Powrót
   

AZJA PŁD-WSCH 2014

 

Czas: 11 lutego 2014 – 27 lutego 2014

Miejsce: Hong Kong – Bangkok – Hanoi – Ha Long – Sajgon – Siem Reap - Phuket

Osoby: Basia Droń (26, Złotoryja), Dawid Droń (39, Złotoryja)

Cel: Rejs po zatoce Ha Long, Delta Mekongu, Tunele Cu Chi, starożytne miasto Angkor, nurkowanie na Phuket.

Koszt: 6,800 PLN/os. (w tym: 3,400 za bilety lotnicze)

 

 

WSTĘP

 

Przyszedł czas na Azję. To ogromny kontynent więc skupiłem się na tym, co najbardziej mnie tam pociągało czyli Azja południowo-wschodnia. Dlatego polowałem na ciekawe oferty. Stworzyłem sobie na FB folder, do którego spływają promocje i gorące oferty, zarówno bezpośrednio od linii lotniczych, jak również ze stron typu Loter, Fly4Free czy Mleczne Podróże. Często te okazje się dublują ale zawsze można coś fajnego wyhaczyć.

 

Tak też się stało 21 września 2013, gdy znalazłem ciekawy lot z Europy do Hong Kongu za 1,500 zł w obie strony. Oczywiście wszystko rozbija się zawsze o terminy i tym razem polowałem na coś w lutym, ze względu na mój odgórnie przypisany czas wolny. To z jednej strony komplikuje sprawy ale z drugiej wiem, że nikt mi tego nie zabierze i mogę rezerwować z dużym wyprzedzeniem.

 

Tego samego dnia zapłaciłem za dwa bilety i po chwili otrzymałem potwierdzenie lotu. Później je lekko zmodyfikowali ale ostatecznie wszystko poszło gładko, pomimo że pierwszy raz korzystałem z pośrednika o nazwie: Flighttix.pl

 

 

Momentalnie złożyłem wniosek o wyrobienie karty na mile, bo to już trzeci alians, z którym mieliśmy lecieć dlatego też postanowiłem mieć ich kartę. Trzy dni później przyszedł e-mail z numerem karty.

 

To był pierwszy krok planowania. Teraz należało wcisnąć pomiędzy dwie skrajne daty, jakąś trasę, po której będziemy podążać. To olbrzymi obszar stąd konieczne będzie dokupienie kilku(nastu) lotów wewnętrznych i dlatego szybko przystąpiłem do odszukania tanich przewoźników operujących na tamtym terenie. Oczywiście gwiazdą lotnictwa niskokosztowego jest najlepsza tania linia na świecie – Air Asia. Dałem jednak też kilkanaście "lajków" na FB innym liniom aby informowały mnie o promocjach.

 

Bazę linii już miałem. Teraz przyszedł czas na znalezienie najciekawszych miejsc na tamtym obszarze, absolutnych hitów i połączenie ich w pewną sieć aby wyrobić się między lotami Europa-Azja-Europa. Wyszło, że odliczając transport mamy do dyspozycji 13 dni w samej Azji. To mało zważywszy, że wziąłem pod uwagę 7 krajów. Oczywistością było, że połowę trzeba będzie odrzucić.

 

Jednak były pewne miejsca, które absolutnie musiały się znaleźć na naszej liście. Była to Zatoka Ha Long w Wietnamie oraz miasto Angkor w Kambodży. W związku z tym, na pewno wjedziemy do Wietnamu i Kambodży. Konieczne było wynagrodzenie mojej żonie trudów podróży zatem najlepszym prezentem będzie jeden dzień na plaży. W takim razie skoczyć musimy do Tajlandii. Chciałem poszukać małej i cichej wysepki aby nie lecieć na skomercjalizowaną Phuket. Zapisałem w przygotowaniach: Tajlandia – wyspa.

 

Jeśli już mamy bawić się nad morzem, to przyszedł mi do głowy pomysł aby spróbować ponurkować, bo przecież Tajlandia to cel wielu wypraw nurków. Upewniłem się, czy Basia będzie chętna i kiedy dostałem pozytywną odpowiedź, dopisałem kolejny dzień w Tajlandii na jakiejś wyspie z dopiskiem: nurkowanie.

 

Pobyt w Azji wiąże się też ze zwiedzaniem miast. Na pewno chcieliśmy odwiedzić Bangkok. Wiele się słyszy o tym mieście dlatego trochę czasu tam spędzimy. Siłą rzeczy wyjdziemy z lotniska aby obejrzeć Hong Kong, bo tam zaczynamy i kończymy więc jeden dzień musimy tam dopisać. Jeśli Ha Long, to musimy wstąpić do stolicy Wietnamu – Hanoi, a jeśli już jesteśmy w Wietnamie, to grzechem by było nie pojechać na dół do Sajgonu. Zresztą kryły się tam też dwie inne atrakcje: tunele Vietkongu i Delta Mekongu. A więc Sajgon, zwany obecnie Ho Chi Minh City też się znalazł na naszej liście.

 

Dużo słyszałem o północy Tajlandii, o lasach, o plemionach kobiet z długimi szyjami, o tygrysach, dżungli i górach. Zapisałem: północ Tajlandii. Dużo wcześniej musiałem zrezygnować z ciekawej Malezji i jeszcze lepszej Indonezji. Został mi Laos do poczytania. A potem wszystko do poskładania.

 

Spojrzałem na siatkę połączeń lotniczych, zacząłem to wszystko analizować, czytać jak zwykle fora, przewodniki, Trip Advisora, przyszła oczywiście książka z Lonely Planet i rozpoczęło się tworzenie już realnego planu. Było to karkołomne zadanie, bo musiałem zgrać transport i popatrzeć na dokładne godziny aby później nie zostać na lodzie.

 

Pierwszym biletem zakupionym już na terenie Azji było połączenie Hong Kong – Bangkok. Kupiłem go w miesiąc po kupnie biletów do Azji. Wtedy już plan był gotowy i siatka połączeń przeanalizowana wobec tego teraz tylko czekałem na ciekawe oferty. Drugą sprawą było to, że nie chciałem od razu wyłożyć całej sumy na bilety, tylko kapałem sobie co miesiąc.

 

 

Tego samego dnia kupiłem też powrót do Hong Kongu. Ostatecznie ze względu na bezpośrednie połączenie, zdecydowałem się na wizytę na Phuket. Znalezienie małej cichej wysepki było możliwe ale czasochłonne, a my czasu nie mieliśmy. Dlatego plażowanie i nurkowanie miało się ostatecznie odbyć na tajskiej wyspie ale na tej wielkiej i głośnej.

 

 

W międzyczasie przeglądałem możliwości dostania się do i z Warszawy. Nie startowaliśmy z Wrocławia toteż trzeba było się dostać do stolicy. Na szczęście lot do Paryża był dopiero o 18.30, a z Amsterdamu lądował o 16.15 więc nie były to jakieś straszne pory.

 

Zacząłem od samolotu. Tutaj ceny po 500zł toteż odpuściłem. Potem pociąg ale jednocześnie sprawdziłem Polskiego Busa. Nigdy nim nie jechaliśmy dlatego warto było sprawdzić. Niestety, w październiku nie mieli jeszcze cennika na luty. Napisałem do nich, to odpisali żebym był cierpliwy, bo pojawi się lada dzień.

 

Na początku listopada wyświetlił się wreszcie cennik i rozkład jazdy do Warszawy i 7 listopada kupiłem za naprawdę śmieszne pieniądze dwa bilety w obie strony. Koszt w sumie: 48zł.

 

 

Dziesięć dni później, kupiłem pierwszy bilet lotniczy w listopadzie. Odcinek Bangkok – Hanoi, ze względu na takie właśnie połączenie choć trochę mi to nie było na rękę, bo musieliśmy się lekko cofać. No ale cena tutaj odgrywała ważną rolę. No i pora też masakryczna, bo lot już o 7 rano ale cóż można było począć.

 

 

Tego samego dnia od razu chciałem kupić bilet na połączenie wewnątrz Wietnamu. Niby kilka możliwości ale tak naprawdę tylko australijski Jetstar zaproponował coś sensownego. Po wizycie w zatoce Ha Long, nie było sensu wracać do Hanoi, jak większość ludzi robi, tylko odszukałem, że możliwe jest lecieć z Hai Phong do Sajgonu. W ten sposób zamiast wracać 3 godziny do Hanoi, możemy jechać o połowę krócej i wylecieć z Hai Phong. Dlatego znalazłem tego Jetstara, który obsługuje tę trasę.

 

Niestety za dużo kombinowałem, porównywałem z innymi liniami i gdy kolejny raz już zdecydowanie przystąpiłem do zakupu, nie zauważyłem, że zmienił się miesiąc przy wylocie. Nieświadomy tego ustawienia kliknąłem "kup" i kupiłem bilety zamiast na 18 lutego, to na 18 grudnia.

 

Zorientowałem się oczywiście już po zakupie, gdy dostałem tego mejla:

 

 

Załamany wiedziałem, że nie ma szans na anulowanie biletów, tylko trzeba kupić jeszcze raz. Na szczęście ochłonąłem i uświadomiłem sobie, że przecież czasem można zmienić datę, oczywiście za odpowiednią opłatą. Przystąpiłem więc do naprawy swojego błędu. Za kwotę $40 mogłem zmienić daty i oczywiście to zrobiłem.

 

 

Tak szukałem dobrej ceny, że zapłaciłem dodatkowo $40. To było bardzo nieudane szukanie biletów. Nie mniej jednak, większość odcinków już była połączona ze sobą.

 

W kolejnym miesiącu połączyłem Siem Reap w Kambodży z Phuket. Zanim to się udało, myślałem, że mam ogromnego pecha. Na interaktywnej mapce Air Asia, było połączenie między tymi miastami z przesiadką w Bangkoku. To nowość wprowadzona niedawno, zwana Fly-Thru, tzn. zwykła przesiadka, którą duże linie oferują standardowo. Niskokosztowe linie tego nie robią, z wyjątkiem właśnie Air Asia. Niestety kiedy chciałem kupić ten bilet, w tym dniu nie było takiego połączenia. Wyszło, że w weekendy tak nie latają. Musiałbym kupić dwa oddzielne bilety i oczywiście odbierać bagaż, odprawiać się, a w przypadku opóźnienia, zostalibyśmy na lodzie.

 

Wszedłem na czat i po chwili oczekiwania porozmawiałem z panią z AA. Zapytałem czy będzie można kupić taki bilet łączony w weekendy. Kazała poczekać kilka minut i wróciła do mnie z odpowiedzią, że nie wie. Na szczęście się wstrzymałem i 7 grudnia pojawiło się to połączenie wobec tego od razu je kupiłem.

 

 

W ten sposób został nam tylko jeden odcinek do połączenia: Sajgon – Siem Reap. To godzinny lot więc dość krótki. Ale za to ceny były najwyższe z wszystkich. Sam bilet, bez opłat, podatków kosztował minimalnie $160, a najlepsze godziny nawet $200! Sprawdzałem kilka linii, które to obsługują i wszystkie mają identyczne cenniki. To jakieś kuriozum. Trzeba było poszukać alternatywnego sposobu na przedostanie się z Wietnamu do Kambodży. Nie to żebyśmy nie chcieli się przejechać po Kambodży ale obawiałem się, że przy tak napiętym grafiku, gdy coś pójdzie nie tak jak trzeba, będziemy mieli spory problem żeby zdążyć na lot na Phuket. A rezygnacja z Angkor byłaby totalnym bezsensem, bo to numer jeden na całej liście rzeczy do zobaczenia. Odłożyłem tę sprawę na później, licząc że być może pojawią się sensowniejsze ceny lotów.

 

Przyszedł czas na załatwianie innych rzeczy. Na początku zabrałem się za wybór statku, na którym mieliśmy pływać sobie po zatoce Ha Long. Jak zwykle zajęło mi to kilkadziesiąt godzin czytania, bo ofert jest całe mnóstwo. Celowałem w średnią półkę cenową i wybór łódki może nie był trudny ale zawsze jest obawa, kto nam to zorganizuje. Tutaj jest problem. W końcu wybrałem chwaloną firmę o nazwie Indochina Voyages i 14 grudnia zapytałem o wybraną przeze mnie łajbę. Zadałem również szereg innych mniej lub bardziej dociekliwych pytań, z tym konkretnym o dojazd na lotnisko w Hai Phong zamiast w Hanoi.

 

Natychmiast dostałem odpowiedź od miłej pani o imieniu Tham:

 

Dear Dawid Dron,

 

Thank you for sending a request to Indochina Voyages.

 

I'm Tham - travel consultant and my pleasure to support your trip on Halong Bay.

 

As my checking, Oriental Sails is fully booked on 17 Feb, 2014. As for your request, I recommend you to choose Phoenix Cruiser for its second most budget price after Oriental Sails but quite good facility.

Its price is in 2014 is US$94/person in a cabin of 2 people.

The price include entrance and sightseeing fees, accommodation, kayaking, meals mentioned in itinerary, English speaking guide and insurance onboard. Not include personal expenses, beverages, tips and gratitues and other fees not mentioned in the inclusion.

 

Transfer: Check out time on boat is 12.00. Distance from Halong to Hai Phong city is about 2 hours. So you surely will be able to catch the flight on time.

The most economic way to get to Hai Phong airport that I recommend is: you can use shuttle bus one way to Halong at price of US$17.5/person. And then you will be picked up by a private car to transfer to airport in Hai Phong.

Total best price for transfer Hanoi - Halong - Hai Phong airport: US$75/2 people.

 

Payment: If you pay the booking by credit card, 3.5% bank service fee will occur.

 

In terms of weather, Feb is winter in North Vietnam, so it's not always sunny. However, Halong is always beautiful, and travellers still enjoy their trip in the month.

 

Most cruises in Halong Bay is fully booked in Feb, and cabins on Phoenix are just available for now at the time I am checking. So please advise me your thoughts for me to arrange booking easily.

 

Look forward to hearing from you soon.

 

Thank you,

Tham

 

Tham Tran (Ms.)  Sales Executive, Indochina Voyages

Skype: thamtran.ivt | Yahoo: thamtranivt

41C Tay Ho road, Tay Ho District, Hanoi, Vietnam

Tel: (84 4) 3972 6886 | Fax: (84 4) 3972 6888 | Mobile: (84) 973 547 541

tham.tran@indochinavoyages.com | http://www.indochinavoyages.com

 

Zacząłem więc korespondencję i wszystko szło dobrze. Dostałem dokładny plan, bo niektóre łódki pływały w różne miejsca. Dość szybko dotarło do mnie, że raczej ich wybiorę.

 

 

W trakcie negocjacji zamówiłem u niej transport na lotnisko żeby mieć spokój i nie denerwować się czy kogoś tam znajdę czy nie. Nie było drogo zatem na drugi dzień dostałem fakturę, musiałem zapłacić depozyt, a resztę na miejscu tuż przed wyjazdem do zatoki. Płatność tego depozytu odbyła się w dziwny dla mnie sposób, poprzez jakiś wygenerowany link. To chyba jakiś ichniejszy PayPal. Trochę miałem obawy, że mnie załatwią ale przyszła faktura, wszystko się zgadzało.

 

Dear Dawid Dron,

 

You have paid invoice successfully.

 

Merchant Name: Indochina Voyages Company Limited

Address: 41C Tayho road, Tayho dist, Hanoi, Vietnam

Tel: +84 439-726-886

Fax: +84 439-726-888

Email: info@indochinavoyages.com

Invoice Reference: 140217DawidTh

Card: xxxxxxxxxxx

Amount: $81.66

Payment time: 15/12/13 1:25 AM

 

To see the details of this invoice status, please copy and paste this link into your web browser:

Payment link: https://onepay.vn/invoice/payment.op

 

Sincerely,

OnePAY

 

 

W ten sposób mieliśmy już zamówioną dwudniową wycieczkę po zatoce Ha Long oraz transport na lotnisko po rejsie. Teraz kolejne rzeczy do załatwienia.

 

Dwa dni później już pisałem długiego mejla do polskiej firmy Asian Divers, która organizuje nurkowanie na Phuket. Mieli dobre recenzje, ich strona też całkiem fajnie się prezentowała więc czemu nie skorzystać z ich usług, pomyślałem. Na drugi dzień odpowiedzieli ale byłem trochę rozczarowany lakonicznością odpowiedzi. No ale może rzeczywiście nie mają czasu na odpisywanie. Jakoś to przełknąłem.

 

Witam,

Mamy środek sezonu i otrzymujemy codziennie kilkadziesiąt maili z zapytaniami. Nie potrafię odpowiedzieć na Waszego maila zwięźle bo to książke trzeba by napisać :-)
Jeśli chcecie złożonej porady - proszę o telefon na komórkę, jeśli nie jestem pod wodą ani na wycieczce to chętnie odpowiem na pytania
+66 880 803 820
DSD na 23/02 jest możliwe. Voucher wystawię po ustaleniu czy rezerwyjecie też wycieczkę Przyroda na Phuket
Link u nas działa, prosze spróbować ponownie.

 

DSD to po prostu pierwsze nurkowanie w życiu, czyli totalna amatorka. Oprócz nurkowania organizowali też wycieczki po wyspie dlatego chciałem więcej wiadomości. Po zastanowieniu jednak, odpuściłem tę wycieczkę, bo koszt był zbyt duży. Samo nurkowanie też przecież nie jest tanie. Trochę żal, bo z opisu tej wycieczki wynikało, że to fajna sprawa ale jeden dzień obiecałem Basi na plaży więc nie chciałem jej tego zabierać, a dłużej na Phuket nie mogliśmy być. Ominęło nas więc takie coś:

 

Przyroda na Phuket - spotkanie z naturą i uczta z owoców morza

Dżungla i uczta z owoców morza. Uwielbiana przez dzieci i rodziców Pójdziemy przez dżunglę do wodospadu. Zwiedzimy farmy kauczuku i orchidei. Opowiemy 1000 historii o rybach w oceanarium. Spóbujemy dostępnych w sezonie tajskich owoców. Kupimy najświeższe owoce morza na lokalnym targu, a znajomy szef kuchni przyrządzi ucztę z naszych zakupów. Białe wino już się chłodzi.

 

    Chciałbyś zobaczyć miejsca związane z dziką przyrodą ale chciałbyś to zrobić w sposób przyjazny zwierzętom i środowisku?

    Nie chcesz jeździć na słoniach, oglądać małp na łańcuszku i fotografować się z wężami i gibbonami?

    A za to wolisz wykąpać się pod wodospadem, nauczyć się zbierać kauczuk, spróbować wszysktich lokalnych owoców i zjeść górę świeżych owoców morza?

 

Wycieczka „Przyroda na Phuket" to nasza propozycja dla osób, które w kameralnym gronie i z polskim przewodnikiem chcą odwiedzić ciekawe miejsca blisko związane z naturą.

 

W programie między innymi:

 

    Rozpoznacie Wasze ulubione kwiatki doniczkowe jako kilkumetrowe drzewa;

    Sprawdzicie, czy gibbony umieją śpiewać;

    Dowiecie się, co ma wspólnego biały człowiek i gujawa;

    Przekonacie się, że czosnek może być słodki;

    Staniecie oko w oko z rybą wielkości cielaka;

    Powąchacie storczyki we wszystkich możliwych kolorach - niektóre bedą pachnące;

    Zjecie lunch składający się z lokalnych przysmaków w restauracji nad samym brzegiem morza;

 

W cenie wycieczki: transfer z/do hotelu na Phuket lub Khao Lak, opieka polskiego przewodnika, bilety wstępu, lunch i napoje (w tym alkoholowe). Cena dla dziecka w wieku 3-10 lat: 2200 Baht.

 

Weź ze sobą: Strój kąpielowy i ręcznik (jeśl planujesz pływać pod wodospadem), koszulkę na przebranie, jeśli spocicie się w dżungli, aparat fotograficzny, wygodne buty.

 

Jeśli chodzi o zasypywanie Was dumpingowymi ofertami - w przypadku nurkowania - raczej nie, ceny są mniej więcej podobne u wszystkich szanujących się centrów nurkowych. W przypadku wycieczek takich jak Przyroda - takich programów nie ma u lokalnych operatorów. Oni sprzedają wyłącznie "objazdówki", podczas których połowę czasu spędza się w sklepach z perłami, lateksem, miodem itp. Te objazdówki są oczywiście tańsze.

 

Pozdrawiamy z upalnego Phuket

Małgorzata i Piotr Paulo

************************************

AsianDivers PADI 5* Dive Center S-22480, TDI Dive Center – click for map

43/60 Viset Rd, Moo 5,

Tambol Rawai, Phuket 83100 , Thailand

Rafa Co. Ltd TAT License No. 34/0008

Małgorzata Paulo (Margaret) PADI IDCS #491959 mobile +66 879 80 75 70

Piotr Paulo (Peter) PADI CD #635946, TDI #15240 mobile +66 880 803 820

Fax/Biuro +66 76 384 389

Polski telefon 022 389 53 99

Skype asian_divers

http://www.nurkowanie.info.pl

http://www.zostaninstruktorem.pl

www.depthwreckcave.com

 ************************************

Join us on facebook!

http://www.facebook.com/AsianDivers

 

Potem rozpoczął się cykl wpłat, przeliczeń, tabel w bankach polskich, tajskich itd. Nasza korespondencja ciągnęła się przez cały czas. Co jakiś czas dostawałem faktury, o niektóre musiałem się upominać, zmieniał się kurs wymiany itd.

 

Pierwszą fakturę dostaliśmy już na drugi dzień. Koszt był rozłożony na raty, co było wygodne. Generalnie firma działa profesjonalnie i pomyśleli o wszystkim. Polacy mają dużo udogodnień, mogą dzwonić na polski numer, wpłacać pieniądze na polskie konto, na walutowe albo na tajskie.

 

Musiałem zaglądać na stronę banku tajskiego żeby przeliczyć kwotę raty. Tak wygląda ta strona:

 

Gdy dostali pierwszą wpłatę, odezwali się w drugi dzień świąt:

 

Dzień dobry

 

dziękujemy za wpłatę.

W załączeniu rozliczenie.

Czekamy na dane: miejsce odbioru oraz waga, wzrost, nr buta.

Prosimy o przekazanie tych informacji najpóźniej 2 dni przed zaplanowanym nurkowaniem.

 

Pozdrawiam

Małgorzata Paulo

 

Ostatecznie zapłaciłem całość jeszcze przed naszym wyjazdem. Były drobne różnice w kursie, ciężko uregulować wszystko, co do złotówki. Dlatego dostaliśmy odpowiedź takiej treści:

 

Dzień dobry,

przesyłam rozliczenie za nurkowania. Różnicę we wpłacie uregulujemy na miejscu.

Pozdrawiam,
Dominika

 

 

Po Nowym Roku przyszły karty ISIC z naszym ubezpieczeniem. Nie liczyliśmy może na jakieś zniżki ale właśnie to ubezpieczenie jest w tym ważne dlatego zawsze to kupujemy. Cena to ponad 80zł ale ważna jest na cały rok wobec tego również i na inne ewentualne wyjazdy.

 

Wszystko pięknie poskładane ale dwa kraje, które mamy odwiedzić wymagają wiz. Dlatego trzeba się było zakręcić w tej sprawie. Poczytałem trochę i postanowiłem zafundować sobie wizę do Kambodży przez internet. To tak zwana e-visa, która jest wygodna ale ma też swoje minusy. Można z niej korzystać tylko na wybranych przejściach. Dlatego ważne było aby znaleźć takiego przewoźnika, który wioząc nas z Sajgonu do Siem Reap, przekraczał granicę w miejscu gdzie się honoruje e-visy. No, chyba że polecimy samolotem, co jednak było mało prawdopodobne przy ich cenach.

 

Złożyłem wniosek na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych Kambodży i po kilku dniach otrzymałem e-mail z potwierdzeniem zapłaty.

 

 

 

 

Cztery dni później, po moim ponagleniu, dostałem decyzję o przyznaniu nam wizy. Wraz z załączoną wizą, gotową do wydrukowania, przysłali listę punktów do przeanalizowania żeby nie popełnić błędów. Wszystko szło sprawnie w takim razie.

 

Dear Dawid Dron

 

We are pleased to inform you that your e-visa application to the Kingdom of Cambodia has been approved. Please kindly check on the reminder below before departing on your journey.

 

Reminder

 

    Please check all the information on your e-Visa Certificate to make sure they are correct. Contact us at http://evisa.mfaic.gov.kh/enquiry.aspx if there is any error.

    You will see the label of "Cambodia E-VISA" in your credit card statement for this transaction.

    Your e-Visa is only valid for a single (1) entry.

    No sticker will be issued to you for e-Visa. Please print out 2 copies of this e-Visa certificate. Pass one (1) copy to immigration as your travel Visa at entry and one (1) copy upon departure. For your convenience, you may cut your printed e-Visa and staple to your passport.

    e-Visa printout in black and white is acceptable.

    All your information will be checked on arrival at the immigration Online System.

    At the checkpoint, please go directly to the e-Visa immigration counter for processing. Look for e-Visa signboard. If not sure, please approach the officer for instructions to avoid unnecessary delay. For Siem Reap Airport, please go to any counter from 02- 08. For Phnom Penh Airport, please go to any counter from 03 - 09.

    You are required to fill out departure and arrival cards at the entry and exit point.

    Entry to invalid e-Visa ports is prohibited. Please refer to our website at http://evisa.mfaic.gov.kh for the valid point of entry using e-Visa

    e-Visa fee is non-refundable.

    Please check the attachment to this email for your approval e-Visa certificate.

    If you would like to change any travelling information (eg: entry date, entry port and etc), please visit the "Check and Change" at http://evisa.mfaic.gov.kh/CheckChange.aspx

    If you receive an email but cannot received your e-Visa approved certificate, please contact us at

 

    E-Visa Office:

    Tel: (855-23) 22 79 73

    Fax: (855-23) 22 49 72

    Email: cambodiaevisa@mfaic.gov.kh / help@mfaic.gov.khor using your reference number and primary email to login to the Check and Change page for downloading your e-Visa. Certificate.

 

Once again, thank you for your kind cooperation and support our e-Visa service of the Kingdom of Cambodia.

Best regards,

E-Visa Office

Legal and Consular Department

Ministry of Foreign Affairs and International Cooperation

 

 

Jednocześnie organizowałem wizy do Wietnamu. Tutaj procedura wyglądała tak, że najpierw trzeba zdobyć promesę, a samą wizę otrzymuje się przy wjeździe. Promesę można dostać przez internet w polskim biurze. Zgłosiłem się do nich i szybko otrzymałem wytyczne:

 

Dziękujemy za skorzystanie z naszej oferty. Mail zwrotny wraz z numerem konta i instrukcją wpłaty zostanie wysłany do Państwa w ciagu 24h (Poniedziałek – Piątek).

 

W razie nie otrzymania maila w przeciągu 24 godzin, prosimy o kontakt mailowy na jeden z poniższych maili:

wietnamwiza@gmail.com

wizawietnam@gmail.com

 

W pilnych sprawach prosimy o kontakt pod numerami telefonów:

Mobile: +84 91 7299921

Skype : +48 22 3896921

 

Kontakt telefoniczny tylko w godzinach: 03.00 – 12.00 czasu polskiego!

 

Witamy,

Cena stosownej promesy wynosi: 59PLN/osoba

Prosimy o  wplatę w/w kwoty na polskie konto złotowkowe:

Nazwa konta: Maciej Ryczko

Numer konta: 50 1020 5558 1111 1393 3230 0068 (INTELIGO)

 

Przypominamy że:

Opłata stamp fee na granicy wynosi od 01.01.2013  45(single), 65USD(multi - 1 miesiąc) oraz 95USD (multi - 3 miesiące).

Pozdrawiamy,

 

Zespoł www.wietnamwiza.com

 

Również po 4 dniach przyszły promesy z wytycznymi:

 

Witamy,

 

PROSZE SPRAWDZIC ZGODNOSC DANYCH NA PROMESIE (REKLAMACJE ROZPATRUJEMY W CIAGU 48H OD WYSLANIA TEGO EMAILA). POZNIEJSZE REKLAMACJE NIE BEDA UWZGLEDNIANE.

 

#1. Prosze promesy wydrukowac (czytelnie) i okazac na bookingu lotniczym (rowniez na innych lotniskach na zadanie obslugi)

#2. Po przylocie do Wietnamu udac sie do okienka viza on arrival/landing visa.

#3. Tam zalaczyc promese, zdjecie kolor 4x6cm (paszportowe), wypelnic formularz  oraz oplacic stamp fee.

#4. Za kilka minut wiza laduje w Panstwa paszporcie

 

RADA 1: proponujemy wypelnic formularz wizowy z zalacznika juz w samolocie

RADA2: po wyladowaniu "biegusiem" do okienka - dzieki temu uda sie byc przed innymi osobami, ktore tez ida do okienka visa on arrival

Powodzenia w Wietnamie,

Zespol Wietnam Wiza

Ps. Obecnosc innych osob na promesie wizowej nie ma dla Panstwa znaczenia.

 

 

Tak więc w ciągu 10 pierwszych dni stycznia, sprawy wizowe były praktycznie gotowe. Do Tajlandii oraz do Hong Kongu nie potrzebowaliśmy wiz stąd została nam tylko procedura na lotnisku w Hanoi.

 

Teraz skoncentrowałem się na zagospodarowaniu naszego pobytu w Sajgonie i okolicach. Szukałem sposobu aby móc zobaczyć jego dwie główne atrakcje znajdujące się w pobliżu miasta. Po pierwsze wyjazd do Delty Mekongu oraz wizyta w miejscu gdzie w czasie wojny amerykańsko-wietnamskiej w latach 60 ubiegłego stulecia, Wietnamczycy zbudowali sieć podziemnych tuneli.

 

Przeczytałem sporo na Trip Advisorze ale wszyscy jeździli tam oddzielnie, poświęcając jeden dzień na każdą z atrakcji. Ja chciałem machnąć to w jeden dzień, ze względu na nasze bardzo ograniczone ramy czasowe. Udało mi się znaleźć zaledwie trzy czy cztery firmy, które takie coś organizowały ale koszt był dość duży. Na pewno znacznie przewyższał gdybyśmy zrobili je oddzielnie. Jedyną szansą była większa liczba chętnych na taki wyjazd. Jednak ze względu na małą popularność tego wyjazdu, skazani byliśmy na wyjazd indywidualny, co oznaczało wysoki koszt. Ewentualnie musielibyśmy zrezygnować z jednej z tych rzeczy. Basia bez problemu odpuściła tunele, ja natomiast nie chciałem rezygnować z niczego. Postanowiłem podpytać te firmy i trochę się potargować.

 

Po wstępnej selekcji wybór padł na firmę NamTrip, która napisała do mnie w ten sposób:

 

Dear Mr Dawid,

 

Thank you for your interest to our tour !

 

There is only one kind of tour - private tour that you can visit two places . Additionally , when you take the private tour, it is better care, better lunch and your group is only two of you. You do not join together with other people. We also know that the price is a little bit expensive so we will offer for you the better price 80 USD/person . That is the last price we can . We are sure that you will get what you pay for .

Hope to hear from you soon!

Thanks!

 

Yours faithfully,

Qui Tran/Ms

Sales Dept

Yahoo ID: namtriptravel

Skype      : namtriptravel

-----------------------------------------------------------------

                     NAM TRIP CO.,Ltd

Address: 28/1 Bui Vien st, Pham Ngu Lao ward, Dist 1, HCMC

Tel: (84-8) 5404 3779      Hotline: +84 936 010 331 ( Ms. Hiep )

Fax: (84-8) 5404 3778

Tax Code: 0309 343 154

Email: sales@namtrip.com or info@namtrip.com

Website : http://www.namtrip.com

 

Ich program na tę imprezę prezentował się następująco:

 

 

W dalszej części korespondencji wyszło na jaw, że będę musiał skorzystać pierwszy raz w życiu z przelewu przez Western Union. Chciałem im zapłacić na miejscu ale nie zgodzili się dlatego musiałem się z tym pogodzić. Takie przyszły wytyczne:

 

Dear Mr Dawid,

 

Sorry for our late response ! Now , it is Lunar New Year ( Tet holiday ) in Vietnam so most of the travel agent will close to celebrate new year .

As your previous email, your private house is at Go Vap district where is very far from the center . If you want to pick up and drop off at there , you have to pay extra 10 USD. If not , please come to our office at 28/1 Bui Vien St, Pham Ngu Lao Ward, Dist 1, HCMC .

 

In order to make reservation , please settle with one of two methods as below :

 

1.     Send money via Western Union Please use our information hereunder:

Full name : TRAN MY QUI

Address : No 28/1 Bui Vien st., Pham Ngu Lao ward , Dist 1, Ho Chi Minh city, Vietnam.

City : Ho Chi Minh

ID number : 33

Phone number:  +84 936010331

And send us the Money Transfer Control Number (MTCN) and secret code (if needed) after your sending money.

 

2.     Bank transfer and Cash.

 

Except for cash payment, bank fee charge may apply (any bank charge must be borne by customers). Our bank account details are as follows:

Beneficiary name : TRAN THI MY HIEP

Beneficiary Account number :  007 137 074 8451  (USD) 

Bank  name : Bank for Foreign Trade of Vietnam

Swift code :  BFTVVNVX

Bank address : 132 Ham Nghi St, Ben Thanh Ward, Dist 1, Ho Chi Minh City, Viet Nam

After transferring , please send us your  receipt. Then , we will send you a prepaid voucher to confirm that your booking is already made .

Hope to hear from you soon!

 

Yours faithfully,

Qui Tran/Ms

 

Z dwojga złego, wybrałem ten WU i zabrałem się za przelew. Okazało się, że można to zrobić w domu, przez internet i nie jest to skomplikowane. Miałem jednak problem z wpisaniem w odpowiednie rubryki imienia i nazwiska pani, z którą korespondowałem, bo nie wiedziałem które to imię a które nazwisko. Zaryzykowałem, przelałem pieniądze i po kilku godzinach zadzwonił telefon. Wyświetlił się numer niemiecki i jakaś pani zaczęła mnie przepytywać w sprawie mojego przelewu. Na szczęście mówiła po angielsku ale była bardzo drobiazgowa. Lecz chyba ją przekonałem, bo przelew został zatwierdzony. Nie miałem pojęcia, że WU tak sprawdza swoich klientów.

 

Potem WU przysłał rozliczenie:

 

Witaj DAWID DRON,

 

Dziękujemy za skorzystanie z usługi przekazu pieniężnego Western Union®.

Twój przekaz pieniężny został zatwierdzony i jest gotowy do odbioru.

 

----------------------------------------------------------------------------

SZCZEGÓ&#321Y PRZEKAZU:

----------------------------------------------------------------------------

 

Numer kontrolny przekazu (MTCN) to: 72

Data zlecenia:         02/02/2014

Wysłana kwota:       PLN 516.81

Imię i nazwisko odbiorcy:        TRAN MY QUI

Status:     Odebrane

Kurs wymiany* 1 PLN = USD 0.3095945

Kwota w lokalnej walucie = USD160,00

 

*Wymiana walut: Przekazy pieniężne będą zazwyczaj wypłacane w walucie kraju docelowego. W niektórych krajach dostępna jest wypłata w dolarach amerykańskich lub innej dodatkowej walucie. Oprócz opłat za przekaz mających zastosowanie do każdej transakcji, firma Western Union zastosuje kurs wymiany waluty w celu przeliczenia wpłacanych środków na walutę obcą. Oprócz opłaty za przekaz, firma Western Union (i w niektórych przypadkach jej placówki) zatrzyma całość różnicy między kursem wymiany walut podanym klientom, a kursem wymiany walut otrzymanym przez firmę Western Union.

 

WYSY&#321ANIE PIENIĘDZY DO KRAJÓW, KTÓRE ZAPEWNIAJĄ WYP&#321ATĘ W WIELU WALUTACH: Niektóre aplacówki firmy Western Union mogą oferować odbiorcom możliwość odbioru środków w innej walucie niż waluta wybrana przez Ciebie. W takich przypadkach firma Western Union (lub jej placówki) mogą pobierać dodatkowe opłaty, gdy Twoje środki są przeliczane na walutę wybraną przez odbiorcę. Jednakże Twój odbiorca może w niektórych krajach zdecydować się na odbiór innej waluty. W takim przypadku kurs wymiany walut stosowany przez firmę Western Union do Twojej transakcji może różnić się od kursu mającego zastosowanie do transakcji opłaconej w wybranej przez Ciebie walucie.

Dziękujemy za korzystanie z usług Western Union!

 

Dopiero 7 lutego, ze względu na ich święto, dostałem kolejnego mejla z Wietnamu o treści:

 

Dear Mr Dawid,

We would like to confirm you that we have already received your payment via Western Union.

Please kindly find the prepaid voucher in the attachment for this booking.

Once again ,thank you very much and see you on the 19th Feb.

Yours faithfully,

Qui Tran/Ms

 

W załączniku przysłali fakturę:

 

 

 

Wszystko gra! Kolejna sprawa załatwiona. Oczywiście w międzyczasie działałem w innych sprawach, bo termin gonił i powoli zbliżaliśmy się do wyjazdu. Brakowało nam dwóch rzeczy jeszcze: transportu z Sajgonu do Siem Reap oraz przewodnika po Angkor.

 

Znów zagłębiłem się w czeluściach internetu żeby wyłowić jakiś porządny autokar, który zabrałby nas z Wietnamu do Kambodży oraz kogoś, kto pokaże nam święte miasto Angkor. Nie sądziłem bowiem, że damy radę sami to zrobić, a na miejscu może być problem. Dlatego zacząłem działać na początku lutego.

 

Znalazłem firmę przewozową Mekong Express ale musiałem się upewnić, że będziemy przekraczać granicę w miejscowości Bavet ponieważ tylko tam honorują wizy elektroniczne, które mieliśmy. Napisałem więc do nich z pytaniem. Odpowiedź przyszła szybko i była dość lakoniczna:

 

Dear customer 

 

The bus cross the Bavet/Mocbai border.

And the bus will arrive to Siem Reap on 21:00 around.

The bus will arrive to our branch office.

Please check attachment file.

 

Best regard

Mekong Express

 W obiecanym załączniku była mała mapka:

 

 

Wiele mi to nie mówiło ale fajnie, że się odezwali i potwierdzili, że możemy jechać z nimi. Szkoda, że nie mieli nocnych przejazdów ale ponoć granica jest w nocy nieczynna. Zabrałem się za płatność i za cholerę nie mogłem zapłacić. Odrzucało mi kartę. Na szczęście Basi karta zadziałała i kupiłem te bilety. Nie wiadomo dlaczego nie chciało przyjąć mojej karty. Niestety usadzono nas w innych rzędach dlatego napisałem z reklamacją żeby dali nam miejsca obok siebie.

 

Dear Sir/Madam!

 

You have paid money by online for buy ticket from Mekong Express Limousine Bus

 

Customer Information:

Name: Dawid Dron

Mobile: +48608xxxxxxx

Email: davy@gazeta.pl

Departure: Ho Chi Minh-Siem Reap.

Time: 2/20/2014 7:00:00 AM.

You paid: 2 tickets.

 

Seat No:2B- Code: OKF-600945

Seat No:3A- Code: OKF-600946

 

Your CHECK CODE is: RZY465

You can check ticket by address: https://catmekongexpress.com/checkinfo.aspx

If you wish to pick-up service, please contact via telephone directly to the branch office of our company

01 day before departure (in Hours: 6:00 am - 9:00 pm )

Please refer to: https://catmekongexpress.com/contact.html

Thank you for using our service!

Best regards.

Administrator of Mekong Express Limousine Bus.

 

Na szczęście pozwolili na zmianę i skorygowali nam numery miejsc:

 

Dear Sir/Madam!

 

Your seat number was changed to 4CD

You have paid money by online for buy ticket from Mekong Express Limousine Bus

Customer Information:

Name: Dawid Dron

Mobile: +48608xxxxxx

Email: davy@gazeta.pl

Departure: Ho Chi Minh-Siem Reap.

Time: 2/20/2014 7:00:00 AM.

You paid: 2 tickets.

Seat No:4C- Code: OKF-600945

Seat No:4D- Code: OKF-600946

 

 

Zapłaciliśmy $26 za osobę czyli prawie 10 razy mniej niż za samolot choć będziemy jechać 20 razy dłużej. Nasza podróż miała rozpocząć się o 7 rano, a na miejscu mieliśmy być o 21.00. Ale przynajmniej pooglądamy sobie trochę widoków w Kambodży.

 

Sprawę przewodnika po Angkorze rozpocząłem 26 stycznia. Znalazłem kilku potencjalnych, z własnymi stronami internetowymi. Napisałem do dwóch. Jeden odpisał, że nie da rady, bo jest zarezerwowany, a drugi chętnie nas oprowadzi. Jego odpowiedź na mojego mejla była taka:

 

Dear Dawid and Barbara,

  I am so happy to hear from you and very pleased to guide you around. (…) You are strongly welcomed to Siem reap. Since you are here for one day so  I will bring you to see all the best temples. What you can not miss.

    Tour cost with sunrise

       Tour guide 35 dollars per day plus sunrise.

       Car 35 dollars per day plus sunrise( two person).

      Program for one day, leave the hotel at 5am for sunrise at Angkor Wat, after sunrise keep walking around to see Angkor Wat, continue to Taphrom(jungle temple), Angkor Thom such as Bayon temple, south gate, Baphoun, elephant terrace and leper king...... And I bring you to market later.

   Look forward to meeting you!

 

Yem Kosal (Nicky)

MEd.postgraduate

yemkosal@hotmail.com

www.guideinangkor.com

 

Od razu go zarezerwowaliśmy więc wszystko było załatwione. Jednak chciałem od niego numer telefonu i potwierdzenie, że na pewno będzie wolny. Dlatego napisałem do niego ponownie z prośbą o numer telefonu, że damy mu znać jak będziemy na miejscu. Mejla wysłałem 9 lutego. Niestety nie odpisał. Ale do 21 lutego było jeszcze trochę czasu, choć zdziwił mnie, że niczego nie potwierdził. Nie byłem do końca pewien czy jesteśmy umówieni czy nie. Ale nie przejmowałem się tym zbytnio.

 

Inne rzeczy zorganizować już nie musieliśmy. Sprzęt był ten sam co w Ameryce Południowej. Oczywiście noclegi częściowo mieliśmy załatwione przez couchsurfing. Szczególnie zależało nam żebyśmy nie musieli korzystać z hoteli w bardzo drogich miejscach czyli przede wszystkim w Hong Kongu oraz na Phuket. Ale każda noc za darmo to zastrzyk dla naszego budżetu, dlatego rozpisałem nasz plan podróży czekając na jakieś sygnały od ludzi. I się nie pomyliłem.

 

Statystyki przedstawiają się tak, że w sumie nawiązałem w jakiś sposób kontakt (tzn. ktoś sam do nas napisał bądź ja napisałem indywidualnie) z 72 osobami. Z tego 26 odmówiło, 36 nigdy nie odpisało, a 10 osób było chętnych nas przenocować. Niestety ci chętni się dublowali zatem ostatecznie mieliśmy 5 pewnych miejscówek. W Hong Kongu pewien Szwajcar, w Bangkoku Amerykanka, w Hanoi (jedna osoba do oprowadzania, druga na nocleg), W Sajgonie miła miejscowa dziewczyna i na Phuket, gdzie mieliśmy o dziwo nadmiar ofert. Nie udało się nikogo załatwić w Amsterdamie. Ale niespecjalnie się starałem wysyłając tylko 5 zapytań, z czego odpowiedziała negatywnie jedna osoba. Tak po prawdzie takiego wyniku się spodziewałem. Raczej nie mamy dobrej prasy w Holandii toteż nie łudziłem się, że ktoś nas zechce. Chociaż wyselekcjonowane osoby, na pierwszy rzut oka, powinny się nami zatroszczyć. Tak przynajmniej wyglądało to na papierze. Cieszyliśmy się z Hong Kongu i Phuket bo tam ceny na pewno były wysokie. Kambodżą nawet się nie przejmowałem. Nie mieliśmy jakiegoś dużego ciśnienia na te darmowe noclegi ale jeśli się uda, to będzie świetnie. No i się udało.

 

Strony internetowe, z których korzystałem podczas przygotowania się do wyjazdu (wybór):

 

https://www.couchsurfing.org/ - darmowe noclegi

http://www.loter.pl/interaktywna-mapa-polaczen-lotniczych - mapa połączeń w Azji

http://www.tripadvisor.com/ - fora podróżnicze

http://www.wizawietnam.com/ - wiza wietnamska

http://evisa.mfaic.gov.kh/Default.aspx - wiza kambodżańska

http://www.canbypublications.com/siemreap/srtemples.htm - mapy i przewodnik po Angkorze

http://www.xe.com/currencyconverter/ - aktualny przelicznik wszystkich walut na świecie

http://asiandivers.pl/pl/ - firma od nurkowania na Phuket

http://www.indochinavoyages.com/ - organizator wycieczek w Azji (m.in. rejsy po Ha Long)

http://www.halongjunkcruise.com/ - wybór statku na rejs po Ha Long

http://namtrip.com/index.php - organizator wycieczek w Wietnamie (np. Delta Mekongu)

http://www.phuket101.net/ - przewodnik po Phuket

http://catmekongexpress.com/ - przewoźnik autokarowy w Wietnamie i Kambodży

oraz oczywiście strony linii lotniczych, z których tak w rzeczywistości skorzystaliśmy z Air Asia oraz Jetstar. Ale przeglądałem również inne. Niestety żadna z nich nie dała rady przebić Air Asia.

