jaki sposób mamy się z powrotem znaleźć na drodze do Montijo. Prosiłem go więc żeby wsiadł z nami i nas wyprowadził, przy okazji wytłumaczyłby policji dlaczego chcemy tędy jechać. Był skłonny nam pomóc ale jego szef się nie zgadzał. Kazał nam samym sobie radzić i nie odciągać mu pracownika od roboty. Ja dalej upierałem się i prosiłem ale szefu był nieugięty. W końcu mnie przegonił a Ukrainiec na odchodne rzucił żebym poszedł do policjantów.

 

Byłem tam wcześniej ale nikogo nie widziałem. Postanowiłem spróbować jeszcze raz. Wszedłem na górę i widziałem przez oszklone drzwi grupę około 10 facetów w mundurach zajętych jakąś żywą dyskusją. Wszedłem do środka i wypaliłem z miejsca: "Does anybody speak English here?" Oczy dziewięciu z nich skierowały się na jednego młodego, który podszedł i spytał o co chodzi. Kiedy wyjaśniłem, on przetłumaczył to pozostałym i rozpętała się dyskusja. Wszyscy chcieli pomagać i każdy z nich miał co najmniej kilka pomysłów. Ja stałem tam nie rozumiejąc o czym dyskutują, a gadający po angielsku uspokajał mnie, że jest OK.

 

W końcu zadecydowali, że mamy przejechać bramkę, skręcić w prawo łamiąc zakaz i dalej nas poprowadzą. Wróciłem więc do TT, który stał sam i się denerwował. Podjechaliśmy do pani żeby zapłacić €1.65 kiedy pani rzuciła coś po portugalsku do TT. Kiedy się zorientowała, że my nietutejsi, poprawiła się mówiąc: "Switch on your lights and close the door". TT bowiem z tego wszystkiego zapomniał włączyć świateł i nie domknął swoich drzwi.

 

Zgodnie z zaleceniem wjechaliśmy tam gdzie zwykłym śmiertelnikom nie wolno i zaraz dwa policyjne samochody wzięły nas w kleszcze. Ujechaliśmy kawałek i zatrzymaliśmy przed bramą zamkniętą na kłódkę. Ten z tyłu podjechał z boku i kazał jechać za sobą, a nie za tym co był przed nami. Otworzyli bramę i wjechaliśmy w jakąś drogę przez las, całkowicie pustą. Jechaliśmy za oboma autami zupełnie nie wiedząc co się dzieje. Po dojechaniu do skrzyżowania jeden z nich pojechał w lewo, a my zgodnie z poleceniem za tym, który nas prowadził. Jechaliśmy jeszcze kawałek kiedy w końcu na rondzie dojrzeliśmy znak na Pegoes i wiedzieliśmy, że to dokładnie droga o którą nam chodzi. Zatrzymali się aby nam to potwierdzić i życzyli miłej drogi. Byliśmy uratowani bo już wszystko było jasne. Stres trochę opadł.

 

Było zupełnie ciemno bo było koło 1.00 w nocy. Ruch zerowy, byliśmy gdzieś na wiejskiej drodze. Przesiedliśmy się i teraz ja prowadziłem. Zaczęliśmy się głowić co robimy z noclegiem. Jechaliśmy w dobrym kierunku na Evorę i kwestia była jak daleko powinniśmy dojechać i w jaki sposób spać. Przejeżdżaliśmy kolejne miejscowości ale nic nam do głowy nie przychodziło. Szukaliśmy jakiejś stacji benzynowej na rogatkach miasta aby móc się rozbić i przespać te kilka choć godzin.

 

Wreszcie koło 2.00 zatrzymałem się na jakiejś malutkiej stacji benzynowej. Był fajny ukryty parking i nawet miejsce na namiot. Co prawda podłoże było lekko zaorane i przez to niewygodne ale przynajmniej miękkie. TT nie był pewny czy to dobry pomysł ale widząc moją determinację aby jednak się dzisiaj przespać cokolwiek, ochoczo zabrał się za rozbijanie namiotu. Samochód mieliśmy tuż obok, byliśmy osłonięci płotem i drzewami i wiedziałem, że nic nam nie grozi. Nie przewidziałem tylko, że ruch będzie się wzmagał tak gwałtownie. Noc nie należała więc do udanych bo było i głośno, i niewygodnie ale jakieś tam drobne minuty człowiek pospał. Szczególnie po tak dramatycznym i wyczerpującym dniu.

 

Dzień 3: Lizbona – Pegoes  68km

 

 

Dzień 4 – 15 czerwca 2004 – wtorek

 

                   VIVA ESPANA!

 

 

Nie wyspaliśmy się za bardzo. Kiedy wstaliśmy na stacji był już ruch. Ale nikt nie zwracał na nas uwagi. Szybko się więc uwinęliśmy. TT poszedł załatwiać wodę żeby się obmyć trochę. Coś tam gadał z gościem ale w sumie nie wiedział czy te wodę można pić czy nie.

 

Nie chcieliśmy przedłużać więc ruszyliśmy w poszukiwaniu dogodniejszego miejsca na śniadanie i toaletę. Nie ujechaliśmy daleko i znaleźliśmy bardzo fajne miejsce. Parking, stoły, mnóstwo zalesionego miejsca. Szkoda, że wczoraj tam nie dojechaliśmy. No ale przynajmniej mięliśmy fajne miejsce na śniadanie. Wysmarowaliśmy się tradycyjnie olejkiem przeciw słońcu, sprawdziliśmy mapę i w drogę do Evory.

 

Evora – (http://www.cm-evora.pt/) – to miasto w środkowej Portugalii o populacji ponad 50,000. Jest to ośrodek regionu uprawy dębu korkowego i przetwórstwa korka. Starożytna Ebora, potem Liberalitas Iulia. Miasto portugalskie od 1165 z zabytkami starożytnej architektury rzymskiej oraz katedra, klasztory czy pałac arcybiskupi. Największymi zabytkami są jednak: Templo Romano – świątynia (a właściwie ruiny)  poświęconej Dianie (podobno niepoprawna jest ta wersja) oraz Kaplica Kości zbudowana z kości mnichów.

 

Nie było daleko do Evory więc szybko się tam znaleźliśmy. Upał był już koszmarny i w dodatku brakowało morskiej bryzy. Zatrzymaliśmy się tuż przed wjazdem, jak nam się wydawało, do Starego Miasta ale idąc w tamtym kierunku chciałem się upewnić więc zapytałem robotnika drogowego: "centro ‘historico?" – wskazując kierunek ale wzruszył tylko ramionami, że nie rozumie. Przeszliśmy kawałek i nagle przybiegł z powrotem pytając: "centro his’torico?". Kiedy potwierdziłem wskazał nam kierunek. Tak więc różnica w akcentowaniu sylab jest bardzo istotna w portugalskim. Tak jak świadomość, że w każdym wyrazie musi wystąpić głoska "sz". Wczorajszy dzień obfitował nawet w nowe polsko-portugalskie przekleństwo: "kurwasz maciasz".

 

Ale weszliśmy do centrum Evory i szukaliśmy Templo Romano – świątyni rzymskiej z I w n.e. W sumie znaleźliśmy ja całkiem przypadkowo. Ale zrobiła wrażenie, a właściwie jej szczątki. Kilka kolumn o wysokości prawie 8m zostało umiejscowionych na marmurowym podłożu.

 

Fot.5. Templo Romano w Evorze.

 

Upał jednak dawał się nam we znaki. Pochodziliśmy po całym miasteczku i staraliśmy się znaleźć Capela dos Ossos czyli Kaplicę Kości. Stojąc tak z przewodnikiem gdzie mięliśmy mapkę miasta, spotkaliśmy grupkę Amerykanów, którzy szukali tego samego. Zgadaliśmy się, że ciężko to odnaleźć ale oni byli bardzo zdeterminowani żeby cel osiągnąć, a nas traktowali jako Australijczyków (przez koszulki).

 

Po kilku zbłądzeniach jednak udało się nam tam dotrzeć. Kaplica dość ciekawa i osobliwa.

Wybudowana w XVI wieku przez franciszkańskiego mnicha zawiera kości i czaszki 5,000 mnichów, które są przycementowane do ścian kaplicy. Sufit jest wymalowany motywami śmierci, a nad wejściem widnieje inskrypcja: "My kości, które tu spoczywamy, na Twe kości czekamy". Na ścianie wiszą też dwa ususzone ciała.

 

Trochę tam posiedzieliśmy i na koniec miałem spięcie z TT. Pokłóciliśmy się o kamerę bo dzikus nie chciał być nagrywany z jakichś tam jego dziwnych powodów. Musiałem więc sam sobie radzić bo odmówił mi pomocy.