 

Ostatecznie wszystko zostało zapięte na ostatni guzik i byliśmy gotowi do wyjazdu. Mieliśmy nasze dwie karty oraz $600 w gotówce w różnych nominałach, sporo drobnych, pochowanych w różnych miejscach. Każdy z nas miał tradycyjnie dwa plecaki, tym razem te duże nie przekraczały 20kg, bo taki bagaż kupiłem w Air Asia. Można wyruszać. Oto ostateczny plan:

 

 

 

Dzień 1 - 11 lutego 2014 - wtorek

 

W PODRÓŻY

 

Pobudka wyjątkowo wcześnie, bo już o 3:50. Mieliśmy zabrać się do Wrocławia pierwszym busikiem i zastanawialiśmy się czy on na pewno przyjedzie, ponieważ przypuszczaliśmy iż możemy być jedynymi pasażerami.

 

Zanim dotarliśmy na przystanek, po drodze przypomniałem sobie, że jednak nie spakowałem swoich kąpielówek. Na powrót do domu było za późno, więc jedną sprawę mam już do załatwienia – trzeba kupić kąpielówki.

 

Planowy odjazd busika był o 4:41, my byliśmy już ok. 4:30, tak na wszelki wypadek. Gdy jednak minęła 4:41, zacząłem się niepokoić, bo przecież kierowca nie utknął w korkach. Musieliśmy się jeszcze podenerwować kilka minut zanim w końcu pojawił się nasz pierwszy dziś środek transportu.

 

W trakcie jazdy, obojgu nam było niedobrze ale to przez specyficzną technikę jazdy młodego kierowcy – rozpędzał się mocno, po czym przyhamowywał przed ostrym zakrętem. Powtarzał te czynności przed każdym zakrętem, a że tych zakrętów na tej trasie jest sporo, stąd nasze dolegliwości.

 

Jednak dowiózł nas bezpiecznie na sam dworzec autobusowy we Wrocławiu, gdzie zameldowaliśmy się już o 6:20. Autobus do Warszawy startował o 7:00 toteż mieliśmy chwilkę na ogarnięcie się. Basia wypiła coca-colę, która rzekomo pomaga na drobne niedogodności lokomocyjne, a potem już udaliśmy się na stanowisko odjazdowe Polskiego Busa.

 

Oboje jechaliśmy pierwszy raz tym przewoźnikiem więc nie byliśmy zorientowani jak się odbywa odprawa. Zanim podjechał nasz pojazd, zjawił się wpierw autobus do Krakowa. Część ludzi tam wsiadła i została tylko ekipa warszawska. Bagaże należało oddać bagażowemu ale Basia beze mnie nie mogła wsiąść zatem nie można było zająć fajnych miejsc. Na szczęście, nie jest to wcale konieczne, bo autokar jest duży, piętrowy i każdy znajdzie dla siebie miejsce. My wybraliśmy górny pokład.

 

Obiecywano wi-fi, posiłki i ciekawi byliśmy czy to tylko chwyt reklamowy, czy naprawdę działa. Okazało się, że i jedno, i drugie działa w pełni. Internet hulał, a w trakcie jazdy stewardessa serwowała nam jakieś drobne przekąski. Naprawdę byliśmy miło zaskoczeni organizacją naszej podróży do Warszawy. Na dodatek zapłaciliśmy 48 zł w obie strony dla dwóch osób…

 

Podróż miała trwać 6 godzin wobec tego musieliśmy się czymś zająć. Oczywiście był internet więc mogliśmy korzystać z jego dobrodziejstw i dlatego trochę nam to skróciło czas. Ale była też możliwość wysłuchania chyba kilkunastu telefonów pana Andrzeja Sokołowskiego, który siedział za nami i załatwiał swoje sprawy firmowe. W ciągu kilku godzin dowiedzieliśmy się gdzie pracuje, czym się zajmuje i po co jedzie do Warszawy.

 

W trakcie jazdy, dotarła do nas wiadomość, że dziewczyna z Bangkoku, nie może nas jednak przyjąć, bo coś jej wypadło. Potem było zamieszanie z numerem NIP, które musiałem rozwiązywać telefonicznie i w końcu gdy wszystko już zostało uporządkowane, zająłem się czytaniem przewodnika po Hong Kongu.

 

Gdy po kilkudziesięciu minutach odłożyłem go na chwilę, zagadnęła mnie kobieta siedząca obok. W trakcie rozmowy wyszło, że… ona wraz z córką lecą dokładnie tym samym samolotem, co my. Co więcej, lecą również przez Paryż. Niesamowity zbieg okoliczności. Dodatkowo Jola jest nauczycielką. Zawiązała się więc długa rozmowa i wyszło, że Jola i jej córka Nadia sporo podróżują, a tym razem lecą do Indonezji.

 

Do końca naszej podróży w Warszawie, rozmawialiśmy już tylko z Jolą i tym razem Andrzej Sokołowski musiał wszystkiego się dowiedzieć o nas. Dzięki temu spotkaniu, cała podróż do Warszawy zleciała nam całkiem miło i szybko.

 

Wysiedliśmy na Młocinach. Mieliśmy plan jak dojechać na Okęcie wobec tego najpierw skierowaliśmy się na stację metra. Jest to końcowa stacja więc po zakupie biletów w maszynie, zeszliśmy na peron i czekaliśmy na pociąg. Zakupiliśmy sobie bilety czasowe. Podjechaliśmy na przystanek Politechnika, a stamtąd mieliśmy złapać autobus #188 już prosto na Okęcie.

 

Bez problemu wyrobiliśmy się czasowo na nasze bilety i przed 14.00 byliśmy już na lotnisku. Trzeba było przebrać się, iść do WC, przepakować pewne rzeczy, a potem iść na obiad.

 

Infrastruktura gastronomiczna na lotnisku nie rozpieszcza i długo szukaliśmy jakiegoś godnego przybytku. Znaleźliśmy przy wyjściu na postój taksówek. Miękkie fotele, telewizory z transmisją z Soczi ale ceny zachodnie. Zwykły obiad jednodaniowy kosztował 68zł ale jego jakość była fatalna. Suche mięso, skromne ilości warzyw i generalnie smakowo też beznadzieja. Byliśmy bardzo zawiedzeni samą ofertą, a gdy pomyśli się o relacji jakości do ceny, to trzeba dać jedną gwiazdkę na Trip Advisorze.

 

Po tym kiepskim obiedzie, wysłaliśmy lotto licząc, że po powrocie będzie czekała na nas jakaś miła niespodzianka, a potem już chcieliśmy się pozbyć naszych bagaży i dlatego szukaliśmy stanowiska odpraw Air France.

 

Tam dowiedzieliśmy się, że musimy się odprawić w maszynie. Wstukaliśmy zatem wszystkie nasze parametry i dostaliśmy karty pokładowe na oba loty. Jednak ta druga, była bez przydzielonych miejsc. Gościu odbierający bagaż wyjaśnił, że musimy iść po nową kartę w Paryżu. Po jaką więc cholerę nam ta obecna?

 

 

Po pozbyciu się bagaży mogliśmy przejść już kontrolę osobistą. Najpierw jednak poszliśmy na kawę. W tym czasie dostałem SMSa od naszego pierwszego gospodarza z Hong Kongu z pytaniem… gdzie my jesteśmy. Odpisałem mu, że pomyliły mu się dni i będziemy za 24 godziny dopiero. Na szczęście to go uspokoiło.

 

Potem znaleźliśmy naszą bramkę i potulnie ustawiliśmy się w kolejce. Kazali wszystko zdejmować, byli bardzo skrupulatni i gdy doszli do mnie, gościu z brodą, który obmacywał tych, którym zapiszczała bramka, krzyknął do mnie, że mam zdjąć pasek. Odpowiedziałem mu, że to plastikowy i wtedy się zaczęło. Ryknął na mnie, że każdy pasek mam zdejmować, że zaraz mnie zaprowadzi żebym sobie filmik instruktażowy obejrzał, bo w pasku ludzie przewożą narkotyki i inne rzeczy. Pojechał mi ostro, ja już nic się nie odzywałem, ale widziałem jaki pozostali mundurowi mieli ubaw z tej sytuacji. Widać, że broda niezły kozak musi być, bo za chwilę kolejnego faceta pojechał w podobny sposób.

 

Gdy mnie zaczął obmacywać, to jeszcze dalej ględził mi o procedurach, mimo że ja się już nic nie odzywałem i tylko przyznawałem mu rację. Wyskoczyłem z butów, rozbebeszone miałem gacie, plecak, kurtkę… Zanim się pozbierałem, Basia już była dawno gotowa. Mocno mnie przetrzepał.

 

Pokręciliśmy się po sklepach trochę. Zauważyłem magnesy na lodówkę z tematyką polską więc wzięliśmy kilka na wszelki wypadek. Potem chcieliśmy wymienić dwa i zaczęło się zamieszanie. Pani najpierw anulowała na kasie dwa, które chcieliśmy wymienić, oddała nam pieniądze, a potem kupiliśmy dwa nowe. Zapłaciliśmy dokładnie tyle samo. A myślałem, że po prostu wymienimy dwa za dwa.

 

Później już tylko czekaliśmy na wejście do samolotu. Ani Joli ani Nadii nie widzieliśmy zarówno przy bramkach, jak i w samym samolocie. A samolot był pełny, obok nas jakaś Francuzka siedziała. Podczas lotu było bardzo gorąco, co było dziwne, bo przecież zawsze się lekko zmarznie. Lot był krótki, Paryż rozświetlony i nawet dało się nam dostrzec słynną wieżę migocącą w oddali.

 

Na lotnisku CDG mieliśmy czasu na przesiadkę w sam raz. Po wyjściu spotkaliśmy nasze współtowarzyszki. Zaczęliśmy wspólnie szukać bramki ale coś nam się nie zgadzało. Wreszcie udało się nam odszukać miejsce skąd mamy odlecieć do Azji. Było trochę czasu wolnego jeszcze dlatego zasiedliśmy do komputerów, które zezwalały na 15 minutowe darmowe surfowanie po sieci.

 

Basia kupiła wodę, Jola z córką gdzieś poszły, a my najpierw obejrzeliśmy sobie największy pasażerski samolot świata A380, który stał dwie bramki obok, a potem poszliśmy załatwić sobie nowe karty pokładowe.

 

 

Wydano nam je i potem poinstruowaliśmy nasze nowe koleżanki gdzie muszą się udać. One nie miały już tyle szczęścia co my, bo okazało się, że nie będą siedzieć razem. Czemu nie dali nam od razu w Warszawie tych kart, nie mam pojęcia. W każdym razie, mieliśmy szczęście, że dostaliśmy miejsca obok siebie.

 

Lotnisko w Paryżu. W tle Airbus A380 Air France.

 

Boeing 777 to wielki samolot więc kiedy do niego weszliśmy i zaczęliśmy szukać naszych miejsc, szliśmy i szliśmy. Jak się okazało, nasze miejsca to były dwa ostatnie miejsca w lewym rzędzie. Lepszych nie mogliśmy dostać. Nie dość, że nikogo za nami nie było, mieliśmy tam małą półeczkę, obok nas już też nikogo nie było, bo ostatnie dwa czy trzy rzędy są podwójne a nie potrójne. Mieliśmy blisko do WC a papu wychodziło też stąd dlatego zapewne dostaniemy pierwsi.

 

Boeing 777 Air France

 

Ta ostatnia sprawa nie okazała się prawdą (dostaliśmy jako ostatni) ale i tak mieliśmy doskonałe miejsca. Jola narzekała ale potem widzieliśmy, że stewardessy przeganiały kogoś i chyba jakoś im się udało być ze sobą. My tradycyjnie po posiłku, zarzuciliśmy po tabletce na zasypianie i przygotowaliśmy się do snu. Tym razem było bardzo zimno więc ubraliśmy się odpowiednio, obniżyliśmy sobie fotele i gdy właśnie przelatywaliśmy obok Białegostoku i kierowaliśmy się na Wilno, zaczęliśmy odpływać.

 

Dzień 1: Złotoryja(A) – Wrocław(B) – Warszawa Młociny (C) – Okęcie (D) =  455km

 

Dzień 1: Warszawa - Paryż =  1347km

 

 

Dzień 2 - 12 lutego 2014 - środa

 

BARDZO KRÓTKI DZIEŃ

 

Boeing zbliżał się już do Hong Kongu. Na dole nic nie było widać ale na mapce już kończyła się nasza podróż. Wstaliśmy o dziwo dość wyspani i w dobrej formie. Ogromną większość podróży przespaliśmy. Teraz właśnie podawano śniadanie.

 

W trakcie śniadania przyszła Jola poprosić o przewodnik. Zdziwiło nas, że wybrała się na drugi koniec świata bez żadnej pomocy w postaci przewodnika czy mapy ale widocznie wystarczył jej rzut okiem na to, co my mieliśmy.

 

Lotnisko w Hong Kongu to ogromny hub, tak więc ruch jest tam ogromny i praktycznie we wszystkie strony świata można stąd lecieć. Dlatego musieliśmy być ostrożni żeby się nie pomylić i niepotrzebnie biegać z bagażami.

 

Lotnisko w Hong Kongu.

 

Planowo mieliśmy lądować o 18.15 dlatego z dzisiejszego dnia za wiele już nie wyciągniemy. Po odbiorze bagaży, pożegnaliśmy się z Jolą, a sami zaczęliśmy odprawę. Nie wbijają tam pieczątek, tylko dają karteczki z wydrukowanymi informacjami. Wszystko poszło gładko.

 

 

Teraz trzeba było zakupić karty Octopus i poszukać autobusu, który nam polecił Matthias, u którego mieliśmy spać. Najpierw wybrałem $100 ale gdy poszedłem zakupić te karty, okazało się, że przyjmują tylko gotówkę, a to było za mało. Musiałem niestety drugi raz iść wybrać. Po zakupie dowiedzieliśmy się, że możemy je zwrócić i oddadzą nam kaucję i to, co nie wykorzystamy. A karta ponoć służy nie tylko w transporcie ale również w sklepach i restauracjach.

 

Karty Octopus.

 

Uzbrojeni w karty, wysłałem SMSa do Matthiasa, że już jesteśmy i poszliśmy szukać przystanku. Jak zwykle trochę to trwało ale w miarę gładko się uwinęliśmy i stanęliśmy w… kolejce. Jak zauważyliśmy, ludzie tam ustawiają się w kolejkach na przystanku.

 

Kierowaliśmy się wskazówkami Matthiasa i na razie wszystko się zgadzało.

 

Get first in the airport at the Airport Express counter an Octopus card (one for each). This is a prepaid card to pay for small amounts in the subway/bus/shops/etc. It is very useful and fast.

The cheapest (costs around HKD 3.50/person) and easiest way to get to my apartment is by taking the bus S56. It leaves every half hour from Point 2 on this map:

 

Dodatkowo były jeszcze dwie mapki z zaznaczonymi trasami autobusów i rozkładem jazdy oraz informacja z adresem. Nie mogliśmy się zgubić.

 

Kierowca nas zawiódł, bo mówił tylko po chińsku. Próbowałem mu pokazać, o co mi chodzi ale nie miał okularów i przegonił mnie tylko na tył. Powiedział, że powie kiedy wysiąść choć dokładnie mu nie wytłumaczyłem. Autobus bowiem jeździ tylko po tej wyspie i robi dość krótką pętlę. Ale od czego są pasażerowie, którzy obiecali nam wskazać właściwy przystanek.

 

Wg wskazówek Matthiasa, mieliśmy wysiąść naprzeciwko jego wieżowca. W takim razie, kiedy kierowca zaczął nas wyganiać z autobusu, pasażerowie powiedzieli, że jeszcze dwa przystanki i będziemy na miejscu.

 

Było już ciemno i w dodatku padał deszcz kiedy stanęliśmy przed ogromnym ciągiem piaskowych wieżowców. Przeszliśmy na drugą stronę bloku numer 8 i zaczęliśmy się rozglądać za właściwym wejściem. Gdy na głos wymówiłem numer, zaczepił nas wysoki, szpakowaty facet w garniturze. Szybko się domyśliliśmy, że to nasz łaskawca, co on sam za chwilę potwierdził.

 

Nocleg w Hong Kongu.

 

Zabrał nas na 42 piętro i momencik później już byliśmy w swoim nowym pokoju. Było bardzo zimno, bo nie przewidziano tam ogrzewania, a on miał tylko malutką farelkę. Nasz pokój składał się wyłącznie z wielkiego łóżka i szafy. Nic ponad to, nie miało szans się tam zmieścić. Reszty mieszkania nie zwiedzaliśmy. Wiadomo było, że ma dwie łazienki gdyż nasza była tuż obok pokoju, a on powiedział, że ma swoją. Z salonu, w którym Matthias zaczął przygotowywać sobie kolację, rozpościerał się widok na miasto. Aktualnie było ciemno i widać było tylko mnóstwo świateł.

 

Po wykąpaniu się i kilku kurtuazyjnych pytaniach, usłyszeliśmy kilka cennych rad na temat Hong Kongu, dostaliśmy mapkę i wytłumaczył nam jak sobie poradzić z kluczami. To oczywiście specyficzne elektroniczne klucze, na hasła itp., zatem musieliśmy być uważnymi słuchaczami żeby później nie płakać jak pójdzie coś nie po naszej myśli.

 

Potem zaproponowałem mu jakieś piwko gdzieś na mieście ale stwierdził, że ma dużo pracy i raczej już pójdzie do siebie. Gdy napisałem do niego, wyłonił mi się obraz przedstawiony przez niego samego, jako nudnego szwajcarskiego finansisty, który przyjmuje couchsurferów żeby się trochę rozerwać. Dlatego nie dość, że przywieźliśmy mu polskie piwo, to jeszcze sądziłem, że chętnie się wybierze na godzinkę gdzieś do lokalnego baru żeby się odstresować po pracy. My nie nalegaliśmy toteż mogliśmy zająć się naszymi sprawami.

 

Byliśmy wyspani, a tu zbliżała się noc stąd przypuszczałem, że będę miał kłopoty z zaśnięciem. W dodatku było potwornie zimno, tak że Basia założyła czapkę i wszystko co miała ciepłego żeby się rozgrzać. Ona oczywiście nie miała żadnych problemów żeby zasnąć. Ja też jednak dość szybko zasnąłem i cała noc minęła nam bardzo spokojnie.

 

Dzień 2: Paryż – Hong Kong =  9607km

 

Dzień 2: Hong Kong Lotnisko (A) – Hong Kong nocleg (B) =  7km

 

Dzień 3 - 13 lutego 2014 - czwartek

 

DZIEŃ W WIELKIM MIEŚCIE-PAŃSTWIE

 

Cel był bardzo prosty na ten dzień. Mieliśmy go w całości spędzić w mieście. Dlatego już o 7.00 mieliśmy pobudkę. Po pierwsze musieliśmy dojechać do Hong Kongu (znajdowaliśmy się na wyspie Lantau), a po drugie chcieliśmy wyjść razem z Matthiasem żeby uniknąć skomplikowanych czynności z zamykaniem mieszkania oraz szukania dojścia na stację metra.

 

Byliśmy gotowi przed nim, więc trochę poczekaliśmy. Mieliśmy okazję przyjrzeć się panoramie z okna i niestety dotarła do nas smutna prawda, że pogoda jest fatalna. Zimno, deszcz i mgła. Nie wyglądało to dobrze.

 

Po wyjściu z mieszkania, Matthias zaproponował nam swoją parasolkę ale musieliśmy pójść z nim do jego biura. Okazało się, że pracuje bardzo blisko i w dodatku przejście jest tak skonstruowane, że nie potrzeba parasola – wszystko jest zadaszone, tzn. chodniki.

 

Zanim dotarliśmy do jego biura, wstąpił po tradycyjne swoje śniadanie gdzieś po drodze w swojej zapewnie ulubionej kawiarni, a potem zdążył nam poopowiadać trochę o tym miejscu.

 

Poszliśmy do wielkiej galerii handlowej, gdzie na którymś z pięter zainstalowało się jego biuro. Kazał poczekać w recepcji, a sam poszedł po parasol. W międzyczasie podeszła do nas recepcjonistka pytając, po co tu przyszliśmy. Ale była bardzo miła, kiedy jej wytłumaczyliśmy i nalegała żebyśmy sobie usiedli. Nie trwało to oczywiście długo, bo już po kilku minutach zjawił się Matthias z firmowym parasolem i życzył nam miłego zwiedzania.

 

Teraz celem było zjeść śniadanie. Nie było dużego wyboru i poszliśmy do jednego z Maków, które się tam rozlokowały. Mnóstwo ludzi tam się posilało i naturalnie dość szybko się z tym śniadaniem uwinęliśmy.

 

Z pełnymi żołądkami i z kubkiem obowiązkowej kawy w ręce Basi, zaczęliśmy usilnie szukać wyjścia z tej galerii żeby móc przejść do metra. Trochę się motaliśmy, ale ostatecznie znaleźliśmy zejście na perony. Była to stacja początkowa o nazwie Tung Chung, dlatego nie było problemu z obraniem kierunku jazdy. Wszystkie pociągi jechały na wyspę Hong Kong.

 

Stacja Tung Chung.

 

Niby to kilka stacji na mapie, ale ogólnie podróż trwała ładnych kilkanaście minut. Metro w większości jechało na powierzchni, było bardzo czyste, a ludzie znacząco zróżnicowani rasowo. To godziny szczytu stąd frekwencja ogromna ale częstotliwość pociągów też spora.

 

Wreszcie dojechaliśmy do stacji Central. Tam wysiedliśmy i planowaliśmy rozpoczęcie pieszej wędrówki po mieście. Niestety nie mogliśmy sobie poradzić w gęstwinie pasaży, poziomów i wyjść. Straciliśmy orientację i gdy wyszliśmy na zewnątrz, pierwsze co chciałem zrobić, to zidentyfikować nasze położenie, co nie było takie łatwe, ponieważ zewsząd otaczały nas ogromne drapacze chmur, między którymi przemykały rzeki samochodów po szerokich arteriach. Nie było wątpliwości, że byliśmy w azjatyckiej metropolii.

 

Centrum Hong Kongu.

 

Hong Kong to specjalny region administracyjny Chińskiej Republiki Ludowej (drugim regionem jest Makau), znajdujący się na wschodnim wybrzeżu Chin, nad Morzem Południowochińskim. Hongkong zajmuje półwysep Koulun oraz liczne przybrzeżne wyspy. Największe z wysp to: Lantau, Hongkong oraz Lamma. W 1898 podpisano umowę 99-letniej "dzierżawy" tych terytoriów przez Wielką Brytanię. Na mocy umowy chińsko-brytyjskiej zawartej w 1984 ustalono warunki, na których Hongkong powrócił do Chin po upływie okresu dzierżawy w 1997. Wraz z przejęciem Hongkongu przez Chiny poszczególne miasta hongkońskie utraciły swój dotychczasowy status – całe terytorium Hongkongu stało się jednym obszarem miejskim. Hongkong, przy zaludnieniu 7 mln ma jedną z najwyższych średnich gęstości zaludnienia na świecie (6200 osób na km kwadratowy). Gęstość ta miejscami dochodzi do 43 tysięcy osób na km kwadratowy. Około 95% mieszkańców Hongkongu to Chińczycy.

 

Nasze pierwsze kroki chcieliśmy skierować do portu. Dlatego ruszyliśmy jedną z głównych ulic. Znakiem rozpoznawczym okazał się wieżowiec Bank of China z charakterystycznymi czułkami niczym u jakiegoś owada. Trudno się nam było poruszać, bo bardzo utrudniał nam spacer okropny deszcz, który nasilał się z każdą minutą.

 

Centrum Hong Kongu.

 

Potem straciliśmy wątek gdy okazało się, że nie da się przebrnąć skrzyżowania i dopiero po jakimś czasie zorientowaliśmy się, że nikt tutaj nie chodzi na poziomie ulicy, tylko specjalnymi pasażami usytuowanymi nad jezdnią. Nie dość, że wygodniej, bo bez samochodów obok, to jeszcze wszystko zadaszone i przeszklone.

 

Centrum Hong Kongu.

 

Gdy już wdrapaliśmy się na taki przesmyk, ruszyliśmy z kopyta w kierunku portu i od tego momentu nasza przechadzka nabrała prawdziwego tempa i zaczęliśmy panować nad sytuacją. Miasto powoli się nam poddawało.

 

Deszcz niestety nie ustępował i dlatego wizyta w porcie była mało interesująca. Starszy budynek mogliśmy obejrzeć tylko z poziomu naszego pasażu. Nie zabawiliśmy tam długo i zdecydowaliśmy się pójść nieco dalej, aby dotrzeć do Placu Złotej Bauhinii, czyli miejsca gdzie nastąpiło przekazanie przez Brytyjczyków władzy nad Hong Kongiem Chińczykom.

 

Droga była dość długa, przeszkadzał ulewny deszcz choć czasem zdarzały się miejsca zakryte. Przeszliśmy przez pewien park, obok kolejnego charakterystycznego wieżowca z ogromną reklamą H&M aż wreszcie znaleźliśmy to właściwe miejsce.

 

Centrum Hong Kongu.

 

Jest to Plac Złotej Bauhinii, w pobliżu Centrum Wystawowego, gdzie codziennie o 8.00 rano, wciągana jest flaga Hong Kongu, na której również widnieje kwiat bauhinii. Jest to kwiat-symbol tego miejsca, a jego 6-metrowa złota rzeźba znajduje się w centrum tego placu.

 

Flagi nie łopotały bo były całkowicie przyklejone do masztów. Turystów też nie było zbyt wielu, bo deszcz przeszkadzał wszystkim i większość ludzi próbowała przemykać wzdłuż ścian budynków, gdzie od deszczu chronił ich niewielki fragment dachu, wystający poza skraj budynku.

 

Plac Złotej Bauhinii.

 

Nie było co moknąć w tym miejscu dlatego ruszyliśmy wzdłuż brzegu aby po chwili znaleźć się przy innym monumencie przed wejściem do Centrum. Cała ściana była obłożona rusztowaniem zrobionym z bambusa, co robiło wrażenie.

 

Szliśmy teraz wzdłuż brzegu z panoramą widokową na miasto. Niestety aura absolutnie wykluczała ładne ujęcia. Nie dość, że było szaro i buro, to jeszcze krople deszczu pojawiały się na obiektywie. Zdjęcia wychodziły więc mało ciekawe.

 

Hong Kong

 

Następnym naszym punktem miał być wjazd pociągiem na szczyt Wzgórza Wictorii ale mieliśmy pewne obawy co do sensu tego przedsięwzięcia ze względu na pogodę. Deszcz nadal padał, choć powoli przestawał, ale chmury wisiały bardzo nisko i zdawaliśmy sobie sprawę, że widoki mogą być bardzo marne. Jednak postanowiliśmy, że mimo to wjedziemy.

 

Droga powrotna do miasta była już łatwiejsza, potem znaleźliśmy drogowskazy na miejsce odjazdu kolejki. Poruszaliśmy się po chodnikach ale również już znanym nam podwyższeniach, które z łatwością umożliwiały przekraczanie szerokich alei. Po kilku pokonanych wzniesieniach, znaleźliśmy się przed wejściem na peron.

 

Początek trasy kolejki na Wzgórze Wiktorii.

 

Wzgórze Wiktorii (ang. Victoria Peak) to najwyższe wzniesienie na wyspie Hongkong. Ma wysokość 552 metrów. Inne jego angielskie nazwy to Mount Austin, albo po prostu - The Peak. Ponieważ rozciąga się z niego wspaniały widok, jest atrakcją turystyczną odwiedzaną przez 6 mln osób rocznie. Na Wzgórze Wiktorii można wjechać zabytkową kolejką lub autobusem miejskim.

 

My chcieliśmy oczywiście podjechać kolejką. Zapłaciliśmy $28 za wjazd, zrobiono nam zdjęcia i spokojnie czekaliśmy w ciemnym tunelu na nasz pociąg. W międzyczasie widzieliśmy jak obrabiają nasze zdjęcie, które zapewne zechcą nam wcisnąć za jakąś niezłą kwotę. Wreszcie podjechał pociąg.

 

Kolejka na Wzgórze Wiktorii.

 

Linia kolejki rozpoczyna się w Dystrykcie Centralnym i poprzez Mid-Levels, prowadzi na szczyt Wzgórza Wiktorii. Długość linii kolejowej wynosi ok. 1.4 km. Kolejka pokonuje różnicę wzniesień wynoszącą ok. 400 m. Dolna początkowa stacja Garden Road znajduje się przy Garden Road w pobliżu anglikańskiej Katedry św. Jana 28 m n.p.m. Stacja końcowa na szczycie znajduje się pod galerią handlową The Peak Tower około 150 m poniżej szczytu Victoria Peak. Budowa linii trwała od 1882 do 1888. W 1926 kolejka została zmodernizowana. Linia została zelektryfikowana. Cała podróż trwała 8 minut.

 

Po wyjściu znaleźliśmy się w galerii handlowej. Zaczęliśmy się wspinać wyżej i wyżej aby dotrzeć na sam szczyt. I tam niemiła niespodzianka, bo trzeba ponownie zapłacić za wejście. Jeszcze w Polsce czytałem gdzieś, że można ominąć jakoś tę bramkę, trzeba gdzieś wcześniej wyjść ale było już za późno na takie kombinacje i po krótkim zawahaniu, uiszczyliśmy należną opłatę i mogliśmy wyjść na zewnątrz.

 

Widok nie był zły. Spodziewaliśmy się czegoś znacznie gorszego. Oczywiście nie było to coś zapierającego dech w piersiach ale cieszyliśmy się, że tu przyjechaliśmy. Deszcz już nie padał i naprawdę widać było całkiem nieźle. Było dość wietrznie i zimno i bez czapki ciężko było wytrzymać ale spędziliśmy tam ładnych kilka minut i robiąc kilkanaście ciekawych zdjęć.

 

Wzgórze Wiktorii

 

Zgłodnieliśmy zatem trzeba było coś wrzucić na ruszt. W galerii poniżej był jakiś fast-food więc zamówiliśmy znów zestaw pomimo moich cichych protestów, że nie możemy się żywić tylko w takich przybytkach. Ale Basia nie potrafiła się przemóc do tutejszych wynalazków, a ja nie chciałem jej zmuszać.

 

Zjazd zaplanowaliśmy autobusem, mieliśmy nasze karty octopuski załadowane dlatego mogliśmy z nich skorzystać. Dopytaliśmy się przechodnia skąd startują autobusy i w ostatniej chwili zdążyliśmy, gdy już jeden z nich odjeżdżał. Wskoczyliśmy na górny pokład i usiedliśmy w pierwszym rzędzie mając całą panoramę miasta przed sobą. Droga była kręta i przez to ciekawa. Autobus jechał do centrum i kilka minut później znajdowaliśmy się w miejscu, gdzie rano próbowaliśmy się organizować.

 

Centrum Hong Kongu.

 

W centrum planowaliśmy wysiąść w dogodnym miejscu aby móc skoczyć do Soho ale przekombinowaliśmy, bo nagle autobus skręcił w kierunku portu i zatrzymał się dopiero tam gdzie już dziś byliśmy. Nie za bardzo się nam uśmiechało wracać lecz nie było wyboru i szybko wdrapaliśmy się na pasaż, który zaprowadził nas do centrum.

 

Centrum Hong Kongu.

 

Stamtąd już łatwo odszukaliśmy najdłuższe schody ruchome na świecie zwane "the Central–Mid-Levels escalator and walkway system", o długości 800m i różnicy wzniesień 135m. Cała podróż trwa 20 minut ale na każdym skrzyżowaniu można zejść i my też tak robiliśmy kilka razy aby zrobić sobie jakieś zdjęcie.

 

Najdłuższe schody ruchome świata.

 

W końcu całkowicie zeszliśmy z tych schodów i znaleźliśmy się w sercu Soho. Tam zaplanowaliśmy sobie przechadzkę, bo namawiała nas do tego Jola, która już kiedyś była tutaj. Naszym głównym celem była jednak świątynia Man Mo. Zaczęliśmy jej szukać na Hollywood Road i trochę się pokręciliśmy po stromych uliczkach Soho. Generalnie mówiąc nic specjalnego ta dzielnica. Zauważyliśmy sporo pozostałości po obchodach chińskiego nowego roku.

 

Soho

 

Gdy wreszcie dotarliśmy do owej świątyni, przed nią kłębiło się sporo ludzi, głównie dzieci z jakiejś szkoły. Pewnie wycieczka szkolna. Z pewną nieśmiałością weszliśmy na teren świątyni, gdzie panował półmrok rozświetlony przez tysiące świec. Sama świątynia została wybudowana w 1847 roku i jest poświęcona dwóm bogom. Ludzie składają ofiary w postaci pozostawionego tam jedzenia, czasem wrzucają pieniądze do specjalnych waz ustawionych wzdłuż ścian, biją wtedy w dzwon lub bęben. Inni oddają cześć swojemu bogu poprzez zapalanie świec, zniczy lub kadzidełek ewentualnie lampionów. Generalnie panuje tam niezłe zamieszanie ale nikt na nikogo nie zwraca uwagi. Chodziliśmy nieskrępowani z aparatem i kamerą i nikt nawet nie spojrzał się na nas dziwnie. Pozwoliłem też sobie walnąć w bęben i dzwon.

 

Świątynia Man Mo

 

Po wyjściu ze świątyni, mieliśmy przejść się jeszcze ulicami Soho, obejrzeć quasi-targ czyli mnóstwo tandeciarskich sklepików z kiczowatymi bzdetami za bezcen. W sumie, te towary wyglądały jakby ktoś wysypał zawartość starych skrzyń ze strychu. Można tam znaleźć same duperele. Wiele z tych sklepików ma na szybie plakaty Bruce'a Lee.

 

Soho

 

Idąc w dół i szukając stacji metra, doszliśmy do obiektu o nazwie Western Market. To jeden z najstarszych budynków w Hong Kongu. Powstał w 1844 roku i dziś już nie do końca spełnia swoją funkcję targu ale raczej działa jako miejsce dla wielu sklepów i restauracji. Nie zaglądaliśmy do środka, bo już było późno, a jeszcze musieliśmy podjechać dwie stacje żeby wysiąść na Kowloon.

 

Western Market

 

Kowloon to półwysep i jedna z dzielnic całej aglomeracji. Musieliśmy więc przejechać pod wodą żeby się tam dostać z wyspy Hong Kong. Mieliśmy po drodze przesiadkę, a potem już szybko na zewnątrz.

 

Nasze kroki skierowaliśmy prosto do miejsca, które nas interesowało w tej części miasta. Chodziło nam o aleję gwiazd położoną nad brzegiem morza. Choć wiedzieliśmy, że spośród wszystkich znanych osobistości miejscowego kina, zapewne znani nam będą tylko dwaj panowie – Bruce Lee oraz Jackie Chan – to odszukanie ich było naszym zadaniem.

 

Zrobiliśmy lekkie kółko zanim ostatecznie znaleźliśmy się na alei ale jeszcze było w miarę widno aby przespacerować się wykostkowaną alejką i popatrzeć na odbite dłonie, znanych głównie z filmów akcji kategorii B, aktorów.

 

Aleja Gwiazd

 

Aleja Gwiazd zwana w oryginale Tsim Sha Tsui Promenade to 440-metrowa aleja nad brzegiem morza i z widokiem na wyspę Hong Kong. Powstała w 2004 roku i zawiera kilka pomników oraz w sumie 107 tablic upamiętniających historię filmoteki z Hong Kongu.

 

Spacerowaliśmy więc sobie tak wzdłuż brzegu portu gdzie od czasu do czasu przepływały łódki. Mijaliśmy sporo ludzi i próbowaliśmy odszukać dwóch bohaterów mojego dzieciństwa. Zanim jednak nam się to udało, w pewnym momencie podszedł do nas chłopczyk, a z nim jego mama i wręczając nam własnej roboty album ze zdjęciami miejscowych zabytków oraz ich opisami. Był bardzo przejęty swoją rolą, ponieważ był to jego projekt szkolny, który polegał na przeprowadzeniu ankiety wśród turystów i wybraniu najbardziej popularnego miejsca turystycznego w całym Hong Kongu. Chłopczyk nieźle zasuwał po angielsku, mama go ubezpieczała jakby co, ale świetnie poradził sobie w swej roli.

 

Aleja Gwiazd

 

Na początku myślałem, że to jeden z naciągaczy, który handluje pocztówkami ale gdy wyszło na jaw, że to poważna sprawa, to poświęciliśmy mu trochę czasu i obejrzeliśmy dokładnie jego dzieło, a następnie zagłosowaliśmy. Mama wpisała dane w arkusz, a potem poproszono nas o wspólne zdjęcie. Basia wykorzystała moment i też wręczyła mamie nasz aparat.

 

Tuż obok zebrało się sporo ludzi i już po chwili wiedzieliśmy, że znajdujemy się przy posągu Bruce'a Lee. Każdy chciał sobie zrobić zdjęcie z mistrzem dlatego trochę musiałem poczekać na swoją kolej. Ale się udało.

 

Aleja Gwiazd

 

Znaleźliśmy też Jackie Chana, przyłożyliśmy ręce w miejsce gdzie mistrz trzymał swoje. Pozostałe gwiazdy za dużo nam nie mówiły ale niektórzy mieli fajne nazwiska. Nie było opcji aby sobie nie zrobić zdjęcia z kimś takim.

 

Aleja Gwiazd

 

Na końcu alei znajduje się 44-metrowa Wieża Zegarowa, która jest jedyną pozostałością po dworcu kolejowym. Można do niej wejść ale było już późno zatem nie mieliśmy czasu, a poza tym była zapewne zamknięta. Minęliśmy ją tylko z bliska i udaliśmy się główną aleją miasta mając na celu targi.

 

Wieża Zegarowa

 

Znów zgłodnieliśmy i kolejny raz próbowałem przekonać Basię żebyśmy weszli do miejscowej knajpki i coś spróbowali ale nie było nawet mowy. Zdecydowanie nie odpowiada jej miejscowa kuchnia więc kolejny raz znaleźliśmy się w jakimś europejskim fast-foodzie. Już wtedy wiedziałem, że tak żyć nie będę w stanie długo, ale jeszcze raz się zgodziłem.

 

Szliśmy dalej, kierując się ku znanym targom. Było już ciemno ale neony i lampiony rozświetlały miasto. Od dawna już deszcz nie padał dlatego spacer był przyjemny choć już mieliśmy w nogach sporo kilometrów.

 

Kowloon

 

Najpierw zawitaliśmy na Jade Market, potem Temple Street Night Market a na koniec Basia wymusiła na mnie wizytę w Ladies' Market. Nie byłem zachwycony łażeniem po tych targach, bo niczym się nie różniły od naszych polskich targowisk. Ciuchy, kasety, portfele, koszulki klubów piłkarskich i czapeczki plus kubki i inne pierdoły. Wszędzie to samo, wszędzie zaczepiają i oferują kosmicznie wygórowane ceny początkowe.

 

Basia wymyśliła sobie, że kupi tutaj portfel i szukaliśmy odpowiedniego, choć wszędzie były te same. No ale to moja wizja, Basia wiedziała, że gdzieś znajduje się ten jedyny dla niej. I w końcu znalazła, potargowała się i już była zadowolona. Ja też, że to już koniec łażenia między straganami. Czas wracać do domu.

 

Wróciliśmy na główną ulicę i szliśmy wypatrując stacji metra. Gdy wreszcie ją znaleźliśmy szybko przeszliśmy na peron aby złapać nasz pociąg. Było strasznie dużo ludzi ale musieliśmy usiąść bo nogi nas już strasznie bolały. Sporo się nałaziliśmy.

 

Dojechaliśmy do ostatniej stacji już z mniejszą liczbą ludzi. Wyszliśmy na zewnątrz i uświadomiliśmy sobie, że mamy mały problem, bo za cholerę nie wiemy z której strony jesteśmy, a z której mamy być i gdzie w ogóle iść. Żadnego punktu orientacyjnego bo wszystkie te wieżowce są identyczne, w dodatku jest ciemno i mało ludzi już spaceruje. Nawet nie wiedzieliśmy jak ludziom wytłumaczyć o co nam chodzi.

 

Próbowaliśmy jakoś wyjść ale kręciliśmy się w kółko i nic znajomego nam się nie pokazało przed oczami. Nie było wyjścia i trzeba było kogoś zaczepić i zapytać. Basia zaczepiła gościa, który okazał się być kompetentny i wytłumaczył jak wyjść z tej matni. Udało się nam w końcu zorientować się gdzie jesteśmy i już potem poszło gładko, tą samą trasą co rano.

 

Nie wiedzieliśmy czy Matthias jest już w domu ale mieliśmy klucze toteż sobie odblokowaliśmy główne wejście, wjechaliśmy na górę i bez przeszkód weszliśmy do mieszkania. Nikogo tam nie zastaliśmy, było ciemno i cicho więc byliśmy pewni, że jesteśmy sami.

 

Przygotowaliśmy się do snu, spakowaliśmy się na jutro rano i mogliśmy trochę odpocząć. Było wifi zatem uruchomiłem tableta i posprawdzałem wiadomości. Z Bangkoku nikt się nie odezwał dlatego będziemy musieli poszukać jakieś płatne miejsce.

 

W pewnym momencie usłyszeliśmy, że ktoś jest w dużym pokoju więc wyszliśmy aby się przywitać i zobaczyliśmy tam jakąś miejscową dziewczynę. Spytaliśmy o Matthiasa a ona odparła, że siedzi u siebie w pokoju i pracuje. Nawet więc nie wyszedł. W takim razie zamknęliśmy się w naszym pokoju i niedługo poszliśmy spać.

 

TUTAJ video z Hong Kongu

 

Dzień 3: Hong Kong Central (A) – port (B) – plac Bauhinii (C) – początek trasy kolejki (D) – Wzgórze Victorii (E) – świątynia Mo Man (F) – Western Market (G) =  15km

 

Dzień 3: Aleja Gwiazd (A) – Nocny Targ (B) – Jade Market (C) – Ladies' Market (D) =  5km

 

Dzień 3: nocleg (A) – Hong Kong Central (B) – Kowloon (C) – nocleg (A) =  76km

 

Dzień 4 - 14 lutego 2014 - piątek

 

DOŚWIADCZENIA NOCNEGO ŻYCIA

 

Zanim wyszliśmy z pokoju, popakowaliśmy się dokładnie i nasłuchiwaliśmy czy ktoś z domowników się już pojawił. Zależało mi żeby się z nim jeszcze spotkać aby zapytać o noc, którą mieliśmy jeszcze spędzić w drodze powrotnej.

 

Gdy wreszcie się spotkaliśmy, najpierw pogadaliśmy o wczorajszym dniu a potem zapytałem go o noc z 25 na 26 lutego. Popatrzył w swojego smartphone'a i odrzekł, że niestety ale ma kolejnych cuchsurferów. Trochę to pachniało ściemą ale jego prawo dobierać sobie ludzi. Z drugiej strony do końca nie rozumieliśmy jego motywacji do sprowadzania sobie do apartamentu takich ludzi jak my, z jednoczesnym izolowaniem się od nich. Ale to już była historia. Chwilę później staliśmy już na przystanku, obowiązkowo ustawieni w kolejce, w oczekiwaniu na autobus na lotnisko.

 

Wyspa Lantau

 

Na lotnisku musieliśmy iść na inny terminal niż już nam znany. Pierwszy raz mieliśmy lecieć tanimi azjatyckimi liniami czyli Air Asia. Przy odprawie poszło gładko, a widzieliśmy jak obsługujący licytowali się kto ma bardziej egzotycznych pasażerów. Oczywiście uczestniczyliśmy biernie w tych zawodach. Wszystko jednak poszło gładko i mogliśmy poszukać jakiegoś miejsca z możliwością zjedzenia śniadania.

 

Większość lokali to serwujące miejscowe specjały knajpki ale udało się nam znaleźć takie miejsce gdzie można było dostać europejskie śniadanie zamiast zupy z makaronem. Zdziwiliśmy się jednak gdy okazało się, że czytając kartę, czytaliśmy menu dla pracowników, a nie klientów. Ale z tej właściwej karty też udało się nam zamówić coś dla nas. Popiliśmy to gorącą kawą i byliśmy gotowi pożegnać chłodny i mokry Hong Kong.

 

Samolot do Bangkoku nie był wypełniony do końca, było sporo wolnych miejsc wobec tego skorzystaliśmy z okazji i się przesiedliśmy aby trochę podrzemać na 3 siedzeniach. Obsługa bardzo miła, absolutnie nie robiła żadnych problemów, że sobie tak leżeliśmy. W ten sposób lot minął nam szybko.