 

Wracaliśmy inną drogą, przechadzając się typowymi wąziutkimi uliczkami Starego Miasta. Wyszliśmy do auta, które stało w potwornym upale. Teraz trzeba było jakoś wyjechać z miasta ale akurat nie było z tym większych problemów. Celem była dziś Hiszpania ale mięliśmy jeszcze mieć jeden przystanek po stronie portugalskiej.

 

Droga była płaska, wiodąca przez spalone słońcem pola. W oddali widać było lekkie wzniesienia, ruch był średni i powoli zanikał. Szukaliśmy drogowskazu na Monseraz – zamku-miasteczka na skale. Po chwili zauważyliśmy go w oddali. Widok był imponujący. Przybliżał nam się cały czas aż wreszcie dojrzeliśmy drogowskaz kierujący nas na tę górę.

 

Kiedy wjechaliśmy, zaskoczył nas spokój. Nie było żadnych turystów, miejscowi też się pochowali przed upałem. Zamek Monseraz to tak naprawdę średniowieczne miasteczko ogrodzone wysokim murem. Podobno oznacza "Orle gniazdo". Wszystko znajduje się w środku. Nie ma niczego poza murami, oprócz parkingu. A w środku jest kościół, rynek z szafotem i po drugiej stronie korrida. Wszędzie byliśmy i zrobiło to na mnie duże wrażenie. W dodatku całe miasteczko jest na wzgórzu więc widoki są bardzo przyjemne. Widać lekkie górki i rzekę graniczną z Hiszpanią – wszak to rzut kamieniem stąd. Poszwędaliśmy się trochę po miasteczku i w drogę.

 

Znów się przesiedliśmy i uderzyliśmy w kierunku Hiszpanii. Ruch był praktycznie zerowy. Ciekawi byliśmy przejścia granicznego, czy jakiekolwiek będzie. Zbliżaliśmy się więc powoli do Hiszpanii, znaki informowały nas o tym, że zmieniamy kraj ale kiedy przyszło co do czego, to zauważyliśmy tablicę z napisem "Espana" i jakąś budę, na tarasie której odpoczywali w cieniu pogranicznicy. Przejechaliśmy więc granicę z szybkością 80km/h i nikt nic nawet od nas nie chciał.

 

Hiszpańska droga była bardzo wąska – to było nasze pierwsze spostrzeżenie. Do najbliższego miasteczka było kilka kilometrów. Jechało się znośnie, bo chyba zaczęła się sjesta. Upał jednak się nasilał. Było grubo ponad 35°C.

 

Kiedy wjechaliśmy do miejscowości Jerez zatrzymaliśmy się gdzieś pod jakąś fabryką. Chcieliśmy coś zjeść i przede wszystkim się czegoś napić. Zostawiliśmy auto i ruszyliśmy na miasto. Ale to było miasto widmo. Widać było pojedynczych ludzi, wszystko było pozamykane. Licząc, że w centrum będzie inaczej, poszliśmy tam ale zastaliśmy identyczną sytuację. Doszło więc do tego, że się zgubiliśmy w tym mieście. Ale szybko wyszliśmy na właściwą drogę choć musieliśmy iść pod górę. Wykończyło nas to całkowicie. Kiedy ujrzeliśmy czynny bar wpadliśmy tam i zamówiliśmy colę z lodem. Nie umiałem się dogadać więc wysypałem wszystkie moje drobne aby sobie wybrał. Ale gość zabrał mi wszystkie monety! Było tam chyba ze €4. Zostawił mi jakieś centy.

 

Ale najważniejsze było to, że mogliśmy czegoś się napić. Zimnego! Bo o tym marzyliśmy. W sumie więc postój w Jerez to nie był udany pomysł. Sjesta w Hiszpanii rzecz święta ale nie dotyczy kierowców ciężarówek. Ci ciągle w trasie i praktycznie tylko ich widać na drogach.

 

Jeśli chodzi o wartości turystyczne to plan na dziś wypełniliśmy. Teraz trzeba dojechać jak najbliżej Sewilli i znaleźć jakiś fajny kemping. Sięgnęliśmy więc do notatek ściągniętych z internetu i znaleźliśmy fajny kemping zaledwie 21km od Sewilli. To było coś. Miejscowość Guillera.

 

Ale do Sewilli był jeszcze kawałek. Droga jednak była całkiem OK. Czas też mieliśmy dobry więc była szansa na obejrzenie nawet może i obu meczy. Zbliżając się do Sewilli natrafiliśmy na znak oznajmiający nam kemping, jednak zrezygnowaliśmy ze sprawdzania tego miejsca. Choć przeszedł nam po głowach taki pomysł. Ale pojechaliśmy dalej.

 

W Hiszpanii, inaczej niż w Portugalii, oznaczenia na drogach są o klasę lepsze. Nie było więc problemu aby zjechać do Guillery. Miasteczko bardzo przyjemne ale żadnego oznaczenia kempingu nie spotkaliśmy. Przejechaliśmy całe miasteczko i wylądowaliśmy na samym końcu. Niczego takiego jak kemping nie było. Stanęliśmy więc na końcu miasta i TT wyskoczył spytać się gości pracujących na budowie. Długo mu schodziło, a w tym czasie podjechała policja i opierdzielili mnie, że stoję w niedozwolonym miejscu. Obiecałem, że już wyjeżdżam.

 

TT wrócił z wiadomością, że mamy jechać za gościem, który nas zaprowadzi. Facet miał szybki samochód i szybko jechał. Wjechaliśmy w miasteczko, mijaliśmy auta, których jakby więcej się zrobiło. Często mi uciekał ale jakoś śledziłem go. W końcu stanął na światłach i wysiadł. Pobiegł gdzieś, ja nie wiedziałem co za bardzo robić. Zrobiło się zielone, faceta nie było, ja stałem praktycznie w poprzek bo najpierw myślałem, że mam podjechać do niego z boku. Samochody nas omijały, jego nie było, my staliśmy jak barany na środku drogi. Ale nikt nie trąbił jak w Portugalii, omijali nas grzecznie.

 

Wreszcie przybiegł i zaczął coś nam tłumaczyć po hiszpańsku. Nadal staliśmy na środku skrzyżowania. Ja byłem zestresowany tą sytuacją bo zupełnie nie wiedziałem o co chodzi. Tłumaczył, że trzeba się wrócić, gdzieś wyjechać, że to nie to miasto. W sumie TT dużo więcej wiedział niż ja. Wyjechałem w końcu z tego kotła i zatrzymaliśmy się gdzieś dalej.

 

Po zastanowieniu i przetrawieniu wszystkich tych wiadomości zdecydowaliśmy się pojechać na rogatki miasta. Tam zostawiliśmy samochód i poszliśmy obejrzeć znak wjazdowy. Tam był narysowany kemping. Z wiadomości od tego młodego budowlańca wynikało, że musimy się wrócić 30km do innej miejscowości El Ronchillo. Nie chcieliśmy się z tym pogodzić. Mieliśmy już dość jazdy na dziś, upał nas wykończył, wczorajsze przygody wykończyły psychicznie a tu dodatkowe atrakcje.

 

Stojąc tak pod znakiem, zatrzymał się obok nas facet i zaproponował pomoc. O dziwo mówił trochę po angielsku. Pokazaliśmy mu kartkę z adresem i nazwą kempingu. Wziął ją i poszedł do banku. Za chwilę wrócił, wziął mapę i pokazał nam... to samo co budowlaniec. Kemping jest w El Ronchillo. Załamał nas totalnie. Nie wiedziałem czy wracać rzeczywiście te 30km, czy może znów na dziko się gdzieś przenocować.

 

TT uparł się żeby spróbować zapytać jeszcze kogoś, że to niemożliwe skoro adres jest w Guerilli. Wróciliśmy jeszcze do miasta ale szybko zarzuciliśmy ten pomysł i postanowiliśmy wrócić. Wściekli byliśmy cholernie. Dotarło również do nas, że to ten kemping, który mijaliśmy jadąc w tę stronę. Jak bardzo żałowaliśmy, że nie sprawdziliśmy go wtedy nie trzeba mówić.

 

Wróciliśmy więc do miasta te 30km, minęliśmy znak "kemping 500m" ale za cholerę nie było żadnego kempingu po 500m. Wyjechaliśmy z miasta i w drugą stronę to samo – znak "kemping 500m" i nic. Szlag nas trafił. Podjechaliśmy na stację benzynową i zapytałem gliniarza, który akurat tam był. Powiedział, że na światłach w prawo. Dopiero teraz zauważyliśmy jakąś wąziuteńką uliczkę, dosłownie między domami. Wcześniej myśleliśmy, że to po prostu wjazd na posesję. Żadnego znaku jednak nie było kierującego nas w tę dróżkę.