 

Po wylądowaniu zastanawialiśmy się jaką obrać taktykę. Nasz couchsurfingowy gospodarz z Bangkoku wycofał się gdy już byliśmy w drodze, a nikt inny w międzyczasie się nie pojawił. Dlatego musieliśmy szukać hotelu lub czegoś podobnego.

 

Po przejściu odprawy, przy której musieliśmy wpisać adres miejsca pobytowego i gdzie wpisaliśmy "airport", udaliśmy się do stanowisk gdzie reklamują się hotele. Pani nas namawiała na jej hotel, oczywiście sprzedając bajeczkę, że wszystko zarezerwowane w mieście itd. Najpierw cena była 3300 bahtów (wg naszego szybkiego przelicznika ucinaliśmy zawsze ostatnią cyfrę i wychodziła nam kwota w złotówkach), potem zeszła na 2600B ale i to było dla nas za dużo, bo mieliśmy tu spędzić dwie noce.

 

Zdecydowaliśmy się na szukanie czegoś w mieście. Wyciągnąłem stare notatki z forów i znalazłem polecany przez polskich backpackersów hostel w centrum. Miał być prosty i nieco droższy ale czysty i bezpieczny. Musieliśmy zaryzykować, bo cena podobno wynosiła 700B i dlatego wybraliśmy, przynajmniej na jedną noc, ten właśnie hotelik.

 

Wpierw jednak należało się przebrać, bo za oknami lotniska widzieliśmy żar lejący się z nieba i wszystkich ludzi chodzących w klapkach i krótkich spodenkach. Trzeba było rozbebeszyć nasze plecaki, upchać nasze ciepłe ubrania, łącznie z butami i wyciągnąć to, co potrzebowaliśmy: szorty, sandały i koszulki.

 

Potem zajrzałem do bankomatu i wyciągnąłem 3000B. Przy okazji dostałem kwit na 180B prowizji… Pieniądze były nam potrzebne od razu, bo postanowiliśmy wziąć taksówkę żeby dostać się do centrum. Aby nie być naciągniętym przez mafię, rozejrzeliśmy się za legalnymi taksówkami. Od razu widać było kolejkę i obsługę, którą już spotkaliśmy w Rio de Janeiro. Dopytaliśmy się o szczegóły dwóch turystów, którzy chyba byli Niemcami i potwierdzili nasze przypuszczenia co do mechanizmu działania tego systemu.

 

Adres mieliśmy spisany zatem gdy przyszła nasza kolej, wręczyliśmy kierowcy nasz numerek i kartkę z adresem. Zawahał się na chwilę, coś zamamrotał pod nosem, skrzywił się lekko ale ruszył. Nie bardzo wiedzieliśmy czemu tak niechętnie podszedł do naszej propozycji. Chwilę potem znów poprosił o adres i wtedy już głośniej użył słowa "mob". Momentalnie zorientowałem się o co chodzi i lekko zamarłem z przerażenia na chwilę. Poprosiłem Basię żeby wyciągnęła specjalną mapkę Bangkoku z zaznaczonymi miejscami gdzie działa ów "mob". Potwierdziło się, że jedziemy w sam środek ich działalności.

 

Mapa zamieszek w Bangkoku

 

Kim lub czym jest "mob"? To nic innego jak opozycyjna grupa ludzi, która protestuje w związku z działaniami pani premier. Protesty w Bangkoku rozpoczęły się 31 października, kiedy tajski parlament przyjął ustawę amnestyjną. Dzięki niej do kraju mógłby powrócić uznany za winnego korupcji, przebywający na emigracji były premier Tajlandii. Protesty przybrały, kiedy protestujący ogłosili rozpoczęcie całkowitej blokady Bangkoku, żądając ustąpienia obecnych władz. Sytuacja na ulicach Bangkoku uległa zaostrzeniu, w ostatnich dniach przed naszym przyjazdem, doszło do krwawych incydentów. Najpierw manifestujący zostali ostrzelani przez nieznanych sprawców, kilka dni później w czasie przemarszu protestujących ktoś wrzucił między nich ładunek wybuchowy. Rannych w wyniku eksplozji zostało co najmniej 28 osób. Chcąc wyjść z kryzysu politycznego, władze Tajlandii zorganizowały 2 lutego przedterminowe wybory, które jednak nie umożliwiły wyjścia z impasu. Opozycja zbojkotowała wybory, gdyż chciała ich odłożenia do czasu przeprowadzenia reform politycznych. Antyrządowi demonstranci domagali się powołania "rady ludowej", której zadaniem byłoby wprowadzenie zmian niezbędnych do ukrócenia korupcji w polityce. Od trzech miesięcy w protestach w Tajlandii zginęło już co najmniej 17 osób, a około 700 zostało rannych.

 

Nawet polski MSZ wydał oświadczenie, w którym czytamy:

W związku z nasilającymi się demonstracjami politycznymi w Bangkoku Ministerstwo Spraw Zagranicznych sugeruje osobom przebywającym w Tajlandii zachowanie ostrożności. W szczególności należy unikać miejsc, gdzie gromadzą się demonstranci (okolice Pomnika Demokracji przy Ratchadamnoen Avenue w Bangkoku) oraz nie demonstrować sympatii politycznych wobec przeciwstawnych sił politycznych (ubiory w kolorach żółtym lub czerwonym). Z uwagi na podjęte przez miejscowe władze środki bezpieczeństwa (zamknięcie niektórych ulic) możliwe są utrudnienia komunikacyjne, obejmujące także drogi dojazdowe do lotniska, czy do dworców kolejowych, bądź autobusowych.

Tymczasem my pchaliśmy się w sam środek tych zamieszek i dlatego kierowca taksówki ostrzegł nas, że nie będzie mógł zawieźć nas pod sam hotel, bo go tam nie wpuszczą i nieuniknione będzie przejście pieszo. Było już za późno aby to wszystko odkręcać i zdaliśmy się na łaskę i niełaskę sytuacji.

Wjechaliśmy na autostradę prowadzącą z lotniska do centrum i od razu musiałem wyskakiwać z kasy, bo trzeba było za ten odcinek zapłacić. Przy wjeździe było to 60B, a przy wyjeździe 50B. Autostrada może nie nowa ale w pełni profesjonalna i wcale nie zatłoczona. Taksówkarz zaproponował nam wersję alternatywną, bez opłaty ale od razu wiedzieliśmy, że nie ma to sensu, bo czasowo wyjdzie dłużej i w sumie drożej niż ta opłata za autostradę, która wyniosła 11zł.

Jechaliśmy więc sobie z zamaskowanym kierowcą (tutaj podobnie jak w Hong Kongu, maski są popularne) i widzieliśmy zbliżające się miasto. Taksówka klimatyzowana zatem nie czuć było upału ale widzieliśmy co się dzieje na zewnątrz. Widzieliśmy też błyszczące w świetle promieni słonecznych szklane ściany i dachy wieżowców. Przed nami ogromna metropolia: Bangkok.

Bangkok – stolica i największe miasto Tajlandii, położone w południowej części kraju nad rzeką Menam (ok. 40 km od jej ujścia do Zatoki Tajlandzkiej). Zajmuje obszar 1531 km². Jest 21 miastem co do liczby ludności na świecie. Bangkok jest jednym z najszybciej rosnących i najbardziej dynamicznie rozwijających się pod względem ekonomicznym miast w południowo-wschodniej Azji. Od zakończenia II wojny światowej liczba jego mieszkańców wzrosła dziesięciokrotnie. Obecnie zespół miejski zamieszkuje ok. 10 mln mieszkańców. Według Światowej Organizacji Meteorologicznej Bangkok jest najgorętszym miastem świata.

W mieście jest zarejestrowane 5,5 mln samochodów, przez co miasto jest ciągle zakorkowane, a liczba poruszających się po mieście samochodów powoduje duże zanieczyszczenie powietrza. Bangkok jest siedzibą 6 uniwersytetów ale miasto ma również bogate życie nocne, które skupia mnóstwo salonów masażu i klubów go-go. W Bangkoku znajduje się ok. 400 bogato zdobionych świątyń buddyjskich i hinduistycznych, a główną religią w mieście jest buddyzm, wyznaje go 92% populacji.

Wjechaliśmy więc do miasta i od razu przekonaliśmy się, że na drogach panuje tu chaos, o którym wiele się naczytaliśmy. Jednak dość szybko uświadomiliśmy sobie, że absolutnie nie można tego porównać z tym, co się dzieje w miastach Ameryki Południowej. Przy Limie czy La Paz, Bangkok to spokojne miasto, które może robić wrażenie chaotycznego ale tylko dla tych, którzy przyzwyczajeni są do miast europejskich.

W pewnym momencie dojechaliśmy do naszego miejsca czyli Siam Square. Miejsce jak się okazało było opanowane przez "mob" i kierowca nie mógł dalej jechać. Były normalnie ułożone barykady, przy wejściu stali umundurowani paramilitarni bojówkarze z bronią, którzy rewidowali ludzi wchodzących na teren okupowany. Kierowca wytłumaczył nam, że nasz hotelik znajduje się 3 ulice dalej i musimy wejść na teren strzeżony przez tych panów i samemu sobie go znaleźć.

Zapłaciliśmy za przywózkę z lotniska 360B, a dalej już z buta. Zapowiadała się niezła przygoda. Weszliśmy przez dziurę w barykadzie, minęliśmy kontrolowanych miejscowych ale nas nikt nie zaczepił ani nie kazał otwierać plecaków. Szliśmy dalej ale generalnie nikt na nas nie zwracał uwagi. Wszystko było normalnie. Szukaliśmy naszego lokum na ulicy Soi Kasemson. Wreszcie znaleźliśmy tani hostel o nazwie Muanghpol. Na drzwiach przyklejony cennik, który poinformował nas, że cena za noc to nie 700B jak pisali ludzie na forum ale 1030B. Spora różnica ale nie było sensu teraz grymasić. Weszliśmy do środka.

Muangphol Mansion                                                                                     ©google

Na recepcji nasz pierwszy spotkany ladyboy. Tak naprawdę nazywają się oni Kathoey i są to osoby, które przyswoiły sobie zachowania przypisane płci przeciwnej, występujące w Tajlandii. Wyróżnia się męskie kathoey (K/M) i kobiece kathoey (M/K). Kathoey są często uznawane za trzecią płeć. Kobiece kathoey proces zmiany płci zaczynają w bardzo młodym wieku, jako kilkuletnie dzieci zaczynają brać leki hormonalne (dostępne w Tajlandii bez recepty), a operację zmiany płci przechodzą będąc nastolatkami, dlatego osiągając wiek dorosły pod względem fizycznym nie przejawiają prawie żadnych cech męskich. Prawo tajlandzkie nie zezwala na zmianę statusu płci w dokumentach tożsamości, co sprawia, że nie są traktowani jako pełnoprawni obywatele.

Uzgodniliśmy z nią/nim, że zostajemy na jedną noc, dostaliśmy klucz i wskazano nam windę. Zanim się winda zamknęła, zaszła już zmiana pokoju i dostaliśmy nowy pokój. Musieliśmy wjechać aż na 7 piętro. Oznaczało to, że to całkiem sporych rozmiarów budynek.

Pokój był mniej niż przeciętny i na pewno nie był adekwatny do ceny. Jednak nawet Basia powiedziała, że jest spoko, bo przecież nie przyjechaliśmy tutaj przebywać tylko zostawić graty, umyć się i przespać. Święte słowa. Tak więc dla tych 3 potrzeb, pokój był wystarczający. Było duszno i gorąco, a my byliśmy już głodni, dlatego po odświeżeniu się, spakowaniu w małe plecaki najważniejszych rzeczy, byliśmy gotowi na podbój miasta.

Zostawiliśmy klucz w recepcji i wyszliśmy znów w sam środek urzędowania bojówek. Mieli swoje miejsca dowodzenia w postaci namiotów z siatką maskującą, jednak po drugiej stronie ulicy wyłączonej z ruchu samochodowego, odbywało się normalne życie. Poustawiane były kramiki z jedzeniem i różnymi towarami na sprzedaż. Kręcili się ludzie i oczywiście jeździły skutery.

Zachęceni spokojem i brakiem napięcia, którego się tu spodziewaliśmy, ulegliśmy prośbom naszych żołądków i zdecydowaliśmy się czymś posilić. Jedzenie było zupełnie inne od tego w Hong Kongu wobec tego i Basia popatrzyła na te przysmaki z większą tolerancją. Na tyle była odważna, że ostatecznie zamówiła sobie coś, choć dała mi pierwszeństwo wyboru.

Wybrałem jakieś mięso, michę ryżu i jakieś sosy plus przyprawy. Przy sosach zapytałem grzecznie, czy aby czasem nie są zbyt ostre, na co uzyskałem szczerą odpowiedź, że "a little bit". Skoro tylko troszkę, to nie poskąpiłem sobie i nabrałem znaczącą ilość ładnie wyglądającego sosu.

Znaleźliśmy jakieś plastikowe krzesełka i stolik na tyłach gar-kuchni i mogliśmy się zabrać za pałaszowanie naszego pierwszego tajskiego posiłku. Utopiłem plastikowy widelec w misce ryżu, włożyłem pierwszy kęs do ust i poczułem się jakbym położył język na kowadle, a jakiś mocno przypakowany kowal jebnąłby mi młotem kowalskim w ten język. Potworny ból, łzy w oczach i nikłe szanse na dokończenie posiłku i zaspokojenie głodu. "A little bit" powtarzałem za panem, który mi to zaserwował. Jeśli to jest troszeczkę ostre, to jak wygląda normalnie albo nie mówiąc już o bardzo? Sam przecież jestem fanem ostrego żarcia i w Polsce akceptuję zdecydowanie więcej niż przeciętny Polak w kwestii ostrości potraw ale to było przegięcie. Na szczęście sos był tylko z jednej strony miski toteż mogłem delikatnie powybierać te nieskażone fragmenty obiadu aby jakoś wypełnić brzuch.

Bangkok, ul. Rama

 

Po obiedzie wyszliśmy z getta i postanowiliśmy udać się na słynną ulicę backpackersów – Khao San Road. Nazwa "Khao San", którą tłumaczy się jako "zmielony ryż", przypomina o dawniejszych dziejach ulicy, na której znajdowało się przede wszystkim targowisko dla handlu ryżem. Jednakże w ciągu ostatnich 20 lat Khao San stała się miejscem odwiedzanym głównie przez backpackersów. O klimacie i charakterze ulicy Khao San stanowią przede wszystkim liczne kawiarenki, bary i kluby muzyczne, hostele, uliczne stragany z pamiątkami, jedzeniem i odzieżą. Ulica jest również znana z salonów tatuażu i masażu, a także nieustannego zgiełku i tłumów turystów z różnych części świata.

Chcieliśmy podjechać taksówką ale za każdym razem gdy próbowaliśmy jakąś wziąć to proponowali nam ceny w granicach 250-300B. Wiedzieliśmy, że oficjalna cena to ok. 60-80B więc ewidentnie chcieli nas załadować i dlatego serdecznie im dziękowaliśmy. Wtedy najczęściej padało pytanie ile możemy dać ale nie miałem ochoty na negocjacje i w końcu postanowiliśmy, że się tam przejdziemy.

Przeszliśmy kilka skrzyżowań, kanały, wiaduktem nad torami, potem znaleźliśmy się na ogromnym placu gdzie można zobaczyć Wielką Huśtawkę przed świątynią Suthat. Przeszliśmy na ukos ten plac, wstąpiliśmy po wodę do sklepu, bo było gorąco jak diabli i zaczęliśmy poszukiwania naszej uliczki.

Wielka Huśtawka                                                                                      ©google

 

Droga zajęła nam ponad godzinę, non-stop byliśmy atakowani przez niezliczoną ilość skuterów, wyjeżdżających z niemal każdej dziury między zabudowaniami. Poza tym, nikt nas nie zaczepiał, nawet nie zwracał na nas uwagi. Ludzie byli zajęci swoimi sprawami, mieli pootwierane swoje małe sklepiki, ciągle ktoś coś dowoził do nich lub wyjeżdżał na motorku z bramy.

Centrum Bangkoku

 

Kilka razy mieliśmy nadzieję, że to już ta ulica, a okazywało się, że jeszcze trzeba podejść kawałek. Ale ostatecznie wyszliśmy na sam początek ulicy i od razu wiedzieliśmy, że to jest to właściwe miejsce.

Ulica krótka i wąska ale całkowicie wypełniona ludźmi i to przede wszystkim białymi turystami. Można tam spotkać głównie odjazdowych freaków lecz nie gardzą tym miejscem także zwykli turyści. Jest to bowiem miejsce gdzie nagromadziło się mnóstwo knajpek, restauracji, banków ale także tanich noclegów. Dodatkowo stragany, sklepiki i salony masażu. Słychać muzykę, wszędzie ogródki piwne i ciągle coś się dzieje.

ulica Khao San

 

Musieliśmy odpocząć zatem znaleźliśmy fajny ogródek i Basia kupiła sobie kawę, a ja poszedłem po piwo. I tutaj niemiła niespodzianka, bo okazało się, że piwo kosztuje aż 170B, bo dodatkowo doliczyli sobie jakiś podatek. Taka cena to nawet chyba w Warszawie na Starówce nie występuje, no ale wziąłem to piwo, bo byliśmy zmęczeni tym spacerem i chcieliśmy się ochłodzić.

Siedząc tam, obserwowaliśmy co się dzieje i obmyślaliśmy plan działania. Najpierw oczywiście chcieliśmy przejść się do końca i obczaić, co tam w ogóle słychać. Ruszyliśmy w drogę obserwując życie, które się tam toczy. Naturalnie, co chwilę trzeba było dziękować za oferowane gadżety typu świecące gwizdki czy skaczące maskotki. Zaczepiali nas też fałszerze oferujący podrobione dokumenty. Gdy spytałem czy ma amerykański paszport, gościu wyszedł na chodnik aby obejrzeć swoją ofertę i z pełnym przekonaniem i powagą odrzekł, że nie ma. Chyba nie wyczuł, że sobie jaja z niego robiłem. Zapewne jednak, gdybym mu dał kilka dni, to i pewnie ten paszport bym miał.

Skorzystaliśmy jednak z napojów oferowanych tam na wózkach, bo świeżo wyciskane cytrusy kusiły bardzo. Taka buteleczka trzymana w lodzie w sam raz pasowała na nasze upocone ciała. Koszt to 30 lub 40B więc można było zaszaleć.

Po przejściu całej uliczki zdecydowaliśmy, że trzeba skorzystać z tego co tu oferują i postanowiliśmy zacząć od fish-spa, przy którym się zatrzymaliśmy i obserwowaliśmy ludzi moczących stopy w wielkim akwarium z rybkami, które obgryzały złuszczony naskórek. Wygląda to groźnie i niebezpiecznie ale tak naprawdę nikt z tych ludzi nie cierpiał.

Wykupiliśmy 15 minut takiego rybiego masażu stóp i już po chwili siedzieliśmy na ławeczce, a nogi zanurzyliśmy w przyjemnie ciepłej wodzie. Natychmiast obległy nas stada malutkich rybek, które momentalnie zainteresowały się naszymi stopami. Tuż obok jacyś skandynawscy rodzice zostawili swoje dzieci, które robiły ogromny hałas gdyż dziewczynka miała jakieś psychologiczne opory żeby dać się oskubać tym rybkom, a może po prostu ją to łaskotało. Generalnie zanim się włoży nogi to mogą wystąpić jakieś opory ale szybko mijają, bo zabieg jest naprawdę przyjemny i czuć tylko lekkie łaskotanie. Garra Rufa, jako bezzębny gatunek ryby z rodziny karpiowatych, nie narusza skóry. Jej pyszczek, wyglądający jak pyszczek karpia, działa na zasadzie ssania, zapewniając miły i delikatny masaż skóry, a ryba nie jest w stanie wgryźć się w skórę.

Fish-spa

 

Gdy wyszliśmy z tego akwarium, podszedł do nas człowiek z ręcznikiem, wytarliśmy stopy i mogliśmy iść dalej ale przy płaceniu zauważyliśmy, że w tym samym lokalu, tylko że na górze, oferują różne masaże. Wcześniej widzieliśmy najróżniejsze oferty masaży, bo często odbywało się to na zewnątrz.

Ulica Khao San

 

Popularny jest masaż stóp, barków czy twarzy ale również jakieś bardziej skomplikowane zabiegi dla kobiet, typu depilacja czy woskowanie też się tam odbywało, co z łatwością można obserwować, bo albo robi się to na zewnątrz albo za ogromnymi szybami. Generalnie więc, czego dusza zapragnie.

Mnie zaintrygował masaż całego ciała ale było ich tam kilka rodzajów dlatego zapytałem obsługę w czym tkwi różnica. Gdy się dowiedzieliśmy, stwierdziliśmy, że czemu nie i wybrawszy masaż olejkami eterycznymi, zaproszono nas na górę.

Musieliśmy zostawić buty na dole, weszliśmy po krętych schodach na piętro, gdzie panował już półmrok i na wielkiej sali leżało może ze 20-30 osób a na nich gimnastykowali się masażyści. Nas jednak zaproszono dalej, za kotarę i zauważyliśmy dwa łoża, oddzielone zasłonką. Miły pan, podał mi koszyk abym mógł tam złożyć ubranie, bo oczywiście trzeba było się rozebrać.

Salon masażu

 

Do Basi wyszedł ladyboy, więc czuła się lekko skrępowana ale on/a podobno jeszcze bardziej. Tego już nie widziałem, bo rozdzielono nas zasłonką i facet kazał mi się położyć twarzą na łóżku. Zapomniał jednak zabrać ręcznika i kiedy to zauważył strasznie zaczął się śmiać, bo ów ręcznik zastawił specjalną dziurę w łóżku, przeznaczoną na ułożenie tam twarzy. Wtedy mogłem dopiero złapać oddech, a facet zabrał się za maltretowanie mojego ciała.

Najpierw jednak wystartował z oliwą, nasmarował mnie wszędzie, wcierał ją w barki, plecy i nogi. Potem zaczęło się ugniatanie i masowanie kciukiem. Generalnie masaż był całkiem przyjemny ale po jakichś 15-20 minutach zaczął mnie wyginać, wykręcać i przyciskać. Pomęczył mnie przez 10 minut aż wreszcie byłem wolny. Czy byłem odprężony jak głosiło hasło reklamowe? Trudno powiedzieć.

Ubraliśmy się i wyszliśmy z tej ciemnej sali. Na schodach spotkaliśmy kolejną grupę ochotników i pozwoliłem sobie na żart z filmu "Nic śmiesznego", konkretnie z T

EJ sceny, i rzekłem do pierwszego wchodzącego: "Don't go there!!!". Facet z przerażeniem łyknął mój żarcik i zawahał się na tych schodach, czy naprawdę powinien tam iść.

Buty czekały na nas na dole, na dworze jeszcze było jasno a my po tych eksperymentach na ciałach, poczuliśmy, że trzeba naładować je jedzeniem. W miarę upływu czasu, na ulicy zaczęły pojawiać się wózki z jedzeniem. Zaczęliśmy szukać czegoś fajnego. Wybór był spory, ceny bardzo umiarkowane i wręcz niskie, dlatego kilkakrotnie zakupiliśmy jakieś jedzonko. Były też wersje ekstremalne, pieczone robaki, ale nie mieliśmy ochoty na takie wynalazki. Nawet za zrobienie zdjęcia pobierali opłatę, choć nie byli aż tacy skrupulatni w tej kwestii.

Ulica Khao San

 

W pewnym momencie odkryliśmy pewien przesmyk, który pozwalał na przejście do równoległej ulicy. Tam dokładnie to samo stąd teraz mieliśmy aż dwie ulice wypełnione głównie obwoźną gar-kuchnią. Zaczęliśmy coraz częściej coś kupować. Gdy brakło nam gotówki, poszliśmy do miejsca gdzie stało chyba z 10 bankomatów. Nie wszystkie obsługiwały nasze karty ale w końcu się udało pobrać trochę pieniędzy. Za każdym razem jednak dopisywano nam prowizję 180B.

Ulica Khao San

 

Przechadzając się tak po tej ulicy, Basia wybrała sobie stoisko ze specjalną wersją shake'a. Staliśmy w kolejce ale ruch był tak duży, że ludzie nie wyrabiali z obsługą. Basia czując się ignorowana, ostatecznie odpuściła i nie kupiła sobie tego specjału.

Ale wynagrodziliśmy to sobie, kupując naleśnika z bananami w czekoladzie. Facet robił to na naszych oczach. Widać rutynę, bo szło mu to gładko i sprawnie i po chwili mogliśmy się już objadać wieczornym deserem. Nie mogliśmy narzekać na to miejsce. Fajnie się tam czuliśmy, było gwarno i wesoło i absolutnie bezpiecznie. Widać było pewne fazy działalności tego miejsca. Salony masażu i sklepy powoli się zamykały, wjeżdżały wózki z jedzeniem, otwierały się puby i zjawiali się śmieciarze. Koszy tam nie było wobec tego gdy trzymałem kilka niepotrzebnych rzeczy nie wiedząc co z tym zrobić, jeden z taksówkarzy przy końcu ulicy, kazał to rzucić na ziemię, informując nas, że za chwilę przyjadą śmieciarze i posprzątają. Będą nawet zadowoleni, bo będą mieli pracę.

Ulica Khao San

 

Gdy już nasyciliśmy oczy, uszy i żołądki tym miejscem i powoli zbieraliśmy się do wyjazdu stamtąd, natknęliśmy się na starszego pana siedzącego na małym krzesełku i zaczepiającego facetów. Gościu i mnie wyhaczył, pokazując ulotkę z gołymi babami i jednocześnie zastawiając ją przed oczami Basi. Była to ulotka klubu go-go, oczywiście z ofertą ping-pong show.

Jeszcze w Polsce, Basia zastrzegła, że nie ma zamiaru na coś takiego chodzić, ja na pewno chciałem zobaczyć tajski boks, poddać się masażowi tajskiemu i zobaczyć słynne show. Nie było zgody między nami ale gdy zapytałem o cenę, a dziadek odpowiedział, że to 700B, to jakoś zacząłem się tym bardziej interesować. Basia nie do końca była zadowolona, że się tym interesuję ale nie protestowała gdy zacząłem wchodzić w dalsze szczegóły z dziadkiem.

Wyszło na to, że trzeba stamtąd podjechać taksówką na jego koszt, potem płacimy za wejście, mamy wliczony drink i siedzimy ile chcemy. Było około północy, mieliśmy się zmywać do hotelu więc zaświeciła mi myśl, że a może by tak pojechać.

Dziadek poderwał się ze swojego rybackiego krzesełka i ruszył w tłum. Po chwili znaleźliśmy się gdzieś na zapleczu jakiejś knajpy, idąc wąskimi i krętymi uliczkami w pełnym półmroku, od czasu do czasu mijając szczury i kogoś z kuchni. Czuliśmy się jak na jakimś wschodnioazjatyckim filmie kung-fu klasy B. Za chwilę wyskoczy jakaś grupka karateków i zaczniemy się z nimi napierdzielać, a dziadek zainkasuje plik banknotów, że nas tu wystawił.

Ale nie trwało to długo, bo kilka minut później wyszliśmy na główną ulicę gdzie dziadek zaczął łapać taksówkę. W Bangkoku jeździ ich miliony toteż nie trwało to długo, gdy siedzieliśmy już w jednej z nich, a dziadek instruował kierowcę gdzie mamy jechać. Nie sądziłem, że potrwa to długo ale jednak zaserwowano nam dość długą przejażdżkę ulicami miasta.

Do pewnego momentu wiedziałem gdzie jesteśmy, bo jechaliśmy w stronę naszego hotelu ale potem odbiliśmy w prawo i już się pogubiłem. Trwało to jeszcze kilkanaście kolejnych minut zanim ostatecznie wysiedliśmy przed jakimś budynkiem, który nie miał żadnych neonów czy reklam. Weszliśmy przed żelazne drzwi, kilka stopni w dół do piwnicy, gdzie na bramce stało kilku wąsatych osiłków i pani na recepcji. Recepcja to obskurna ławka szkolna, a bilety to karteczki wielkości 1cm na 1cm.

Od razu surowym głosem i wzrokiem zarządzono, że mamy wyskoczyć z kasy. Potem szef ochrony rzucił krótko: "40B dla niego", wskazując na dziadka, który nas tu przywiózł. Nie wiem jak to działa ale dziadek zarobił na nas 4zł, a musiał zapłacić taksiarzowi 7zł. Zapewne będzie jeszcze miał udział w tych 140zł, które zapłaciliśmy za wejście.

Dziadek obiecywał, że na sali są tylko biali, że nie ma tam Tajów. Dla mnie nie było problemu żeby byli ale to miała być wg niego jakaś ważna informacja, bo powtarzał ją kilkukrotnie.

Za drzwiami ukazał się nam ciemny lokal z oświetloną sceną na środku. Wokół tej sceny były ustawione krzesła, a na nich siedziały głównie… białe kobiety po 50. Byliśmy lekko zszokowani tym widokiem, bo kobiet było naprawdę bardzo wiele. Rzeczywiście widzami byli tylko biali i Japończycy. Usiedliśmy w drugim rzędzie i za chwilę przyniesiono nam naszego wliczonego drinka. Wzięliśmy piwo. Podali je w zwykłej literatce. No ale nie przyszliśmy tu na piwo.

Na scenie, na której umieszczone były 4 rury w jej rogach, prezentowała się pierwsza z tancerek. Jej występ od razu uświadomił nam, że czegoś takiego raczej długo już nie zobaczymy. Pani zaprezentowała show pt. kuleczki na sznurku. Kuleczek było coraz więcej, w miarę jak wydłużał się sznureczek. Nikt o zdrowych zmysłach i nawet wielkiej wyobraźni nie mógł przewidzieć, że ten sznureczek może mieć ponad 10 metrów, a kuleczki mogą dźwięczeć gdy sznurek oplata wszystkie rury po kilka razy.

Pani prosiła panów z pierwszego rzędu aby pomogli ciągnąć sznurek ale kosztowało to ich dodatkowo kilka dolarów. Jej koleżanki od razu pomagały takiemu panu szybko znaleźć portfel i wyciągnąć kilka banknotów.

Występ trwał kilka minut, pani zeszła, dostała brawa i już miała zmienniczkę. Na scenie pojawiła się jakaś weteranka sądząc po wieku. Jej show to spektakularne strzelanie do balonów zawieszonych wysoko nad sceną, gaszenie świeczek na torcie…

Schemat więc był po chwili nam znany. Każda pani ma swój trick i prezentują go po kolei. W ten sposób widzieliśmy jeszcze pisanie mazakiem, oczywiście słynny tenis stołowy, jakieś gałganki na sznurku ale było też coś, co zupełnie nas zaskoczyło. Był numer z zamkniętą butelką coca-coli. Co prawda była mocno wstrząśnięta ale absolutnie była zamknięta kapslem, gdyż sprawdzało ją kilku facetów z pierwszego rzędu. Trudno było uwierzyć, że po kilku sekundach butelka była otwarta.

Niestety kolejny show odebraliśmy jako coś niepotrzebnego i niesmacznego. Po tych występach, w których brały udział same panie, przyszedł czas na pracę w tandemie i to było nie do końca coś, czego się spodziewaliśmy. Dostaliśmy 6-minutowy kurs kama-sutry z podkładem The Eagles "Hotel California", przy ogólnym zażenowaniu większości publiczności. Według nas, tym razem poszli o jeden krok za daleko.

Ten występ utwierdził nas w przekonaniu, że czas się zbierać. Na potwierdzenie naszych odczuć, wyszedł organizator, który zaczął wypuszczać ponownie dziewczyny, które już widzieliśmy. Tak więc show trwał od nowa i na scenie brylowała pani ze sznurkiem i kulkami.

Spędziliśmy w tym lokalu około godziny zatem było już grubo po północy kiedy znaleźliśmy się na zewnątrz. Nie mieliśmy pojęcia gdzie się znajdowaliśmy. Oczywiście trzeba było złapać taksówkę. Do naszego lokalu podjeżdżały taksówki z nowymi gośćmi ale gdy pytaliśmy o cenę, żaden z nich nie chciał jechać na taksometr. Wszyscy oferowali ceny w granicach 200-300B.

Na głównej ulicy, na szczęście ruch panował jakby to było południe, a nie północ ale kolejni taksówkarze proponowali również ostro zawyżone stawki. My byliśmy jednak uparci i ostatecznie, po kilku próbach, udało się znaleźć jednego takiego, który wziął nas na licznik.

Gdy mu tłumaczyliśmy gdzie chcemy jechać, pytał nas czy chodzi nam o centrum handlowe Tokyu. Nie widzieliśmy tam żadnej galerii a raczej kierowaliśmy się stadionem i nazwą ulicy. Taksówkarz jednak był przekonany, że chodzi nam o ten wielki kompleks handlowy. Nie kwestionowaliśmy jego słów ale nie przypominaliśmy sobie abyśmy tam coś podobnego widzieli.

Facet dużo mówił dlatego podpytałem go o tajski boks. Dziadka zresztą też i mówili nam obaj, że boks jest w czwartki na jakimś stadionie. Taksówkarz nawet znalazł ulotkę w samochodzie ale była napisana "robakami" więc nie miała dla mnie żadnej wartości. Obaj potwierdzili, że cena za wejście to ok. 2000B więc dość drogo. Taksiarz chwalił się, że sam kiedyś był bokserem w młodości. Trudno powiedzieć, czy ściemniał czy rzeczywiście mówił serio.

Po dojechaniu w nasze rejony, rzeczywiście ujrzeliśmy ogromne centrum handlowe, które było obłożone śpiącymi ludźmi. "Mob" trwał na posterunkach. Zapłaciliśmy 100B za podwózkę i ruszyliśmy za zasieki.

Opłata za przejazd

Znów nas nikt nie kontrolował. Życie trwało w najlepsze, nadal można było coś kupić i zjeść, wartownicy w mundurach mieli patrole, a tuż obok naszego hotelu, na ogromnej scenie, za którą były telebimy, odbywało się jakieś spotkanie z kimś ważnym. Prawdopodobnie jakaś pani polityk przemawiała na scenie przy ogromnym aplauzie zgromadzonej publiczności. Powiewały flagi, w górze były transparenty… Czuliśmy, że uczestniczymy w jakiejś ważnej chwili z życia tego kraju.

The Mob

 

Musieliśmy przejść dookoła żeby dostać się na naszą krótką uliczkę. Mijaliśmy śpiących ludzi, trzeba było ich przekraczać, spali na gołej ziemi lub na prowizorycznych karimatach lub w namiotach. Trzeba z szacunkiem odnieść się do ich wytrwałości i całkowitego braku agresji. Wszyscy traktowali nas absolutnie jako swoich, nie zwracając na nas zupełnie uwagi. Pomimo bycia w samym centrum tych wydarzeń, opisywanych przez światowe agencje jako poważne zamieszki i protesty opozycji, my czuliśmy się bardzo swobodnie i bezpiecznie.

The Mob

 

Gdy kładliśmy się spać, po tym dniu pełnym wrażeń, wybijała godzina 2 w nocy. Przed nami cały jutrzejszy dzień, który chcieliśmy poświęcić na obejrzenie tej innej strony miasta – bardziej kulturalnej. Nie zamierzaliśmy nastawiać budzików i pozwoliliśmy sobie na wyspanie się do oporu. Ale czuliśmy, iż "mob" i tak da nam popalić już od rana.

 

Dzień 4: lotnisko (A) – nocleg (B) =  26km

 

Dzień 4: nocleg (A) – Khao San (B) – nocny klub (C) – nocleg (D) =  15km

 

Dzień 5 - 15 lutego 2014 - sobota

 

  BANGKOK - MY 6:0 6:0

 

Bardzo byłem zszokowany kiedy spojrzałem na zegarek. Była godzina 12.00! Nie wiem jakim cudem tak zabarłożyliśmy. Wkurzyłem się na siebie, że nie nastawiłem żadnego budzika, bo spora część dnia nam uciekła.

 

Zebraliśmy się natychmiast i zapakowawszy najważniejsze rzeczy, od razu wyszliśmy na miasto. Pierwsze kroki skierowaliśmy do pobliskiego centrum handlowego Tokyu aby poszukać jakiegoś food courtu i coś wszamać na śniadanie. Przeszliśmy przez rozłożonych demonstrantów i najpierw trafiliśmy do galerii artystycznej. Myśleliśmy, że będzie się dało jakoś przejść na stronę sklepów ale trzeba było wyjść i znów przechodzić przez bramki jak na lotnisku żeby wejść do sklepu. Pełne bezpieczeństwo i przeszukiwanie plecaków.

 

Długo nie mogliśmy nic ciekawego znaleźć żeby zjeść śniadanie. Same fast foody, których już mieliśmy dość. Nic śniadaniowego. Z opisu tego miejsca wynika, że znajduje się tam 2000 sklepów, a dziennie przewija się 100,000 klientów. Obiekt ma 8 pięter i sporo się najeździliśmy ruchomymi schodami żeby ogarnąć przynajmniej część tego wszystkiego. Mimo wszystko byliśmy rozczarowani, bo jedzenie raczej obiadowe, a moje kąpielówki, których szukałem albo strasznie drogie firmówki albo jakieś badziewie.

 

W końcu znaleźliśmy lokal w miarę na śniadanie i zjedliśmy słodkie bułki plus kawę. Potem przypadkowo trafiliśmy na sklep ze sprzętem turystycznym i Basia kupiła sobie plecak North Face'a. Oczywiście tajskiego NF za 30 czy 50 zł. Kupiła też jakieś pędzelki do makijażu za grosze (też "oryginały" znanej marki) i ostatecznie wyszliśmy stamtąd w poszukiwaniu taksówki.

 

Po kilku spławionych taksówkowych naciągaczach i tuk-tukowcach, wsiedliśmy za rozsądną cenę do klimatyzowanej taksówki, która miała nas zawieźć prosto do Wielkiego Pałacu. Tam mieliśmy spędzić trochę czasu, a następnie przejść do pobliskiej świątyni Wat Pho.

 

Wielki Pałac Królewski służył jako oficjalna rezydencja króla Tajlandii od XVIII wieku do połowy XX wieku. Budowa Wielkiego Pałacu rozpoczęła się w roku 1782. Teren Wielkiego Pałacu ogrodzony jest murem obronnym o łącznej długości 1900 metrów. Teren kompleksu zajmuje powierzchnię 218.400m². To punkt obowiązkowy wizyty w Bangkoku i choć drogi (60zł), to jednak bez namysłu mieliśmy go w planach.

 

Gdy taksówkarz wysadził nas pod jedną z bram, rzucili się na nas tuk-tukowcy, którzy oferowali nam przejażdżkę, nie zważając, że właśnie przyjechaliśmy. Zaczęliśmy się opędzać od nich, jednocześnie szukając wejścia i chcąc zakupić bilety.

 

Pałac Królewski                                                                                       ©google

 

Niespodziewanie podszedł do nas bardzo miły pan. Zapytał skąd jesteśmy, a gdy się dowiedział, że z Polski, wspomniał o Legii Warszawa. Niestety miał dla nas smutną wiadomość. Powiedział, że mamy marne szanse na wejście do pałacu, bo za chwilę odbędzie się tu duża demonstracja, sporo policji i pałac będzie zamknięty o 14.30. Na zegarku była 14.20. Na pytanie czy w takim razie możemy iść do świątyni Pho, odparł, że także ją zamykają z powodu tej demonstracji.

 

Jednak znalazł dla nas rozwiązanie. Zawołał jakiegoś tuk-tukowca i wskazując na ciekawe punkty na mapie, rozrysował nam trasę po zabytkach Bangkoku za jedyne 60B. Pokazał tę trasę kierowcy, który w mig pojął gdzie ma jechać. Dodał tylko od siebie, że zajedziemy też do Thai Centre, bo wtedy dostanie zwrot za paliwo od rządu. Nie sprzeciwialiśmy się temu, bo pomyśleliśmy, że "niech se chłop zarobi tych parę groszy". Zapakowaliśmy się do tego tuk-tuka i pognaliśmy do pierwszego ważnego obiektu na liście.

 

W tuk-tuku

 

Przedzieraliśmy się przez zatłoczone ulice miasta, wąskimi uliczkami pod prąd, skrótami i dość szybko się zdezorientowaliśmy na mapie. Ale pan nas przywiózł do jednej z ważniejszych świątyń w mieście – świątyni złotego Buddy. Oryginalna nazwa tego miejsca to Wat Intharawihan lub Wat Intharavihan, a słynna jest z posągu 32-metrowego złotego Buddy, który góruje nad wszystkim dookoła.

 

Wat Intharawihan

 

Pobyliśmy tam nie więcej niż pół godziny, bo jeszcze zajrzeliśmy do wnętrza świątyni. Byli tam modlący się, oczywiście też mniejsze posągi Buddy. W innej sali, mnisi odprawiali swoje modły z kadzidełkami. Pooglądaliśmy trochę te obrzędy, zrobiliśmy kilka zdjęć wielkiemu Buddzie i wróciliśmy na naszego tu-tuka.

 

Nasz kierowca poszedł do WC, a w tym czasie zagadał do nas jakiś miejscowy sklepikarz. Wyszło, że mieszkał w Londynie 6 lat i oczywiście spotkał mnóstwo Polaków. Na potwierdzenie opowiedział nam legendę o… Smoku Wawelskim. Gdy skończył, wrócił nasz kierowca i mogliśmy jechać dalej.

 

Teraz zgodnie z umową mieliśmy jechać do tego Thai Centre. Po takiej nazwie spodziewałem się jakiegoś kompleksu sklepów ale gdy nas wysadził okazało się, że mamy wejść do zwykłego zakładu krawieckiego. Trochę mnie to zbiło z tropu, bo nie kumałem po jaką cholerę mam iść do krawca.

 

Ledwie przekroczyliśmy próg tego sklepu, gdy obskoczyli nas goście z centymetrem gotowi do szycia. Na początku było to śmieszne ale oczywiście nie mieliśmy zamiaru niczego szyć ani kupować dlatego bardzo trudno mi się było w tej sytuacji odnaleźć. Z grzeczności obejrzeliśmy garnitury i koszule, popletliśmy bzdury z szefem i grzecznie wyszliśmy ze sklepu, nadal nie bardzo rozumiejąc, po co ta cała akcja.

 

Wizytówka zakładu krawieckiego

 

Gdy po kilku minutach nasz kierowca zawiózł nas do jubilera, byliśmy zupełnie zdezorientowani. U jubilera wyglądaliśmy jeszcze bardziej debilnie niż u krawca, bo raczej nie interesowały nas kamienie szlachetne i nie trzeba było geniusza żeby to wywnioskować po naszym wyglądzie.

 

Po wyjściu zapytałem kierowcę tuk-tuka, o co mu chodzi z tymi sklepami, na co on wytłumaczył, że musi nas zawieźć do trzech miejscowych sklepów, prowadzonych przez Tajów, bo rząd w ten sposób chce zmusić turystów do zakupów u lokalnej społeczności. On w zamian dostaje zwrot za paliwo. Jak to jest rozliczane i na jakiej podstawie, nie ustaliłem. Obiecał, że jeszcze tylko jeden krawiec i zawiezie nas do innej świątyni.

 

U kolejnego krawca nie poszło nam tak dobrze jak u pierwszego. Częściowo przez własną głupotę, całkowity brak asertywności i nadmierną grzeczność. Młody koleś namieszał nam w głowach, bo zarzucił nas katalogami z całkiem, trzeba powiedzieć, interesującymi propozycjami. Ceny były dość wysokie i oboje wiedzieliśmy, że przecież nic nie będziemy tu zamawiać, bo nawet fizycznie nie będzie sensu tego wozić ze sobą. Obejrzeliśmy różne materiały na belach, zapewniał nas, że to super materiał, w końcu pokazał, kto u niego kupował, widzieliśmy Radka Majdana, który tam się ubierał i zostawił swój autograf na zdjęciu w płaszczu.

 

Któreś z nas zażartowało, że gdyby cenę obniżyć z 12,000B na 9,000B za mój garnitur i Basi kostium, to może i byśmy się zdecydowali. Wydawało się nam, że dajemy idiotyczną cenę ale młody poleciał do szefa, który się zgodził na taką cenę. Wpadliśmy we własne sidła i wyszła głupia sytuacja, bo oni byli gotowi do szycia, a my gotowi do ucieczki z tego zakładu.

 

Zaczęliśmy wić się jak piskorze aby na poczekaniu wymyślić jakąś bajkę i uczepiłem się wersji o nocnym samolocie. To jednak nie był problem, bo oni chcieli nas pomierzyć, wpaść do naszego hotelu na przymiarkę jeszcze przed odlotem samolotu, a potem wszystko zapakować i wysłać DHLem. Od razu na potwierdzenie uczciwości, wyciągnęli segregator z fakturami z całego świata, usilnie szukając jakiejś z Polski. W końcu udało się im odszukać jakąś kobietę z Gdańska i pokazali nam jej pełne dane łącznie z telefonem. To miało nas przekonać, że nas nie oszukają.

 

Pętla się nam zaciskała, zaczęło wychodzić na jaw, że po prostu nie chcemy nic tu kupować, Basia rzuciła do mnie, że jak nic nie chcę kupować to powinienem zachować się jak facet i po prostu wyjść stamtąd. Albo to kupić.

 

Przepychanka słowna trwała jeszcze chwilę, a my powoli wycofywaliśmy się w kierunku drzwi. Gdy zorientowali się, że nic z tego nie będzie, nie kryli się żeby okazać swoją frustrację i gdy poprosiłem o wizytówkę, bardzo niechętnie mi ją wręczył. Wyraźnie byli źli, a my nie mniej głównie na siebie, że daliśmy się tak wmanewrować w niepotrzebną dyskusję.

 

Wizytówka zakładu krawieckiego

 

Po wyjściu od razu powiedzieliśmy, że do żadnego krawca ani jubilera już nie jedziemy. Kierowca obiecał, że już koniec i zawiezie nas do fajnej świątyni. Ruszyliśmy tam z dość sceptycznym nastawieniem do całego tego pomysłu jeżdżenia z tym gościem.

 

Czarę goryczy przelał fakt, że gdy nas wysadził, zainkasował 60B i odjechał. Nie miał zamiaru nas zabrać z powrotem i wiedzieliśmy, że będziemy musieli wracać do centrum na własny koszt. Byliśmy wściekli, że straciliśmy czas na debilne wizyty u krawców ale źli byliśmy głównie na siebie, że tak daliśmy się załadować.

 

Zostawił nas na parkingu, gdzie nie było zbyt wielu turystów. Nie wiedzieliśmy za bardzo jak daleko jesteśmy od centrum, gdzie tak naprawdę mamy iść i czy to rzeczywiście cooś fajnego. Przynajmniej z wyglądu prezentowało się to nieźle. Nie było wyjścia, skoro już tu jesteśmy, to chodźmy do środka.

 

Świątynia Benchamabobhit Dusitvanaram

 

Miejsce w którym staliśmy to świątynia o bardzo łatwej do zapamiętania nazwie - Benchamabophit Dusitvanaram. Jest znana pod nazwą "marmurowa świątynia" gdyż jest zbudowana z włoskiego marmuru.

 

Świątynia Benchamabobhit Dusitvanaram

 

Zawiera również 52 różne posągi Buddy rozstawione na placu wokół głównego budynku. Generalnie jest to dość ładny obiekt i miło spędziliśmy tam czas. Trzeba dodać, że było mało turystów a za wstęp trzeba było zapłacić – 20B.

 

Świątynia Benchamabobhit Dusitvanaram

 

Po wyjściu chcieliśmy wziąć od razu zaparkowane tam taksówki ale wymyślili 300B za dojazd do China Town. Staliśmy więc przy głównej ulicy i łapaliśmy taksówki lub tuk-tuki. Tuk-tuk zatrzymał się od razu i zaproponował 50B ale zaznaczył, że musi zajechać do kilku krawców. To było wykluczone wobec tego pogoniliśmy go.

 

Wreszcie zatrzymał się przyzwoity taksówkarz, mówiący po angielsku i zgodził się pojechać za 100B. W trakcie jazdy opowiedzieliśmy mu naszą przygodę z początku dnia, a on o mało co, nie spowodował wypadku ze śmiechu. A rozbawiła go nasza głupota i łatwowierność. Wybrechtał nas gdy się dowiedział, że nabraliśmy się na stary trick z zamkniętym pałacem. Powtórzył kilka razy: "Pałac jest zawsze czynny!"

 

Nie wiedzieliśmy o co chodzi, przecież ten gość mówił o demonstracji, a w mieście grasuje "mob", więc wszystko wygląda bardzo realistycznie i przekonywująco. Po salwie śmiechu, zrobił się poważniejszy i zapytał czy my podeszliśmy do faceta, czy facet do nas. Gdy przyznaliśmy, że inicjatywa była ze strony tego gościa, zapytał czy to normalne żeby ktoś z własnej woli troszczył się o białego turystę w Indochinach? Nie był to dla nas mocny argument, bo przecież wszędzie zdarzają się mili i uczynni ludzie, ale on upierał się, że jeśli ktoś do nas sam podchodzi, to znaczy, że ma do nas jakiś interes.

 

Byliśmy zdruzgotani tą wiadomością, bo zostaliśmy totalnie wyprowadzeni w pole. Najbardziej byliśmy wściekli na siebie, że daliśmy się tak podejść. Gdy sobie przypominaliśmy te pieprzone salony krawieckie i nasz zmarnowany czas zamiast zwiedzania pięknego pałacu, to już kompletnie zzielenieliśmy ze złości.

 

Gdy spytaliśmy czy może jeszcze zdążymy do Pałacu, okazało się, że brakło nam czasu. Dobrą wiadomością było jednak to, że słynna świątynia Pho, znajdująca się tuż obok Pałacu, jest jeszcze czynna i pospiesznie zmieniliśmy kurs. Kierowca wysadził nas przy wejściu i bez problemu mogliśmy wejść na jej teren. Nabyliśmy bilet za 100B i po chwili już mogliśmy zacząć oglądać cały kompleks.

 

Świątynia Pho

 

Wat Pho lub Po to świątynia buddyjska znana także jako Wat Phra Chetuphon - Świątynia Leżącego Buddy (czasem opisywana jako Świątynia Odpoczywającego Buddy). Wat Pho jest jedną z największych (powierzchnia: 80.000m²) i najstarszych świątyń buddyjskich w Bangkoku. Znajduje się w niej ponad tysiąc wizerunków Buddy, w tym słynny Leżący Budda.

 

Ten wielki leżący Budda ze złota naprawdę robi wrażenie, choć trudno go objąć wzrokiem w całości. Przeszkadzają filary podtrzymujące stropy oraz mnóstwo turystów i mnichów. Błąkali się tam łysi panowie w klapkach, odziani tylko w pomarańczowe szmatki.

 

Świątynia Po – Leżący Budda

 

Oprócz tej wielkiej postaci znaleźć tam można inne ciekawe rzeczy takie jak np. 108 garnków ułożonych pod ścianą. Ludzie oczywiście wrzucają tam pieniądze ale nie do jednego garnka tylko przynajmniej do kilkunastu.

 

Na zewnątrz znajdują się też inne budowle otoczone ciekawą roślinnością. Cechą charakterystyczną tych budynków jest ich koloryt. Są fikuśne i bardzo kolorowe. Trudno sobie wyobrazić czas poświęcony na budowanie tego wszystkiego. Mnóstwo obrazów zawieszonych na ścianach tych świątyń też robi wrażenie bo niektóre przypominają rysunki z Kama Sutry.

 

Świątynia Po

 

Spędziliśmy tam dość sporo czasu ale było warto i byliśmy naprawdę szczęśliwi, że trafiliśmy na tego taksówkarza. W przeciwnym razie do końca byśmy się upierali, że Pałac i Wat Pho były nieczynne. Każdy bywalec Bangkoku by nas wyśmiał.

 

Gdy wychodziliśmy z taksówki pod wejściem do Wat Pho, taksówkarz wskazał nam kierunek jak dojść do China Town. Powiedział, że spokojnie damy sobie radę pieszo, a przy okazji przejdziemy przez targ kwiatowy – kolejną atrakcję miasta.

 

Za murami Wat Pho, naskoczyli na nas tuk-tukowcy ale nie mieliśmy ochoty nawet spojrzeć w ich stronę. Minęliśmy ich zaparkowane maszyny i ruszyliśmy w kierunku chińskiej dzielnicy. Szliśmy wzdłuż rzeki, mijając targowisko, a potem targ kwiatowy. Ludzie tam pracujący przygotowywali specjalne naszyjniki zrobione z żółtych kwiatów. Były ich tysiące, popakowane i gotowe do sprzedaży.

 

Targ Kwiatowy

 

Potem przeszliśmy przez duży plac i skierowaliśmy się już normalną ulicą do naszego celu. Droga się dłużyła, powoli zaczynało już szarzeć. Bolały nas już nogi, bo odległość była jednak dość spora. Ale czuliśmy, że już jesteśmy blisko, podpytywałem od czasu do czasu miejscowych czy dobrze idziemy i wszystko się zgadzało.

 

Wreszcie stanęliśmy na skrzyżowaniu gdzie zaczynało się China Town. Zanim tam ruszyliśmy, skoczyliśmy do usytuowanego niedaleko Starbucksa do WC, a Basia oczywiście nie omieszkała kupić sobie kawy. Gdy wyszliśmy na zewnątrz, było już całkiem ciemno. Ruszyliśmy w tłum.

 

Chinatown znajduje się w jednym z najstarszych obszarów Bangkoku. Zostało założone przez chińskich handlowców, którzy przybyli aby handlować z Tajlandczykami w latach 1700. Znajduje się tam dużo małych uliczek i alejek, przy których znajduje się ogromna ilość sklepików i straganów sprzedających wszelkie dobra. Główną ulicą, na której się znajdowaliśmy, jest Yaowarat Road. To szeroka aleja, a po jej obu stronach nie można nawet się przecisnąć, bo chodnik jest zajęty przez stragany i głównie restauracje. Całość była oświetlona niezliczoną ilością neonów.

 

China Town

 

Byliśmy głodni dlatego szukałem czegoś na ząb. Szybko znalazłem małą knajpkę z ladą na chodniku. Wziąłem pospiesznie kaczkę z ryżem i wszedłem do środka żeby przy stalowych stołach szybko to zjeść. Basia oczywiście nawet nie myślała żeby coś tu wybrać więc grzecznie czekała na mnie. Nie była to jakaś rewelacyjna potrawa ale przynajmniej nie było już pusto u mnie w brzuchu.

 

Potem kupiłem świeżo wyciskany sok z jakiegoś dziwnego owoca i dalej się przeciskaliśmy. Generalnie nie byliśmy jakoś specjalnie powaleni na kolana tym miejscem. Wszystko bardzo podobne do siebie, z dużo większą ilością knajpek, w której personel uwijał się jak w ukropie.

 

China Town

 

Spotkaliśmy pewnego Francuza, który ponoć przyjechał z Europy i jest znanym kucharzem-celebrytą, a tutaj postanowił gotować na ulicy. Jego wózek był oblepiony wycinkami prasowymi i do pomocy miał miejscowych chłopaków.

 

Przeszliśmy tę słynną ulicę i zawróciliśmy celem wejścia do jakiejś lepszej restauracji na poważną kolację. Wybraliśmy ostatecznie jedną z tych kilkuset tam obecnych i usiedliśmy obok pewnej pary z Europy. Szybko ustaliliśmy, że mówią po niemiecku.

 

Z karty dań wybrałem zapiekane w jajku ostrygi i szparagi a Basia jakąś rybę. Oczywiście nie omieszkaliśmy zamówić miejscowe piwa, nie tylko ze względu na naszą tradycję zrywania etykiet. Piwo było duże i zimne wobec tego szybko się skończyło i poprosiliśmy o kolejne.

 

China Town

 

Zagadnąłem tych Niemców, czy już tu byli i z tego małego pytania rozpoczęła się długa rozmowa, która trwała przynajmniej ze 2 godziny. W tym czasie oczywiście zjedliśmy nasze dania i zamówiliśmy kolejne piwa. Niemcy byli trochę starsi od nas, mieszkali w Dreźnie więc całkiem blisko nas. Ona jest śpiewaczką operową, a on inżynierem. Byli bardzo miło nastawieni do nas. Opowiadaliśmy im o naszym sposobie na podróżowanie i bardzo ich to ciekawiło. W sumie bardzo fajni ludzie i miło było spędzić ten czas z nimi.

 

China Town ze znajomymi z Niemiec

 

Te zimne piwa nas trochę rozochociły toteż postanowiliśmy się przesiąść do innego lokalu. Tam zamówiliśmy po kolejnym Changu. Znów dookoła sami biali ale lokal był drętwy więc znów zmieniliśmy go. Ten następny był w jakiejś bocznej uliczce i z braku miejsc musieliśmy siąść obok dziewczyny, której buzia się nie zamykała. Nadawała masakrycznie. Jak dla mnie był to jeden z bałkańskich języków ale oczywiście pewności nie mam. Facet tylko patrzył na nią i (chyba) jej słuchał.

 

China Town

 

Te piwa już trochę nas zmęczyły i odczuliśmy ich działanie więc zapadła decyzja, że trzeba wracać do naszego pokoiku. Musimy się jeszcze spakować, bo przecież samolot do Hanoi mamy bardzo wcześnie.

 

Widzieliśmy też naleśniki robione na miejscu. Wzięliśmy po jednym i chciałem zapytać jak jest "dziękuję" bo tajsku, jednak gdy uzyskałem odpowiedź i spróbowałem ją powtórzyć, wywołałem tylko śmiech dzieci wokół wózka.

 

Zaczęliśmy łapać taksówkę i niedługo siedzieliśmy wygodnie i jechaliśmy "na licznik" do naszej dzielnicy, gdzie oczywiście oczekiwał na nas "mob". Minęliśmy go bez problemu i po chwili już byliśmy w naszym pokoju.

 

Zaczęło się pakowanie, bo pobudkę zaplanowaliśmy na 3.50. Wszystko było gotowe, nastawiłem wszystkie możliwe budziki ale jeszcze poprosiłem Hanię żeby puściła głuchego z Polski. Tam miała być 22.00 więc dla nas to 4.00, tak w zabezpieczeniu gdybym nie wstał.

 

TUTAJ video z Bangkoku

 

Dzień 5: nocleg (A/G) – pałac (B) – Wat Intharawihan (C) - Benchamabophit Dusitvanaram (D) – Wat Pho (E) – China Town (F) =  18km

 

Dzień 6 - 16 lutego 2014 - niedziela

 

WSPOMNIENIA Z DZIECIŃSTWA

 

Nie udało mi się zmrużyć oka przez te kilka godzin i już tylko oczekiwałem najpierw na budzik, a potem na sygnał od Hani z Polski. Zebranie się nie zajęło nam długo, bo wszystko już było przygotowane.

 

Schodząc na dół, przy recepcji zastaliśmy członków "mobu" siedzących przy stolikach zastawionych browarami. Gdy nas zobaczyli, jeden z nich pospiesznie schował coś pod stół. Basia stwierdziła, że była to broń.

 

Na ulicy było cieplutko, choć jeszcze ciemno. Jednak nie było dużej różnicy między nocą a dniem jeśli chodzi o ruch. "Mob" czuwał, część ludzi spała na ziemi ale sporo ludzi normalnie handlowało.

 

Mijaliśmy grupki handlarzy i sypialnie oraz posterunki patrolowe aż wreszcie wyszliśmy poza strefę "mobu". Nikt nas nie zaczepiał i teraz naszym celem było złapać taksówkę za jakąś rozsądną cenę. Od razu zauważyliśmy jedną stojącą na ulicy ale gdy podeszliśmy nikogo w niej nie było. Ale z drugiej strony ktoś na nas zawołał, że jego taryfa jest wolna i chętnie nas zabierze. Jak się okazało, dziadek rzeczywiście był wolny i zaoferował przejazd za 500B na lotnisko. Basia przypomniała mi, że nie mam tyle gotówki i żebym od razu mu zapłacił i dogadał się co do szczegółów.

 

Pokazałem mu mój portfel, w którym znalazłem 490B i powiedziałem, że więcej nie mam. Uśmiechnął się tylko i nie robił żadnych problemów. Ustaliliśmy również, że cena zawiera opłatę za autostradę i że jedziemy na właściwe lotnisko. Spytał czy lecimy Air Asią i już nie było wątpliwości dokąd ma nas zawieźć.

 

Załadowawszy nasze plecaki, zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy na lotnisko. Samolot odlatywał o 7.00 toteż mieliśmy w miarę spory zapas. Było kilka minut po 4.00 gdy wyjechaliśmy z naszej dzielnicy.

 

Droga na lotnisko minęła bardzo szybko. Nie było dużego ruchu, a bardzo miły taksówkarz zawiózł nas pod same drzwi terminalu życząc na koniec miłej podróży. Zabraliśmy swoje graty i weszliśmy do środka. Tam przywitał nas ogromny tłum ludzi. Chaos. Byliśmy lekko zdezorientowani, bo spodziewaliśmy się, że będzie raczej cicho ale tutaj były normalnie godziny szczytu.

 

Najpierw musieliśmy prześwietlić bagaż żeby można było wejść do odprawy. Odszukaliśmy nasz lot, ustawiliśmy się w kolejce i wtedy Basia przypomniała sobie, że chce lek na swędzenie po komarach. Wkurzony musiałem wyjść z kolejki, rozpakować mozolnie pakowany plecak i odszukać torbę z lekami żeby to znaleźć.

 

Wróciliśmy do kolejki i powoli zbliżaliśmy się do stanowiska odprawy. Po drodze ominęliśmy dziwnych pasażerów, którzy gubili non-stop swoje torby. Kolejka była długa ale obsługiwali wszystkie loty AA stąd tylu pasażerów.

 

Gdy przyszła na nas kolej, pani zapytała nas czy mamy promesę wizową do Wietnamu. Musiałem jej to pokazać. Na szczęście wszystko się zgadzało wobec tego dalsze procedury poszły jak z płatka. Ostatecznie uwolniliśmy się od plecaków i pozostaliśmy z naszymi małymi i resztkami jedzenia, które teraz zjadaliśmy jako nasze śniadanie.

 

Byliśmy zmęczeni, bo niedospani i trochę rozdrażnieni tym zgiełkiem tutaj panującym. Dlatego nie mogliśmy się doczekać kiedy w końcu przejdziemy na drugą stronę aby może znaleźć jakieś lepsze miejsce w oczekiwaniu na nasz lot.

 

W końcu przeszliśmy odprawę, wbili nam pieczątki i mogliśmy przebywać po tej lepszej części lotniska, tylko dla pasażerów. Znajdują się tam sklepy, restauracje i jest dużo przytulniej.

 

 

Jedno z takich fajnych miejsc to Starbucks. Naturalnie Basia musiała wykonać obowiązkową kawę, były tam miękkie siedzenia i wifi. Niestety siedzenia ktoś nam zajął, a wifi nie działało i strasznie mocno tam dawała klima. Uciekliśmy stamtąd na korytarz, który zaprowadził nas do naszej hali odlotów.

 

Wpuścili nas tam, były fajne fotele i tylko ludzie z naszego lotu. Mieliśmy poczekać z pół godziny jednak ogłoszono, że nasz lot jest opóźniony aż o 2 godziny! Nie była to dobra wiadomość, bo obawiałem się czy gościu, który miał po nas wyjechać na lotnisko będzie na tyle cierpliwy żeby kwitnąć tyle na lotnisku w Hanoi.

 

Dobrą stroną było to, że mogliśmy się wyłożyć na tych fotelach i spróbować zasnąć. Były ku temu niezłe warunki, bo było cicho i ogromna większość pasażerów też to chciała wykonać, miejsca było wystarczająco sporo ale był tylko jeden problem – klimatyzacja. Normalnie nie dało się wysiedzieć, bo tak strasznie zimno było. Wyciągnąłem wszystkie możliwe rzeczy do okrycia i założenia na siebie ale nie miałem tego zbyt wiele przy sobie przecież.

 

Zasnąć mimo to udało mi się ale bardzo zmarzłem. Te dwie godziny szybko minęły i obudził nas komunikat, że podstawiają samolot. Można więc powiedzieć, że wszystko zgodnie z planem. Teraz przed nami lot do Wietnamu.

 

 

W samolocie, po wyrównaniu lotu gdy wlecieliśmy w gęste chmury, kontynuowałem sen. Miejsca było sporo zatem leżałem na 3 siedzeniach, a po drugiej stronie to samo robiła Basia. Jej jak zwykle nie trzeba dużo aby zasnąć ale ja też przyciąłem komara toteż lot się nam skrócił znacząco.

 

Wylądowaliśmy na lotnisku w Hanoi, choć wyglądało z początku, że to jakieś pole ryżu. Widać, że lotnisko wysłużone ale podstawili autobus i znaleźliśmy się w terminalu. Teraz tylko przebić się przez te biurokratyczne bzdety i będziemy mogli wyjść na zewnątrz. Ale nie zapowiadało się to dobrze. Był jeszcze jeden samolot i sporo ludzi czekało na swoje wizy. Niestety nie ogarnęliśmy tematu jak sobie poradzić z tymi procedurami.

 

Przed nami było okienko gdzie, jak sądziliśmy, należało podejść z dokumentami aby otrzymać wizę. Dziwne jednak było to, że ludzie nie stali w usystematyzowanej kolejce tylko byli rozpierzchnięci po całym terminalu. Można było bez problemu podejść do okienka i dlatego nas to zupełnie zbiło z tropu. Widocznie coś tu działa inaczej.

 

Oczywiście mieliśmy rację i uświadomili nam to bracia z Indii lub Pakistanu, którzy wytłumaczyli, że oni tutaj to czekają na odbiór wiz, natomiast złożenie formalnego wniosku odbywa się… z drugiej strony. Tak więc należało wyjść z tej części terminalu, przejść wąskim przejściem obok stanowiska gdzie urzędnik wydawał wizy i z drugiej strony złożyć dokumenty. To raczej wbrew logice, że najpierw wychodzisz żeby potem wracać i czekać na wizę.

 

Gdy stanęliśmy twarzą w twarz z panią Wietnamką w mundurze, zaproponowała nam wniosek ale ja pokazałem jej promesę, dodałem dwa zdjęcia i oczywiście oddaliśmy jej nasze paszporty. Mogliśmy wrócić z powrotem do miejsca gdzie wylądowaliśmy. Zaczęło się oczekiwanie na wizę.

 

Wołanie odpowiedniej osoby odbywało się poprzez przeczytanie nazwiska i kraju danej osoby z akcentem wietnamskim i gdyby nie wspomaganie poprzez wyświetlanie skanu paszportu na dużym ekranie, nikt by chyba nie zdołał rozpoznać swojego nazwiska w tym zgiełku tam panującym.

 

Wszyscy ludzie stali gdyż były tam zamontowane raptem 3 krzesła. Widzieliśmy takich, którzy przypominali nas jeszcze 10 minut temu, tzn. próbujących zrozumieć, co się tu dzieje. Wszyscy wpatrywali się w ekran z nadzieją, że to już właśnie ich paszport jest gotowy. Śmieszne było to, że wyświetlali wszystkie dane konkretnej osoby, tak że można było je pospisywać. Raczej Wietnam nie ma czegoś takiego jak GIODO.

 

Mnie nie wyczytali ale wyświetlił się paszport Barbary i ruszyliśmy oboje. Naturalnie teraz należało tylko uiścić odpowiednią opłatę w wysokości $45USD od osoby i po zainkasowaniu od nas $90, mogliśmy przejść po odbiór bagażu i … kontroli paszportowej. Czyli kontrolują sami siebie. Biada tym, którzy nie mieli gotówki przy sobie, gdyż żadnego bankomatu z tej strony nie było, a kartą nie można płacić.

 

 

Wiza wietnamska

 

Ważny pan w mundurze obejrzał nasze paszporty i świeżo wbite wizy i pozwolił nam przejść. Oficjalnie znaleźliśmy się na terytorium Socjalistycznej Republiki Wietnamu. Jeszcze chwilka i będziemy mogli się przekonać czy chłopak, który obiecał po nas wyjść był na tyle cierpliwy, że wytrzymał to ogromne opóźnienie.

 

Po wyjściu jednak, zauważyliśmy kartkę z imionami więc gość nas nie zawiódł. Jednak to nie był ten, z którym się ustawiłem. Podobno rzekomy Tony, który obiecał się nami zająć, ma ważne spotkanie i w zastępstwie wysłał swojego młodszego brata. Byliśmy zaskoczeni ale Tony okazał się porządnym człowiekiem i nie wystawił nas do wiatru.

 

Był to młody chłopak, z dość mocno ograniczoną znajomością angielskiego ale bardzo chciał się uczyć. Mówił nam, że uczy się od 8 miesięcy. Poza tym był strasznie zdenerwowany, jakbyśmy byli jakimiś celebrytami. Próbowaliśmy go ośmielić żeby trochę wyluzował ale na początku bardzo się wszystkim przejmował. Widać, że założył swoje lepsze ubranie i słowem nie napomknął, że tyle musiał czekać.

 

Od razu ruszyliśmy za nim na przystanek autobusowy ale przypomniałem sobie i mu, że nie mamy ani jednego donga. Trzeba było wrócić do terminalu i poszukać bankomatu. Potem szybkie obliczenia ile wyciągnąć. Na początek zawrotna suma 600.000 dongów. Oj, przydałaby się im denominacja. Wiedzieliśmy, że trzeba będzie się gimnastykować przy negocjacjach cenowych. W tym momencie było $1 = 21.000 dongów więc ciężko przeliczać. W przybliżeniu wychodziło 1zł = 7.000 dongów.

 

Musieliśmy poczekać na nasz autobus. Nasz kolega dowiedział się, który jest właściwy i za chwilę przytoczył się jakiś taki zdezelowany pekaesowski ogórek popularny w latach 70 i 80 w Polsce. Oho, zaczyna być ciekawie. Będzie to podróż sentymentalna w lata mojego dzieciństwa.

 

Bilet z lotniska do centrum Hanoi wyniósł nas 7.000 czyli złotówkę. W środku wszystko rozklekotane i brudne ale mamy miejsca siedzące, choć ciężko ułożyć nam nasze wielkie plecaki i ostatecznie, przy wybojach lądują w błocie na podłodze autobusu.

 

Okna nigdy nie były myte, a aura była dość pochmurna i mglista toteż widoczność była średnia z dominacją barwy szarej. Ludzie wsiadali i wysiadali i raczej nas omijali (siedzieliśmy oddzielnie) ale w momencie gdy więcej ludzi już jechało, ktoś się wreszcie do mnie przysiadł. Nie robiliśmy jednak żadnej sensacji.

 

Za oknem ponure widoki chociaż zdarzały się nasze pierwsze klasyczne pola ryżowe z wieśniakami sadzącymi ryż w swoich charakterystycznych trójkątnych kapeluszach. Nie sądziłem, że to tak popularne nakrycie głowy. Raczej myślałem, że to taka cepelia zakładana na miejscowe dożynki i inne święta ludowe. Jednak tutaj to normalne nakrycie głowy. Pola to zalane sadzawki oddzielone ścieżką prowadzącą do domu.

 

Sporo też rowerów mijaliśmy i drugie tyle pieszych. Czasem zdarzały się rzeczy raczej niemożliwe do zobaczenia w innych miejscach świata. No bo jak się nie zdziwić, kiedy w rowie przy głównej drodze, bez osłony krzaków czy drzew, gościu sadzi kupsztala i wystawia swoją bladą dupę na widok wszystkich przejeżdżających. W naszym autobusie nikt nie zwrócił na to uwagi.

 

Hanoi to stolica i drugie co do wielkości miasto Wietnamu. Polityczne, ekonomiczne i kulturalne centrum kraju. Hanoi jest usytuowane na prawym brzegu głównego koryta Rzeki Czerwonej w północnej części Wietnamu. Mieszka w nim prawie 7 milionów ludzi. Hanoi jest zamieszkane od co najmniej 3000r pne. Od prawie tysiąca lat, Hanoi jest uważane za jeden z głównych ośrodków kultury Wietnamu, gdzie większość wietnamskich dynastii pozostawiła swój ślad.

 

Po wyjściu z tego autobusu, musieliśmy przede wszystkim pozbyć się naszych plecaków. Podobno Tony to załatwił wręczając swojemu bratu wizytówkę hostelu, gdzie mogliśmy przetrzymać nasze bagaże. Dlatego ruszyliśmy w tamtym kierunku. Jednak nasz przewodnik nie do końca był obeznany z topografią miasta i dlatego co rusz kogoś pytał o drogę.

 

Centrum Hanoi

 

A na ulicy chaos. Przede wszystkim tysiące motorków i rowerów, które jeżdżą bez żadnego głębszego sensu oprócz tego aby gdzieś się przecisnąć. Chodniki zastawione gapiami i skuterami i dlatego często szliśmy po ulicy.

 

Minęliśmy komisariat policji, który miał gablotę ostrzegającą przed wypadkami. Były tam umieszczone zdjęcia z wypadków, głównie rowerzystów i skuterowców. Zdjęcia dość drastyczne, bez żadnej cenzury. Ale czy ktoś sobie z tego coś robił?

 

W owym hostelu nas przegoniono. Albo zostajemy na noc albo mamy spadać. A noc ma kosztować $6, z tym że na sali z 10 innymi osobami. Nie mieliśmy zamiaru iść na taki układ. Zresztą byliśmy umówieni z innym gościem, który ma nas odebrać po pracy i wziąć do siebie do domu.

 

Brat Tony'ego wpadł na inny pomysł. Musieliśmy zawrócić i skierować się wprost na najbardziej reprezentatywną część miasta – dzielnicę 36 ulic czy Old Quarter. Tam ponoć mieliśmy na pewno coś znaleźć bo roi się tam od agencji turystycznych.

 

Trzeba było zawrócić i ponownie przebijać się przez kilka ruchliwych ulic. Mijaliśmy zwykłych ludzi i ciągle miałem wrażenie, że jesteśmy na jakimś totalnym zadupiu, a nie w bezpośredniej bliskości ścisłego centrum. Podobno mieszka tu 7 milionów ludzi, a czułem się jakbym był w 20,000 miasteczku.

 

Centrum Hanoi

 

Rzeczywiście, dzielnica 36 ulic wyglądała na taką, gdzie szanse na znalezienie kogoś, kto popilnuje naszych gratów gwałtownie rosną. Szybko znaleźliśmy miłą panią, która zgodziła się przypilnować plecaków za symboliczne $1 od plecaka. Zamykała dopiero o 20.00 zatem byliśmy uwolnieni od ciężaru. Nazwę swego przybytku miała niezbyt skomplikowaną – Holiday Travel – a Basia dodatkowo zrobiła zdjęcie żeby nam się nie pomyliło z innymi tam obecnymi po obu stronach ulicy.

 

Basia jeszcze postanowiła się przebrać, a miła pani pozwoliła jej skorzystać z kanciapy za kotarą. Niestety nie przypilnowała swojego małego synka, który bezceremonialnie wszedł za Basią gdy ta się przebierała. Mama trochę się zawstydziła za chłopca ale obróciliśmy to w żart żeby nie peszyć pani.

 

Teraz mogliśmy iść na podbój miasta. Mieliśmy przewodnika, który jednak nas pytał gdzie idziemy. Myślałem, że ma jakiś plan działania ale widocznie nie chciał narzucać swojej woli, pozwalając nam decydować. Ja za to liczyłem, że szybko weźmie nas tam, gdzie obowiązkowo powinniśmy wylądować. Zbyt wiele kurtuazji jak dla mnie.

 

Kilka minut później staliśmy już na brzegu sporego jeziorka otoczonego zadrzewioną promenadą. Nad chodnikiem górowały pozostałości po nowym roku, jacyś nowożeńcy mieli sesję zdjęciową, a nad taflą wody niestety rozpościerała się mgła. Trudno było więc dostrzec wysepki na jeziorku.

 

Jezioro Hoan Kiem

 

Jezioro Hoan Kiem czyli "jezioro zwróconego miecza" jest jeziorem w historycznym centrum Hanoi. Wyspa Żółwia ze stojącym na niej budynkiem jest związana z miejscową legendą o magicznym żółwiu. Na północnym brzegu jeziora leży Wyspa Jadeitowa, na której stoi świątynia Ngoc Son. Świątynia została wzniesiona w XVIII wieku. Wyspa jest połączona z brzegiem czerwonym drewnianym mostem.

 

I na tym moście za chwilę już staliśmy. Było tam sporo ludzi ale zdołaliśmy rzucić okiem na panoramę jeziora, zrobiliśmy kilka zdjęć ale do świątyni nie wchodziliśmy za namową naszego przewodnika. Ruszyliśmy wokół jeziora, mijając spacerowiczów z lodami. Lody jedli z plastikowych kubków znanych mi z dawnych czasów. Co chwilę przenosiłem się wspomnieniami w czasy minione gdy widziałem jak ubrani są ludzie lub co jedzą i za chwilę wracałem gdy widziałem turystów z cyfrówkami lub niezłe fury na ulicy.

 

Jezioro Hoan Kiem

 

Minęliśmy pomnik Lý Thái Tổ - cesarza, który był założycielem dynastii Ly i panował w latach 1009-28. To on przeniósł stolicę do Hanoi w 1010. Nie podchodziliśmy pod sam pomnik, tylko pomknęliśmy na drugą stronę jeziora. Basia nieśmiało zapytała czy można coś zjeść, bo już czuliśmy, że nadszedł ten czas ale nam zdecydowanie zabronił. Powoli chłopak się wkręcał w swoją rolę i ciągnął nas na przystanek autobusowy.

 

Pomnik Ly Thai To

 

W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że jego planem jest wyjazd do mauzoleum Ho Chi Minha. Absolutnie nie miałem ochoty na oglądanie zwłok jakiegoś komucha, więc nie za bardzo spodobał mi się ten pomysł. Czytając o atrakcjach Hanoi, ten punkt usunąłem dość szybko z mojej listy. Jednak wszystko zmierzało, iż jednak tam wylądujemy. Widać, że dla nich to ważna postać i nie wypadało wchodzić w dyskusję na płaszczyźnie politycznej.

 

Mauzoleum Ho Chi Minha to monumentalna budowla ulokowana na placu Ba Đình w Hanoi, w której spoczywa wietnamski przywódca Hồ Chí Minh, twórca Demokratycznej Republiki Wietnamu. Zabalsamowane ciało przywódcy spoczywa w centralnej sali budynku, przy którym wartę pełni straż honorowa. Ciało leży w szklanym sarkofagu z przyćmionymi światłami.

 

Na szczęście Mauzoleum jest otwarte codziennie od 8 do 11, z wyjątkiem poniedziałków i piątków. Nie byłem tego pewien ale coś mi świtało w głowie, że nie jest to otwarte zbyt długo. Gdy powiedziałem o tym naszemu Wietnamczykowi, ten zawahał się przez moment i zaczął pytać ludzi w autobusie, w którym już siedzieliśmy. Na poparcie mojej tezy wyciągnąłem przewodnik i mu pokazałem. Pasażerowie potwierdzili, że mamy rację i nici z naszego tam wyjazdu. Nas, w przeciwieństwie do niego, w ogóle to nie zmartwiło.

 

Nie wysiadając z autobusu szybko nasze plany zostały zweryfikowane i mieliśmy się teraz udać do drugiej, w hierarchii atrakcji, budowli w mieście. Nazwa może nie bardzo zachęca i jest bardzo myląca ale warto tam pojechać.

 

 

Droga była krótka ale musieliśmy niemały kawałek przejść pieszo. Jeszcze z autobusu widzieliśmy autentyczny pomnik Lenina. Potem wielokrotnie łopotały flagi z sierpem i młotem, były pomniki przodowników pracy i inne komunistyczne slogany. Mijaliśmy szare budynki ale również świecące neony i bilbordy, które przypominały nam, że jesteśmy w XXI wieku.

 

Centrum Hanoi

 

Po tym krótkim spacerze, dotarliśmy w końcu do miejsca przeznaczenia. Szliśmy wzdłuż muru by znaleźć się przy wejściu, gdzie już zgromadziły się spore tłumy turystów. Zostałem zachęcony do kupna trzech biletów, co uczyniłem bez problemu. Potem weszliśmy na teren sporego parku należącego do Świątyni Literatury.

 

 

Świątynia Literatury to kompleks budynków powstały w 1070 jako świątynia, z przeznaczeniem na uczelnię kształcącą urzędników państwowych zgodnie z zasadami konfucjanizmu. Świątynia była wielokrotnie rozbudowywana pomiędzy XV a XVIII wiekiem. Obecnie teren świątyni o kształcie prostokąta odgrodzony jest murem od miasta. Zabudowa zaplanowana została zgodnie z klasycznymi zasadami chińskimi - wzdłuż głównej osi położone są kolejne dziedzińce i bramy. Pierwsza, bogato zdobiona brama, położona jest jeszcze przed murami świątyni. Po wejściu na teren świątyni droga wzdłuż drzew i sadzawek prowadzi do pawilonu Khuê Văn Các, którego drewniana, wsparta na czterech kamiennych filarach i pomalowana na czerwono fasada jest jednym z charakterystycznych elementów Hanoi.

 

Świątynia Literatury

 

W środku zaintrygowała nas ściana, na której ludzi pisali palcem swoje życzenia, pośród dymów z palących się wszechobecnie kadzidełek. Była tam wręcz ustawiona kolejka aby wykonać to dziwne dla nas zadanie.

 

Świątynia Literatury

 

Były też kamienne żółwie. Jeden z żółwi był zrobiony ze złota. Niestety jakoś umknął mojej uwadze i dopiero potem go zobaczyłem na zdjęciach wykonanych przez Basię. Kolorowe kwiaty rosły w taki sposób aby tworzyć napisy w języku chińskim. Dużo było też smoków i innych dziwnych stworów, a wszystko okraszone dymiącymi kadzidłami. Całość prezentowała się imponująco i byliśmy zadowoleni, że tu przyszliśmy.

 

Świątynia Literatury

 

Teraz wreszcie mogliśmy coś zjeść. Liczyliśmy, że zaprowadzi nas w miejsce gdzie nam pomoże coś wybrać. Ale on już miał swój plan i wiedział co powinniśmy zamówić. Właściwie to on zamówił, bo starsza pani zapewne nie umiałaby się z nami dogadać.

 

Usiedliśmy na ulicy, na malutkich taboretach i czekaliśmy na nasze jedzenie. Wjechały noodles jakieś sosy, mięso pływające w tłuszczu i warzywa. Wszystko oddzielnie i do tego zestaw sztućców, czyli krótka metalowa łyżka i zestaw pałeczek.

 

Głód mi doskwierał, żarło stygło, a ja sobie tu układam te pałki w palcach żeby móc coś złapać. Oczywiście pani i jej mąż wyszli na zewnątrz żeby się ponabijać z białasa, który nawet nie umie złapać pałeczek, a co dopiero żeby coś nimi chwycić. Nasz Wietnamczyk wszamał już połowę swojego obiadu, a ja dopiero skumałem jak łapać ten makaron. Z pomocą pospieszyła mi właścicielka knajpki i przybiegła z… nożyczkami krawieckimi. Obcięła mi te długie nitki abym mógł łatwiej próbować je łapać. Sam posiłek dupy nie urywał ale można było wreszcie coś ciepłego poczuć w żołądkach.

 

Posiłek w Hanoi

 

Ruszyliśmy w drogę powrotną i oczywiście Basia chciała kawę na wynos. Wydawało mi się, że to będzie duże wyzwanie znaleźć taki bar, który serwuje takie rzeczy, jednak pomyliłem się. Niedaleko od miejsca gdzie zjedliśmy obiad, istniała sobie kawiarenka, która serwowała takie cuda. Wystrój iście zachodni, obsługa również zatem Basia wzięła jedną dla siebie, a drugą dla naszego kolegi. Ja w tym czasie obserwowałem na zewnątrz przejazd skuterków przez skrzyżowanie, próbując zrozumieć teorię chaosu, jaka tu obowiązuje.

 

Centrum Hanoi

 

Teraz należało wrócić do centrum. Pytałem go o Świątynię Białego Konia ale za pierwszym razem powiedział, że jest za daleko. Sprawdziłem w przewodniku i pisali, że jest w ścisłym centrum. W takim razie zgodził się nas tam zaprowadzić choć sam zapewne nigdy o niej nie słyszał.

 

Podjechaliśmy kawałek, a potem znów przedzieraliśmy się przez miasto wśród skuterków. Raz nawet doszło do tego, że Basia została po jednej stronie ulicy i nie umiała przejść na drugą stronę. Tam oczywiście nikt się nie zatrzyma aby przepuścić więc dlatego należy iść przed siebie na twardziela i pozwolić się wymijać rozpędzonym motorkom. Na początku tkwi w nas jakiś taki wewnętrzny strach przed potrąceniem ale potem człowiek się przyzwyczaja. Tym razem trzeba było iść po Basię żeby mogła dołączyć do nas.

 

Z powrotem znaleźliśmy się w centrum i kierowaliśmy się do tej świątyni. Potem mieliśmy obiecane, że nasz przewodnik zadzwoni do tego kolesia, który zaprosił nas na nocleg żeby się umówić na zbiórkę. Tak zresztą byliśmy umówieni. Wkrótce znaleźliśmy się przed wejściem do świątyni.

 

Biały Koń to wcielenie boga rzeki. Świątynia została wybudowana w 1010 roku w dowód wdzięczności za wskazanie odpowiedniego miejsca do budowy cytadeli. Ponoć bóg objawił się w postaci białego konia. Świątynia została zniszczona przez powódź i inne klęski żywiołowe na ciągu minionego tysiąca lat. Obecne zabudowania pochodzą z XVIII i XIX wieku. Wnętrze nie okazało się być czymś nadzwyczajnym, oprócz rzeczonego białego konia, którego początkowo nie zauważyłem choć jest dość sporych rozmiarów.

 

Świątynia Białego Konia

 

W końcu przyszedł czas na zakończenie naszego spaceru po mieście. Było już późne popołudnie i stojąc przed wejściem do biura gdzie zostawiliśmy plecaki, przekazałem numer niejakiego Nguya, który miał nas zabrać do siebie. Taka była wstępna umowa, bo Nguy miał pracować dziś rano, a miał mieć wolne popołudnie. Bardzo się podpalił na nas i przed przyjazdem snuł plany na wieczór. Jednocześnie na swoim profilu miał negatywa od pewnej Amerykanki. To dało mi do myślenia i napisałem do niej z prośbą o wyjaśnienie co się stało. Ona poczuła się oszukana na kasę, bo jego siostra ma biuro podróży i ta Amerykanka wykupiła u niej wycieczkę, jak się okazało o $20 droższą niż pozostali uczestnicy. Nguy się wypierał tego, a ja zaryzykowałem, chociaż Amerykanka odradzała mi kontakt z nim.

 

Gdy nasz wietnamski przyjaciel odszedł na bok aby dogadać się z Nguyem co do odbioru nas, ja poszukałem banknotu $10 żeby dać temu chłopakowi w podzięce za to, że spędził z nami cały dzień. Ale on nie miał dla nas dobrych wieści. Nguy stwierdził, że ma ważne spotkanie w pracy i nie będzie mógł nas zabrać. Podświadomie czułem, że wywinie nam taki numer. Nie byłem nawet aż tak wściekły, bo bardziej powinienem być na siebie.

 

Wręczyłem te $10, pożegnaliśmy się i teraz trzeba było znaleźć jakiś nocleg. Czasu było sporo, nie było paniki, a hoteli i innych noclegowni całe multum dookoła. Teraz kwestia ceny. Znajdowaliśmy się w samym centrum historycznym miasta zatem ceny są zapewne ustawione pod turystów. Jednak postanowiliśmy zacząć z wysokiego C i weszliśmy do hotelu, który praktycznie przylegał do tego biura podróży. Nazywał się Sports Hotel.

 

Hanoi Sports Hotel                                                                                      ©google

 

Myślałem, że się przesłyszałem gdy podał nam cenę miły gość na recepcji. Powiedział, że za dwójkę z wifi i śniadaniem chce $20. Dopytałem czy za osobę czy pokój ale cena była za pokój. Spojrzeliśmy po sobie i od razu się zdecydowaliśmy.

 

Poszedłem dwa budynki dalej odebrać nasze bagaże. Pani grzecznie przypilnowała nam je, dlatego zamiast $2 dałem jej $5. Była tak zaskoczona i zadowolona, że zdecydowała się, pomimo moich protestów, pomóc mi zanieść jeden z plecaków. Weszliśmy więc oboje do recepcji gdzie czekała na nas Basia z kluczami i hasłem do wifi.

 

 

Pokój był ogromny i była to trójka. Była lodówka, w pełni zaopatrzona, wifi, TV, duża łazienka, ręczniki. No i byliśmy w samym centrum miasta. Teraz moim zadaniem było zorganizować spotkanie z panią Tham z biura podróży, w którym wykupiliśmy rejs po zatoce Ha Long. Mieliśmy się spotkać pod operą, bo oryginalnie mieliśmy nocować u Nguya ale skoro wylądowaliśmy w hotelu, to może nie będziemy musieli zasuwać rano pod operę. Chciałem dać jej znać.

 

Wcześniej miły facet z recepcji prosił nas o paszporty i widząc moją niechęć do pozostawienia ich w jego rękach, zaklinał się, że nic się nie stanie, bo potrzebuje ich do rejestracji. Nie lubię rozstawać się z paszportem i zawsze trzymam go przy sobie stąd moja niechęć do jego prośby ale ostatecznie uległem i zostawiłem je na chwilę.

 

Za moment byłem na dole, częściowo w sprawie paszportów, a częściowo w sprawie powiadomienia Tham. Wytłumaczyłem mu, o co chodzi więc dostałem telefon i zadzwoniłem do Tham. Niestety numer był błędny. Wybierałem kilka razy, on też mi pomógł i nic z tego nie wyszło. Znalazłem numer do centrali i tam się dodzwoniłem jednak była to infolinia gdzie w tle słyszałem milion innych pań, a ta pani z którą próbowałem się dogadać zaczęła mnie wypytywać o dziwne rzeczy, mi było ciężko ją zrozumieć, jej ciężko było mi pomóc i rozmowa przerodziła się w chaos. W tle słyszałem tylko krzyki innych babek. Wkurzyłem się i rzuciłem słuchawką, na co gość z recepcji sam wziął numer i po wietnamsku załatwił sprawę. Powiedział, że na 1000% przyjadą rano po nas. Nie dowierzałem mu, bo całkiem szybko to zrobił ale on się upierał żebym był spokojny.