 

Wjeżdżając tam nie było żadnych znaków o kempingu. Jechaliśmy tylko na zaufaniu do gliniarza. Ale coś cholernie długo jechaliśmy. Tylko las i las. Przejechaliśmy chyba z 10km i nic. Wreszcie znak, że to dobra droga. Ale znów jechaliśmy dobre kilka minut i nic się nie działo. "Gdzie ten cholerny kemping?!" – darliśmy się oboje.

 

No i wreszcie był. Weszliśmy do recepcji i zastaliśmy młodego faceta, który był zajęty rozmową z kolegą. Nas nie zauważył. Odczekaliśmy chwilkę zagryzając wargi bo nasze nerwy były na wykończeniu. Przybił mnie fakt, że gościu nie kumał nic po angielsku. Zresztą żaden z nich.

 

Zaczęło się omawianie noclegu. Doszło do nieporozumienia bo my chcieliśmy zapłacić za namiot a on myślał, że chcemy wypożyczyć. W międzyczasie zadzwonił ktoś z problemem jak dojechać. My ironicznie się uśmiechaliśmy bo nie dziwiło nas to absolutnie w ogóle. Stanęło, że zapłaciliśmy €13 i mieliśmy się rozbić w jakimś konkretnym miejscu. Ale cholernie ciężko było je znaleźć. Darli się coś na nas, że tam nie wolno, a tam jacyś piłkarze, jakieś dzieci. Pieprzyli po swojemu w kółko to samo. Nie miałem sił już się kłócić. Załamywała mnie ta sytuacja coraz bardziej.

 

Zjechaliśmy trochę niżej i TT mało co i by się zakopał. Ciężko było wyjechać. Nie wiadomo było gdzie toalety, TT przejechałby jakiegoś psa. Naprawdę byliśmy oboje mocno wkurzeni całą tą sytuacją. Trwało to z pół godziny, bo co chwilę przyłazili do nas i gadali co mamy zrobić. My nie mieliśmy sił nawet starać się zrozumieć o co im chodzi.

 

Ostatecznie wybraliśmy sobie sami miejsce. Trochę głośno bo jakieś dzieciaki przyjechały ale równo i z dala od innych. Kiedy już mieliśmy wszystko gotowe pobiegliśmy do baru na końcówkę drugiego meczu Niemcy-Holandia. TT zasugerował utopić stresy w browarkach i tak też się stało. Wyciągnęliśmy od barmana wynik i zasiedliśmy przy piwku przed TV. To chyba dość atrakcji na dzisiaj.

 

Po meczu poszliśmy się wykąpać. WC w dobrym stanie na szczęście. W tym czasie tuż obok nas rozbili się Czesi. Wracając z łazienki podeszliśmy do nich i zagadnęliśmy po czesku. Przede wszystkim chcieliśmy się dowiedzieć wyniku meczu z Łotwą. Jednak koleś był nie z tej planety. W ogóle nie wiedział o czym mówimy. Nie miał zielonego pojęcia, że są ME w Portugalii, i że Czesi tam są. Był tak zaskoczony, że mówimy do niego po czesku, że nie umiał nic nam odpowiedzieć. Bardziej kumata była jego dziewczyna ale ogólnie zaprezentowali kompletne dno i wróciliśmy do namiotu machając na głąbów ręką.

 

Noc mieliśmy twardą ale bardzo głęboko spaliśmy bo przecież mieliśmy spore braki, a i wszystkie atrakcje wymagały odespania. Mieliśmy nadzieję, że limit nieprzyjemności wykorzystaliśmy bo podczas meczu zrezygnowaliśmy z wjazdu do Sewilli. Nie dość, że TT się nie popisał nie przygotowując planu działań w Hiszpanii, to w dodatku nie mieliśmy ochoty denerwować się klucząc po mieście. Wreszcie czasowo też nie chcieliśmy za bardzo napinać planu.

 

Dzień 4: Pegoes – Guillena (El Ronchillo) 378km

 

 

Dzień 5 – 16 czerwca 2004 – środa

 

                   HELLO, AFRYKA!

 

 

Zapomniałem przestawić ponownie czas i wydawało się nam, że jest wcześnie a wcale tak nie było. Jednak zebraliśmy się szybko i wyjechaliśmy z kempingu. Zatrzymaliśmy się po drodze na śniadanko. Spróbowaliśmy nowości, które kupiłem wczoraj w supermarkecie podczas krótkiego postoju w drodze do Guerilli. Rybki jednak nie za bardzo nam podpasowały. No ale coś tam pojedliśmy.

 

Wracaliśmy oczywiście tą samą drogą ale na sam koniec mieliśmy niemiłą przygodę. TT nie zauważył dziury i potwornie nami tąpnęło. W dodatku wyjrzał przez okno i stwierdził, że mamy gumę. Nieźle zaczął się nam dzień. Dojechaliśmy do pobliskiej stacji ale nic takiego nie stwierdziliśmy. Wydawało się nam, że trochę mało powietrza jest w kołach ale facet ze stacji powiedział, że jest OK. Przy okazji zatankowaliśmy do pełna gdyż benzyna w Hiszpanii kosztowała €0.88, a dla porównania w Portugalii ponad €1.00. Kupiliśmy bodajże 34l i zadowoleni ruszyliśmy w kierunku Sewilli. Odcinek do Guillery znaliśmy już dobrze bo przecież jechaliśmy nim po raz trzeci.

 

Sewilla potraktowała nas przyjaźnie. To duże miasto, nie chcieliśmy tam wjeżdżać a tylko je ominąć w taki sposób aby nie wjechać na płatną autostradę tylko na zwykłą drogę. Oznaczenia były poprawne i bez problemu znaleźliśmy się na równoległej drodze z autostradą, która prowadziła do Kadyksu. Standard tej drogi jednak był zbliżony do autostrady więc byliśmy bardzo zadowoleni z decyzji. Ruch też nie był zbytnio duży więc na luzie sobie przejechaliśmy ten odcinek aż dojechaliśmy do Kadyksu.

 

Kadyks – (http://www.cadiz.es/app) – to  miasto w południowo-zachodniej Hiszpanii, w regionie Andaluzja, stolica prowincji Kadyks. Położone na półwyspie oddzielającym odnogę Zatoki Kadyksu od Oceanu Atlantyckiego. Zamieszkuje je 155 tys. osób (1994). Miasto portowe i handlowe, stocznia, przemysł metalowy i spożywczy. Szkoły wyższe, muzea, znany ośrodek turystyczny. Najstarsze miasto w Hiszpanii. Nie spotyka się prawie śladów starożytności i średniowiecza, po zniszczeniu miasta w 1596 przez oddziały angielskie hr. Essexa. Oprócz wszechobecnych kościołów i katedr, zabytkiem zwracającym uwagę turystów są też Mury obronne z XVII wieku z bramą Puerta de Tierra.

 

Wjeżdżając do miasta, zobaczyliśmy piękne palmy i wielką plażę nad oceanem. Długa dwupasmowka prowadziła do samego centrum ale zauważyliśmy, że jest możliwość zjazdu w boczną uliczkę, dokładnie w pobliżu centrum informacyjnego. Tam też zaparkowaliśmy. Wróciliśmy do centrum i na szczęście mogliśmy porozmawiać z panią. Wytłumaczyła nam gdzie jesteśmy i co powinniśmy zrobić.

 

Znajdowaliśmy się ok. 2 km od Starego Miasta i pani zasugerowała spacer plażą aż do centrum. Dostaliśmy mapkę z zaznaczonymi atrakcjami i wyglądało, że wszystko dobrze się układa bo podobno nie ma sensu wjeżdżać samochodem do centrum.

 

Przeszliśmy więc na plażę i rzeczywiście widać było z oddali Stare Miasto. TT zapragnął się wykąpać w Atlantyku więc pobiegł z powrotem do auta po niezbędny sprzęt, a ja wyłożyłem się na plaży czekając na niego. Przyszedł oburzony, że mu się schowałem choć tłumaczyłem mu, że będę na wprost wejścia na plażę. Szybko się przebrał i poszedł popływać. Plaża nie była zbytnio okupowana ale to pewnie przez porę gdyż było koło południa.

 

Po tej sielance wśród starych bab i brzuchatych facetów, przyszedł czas na długi spacer w kierunku miasta. Zajęło nam to ponad godzinę. TT musiał się jeszcze opłukać z soli, przebrać i wyszliśmy na miasto. Przeszliśmy bramę wjazdową do Starówki i ruszyliśmy w kierunku zamku na cyplu. Upał nam strasznie dokuczał. W dodatku kiedy dotarliśmy do zamku okazało się, że był zamknięty.

 

Fot.6. Zamek w Kadyksie.

 

Zaczęliśmy więc wędrować po mieście. Całkiem się nam spodobało. Dużo zieleni, palmy, skwerki, stare brukowane uliczki, które polewaczki zraszały wodą natychmiast parującą od upału. Sporo turystów się kręciło. Zeszło nam więc trochę czasu na łażeniu po mieście.