 

Poszedłem na górę, odpaliłem kompa i napisałem do Tham o tej zmianie, jednocześnie skarżąc się, że podała mi zły numer telefonu. Na szczęście odpisała później, że wszystko jest OK, będzie rano, a telefon ma awarię, bo numer jest prawidłowy.

 

Hi Dawid,

 

I am sorry, there is something wrong with my phone today. The number is right. 

 

Ok, I will meet you at your hotel tomorrow at 8am before your departure to collect balance. 

 

See you tomorrow.

 

Cheers,

Tham.

 

 

No cóż, uspokoiłem się trochę i choć fizycznie źle się czułem po tej lodówce jaką nam zaserwowano w Bangkoku, postanowiliśmy wyjść sobie na miasto sami. Było jeszcze w miarę wcześnie, a nie zamierzaliśmy chodzić gdzieś daleko.

 

Znajdowaliśmy się w Starej Dzielnicy lub Dzielnicy 36 ulic. Ta część miasta w pobliżu jeziora Hoan Kiem, ma oryginalny układ ulic i architekturę starego Hanoi. Na początku XX wieku miasto składało się tylko z około 36 ulic, z których większość jest teraz częścią tej dzielnicy. Każda ulica miała swoich kupców i gospodarstwa specjalizujące się w danym handlu, takich jak jedwab, biżuteria itp. Nazwy ulic dziś nadal odzwierciedlają te specjalizacje, chociaż tylko niektóre z nich zajmują się wyłącznie oryginalnym handlem. Obszar ten jest znany też ze swego zamiłowania dla małych rzemieślników i kupców, w tym wiele sklepów z jedwabiem. Lokalne specjały kuchni oraz kilka klubów i barów znajduje się również tutaj. Niedaleko mieści się także spory targ.

 

Nas interesowała strona gastronomiczna, bo trzeba było zjeść jakąś kolację i zaczęliśmy szukać stosownego lokalu. Mimo bogactwa wyboru, ciężko się było zdecydować. Chodziliśmy wąskimi i ciemnymi uliczkami, z których wyskakiwały wszędobylskie skuterki. Wyglądało to tak jakby ci ludzie jeździli bez celu – tylko po to, aby sobie pojeździć. Jeździli we wszystkie strony, po każdej stronie ulicy i chodnika. W kaskach, bez kasków, w kapeluszach, pojedynczo, we dwójkę, trójkę, czwórkę, z towarem, z grabiami, z torbami, zwierzętami… Tysiące motorków!

 

Dzielnica 36 Ulic

 

Znaleźliśmy pub prowadzony przez Australijczyków. W środku 95% gości to młodzi faceci, a na stole setki butelek po piwie. Wystrój skromny – telewizor z meczem rugby, toporne stoły i ławki i wielka tablica na ścianie z informacją o pojedynkach międzypaństwowych w piciu piwa. Typowa mordownia gdzie przychodzi się żeby się nachlać. Piwo w przeliczeniu 1zł dlatego można poszaleć.

 

Jedzenie też serwowali ale jakoś nie miałem ochoty na siedzenie tam przy jedzeniu. Basia jednak zamówiła sobie frytki i czekaliśmy aż je zrobią. Potem posiedzieliśmy trochę ale nic ciekawego się tam nie działo – pijackie gadki młodych facetów. Typowy australijski pub z surowym wnętrzem i niesamowicie niskimi cenami.

 

Basia zaspokoiła głód i mogliśmy dalej kontynuować spacer wśród motorków. Nic się nie zmieniło. Doszliśmy do wielkiego targu. To stąd wędrują wszystkie te jeansy i koszule na polskie targowiska. Mnóstwo dziadostwa, które można spotkać na polskich wiejskich bazarach. Strasznie długi ten targ. Wróciliśmy na historyczną dzielnicę, trochę się pogubiliśmy, bo uliczek tutaj bez liku, w dodatku oświetlenie bardzo szwankuje i łatwo stracić orientację.

 

Basia zauważyła stoisko z kartkami więc zakupiła pokaźną ilość wraz ze znaczkami. Musiałem dobrać trochę kasy z bankomatu, bo przed nami kilka dni w Wietnamie. Wziąłem 700.000 i mogliśmy iść do innego pubu. Tym razem to elegancki pub o orientacji rockowej. Można zjeść dobrze, ładne panie kelnerują, a na scenie zawsze jakiś cover-band. Na stole leżała ulotka z listą koncertów w danym dniu. Całkiem fajne zespoły można tam zobaczyć.

 

Tym razem ja sobie zamówiłem burgera i wzięliśmy też piwo. Na scenie instalował się zespół, my sobie siedzieliśmy na miękkich krzesłach i obserwowaliśmy przychodzących klientów. Zespół zaczął grać, pani przyniosła mi jedzenie i piwo, a Basia wypisywała kartki. Tam nam minął wieczór.

 

Pub rockowy

 

Gdy przyszedł czas rachunku, kelnerka wręczyła mi go na kwotę 350.000. Sam wyliczyłem, że powinno być 230.000 zatem zwróciłem jej uwagę, że źle to wyliczyła, bo dodała jakieś 120.000. Poszła poprawić i za chwilę przyniosła nowy z kwotą… 470.000. Zapytałem o co chodzi więc powiedziała, że doliczyła te 120.000. Zacząłem jej tłumaczyć różnicę między dodawaniem a odejmowaniem i rozpisałem działania na rachunku. Zrozumiała w końcu i przyniosła trzeci – już poprawny.

 

Do hotelu mieliśmy 100m wobec tego przeszliśmy szybko i na górze trzeba było coś wziąć na przeziębienie, bo coraz gorzej się czułem. Pogoda okropna, ciągle mżawka i zimno no i raczej nie spodziewaliśmy się ładnej pogody jutrzejszego dnia. Sprawdzały się złe prognozy.

 

Hanoi Sports Hotel

 

Jeszcze tylko codzienna dawka internetu i mogliśmy iść spać. Piękny pokój, wielkie i wygodne łoże i tylko jakiś taki dziwny dźwięk dochodził z zewnątrz. Jakby walenie w garnki. Jak się okazało, to śmieciarze informują sklepikarzy, że oto właśnie przybyli aby odebrać kubły. Powoli ulica cichła, a my szybko odpłynęliśmy.

 

TUTAJ video z Hanoi

 

Dzień 6: nocleg (A) – lotnisko (B) =  26km

 

Dzień 6: Bangkok - Hanoi =  979km

 

Dzień 6: lotnisko (A) – centrum (B) =  29km

 

Dzień 6: nocleg (A) – jezioro (B) – przystanek autobusowy (C) – Światynia Literatury (D) – Światynia Białego Konia (E) – pub (F) =  10km

 

 

Dzień 7 - 17 lutego 2014 - poniedziałek

 

FRUSTRUJĄCA POGODA

 

Nie musieliśmy się zrywać jakoś wcześnie. W wygodnym wielkim łożu, dość dobrze się wyspaliśmy ale niestety na zewnątrz przywitała nas fatalna pogoda. Niebo zaciągnięte, z którego mocno lało. Było jeszcze gorzej niż wczoraj. Bo wczoraj przynajmniej nie padało.

 

Po kąpieli i spakowaniu się, zeszliśmy na dół na śniadanie i na komputer, bo coś szwankowało z wifi lub naszym tabletem. A śniadanie to zwykłe tosty i oczywiście nieśmiertelny dżem. Dobre i to. Porobiliśmy sobie te tosty, wypiliśmy sztuczny sok, a Basia oczywiście kawę.

 

Potem zasiedliśmy na stacjonarnym komputerze i przeglądając internet, oczekiwaliśmy pojawienia się Tham. Umówieni byliśmy na 8.00. W międzyczasie uregulowaliśmy rachunek za wodę, którą wzięliśmy z pokojowej lodówki. Byliśmy gotowi do wyjazdu.

 

Tham spóźniła się 10 minut. Przyjechała oczywiście na skuterku. Załatwiliśmy sprawy papierowe, dopłaciłem brakującą kwotę w dolarach i za chwilę miał pojawić się busik, który miał nas zabrać już prosto do celu, czyli nad zatokę Ha Long.

 

Kilka minut po pożegnaniu z Tham, zjawił się busik, który był już wypełniony turystami. Znaleźliśmy miejsce dopiero w ostatnim rzędzie i jeszcze tylko zabraliśmy grupkę Francuzów i mogliśmy wyjechać na 3-godzinną przejażdżkę nad morze.

 

Niestety pogoda była tragiczna. Nie mieliśmy żadnych złudzeń, że się coś poprawi. Nawet Tham nie dała nam żadnych szans na to, że będziemy w stanie cieszyć się widokami. Zapowiadała się całkowita klapa tej wyprawy, ze względu na pogodę.

 

W busiku mieliśmy mieszane towarzystwo. Oprócz pięcioosobowej grupki francuskich studentów, jechali z nami Tasmańczycy, Amerykanie, Holendrzy, Niemcy i dwoje przewodników. Był jeszcze inny busik i dlatego część ludzi podlegała pod panią, a część pod pana. My byliśmy w grupie, którą dowodził pan. Był całkiem młody, świetnie mówił po angielsku i był bardzo miły.

 

W trakcie jazdy nakłonił nas wszystkich do przedstawienia się. Wysłuchaliśmy więc prezentacji wszystkich osób choć nikt nie zapamiętał ani imion ani tym bardziej innych szczegółów.

 

Droga była monotonna, za dużo nie było widać, bo lało strasznie, szyby były zaparowane od środka i każdemu leciała głowa. Mimo że się nieźle wyspaliśmy, ta droga nas bardzo zmuliła i też padliśmy. Obudziłem się gdy okazało się, że coś mi jest za ciężko na ramieniu i wyszło, że jeden z Francuzów znalazł sobie niezłą poduszkę z mojego ramienia.

 

Na trasie mieliśmy obiecany przystanek. Już wcześniej wiedziałem, że jest to sztucznie stworzony punkt aby oszwabić naiwnych turystów. Gdy, po dwóch godzinach, tam podjechaliśmy, wyszliśmy zaczerpnąć świeżego powietrza i trochę pooglądać czym tam handlują.

 

Tradycyjnie wyroby lokalnego rzemiosła "made in China" plus trochę gastronomii. Jednak ceny wymyślili sobie nieziemskie. Po przeliczeniu wyszło mi, że zwykły snickers za chyba maksymalnie 3zł w Polsce, tam kosztował 8zł. Ceny innych produktów utrzymane w podobnej kolorystyce absurdu.

 

Postanowiłem poszukać czegoś ciekawszego poza murami tego zajazdu. Wyszedłem na drogę, którą przyjechaliśmy. Miejscowi wieśniacy dziwnie mi się przyglądali. Zapewne nikt nie wychodził z tego zamkniętego obiektu na wieś i stąd zdziwienie na ich twarzach. Przeszedłem na drugą stronę do sklepiku umiejscowionego w garażu ale starsza pani nie miała tam nic interesującego. Chciałem może jakąś wodę kupić ale miała tylko słodkie napoje gazowane.

 

Ruszyłem wzdłuż ulicy. Nadal padało, ruch był całkiem spory ale pojawiali się też rowerzyści i oczywiście skuterki. Mijałem podobne sklepiki lub warsztaty ale nie miały niczego ciekawego do zaoferowania. To samo z drugiej strony i ostatecznie postanowiłem powrócić na miejsce zbiórki. Tam dorwała mnie wkurzona Basia i zebrałem porządny opieprz, że nie powiedziałem jej o moich wycieczkach na wietnamską wieś.

 

Zapakowaliśmy się z powrotem do auta i ruszyliśmy na drugą część trasy. Tym razem nawierzchnia była bardzo dziurawa i wymęczyliśmy się potwornie, skacząc co rusz, pod sufit naszego pojazdu. Dłużyło się przez to, bo samochód nie jechał już tak szybko i dopiero po 4 godzinach znaleźliśmy się w porcie.

 

Na nabrzeżu zgromadziły się ogromne tłumy turystów, tragarzy i umundurowanych marynarzy. Panował lekki chaos, bo łódki podpływały i wypływały wymieniając się zawartością. Było też niebezpiecznie, bo jeden z turystów ześlizgnął się po stromej ścianie pozbawionej schodów i wpadł do wody. Na szczęście szybka akcja ratunkowa uniemożliwiła mu całkowite zmoczenie się. Okropną burę dostali tragarze, których obwiniono o to niedopatrzenie.

 

Port w zatoce Ha Long

 

Przyszedł czas na nas. Nasz główny statek stał sobie gdzieś zacumowany w pewnej odległości od brzegu, a teraz musieliśmy tylko tam podpłynąć z naszym przewodnikiem z busa oraz załogą. Dostaliśmy kapoki, bagaże nam wniesiono na łódkę i ruszyliśmy w kierunku naszego statku. Oprócz nas, z naszego samochodu znaleźli się tam Holendrzy i grupka Francuzów.

 

Niestety naszego statku nie było widać. W ogóle niczego nie było widać, nie mówiąc o przepięknych krajobrazach, które powinny nam już tutaj zacząć towarzyszyć. Ściśnięci jak sardynki w puszcze, przepłynęliśmy kawałeczek i moment później byliśmy już przy naszym statku "Phoenix".

 

Łódź "Phoenix"

 

Po wejściu na pokład, dostaliśmy szklankę soku i klucz do kajuty. Usłyszeliśmy plan dnia, regulamin, zakazy i nakazy i mogliśmy przejść do naszych kajut. Zamieszkaliśmy w kajucie numer 302. Pomimo jej małego rozmiaru, była bardzo ładna. Wystrój w ciemnym drewnie, centralne miejsce zajmowało wygodne wielkie łóżko, obok była przyzwoita łazienka i niewiele miejsca na nasze bagaże.

 

Za oknem nie padało ale widoki były średnie. Wiedzieliśmy, co powinniśmy widzieć a to, co widzieliśmy tylko częściowo przypominało zdjęcia widziane przez nas w domu. No ale taki urok pogody w tym okresie.

 

Zatoka Ha Long

 

Wróciliśmy do baru gdzie czekał na nas lunch. Było sporo zamieszania bo chcieli dogodzić każdemu i przez to eliminowali nieprzyjazne produkty diety każdego pasażera. Mnie też to objęło, bo musiałem zrezygnować z krewetek, które mnie uczulają ale nie robiłem z tego problemu – po prostu bym ich nie jadł. Lecz oni indywidualnie podchodzili do każdego i broń Boże żebym nawet siedział obok krewetki. W ten sposób zeszło im sporo czasu zanim to wszystko ogarnęli.

 

W tym czasie zdążyliśmy się zaprzyjaźnić z ludźmi z naszego stolika. Wylądowaliśmy z parą z Anglii oraz z parą holendersko-francuską. Anglicy wyglądali groźnie, bo dziewczyna, której imienia nie potrafiłem ani zapamiętać ani powtórzyć, miała sporą część twarzy przyozdobioną kolczykami, a on nosił dużo bransoletek i naszywek. Okazali się bardzo cichymi i miłymi ludźmi. Ona była wegetarianką i chętnie dzieliła się swoimi produktami, które jej podano. W ten sposób mogliśmy popróbować większej liczby potraw.

 

Druga para była nieco starsza i trochę inna. On cichy i wyraźnie zdominowany przez swoją partnerkę. Ona za to wulkan energii, straszliwie gadatliwa i pewna siebie. Dzięki niej przy stoliku było bardzo gwarno, a ona miała tysiąc pytań do obsługi, jeśli tylko pojawiło się wśród nas jakieś pytanie, ona z ogromną ochotą zadawała je naszemu przewodnikowi lub kapitanowi statku.

 

Najbardziej niesamowitą sprawą dotyczącą tej pani były jednak jej losy. Urodziła się we francuskiej części Kraju Basków więc od urodzenia mówiła po baskijsku, potem w szkole musiała nauczyć się francuskiego, w międzyczasie poznała angielski aż wreszcie poznała owego Holendra i po przeprowadzce do Amsterdamu poznała kolejny język – flamandzki. Z tych języków słyszeliśmy trzy gdyż ze swoim partnerem mówiła po flamandzku, z grupą towarzyszących nam Francuzów często nawijała oczywiście płynnym francuskim, natomiast z nami kontaktowała się w znakomitym angielskim. Wszystkie języki miała opanowane na maksimum.

 

Jej partner przyznał nam po cichu, że ona nie znosi Polaków (choć on lubi) ale myślę, że być może choć w małym stopniu zmieniła zdanie gdyż dogadywaliśmy się z nią bardzo dobrze. Sporo było żartów i atmosfera bardzo luźna, Anglicy też nastawieni do nas sympatycznie, choć przyznali, że znają sporo Polaków mieszkających w ich mieście i ogólnie mówiąc miło się dyskutowało podczas pierwszego posiłku. A do wyboru mieliśmy ogromną ilość potraw. Większości nie znaliśmy ale każdy chętnie próbował i zdecydowanie wszystko było bardzo dobre. Nasz statek cały czas płynął i oczywiście od dłuższego czasu znajdowaliśmy się już na wodach zatoki Ha Long.

 

Hạ Long to zatoka w północnej części Wietnamu, ok. 164 km na południowy wschód od Hanoi. Zajmuje powierzchnię 1500 km², na której rozsianych jest  1969 skalistych wysp i wysepek, z których 989 zostało nazwanych. Większość wysp ma formę wapiennych słupów wyłaniających się wysoko ponad powierzchnię wody. Wapienne podłoże sprzyja powstawaniu licznych jaskiń i grot. Na południu wyspy dochodzą do 100-200 m wysokości. We wschodniej części zatoki zbocza wysp są niemal pionowe. Szczyty zalanej wyżyny wyrastają na 50-100 m ponad poziom wody. W rosnących tu lasach deszczowych występuje duża różnorodność świata zwierzęcego i roślinnego. Populację regionu szacuje się na ok. 300 osób, z których większość mieszka na łodziach i bambusowych tratwach.

 

© www.victoryhalong.com

 

Mijaliśmy mnóstwo tych spiczastych wysepek jednak oczywiście ich szczyty tonęły we mgle i tylko te najbliżej nas były dobrze widoczne. Na horyzoncie majaczyły tylko w szarej masie ich ciemne kontury.

 

Następnym punktem była jedna z tych wysp – Soi Sim. Tam mieliśmy mieć kilka chwil na obejrzenie wyspy, na której szczycie znajduje się punkt obserwacyjny. Wcześniej jednak, była możliwość popłynięcia dookoła tej wyspy kajakiem. Było to eksponowane we wszystkich planach wycieczek na Ha Long. Tutaj chwalili się, że te kajaki są za darmo więc praktycznie wszyscy chcieli skorzystać. Do tego projektu zgłosiła się też Basia. Ja natomiast nie miałem na to ochoty w ogóle. Trochę chyba pokrzyżowałem jej plany tą decyzją ale nie miałem ochoty moczyć się przy takiej kiepskiej pogodzie.

 

Kajaki były przycumowane do naszego statku, który stał niedaleko wyspy Soi Sim. Ci, którzy nie mieli ochoty z nich korzystać, mogli od razu popłynąć na wyspę. W międzyczasie Basia zdążyła już zrezygnować, choć jeden z Francuzów był gotów z nią płynąć (pływało się parami). Gdy jednak staliśmy w kolejce, Basia znów nabrała ochoty wobec tego uległem jej i powiedziałem, że możemy płynąć ale wtedy ona znów się wycofała i biedny Francuz musiał płynąć z niemającą zielonego pojęcia o wiosłowaniu 70-letnią Rosjanką, która była na statku wraz ze swoją liczną rodziną.

 

Gdy ostatecznie cała ekipa popłynęła kajakami, my wylądowaliśmy na wyspie. Pogoda się pogorszyła i zaczęło lekko mżyć. Nie przeszkodziło to nam w planach wejścia na sam szczyt wyspy.

 

Soi Sim jest ziemną wyspą oddaloną 400 m od Ti Top Island, i 9-10 km od Tuan Chau -  turystycznego portu. Powierzchnia 8.7 hektara. Wyspa ma bardzo szczególną formację geologiczną. Znajdują się tam również prymitywne lasy z roślinami endemicznymi. Wyspa istnieje od około sto milionów lat. Na wyspie znajduje się wiele starych drzew. Zamierza się tam zbudować system domków wyposażonych w nowoczesne udogodnienia. Obecnie mała plaża została lekko poprawiona dodając uroku tej atrakcyjnej wysepce.

 

Sam szczyt zdobyliśmy bez wysiłku. Prowadził tam łatwy szlak. Minęliśmy jakąś klatkę ze zwierzętami oraz bardzo pijanego turystę. Ledwo trzymał się na nogach. Na samej górze widzieliśmy tylko mgłę. Kompletnie nic nie było widać. Zupełnie nie trafiliśmy z pogodą ale taka pora roku po prostu.

 

Zatoka Ha Long. Wyspa Soi Sim

 

Szybko znaleźliśmy się z powrotem na dole. Przeszliśmy plażę wszerz i wzdłuż, wdrapaliśmy się na skałki, poobserwowaliśmy bawiące się psy i czekaliśmy kiedy nas stamtąd zabiorą, bo cały czas lekko padało. Wyobrażaliśmy sobie jak pięknie musi tu być kiedy świeci słońce, a porośnięte wysepki kontrastują z seledynem wody i błękitem nieba. Niestety nie było nam tego doświadczyć.

 

Wyspa Soi Sim

 

Ci na kajakach byli lekko zawiedzeni, ponieważ za dużo nie zobaczyli, a tylko zmarzli i zmokli. Zresztą maksymalnie skrócono im tę wędrówkę i też potem wałęsali się po plaży. Byli tam też ludzie z innych statków więc było gwarno i tłoczno.

 

Po powrocie na statek, trzeba było wyczyścić buty z piasku pomimo przechodzenia przez miskę z wodą, która miała na celu wypłukać piach z podeszw. Ja zacząłem to robić w umywalce i dość szybko się przekonałem, że to błąd ponieważ umywalka się zapchała. Nie do końca ale woda zdecydowanie wolniej teraz ściekała.

 

Po ogarnięciu się w kajucie, weszliśmy na górny pokład, który częściowo był pod dachem i tam porobiliśmy trochę zdjęć, wypiliśmy kawę i zjedliśmy deser. Przyszli inni ludzie, trochę posłuchaliśmy co mówią i czekaliśmy aż się ściemni. Z minuty na minutę, kształty wysepek zlewały się z tłem i teraz tylko widoczne były światła zacumowanych jednostek. Niektóre były mocno wypasione. Inne znów to pływające dyskoteki z milionem neonów i mrugających światełek.

 

Zatoka Ha Long

 

Niedługo wezwano nas na kolację i tutaj też było sporo zamieszania z rodzajem potraw ale ponownie na tym skorzystaliśmy, bo część osób z naszego stolika miała inne menu. Wszyscy dzieliliśmy się solidarnie aby móc wypróbować ciekawe wietnamskie potrawy. Przez cały czas trwały konwersacje, które przeciągnęły się grubo poza czas posiłku. Brylowała oczywiście Baskijka ale wszyscy zgodnie rozmawialiśmy na różne tematy.

 

Potem zaproponowano nam atrakcję w postaci łowienia ryb. Niestety doczepiona barka mogła pomieścić niewiele osób a poza tym strasznie śmierdziało spalinami wobec tego wraz z Holendrem poszliśmy na górny pokład popatrzeć jak im idzie. Obaj zgodnie stwierdziliśmy, że to nuda. Basia już wcześniej poszła spać więc i ja też się udałem do kajuty na spoczynek.

 

Zatoka Ha Long

 

Basia jednak nie spała zatem postanowiliśmy, że obejrzymy jakiś film i przez następne dwie godziny gapiliśmy się w tableta, na którym zapuściłem film pt. "The Prestige". Po filmie nie mieliśmy problemów z zaśnięciem, bo łóżko było duże i wygodne, a pomimo tego że byliśmy na wodzie, w ogóle nie dało się tego odczuć. Nie bujało wcale.

 

Dzień 7: Hanoi – Ha Long =  137km

 

Dzień 7: Ha Long port (A) – Soi Sim (B) – nocleg (C) =  10km

 

 

Dzień 8 - 18 lutego 2014 - wtorek

 

 JEDEN KRAJ, DWA ŚWIATY

 

Budzik mieliśmy nastawiony na 6:50 aby bezproblemowo zdążyć na śniadanie zaplanowane na 7:20. Dzisiejszy dzień w zatoce miał być podporządkowany zwiedzaniu jaskini. Dlatego tuż po śniadaniu przesiedliśmy się na motorówkę i popłynęliśmy w kierunku jednej z wysp, we wnętrzu której odkryto ogromną jaskinię.

 

Jaskinia Sung Sot znajduje się na wyspie Bo Hon i jest jedną z najbardziej spektakularnych i największych grot w zatoce Ha Long. Wejście do groty jest możliwe po wejściu po około stu kamiennych schodach. Jaskinia Sung Sot obejmuje około 10.000 m2. Istnieją tam tysiące stalaktytów i stalagmitów usytuowanych wzdłuż 500-metrowej utwardzonej ścieżki. Reflektory o różnych kolorach są umieszczone w taki sposób, aby pozostać dyskretnymi, a jednocześnie dodać czaru tej grocie. Jaskinia ma około 30 metrów wysokości, jej ściany i niezliczone pęknięcia oraz szczeliny są dowodem na miliony lat spektakularnego naturalnego jej tworzenia się. Istnieją dwie części w jaskini Sung Sot. Pierwsza z nich jest podobna do sali teatralnej z wieloma stalaktytami zwisającymi z wysokiego pułapu. Wąskie przejście prowadzi do drugiej komory, w której strumień naturalnego światła zalewa powierzchnię.

 

Jaskinia Sung Sot

 

Biletami zajął się nasz przewodnik i zaczęła się wspinaczka po schodach do wejścia. W środku wszystko to, czego można się spodziewać w jaskini, choć ta była znacznie wyższa i przede wszystkim sucha. Gra świateł fajnie współgrała z surowym wnętrzem ale opowieści o rzekomych formacjach skalnych, które miały przypominać różne stwory i rzeczy były zdecydowanie naciągane i skierowane na naiwnych.

 

Jaskinia Sung Sot

 

Wyznaczona ścieżka spowodowała, że zwiedzało się ją logicznie i bez chaosu. Zrobiliśmy dużą pętlę, która zajęła nam mniej więcej godzinkę. Po wyjściu na zewnątrz, mogliśmy zobaczyć bardzo interesujący krajobraz z góry. Gdyby nie ta kiepska pogoda, widok byłby zapewne dużo piękniejszy ale i tak warto było tam na chwilę przystanąć.

 

Zatoka Ha Long

 

Droga na naszą motorówkę wiodła poprzez zbudowany pomost wzdłuż skał. Idąc nim, mogliśmy popatrzeć sobie na miejscowych rybaków, którzy chyba mieszkali na łodziach, bo można było dostrzec sprzęty domowe na tych łódkach, a część ludzi spała lub przygotowywała posiłki. Równocześnie odbywał się handel i połów nie tylko ryb ale wszelkiej maści darów morza. Zupełnie inny sposób na życie niż nasz.

 

Zatoka Ha Long

 

Przebraliśmy się w kapoki i odpłynęliśmy w kierunku naszego statku gdzie po wejściu na pokład zajęliśmy się sprzątaniem i pakowaniem. Nie zajęło to nam zbyt wiele czasu, dlatego była możliwość by poprzechadzać się po pokładzie.

 

Zatoka Ha Long

 

Czekał nas jeszcze lunch, a potem po opróżnieniu kajuty i przeniesieniu naszych bagaży na dół, mogliśmy poddać się jeszcze jednej ciekawej atrakcji. Tym razem sami mogliśmy przygotować posiłek wietnamski.

 

Po ogólnej prezentacji, część ludzi zaczęła robić te mini-gołąbki, które potem mieliśmy zjeść. Basi szło całkiem dobrze, ulepiła kilka i starannie owinęła w cieniutkie placki zrobione z mąki ryżowej. Jeszcze tylko jakiś odpowiedni sos i można szamać.

 

Wietnamskie gołąbki

 

W tym czasie zaczęliśmy podpływać ku portowi, z którego wypłynęliśmy. Uregulowaliśmy rachunki w barze za napoje, które kupiliśmy czyli Basi kawy i dowiedzieliśmy się od naszego dobrze zorganizowanego przewodnika, że nasz zamówiony kierowca czeka na nas w porcie. Wyglądało więc, że wszystko idzie zgodnie z planem i Tham wszystko pięknie poukładała.

 

TUTAJ video z zatoki Ha Long

 

Część osób zostawała na 3 dzień rejsu, jak nasi znajomi Anglicy, a ogromna większość wracała opłaconym autobusem z powrotem do Hanoi. W naszym przypadku nie miało to sensu, ponieważ mieliśmy lotnisko w niedalekim Hai Phong, z którego planowaliśmy odlecieć do Sajgonu czyli aktualnie Ho Chi Minh City. Gdy większość wraca tym samym mikrobusem, my mieliśmy opłaconą normalną osobówkę z kierowcą, który miał nas zawieźć na lotnisko.

 

W porcie nie mogliśmy się z tym kierowcą odnaleźć, pod telefonem nasz przewodnik, potem kapitan statku aż wreszcie doszliśmy do niego. Straszny buc, ani "dzień dobry" ani "pocałuj mnie w dupę". Zaczął rozmawiać z kapitanem i można było się domyślić, że gadają o pieniądzach. Kapitan gdzieś wydzwaniał i przekazał mu informację. Pan buc nie był zadowolony ale skinął na nas żeby iść.

 

Przeszliśmy przez terminal i na parkingu otworzył bagażnik żebyśmy mogli wrzucić plecaki. Potem wsiedliśmy z tyłu i facet ruszył. Nie umiał po angielsku zatem żadnej rozmowy nie było. Samochód to stary hyundai ale wygodny stąd mieliśmy nadzieję na spokojną podróż.

 

Jakość dróg nie była oszałamiająca więc trochę momentami trzęsło ale jechało się spokojnie. Wręcz nudno i monotonnie bo krajobrazy takie same ciągle. Pola ryżowe i wioski ze starymi zakładami przemysłowymi typu cementownia czy żwirownia.

 

Basia szybko odpłynęła, ja patrzyłem przez okno i czekałem aż wreszcie dojedziemy do Hai Phong. Na mapie wyglądało to na kawałek ale podróż się dłużyła. Na przedmieściach nasz szofer musiał się pytać ludzi o dojazd na lotnisko, bo znaków żadnych nie było.

 

Hai Phong to miasto w północnej części Wietnamu, w delcie Rzeki Czerwonej, nad Zatoką Tonkińską. Ma status miasta wydzielonego. Liczy prawie 800,000 mieszkańców. Jest to główny port morski Wietnamu i ośrodek przemysłowy. Także ośrodek przemysłu budowlanego (m.in. duża fabryka cementu i stali) i spożywczego (przetwórstwo rybne).

 

To stąd te wszystkie zakłady przemysłowe po drodze. W samym mieście rzucały się w oczy zachodnie reklamy ale coś było nie tak z nimi. Widać niby ogromny sklep Media Markt z charakterystycznym logiem i barwami ale przy dokładnym przyjrzeniu się widać, że jednak jest to Media Market. Za chwilę widzimy Soni, Panasonix i inne tego typu ciekawostki.

 

Szofer znalazł drogę na lotnisko. Wjechaliśmy na jego teren, sam zapłacił wjazd i wysadził nas pod terminalem. Jak się okazało w jego aucie została moja czapka. Wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem. Poza tym wszystko inne mieliśmy ze sobą i gościu odjechał.

 

Lotnisko jak w Radomiu. Krząta się nawet sporo ludzi ale samolotów jak na lekarstwo. Niby wyświetla się cała lista lotów, chyba z 10 lotów ale 9 z nich jest odwołana. Nie ma co się dziwić, skoro proponują ceny zaporowe. Jedyną latającą linią jest australijski Jetstar, na którego pokład kupiliśmy bilety. Niestety lekko się zaniepokoiłem gdy na ekranie nie było naszego lotu. Co prawda był jakiś do Sajgonu ale inny numer lotu i inna godzina. Zastanawialiśmy się czy to ten sam lot, czy jednak będą jakieś jaja z tym lotem.

 

Mieliśmy sporo czasu stąd trochę się nam nudziło. Ale śmiać się nam chciało z procedur jakie tu obowiązują. U nas w Europie 90% tych ludzi nigdy by na pokład nie weszło. Bagaż z jakim oni tam podróżują to ciężko by było wymyślić. Zwykłe pudła sklejone taśmą klejącą, pudła styropianowe, reklamówki i siatki z jedzeniem, sprzęt ogrodniczy i inne ciekawe rzeczy. Wszystko przyjmowali, nikt się nie czepiał żadnych wymiarów czy wagi.

 

Lotnisko w Hai Phong

 

Gdy mijał nasz czas na odprawę pojawił się napis z lotem do Sajgonu ale inną godziną i numerem lotu. Stwierdziliśmy, że to musi być ten lot, bo innego nie było. Stanęliśmy w kolejce ale ruszyła druga kolejka. Staliśmy chwilkę cierpliwie czekając aż ktoś się zjawi, za nami ustawili się ludzie ale po 10 minutach czekania zwątpiliśmy, że ktoś się nami zainteresuje.

 

Przeszliśmy do obsługiwanej kolejki i stanęliśmy grzecznie na jej końcu. Nie upłynęły może nawet 2 minuty, gdy nasza stara kolejka zaczęła być obsługiwana. Ale tutaj nastąpiło coś, czego się w ogóle nie spodziewaliśmy: podeszła do nas jedna ze stewardess i poprosiła nas z powrotem na początek naszej starej kolejki. Zapamiętano nas, że tak kwitliśmy dłuższy czas.

 

Gdy jednak zażądano od nas biletów na lot, a my ich nie posiadaliśmy, zaczęli dyskutować. Ostatecznie pozwolili nam wejść na pokład, bo oczywiście znaleźli nas w systemie. Uwolniliśmy się od bagaży i mogliśmy gdzieś iść.

 

Nie było tam zbyt dużo miejsc na przeczekanie. Dwie kawiarenko-sklepy podobne do naszych znanych z dworców pks w małych miejscowościach oraz jedna po drugiej stronie gdzie się skierowaliśmy. Było tam pusto ale mieli kawę więc postanowiliśmy posiedzieć chwilę. Byliśmy tam sami i gapiliśmy się na włączony telewizor. Do kawy pani nie dała żadnych słodyczy toteż postanowiłem coś kupić w tych pekaesowskich przybytkach. Niestety ceny zabijały, bo za zwyczajną tabliczkę czekolady żądali 135,000 dongów czyli 20zł. To chyba prawdziwy luksus tutaj.

 

Jeszcze tylko krótka toaleta, gdzie wietnamskie dziewczyny z podziwem patrzyły jak Basia zaplotła sobie samodzielnie warkoczyka, po czym mogliśmy przejść przez bramki. Tam za to stał kolejny ważny buc, tym razem w mundurze. Żadnego "proszę", "dziękuję", "dzień dobry", normalnie prawdziwa komuna. Zerknął na paszporty i mogliśmy iść dalej.

 

Zaczął się ostatni etap czekania. Na ekranie cały czas wyświetlana lista odwołanych lotów i informacja, że loty zostały odwołane z powodu pogody. Jakim cudem linie Jetstar mogą latać w taką pogodę, a inne nie? Totalny bezsens.

 

Kolejną godzinę oczekiwania spędziłem na wymianie SMSów z TT, który podał mi najważniejsze wyniki z Soczi, aż wreszcie wyłonił się nasz samolot, który przywiózł pasażerów z Sajgonu i teraz miał wracać z nami na pokładzie.

 

Procedury wejścia były tradycyjne. W samolocie okazało się, że jesteśmy jedynymi obcokrajowcami, choć samolot był wypełniony w 100%. Jak zwykle przed nami musiało być jakieś wrzeszczące dziecko ale generalnie nie było niespodzianek. Wystartowaliśmy o 18.05, zrobiło się już ciemno i teraz przed nami 2 godziny lotu na południe.

 

 

W czasie lotu Basia zamówiła kolejną kawę, co zaskoczyło stewarda, który ostrzegał nas, że trzeba będzie za nią zapłacić. Najwidoczniej nie był przyzwyczajony do zakupów na tej trasie. Ja zająłem się, tradycyjnie już, zapiskami i tak nam zleciał ten lot.

 

Ledwie samolot dotknął pasa startowego, wszyscy zaczęli myśleć już o swoich bagażach. To znane widoki z latania Ryanairem. Potem oczywiście, gdy samolot się zatrzymał pasażerowie natychmiast znaleźli się w pozycji stojącej i już wyciągali swoje bagaże z luków.

 

Stanęliśmy w pewnej odległości od terminala zatem konieczny był autobus. Upchali nas tam wszystkich i tak stojąc prawie na jednej nodze, przejechaliśmy kawałek po lotnisku. Dało się zauważyć, że ze wszystkich osób w całym autobusie moja głowa wystawała ponad wszystkie pozostałe, mimo że przecież nie jestem jakoś specjalnie wysoki.

 

W terminalu byliśmy trochę zagubieni, bo wyświetlały się sprzeczne wiadomości, co do naszych bagaży. Obstawialiśmy dwa pasy i czekaliśmy cierpliwie. Na zewnątrz było widać panów ładujących bagaże z wózków i wkrótce pojawiły się nasze plecaki.

 

Po odebraniu ich, udaliśmy się w kierunku wyjścia, jednak zostaliśmy zatrzymani przez ochronę i zażądano od nas kwitów na bagaż. Całe szczęście, że je mieliśmy jeszcze, bo często się je wyrzuca tuż po odbiorze bagaży, a tym razem służby lotniska zapragnęły je mieć.

 

Na zewnątrz kłębiły się tłumy oczekujące na swoich bliskich i zaczęliśmy od razu wątpić w to, że w tej masie ludzi będziemy w stanie odnaleźć naszą miejscową koleżankę o imieniu Letter. Pomni nieciekawej przygodny z Hanoi, przede wszystkim zastanawialiśmy się czy w ogóle po nas przyjdzie, tak jak obiecała.

 

Ale nie upłynęło nawet kilka minut gdy dostrzegliśmy uśmiechniętą dziewczynę trzymającą kartkę z naszymi imionami. Obok niej stał chłopak, czyli wszystko zgodnie z umową – miała nas odebrać swoim skuterkiem, pomimo moich obaw, że mamy duże plecaki. Wtedy właśnie obiecała, że będzie z nią jej kolega.

 

Porwali nas od razu w miasto. Było już ciemno ale strasznie gorąco. Zmiana pogody niesamowita. Wróciliśmy w strefę klimatyczną Bangkoku, bo było duszno i gorąco, choć godzina była już późna.

 

Otoczenie też jakby inne, bo ruch większy, kolorowe neony, ludzie żywsi, uśmiechnięci i lepiej ubrani. Po ulicach śmigają lepsze fury choć głównym środkiem transportu pozostał motorek. Nawet tutaj chyba jest ich więcej niż na północy. Po tym krótkim spotkaniu z Sajgonem, od razu stwierdziliśmy, że czujemy się jakbyśmy przylecieli do zupełnie innego kraju, a nie do jego południowej części.

 

Dotarliśmy do parkingu dla… skuterów. Nie wiem ile ich tam było zaparkowanych i jak można je odszukać ale były to raczej setki niż dziesiątki. W dodatku 99% wszystkich skuterków było marki Honda. Letter poleciła nam poczekać przy wyjeździe z parkingu i po upływie kilku chwil, zjawiła się wraz z kolegą już dosiadając swój skuterek.

 

Nadal czarno widziałem możliwość zapakowania się na te sprzęty z naszymi wielkimi plecakami i przez chwilę również dostrzegłem strach w oczach Letter ale jakoś trzeba było spróbować się zmieścić.

 

Ustaliliśmy, że dziewczyny jadą razem, a chłopaki razem. Wtedy okazało się, że Letter zapomniała jednego kasku. Mieliśmy 3 kaski na 4 osoby. Wypadło, że ja będę jechał bez kasku. Nasze duże plecaki postawiliśmy między nogami kierowców. Sięgały im do wysokości piersi, zapewne przeszkadzając w trzymaniu kierownicy i zastawiając zegary. My, czyli pasażerowie, usiedliśmy z tyłu, a na plecach mieliśmy małe plecaki. Byliśmy ogaceni w ciepłe ciuchy, tutaj był upał więc od razu upociliśmy się. Gdy ja siadłem za kolegą Letter, jego głowa ochraniana przez kask była umiejscowiona dokładnie pod moją żuchwą. Od razu widziałem, oczami wyobraźni, głęboką dziurę, w która wjeżdżamy i po wyjechaniu z niej, jego kask ląduje na mojej żuchwie, a moje zęby leżą kilkadziesiąt metrów dalej…

 

Sajgon – odbiór z lotniska

 

Letter nie robiła sobie z tych niedogodności zupełnie nic, ciągle się śmiała i ostatecznie zdołaliśmy ruszyć. Podobno jej dom znajdował się niedaleko zatem liczyłem na krótką przejażdżkę. Jednak zajęło nam to dużo więcej czasu niż przypuszczałem lub może po prostu tak mi się dłużyło.

 

Gdy wbiliśmy się w te tysiące rozpędzonych skuterków, poganianych przez samochody i autobusy, zrozumiałem, że możemy nie przeżyć tej podróży. Zmiana pasów ze skrajnego lewego na skrajny prawy przez 3 środkowe, wjeżdżanie między dwa autobusy, których kierowcy nie mogli nic widzieć w lusterku, ostre ruszanie aby zająć najlepszą pozycję na następnych światłach, mijanie się na skrzyżowaniach bez reguły objechania pozostałych tylko na skróty i rozpędzanie się na prostych odcinkach do 60km/h, a potem gwałtowne hamowanie spowodowało, że zrozumieliśmy jak to wszystko działa.

 

Przy takich manewrach, duży plecak od razu się przewrócił i oparł się na jednej z rąk kierowcy. Zdecydowanie bardzo mu to przeszkadzało ale nie miał zamiaru zatrzymywać się aby coś z tym zrobić. Najważniejsze było cisnąć dalej. Inną niebezpieczną stroną tej przejażdżki byli piesi, którzy próbowali przejść przez jezdnię. Omijaliśmy ich raz z przodu, raz z tyłu, inne skutery włączały się do ruchu nie zważając, że my jesteśmy na tej z pierwszeństwem.

 

Nagle się rozdzieliliśmy i straciłem Basię z oczu. Wjechaliśmy w jakieś wąskie jednokierunkowe uliczki, znów zakręciliśmy jakąś ścieżką, na skróty pod prąd i gazuuuuuuuuuu….. To była szaleńcza jazda. Nie wiedziałem czego się bać, czy tego, że zaraz ten plecak spadnie pod koła i się wypieprzymy, czy to że jakiś inny taki typek wyjedzie nam pod koła, zaczepi nas przy wyprzedzaniu i zaliczymy glebę, czy że mój kierowca ruszy spod świateł tak gwałtownie, że zjadę dupą na tył i on sobie pojedzie, a ja znajdę się pod kołami innego skuterka lub autobusu.

 

W końcu wjechaliśmy w jakąś wąską szczelinę i na luzie dolecieliśmy pod wejście do domu. To chyba tu. Mój kierowca nie mówił po angielsku dlatego w spokoju czekaliśmy na drugą załogę. Wreszcie dojechali. Wszystko więc skończyło się dobrze i mogliśmy się rozgościć w domu u Letter.

 

Prosto z ulicy wchodziło się do dużego salonu połączonego z kuchnią. Spotkaliśmy tam siostrę Letter z małymi dziećmi. Jeden z chłopczyków od razu zainteresował się naszymi plecakami i zaczął je otwierać. Mama interweniowała ale on był nieustępliwy i koniecznie chciał dobrać się do ich zawartości.

 

My też musieliśmy się do nich dobrać aby natychmiast pozbyć się tego, co mieliśmy na sobie. Wyszukaliśmy letnie ubrania, sandały i byliśmy gotowi na wypad, bo Letter zaproponowała wyjście ze znajomymi do knajpy. Mieliśmy popróbować lokalnych przysmaków i napić się zimnego piwa.

 

Tym razem dostałem kask ale jechałem z tym samym kierowcą. Jechaliśmy już spokojniej, wygodniej i krócej. Zatrzymaliśmy się na piaszczystym parkingu przed wejściem do knajpy. To była knajpa pod gołym niebem. Sporo ludzi tam siedziało i wyglądało to wszystko całkiem fajnie.