 

Wylądowaliśmy w końcu w parku żeby odpocząć i okazało się, że przed nami siedzibę ma Burger King. A że odczuwaliśmy głód więc wstąpiliśmy tam. Niestety obsługa nic w ząb po angielsku więc zamawialiśmy po obrazkach. Zawsze zamawiamy w tego typu lokalach maksymalnie duże zestawy ale TT wpadł w oko zestaw "Monster". Brzmi groźnie ale nie wiedział, że dostałby minihamburgera i pluszowego stworka gdyż zestaw był dla dzieci. Skończyło się na jakimś grillowanym kurczaku, o którego znów się ostro pokłóciliśmy. Właściwie nie o niego, a o słowo "grymasić" i wyszliśmy z baru w niesmacznych nastrojach.

 

Nie było jednak sensu się kłócić dalej bo już byliśmy zmęczeni tym upałem, jednak doszło znów do zatargu, kiedy okazało się, że TT nie umie czytać mapy i nie wie gdzie jesteśmy. Moje tłumaczenia spowodowały u niego wzrost agresji choć wiedział, że mam rację lekko go karcąc. No ale wyprowadziliśmy sytuację na klarowną i znów ponad godzinę wracaliśmy do auta.

 

Kiedy dotarliśmy do samochodu zauważyłem dopiero, że stanęliśmy idealnie pod znakiem zakazu zatrzymywania się. Nie wiem jakim cudem nie zauważyliśmy tego znaku wcześniej, jednak oczywiście nie byliśmy jedynymi, którzy tam stali. Nie było mandatu ani blokady więc trzeba było się wynosić.

 

Wyjazd nie był trudny ale w sumie pojechaliśmy trochę naokoło. Na szczęście szybko zniwelowaliśmy pomyłkę i byliśmy na trasie do Gibraltaru. Wybraliśmy wariant dolny, wzdłuż Atlantyku bo wiedzieliśmy, że dzisiaj nie zdołamy dotrzeć na miejsce. Po drodze na jakimś parkingu wyrzuciliśmy śmieci, które woziliśmy od rana i znów się przesiedliśmy. Do Gibraltaru było ponad 100km ale zdecydowaliśmy się szukać jakiegoś kempingu na trasie. Sporo ich mijaliśmy ale ciągle wierzyliśmy, że będą jeszcze inne, bliżej celu.

 

Jechało się OK, bo ruch mały i zbliżał się mecz Hiszpanii więc pewnie większość przygotowywała się do oglądania. Zmorą były tylko tradycyjnie już ciężarówki. Widoki na trasie były też bardzo przyjemne, po lewej górki z wiatrakami, po prawej Atlantyk. Tuż po 18.00 zjechaliśmy na kemping wybrany na ślepo. Była to miejscowość Tarifa. Na recepcji miły gość, mówiący po angielsku. Kemping bardzo przyjemny, prawie pusty, z barem, sklepem i czyściutki.

 

Cena nieco wyższa bo zapłaciliśmy €17 ale mieliśmy fajne miejsce. Zanim jednak się rozbiliśmy pobiegliśmy do baru na mecz. Ledwo weszliśmy kiedy Hiszpanie strzelili Grekom gola. Trzeba było to opić więc zakupiłem po browarku i dalej oglądaliśmy.

 

Po meczu poszedłem naładować kamerę, zostawiłem ładowarkę z baterią w WC, poszliśmy do supermarketu, zrobiliśmy porządne zakupy bo wcale drogo nie było. Następnie poszliśmy obejrzeć kemping i znaleźliśmy wyjście na zewnątrz. Tuż za bramą był mały drogowskaz ze strzałką zrobiony z drewna, który oznajmiał: "Afryka 15km". Spojrzeliśmy na góry przed nami i zrozumieliśmy, że to Maroko. Przed nami ok. 500m plaża, wąski przesmyk wody, który okazał się Cieśniną Gibraltarską i góry, które już były w Afryce.

 

Trochę nas to zszokowało, ale później kiedy oglądaliśmy mapę widzieliśmy, że Tarifa w sumie leży najbliżej Afryki czyli byliśmy w najwęższym miejscu całej cieśniny. Nie sądziłem, że to tak wąska szczelina. Czasem rzeki są szersze.

 

Zbliżał się zachód słońca, porobiliśmy kilka fotek i ciągle nas intrygowała biała skała na wschodzie. Wychodziło nam, że to musi być Gibraltar choć teoretycznie było do niego ok. 40km. Jednak zdjęcia i opis wydawały się potwierdzać, że to może być słynne The Rock.

 

Wróciliśmy do baru na kolejny mecz. Ludzi było bardzo mało, kilku Anglików oglądało z nami ale generalnie były pustki na kempingu. Chodząc po nim dostrzegliśmy Niemców, Holendrów, Słoweńców i Anglików. Dopiero po meczu zdecydowaliśmy się na rozbicie namiotu. Ładnie przystrzyżona trawka kryła pod sobą tradycyjny już asfalt czy beton. Śledzie wyginały się bo ziemia jest tam tak twarda. Na koniec zjedliśmy kolację i byliśmy gotowi do snu. A spało się nam całkiem dobrze.

 

Dzień 5: El Ronchillo - Tarifa 274km

 

 

Dzień 6 – 17 czerwca 2004 – czwartek

 

         OSTATNIA KOLONIA W EUROPIE

 

 

Całkiem wcześnie się przebudziliśmy. Po śniadaniu zebraliśmy nasze graty, odebrałem dowód z recepcji i wyjechaliśmy w kierunku Gibraltaru. Droga była prosta aczkolwiek żadnych znaków na Gibraltar nie było. Cały czas towarzyszyła nam Afryka po prawej stronie. Kiedy przejechaliśmy miasto Algeciras zdziwiło nas, że nic nie wspominają o Gibraltarze. Ale w końcu był zjazd z którego skorzystaliśmy. Zresztą przed nami jechał jakiś mieszkaniec.

 

Dojechaliśmy w końcu do ronda, za którym ustawiła się długa kolejka. Przypuszczaliśmy, że chodzi o wjazd na granicę ale nie byliśmy pewni. Spróbowałem spytać parkingowego ale nic nie mówił po angielsku więc niczego się nie dowiedziałem. Jednak pomógł nam jakiś turysta. Doradził zostawić samochód właśnie tutaj i przejść pieszo kawałeczek ponieważ są straszne problemy na granicy, głównie z wyjazdem z powodu odwiecznego napięcia hiszpańsko-brytyjskiego dotyczącego Skały.

 

Poszedłem więc po bilet parkingowy. Myślałem, że wydaje resztę ale on po prostu doliczył więcej czasu i wyszło, że mamy być z powrotem o 13.58. Mieliśmy więc ponad 3 godziny czasu na Gibraltar.

 

Granica rzeczywiście była oddalona o jakieś 500m. Zdziwiło nas tak rygorystyczne kontrolowanie wszystkich. Normalna, zwykła granica hiszpańsko-brytyjska. Gibraltarczyk obejrzał mój dowód i kazał iść dalej. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy ofercie wycieczek ale ceny były kosmiczne.

 

Teraz celem było dostanie się do centrum. Zauważyłem na podjeżdżających autobusach ofertę całodziennych biletów za €5. Skusiło mnie to i weszliśmy do autobusu pogadać z kierowcą. Ten był tak miły, że objaśnił nam dokładnie gdzie która linia dojeżdża i skąd. Zostaliśmy więc już w tym autobusie zakupując bilety gdyż do centrum było ok. 2km.

 

Chwilę później ruszyliśmy do centrum i od razu zauważyliśmy, że jesteśmy w innym kraju. Szyldy i znaki po angielsku, Bank of Scotland i tego typu przedsiębiorstwa upewniały nas, że jesteśmy w ostatniej europejskiej kolonii.

 

Gibraltar – (http://www.gibraltar.gov.uk/) – to skalisty półwysep na południowym wybrzeżu Półwyspu Iberyjskiego, u wyjścia Morza Śródziemnego na Ocean Atlantycki. Gibraltar jest jednym z najgęściej zaludnianych terytoriów świata – ok. 4,245 mieszkańców na km². W mieście mieszka 27,000 osób. Ląd wydarty morzu stanowi ok. 1/10 całkowitego obszaru.

 

Ponad portem i zabudową miejską wznosi się wysoka na 426 m n.p.m. wapienna Skała Gibraltarska, stanowiąca potężną twierdzę pod powierzchnią skały, a na zewnątrz w większości rezerwat przyrody.

 

Politycznie terytorium jest zależne od Wielkiej Brytanii, chociaż pretensje do niego rości sobie Hiszpania. Graniczy na lądzie z hiszpańskim miastem La Línea de la Concepción, od którego oddziela je zdemilitaryzowana strefa neutralna, gdzie wybudowano sztuczny pas startowy lotniska gibraltarskiego i zabudowania lądowego przejścia granicznego pomiędzy Gibraltarem i Hiszpanią.