 

Czekało na nas dwóch chłopaków wobec tego w sumie była nas szóstka osób. Widać było, że miejscowi są lekko speszeni naszą obecnością ale staraliśmy się ich wyluzować i nie wydziwiać z niczym. Akceptowaliśmy ich pomysły i zachęcaliśmy aby to oni podejmowali decyzje. Zresztą nie mieliśmy pojęcia, co tam można było zjeść. Sprzeciwiliśmy się tylko wtedy gdy przynieśli nam kilka Heinekenów. Od razu poprosiliśmy o jakieś lokalne piwo, co bardzo ich zaskoczyło. Sądzili, że nie będziemy chcieli próbować mało znanych marek, a tu zaskoczenie.

 

Trochę się obawiałem czy możemy ryzykować picie tego piwa z lodem jak serwowali. Obawa dotyczyła wody, z której ten lód zrobiono. Na stoliku była wielka bryła lodu, z której mieliśmy sobie odłupywać kawałki lodu i zalewać to piwem. No cóż, nie chcieliśmy świrować i stawiać ich w krępującej sytuacji i dlatego zaryzykowaliśmy.

 

Jeśli chodzi o jedzenie, to Letter zaczęła od niespodzianki. Dała nam jakieś zawiniątko w grubym liściu. Gdy spytałem czy liść jest jadalny, wybuchnęła śmiechem, tak jak i pozostali. Aha, walnąłem gafę… W zawiniątku było coś do jedzenia ale nie wiedzieliśmy co to jest.

 

Sajgon - impreza

 

Potem zaczęto wnosić dziesiątki produktów. Czyli tak samo jak na północy, małe ilości ale niezliczone rodzaje potraw. Był ubaw ze mnie, bo znów mordowałem się pałeczkami. A jedliśmy rzeczy zimne i ciepłe, była zupa gotowana na mikro-palenisku, które ustawiliśmy na stoliku. Potem to służyło jako grill. Fajna rzecz i można to by było przenieść do naszych ogródków piwnych.

 

Sajgon - impreza

 

Non-stop donoszono jakieś jedzenie, zupełnie straciliśmy rachubę w tym co jedliśmy i co jeszcze będzie na stole. Podobno nawet jedliśmy uszy świni, które służą tam jako czipsy bo są chrupiące. Wszystko to zalewaliśmy litrami piwska, bo wchodziło pięknie przy takim upale.

 

Sajgon - impreza

 

Gdy Basia chciała iść do WC, zrobiło się zamieszanie i ustalili po wietnamsku, że nie wolno jej tam puścić. Zaproponowali żeby poszła do domu jednego z tych chłopaków. Mieszkał niedaleko więc nie minęło dużo czasu gdy zjawili się z powrotem.

 

Były potem wspólne zdjęcia, a chłopaki trochę bardziej się ośmielili i próbowali klecić zdania po angielsku. Do tej pory tylko Letter posługiwała się angielskim i często nam tłumaczyła, co chłopaki mówią.

 

Sajgon - impreza

 

Impreza była bardzo udana. Mili ludzie, fajny lokal, dobre jedzenie, dużo piwa i atmosfera luzu. Zero napięcia, głównie dzięki bardzo sympatycznej Letter. Ona cały czas nieustannie się śmiała i dlatego nie tworzyły się żadne krępujące sytuacje. Była bardzo pozytywnie nastawiona do nas.

 

W końcu trzeba było zapłacić. Poprosiliśmy ją aby nam pokazała najbliższy bankomat, bo nie mieliśmy pojęcia ile to wszystko tu kosztuje. W dodatku te ich miliony powodowały, że łatwo się pomylić stąd woleliśmy zabezpieczyć się przed niemiłą niespodzianką. Ale niestety nie było mowy abyśmy my płacili. Uparła się, że ona stawia i nie chciała słyszeć o tym byśmy płacili. Po krótkim przekomarzaniu się o to, kto powinien zapłacić, ustaliliśmy że jutro powtórzymy tę imprezę i wszystko będzie na nasz koszt.

 

Mogliśmy wracać. Mój kierowca nie pił, wobec tego byłem spokojny, że wszystko jest OK ale Letter dziabnęła kilka piwek więc trochę obaw było. Na szczęście ruch się zmniejszył i jechaliśmy już powoli i bocznymi uliczkami dlatego ryzyko było niewielkie. Do domu wróciliśmy koło północy.

 

W salonie stały już 3 skutery, Letter wepchnęła swój i zamknęła drzwi i opuściła kraty. Wyciągnęła łóżko polowe, z sofy zrobiło się drugie łóżko i tutaj mieliśmy spędzić te kilka godzin. Mało snu przed nami, bo o 7.00 mamy być w biurze podróży w centrum, a do centrum jedzie się przynajmniej godzinę. Dlatego ustaliliśmy, że wstajemy o 5.00. Niestety Letter też musiała wstać aby nas wypuścić z domu i zaprowadzić na przystanek. Zdążyła jeszcze napisać nam po wietnamsku nazwę przystanku gdzie mamy wysiąść i poszła na górę spać.

 

My wykonaliśmy szybką toaletę w malutkiej łazience tuż za kuchnią i spróbowaliśmy zasnąć pomimo upału i faktu, że wyglądałem jak Możdżonek z wystającymi nogami od łydek w dół poza łóżko. Wygodne to nie było ale byliśmy już zmęczeni więc z zaśnięciem nie było problemów. Mieliśmy nadzieję, że nie zaśpimy. Nastawiliśmy dwa budziki.

 

Dzień 8: nocleg (A) – jaskinia (B) – port (C) =  13km

 

Dzień 8: port (A) – Hai Phong lotnisko (B) =  67km

 

Dzień 8: Hai Phong - Sajgon =  1107km

 

Dzień 8: Sajgon lotnisko (A) – nocleg (B) =  7km

 

Dzień 9 - 19 lutego 2014 - środa

 

 NA WIETNAMSKIEJ PROWINCJI

 

Budziki na szczęście na zawiodły i o 5.00 już byliśmy na nogach. Trochę się martwiłem, że może Letter nie wstanie i wtedy byłby kłopot, bo wyjście zaryglowane 4 motorami i kratą zamykaną na kłódkę. Ale dziewczyna wstała i choć na pewno nie planowała tak wczesnej pobudki, była od razu uśmiechnięta i gotowa do pomocy.

 

Po szybkim ogarnięciu się, zaprowadziła nas na przystanek skąd mieliśmy złapać autobus #3 do centrum. Miał jechać ok. 45 minut i wysiąść mieliśmy w pobliżu biura podróży gdzie byliśmy umówieni z przewodnikiem.

 

Letter dała nam dokładne instrukcje, nawet napisała po wietnamsku kartkę z prośbą żeby nas wysadzili w odpowiednim miejscu. Na przystanek dotarliśmy szybko ale była to wczesna pora dlatego sporo ludzi czekało na autobus. Do pierwszego, który podjechał zdołała wejść tylko Basia więc szybko wyskoczyła żebyśmy się nie rozdzielili. Poczekaliśmy jeszcze chwilkę i do drugiego już udało się nam wejść. Kupiliśmy bilety i oczywiście stojąc w tłoku, jechaliśmy z młodzieżą szkolną i ludźmi udającymi się do pracy. Podczas jazdy, zrobiło się jasno i gdy wysiedliśmy o 6.35 w samym centrum miasta, było już cieplutko, a słońce zaczynało mocno przygrzewać.

 

 

Teraz trzeba było szybko zlokalizować ulicę gdzie znajdowało się nasze biuro. Staliśmy przy dużym rondzie i parku i zastanawialiśmy się, w którą stronę iść. Próbowaliśmy ogarnąć mapę, którą dostaliśmy od Letter ale zdecydowaliśmy się zapytać kogoś. Zaczepiliśmy dwóch młodych chłopaków ale choć wskazali nam kierunek, nie do końca byliśmy przekonani czy oni są. Naczytałem się o Azjatach, którzy wolą skłamać niż przyznać się do niewiedzy.

 

Sajgon - centrum

 

Ale w końcu musieliśmy ruszyć w jakąś stronę i poszliśmy przez park, w którym już o tak wczesnej porze, sporo ludzi uprawiało jakieś sporty. Część klasyczną poranną gimnastykę, inni grali w kometkę, zośkę oraz oczywiście byli też biegacze.

 

Nic nie jedliśmy wobec tego chcieliśmy coś szybko przekąsić, bo umówieni byliśmy na 7.00 zatem mieliśmy raptem 15 minut, w dodatku musieliśmy znaleźć nasze biuro. Zauważyliśmy reklamę McDonalda ale to tylko reklama, a nie lokal. Dlatego szybka decyzja, że kupujemy jakieś owoce i słodycze żeby zabić poranny głód. Wstąpiliśmy do spożywczaka i kupiliśmy sporo bananów i jakieś krakersy. Basia szukała kawy ale lokal, który znajdował się obok, jeszcze był zamknięty, choć już szykowali go do otwarcia.

 

Szliśmy więc dalej, przebijając się przez tłumy na chodniku. Na jednym ze skrzyżowań nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom, gdy ujrzeliśmy tę chmarę motorków i chaos jaki się wyłaniał gdy zmieniały się światła. Wyglądało to niczym wielka krowa otoczona przez chmary much lub komarów, gdzie krową był pojedynczy autobus, a owadami wszechobecne komarki i skuterki.

 

Sajgon - centrum

 

Na szczęście potwierdziło się, że idziemy w dobrą stronę. Jednak dość szybko zaczęliśmy mieć wątpliwości, bo numeracja strasznie dziwnie się zachowywała. Nagle brakowało kilkunastu numerów, w tym oczywiście naszych.

 

Przeszliśmy naszą ulicę dwa razy i nie mogliśmy znaleźć naszego numeru. Weszliśmy w bok, sądząc, że to tutaj schowały się brakujące budynki ale tam odnaleźliśmy tylko część zaginionych. Wreszcie spytaliśmy jednego z kelnerów i powiedział, że trzeba wrócić i na rogu znajdziemy nasze biuro.

 

Gdy tam poszliśmy i zauważyliśmy napis, podeszła do nas jakaś babka z pytaniem czy my to my. Na zegarku była 6:59 więc wymierzyliśmy czas idealnie. Pani poinformowała nas, że wszystko jest gotowe i na nas czekają. Przedstawiła nam przewodnika i kierowcę. Jak się okazało, wykupiłem prywatną przejażdżkę. Basia zdążyła jeszcze poprosić Panią o wskazanie miejsca gdzie można kupić sobie kawę na wynos. Bez tego nie można przecież nic zrobić.

 

Gdy Basia wróciła byliśmy gotowi na wyjazd. Nasz przewodnik, były nauczyciel angielskiego, to młody facet, bardzo miły i jak się później okazało kompetentny w tym co robi. Absolutnie nie był nachalny za to skromny. Od razu zaproponował nam wodę, którą zakupił specjalnie dla nas i objaśnił, że najpierw jedziemy w kierunku Delty Mekongu.

 

Delta Mekongu to rejon ujścia Mekongu do Morza Południowochińskiego. Jest to druga pod względem wielkości delta Azji. Mekong to czwarta rzeka w Azji, a dziewiąta na świecie pod względem długości. Przepływa przez Chiny (ma źródła w górach Tangla na Wyżynie Tybetańskiej), Laos, Kambodżę oraz Wietnam. Długość delty liczy 270 km, a jej ujście obejmuje 600 km wybrzeża. Mekong dzieli się tutaj aż na 9 odnóg.

 

Najpierw jednak musieliśmy wyjechać z miasta. Nasz przewodnik zaczął nam opowiadać ciekawostki na temat mijanych rzeczy. Dowiedzieliśmy się, że w mieście mieszka 9 milionów ludzi i jest 4 miliony skuterów. Pokazywał nam mieszkania w ciekawej dzielnicy, podając cenę w wysokości $150,000. Mówił, że ludzie nadal używają starej nazwy "Sajgon" zamiast oficjalnego "Ho Chi Minh" oraz że do 2018 miasto ma mieć metro.

 

W tym czasie zdążyliśmy się już znaleźć na obrzeżach miasta, bo wyjazd z miasta był łatwy, choć po drugiej stronie oczywiście obserwowaliśmy ogromne korki. Ludzie dojeżdżali do pracy z przedmieść. Pogoda była piękna, słońce już mocno grzało jednak my mieliśmy klimatyzowane auto dlatego nie odczuwaliśmy dyskomfortu.

 

Czas jazdy miał wynieść ponad 2 godziny ale po godzinie mieliśmy mieć chwilę przerwy. Droga była bardzo dobrej jakości i cały czas nie mogliśmy przestać się dziwić jak różne oblicza ma Wietnam północny i południowy. Na północy głęboka komuna z elementami nowoczesności, a przez pogodę dodatkowo szara i przygnębiająca, na południu za to, mnóstwo uśmiechniętych ludzi poruszających się nowoczesnymi samochodami po świetnych drogach. Jedyną cechą wspólną jaką udało się nam zauważyć były skutery i brak zasad ruchu drogowego dla nich.

 

Po godzinie zatrzymaliśmy się w przepięknie położonej restauracji. Dali nam 15 minut na toaletę, kawę lub coś innego do zjedzenia/kupienia. Jednak ceny były kosmiczne. Skorzystaliśmy tylko z WC i przespacerowaliśmy się po obiekcie. Wtedy też zadzwoniła do nas Letter. Dała nam swój telefon abyśmy mogli po powrocie umówić się z nią w mieście. Spytała czy wszystko u nas OK i ustaliliśmy, że spotkamy się w centrum po naszym powrocie.

 

W drodze do Delty Mekongu

 

Ruszyliśmy dalej, mijając jakieś miasteczka mniejsze i większe ale nigdzie się nie zatrzymywaliśmy. Na drodze jakby więcej samochodów ale wreszcie dojechaliśmy do portu. Gdy wysiedliśmy z samochodu, od razu poczuliśmy skwar lejący się z nieba. Nasz opiekun poszedł coś załatwić, kierowca został na pustym parkingu, a my poszliśmy nad brzeg. Przed nami Mekong.

 

Podpłynęła łódka, na którą wsiedliśmy tylko my, choć miejsca było dla co najmniej kilkunastu osób. Dowiedzieliśmy się o 9 odnogach Mekongu, zauważyliśmy wyspy, z których każda ma swoją nazwę i swoich mieszkańców. W oddali widać było nowoczesny most, a po rzece pływały barki i pogłębiarki oraz mnóstwo łodzi rybackich. Podobno wody w rzece ubywa, bo Chińczycy budują jakąś tamę i może to grozić przykrymi skutkami dla gospodarki Wietnamu i Kambodży.

 

Delta Mekongu

 

Płynęliśmy wszerz rzeki, w kierunku jednej z wysp. Podróż zajęła nam kilka minut, pomimo że łódź była zaopatrzona w silnik. Przyjemny chłodny wiatr obmywał nam twarze, od słońca byliśmy osłonięci dachem. Mijaliśmy też kłęby trawy, czy liści unoszących się na wodzie. Jak nam wytłumaczył nasz przewodnik, były one wykorzystywane przez żołnierzy w czasie wojny wietnamskiej, gdy pływali pod tymi zwojami roślinności, nie będąc podejrzanymi o przemieszczanie się. Oddychali przez słomki. Narzekał też na poziom wody, utrudniający życie rybakom, spowodowany przez tę tamę, którą budują Chińczycy.

 

Po dopłynięciu na pierwszą wyspę, skierowaliśmy się do miłego, zacienionego miejsca gdzie przywitała nas para miejscowych. Najpierw pokazano nam ule i pewien specjalny gatunek pszczół. Nawet mogłem sobie potrzymać jedną z części ula.

 

Delta Mekongu

 

To był wstęp do zaproponowania nam specjałów zrobionych z tego miodu. Na stole wylądowały słodycze i różne miody. Oczywiście wszystko w celu abyśmy coś kupili. Poczęstowano nas też herbatką z miodem i tymi słodyczami. Cena nie była wysoka wobec tego kupiłem paczkę cukierków.

 

Po wypiciu herbaty, poszliśmy dalej. Oprócz nas, nikogo z turystów nie było, a to dlatego że przyjechaliśmy dużo wcześniej od nich. Zazwyczaj wycieczki z Sajgonu do Delty Mekongu nie są łączone z tunelami, tak jak my to zrobiliśmy, więc rozpoczynają się o 9.00 w Sajgonie, kiedy my już tu byliśmy. To kolejna zaleta naszego wyboru.

 

Dostałem zlecenie na zakup pałeczek do jedzenia zatem przy stoiskach z tradycyjnymi duperelami, wypatrzyłem kilka egzemplarzy. Przewodnik doradził mi, które wziąć, z jakiego drzewa są dobre i ostatecznie kupiłem całą paczkę za $1.

 

Nasz przewodnik opowiadał nam sporo o roślinach, które mijaliśmy. Na pewno były inne od tego, co zazwyczaj widujemy ale nie było tam jakichś specyficznych, rzucających się w oczy. Uwagę naszą przykuwały owoce. W tropikach ludzie nie jedzą tylko bananów i pomarańczy. Wiele jest takich, których nazwy nic nam nie mówią.

 

Delta Mekongu

 

Kolejnym przystankiem był zespół muzyczny, który wykonał specjalnie dla nas kilka piosenek. W tym czasie poczęstowano nas właśnie owymi miejscowymi owocami. Dostaliśmy instrukcje jak je jeść i nazwy tych owoców, które oczywiście nic nam nie mówiły, a w tym czasie słuchaliśmy ludowych pieśni i patrzyliśmy na dziwne instrumenty, na których przygrywali. Hitem jednak była jedna z dziewcząt, która miała włosy do samej ziemi. Musiały mieć ze 160cm długości.

 

Delta Mekongu

 

Po uiszczeniu opłaty za wysłuchany koncert, przeszliśmy kawałek dalej, do jakby kanału, gdzie czekały już kajaki. Dostaliśmy wietnamskie kapelusze, załadowano nas na jeden z tych kajaków i ruszyliśmy wąskim przesmykiem przez dżunglę. Czułem się jak w jednym z tych amerykańskich filmów wojennych o wojnie w Wietnamie. Po obu stronach była gęsta dżungla, woda zmącona i Wietnamka w swoim trójkątnym kapeluszu wiosłowała siedząc z przodu.

 

Delta Mekongu

 

Rejs trwał może 10 minut i wypłynęliśmy na pełny Mekong, do przystani. Trzeba było zapłacić $1 pani, która nas przewiozła i mogliśmy zmienić kajak na naszą łódkę. Tam dostaliśmy kokosy ze słomką, które już poznaliśmy w Brazylii i szybko przenieśliśmy się na kolejną wyspę.

 

Delta Mekongu

 

Zaczęło się od fabryki kokosów. Widzieliśmy całą produkcję, co się robi z każdej części kokosa aż po ostateczny efekt w postaci wiórków czy słodyczy. Tuż obok było stanowisko z alkoholami i tam mogliśmy spróbować dziwnych nalewek. Dziwne, bo robione ze zwierząt. Były więc wódki ze skorpionów czy węży, której spróbowaliśmy. Nic specjalnego, pali jak każda wóda.

 

Delta Mekongu

 

W dalszej kolejności, pomimo naszej niechęci do takich przejażdżek, załadował nas nasz przewodnik na furmankę i przejechaliśmy się kawałek po wiosce. Ciągnął to biedny osiołek dlatego trochę z niesmakiem odpaliłem dolę woźnicy. Zdecydowanie wolelibyśmy przejść się po wiosce pieszo.

 

Zawiózł nas jednak w miejsce gdzie przygotowano dla nas lunch. W miejscu przypominającym ogromny ogródek piwny, zasiedliśmy do naprawdę suto zastawionego stołu. Mieliśmy swój osobisty stolik, pozostałe z racji wczesnej pory dnia, były jeszcze puste. Kelnerki naznosiły sporo jedzenia, przytargały też wentylator żeby nam się miło w chłodzie jadło, postawiły strasznie wyglądającą rybę, znanego nam już mini-grilla z gotującą się zupą i wiele innych miejscowych potraw. Jedynie napoje były klasyczne: cola, sprite czy fanta, za które trzeba było osobno zapłacić. Spędziliśmy tam miło czas, jedzenie było dobre, było chłodno i byliśmy gotowi do kolejnych atrakcji dnia.

 

Delta Mekongu

 

Wróciliśmy na łódkę i popłynęliśmy w kierunku portu. Nasz przewodnik przypomniał nam, że mamy zapłacić sternikowi $2 za fatygę. W porcie czekał na nas nasz kierowca i po chwili byliśmy w drodze do tuneli.

 

TUTAJ video z Delty Mekongu

 

Tunele Củ Chi to system tuneli, znajdujący się 70 km na północny zachód od Sajgonu w Wietnamie. Pierwotna długość tych tuneli sięgała ponad 200 km, ale do dziś zachowało się tylko 120 km. Tunele zostały wybudowane przez Wietkong podczas wojny w Wietnamie. W tunelach znajdowały się szpitale, kuchnie, sypialnie, sale konferencyjne i arsenały. W 1968 roku Wietkong zaatakował Sajgon z tych właśnie tuneli. Dzisiaj tunele Củ Chi to miejsce wędrówek turystów.

 

Zanim dojechaliśmy w to miejsce, usłyszeliśmy skróconą wersję historii Wietnamu. Potem podczas jazdy autostradą trochę nas zmulił sen. Mijaliśmy połacie pól ryżowych dlatego zachęceni widokiem, poprosiliśmy aby się gdzieś zatrzymali żebyśmy mogli z bliska zobaczyć jak rośnie ryż. Obiecali, że w drodze powrotnej to zrobią.

 

Po dwóch godzinach dojechaliśmy do celu. Zalesione miejsce ze sporym parkingiem już czekało na nas. Nasz przewodnik ruszył po bilety i po ich skasowaniu zabrał je nam do rozliczenia. Szliśmy długim przejściem podziemnym aż wreszcie wyszliśmy w lesie. Tam skierowaliśmy się do baraku, w którym trwał wykład na temat tuneli i wojny. Były mapy, schematy tuneli i zdjęcia.

 

Potem poszliśmy w las. Najpierw stanęliśmy przed ukrytym wejściem do tuneli. Oczywiście każdy chciał się spróbować z tym wejściem i pozowaliśmy do zdjęć udając, że tam wchodzimy. Trzeba przyznać, że tam naprawdę ciasno.

 

Tunele Cu Chi

 

Dalej pokazywał nam system wentylacyjny, w który Amerykanie wpuszczali gaz. Widzieliśmy autentyczny czołg, spalony przez Wietnamczyków oraz miejsce gdzie tworzyli buty. Co interesujące, to buty robili z opon i zakładało się je tył na przód aby zmylić kierunek chodzenia przez odbite ślady.

 

Cała seria tworzonych pułapek na piechotę to kolejny przystanek w lesie. Trzeba przyznać, że były bardzo wymyślne ale kiedy człowiek sobie uświadomi jak czuli się ci, którzy w nie wpadali to dreszcz przechodził po plecach.

 

Tunele Cu Chi - pułapki

 

W końcu znaleźliśmy się w miejscu gdzie mogliśmy wreszcie przejść się tymi tunelami. Podobno poszerzono je specjalnie dla turystów, a i to były całkiem niskie. Zaproponowano nam trasę o długości 20m, 40m lub 60m. Wprowadził nas tam człowiek z obsługi i prowadząc nas, robił nam zdjęcia. Basia szła pierwsza zatem to ona zdecydowała, że wyszliśmy po 40m. Trzeba nie lada wyobraźni żeby sobie uzmysłowić co ci ludzie musieli czuć żyjąc tak przez 21 lat.

 

Tunele Cu Chi

 

W dalszej części wycieczki była możliwość postrzelania z AK-47 ale trzeba było dodatkowo płacić ale nas niespecjalnie to interesowało. Bardzo to ucieszyło naszego przewodnika, bo jak powiedział nie przepada za tą częścią wycieczki. Tak jak i następną, do której próbował nas zniechęcić, ponieważ było mu trochę wstyd. Chodziło o film propagandowy na temat wojny i tuneli.

 

Już wcześniej czytałem bardzo niepochlebne recenzje tego filmu ale z ciekawości postanowiliśmy trochę popatrzeć. Zanim tam poszliśmy, dostaliśmy jeszcze typowy posiłek ludzi z tuneli czyli słodkie ziemniaki czy coś podobnego. Była okazja zadać parę pytań na temat wojny i życia w tunelach, bo nie mieściło się nam w głowach, że to wszystko naprawdę się wydarzyło.

 

Potem poszliśmy do baraku gdzie wyświetlali ten film ale po kilku minutach zrezygnowaliśmy bo nawet dziecko by zrozumiało, że coś tu nie halo z tym przekazem. Aż tak jednostronnego komentarza się nie spodziewaliśmy. Nie ma co się dziwić, że nasz przewodnik odradzał nam oglądanie tego czegoś.

 

Byliśmy gotowi na powrót do Sajgonu. Na parkingu czekał kierowca wobec tego od razu wsiedliśmy do auta i skierowaliśmy się do miasta. Po drodze przypomnieliśmy naszemu przewodnikowi o przystanku w polu i za chwilę znaleźli fajne miejsce na przystanek. Wyszliśmy na pole i mogliśmy z bliska zobaczyć jak naprawdę rośnie ryż. Byliśmy mocno zaskoczeni widząc, że jest to praktycznie identyczny widok jak pole pszenicy czy żyta w Polsce. Uzyskaliśmy dokładne objaśnienie jak zmienia się ta roślina, jak się ja zbiera i spokojnie można powiedzieć, że nie jest to zbytnio różne od naszych zbóż. Ten ryż, który oglądaliśmy był na początku swojego cyklu dlatego jeszcze trzeba by było poczekać żeby móc zorientować się, że to ryż.

 

Pole ryżowe

 

Dojazd do miasta się przeciągał bo były straszne korki. Musieliśmy się przebijać przez nie, a musieliśmy dojechać do samego centrum. Wreszcie jednak dojechaliśmy w znane nam miejsce, w pobliżu biura gdzie startowaliśmy i mogliśmy jeszcze gdzieś iść gdyż nie było ciemno. Pożegnaliśmy naszą ekipę, z której byliśmy zadowoleni i w ogóle byliśmy zadowoleni, że zrobiliśmy dwie imprezy w jeden dzień. Zazwyczaj ludzie dzielą te dwie wycieczki na dwa dni, co jak widzę nie jest konieczne.

 

 

TUTAJ video z tuneli Cu Chi

 

Teraz tylko musimy się spotkać z Letter, która jeszcze jest w pracy i zgodnie z wczorajszą umową mamy gdzieś iść na kolację. Mieliśmy jednak do umówionego czasu, ponad dwie wolne godziny wobec tego korzystając z braku ciemności zaproponowałem żebyśmy poszli obejrzeć Reunification Palace czyli Pałac Niepodległości znany również jako Pałac Zjednoczenia. Było to miejsce pracy Prezydenta Południowego Wietnamu podczas wojny w Wietnamie. W dniu 30 kwietnia 1975 roku, Armia Wietnamu Północnego wjechała przez bramy czołgami aby chwilę później Południowy Wietnam podpisał akt kapitulacji.

 

Nie było to daleko od miejsca gdzie się znajdowaliśmy ale ciężko się nam szło. Było sporo ludzi no i mieliśmy problem z nazwami ulic. Przeszliśmy obok targu, z którego unosił się charakterystyczny smród znanego nam już owocu, a Basia wypatrzyła tam stoisko z kawą. Chciała sobie jakąś wziąć do domu ale cena 300.000 za 0.5 kilo wydała się nam dość wysoka.

 

Nie mieliśmy już gotówki dlatego musieliśmy znaleźć bankomat. Niestety wszystkie bankomaty odrzucały nasze karty. Trochę się tym zaniepokoiliśmy lecz po drodze znaleźliśmy Starbucksa i Basia poszła kupić kawę celem zapłacenia za nią kartą. Karta zadziałała toteż uspokoiliśmy się. Po prostu musieliśmy znaleźć inny bankomat.

 

Zaczęliśmy jednak krążyć w poszukiwaniu tego pałacu. Błądziliśmy trochę, zaczęło robić się ciemno i znaleźliśmy jakiś ogromny budynek ale wejście było zamknięte i otoczone płotem oraz drzewami. Przez drzewa widać było coś w rodzaju ogromnego pałacu ale nie mogliśmy tego potwierdzić. Idąc w kierunku centrum natrafiliśmy na inny budynek, który był jednak opuszczony i też się zastanawialiśmy czy czasem to nie jest ten obiekt.

 

Po drodze znaleźliśmy wreszcie działający bankomat i mogliśmy postarać się zakupić jakieś jedzenie, bo byliśmy już bardzo głodni. Wcześniej na skrzyżowaniu dostrzegliśmy miejscowego fast-fooda i tam skierowaliśmy nasze kroki. Tak w rzeczywistości to było to świetne miejsce zbiórki.

 

Lotteria - to sieć restauracji typu fast-food w Azji Wschodniej, która wyrosła z jej pierwszego lokalu w Seulu, w Korei Południowej w październiku 1979 roku. Biorąc swoją nazwę od jej spółki dominującej, Lotte, ma obecnie oddziały w Japonii, Chinach, na Tajwanie, Korei, Indonezji, Wietnamie i Birmie. Jej menu obejmuje typowe elementy fast-food, takie jak hamburgery, smażone ziemniaki, smażone kurczaki, skrzydełka z kurczaka i paluszki z kurczaka.

 

Lokal w Sajgonie, do którego zmierzaliśmy mieścił się na dużym skrzyżowaniu, w dodatku na piętrze skąd mogliśmy obserwować tych wszystkich krejzoli na skuterkach jak sobie generalnie robili jaja z przepisów na tym skrzyżowaniu. Był tam też internet, niestety tylko w jednym komputerze wobec tego musieliśmy się dzielić czasem.

 

Wreszcie rozbrzmiał telefon. Dzwoniła Letter. Odebrałem na pewniaka, tak jak już to zrobiłem rano ale tym razem za cholerę nie mogłem jej zrozumieć. Byliśmy w knajpie więc był harmider, w dodatku grała muzyka ale mimo wszystko powinienem ją zrozumieć. Niestety nie zrozumiałem nic. W panice oddałem telefon Basi w nadziei, że sobie poradzi ale efekt był taki sam. Nic nie mogła wyciągnąć z tego co Letter mówiła. Stanęło na tym, że miała nam wysłać SMSa.

 

Gdy chwilę później przyszła wiadomość, my nie potrafiliśmy jej odczytać. To był telefon Blueberry i oboje głowiliśmy się co wcisnąć żeby pojawił się tekst. Nie dało się tego zrobić żadnym klawiszem. Byłem tak już zdesperowany, iż chciałem poprosić jakiegoś nastolatka żeby to dla mnie zrobił. W tym czasie zdenerwowana już chyba Letter, ponownie zadzwoniła zapewne z pytaniem, o co nam chodzi. Po odebraniu sytuacja się nie zmieniła i nadal nie mogłem nic zrozumieć. Powiedziałem już tylko, że idziemy nie wiedząc czy trafię w treść SMSa.

 

Kilka sekund później znalazłem jakiś przycisk z boku telefonu, który wyświetlił treść i dowiedzieliśmy się, że czeka na nas pod naszym biurem skąd startowaliśmy dziś rano, a przyjść nie może do nas, bo nie ma jak zostawić swojego motorka.

 

Ruszyliśmy ostro z kopyta pod to biuro, które na szczęście znajdowało się niedaleko i za moment zobaczyliśmy Letter. Na szczęście była jak zwykle uśmiechnięta od ucha do ucha i przyjęła nasze wytłumaczenia bezproblemowo. Przy okazji spotkaliśmy panią z biura, która nie omieszkała zapytać nas jak nam się podobała wycieczka. Ucieszyła się, że byliśmy zadowoleni.

 

Teraz trzeba było ustalić plan działania. Przede wszystkim Letter musiała odstawić swój motorek na parking, który znajdował się za wielkim skrzyżowaniem. Zaproponowała, że nas weźmie oboje i przejedziemy ten kawałek ale nie bardzo mi się to widziało. Mogłem spaść i na pewno ktoś by po mnie przejechał w takim ruchu.

 

Stanęło na tym, że zagadała z jakimś gozdkiem na motorku, który zgodził się zawieźć mnie tam za $1. Basia pojechała z Letter. Przejażdżka trwała może dwie minuty i Letter mogła odstawić swój motorek na parking. Byliśmy wolni i mogliśmy ruszyć w miasto.

 

Zaczęło się od pytania Basi a propos kawy. Od razu stwierdziła, że ta propozycja na rynku to szajs i zaprowadziła nas do specjalnego sklepu z kawą. Tam obsługiwał nas człowiek, który nie wiedzieliśmy czy jest kobietą czy mężczyzną ale za to świetnie mówił po angielsku. Wybór był dość spory i ciężko się było zdecydować. Dyskusję prowadziła główna zainteresowana, my się tylko przyglądaliśmy. Ale fakt był taki, że ceny tutaj były o połowę niższe niż to, co nam zaproponowała babka na targu.

 

Gdy Basia już zdecydowała się na konkretny gatunek, nasz łaskawca wrzucił ja do wielkiego młynka i zmielił. Basia zapomniała mu powiedzieć, że chce ja w ziarnach. Na szczęście nie było problemu aby dostać ekwiwalent tej zmielonej w ziarnach. Dostaliśmy 0.5kg za 150.000. Wreszcie mogliśmy stamtąd wyjść. Zakupy zrobione.

 

Teraz przyszedł czas na kolację. Letter miała upatrzoną knajpę, z której korzystała w czasie studiów. Zaczęliśmy jej szukać i wyszło, że albo pomyliła ulice albo ją zlikwidowali. Letter pytała hostessy stojące na chodniku ale nic z tego nie wyszło. Prawdopodobnie już tej restauracji nie było.

 

W takim razie zaprowadziła nas do innej. Przy wejściu stał biały koń, w środku wystrój z klasy wyższej i zdecydowaliśmy się zjeść na zewnątrz. Co prawda przeszkadzał nam hałas samochodów ale był przyjemny ciepły wieczór zatem ta opcja wydała się nam lepsza.

 

Niestety żaden z wczorajszych przyjaciół się nie pojawił. Wykręcili się obowiązkami więc mieliśmy spędzić ten wieczór z samą Letter. Gdy wjechała karta dań, wybraliśmy po dwie potrawy i gdy skończyliśmy Letter zaczęła szaleć w wietnamskim stylu. Zamówiła chyba z 10 dodatkowych rzeczy, które nam donosili. Zapomnieliśmy znów, że tutaj jedzą trochę inaczej i zamawiają kilkanaście dań, a nie tak jak my dwie, trzy rzeczy.

 

Sajgon - centrum

 

Stół był zastawiony wieloma talerzami ale znów wszystko było dobre, choć nie wszystko potrafiliśmy zidentyfikować. Miło trwał ten wieczór, Letter znów pokazała, że jest bardzo sympatyczną i ciągle uśmiechniętą dziewczyną. Dodatkowo dzisiaj mieliśmy okazję zobaczyć ją w trochę innym ubiorze, na galowo można rzec. Oczywiście wszyscy najedliśmy się do syta. Rachunek uregulowaliśmy oczywiście my. Wyszło pół miliona dongów.

 

Wreszcie nadszedł czas powrotu do domu. Nie było wyjścia i musieliśmy pojechać taksówką. Letter zamówiła przez telefon jakąś sobie znaną korporację i najpierw podjechaliśmy po jej motorek, a potem już sami do domu. Naturalnie byliśmy pierwsi, zapłaciliśmy 200.000 ale długo nie czekaliśmy na nią i wkrótce wszyscy znaleźliśmy się w dużym pokoju z 4 motorkami i tym krótkim łóżkiem polowym dla mnie.

 

Zaczęliśmy pakowanie, popodłączaliśmy wszystkie sprzęty aby naładować baterie na maksa i nastawiliśmy budziki znów na 5.00 rano. Umówiliśmy się z Letter, że biedna znów jutro wstanie z nami aby nas wypuścić i zamówić nam taksówkę do centrum. Zmęczeni po całym dniu wrażeń, padliśmy na te malutkie prycze i szybko zasnęliśmy.

 

Dzień 9: nocleg (A) – biuro (B) =  11km

 

Dzień 9: biuro (A) -  port (B) =  75km

 

Dzień 9: port – Wyspa Jednorożca – Wyspa Żółwia =  3km

 

Dzień 9: port (A) – tunele (B) – biuro (C) =  133km

 

Dzień 9: biuro (A) – pałac (B) – Lotteria (C) – nocleg (D) =  18km

 

 

Dzień 10 - 20 lutego 2014 - czwartek

 

 CAŁY DZIEŃ W AUTOBUSIE

 

Budzik numer 1 mnie nie obudził. Dopiero rezerwowy budzik w komórce postawił mnie na nogi. Była 5.30. Szybko się ogarnęliśmy, na lodówce zostawiliśmy pamiątkę i czekaliśmy na Letter. Nie zawiodła nas i zjawiła się w sam raz aby nas wypuścić, zamówić taksówkę i w dodatku poszła z nami na główną ulicę.

 

Taksówka przyjechała punktualnie o 6.00, pożegnaliśmy Letter i ruszyliśmy do centrum. Letter poinstruowała kierowcę gdzie ma jechać, tak na wszelki wypadek i po półgodzinnej przejażdżce znaleźliśmy się na ulicy skąd odchodziły autokary długodystansowe.

 

Zaczęliśmy próbę identyfikacji naszego biura, Basia oczywiście poszła szukać kawy na wynos. Ja tymczasem znalazłem biuro, potwierdziłem bilet, pani wskazała nam autokar, który nie wyglądał jakoś rewelacyjnie, a ja zagadałem jeszcze w sprawie pieniędzy, które nam zostały. Była możliwość wymiany na kambodżańskie ale niestety pani brakło i poradziła żebyśmy wymienili na granicy.

 

 

Nasz autokar czekał na pasażerów. Przenieśliśmy bagaże, potem zapakowaliśmy je do luku i odnaleźliśmy nasze miejsca po prawej stronie. Przed nami usiedli dwaj Duńczycy, a jeden z nich miał lekko 2m wzrostu więc czekała go mało przyjemna podróż w takich warunkach. Niestety standardu tego autokaru nie dało się porównać z tymi z Ameryki Południowej wobec tego my też musieliśmy wykrzesać z siebie duże pokłady cierpliwości.

 

Widać jednak, że firma Mekong Express przynajmniej się stara. Dostaliśmy wodę, mały poczęstunek, potem za granicą włączyli wifi, były filmy, tylko niestety wiek autokaru i w związku z tym wygoda siedzeń i miejsce na nogi stanowiły problem największy.

 

Oprócz oczywiście kierowcy, był również człowiek odpowiedzialny za kontakt z pasażerami, czyli steward. Roznosił jedzenie, deklaracje do wypełnienia, odebrał nam też paszporty tuż przed granicą. Strasznie nie lubię rozstawać się z moim paszportem zagranicą, no ale czasem nie ma wyjścia. Młody chłopak, który obsługiwał tę trasę, zawsze na początku mówił po khmersku, potem po angielsku. Wyglądał jakby czytał, choć chyba tego nie robił. Rozpoczynał zawsze mówiąc "dzja", a kończył wypowiedź po angielsku "thanks you". Każde wystąpienie kończyło złożenie rąk jak do "amen" i pokłon.

 

Basia od razu położyła głowę na szybie i sobie spała, mi jak zwykle było ciężko dlatego patrzyłem sobie na widoki. Najpierw oczywiście przebijaliśmy się przez przedmieścia Sajgonu, potem trochę spokojniejszy widok dla oczu, bo znane nam pola ryżowe ale nic zaskakującego. W dodatku do granicy nie było zbyt daleko.

 

Gdy dojechaliśmy do granicy, kazano nam wytargać nasze bagaże z luku i zanieść je na prześwietlenie. Przy wyjściu z autobusu zgromadził się spory tłum bezzębnych pań oferujących wymianę pieniędzy. Wiedziałem, że kurs tutaj będzie straszny ale mieliśmy tych dongów niewiele dlatego pomyślałem, że wykażę dobre serce i pozwolę się trochę oskubać, bo być może te panie są w trudnej sytuacji. Ale wymiana mnie zaskoczyła, bo facetka przelicznik zrobiła na podstawie grubości zwitka a nie po jego wartości. Dostaliśmy kilka banknotów nowej waluty, a zabrała nam wszystkie wietnamskie. Z szybkiego wyliczenia wyszło mi, że dała nam równowartość $3.

 

Po wyłożeniu naszych plecaków na skaner, obserwowałem gościa obsługującego pas i wcale nie był zainteresowany tym, co tam szło. Urządził sobie pogawędkę z kolegą, a bagaże szły jeden za drugim.

 

Potem kontrola paszportowa. Jakieś kuriozum, bo stał facet i krzyczał nazwiska wyczytywane z paszportów. Każdy musiał się wsłuchać czy to jego paszport i szybko przeciskać się przez czekający tłum żeby go dostać, a następnie przejść przez bramkę. Tam znowu kolejny buc w mundurze, który ponownie sprawdza paszport i bez słowa rzuca go na stół. Nie oddaje do ręki tylko rzuca, a właściwie upuszcza go na stół. Bez słowa!

 

Kawałek dalej już obsługują Khmerowie. Trochę inni ludzie z wyglądu, sympatyczniejsi choć swoje procedury też oczywiście mają. Znów trochę chaosu, okazało się, że źle się ustawiliśmy i przegoniła nas pani do okienka "e-visa", choć swoje już odstaliśmy. Tam jednak poszło sprawniej, zeskanowali nam dłoń i kciuki w obu rękach i dostaliśmy pozwolenie na wjazd.

 

 

Jeszcze na granicy zdecydowano, że będziemy mieli 20-minutową przerwę. Mogliśmy skorzystać z WC i coś zjeść. Wtedy zauważyłem, że za moje dongi powinienem dostać $10 a nie jak baba mi dała tylko $3. Trochę przegięła z marżą. Widać, że nie ma co litować się nad takimi ludźmi.

 

My mieliśmy nasze zakupy, które zdążyliśmy jeszcze zrobić przed wyjazdem z Sajgonu. Pozjadaliśmy banany i inne drobne rzeczy, które nam zostały. Mieliśmy też swoją wodę zatem na głód nie mogliśmy narzekać.

 

W Kambodży drastycznie zmieniły się widoki za oknem. Było widać wielkie przestrzenie, połacie nieużytków i stare lepianki na balach. Czasem w oddali stało sobie jakieś samotne drzewo albo wzgórze.

 

Kambodża

 

Wioski, które mijaliśmy często były zasypane kurzem i pyłem z drogi. Asfalt raz był, raz nie. Widzieliśmy też sporo dzieci biegających po ulicy. Takie zwyczajne wiejskie życie, tylko w biedniejszym wydaniu.

 

Kambodża

 

Starsi ludzie zajmowali się swoją robotą. Wielu z nich suszyło ryż na wielkich płachtach rozłożonych na ulicy. Na początku nie wiedziałem, co to takiego ale potem dotarło do mnie, że widocznie mają zbiory. Nie wiem tylko dlaczego robili to na ulicy.

 

Kambodża

 

Kontrast między południem Wietnamu i Kambodżą jest od razu zauważalny. Zdarzały się też ładne wille ozdabiane wymyślnymi gzymsami ale był to rzadki widok. Były chyba własnością politycznych aparatczyków, bo często widniały tam ich podobizny wraz z namiarami na partię, z której się wywodzili. Ładne również były szkoły, czy inne państwowe budynki.

 

Kambodża

 

W pewnej chwili znaleźliśmy się bardzo blisko ciężarówki po lewej stronie, a po prawej podjechała równie blisko cysterna. Dopiero po jakimś czasie zorientowaliśmy się, że jesteśmy na promie! Między autami przechadzały się dzieci z koszami z jedzeniem albo z robakami (też do jedzenia). Na ciężarówce z lewej, siedziały dzieci, które uporczywie chciały zwrócić na siebie uwagę skrobiąc i stukając w szybę. W razie gdyby prom się przewrócił nie mielibyśmy najmniejszych szans na przeżycie. Wyjście z takiej pułapki byłoby praktycznie niemożliwe. Jak widać procedury mają zupełnie odmienne od naszych. Widać to było również po stanie autobusu, którym jechaliśmy, gdzie przednia szyba była pęknięta na całej długości i spięta czymś w rodzaju klamry na środku okna.

 

Po sześciu godzinach mieliśmy dojechać do stolicy Kambodży Phnom Penh. Tam należało się przesiąść i jechać dalej na północ kolejne 7-8 godzin. Aby nam umilić czas, pojawiło się wifi, co trochę uratowało mnie przed zanudzeniem się na śmierć. Poczytałem prasę, a potem włączyli jakiś film o karle, który udawał dziecko. Na szczęście były napisy, bo głos nie docierał do nas w ogóle.

 

Steward przeszedł się po autokarze robiąc wywiad, kto gdzie jedzie. Nam nakazał wysiąść na drugim przystanku. Pierwszy był dla tych, którzy wysiadają w stolicy i tu zostają. Nie było tych ludzi zbyt wielu ale np. Duńczycy tutaj wysiedli. W ogóle cały autobus był międzynarodowy, bo widziałem Niemców, Amerykanów, Japończyków i Kanadyjczyków. Raczej nie było ani Wietnamczyków ani ludzi z Kambodży.

 

Zaczęliśmy się przedzierać przez przedmieścia stolicy. Wjazd na teren pierwszego przystanku był wyzwaniem. Droga kompletnie zablokowana przez tuk-tuki, handlarzy i inne pojazdy. Zanim wjechał i otworzył drzwi, upłynęła cała wieczność. Na zewnątrz upał był spory, bo wyszedłem na tym przystanku aby pilnować czy ktoś się nie pomyli i nie zabierze ze sobą naszych bagaży. Ale wszystko poszło sprawnie, każdy wziął swój bagaż i mogliśmy jechać dalej.

 

Kambodża

 

W autokarze zrobiło się luźniej ale i tak wszyscy czekali na ostateczny przystanek i chwilę wytchnienia od tej jazdy. Minęła szósta godzina podróży i każdemu należał się moment odpoczynku. Jednak dopiero za pół godziny mogliśmy wysiąść na dworcu w Phnom Penh. Nasze plecaki wyciągnięto ale postawili je przy stanowisku gdzie siedziała pani i ich pilnowała. Czekały tam sobie na kolejny autobus, który mieliśmy za 45 minut.

 

Po wyjściu na plac manewrowy obskoczyła nas grupa tuk-tukowców. Zaczęli się pytać dokąd nas zawieźć więc poirytowany kolejnym pytaniem dokąd jedziemy, odpowiedziałem jednemu zgodnie z prawdą, że do Siem Reap i dodałem zapytanie czy zawiezie mnie tam. On poważnie odpowiedział, że nie - natomiast moje pytanie strasznie rozbawiło jego kilku kolegów. Stał więc biedny wśród swoich ziomków, którzy zaczęli się z niego nabijać. My tymczasem spokojnie się oddaliliśmy nie niepokojeni już przez żadnego z nich.

 

Na dworcu była restauracja ale serwowała tylko słodkie rzeczy i w dodatku po cenach europejskich. Po skorzystaniu z WC, zdecydowaliśmy się wyskoczyć na miasto aby znaleźć coś do jedzenia na szybko. Ale w promieniu kilkudziesięciu metrów, nie było niczego takiego. Jedyny działający punkt gastronomiczny znajdował się na terenie dworca. Nasz sanepid zamknąłby go w ciągu 5 sekund ale my zaryzykowaliśmy i zamówiliśmy kurczaka z ryżem i coś do picia. Zapłaciliśmy wszystkimi pieniędzmi jakie mieliśmy czyli 12,000 rieli w przeliczeniu $3. Musieliśmy się spieszyć, bo nasz autokar odchodził o 14.25, a było już po drugiej.

 

Kurczak był podany wraz z całym jego kośćcem i skórą, ryż nie miał sosu a to coś do picia nie bardzo nam pasowało, wokół kłębiło się stado much ale wszyscy miejscowi, którzy tam siedzieli uśmiechali się do nas i wymownie pytali wzrokiem czy nam smakuje. Odwzajemnialiśmy uśmiechy, nerwowo spoglądając na zegarek. Nie udało się nam dokończyć tej uczty ale coś tam w siebie wrzuciliśmy zatem nie było mowy o narzekaniu. Znów nie mieliśmy jednak ani jednej miejscowej złotówki.

 

W drugim autobusie obsługiwała nas pani. Też się kłaniała i też mówiła "dzja" na początku wypowiedzi. Tym razem jednak było kilku miejscowych. Były też wolne miejsca i jakby luźniej. Nam zostało to samo miejsce więc siedzieliśmy z przodu autokaru.

 

Krajobraz nie zmieniał się zbytnio. Obserwowaliśmy te przestrzenie, zakurzone wioski, szczególnie, że co jakiś czas brakowało asfaltu i jechaliśmy szeroką ale piaszczystą drogą. A to droga łącząca dwa najważniejsze miasta w kraju… Piach ma tam kolor czerwony stąd płoty, dachy i inne sprzęty pozostawione na podwórkach miały kolor czerwony.

 

Kambodża

 

Ruch uliczny był znikomy, wyprzedzaliśmy głównie motorki, czasem z kilkorgiem pasażerów, inne pojazdy to ciężarówki i czasem jakiś samochód. W telewizorze leciały miejscowe przeboje w formie karaoke, nie dało się tego oglądać. Wkrótce potem zapadł zmrok ale tuż przedtem zatrzymaliśmy się w polu i to samo zrobił autokar z przeciwnej strony. Doszło do wymiany kierowców i teraz z nami jechał ten, który dojechał do tego miejsca z Siem Reap, a nasz wrócił drugim autokarem do stolicy.

 

Potem była przerwa dla nas. Zatrzymaliśmy się w miejscowości Kampong Thom na parkingu restauracji Stung Sen. Nie za bardzo mieliśmy ochotę tam coś zamawiać. Wyszliśmy na zewnątrz ale za dużo nie było widać, bo w miasteczku jakby wszędzie żarówki o mocy 25W założyli. Wszędzie panował półmrok. Pewien Amerykanin zaproponował, że zrobi nam zdjęcie na tle naszego autokaru, z którego chyba coś wyciekało.

 

Kambodża

 

Znów ruszyliśmy przed siebie. Za oknami już zupełnie ciemno, a z tyłu jakiś gość non-stop odbiera telefon i wszystkie jego rozmowy mają taki sam przebieg. Ciągle powtarza frazę: "bababa bababababababa bababababa bababa bababababa…" Brzmiało to tak jakby potwierdzał czyjeś słowa ale gadał tak cały czas i strasznie głośno. Jednak jeszcze głośniej zabrzmiał jakiś alarm, który się uruchomił w autokarze. Błysnęło na niebiesko w całym wnętrzu i usłyszeliśmy przeraźliwie świdrujący dźwięk. Szybko to wyłączono ale nie mieliśmy pojęcia co się dzieje. Nieźle nas nastraszyli.

 

Dużo bardziej dramatyczne wydarzenia przyszły chwilę później. Akurat jechaliśmy fragmentem asfaltowym, bo od czasu do czasu były przerwy w nawierzchni. W pewnym momencie, przy dość dużej szybkości, zarówno ja jak i kierowca zauważyliśmy, że coś stoi na drodze. Za późno było na reakcję i kilka sekund później nasz autokar skasował drewnianą barierkę, która miała ostrzec przed stojącym na pasie ruchu walcem. Na szczęście barierka była ustawiona kilkanaście metrów przed walcem więc po jej złamaniu, kierowca zdołał zjechać na lewy pas i to nas uratowało przed niechybnym zderzeniem z walcem. Przy tej prędkości marnie by to wyglądało. Na barierce nie było żadnych odblasków, nie mówiąc o światłach. Odjeżdżając z tego miejsca, po tym jak kierowca obejrzał zniszczenia autokaru, sytuacja była jeszcze gorsza, bo raczej tej barierki nie było. Kolejny pojazd mógł nie zauważyć stojącego tam walca…

 

Planowo mieliśmy dojechać o 20:30 ale mieliśmy opóźnienie o godzinę. Tuż przed miastem pani spytała czy mamy zarezerwowany hotel. Nie mieliśmy żadnego więc zapytałem Amerykanów gdzie oni jadą. Podali nam nazwę "Rose Apple" i że ma dobre recenzje na Trip Advisorze. W takim razie po wyjściu z autobusu, obskoczeni przez tuk-tukowców zapytaliśmy o ten hotel. Jakiś chyba szef, zawołał jednego przestraszonego starszego pana i zapytał czy wie gdzie to jest. Tamten odparł, że wie zatem poszliśmy z nim. Był trochę niepewny w tym co robi ale bardzo uprzejmy. Aż za bardzo jak dla mnie.

 

Do miasta był ponoć niezły kawałek drogi, bo ok. 3km. Po drodze jednak zauważyliśmy całe mnóstwo najróżniejszych hoteli, hosteli i innych miejsc noclegowych. Znaleźć coś to nie będzie problem, kwestią trudniejszą może być cena.

 

Przejażdżka tuk-tukiem w nocy była przyjemna ale było dość chłodno. Wjechaliśmy do miasta, które zupełnie mnie zaskoczyło. Spodziewałem się zapyziałego miasteczka z wszechobecnymi naciągaczami, a zobaczyłem nowoczesne miasto, pełne neonów, restauracji i przechadzających się turystów.

 

Poprosiliśmy naszego kierowcę o podwózkę do bankomatu, bo nie mieliśmy żadnych miejscowych pieniędzy. Zatrzymał się przed bankomatem, szybko wyskoczyłem i ponownie doznałem szoku gdyż bankomat nie wypłacał rieli tylko amerykańskie dolary. Wróciłem zdziwiony do tuk-tuka, na co kierowca odpowiedział, że tutaj walutą jest dolar i nikt nie używa kambodżańskiej waluty. Dolary jeszcze miałem pochowane stąd nie było sensu niczego wypłacać. Ruszyliśmy dalej.

 

Jechaliśmy przez centrum, a potem zjechaliśmy w ciemna uliczkę, po wertepach. Co jakiś czas kierowca pytał miejscowych o nasz hotel. Raz zawróciliśmy, potem jeszcze w bok i na końcu znalazł, choć już powątpiewałem trochę w niego.

 

Lokal owszem i ładny ale jak się szybko okazało nie ma wolnych miejsc, a poza tym nie naszą kieszeń, bo noc kosztuje $44 od osoby czyli dla nas wyszłoby ponad $170. To o wiele za dużo i poleciliśmy naszemu tuk-tukowcowi aby nam coś znalazł.

 

Najpierw podjechaliśmy pod schronisko backpackerskie ale tam mieli do zaoferowania tylko wspólną salę, a poza tym za bardzo gwarno tam było. W takim razie zawiózł nas z powrotem do centrum i sam poszedł się spytać do jednego z hoteli. Od razu widziałem, że za drogi jak dla nas ale nalegał abyśmy poszli, bo są wolne miejsca. W recepcji chłopak powiedział, że jest pokój z łazienką, wifi i śniadaniem za $25. Zaproponowałem $45 za dwie noce i nie było problemu z dogadaniem się.

 

 

Zaoferował, że mogę najpierw zobaczyć pokój. W tym celu jeden z dziwnych porterów, który chodził boso zaprowadził mnie aż na 3 piętro i pokazał pokój. Jak dla mnie rewelacja. Cały w boazerii, ogromny pokój z wielkim łożem małżeńskim, ładna łazienka, położenie oraz cena spowodowały, że więcej się nie zastanawiałem.

 

Hotel Ponloue w Siem Reap

 

Na dole zapytałem kierowcę, który przedstawił się nam jako Mr So, czy może wykombinować przewodnika na jutro, bo chcieliśmy oczywiście jechać do Angoru. Obiecał, że popyta choć był sceptyczny. Ale obiecał, że nas zawiezie i pomoże we wszystkim. Jego cena za cały dzień to $15. Umówiliśmy się na jutro na 7.00. Dzisiejsza cena za podwiezienie z przystanku do hotelu, to $3 ale za to, że znalazł nam hotel dałem mu $5. Złożył ręce i ukłonił się w podzięce i obiecał, że jutro będzie o czasie.

 

Gdy ja negocjowałem z panem So, Basią już zajął się porter i nasze bagaże poszły do pokoju. Zapomniałem drogi do niego zatem znów mnie zaprowadził. Dostał ode mnie $1 za fatygę i wreszcie mogliśmy odpocząć. Byliśmy mocno niewyspani więc po przyjemnej kąpieli, padliśmy na to wygodnie wyglądające łóżko i bez problemu zasnęliśmy. Pobudka zaplanowana na 6.00.

 

Dzień 10: nocleg (A) – odjazd autokaru (B)=  12km

 

Dzień 10: odjazd (A) – granica (B) – przesiadka (C) – przerwa (D) – Siem Reap (E) =  561km

 

Dzień 10: dworzec (A) – Rose Apple (B) – nocleg (C) =  8km

 

 

Dzień 11 - 21 lutego 2014 - piątek

 

         ANGKOR

 

Było wygodnie i cicho więc się wyspaliśmy pomimo, że trzeba było wstać o 6.00. Zabraliśmy najważniejsze rzeczy ze sobą i zeszliśmy na dół na śniadanie. Nie był to jakiś szał ale jajecznica z suchą bułką i kawa jakoś zaspokoiła nasz poranny głód.

 

O 7.00 pod hotelem czekał już na nas Mr So. Nie załatwił nikogo wobec tego byliśmy skazani na siebie i przewodnik. Wsiedliśmy więc do tuk-tuka i ruszyliśmy w kierunku Angkoru, nie do końca zdając sobie sprawę jak to naprawdę wygląda.

 

Angkor to zabytkowy kompleks miejski pozostały po dawnej stolicy Imperium Khmerskiego. Kompleks zabytków Angkor tworzy duża liczba kamiennych budowli (miasta, zespoły świątynne, współczesny park archeologiczny) oraz tereny leśne i zbiorniki wodne, obejmujące obszar ponad 400 km², położony na północ od jeziora Tonle Sap, kilka kilometrów od Siem Reap w Kambodży. Kompleks Angkor wpisany jest na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO i jest uważany za największe miasto na świecie w okresie sprzed rewolucji przemysłowej. Szacuje się, że zamieszkiwało go około miliona mieszkańców.

 

Dojechaliśmy do bramek z biletami i sądziliśmy, że tutaj kończy się nasza współpraca z panem So. Jednak on czekał na nas aż kupimy karnet. Ustawiliśmy się w kolejce ale nas przegonili, bo to była jakaś większa grupa i musieliśmy iść do innego okienka. Tam zrobili nam zdjęcia i wydali karnet na cały dzień.

 

 

Wtedy wróciliśmy do pana So, który wyjaśnił nam, że teraz zrobimy sobie kółko po całym kompleksie i on będzie się zatrzymywał w ważnych miejscach i czekał na nas aż sobie pozwiedzamy. Będzie z nami cały dzień. Oświeciło nas, że to w sumie bardzo dobry układ i w dodatku bardzo tani, bo ledwie $15.

 

Pan So miał mapkę, my też mieliśmy od Matthiasa z Hong Kongu i wiedzieliśmy jak jeździć. Momentem kulminacyjnym miała być największa świątynia kompleksu czyli Angkor Wat. Ale zanim tam się udamy, przed nami kilkanaście różnych budowli.

 

Wjechaliśmy na teren Angkoru i pierwszym przystankiem była Brama Południowa. Przez tę bramę wjeżdża się do miasta o nazwie Angkor Thom. Miasto leży na prawym brzegu rzeki Siem Reap, dopływie jeziora Tonle Sap, około pół kilometra od rzeki. Miasto położone na planie kwadratu jest otoczone murami o wysokości 8 m i otoczone fosą. Południowa brama miasta leży 7,2 km na północ od Siem Reap. Pięćset metrów od wschodniej bramy znajduje się "Brama zwycięstwa" (piąta), od której wiedzie "Droga zwycięstwa".

 

Miejsce było bardzo ładne. Mozolnie rzeźbione figurki po obu stronach drogi, prowadziły do samej, wielkiej bramy, za którą znajdowało się miasto, a na jego terenie pierwsze ważne zabytki do zwiedzania.

 

Angkor – Brama Południowa

 

Tuż za bramą zauważyliśmy biegające po poboczu małpy. Mr So zatrzymał się żebyśmy mogli podejść ale małpy same przyszły i nie bojąc się nas, weszły na tuk-tuka. Były wśród nich małe a mimo to, nie wykazywały strachu przed ludźmi.

 

Angkor

 

Wreszcie dotarliśmy do pierwszej ważnej świątyni. Pan So wytłumaczył nam, że mamy godzinkę na zwiedzanie i że będzie czekał z drugiej strony. Mogliśmy wejść na teren świątyni, wcześniej z naszej książeczki przeczytaliśmy najważniejsze fakty z jej życiorysu. Nazywa się Bajon i jest to świątynia buddyjska, która składa się z 54 wież ozdobionych 216 smutno uśmiechającymi się twarzami Buddy Awalokiteśwary, będącymi, prawdopodobnie, wizerunkiem króla.

 

Angkor – Bajon

 

Zafascynowały nas te rzeźbienia na wszystkich ścianach. Było ich tam miliony, a cała świątynia miała wiele zakamarków, korytarzy i poziomów. Turystów było całkiem sporo ale zdarzały się momenty kiedy byliśmy sami i mogliśmy sobie zrobić fajne zdjęcia. W środku znajdowała się pani sprzedająca kadzidełka na część któregoś z bogów.

 

Angkor – Bajon

 

Zeszło nam sporo czasu tam, bo było co oglądać i była to pierwsza ze świątyń. Pan So czekał na nas w umówionym miejscu i już byliśmy gotowi aby przemieścić się w kolejne ciekawe miejsce w Angkor Thom.

 

Tym razem wysadził nas w miejscu gdzie po prawej stronie znajdowała się ogromna płaska połać ziemi, z kilkoma drzewami. Wyglądało to bardzo uroczo o tak wczesnej porze, gdy promienie słoneczne jeszcze nie atakowały z taką siłą, z jaką się to zapowiadało w późniejszych godzinach. Z lewej strony mieliśmy kilka rzeczy do zobaczenia. Pan So wyjaśnił nam jak to zrobić najlepiej i wskazał nam miejsce, gdzie będzie na nas czekał. Nie umawialiśmy się na godzinę, obiecał, że nas sam znajdzie. Ustawić się miał ok. 500m dalej, a my mieliśmy do wykonania małe kółeczko.

 

Angkor

 

Staliśmy pod słynnym Tarasem Słoni, który jest częścią murów miasta. Taras był używany przez króla Angkoru Jayavarmana VII jako platforma, z której można zobaczyć jego zwycięską armię. Został dołączony do pałacu Phimeanakas. Taras jest nazwany w ten sposób z powodu rzeźb słoni na jego wschodniej części. Cały taras ma obecnie 350m długości.

 

Wyrzeźbić tyle słoni w skale? Coraz bardziej byliśmy pod wrażeniem tytanicznej pracy jaką tu włożono aby te wszystkie budowle powstały. A to dopiero początek. Niesamowita sprawa te wszystkie zdobienia.

 

Angkor – Taras Słoni

 

Za Tarasem stała wielka budowla zwana Baphuon. Świątynia przylega do pałacu królewskiego i mierzy 120 metrów ze wschódu na zachód oraz 100 metrów z północy na południe. Ma 34 metrów wysokości bez wieży, z którą podobno mogła mierzyć nawet i 50m. Pod koniec XV wieku, Baphuon przekształcono w buddyjską świątynię.

 

Trzeba było wejść dość wysoko ale opłacało się. Ładne widoki stamtąd i trochę mniej turystów. Cały czas byliśmy mocno zaintrygowani tymi dziełami sztuki wyżłobionymi w skałach. Naprawdę się nam podobało.

 

Angkor – Baphuon

 

Gdy zeszliśmy z samej góry, przeszliśmy parkiem lub lasem, niedaleko oczka wodnego aby od tyłu dojść do ukrytej wśród drzew świątyni Phimeanakas czyli "niebiańskiej świątyni". Jest to hinduska świątynia w stylu Khleang, zbudowana pod koniec X wieku, a następnie przebudowana przez Suryavarmana II w kształt piramidy. Na szczycie piramidy znajduje się wieża, a na krawędzi górnej platformie są galerie widokowe. Zastanawialiśmy się, czy chcemy znów się wspinać po kamiennych schodach, które tutaj były dość strome ale wygrało w nas poczucie obowiązku i chęć mimo wszystko zobaczenia co tam jest.

 

Angkor – Phimeanakas

 

Po zejściu znaleźliśmy się w mocno zacienionej części parku. Spotkaliśmy Amerykankę, która robiła jakiś interes z miejscowym dzieciakiem, a potem wyszliśmy na wprost, tym razem ruin. Jednak i te ruiny mają swój urok i oczywiście nazwę - Preah Palilay. Współistnienie hinduskich i buddyjskich oraz brakujących elementów utrudnia oszacowanie wieku tej budowli. Niektóre fragmenty frontony zostały zabrane na przechowanie, inne leżą na ziemi. Widoczne części pokazują Indrę na swym wierzchowcu czy słonia Airavata. W chwili obecnej niedaleko jest mały buddyjski klasztor w pobliżu świątyni i obecność mnichów w jego okolicy nie jest niczym niezwykłym.

 

Znaleźliśmy ten klasztor, choć to może zbyt szumne określenie ale rzeczywiście odprawiane były jakieś modły, coś się tam tliło i pomykali łysi panowie w pomarańczowych prześcieradłach.

 

Widzieliśmy drogę, przy której miał na nas czekać nasz kierowca ale wcześniej została nam do obejrzenia budowla podobna do Tarasu Słoni – Taras Trędowatego Króla. Został zbudowany w stylu Bayon pod Jayavarmanem VII, chociaż jego współczesna nazwa pochodzi od rzeźby z XV wieku odkrytej w tym miejscu. Statua przedstawia hinduskiego boga Yama, boga śmierci.

 

Budowla została nazwana "Trędowatym Królem", bo przebarwienia i mech rosnący na nim przypominała osoby z trądem, a także dlatego, że wpisują się w legendy o Angkorianie królu Yasovarmanie I który miał trąd. Struktura budowli w kształcie litery U jest uważana przez niektórych jako wskazanie na królewskie miejsce kremacji.

 

Przespacerowaliśmy się wąskimi korytarzami z bogato rzeźbionymi ścianami, które pokryte były figurkami ludzkimi. Sam nie wiem ile bym dłubał taką jedną figurkę ale żeby tyle ich zrobić i to w dodatku żeby były identyczne. Wyglądało to jakby to współczesna maszyna robiła. Nieprawdopodobna sprawa te ornamenty.

 

Angkor – Taras Trędowatego Króla

 

Zeszło nam sporo czasu na obejście tych zabudowań. Przed nami rozpościerał się widok parkingu dla tuk-tuków, na którym stały ich setki. Liczba turystów gwałtownie wzrosła, tak jak i temperatura powietrza. Nagle spośród tych wszystkich zaparkowanych tuk-tuków pomachał nam nasz znajomy pan So. W jaki sposób nas dostrzegł wśród tych wszystkich turystów? Byliśmy pod wrażeniem. Podjechał po nas i już siedzieliśmy wygodnie w tuk-tuku, dając naszym nogom odpocząć. Przed nami kolejne zwiedzanie.

 

Najpierw przejechaliśmy przez Bramę Zwycięstwa żeby za moment się zatrzymać w miejscu, gdzie stały naprzeciw siebie dwie kolejne świątynie: Chau Say Thevoda i Thommanom. Nie ma chyba znaczenia od której się zacznie, pan So też nie wskazywał odpowiedniej kolejności.

 

Zaczęliśmy od Chau Say. Zbudowana w połowie XII wieku, jest to hinduska świątynia w stylu Angkor Wat. Tam też znaleźliśmy miejsce, gdzie przewodnik japońskiej wycieczki zrobił nam wspólne zdjęcie. Zerżnęliśmy pomysł z jego podopiecznych zatem nie trzeba było mu tłumaczyć za bardzo o co nam chodzi.

 

Angkor – Chau Say Thevoda

 

Potem połaziliśmy sami, spotkaliśmy piękne wystawy obrazów miejscowych artystów, gotowych spakować swe dzieła w rulon abyśmy tylko je kupili ale nie byli nachalni dlatego tylko pooglądaliśmy je. A były naprawdę znakomite.

 

Wolnym krokiem przeszliśmy na drugą stronę ulicy i przeczekawszy głośną włoską wycieczkę powspinaliśmy się po świątyni Thommanom. Ta niewielka i elegancka świątynia poświęcona jest Shivie i Vishnu. Rzeźby świątyni są bardzo dobrze zachowane i zapewniają wyraźny kontrast w stosunku do otaczającej budowlę dżungli. Świątynia jest znacznie lepiej zachowana niż Chau Say Thevoda.

 

Angkor – Thommanom

 

Następnie przemieściliśmy się na ruiny dawnego mostu. Jego nazwa to Spean Thma i jest jednym z niewielu kamiennych mostów, który przetrwał do dzisiejszych czasów. Cyknęliśmy kilka fotek i pojechaliśmy dalej na wschód.

 

Angkor – Most Spean Thma

 

Kolejnym punktem miał być obiekt, na który miałem szczególną ochotę. Na wielu zdjęciach prezentuje się rewelacyjnie, jak zaginione miasto, które powoli przejmuje dżungla. Tak też jest reklamowane. Rośliny przebijają mury, rozsadzają płoty i dachy i oplecione konarami i korzeniami mury, powoli poddają się naporowi natury.

 

Pan So wysadził nas przy bramie i powiedział żebyśmy sobie przeszli przez cały obiekt, a on będzie czekał na nas po drugiej stronie. Mając już zaufanie do niego oraz zdając się na jego pomysły, w ogóle nie protestowaliśmy, szczególnie, że nie mieliśmy limitu czasowego.

 

Wejście do świątyni Ta Prohm prowadziło długą ścieżką, przy której miejscowi sprzedawali swoje wyroby, a muzycy grali ludowe pieśni. Po obu stronach rozpościerał się gęsty busz. Szliśmy dość długo zanim oczom naszym objawił się widok ruin świątyni zbudowanej w stylu Bayon w 2. poł. XII i XIII w. Została ona założona przez króla Khmerów Dżajawarmana VII jako świątynia buddyzmu mahajana oraz jako uniwersytet. W odróżnieniu od większości kamiennych budowli kompleksu Angkor, Ta Prohm zachowała się w stanie zbliżonym do tego, w jakim została odnaleziona. Malownicze połączenie korzeni drzew porastających ruiny świątynne w środku dżungli powoduje, że Ta Prohm jest jedną z najczęściej odwiedzanych atrakcji całego kompleksu Angkor. Ruiny kompleksu świątynnego posłużyły w 2001 r. jako tło do akcji filmu Lara Croft: Tomb Raider.

 

Niestety widok nie rzucił nas na kolana. Spodziewałem się czegoś znacznie lepszego i ciekawszego. Byłem mocno rozczarowany ale szybko zrozumiałem, że mogą być dwie przyczyny mego stanu. Po pierwsze byliśmy w porze suchej wobec tego dżungla jest wysuszona i nie ma tej żywej zieleni, która zapewne może pokryć większą część kompleksu. Po drugie, zdjęcia w necie mogły być robione w specyficzny sposób i o odpowiedniej porze stąd taki efekt, nie mówiąc o podkolorowaniu ich.

 

Angkor – Ta Prohm

 

W każdym razie emocje mocno opadły choć znaleźliśmy kilka miejsc, które były ciekawe. Efekt psuli też robotnicy, którzy dobudowywali czy reperowali zaniedbane fragmenty. Ludzi tutaj też było więcej niż gdzie indziej i całość okazała się lekkim rozczarowaniem. Aczkolwiek trochę wyobraźni plus pora deszczowa i niektóre miejsca mogą całkowicie się zmienić.

 

Angkor – Ta Prohm

 

Zrobiliśmy rundkę wokół ruin, w ciekawych miejscach zrobiliśmy zdjęcia, zauważyliśmy ogromne kokony jakichś owadów na drzewach i zmęczeni już oraz głodni, udaliśmy się w kierunku bramy, gdzie miał na nas czekać nasz woźnica. Oczywiście wypatrzył nas od razu bez problemu. Teraz musimy coś zjeść, bo już była odpowiednia ku temu pora.

 

Pan So zaproponował, że nas zawiezie w odpowiednie miejsce. Podjechaliśmy do sporej restauracji. Jednak było lekko za drogo, gdyż lunch kosztował $13. Wytłumaczyliśmy panu So, że chcemy czegoś tańszego i bardziej swojskiego. Nie trzeba było mu powtarzać drugi raz. Dosiadł swojego rumaka i zawiózł nas dalej na wschód, gdzie w ogóle nie było planów abyśmy byli. Tamten teren jest wyraźnie spokojniejszy i te kilka straganów tam ustawionych nie było zbytnio obleganych przez białych.

 

Mieliśmy plan zaprosić pana So na obiad ale w momencie gdy nam wskazał dokąd iść, sam pojechał. W takim razie podeszliśmy do jednego kramu, gdzie urzędowały dziewczyny w wieku gimnazjalnym i ich starsze nadzorczynie. Na stole udekorowanym ceratą leżała karta dań. Obiady były w cenie $4-5 więc coś takiego, czego szukaliśmy. Od razu zamówiłem coś na bazie mięsa i ryżu i do tego zimny napój.

 

Przed nami ruiny Wschodniego Mebonu, a wokół nas kręcą się te dziewczyny cały czas zachęcając do kupna czegoś. Miały swoje stragany z ciuchami i naciągały nas na zakup czegokolwiek. Podobno nie mogą nagabywać turystów za linią, którą odgrodzone są poszczególne stoiska.

 

Posiłek był niezły. Najedliśmy się i Basia postanowiła zrobić jednak zakupy ale to nie przeszkodziło pozostałym dziewczynom dalej mnie naciągać na koszulki. Gdy im powiedziałem, że nie potrzebuję ich tak wiele ze względu na pogodę w Polsce, dziewczyna zaskoczyła mnie mówiąc: "aaa, Poland, capital – Varsovie". Czyli orientowała się co i jak. W tym samym czasie dosiedli się do nas Szwajcarzy i dziewczyny trochę dały mi spokój i zabrały się za nich ale też im kiepsko szło. W tym czasie Basia dokonała zakupów wydając niecałe $20. Ale kupiła sobie jakieś spodnie.

 

Pan So zapytał czy chcemy pochodzić po East Mebon wobec tego korzystając z okazji, pochodziliśmy trochę. Jeszcze się wróciłem po wodę, którą zapomniałem zabrać i dodatkowo dokupiłem u dziewczyn jeszcze jedną dużą butlę.

 

East Mebon pochodzi z X wieku i budowla została zbudowana w okresie panowania króla Rajendravarmana na sztucznej wyspie w centrum obecnie suchego zbiornika. Poświęcona była hinduistycznemu bogu Sziwie. Rzeźby w East Mebon są zróżnicowane i wyjątkowe, w tym dwumetrowe wolnostojące kamienne słonie w rogach pierwszej i drugiej kondygnacji. Świątynia była kiedyś osiągalna łodzią.

 

Angkor – Wschodni Mebon

 

Po obejściu ruin, mogliśmy ostatecznie udać się do najważniejszego obiektu w całym kompleksie czyli Angkor Wat. Zimny strumień powietrza pochodzący znad jeziorka, które objeżdżaliśmy spowodował, że zrobiło się przyjemnie i chłodniej po tym mocnym upale jaki panował od rana.

 

Parking przed Angor Wat był oczywiście pełny i naturalnie największa liczba turystów tutaj się gromadziła. Tradycyjnie już, umówiliśmy się z kierowcą, że na nas poczeka. Potem ruszyliśmy w kierunku najważniejszego zabytku.

 

Angkor Wat to największa, najważniejsza i najbardziej znana świątynia w kompleksie Angkor, Słowa Angkor i Wat razem oznaczają "Świątynia Miejska". Jej piękno i rozległość są tak wielkie, że wielu uważa ją za jeden z siedmiu cudów świata (średniowiecznego). Świątynia Angkor została zbudowana przez Surjawarmana II (1113-1150 n.e.) ku czci hinduskiego bóstwa Wisznu, z którym, jako władca-bóg, król ten się identyfikował. Czas budowy świątyni szacuje się 32 do 35 lat. Całkowita powierzchnia razem z murami zewnętrznymi i fosą to 2,08 km². Najwyższa z wież mierzy 65 metrów. Mury świątyni zbudowano z laterytu ze względu na jego dużą twardość. Jeden z największych skarbów Angkor Wat to kamienny "arras" ciągnący się na długości ponad 900 metrów, na którym widnieje prawie 20 tysięcy postaci przedstawiających realistyczne sceny z eposów indyjskich Ramajany i Mahabharaty, jak również życie dworu. Wszystkie reliefy wyróżniają się nad wyraz subtelnym pięknem i wielką precyzją.

 

Angkor Wat

 

Wśród tłumów udało się nam obejść wszystko. Widzieliśmy ten długi arras z wyrzeźbionymi scenami, potem staliśmy w długiej kolejce aby wejść na jedną z wież. Byli też tam osobnicy przebrani w dawne stroje z epok i można było sobie robić z nimi zdjęcia. Widzieliśmy też dziecko śpiące na kamieniu, które zapewne czekało na matkę, która tutaj pracowała.

 

Angkor Wat

 

Angkor Wat to piękna świątynia, bardzo duża i na pewno warto ją zobaczyć. Niestety strasznie dużo ludzi zawsze tam jest dlatego poruszanie się jest trochę utrudnione ale udało się nam wszystko obejrzeć i spokojnym krokiem wróciliśmy na parking skąd odebrał nas Pan So.

 

Ostatnim punktem dnia był zachód słońca, który mieliśmy obejrzeć z pewnego wzgórza. Wzgórze, na którym zbudowana była świątynia, nazywa się Phnom Bakheng. Myślałem, że będzie to zachód słońca na tle Angkor Wat wobec tego z dużą chęcią pozwoliliśmy się zawieźć panu So w to miejsce.

 

Droga na wzgórze przypominała nam drogę na Morskie Oko. Tłum ludzi niczym w supermarkecie. No ale szliśmy dalej, skoro ma to być tak spektakularne wydarzenie. Jednak po kilkunastu minutach wspinania się, stanęliśmy w ogromnej kolejce, którą zablokowano przy wejściu na wzgórze. Tam zaczęły się limitowane wejścia, które kierowały się jakąś niezrozumiałą dla mnie logiką.

 

Powoli przesuwaliśmy się w ślimaczym tempie zbliżając do bramek. Ochrona bawiła się z małpami a niektórzy turyści postanowili ominąć kolejkę, co spowodowało małe zamieszki, bo takie zachowanie momentalnie spowodowało gniew tych czekających grzecznie.

 

Po upływie prawdopodobnie godziny pozwolono nam wejść na ruiny umieszczone na wzgórzu i od razu totalnie się rozczarowaliśmy. Angkor Wat był z drugiej strony dlatego nie będzie miał nic wspólnego z zachodem słońca. Znaleźliśmy charakterystyczne wieże majaczące w oddali ale słońce i jego niesamowity zachód miały odbyć się po drugiej stronie góry. Tam też zgromadziło się bardzo wielu fotografów czekających aż słońce powie dobranoc.

 

Angkor Wat

 

Nie było szans znalezienia dobrego miejsca ale tak naprawdę nie było to warte. Ot, zwykłe zajście słońca po dniu. Czym się tak ekscytują ci ludzie, do tej pory nie wiem. Nic innego, poza normalnym zjawiskiem przyrodniczym, tutaj nie zachodziło więc absolutnie nie było warto stać tyle w tej kolejce żeby zobaczyć coś, co widziałem tysiące razy. Żadnych cieni, żadnych innych przeszkód na drodze promieni, żadnych niesamowitych pejzaży – po prostu słońce zachodziło za horyzont.

 

Angkor – Phnom Bakheng

 

Szybko zeszliśmy z góry aby nie iść z tymi wszystkimi napalonymi turystami. Pan So zapytał o nasze wrażenia i przez grzeczność powiedzieliśmy, że było bardzo ładnie. Wsiedliśmy na naszego tuk-tuka i wymijając słonie, na których odjeżdżali turyści, wyjechaliśmy z Angkoru. Pan So miał nas zawieźć z powrotem do hotelu.

 

Po rozliczeniu się z panem So, zapytałem o to czy jutro pracuje i gdy powiedział, że jest wolny, to zamówiłem go na lotnisko. Koszt to $6 zatem ustaliliśmy, że ma czekać o 9.00 pod hotelem. Rozstaliśmy się i poszliśmy na górę do pokoju.

 

Na dziś wieczór zaplanowaliśmy wyjście do miasta. Odświeżyliśmy się, przebraliśmy się i mogliśmy wyruszyć na ciemne już miasto. Byliśmy już zmęczeni po całym dniu łażenia w upale dlatego chcieliśmy gdzieś zasiąść, zjeść coś porządnego i napić się zimnego piwa.

 

Na brak knajp nie można tam narzekać. Zrobiliśmy mały rekonesans, co tam oferują i w końcu zasiedliśmy w jednej z nich. Kuchnia była otwarta wobec tego widać było jak gotują, menu też całkiem fajne więc zamówiłem sobie porządnego, grubego steka i do tego lokalne browary.

 

Ruch tam był duży, ktoś się dosiadał potem zwalniał miejsce, kelnerzy uwijali się sprawnie ale po podaniu nam naszych zamówień, przez jakiś czas nie wiedziałem o co chodzi ale ciągle miałem muchy na talerzu. Po upływie kilku chwil, zaczęło nas to bardzo irytować, bo trzeba było je wyławiać z surówki i sosu. Wreszcie, niestety już pod koniec naszego posiłku, ktoś zauważył, co się dzieje i włączyli wiatrak na suficie, który przegonił owady. My mogliśmy sobie dopić nasze 4 piwa, które zamówiliśmy.

 

Najedzeni zaczęliśmy obchód miasta. To bardzo podobne miasto do Bangkoku, a właściwie jego imprezowej części. Też można spotkać mnóstwo ofert masaży, fish-spa, przenośnych budek z jedzeniem czy straganów z pamiątkami. Wylądowaliśmy na wielkim targu, gdzie okazało się, że spodnie zakupione u dziewcząt w Angkorze są tutaj 5 razy tańsze. Generalnie ciuchy bardzo tanie ale jakościowo to tandeta. Na szczęście jednak udało mi się znaleźć fajne kąpielówki, których nadal przecież nie miałem. Za $8 dostałem takie, jakie chciałem. Basia pokupowała jakieś drobiazgi dla każdego znajomego w Polsce.

 

Zrezygnowaliśmy z masażu stóp, choć po tej wędrówce po ruinach, mieliśmy zamiar skorzystać, bo koszt był bardzo niski. Skusiliśmy się za to na naleśniki robione na ulicy. Tym razem zaczepiło nas miejscowe dziecko i prosiło żeby mu też kupić. Facet, który robił naleśniki już wiedział jakiego maluch chce dostać, a my tylko zapłaciliśmy za trzy.

 

Po drodze wstąpiliśmy do supermarketu 7/11 i zrobiliśmy drobne zakupy na kolejny dzień. Po kiepskim śniadaniu będziemy później głodni toteż musieliśmy coś sobie przygotować. Po wyjściu z tegoż sklepu, zaczepiła nas babka z malusieńkim dzieckiem na ręku i pustą butelką po mleku. Wskazywała, że nie ma czym nakarmić tego niemowlaka i prosiła żebyśmy jej kupili mleko. Byliśmy zszokowani tą sytuacją i trudno było przejść obojętnie obok tego widoku, choć zawsze istnieje możliwość ściemy. Wszedłem z nią więc do sklepu, a ona wskazała mi ogromną puszkę mleka w proszku za $25! Odmówiłem, jak również tę za $15. Ostatecznie kupiłem jej puszkę za $8. Zastanawialiśmy się potem czy rzeczywiście ją wykorzysta czy sprzeda taniej. Żałowałem, że jej nie otworzyłem.

 

Ten incydent był ostatnim punktem naszej wizyty w Siem Reap. Samo miasto ma prawie 200,000 mieszkańców i widać, że bardzo się rozwija, bo wszędzie widać otwarte budowy. Głównie buduje się hotele, co oznacza, że gwałtownie rośnie liczba turystów. Wkrótce pewnie będzie ich za dużo.

 

Basia dobrała trochę gotówki z bankomatu i wróciliśmy do hotelu. Tam wskoczyłem na internet i zaskoczyły mnie dwie wiadomości. Pierwszą była wiadomość od naszego niedoszłego przewodnika z Angkoru. Brzmiała tak:

 

Dear Dawid,

    How are you? I am so happy to guide you tomorrow.

   Please let me know what hotel you are staying? Here is my phone number +855127*****.

    Best wishes!

 

Wiadomość przyszła wczoraj wieczorem. Jednak moja prośba do niego o numer telefonu wysłana była 9 lutego więc gościu miał 11 dni na odpisanie mi, czego nie zrobił. W ogóle nie potwierdził naszej rezerwacji dlatego prosiłem pana So żeby kogoś znalazł. W sumie jednak dobrze się stało, bo pan So zarobił sobie $15, zawiózł nas tam gdzie powinniśmy być, a $110 zostało nam w kieszeni.

 

Druga wiadomość przyszła od ludzi od nurkowania. Też nie za bardzo się nam spodobała. Treść była taka:

 

Dzień dobry

 

Mamy drobne problemy kadrowe i stąd pytanie, czy moglibyśmy przesunąć program DSD z niedzieli 23 na poniedziałek 24. Wszystkie pozostałe ustalenia bez zmian. CZy tak jest ok?

Małgorzata Paulo

 

Mieliśmy już swój plan i nie na rękę nam było zamienianie tego wszystkiego zatem zdecydowałem się odpisać, że nie zgadzamy się na taką zamianę. Przyjęli to bez problemu.

 

Resztę wieczoru spędziłem na przeszukiwaniu ofert noclegowych w Amsterdamie. Potem dokładnie się spakowaliśmy i zrobiliśmy małe pranie. Cały pokój był obwieszony naszymi mokrymi rzeczami. Raczej powinno nam wszystko wyschnąć, przynajmniej na to liczyliśmy.

 

TUTAJ video z Kambodży

 

Dzień 11: nocleg (A) – kasa biletowa (B) – Brama Południowa (C) =  11km

 

Dzień 11: Brama Południowa (A) – Bayon (B) – Thommanom (C) – Ta Phrom (D) – East Mebon (E) – Angkor Wat (F) – wzgórze Phnom Bakheng (G) – nocleg (H)=  35km

 

Dzień 12 - 22 lutego 2014 - sobota

 

     PHUK ET (nie) czyt. FUCK IT

 

Byłem na nogach już o 7.00. Włączyłem jeszcze neta żeby pospisywać dane adresowe naszych kolejnych gospodarzy, zwalczyłem ból głowy i po dopakowaniu wszystkiego byliśmy gotowi zdać pokój.

 

Na śniadanie, zgodnie z naszymi przewidywaniami, zaserwowali to samo, co wczoraj. Oddaliśmy klucze i przy wyjściu spotkaliśmy punktualnego pana So. Tym razem wziął ze sobą córeczkę, może 7-8 letnią. Pomógł nam zapakować nasze graty na jego wóz i pomknęliśmy w blasku porannego słońca w kierunku lotniska.

 

Mijając nową część miasta, widzieliśmy przepych nowobudujących się hoteli i pensjonatów. Wylewano również nowy asfalt, sadzono drzewka i obraz ten nie miał nic wspólnego z tym, co widzieliśmy do tej pory w Kambodży.

 

Dojechaliśmy pod sam terminal. Odebraliśmy bagaże, uregulowałem koszt oraz wręczyłem mu plik banknotów miejscowej waluty, którą dostaliśmy przy wydawaniu reszty. Nie ma w obrocie monet USD więc wykorzystują do tego riele. Dziewczynce dałem polski magnes na lodówkę. Zawstydzona nie wiedziała co zrobić i dopiero po reprymendzie od ojca, złożyła rączki i pochyliła głowę w geście podziękowania. Na koniec Mr So pomógł mi jeszcze założyć plecak i pożegnaliśmy się.

 

Lotnisko jest nieduże zatem nie było problemów z lokalizacja naszej bramki. Najpierw staliśmy w krótkiej kolejce do odprawy. Poszło gładko ale nowością były naklejki, które kazano nam nakleić na siebie w widocznym miejscu na piersi. Nie do końca wiedzieliśmy po co to, ale dostosowaliśmy się do tego rozporządzenia.

 

Po drugiej stronie, Basia poszła wybierać kartki do wysłania, a potem poszliśmy na kawę i zjedliśmy nasze bułki, które sobie dziś rano przygotowaliśmy z wczorajszych zakupów. Na całkowitym luzie mijał nam czas w barze. Widzieliśmy śmieszne stoliczki ustawiane na sofie, przy których siedzieli Azjaci. Potem chcąc wyrzucić śmieci, nie mogłem znaleźć kosza i dopiero interwencja pani zza lady pozwoliła mi się ich pozbyć.

 

Sklep wolnocłowy był mały i kiepsko wyposażony zatem pozostało nam już tylko czekać na wezwanie na pokład. Przeszliśmy po płycie lotniska i gdy wszyscy pasażerowie już zasiedli, obsługa od razu przystąpiła do procedur startowych. Tak szybko im poszło, że wystartowaliśmy 15 minut przed czasem. W dodatku był to chyba mój najkrótszy lot ze wszystkich dotychczasowych, ponieważ trwał zaledwie 41 minut. Trzeba zauważyć, że było to również jedno z najbardziej perfekcyjnych lądowań. W ogóle nie poczuliśmy przyziemienia.

 

 

Znaleźliśmy się w znanym nam miejscu w Bangkoku. Teraz tylko transfer i wylatujemy dalej na południe. Dopiero teraz zorientowaliśmy się po co były te naklejki. To po nich rozpoznawali ludzi, którzy mają przesiadkę, tzw. Fly-Thru, które Air Asia wprowadziła całkiem niedawno.