 

Wysiedliśmy koło rynku. Chcieliśmy znaleźć informację turystyczną i rzeczywiście biuro znajdowało się dokładnie tam. Weszliśmy do środka i pani szybko się nami zajęła. Tłumaczyła co i jak, dała nam mapki i cenniki. Na koniec spytałem ją o pomnik Sikorskiego i tym razem musiała sięgnąć do notatek aby udzielić nam kompetentnej informacji. Zaczęła nam opowiadać historię jego śmierci ale przerwałem jej mówiąc, że oficjalną wersję znamy, a prawdziwą i tak Brytyjczycy nam nie chcą powiedzieć. To trochę ją speszyło natomiast ubawiło jej hiszpańskiego praktykanta.

 

Uzbrojeni w foldery i mapki byliśmy gotowi do podboju Gibraltaru choć trzeba przyznać, że bardzo nędznie byliśmy przygotowani. Chodziło oczywiście o wjazd na The Rock. Po pierwsze ani zamek Maurów z powiewającym Union Jackiem, ani tunele nie były dzisiaj czynne. Wjeżdżając na górę moglibyśmy podziwiać widoki na Afrykę i pewnie zobaczyć słynne jedyne w Europie małpy ale cena nas odstraszyła. Musielibyśmy zapłacić ponad €40 za dwie osoby. To dla nas ponad 40 litrów paliwa, a i tak nie wiadomo co by nas tam czekało. Zdecydowaliśmy się więc odwiedzić monument Sikorskiego i pojechać na Europa Point czyli sam cypelek lądu pod Skałą.

 

Robiło się coraz cieplej, tzn. upalnie. Postanowiliśmy kupić kartki pocztowe i pojechać do Sikorskiego żeby je sobie tam wypisać. Tak też zrobiliśmy. Szczęśliwie facet dysponował znaczkami. Chwilę później już staliśmy na przystanku czekając na autobus. Kiedy podjechał spotkaliśmy dwóch wesołych kierowców, z których jeden sprawdzał bilety. Poprosiliśmy o cynk kiedy będzie Eastern Beach, miejsce monumentu. Pokręciliśmy się po mieście i wreszcie nas powiadomili, dodając, że jeśli nam się ta plaża nie spodoba to dalej jest jeszcze jedna. Wyjaśniłem im więc jaki jest nasz prawdziwy cel, to oni od razu wskazali nam to miejsce i zapytali czy jesteśmy Polakami.

 

Monument to wstyd. Śmigło z samolotu przycementowane do betonowego słupka i tablica. Wszystko w dodatku przed warsztatem samochodowym. Po drugiej stronie ulicy biała ściana Skały. Z tego miejsca naprawdę robi wrażenie. Ogromna skała wyrasta ni stąd ni zowąd tuż nad morzem. Kiedy chcieliśmy zrobić zdjęcie nie za bardzo się dało, bo nie mieściła się w kadrze. Setki mew krążyło nad nią gdzie zapewne miały swoje gniazda.

 

Zobaczyliśmy to, co chcieliśmy więc czas wracać. Akurat podjechał autobus i w dodatku ci sami kierowcy. Zawieźli nas z powrotem do centrum. Tam zeszliśmy na ryneczek a potem na główną aleję. Znaleźliśmy ławeczkę i wypisaliśmy kartki. Nic więcej tam nie było więc poszliśmy znów na przystanek aby pojechać na Europa Point. Niestety autobus nie przyjeżdżał przez jakieś 20 minut, a przystanek był ulokowany w słońcu. Zmęczyło nas już to samo czekanie.

 

Kiedy wsiedliśmy i ruszyliśmy zaczęło się oglądanie widoków. Autobus przejechał długą trasę zanim wysadził nas na samym końcu lądu, tuż pod sklepem z szyldem "The Last Shop In Europe". Miejsce nazywa się Europa Point. Sporo turystów gnieździło się przy punkcie widokowym. Za plecami mieliśmy Skałę, a przed nami latarnie i oczywiście doskonale widoczną Afrykę. Z prawej strony port gibraltarski. Byliśmy w miejscu gdzie Morze Śródziemne łączy się z Atlantykiem i 70,000 statków rocznie przepływa tą drogą. Był też spory meczet co nawet mnie trochę zdziwiło.

 

Fot.7. Gibraltar.

 

Po obowiązkowej sesji na którą mieliśmy 15 minut zobaczyliśmy nadjeżdżający autobus. Wcześniej dowiedzieliśmy się, że wsiadając do niego spokojnie zdążymy przed 14.00 być w Hiszpanii, bo autobus miał nas zawieźć na granicę. W sumie nie było sensu być tam dłużej, 15 minut wystarczyło w zupełności.

 

Kiedy podjechał nasz powrotny autobus, niespodziewanie wywiązała się interesująca rozmowa z kierowcą. Tak się zagalopowaliśmy w rozmowie, że przez całą powrotną drogę stałem koło niego i słuchałem co opowiada o Gibraltarze. A podróż trwała ponad pół godziny. Dowiedziałem się chyba wszystkiego o tym miejscu, a facet był chyba bardzo zadowolony, że mógł odpowiedzieć na każde moje pytanie. Myślę, że w wielu książkach nie było tylu informacji o Gibraltarze ile się dowiedziałem od tego kierowcy.

 

Wysadził nas na granicy. Przejście było zupełnie bezbolesne bo Hiszpanie byli zajęci jakąś kobietą, a Brytonów w ogóle nie było. Zostało nam 500m do samochodu. Kiedy dotarliśmy do niego była godzina 13.57. Została więc nam minuta na wyjazd z parkingu. To się nazywa precyzja!

 

Zobacz video z Gibraltaru:   http://www.youtube.com/watch?v=wtaJIRS35gc

 

Wyjazd nie był trudny ale w stronę Kadyksu nie chcieliśmy wracać tą samą drogą więc już wcześniej obczailiśmy gdzie trzeba będzie skręcić w tzw. Bull Road, przy której na wzgórzach były wielkie makiety byków. Tak też się stało i wjechaliśmy bez problemów na tę drogę. Ruch tradycyjnie zamilkł w okolicach sjesty ale ciężarówki spowalniały jazdę bardzo. Dodatkowo owa droga była rekonstruowana i co chwilę na drogę wyjeżdżały ciężarówki z budów. Pod koniec wreszcie wjechaliśmy na dwupasmówkę i dojechaliśmy do miejscowości Jerez tuż za Kadyksem. Odcinek Jerez-Sewilla był tak naprawdę jedynym, który pokonywaliśmy dwa razy.

 

Miasto było wyludnione ale co zapamiętałem z tego miejsca to ogromny termometr, który wskazywał aktualną temperaturę wynoszącą +42ºC. Pożegnaliśmy bez żalu to piekło i ruszyliśmy w kierunku Sewilli.

 

Na odcinku do Sewilli chcieliśmy się gdzieś zatrzymać bo nie mieliśmy już żadnych pieniędzy. Padło więc na miejscowość El Cuervo i tam stanęliśmy. Miasteczko wymarłe ale nas interesował jakiś bankomat. Wkrótce znaleźliśmy ale niestety moja międzynarodowa karta Visa Classic nie działała. Po drugiej stronie był kolejny bank ale niestety tam też nie działała. Byłem w szoku bo przecież nie przekroczyłem limitu jak sugerowała informacja na ekranie, bo od tygodnia nie wybierałem pieniędzy! Spróbowałem zwykłą kartą Elektron i ta działała ale niestety mogłem wybrać maksymalnie €130 bo taki limit mam ustalony przez PKO. Dobre i to, bo już nic nie mieliśmy.

 

Korzystając z okazji postanowiliśmy się napić czegoś. Bary były zamknięte ale koło miejsca gdzie zaparkowaliśmy był czynny jakiś pub. Weszliśmy do środka i za ladą powitał nas bardzo nieprzyjemny koleś. Poprosiłem o dwie cole. Dodałem, że chcę z lodem. Nie zrozumiał ale kiedy pokazałem mu o co chodzi rzucił tylko: "yello?" i z ogromną łaską poszedł wybrać lód z zamrażarki.

 

Wyszliśmy sobie na dwór. Żar się lał z nieba, nawet wiatr nam przeszkadzał bo był gorący. W mgnieniu oka wypiliśmy po jednej ale było mało. Wysłałem TT żeby dokupił po kolejnej, bo ja nie chciałem gadać z tym pajacem. Znów siedzieliśmy zmordowani upałem, praktycznie nie rozmawiając ze sobą. Doskonale zrozumieliśmy pojęcie sjesty. Naprawdę nic się nie chce robić.

 

Czas jednak było się zbierać. Ruszyliśmy więc w kierunku samochodu. Kiedy już pasy były pozapinane i gotowi byliśmy do startu, podszedł do nas ten pajac z baru i coś zaczął gadać po swojemu. Myślałem, że rzuca się o to, że nie odnieśliśmy szklanek do środka więc go olałem. Ale on dalej coś gestykulował i pokazywał na plecy. Wtedy dopiero uświadomiliśmy sobie, że popełniłem największego sztosa w czasie całej wyprawy. Zostawiłem plecak w barze w którym były nasze dokumenty, kamera, aparat, bilety lotnicze i dokumenty do samochodu. Zgodnie z zasadą, że najważniejsze rzeczy przy sobie a nie w samochodzie, nosiłem ten plecak zawsze ze sobą. Gdyby nam to zginęło bylibyśmy ugotowani na całej linii. Nagle z nieuprzejmego buca za ladą, koleś stał się moim wybawicielem. Kłaniałem mu się w pas kiedy zabierałem plecak do samochodu. Aż nie chciało się nam myśleć co mogłoby się wydarzyć. Ja oczywiście wszystko zwaliłem na upał, który odebrał mi zdrowy rozsądek, no ale TT pewnie pomyślał o mnie zupełnie inaczej.

 

Jazda była monotonna aż do momentu kiedy stanęliśmy w korku. W samym słońcu musieliśmy jeszcze czekać aż uporządkują drogę. Jakaś ciężarówka bowiem zawadziła o wiadukt i urwał się spory kawałek betonu. Zjawiła się policja a my musieliśmy z nudów posłuchać trochę hiszpańskiego radia bo CD przecież nie mieliśmy.

 

Obwodnica Sewilli była już nam znana ale trochę obawialiśmy się, że może nas wyprowadzić na autostradę do Huelvy, a my naturalnie chcieliśmy jechać zwykłą drogą. Ale udało się nam bezproblemowo wjechać tam gdzie chcieliśmy. Teraz tylko prosto do Portugalii. W Huelvie ponownie zatankowaliśmy do pełna z uwagi na różnicę cen i ponownie ja miałem przekraczać granicę za kierownicą.

 

Droga do samej granicy była prościuteńka i puściuteńka. Można było ciąć około 100km/h i całkiem szybko zbliżaliśmy się do granicy na rzece. Z daleka widać było most graniczny. Zważywszy naszą drogę do Hiszpanii, spodziewaliśmy się identycznego potraktowania i tutaj. Tak też się stało gdyż żadnego Hiszpana nie widzieliśmy i wkrótce minęliśmy tablicę "Portugal". Ale chwilę później samochody zwolniły i wyszło na jaw, że Portugalczycy pracują.

 

Przejeżdżając powolutku obok budki policyjnej spytał mnie czy jesteśmy z Portugalii, kiedy zaprzeczyłem kazał zjechać na bok. Podszedł i poprosił o dokumenty. Chciałem wyciągnąć z kieszeni ale zaciął mi się zamek w kieszeni. TT dał swój paszport drugiemu, ten mój jednak czekał aż się uporam z zamkiem. Szło mi kiepsko ale wreszcie udało się i dałem mu dowód. Obejrzał i powiedział, że chce zobaczyć paszport. Zdziwiliłem się bo już dawno paszportu nie pokazywałem ale poszukałem w torbie i mu dałem. Wziął oba dokumenty i poszedł.

 

Przetrzymał nas dobre 10 minut. Podobnie jak z nami, robili z innymi obcokrajowcami ale nikogo nie przetrzymywali tak długo. Trochę nas to zdenerwowało. Przypuszczaliśmy, że pewnie sprawdzają samochód bo przecież był na portugalskich numerach. Dłużyło się nam cholernie. Wreszcie przyszedł i zapytał: "Czemu jesteś taki zdenerwowany?" Odpowiedziałem, że zazwyczaj kiedy mnie kontrolują to się denerwuję. Zapytał o nasze plany, loty itp. Wytłumaczyłem mu, że zdziwił mnie, że chce paszport skoro jesteśmy w Unii i dowód wystarcza. On zaczął się śmiać i mówi: "Oczywiście, że wiem. Dowód w zupełności mi wystarcza ale taki byłeś zestresowany więc coś nam nie pasowało i musieliśmy Cię trochę potrzymać w niepewności. My zawsze coś podejrzewamy, od tego jesteśmy" i głośno się śmiejąc oddał mi dokumenty życząc udanego pobytu i szerokiej drogi. "Wszystko jest jak najbardziej w porządku" – rzucił na koniec.

 

Nam nie było do śmiechu bo przecież wiedzieliśmy, że musi być wszystko OK. Zaskoczyła nas ta kontrola. Ale ruszyliśmy dalej przed siebie szykując się powoli do szukania noclegu.

 

Jadąc na zachód wzdłuż południowego wybrzeża Portugalii zjechaliśmy do Taviry gdyż tam podobno miał znajdować się kemping. Wjechaliśmy na parking w samym centrum miasta. Akurat tuż obok nas pakowali się do samochodu jacyś anglojęzyczni więc zapytałem czy może coś wiedzą o kempingu. Trochę nas zmartwili bo okazało się, że kemping jest na wyspie.

 

Ale naszą uwagę zwróciło miasteczko. Bardzo ładne, stare miasteczko wielkości Gibraltaru. Ładne mosty na rzece, skwer z palmami po środku, jakiś pomnik, fontanna, brukowane uliczki. Widać, że ma bardzo długą historię.

 

Przeszliśmy na drugą stronę rzeki i wkrótce zauważyliśmy ludzi idących z ogromnymi reklamówkami. Nie pomyliliśmy się, bo trochę dalej był ogromny supermarket. Weszliśmy do niego i trochę nam zeszło, bo zrobiliśmy spore zakupy. Poprawiło to nam nastroje i przeszliśmy na wspomniany skwerek gdzie zjedliśmy sobie kolację. Cieplutkie bułeczki prosto z pieca smakowały rewelacyjnie.

 

Robiło się późno więc trzeba było ruszać dalej. Nie było sensu szukać wyspy i wyjechaliśmy z miasta kierując się w stronę Faro. Z naszych notatek wynikało, że musi być na kilometr przed Faro. Znaleźliśmy nazwę przypominającą tę miejscowość ale chyba to nie to. Poboczem szła para więc spytaliśmy ich po portugalsku (oczywiście frazą z rozmówek) o kemping ale oni okazali się być Anglikami. Facetowi coś się przypominało, że chyba widział znak kempingu i polecił jeszcze trochę podjechać w kierunku Faro.

 

Istotnie za kawałeczek był zjazd na kemping. Zresztą bardzo profesjonalny i ogromny. Nie było problemów z wjazdem mimo późnej już pory. Facet na recepcji był bardzo wporzo i pozwolił się nam rozbić gdzie chcemy.

 

Zostawiliśmy samochód i poszliśmy się przejść w poszukiwaniu miejsca. Kemping ujawnił się jako olbrzymi teren z restauracją, barem, kortami, sklepem. Wracając aż zgubiliśmy się bo taki wielki był. Ale znaleźliśmy fajne miejsce. Zacienione, spokojne za jedyne €11. Problemem była oczywiście gleba – "fucking concrete" – jak określił ją jeden z Anglików. Jednak jakoś się rozbiliśmy, zostawiliśmy samochód i poszliśmy napić się piwa.

 

Za barem stał Murzyn czarny jak smoła. Wzięliśmy sobie po jednym dużym i poszliśmy na zewnątrz. Pijąc tak i siedząc do stolika obok dosiadło się 3 Anglików. Tak od niechcenia zapytałem o wynik Anglii ze Szwajcarią. Trochę porozmawialiśmy, a że nam się dobrze siedziało to wzięliśmy po jeszcze jednym. Anglicy co jakiś czas coś tam nas pytali lub sami opowiadali.

 

Ale chwilę później Murzyn przyniósł nam plastikowe kubki, przelał nasze piwo i zabrał szkło. Anglicy pobiegli kupić jeszcze jedną kolejkę przed zamknięciem. A że kupili 4 piwa to jedno... nam odstąpili. Murzyn pozamykał bar i poszedł gdzieś. Nie upłynęła nawet minuta kiedy wrócił i spytał czy może się przysiąść. Anglicy zrobili mu miejsce ale po chwili zasugerowali żeby połączyć nasze stoliki. Wtedy Murzyn wyciągnął jeszcze z plecaka kilka butelek browaru, porozdawał nam i zaczęła się imprezka. Tematem przewodnim był oczywiście futbol ale nie tylko.

 

Bardzo miło nam mijał czas, wszyscy sączyli sobie piwko, a Murzyn wyciągnął haszysz. Później jeden z Anglików już odpadł. Zresztą okazało się, że to wszystko młodziki straszne, łącznie z Murzynem z Gwinei Bissau, który miał zaledwie 20 lat.

 

Impreza skończyła się koło 2.00 w nocy i kładliśmy się w doskonałych humorach. Wypiliśmy kilka piwek, pogadaliśmy z Angolami, a teraz czas na sen.

 

Dzień 6: Tarifa - Faro 447km

 

 

 

Dzień 7 – 18 czerwca 2004 - piątek

 

              KONIUSZEK EUROPY

 

 

Spaliśmy krótko z oczywistych względów. Spakowaliśmy się dość szybko i gotowi byliśmy do wyjazdu. Wyjeżdżając spotkaliśmy naszych kolegów Anglików, którzy już też się krzątali. Gestem na pożegnanie daliśmy znak, że już zmykamy z tego kempingu.

 

Wyjechaliśmy na autostradę gdyż doszliśmy do wniosku, że lepiej ominąć te wszystkie kurorty Algarve i od razu przeskoczyć do Lagos. Trasa była przyjemna i wkrótce znaleźliśmy się na stacji benzynowej z ładnym, zadaszonym parkingiem gdzie mogliśmy sobie zjeść śniadanie obok grupki Hiszpanów. Autostradą zasuwa się bardzo szybko więc już wkrótce znaleźliśmy się na terenach Lagos.

 

Lagos – (http://www.cm-lagos.pt/) – to miasteczko w rejonie Algarve o populacji 15,000. Historia miasteczka sięga 2,000 lat, a słynie z miejsca, które było  pierwszym europejskim lądem, na którym odbywał się targ niewolników. Miało to miejsce w XIV wieku. Obecnie mieszkańcy Lagos żyją głównie z turystyki.

 

Wjechaliśmy do miasta i na rogatkach zostawiliśmy samochód na darmowym parkingu. Weszliśmy do miasta otoczonego murami obronnymi przez dużą bramę i później tradycyjnie wąskimi i brukowanymi uliczkami zmierzaliśmy do głównego placu, na którym wieki temu odbywał się targ niewolników. Obecnie odbywał się tam targ tandetnych ciuchów i przygrywała jakaś południowoamerykańska grupa Indian melodię z "Titanica". Obejrzeliśmy to miejsce, również pomnik Henryka Żeglarza i to by było na tyle jeśli chodzi o Lagos.

 

Kierowaliśmy się teraz na sam koniuszek Portugalii czyli Segres – (http://www.sagres.net/sagres/around.htm). Dokładnie rzecz ujmując ten rożek składa się z dwóch cypelków, jeden to Fortaleza Henryka Żeglarza - szkoła kartografii i astronomii, która jest uznawana za pierwszą akademię morską świata, a drugi to przylądek Św. Wincentego czyli najbardziej na południowy zachód wysunięta część Europy. Jeden z nich jest odchylony ku południu, a drugi ku zachodowi. Odległość między nimi to 6 km i doskonale je widać nawzajem. Miejsce to było świadkiem wielu bitew.

 

Najpierw oczywiście wjechaliśmy do Fortalezy. Na wysokich klifach stoi potężna budowla gdzie Henryk Żeglarz kształcił przyszłych zdobywców oceanów. Wstęp płatny ale koniecznie trzeba przecież wejść. Oprócz widoków na wzburzony i bezkresny Atlantyk, człowiek nieustannie walczy z szalejącym tu wiatrem. Ten cypelek wypuszczony jest w morze na kilkaset metrów, zewsząd otoczony wodami oceanu. To naprawdę najdalej położone miejsce w Europie na południowy zachód. Koniec Europy.

 

Przechadzaliśmy się po tym kawałeczku lądu, w oddali widać było Św. Wincentego i poszarpaną linię brzegową zarówno południowego jak i zachodniego wybrzeża Portugalii. Obeszliśmy całość dookoła i później udaliśmy się w kierunku drugiego cypla.

 

Tam też sporo turystów a dodatkową atrakcją jest najsilniejsza w Europie latarnia morska. Całość jednak niczym nie różni się od Fortalezy. Stąd widać już tylko zachodni brzeg Portugalii, który na całej długości jest taki sam – wysokie klify.

 

Fot.8. Sagres i w tle Przylądek św. Wincentego.

 

Po zmianie miejsc, skierowaliśmy się już w kierunku Lizbony. TT sobie przysnął, a ja męczyłem się na bardzo krętej drodze. Dosłownie co 50m był zakręt i to w dodatku w dość górzystym terenie. Przez to czas podroży musiał się nieco wydłużyć.

 

Mimo wszystko udało się nam pokonać spory odcinek drogi i na jednym z postojów ustaliliśmy, że zatrzymamy się dziś w miejscowości Gambia. Chcieliśmy nocować jak najbliżej Lizbony aby jutro nie mieć problemów z dotarciem na czas na lotnisko.

 

Jechało się OK do czasu kiedy wjechaliśmy w okolice Setubal. Tam zaczął się ponownie koszmar z oznakowaniem dróg. Minęliśmy Gambię, która gdzieś nam zniknęła, żadnych znaków na kemping nie było i powoli wjeżdżaliśmy do centrum Setubal. Nawet nie mieliśmy siły już się denerwować.

 

Polegaliśmy na logice i naszych zmysłach orientacyjnych. W ten sposób dotarliśmy na dużą stację benzynową razem z McDonaldem. Skorzystaliśmy z okazji, zjedliśmy coś, a potem poszliśmy na stację spytać się co robić. Właściciel nie potrafił nam pomóc bo przeszkadzała nam bariera językowa ale na szczęście miał córkę, która wyjaśniła nam, że jesteśmy w Palmelii i żeby dotrzeć do Sesimbry, (którą wybraliśmy sobie na kolejny cel po klapie z Gambią) trzeba przejechać przez miasteczko.

 

To akurat nie było trudne ale schody ponownie się zaczęły kiedy dojechaliśmy do skrzyżowania Setubal-Lizbona. Konia z rzędem temu kto by wiedział jak wybrnąć z tego położenia. Nie chcieliśmy ryzykować więc cofnęliśmy się troszkę aby zapytać kogoś. Udało mi się "porozmawiać" z jakimś facetem, który wytłumaczył, że jednak na Lizbonę (na mapie odwrotnie). Chwilę później znaleźliśmy drogowskaz na Sesimbrę. Ciekawe dlaczego nie umieścili go przed skrzyżowaniem?

 

Ale to nie koniec przygód. Do Sesimbry miało być 13km. Zgodnie z mapą na tym terenie aż roiło się od kempingów. To jednak tylko teoria. Jeden błąd kosztował nas sporo nerwów. Błąd, bo przejechaliśmy jeden z nich. Ale utwierdzeni w fakcie, że przecież kempingów tu jest mnóstwo szukaliśmy dalej. I tak jadąc przejechaliśmy kilka miasteczek i dojechaliśmy do tej Sesimbry. Tam znaleźliśmy wjazd na ogromną górę na której mieścił się kemping. Wcześniej zatankowaliśmy znów do pełna.

 

Obsługa kempingu była OK. Ale kiedy weszliśmy na teren byliśmy w lekkim szoku. Namioty rozbite były na schodach. Babka kazała nam wybrać sobie miejsce i dopiero wtedy mogliśmy zapłacić. Były 3 typy miejsc – A, B i C choć dotyczyło to tylko powierzchni. Wybraliśmy C bo najtaniej ale różnicy między nimi nie było żadnej. Wszyscy musieli dysponować ciężkim sprzętem aby się rozbić. W dodatku wiało całkiem bo przecież widać było z góry Atlantyk.

 

Znów się kurwy sypały kiedy wbijaliśmy kamolami śledzie, które gięły się jak paragrafy. Musiało to zrobić wrażenie na naszej sąsiadce bo przyszła z młotkiem aby ulżyć naszym cierpieniom. Jednak nie chodziło tu o brak wbijaka ale o twardość ziemi. Po 35 minutach rozbiliśmy namiot. Spóźniliśmy się przez to na mecz Włochy-Szwecja, którego końcówkę obejrzeliśmy na stojąco w barze.

 

Nie było co robić za bardzo w tym miejscu, bo ludzi było bardzo mało, bar wyglądał jak sklep GSu i strasznie wiało chłodnym wiatrem. Poszliśmy tylko jeszcze się umyć gdzie spotkaliśmy grubasa z ryżym wnuczkiem zarzyganego krwią. Uświnił całą łazienkę a ciekło mu z nosa. Dziadek warczał na niego niezrozumiałym językiem ale chłopak go rozumiał.

 

Namiot obłożyliśmy kamieniami aby nam nie zwiało tropiku bo przecież na nasze śledzie nie mieliśmy co liczyć. Twarde jak beton podłoże nie pozwalało na komfortowe wyspanie się ale jednak usnęliśmy już koło 22.00.

 

Dzień 7: Faro - Sesimbra 391km

 

 

Dzień 8 – 19 czerwca 2004 – sobota

 

         ZMIANA STREFY KLIMATYCZNEJ

 

 

Zdziwił nas fakt, że naprawdę się wyspaliśmy. W nocy przestało wiać i nie przeszkadzało nam twarde podłoże. Wykąpaliśmy się i ponownie spotkaliśmy ryżego z dziadkiem. Potem zebraliśmy nasze klamoty i zanieśliśmy je do auta, które musieliśmy zostawić na parkingu. Uregulowałem wszelkie opłaty, które wyniosły nas zaledwie €6.75 i ruszyliśmy w dół, przez port w kierunku Lizbony.

 

Mieliśmy sporo obaw co do dojechania bezstresowego do lotniska. Co prawda mieliśmy sporo czasu ale lepiej było dmuchać na zimne pomni naszych lizbońskich przygód z drogowskazami.

 

Wjazd do Lizbony wypadł nam mostem tuż obok figury Chrystusa. Nie był to więc most Vasco da Gamy ale i tak trzeba było za niego zapłacić. Sznur samochodów po obu stronach ustawiał się w kolejce do płacenia. Z mostu, który jest bardzo wysoki, można było jeszcze raz zerknąć na panoramę Lizbony.

 

Wcześniej naturalnie przygotowaliśmy się na kłopoty drogowe więc mniej więcej mieliśmy w głowach kierunek w jakim trzeba dojechać na lotnisko. Jechaliśmy więc prosto na północ nie zważając na drogowskazy kierujące nas na Benfikę. I bardzo dobrze, że jechaliśmy zgodnie z naszymi ustaleniami pomimo braku znaków na lotnisko. Pojawiły się bowiem już tuż przed zjazdem kiedy już zaczynaliśmy wątpić w nasz plan.

 

Problemem było natomiast rozróżnić odloty od przylotów bo były dwie drogi. Wyszło, że pojechaliśmy na przyloty ale dobrze się złożyło bo tam właśnie były garaże wypożyczalni. Wjechaliśmy więc do garażu i strzałki zaprowadziły nas na parking Sixt.

 

Od razu zjawił się gość do kontroli. Szczęśliwie nasze tankowanie wczorajsze wystarczyło aby strzałka pomimo przejechania ok. 40km nie drgnęła z pozycji "full" i facet zapisał, że bak jest pełny. Pooglądał samochód ze wszystkich stron, podpisał nasz raport odbioru i zabrał kluczyki. Pytałem o mapę bo nasza była potargana ale źle mnie zrozumiał i dlatego podarował mi nowiutką myśląc, że chcę swoją wymienić.

 

Poszedłem po wózek aby załadować nasze bagaże, które dziś rano już dokładnie popakowaliśmy w odpowiednie torby. Przez całą bowiem podróż mieliśmy straszny bałagan w bagażniku i na tylnym siedzeniu. Kiedy wszystko sprawdziliśmy i byliśmy gotowi do wyjazdu, popełniliśmy ten sam błąd co po przylocie i weszliśmy nie w te drzwi. Ale szybko zorientowaliśmy się w czym rzecz i przeszliśmy do biur wypożyczalni.

 

TT został przy bagażach a ja poszedłem wypłacić €200 z tego samego bankomatu, z którego wybierałem po przylocie. Niestety problem z kartą się powtórzył i ona po porostu nie działała informując mnie, że limit został przekroczony. Była to niezła kabała dla mnie bo po to ją wyrabiałem abym mógł sobie wypłacać większe kwoty za granicą. Wściekłem się na nasz wspaniały bank, który najwyraźniej leciał sobie w kulki ze mną. Sytuację musiałem uratować za pomocą Visy Elektron (nota bene z tego samego konta!) ale oczywiście tylko stówę mogłem wytargać. Drugą stówę wyszarpałem z mojej australijskiej karty, którą szczęśliwie zabrałem ze sobą na wszelki wypadek.

 

Uciułałem więc te €200 i zaniosłem pani w Sixtcie. Kilka minut formalności i było wszystko OK. TT obawiał się, że wykryją wadliwy hamulec ręczny, na którym prawdopodobnie przejechaliśmy pół Lizbony i który później zdarzało się, że nie trzymał zawsze ale oczywiście nic takiego nie mogli wykryć. Zresztą nie wiadomo czy to nasza wina i czy w ogóle coś się stało.

 

Samochód więc mieliśmy załatwiony. Pora jednak była bardzo wczesna. Mieliśmy 4 godziny do odlotu. Przeszliśmy do hali odlotów ale nasz lot jeszcze nie był odprawiany. Korzystając z okazji zakupiłem jeszcze kilka kartek, których cena mnie zszokowała (€1.50) i wypisałem je. Poczta była na miejscu więc nie było problemu z wysłaniem. Pozostały czas spędziliśmy na czekaniu. Nudziło się nam trochę.

 

Wreszcie na 2 godziny przed lotem, Lufthansa otworzyła check-in ale najpierw obsługiwali lot do Monachium. TT ubrał się w długie spodnie, bluzę i adidasy. Ja pozostałem na letniaka pomimo chłodu klimatyzacji.

 

Ciężarna Murzynka zawołała nas do odprawy. Wytłumaczyliśmy jej, że mamy tylko godzinę we Frankfurcie więc żeby od razu dała nam karty pokładowe. Dodatkowo nakleiła na bagażu naklejkę "hot" i mieliśmy wszystko załatwione. Mogliśmy się udać za bramkę.

 

Tam czekały na nas sklepy wolnocłowe. W sumie nic nie kupiliśmy w Portugalii, a zostało mi €10 więc postanowiłem kupić Porto. Alkoholi było mnóstwo rodzajów ale po długim namyśle wybrałem białe Porto w ładnej butelce. Przynajmniej coś przywieziemy.

 

Później pokręciliśmy się po hali oczekując na lot. Zostało mi €1.70 więc kupiłem duże frytki aby pozbyć się wszystkich monet. Wciągnęliśmy je szybko i dalej nudziliśmy się oglądając TV. Przed nami siedziała para z Anglii, która usilnie potrzebowała lekarza bo gościu miał jakieś problemy. Zrobił się rejwach i zjawiła się lekarka z sanitariuszem. Zabrali chłopa gdzieś.

 

W końcu podali skąd startujemy. Długą drogę przeszliśmy zanim dotarliśmy. Grupa emerytów już czekała na wejście do samolotu. Same Helmuty i Helgi. Wyczekali nas jeszcze sporo aż wreszcie pozwolili wejść. Miejsce praktycznie identyczne jak w poprzednią stronę. Przed nami usiadło 4 kolesiów w kapeluszach. Wyglądali żenująco. Rubaszne żarciki do stewardess też nam nie przypadły do gustu.

 

TT spał, a ja zająłem się czytaniem gazety, która zabrałem z lotniska. Podano nam raviolli, a TT walnął bronka. Lot minął nam dość szybko. Z lądowaniem nie było problemów i nawet w bardzo fajnym miejscu wysiedliśmy. Do naszej kolejnej bramki było bardzo blisko.

 

Po dotarciu już wyświetliła się nazwa Katowice i usiedliśmy sobie przed TV gdzie właśnie rozpoczynał się mecz Holandia-Czechy. Dosiadali się ludzie ale nie za dużo. Sami Polacy oczywiście.

 

Kiedy otworzono wejście wyszło na jaw, że leci nas zaledwie 13 osób! Zeszliśmy na sam dół, do autobusu, który zawiózł nas do samolotu. Wystartowaliśmy nawet wcześniej niż planowo. Śmiesznie to wyglądało – 13 osób na pokładzie. Dostaliśmy po kanapce, soczku i pan kapitan poinformował nas, że właśnie jesteśmy nad Pragą. Za pół godziny już widać było światła Śląska. Szyby mokre od deszczu przypomniały nam w jakiej strefie klimatycznej lądujemy.

 

Cały lot z Frankfurtu trwał zaledwie godzinę. Byliśmy przed czasem w Pyrzowicach i przez to oczywiście naszych Starych nie było. Zadzwoniłem do nich i mieli za 10 minut się pojawić. Oczywiście przez najbliższe pół godziny się nie zjawili ale nawet kiedy się zjawili i przejechali 5m od nas, nie zauważyli nas. TT musiał udać się w pościg za nimi. Pogoda była fatalna: ciemno, mokro i zimno. TT przejął stery i dowiózł nas do domu...

 

Dzień 8: Sesimbra – Lizbona 42km

 

 

 

        PÓŁWYSEP IBERYJSKI - 2004

 

 

 

 

1.

Lizbona – Praia das Macas

 59

2.

Praia das Macas - Lizbona

 42

3.

Lizbona - Pegoes

 68

4.

Pegoes – El Ronchillo

378

5.

El Ronchillo - Tarifa

274

6.

Tarifa - Faro

447

7.

Faro - Sesimbra

391

8.

Sesimbra - Lizbona

 42

 

 

 

 

 

1,700 km