 

Gdy nas wyławiali z tłumu, polecali iść wzdłuż zielonej linii i w ten sposób przeszliśmy w inną część lotniska. Niestety jednak musieliśmy przejść granicę. Zastanawialiśmy się czy będziemy musieli ponownie wypełniać te wszystkie papiery i wyglądało na to, że chyba tak, bowiem wszyscy w kolejce trzymali już wypełnione. Niestety nigdzie pod ręką nie było wolnych formularzy więc musieliśmy liczyć na pomoc urzędniczek.

 

Dostaliśmy te formularze ale przez to musieliśmy przepuścić osoby na czas naszego wypełniania. Potem już bezproblemowo wbili nam pieczątki i oficjalnie wlecieliśmy do Tajlandii. Znaleźliśmy się w miejscu skąd startowaliśmy do Hanoi. Czasu było ponad 2 godziny dlatego musieliśmy jakoś zabić ten czas.

 

Najpierw poszliśmy coś zjeść. Praktycznie nic oprócz fast-foodów tam nie było stąd najpierw Basia poszła po zestawy do KFC. Gdy chciała zapłacić okazało się, że nie przyjmują kart. Bankomatów nie było stąd musieliśmy iść do konkurencji. Klaun, który w Europie ma rozstawione ręce, w Tajlandii zaprasza do wnętrza Mc Donalda mając ręce złożone, jak przystało na tutejszą kulturę.

 

Zamówiliśmy zestawy i tak nam trochę zeszło. Potem przechadzaliśmy się po holu obserwując reakcję ludzi na zawieszony ogromny interaktywny ekran, na którym można się było zobaczyć. Ludzie przystawali i jakby brali udział w filmie oglądając go jednocześnie.

 

W samolocie do Phuket znaleźliśmy się o czasie. Nie było żadnych opóźnień i z wyładowanym po brzegi samolocie, mogliśmy startować. Większa część ludzi do Rosjanie. Rzuciliśmy ostatni raz okiem na Bangkok i wzbiliśmy się w chmury. Za niedługo będziemy już na Phuket.

 

 

Phuket to największa wyspa Tajlandii, położona na Morzu Andamańskim przy zachodnim wybrzeżu Półwyspu Malajskiego. Największym miastem i stolicą prowincji jest miasto Phuket. Powierzchnia wyspy wynosi 542 km², a zamieszkuje ją 287,6 tys. mieszkańców. Wnętrze wyspy jest górzyste, z najwyższym wzniesieniem sięgającym 529 m n.p.m., pokryte lasami. Na zachodnim wybrzeżu znajdują się piaszczyste plaże, z których najbardziej znana jest Patong.

 

Niestety dla nas, lotnisko znajduje się na samej północy wyspy, natomiast naszym celem było samo południe. Odległość to 45km wobec tego jest to wcale niemały kawałek do przejechania. Mieliśmy spory zapas czasu przed zmrokiem zatem sądziliśmy, że powinniśmy sobie poradzić.

 

Na lotnisku nasze bagaże były do odebrania w zupełnie innym miejscu niż pozostałych pasażerów. Widocznie dla tych z przesiadką było inne miejsce, bo spotkaliśmy cztery dziewczyny, które startowały razem z nami w Siem Reap.

 

Teraz trzeba było sobie jakoś zorganizować przejazd na południe wyspy. Zaczęliśmy od stanowisk z pomocą turystyczną. Nie ma żadnego problemu z dojazdem, z tym że koszt takiej przeprawy to ponad 1000B! Odmówiliśmy wielu taksówkarzom, którzy mogli zejść do maksimum 900B, co wciąż był dla nas strasznie dużo.

 

Postanowiliśmy dostać się jakoś do stolicy wyspy, czyli miasta Phuket. Znaleźliśmy autobus państwowy, który jednak właśnie odjechał i następny miał być za 2 godziny. Poszedłem do taksiarzy, tym razem tych z korporacji ale tam podobne wieści. Wszystkie ceny kręciły się wokół tysiaka. To około sto złotych.

 

W międzyczasie wylądował charterowy samolot z Warszawy. Cała ekipa z Polski została podzielona na 3 grupy, do 3 autokarów. Pilotki uwijały się jak w ukropie, sprawdzając listy obecności. Na twarzach pasażerów widać było zmęczenie długim lotem i zimowe ubrania. Przemknęło mi przez myśl, że może by spytać czy nas nie podrzucą ale ostatecznie zrezygnowałem z tego pomysłu.

 

Polacy odjechali i zostaliśmy sami, od czasu do czasu zaczepiani przez taksiarzy, którzy jednak nie dali się naciągnąć na obniżenie ceny. Niedaleko obok nas usadowiła się para. Ona wyglądała na Polkę ale okazało się, że mówią po angielsku. On w czapce zimowej i też widać, że bardzo zmordowani i zapewne niedawno wylądowali. Jak zdążyliśmy się zorientować też mieli problem podobny do naszego. Dlatego to była szansa żeby wziąć wspólnie taksówkę.

 

W końcu doszło do konfrontacji i zgadaliśmy się, co do wspólnego kierunku, choć oni chcieli dostać się do Phuket, a my do Chalong. Ale przynajmniej do Phuket możemy podskoczyć. Jakiś taksiarz się napatoczył więc zaczęliśmy negocjacje. Taksiarz nas postraszył, że cena z Phuket do Chalong też będzie bardzo wysoka i nie opłaci się nam dzielić podróży. Stąd po ostrych negocjacjach na ulicy, przyciśnięty do muru zgodził się nas zabrać za 1100B ale dzielone w proporcjach 400B oni, i 700B my. My mieliśmy taniej o 300B, tamta para o 200B a taksiarz był do przodu o 100B.

 

Pomimo naszych dużych bagaży udało się nam zmieścić i dopiero w samochodzie okazało się, że moje przeczucia były słuszne. Dziewczyna była z Polski, a on był Anglikiem. Oboje przylecieli tym samym samolotem, co reszta Polaków, jednak oni wykupili tylko miejsce w samolocie, a nie wczasy jak pozostali.

 

Kierowca chciał wiedzieć dokładnie gdzie ma nas zawieźć wobec tego wskazałem mu hotel położony najbliżej miejsca gdzie mieliśmy nocować, nie mówiąc nic nikomu, że to ściema. Zatrzymaliśmy się w biurze jego korporacji i jakaś pani przyszła żeby dopytać i potwierdzić nasz cel. Chyba sprawdzała samego kierowcę czy nie naciąga firmy. Potem już gładko ruszyliśmy na południe.

 

Ruch był nieprawdopodobny. Strasznie dużo samochodów, kierowca narzekał na Rosjan, że ciągle tam przyjeżdżają i wykupują wyspę. Dotarliśmy w ten sposób do miasta Phuket. Tam rozstaliśmy się z parą polsko-angielską i już we dwójkę pojechaliśmy pod hotel Rattana w Chalong.

 

Facet nas wysadził i odjechał. Było już ciemno jednak życie uliczne trwało w najlepsze. Zarzuciliśmy plecaki i według naprędce sporządzonej przeze mnie mapy, udaliśmy się jak mniemaliśmy we właściwym kierunku. Ale doszliśmy do skrzyżowania, co oznaczało że coś było nie tak. Wróciliśmy ale znów doszliśmy pod hotel. Ktoś nam próbował pomóc ale nie bardzo chyba wiedział o co chodzi. Konieczne było wejście w jedną z ciemnych uliczek i dopiero wtedy wyszło na jaw, że dobrze poszliśmy. Później już po numerach dotarliśmy do właściwego domu.

 

Zastukaliśmy w drzwi balkonowe i wyszedł Stiopa, wysoki blondyn z kozią bródką. Przekroczyliśmy próg drzwi i od razu nas zganił, że musimy zdjąć nasze sandały. Pojawiła się też jego dziewczyna. Zaprowadzili nas na górę, ona wyciągnęła pościel i poinstruowali nas, co do kilku drobiazgów.

 

Chcąc nazajutrz nie mieć problemu z dotarciem na umówione miejsce skąd ekipa nurków ma nas odebrać, postanowiliśmy przejść się do tego miejsca, zmierzyć sobie czas i poznać drogę. Ponoć ma nam to zająć kilka minut zarówno według nurków jak i naszych gospodarzy.

 

Rzeczywiście, trafienie na parking przed supermarketem nie było trudne. Szliśmy prostą drogą, gdzie po obu jej stronach znajdowały się knajpki. W prawie każdej z nich czekały… prostytutki, które pomimo Basi próbowały jakoś zachęcić mnie do wizyty w ich lokalu.

 

Wybraliśmy jednak taki, w którym żadnych nie było, bo chcieliśmy coś zjeść. Zamówiliśmy pizzę, za którą zapłaciliśmy 590B. Nie była zła ale żadna rewelacja. Był to raczej pub, w którym leciał na żywo mecz Chelsea-Everton i stąd większość bywalców to kibice z Anglii.

 

Wracając do domu, nagle zajechał nam drogę jakiś gość na motorku. Dopiero gdy zdjął kask okazało się, że to nasz nowy kolega Stiopa. Wymieniliśmy kurtuazyjnie kilka zdań, po czym on odjechał, a my weszliśmy do sklepu aby zrobić zakupy na jutrzejsze śniadanie. W sklepie natknęliśmy się na chińską wycieczkę i długo musieliśmy czekać do kas. Ich autokar czekał na zewnątrz z cały czas włączonym silnikiem.

 

Po powrocie trochę pogadaliśmy ale przyszedł jakiś ich kolega, też Rosjanin ale raczej należy napisać Rus bądź kacap, bo ani me ani be, tak jakby nas nie było. No burak straszny. Prawdopodobnie to z nim Stiopa wypił wszystkie te Jacki Danielsy, po których pudełka były ustawione aż pod sam sufit.

 

W pokoju na górze okazało się, że upał w nocy wcale nie jest lżejszy od tego w dzień. Dostaliśmy wiatrak do chłodzenia ale nie mogliśmy całą noc spać z włączonym ze względu na hałas silnika. Bardzo ciężko nam się zasypiało, bo było strasznie duszno i gorąco. Jednak po pewnym czasie się nam to na szczęście udało.

 

Dzień 12: nocleg (A) – lotnisko (B) =  13km

 

Dzień 12: Siem Reap - Bangkok =  351km

 

Dzień 12: Bangkok - Phuket =  689km

 

Dzień 12: lotnisko (A) – nocleg (B) =  45km

 

Dzień 12: nocleg (A) – parking (B)  - nocleg (A)=  2km

 

 

Dzień 13 - 23 lutego 2014 - niedziela

 

 PODWODNY ŚWIAT

 

Bardzo było gorąco w nocy. Męczyliśmy się z tą duchotą, w dodatku trochę się stresowaliśmy poranną akcją, czy wszystko wypali. Ale pozbieraliśmy się cichuteńko, nasi Ruscy uprzedzili nas, że śpią do południa więc zeszliśmy na dół do kuchni, zrobiliśmy sobie śniadanie, zamknęliśmy dom i klucze zostawiliśmy w bucie tak jak nam przykazali.

 

Na dworze już żar, choć jeszcze nie było ósmej. Udaliśmy się w umówione miejsce, na parking i byliśmy na miejscu już o 7.41. To spory obszar do pilnowania ale był chyba tylko jeden wjazd zatem tam właśnie stanęliśmy.

 

Oryginalnie instrukcje, które dostaliśmy od organizatorów brzmiały tak:

 

Proponuję żebyście wyszli z domu o 7:45, doszli do Ronda a następnie skręcili w pierwszą w prawo (drogowskaz na "Pier" albo "Bay") i doszli tą uliczką do jej końca (kolejne 5 min). Na końcu uliczki jest duży parking i sklep "7-eleven" - jedyny w tym miejscu. Tam czekajcie na instruktora.

 

Chalong – parking przy porcie                                                                    ©google

 

Byliśmy więc sporo przed czasem ale chyba ogromna większość wypraw ma tutaj punkt spotkań, bo z biegiem czasu zaczęły się zjawiać busy, mikrobusy, vany itd. najróżniejszych firm organizujących nurkowania. Nasi nazywali się "Asian Divers" dlatego wypatrywaliśmy takiego napisu lub ich loga ale nic takiego nie mogliśmy dostrzec.

 

Gdy wybiła 8.00 i nikt nas nie odnalazł, zaczęliśmy się denerwować. Niemożliwe żebyśmy przegapili ich samochód, niemożliwe żeby nas nie zauważyli przejeżdżając tędy jakimś nieoznakowanym. Ale faktem było, że nikogo nie było.

 

Po kolejnych 10 minutach poszedłem obejść ten parking ale zrobiło się tam strasznie gęsto, mnóstwo ekip gotowych do nurkowania wyciągało sprzęt, turyści organizowali się w grupy i podgrupy i nie było szans znaleźć tej właściwej. Wróciłem więc do punktu gdzie zostawiłem Basię i pozostało nam tylko liczyć na to, iż ktoś nas znajdzie.

 

Gdy o 8.20 nadal nic się nie zmieniło, byłem już wkurzony. Wiedziałem, że niedaleko stąd mają swoje biuro dlatego byłem gotów tam iść, ewentualnie zadzwonić choć z tym zawsze jest problem zagranicą. Dałem sobie czas do 8.30 i postanowiłem iść do nich.

 

Jednak sytuacja wyjaśniła się właśnie o 8.30, gdy sympatyczny misiowaty facet zagadał nas, czy czekamy na wypłynięcie. Przedstawił się jako Darek – instruktor nurkowania. Od razu powiadomił biuro, że się znaleźliśmy i powiedział im gdzie staliśmy. Ponoć powinniśmy iść na nabrzeże no ale z informacji z tego mejla, przecież nic takiego nie wynika.

 

Ucieszeni, że sprawa się wyjaśniła, Darek zaprowadził nas do specjalnego autobusu, którym podjechaliśmy na sam brzeg. Tam przerzucono nas na sporą łódź, na której wykupione nurkowania miało kilkanaście firm. To oznaczało, że było tam sporo ludzi.

 

Nasza firma miała pod opieką 6 osób. Oprócz naszej dwójki, była czteroosobowa rodzina z Warszawy. Nad nami czuwał Darek oraz pewien łysy Anglik, który został naszym osobistym nadzorcą. Darek miał się opiekować dwójką chłopaków, natomiast rodzice tych dzieci mieli jakiś inny kurs, bo byli doświadczeni.

 

Najpierw jednak czekała nas dwugodzinna podróż łodzią oraz wypełnianie papierów po uprzednim szybkim kursie teoretycznym odnośnie zachowań w wodzie. Usiedliśmy więc sobie w przedniej części łodzi i Darek zaczął nam objaśniać ważne aspekty nurkowania. Nauczyliśmy się o ciśnieniu i jego wpływu na organizm, poznaliśmy znaki obowiązujące pod wodą i wszelkie procedury w razie różnych sytuacji. Na koniec mieliśmy egzamin, który zdaliśmy wszyscy oprócz jednego dzieciaka ale miał poprawkę i wtedy już zdał.

 

W czasie tego wykładu Darka, poczułem się strasznie źle. Basia też odczuwała skutki choroby morskiej ale zdecydowanie z mniejszym nasileniem niż ja. Ja po prostu przypomniałem sobie mój jedyny taki stan, którego doświadczyłem w Nowej Zelandii gdy wypłynęliśmy na wieloryby. Nigdy potem nie cierpiałem na chorobę morską aż do dzisiejszego dnia.

 

W drodze na wyspę Racha Yai

 

Darek zauważył, że coś nie gra i dał nam specjalne tabletki na zatrzymanie tego stanu. Byłem blady, oblany potem i oczywiście strasznie mnie mdliło. Absolutnie nie miałem ochoty na przechadzki po pokładzie. Fatalnie się czułem i bardzo mnie to dziwiło. Miałem wizję, że mogę narzygać sobie do maski pod wodą jeśli mi to szybko nie przejdzie.

 

Podróż trwała dwie godziny zatem na szczęście, pod koniec zaczęło mnie to puszczać i w momencie kiedy dopłynęliśmy do celu podróży, czułem się już w porządku. Mogłem wstać, przejść się i po kilku minutach całkowicie zapomniałem o tym, co się ze mną działo. Ale pietra miałem sporego.

 

Wyspy Ko Racha Yai oraz Ko Racha Noi znane są również jako Ko Raya Yai i Ko Raya Noi. Są to bliźniacze wyspy u południowo-wschodniego wybrzeża wyspy Phuket. Znane z krystalicznie czystych wód, wyspy te są niemal rajem dla nurków od lat. Racha Yai jest najbardziej znanym miejscem do nurkowania z pochyłymi skalistymi rafami i licznymi lassami koralowymi. Wody wokół Racha Yai i Noi są krystalicznie czyste i mają turkusowy kolor. Woda jest ciepła i przyjemna.

 

Racha Yai

 

Taki właśnie widok ukazał się naszym oczom. Turkusowa woda i piękna plaża na wyspie, choć nie dopłynęliśmy do samej plaży oczywiście. Na łodzi zrobiło się zamieszanie, każda firma miała swój sprzęt, ba, każdy uczestnik miał już przydzielony swój osobisty ekwipunek. Teraz przyszedł czas na przebranie się w pianki oraz założenie butli, maski, obciążników i ustnika.

 

Racha Yai - nurkowanie

 

Generalnie każdy instruktor pilnował swoich ludzi ale Darek był osobą, która zajmowała się wieloma sprawami więc również pomagał nam się uporać z niedogodnościami. Na szczęście nie wymagaliśmy jakiejś specjalnej troski i po paru minutach byliśmy gotowi na nasze pierwsze zejście. Dla mnie to powtórka z 2002 roku ale dla Basi do pierwsza próba w życiu.

 

Plan był taki, że pierwsze zejście, przed obiadem, ma trwać około pół godziny i mamy się po prostu zapoznać z wodą oraz zdać egzamin praktyczny. Polegał on na przeczyszczeniu maski oraz wyjęciu ustnika i powolnego wypuszczania powietrza przez ten czas. Aby było bezpiecznie, schodzić mieliśmy po linie, która swobodnie zwisała aż do dna. Na niej mieliśmy schodzić w czwórkę, tzn. my oraz ci dwaj chłopcy z Warszawy.

 

Najpierw jednak trzeba było wejść do wody, co było już fajnym przeżyciem. Pianki nas unosiły i potem powoli, trzymając się liny schodziliśmy pod wodę. Musieliśmy pamiętać o ciśnieniu i odtykaniu uszu i u mnie nie było problemu, były drobne niedogodności ale szybko sobie z nimi radziłem. Osiadłem na dnie gdzie widać było kilka innych lin spuszczonych w ten sam sposób, gdzie trenowali pozostali ludzie z naszej łodzi.

 

Racha Yai - nurkowanie

 

Anglik, który schodził z nami, podpłynął do mnie i nakazał mi wykonanie tych elementów. Nie było problemu choć trzeba dodać, że jest to lekko stresujące uczucie, kiedy 4m pod wodą, nie ma się w ustach ustnika i trzeba powoli wypuszczać powietrze. Z maską poszło gorzej, bo kilka kropli wody ciągle mi zostawało ale stwierdził, że może mi to zaliczyć.

 

Oczywiście pod wodą nikt nie może nic mówić wobec tego Anglik podpływał do nas i sam demonstrował co mamy zrobić ale Basia była ostatnią, bo bolała ją głowa. Na powierzchni wykonała zadania ale coś się działo niedobrego z jej maską więc nie chcąc psuć tego do końca, postanowiła zrezygnować z wykonania zadania pod wodą. To nie przekreślało możliwości pływania ale nie mogła uzyskać certyfikatu.

 

W końcu jednak zakończyły się te podstawowe czynności i mogliśmy przystąpić do penetracji terenu. Dzieciaki poszły z Darkiem, a nad nami płynął Anglik. My szorowaliśmy po dnie, powoli oddalając się od łodzi. Dookoła nas pływały kolorowe rybki i rozgwiazdy, skały były porośnięte koralami, a słońce pięknie je oświetlało. Skał było sporo, co powodowało, że czasem musiałem odpychać się rękoma aby ich nie staranować. Przyzwyczailiśmy się do oddychania pod wodą i szybko o tym zapomnieliśmy. Teraz skupialiśmy się na widokach podwodnego świata. Było fajnie i przyjemnie ale nie aż tak kolorowo jak na Wielkiej Rafie Koralowej na zachodzie Australii.

 

Woda była naprawdę ciepła, bo nie czuliśmy w ogóle chłodu. Oczywiście chroniły nas pianki ale nawet w dłonie nie czuliśmy zimna. Pływaliśmy przez 26 minut zanim robiąc małe kółeczko znaleźliśmy się z powrotem pod łódką. Wygramoliliśmy się z wody, po drabince weszliśmy na pokład i zdaliśmy sprzęt.

 

Teraz przyszedł czas na chwilę odpoczynku i oczywiście na lunch i kawkę. Jedzenie było bardzo dobre, spory wybór, każdy ładował sobie, co chciał i ile chciał. Zjedliśmy porządny obiad, potem strzeliliśmy kawkę i tak jak zapowiedzieli, mieliśmy być gotowi na 12.20 na drugie zejście.

 

Tym razem sytuacja była bardziej dramatyczna, bo Anglik uparł się żeby Basia wykonała zdjęcie maski pod wodą, na co ona nie miała ochoty. Skoro ona nie dawała za wygraną i nie chciała tego zrobić, on potraktował ją dość brutalnie i sam jej ją zdjął. To oczywiście wprowadziło elementy paniki, stresu i złości i koniec tego wszystkiego był przewidywalny.

 

Ja już od dawna siedziałem na dnie w oczekiwaniu na Basię i Anglika i oczywiście byłem zupełnie nieświadomy, co się tam dzieje wyżej. Miałem ze sobą aparat zatem pstryknąłem kilka fotek ale jak mi się wydawało, coś to wszystko za długo trwało i zacząłem się niecierpliwić. W końcu jednak pojawiła się Basia ale nie do końca wszystko działało z jej maską, chyba wlewała się jej woda, nie mogła sobie też poradzić z ciśnieniem i postanowiła wypłynąć.

 

Racha Yai - nurkowanie

 

Wypłynąłem i ja, wysłuchałem wyjaśnień ale już wtedy wiedziałem, że nie uda mi się jej namówić na ponowne zejście. Tak też się stało i wściekła, ostatecznie postanowiła zrezygnować. W takim razie pozostałem sam z Anglikiem i już bez większych problemów zanurzyliśmy się i popłynęliśmy, oddalając się od łódki.

 

Zakamarki, koralowce, rozgwiazdy, ukwiały, barwne ławice ryb i rybek, koniki morskie i inne tego typu istoty mijaliśmy na naszej drodze. Widoczność była doskonała, temperatura wody bardzo przyjemna. Nikogo oprócz nas tam nie było, a właściwie to czułem się jakbym płynął sam, bo Anglik asekurował mnie z góry więc go nie widziałem. Czasem wskazał mi ręką żeby coś interesującego zobaczyć. Zniżaliśmy się na dno, znów musiałem odpychać się od skał aby ich nie staranować.

 

Racha Yai - nurkowanie

 

Pływaliśmy naprawdę długo, można powiedzieć, że zaspokoiło to moje chęci. Przewidziane było 30 minut ale to wszystko jest uzależnione od zużycia tlenu. Gdy człowiek się stresuje i nieregularnie oddycha, zużywa tego tlenu dużo więcej i przez to szybko się on kończy. Ja zapomniałem o tym, że jestem gdzieś pod wodą, że oddycham przez rurę więc mój oddech był spokojny, a że byłem sam, to praktycznie tylko ode mnie zależało jak długo będziemy pływać.

 

Racha Yai - nurkowanie

 

Nadszedł jednak moment, że trzeba było się wynurzyć. Anglik pokazał mi swój zegarek, na którym odmierzany był czas do tyłu. Staliśmy w miejscu czekając aż upłynie 3 minuty i wtedy nagle coś wystrzeliło do góry. To był balon, który pokazywał tym na powierzchni, gdzie się znajdują nurkowie.

 

Ostatecznie nurkowaliśmy ponad 40 minut więc więcej niż powinienem. Dopłynęliśmy do drabinki i tak jak poprzednio zdałem sprzęt. Basia była już przebrana i zrobiła kilka zdjęć. Wściekła jak osa, obrażona na Anglika, a on i Darek najbardziej się martwili, że nie mogą dać jej certyfikatu. Ale zarówno dla niej, jak i dla mnie ten certyfikat nie miał żadnego znaczenia. Po prostu chcieliśmy sobie ponurkować bez żadnych większych ambicji.

 

Racha Yai - nurkowanie

 

Darek wypisał certyfikaty, pocieszył Basię, że jeszcze będzie mogła go zdobyć i mogliśmy wracać do portu. Siedzieliśmy na górze, o żadnej chorobie morskiej tym razem mowy być nie mogło. Wszystko już przebiegło bezproblemowo. Nikt nas nie musiał odwozić dlatego pożegnaliśmy naszych instruktorów i zastanawiać się zaczęliśmy co robić.

 

 

Najważniejszą rzecz na Phuket zrobiliśmy. Mieliśmy opcję pożegnać Rosjan i przenieść się na południe do Polaków, którzy chętnie nas mogli przyjąć. Problemem był transport i brak łączności z nimi. Mogliśmy pozostać tutaj i po prostu przenieść się na plażę na cały dzień ale koszty transportu były horrendalne. Na wizytę na jednej z plaż na zachodzie wyspy potrzebne było ponad 1200B! Ale raczej nie mieliśmy wyjścia i tak właśnie zaplanowaliśmy sobie dzień jutrzejszy.

 

Tymczasem godzina była za późna żeby tam jechać dziś, a za wczesna żeby wracać do domu. Postanowiliśmy spróbować znaleźć jakąś plażę na tym, wschodnim wybrzeżu. Rzeczywiście tutaj kiepsko o ładne plaże ale kilka metrów piasku widzieliśmy trochę dalej od portu. Dlatego od razu tam się skierowaliśmy.

 

Zaczęliśmy wędrówkę plażą ale po jakimś czasie musieliśmy się wspiąć na ląd, bo plaża była ogrodzona, widocznie należała do restauracji lub hotelu. To nam nie przeszkodziło iść dalej i choć ja już chciałem osiąść, to jednak Basia trwała w swym postanowieniu znalezienia jeszcze lepszego miejsca. Ostatecznie udało się nam odszukać kawałek czystszego fragmentu. Przeszliśmy przez hotel, obok baru i basenu i byliśmy jedynymi ludźmi na tej plaży.

 

Było bardzo gorąco, droga nas trochę zmęczyła, a widok gości hotelowych popijających zimne piwo, dodatkowo obłożone gąbczastą osłonką, spowodował u nas chęć dokonania zakupu i delektowania się czymś zimnym. Dlatego od razu poszedłem do hotelowego baru po dwa zimne Changi i mogliśmy spokojnie się położyć i odpoczywać.

 

Było przyjemnie, tak przyjemnie, że zasnąłem leżąc na tym ciepłym piasku. Gdy się ocknąłem, trwał właśnie zachód słońca więc oznaczało to, że czas się zbierać i coś wrzucić na ruszt. Postanowiliśmy iść drogą wobec tego wróciliśmy przez hotel, docierając do głównej drogi i wracając w kierunku gdzie rezydowaliśmy.

 

Skręciliśmy w znaną nam uliczkę, którą dziś rano już szliśmy i znaleźliśmy sporą restaurację, tuż przy skrzyżowaniu. Ceny umiarkowane a wybór duży. Zarówno miejscowe specjały jak i dział "western". Postanowiłem wziąć jedno z moich ulubionych dań, czyli mięso z ryżem w sosie słodko-kwaśnym. Sos był wyśmienity, porcja ogromna i w pakiecie dostałem 5 dużych papryczek chili. Mimo że jestem fanem ostrej kuchni, to jednak po jednej miałem dość.

 

W czasie gdy siedzieliśmy w tej restauracji, dostałem SMSa od naszych Rosjan, że zapraszają nas na kolację. Szkoda, że wcześniej nie napisali, bo już byliśmy w trakcie posiłku. W związku z ich chęcią zakolegowania się z nami, postanowiliśmy wstąpić do supermarketu i kupić kilka piw żeby z nimi posiedzieć.

 

Wchodząc do tego supermarketu przeżyliśmy deja vu ponieważ spotkaliśmy tam… chińską wycieczkę, a ich autokar stał zaparkowany przed sklepem z włączonym silnikiem. Tuż obok stał beczkowóz (tak jak wczoraj), a kawałek dalej nadal zwisały oberwane kable.

 

Po powrocie do domu, zasiedliśmy na tarasie i trochę pogadaliśmy. Stiopa nie pije piwa, co oczywiście mnie zaskoczyło, ale nie gardzi mocniejszymi trunkami, co zresztą już wiedzieliśmy, patrząc na kartony po whisky.

 

Z naszych rozmów wynikło, że mieszkają na turystycznej wizie, którą odnawiają w Birmie, co 3 miesiące. Ona nie pracuje, on pracuje online. Z nudów ona zaczęła szyć torby i torebki, które sprzedaje w Rosji. Żyją na luzie, bo dzień zaczynają od plażowania, a potem zajmują się zbijaniem bąków. On coś tam popracuje, a ona pobuja się z koleżankami, pójdzie na naukę tajskiego, a najczęściej chodzi na zakupy.

 

Rozśmieszyła ich moja uwaga, że chyba muszą kogoś mieć w Gazpromie, a jeśli chodzi o politykę, to raczej są bardzo antyputinowscy. Opowiadali o zwyczajach na Phuket i o sporej diasporze Rosjan, których spotykaliśmy bardzo wielu. W toku rozmów i naszych planów, wyszło, że chętnie nam pomogą w dotarciu na plażę na zachodzie. Dysponowali dwoma skuterami zatem nie ma problemu abyśmy się z nimi zabrali jutro z rana. Uprzedziliśmy ich, że zależy nam na wyjeździe o wczesnej porze, a nie w południe ale po jękach z jej strony, udało się dojść do konsensusu. Tak więc transport na plażę mamy darmowy. Spokojnie mogliśmy iść spać, choć warunki były bardzo trudne. Upał i duchota nie odpuszczały.

 

Dzień 13: nocleg (A) – parking (B) =  1km

 

Dzień 13: port (A)- Wyspa Racha Yai  - port (A)= 40km

 

Dzień 13: port (A) – plaża (B) – nocleg (C) =  7km

 

 

Dzień 14 - 24 lutego 2014 - poniedziałek

 

              PLAŻING

 

Basia cieszyła się na ten dzień, bo to miało być prawdziwe Phuket. Nie musieliśmy się nigdzie spieszyć wobec tego wstaliśmy trochę później niż zazwyczaj. Zjedliśmy skromne śniadanie i czekaliśmy aż pojawią się nasi gospodarze. Gdy to nastąpiło, to przystąpiliśmy do kolejnego etapu dnia czyli wyjazdu na plażę.

 

Odradzali nam komercyjne i zatłoczone słynne plaże takie jak Patong i polecali najbliższą ładną, na którą często jeżdżą. Plaża Nai Harn znajduje się ok. 10km od miejsca gdzie rezydowaliśmy, co na takim skuterku można zrobić w 20 minut. Zasiedliśmy więc na tych skuterkach i od razu o mało co bym nie spadł do tyłu, bo tak Stiopa szarpnął. Musiałem go całą drogę mocno trzymać żebym nie spadł, bo on już jeździł po tajsku. Dziewczyny zostały trochę w tyle i zapewne nie jechały tak ostro. Małymi uliczkami, po wielu zakrętach dojechaliśmy w końcu na plażę.

 

Nai Harn jest bardzo ładną plażą, schowaną między trawiastymi wzgórzami i jest podobno popularna wśród turystów jak i mieszkańców. Bardziej wyluzowana niż te na zachodnim wybrzeżu. Tylko dwa hotele są naprawdę blisko Nai Harn. Plaża sama w sobie jest bardzo duża, z drobnym miękkim piaskiem i doskonałą czystą, błękitną wodą. Przez południowy kraniec plaży przepływa mały strumień pochodzący z jeziora po drugiej stronie ulicy. Wzdłuż plaży, są dostępne dwa rzędy krzeseł i podobno nigdy nie są naprawdę zajęte.

 

Plaża Nai Harn

 

Te krzesła oczywiście kosztują i zapłaciliśmy za dwa 200B wraz z parasolem. Ten strumyk, przepływał tuż obok nas dlatego trzeba było przez niego przejść gdy chciało się udać do morza. Oczywiście cała trójka pobiegła od razu do wody, natomiast ja zostałem z rzeczami, rozlokowując się powoli na leżakach.

 

Po 15 minutach, rosyjska para pożegnała nas i odjechali do domu, natomiast dla nas rozpoczął się dzień totalnego lenistwa. Na szczęście fotele były miękkie, nad głową był parasol, a przyjemna bryza łagodziła zbliżający się upał. Ludzi przybywało, leżaki się zapełniały, a my leżeliśmy błogo.

 

Mniej więcej co godzinę, szliśmy do wody aby schłodzić się, bo ta przyjemna poranna bryza zamieniała się w strumień powietrza podobny do tego, po otwarciu piekarnika. Konieczne więc było wejście do wody. Dno było bardzo delikatne, toteż bez obaw o jakąś kontuzję można było śmiało stąpać. W dodatku woda była bardzo płytka i naprawdę udawało się bardzo daleko dotrzeć zanim jedna z wielu sporych fal zawracała nas z powrotem na brzeg. Taka zabawa mogła trwać i trwać, bo woda była tak ciepła, a jednocześnie schładzała rozpalone od słońca ciało, że człowiek zapominał o bożym świecie.

 

Plaża Nai Harn

 

Mijały nam w ten sposób godziny, jedna za drugą aż przyszedł czas na lunch. Ja byłem tak rozleniwiony, że nie miałem absolutnie ochoty i siły wstać i szukać czegoś. Natomiast Basia chętniej i częściej się ruszała dlatego to ona poszła szukać pożywienia. Szybko przyniosła coś dobrego, miejscowego i po takim obiedzie, przy takiej pogodzie nie pozostało już nic innego, jak dalej leżeć sobie na leżaczku i delektować się wiaterkiem.

 

Kolejne kilka godzin minęło nam w ten sam sposób. Dopiero powolny przypływ zmusił nas do przesunięcia się najpierw w głąb plaży, a gdy brakło miejsca ze względu na skały, przenieśliśmy się w inną część plaży. Wody jednak przybywało, słońce powoli zmieniało barwę, ludzie zbierali się, obsługa sprzątała leżaki, a my wtedy rozpoczęliśmy sesję fotograficzną Basi, która niczym modelka z folderów kazała mi się obfotografować z każdej strony, na każdym możliwym tle.

 

Plaża Nai Harn

 

Gdy ta sesja się skończyła, było już późno i zapadł zmrok. Weszliśmy na górę, do jednego z pubów i tam jeszcze zamówiliśmy sobie po zimnym piwie. Wyczekaliśmy do końca, gdy słońce ostatecznie się pożegnało z nami, a na plaży zaczęły się spotkania miejscowych psów.

 

Plaża Nai Harn

 

Mogliśmy wracać więc zostawiłem odliczoną kwotę pieniędzy, przycisnąłem te kilka banknotów butelką i poszliśmy w kierunku ulicy. Jednak kilkanaście sekund później dogonił nas kelner, krzycząc, że zostawiliśmy o 20B za mało. Wydawało mi się, że dobrze pamiętałem cenę ale bez problemu wyjąłem brakujący według niego banknot i sprawę wyjaśniliśmy. Teraz pozostało nam tylko jakoś się dostać do Chalong.

 

Nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy wziąć taksówkę. Tylko, że żadna nie jechała dlatego cały czas szliśmy w kierunku Chalong. Wiedzieliśmy, że nie przejdziemy całej drogi, bo raz że za daleko, a dwa, że moglibyśmy się pogubić. Jednak idąc tak, mijaliśmy poszczególne wioski czy raczej skupiska domostw i nadal nie mogliśmy natrafić żadnej taksówki. Nikt z miejscowych nie proponował nam "okazji" więc szliśmy dalej.

 

Spacer był całkiem spoko, tylko po kilkudziesięciu minutach takiego dreptania zaczęło nas to nużyć. Mijane miejsca wyglądały identycznie, robiło się późno i nie chcieliśmy się zgubić. Wreszcie dostrzegliśmy znaczek "taxi" przy jednym z hoteli i przy barze zapytaliśmy o podwózkę. Nie było problemu, gościu wyjął cennik, na którym cena dla nas wyszła 350B więc całkiem ok. Zapakowaliśmy się w klimatyzowany, wygodny samochód i po kilku minutach byliśmy w centrum Chalong. Poprosiliśmy go o wysadzenie na naszym znajomym skrzyżowaniu abyśmy mieli blisko do naszej ulubionej knajpki.

 

Tam zamówiliśmy sobie kolację, znów coś miejscowego wziąłem ale dowiedzieliśmy się też tam oboje, że na tej plaży trochę przesadziliśmy. Pomimo tego, że 90% czasu spędziliśmy pod parasolem, słońce lizało nas tylko podczas wyjść do wody, to jednak strasznie się spaliliśmy. Ja znacznie gorzej od Basi i czułem, że noc mogę mieć nieciekawą. Nie smarowałem się, jak zwykle, bo doszedłem do wniosku, że przecież będę tylko w cieniu, a jednak te krótkie, kilkuminutowe kąpiele w wodzie doprowadziły moje ciało do małej tragedii. Zaczynało mnie piec.

 

Po kolacji wróciliśmy do domu, gdzie zdaliśmy krótką relację z naszego pobytu na plaży. Stiopa zaoferował nam miejscową zupę, którą przyrządził z oryginalnych składników ale na chwilę musiał wyjść i dlatego trochę na niego czekaliśmy, rozmawiając z jego dziewczyną. Niestety po wypiciu piwa, zaatakowały nas komary i potem już odechciało się nam na niego czekać. Gdy wybiła 23.00, wróciliśmy na górę aby się spakować na jutro.

 

Dzień 14: nocleg (A) – plaża Nai Harn (B) – nocleg (A) =  18km

 

Dzień 15 - 25 lutego 2014 - wtorek

 

 POWRÓT DO CHŁODÓW

 

Bardzo wcześnie nie musieliśmy wstawać ale temperatura zrobiła swoje. Dopakowani byliśmy już o 8.00. Zeszliśmy żeby coś zjeść, a potem trzeba było załatwić transport. Pomysł był taki, że przeniesiemy się na plażę, która będzie jak najbliżej lotniska, skąd potem będziemy mogli przejść sobie do terminala pieszo. Lot był dopiero o 15.30 wobec tego mieliśmy sporo czasu.

 

Ustaliliśmy, że ja pójdę poszukać taksówki żebyśmy nie musieli chodzić w tym upale z plecakami, a Basia poczeka przed domem. Nasi gospodarze spali dlatego były nikłe szanse, że się z nimi spotkamy.

 

Na szczęście daleko nie musiałem iść. Znalazłem postój taksówek i zagadałem o wyjazd na plażę na północy. Rubaszny szef korporacji od razu wypytał o szczegóły więc nie ściemniałem nic i powiedziałem o co chodzi. Od razu zasugerował zmianę plaży. Wytłumaczył, że ta "jego" jest za płotem lotniska i będzie nam łatwiej przejść. Nie protestowałem.

 

Potem zaczęły się negocjacje w sprawie ceny. Z lotniska chcieli 1000-1100B więc spodziewałem się podobnej kwoty ale udało mi się go przekonać żeby nas zabrał za 800B. Ustąpił i kazał poczekać 5 minut na kierowcę, do którego zadzwonił. W międzyczasie zapytał skąd jestem. Gdy odpowiedziałem, on powiedział wtedy: "You Poland, me Phuket!" i wybuchnął gromkim śmiechem.

 

Chwilę później już prowadziłem kierowcę pod nasz dom. Basia czekała z plecakami i załadowaliśmy je do bagażnika. Ciężko było mu nawrócić na tej wąskiej uliczce ale wreszcie się udało i za moment byliśmy już w drodze na północ.

 

Podróż zleciała szybko, nie było zbytnich korków, choć zdarzały się utrudnienia w związku z remontem dróg. Zjazd na plażę Nai Yang, dalej wąska droga aż wreszcie zatrzymał się w mocno zacienionym miejscu skąd wystarczyło przejść 50m i byliśmy na plaży. Lotnisko rzeczywiście było za płotem.

 

Plaża Nai Yang

 

Sama plaża jest dużym pasem piasku, ale woda nie zawsze może być tak niebieska jak na innych plażach. Jednak ludzie tutaj wydają się często preferować raczej pobyt w cieniu drzew gdyż bardzo ich dużo znajduje się w niewielkiej odległości od morza. Dla nas to było coś dobrego, ponieważ oboje byliśmy spaleni i nie chcieliśmy za bardzo wystawiać się na działanie słońca. Basia jednak nie zrezygnowała z kąpieli, choć chroniła się od słońca koszulką. Ja siedziałem w cieniu i obserwowałem lądujące samoloty, które zniżały się tuż nad wodę, po czym dotykały pasa startowego dosłownie kilka metrów od brzegu.

 

Plaża Nai Yang

 

Spędziliśmy tam prawie 3 godziny. Było pusto, kilka starszych osób tylko spacerowało brzegiem. Plaża wygląda na dziką, choć w oddali znajdowała się jakaś infrastruktura. W lasku obok, na drodze gdzie wysiedliśmy, urzędowali miejscowi z gar-kuchniami ale nic fajnego nie oferowali.

 

Wreszcie przyszedł moment na opuszczenie tego miejsca. Zapakowaliśmy się i pora była znaleźć miejsce, gdzie możemy dostać się do terminala. Wydawało się prosto ale po pewnym czasie, gdy wyszliśmy z lasu na słońce, nasze ciężkie plecaki zrobiły swoje. W dodatku nie do końca wiedzieliśmy gdzie powinniśmy wejść na teren lotniska.

 

Skręciliśmy w pierwszą w lewo i zauważyliśmy wejście do terminalu ale ochrona nas przegoniła. To był jakiś Terminal X. Na szczęście pokazano nam właściwą drogę. Musieliśmy jeszcze jednak spory kawałek przejść, tak że wyszło nam 20 minut marszu w tym słońcu z plecakami. To trochę nas zmęczyło i zapragnęliśmy szybko pozbyć się tych bagaży.

 

Było za wcześnie toteż najpierw koniecznie musieliśmy coś zjeść. Mieliśmy jeszcze pieniądze, szukaliśmy miejsca na szybki posiłek i wylądowaliśmy w miejscowym barze. Jedzenie średnie ale przynajmniej napchaliśmy się i już nie myśleliśmy o głodzie.

 

W dalszej kolejności zaczęliśmy przepakowanie, bo za chwilę mieliśmy pozbyć się dużych plecaków. Gdy to już zrobiliśmy, poszedłem wymienić resztki tajskich pieniędzy na dolary hongkońskie. Dostałem w okienku $140 ale nadal jakieś drobne pałętały się w portfelu. Może uda się je wymienić na wodę lub cokolwiek aby tylko nie wozić tego złomu ze sobą.

 

Po odprawie poszliśmy na kawę, już po drugiej stronie i po opłaceniu rachunku zostało mi 30B. Przeszedłem się po terminalu szukając wody ale ceny za jedną małą butelkę wynosiły 40B. Gdy ja szukałem czegoś za 30B, Basia robiła zakupy w sklepie bezcłowym. Kupiła sobie perfumy, które podobno są tutaj o wiele tańsze niż w Europie.

 

Gdy ja znalazłem sklep gdzie woda kosztowała 35B, zapytałem czy sprzeda mi za 30B, ten jednak się nie zgodził. W końcu znalazłem taką za 30B i ostatecznie pozbyłem się wszystkich miejscowych pieniędzy. Zostało nam czekać na samolot do Hong Kongu, do którego ustawiała się już bardzo długa kolejka. Jeszcze na ziemi, lot został jednak opóźniony o 20 minut. Potem jednak wszystko poszło standardowo. Mieliśmy miejsca w ostatnim rzędzie. Samolot wypełniony chyba całkowicie.

 

 

Dolecieliśmy do Hong Kongu bez problemu. Tam już było ciemno. Odebraliśmy bagaże i przyszedł mi do głowy pomysł aby sprawdzić czy jakiś samolot Air France albo KLM nie leci do Europy jeszcze dzisiaj. Gdyby mieli wolne miejsce, moglibyśmy spróbować przebukować nasze loty i zaoszczędzić sporo czasu.

 

Spoglądając na tablicę odlotów, odszukaliśmy jeden lecący za kilka godzin do Paryża. Szybko podeszliśmy do stanowiska odpraw Air France i wyjaśniliśmy naszą sytuację. Po sprawdzeniu w systemie okazało się, że mają 100% obłożenie i niestety będziemy skazani na noc na lotnisku. Mieliśmy spore nadzieje i niestety gorzko się rozczarowaliśmy.

 

Teraz przyszedł czas na znalezienie miejsca do nocowania. Co prawda mieliśmy, co najmniej 3 propozycje nocowania w mieście u couchsurferów ale po przeanalizowaniu wszystkiego doszedłem do wniosku, że to się nam nie opłaci. Wiedzieliśmy jak długo się jedzie do miasta, potem trzeba jeszcze odszukać konkretne mieszkanie, a rano szybko z powrotem. Gdyby nie bagaże, może i byśmy spróbowali ale ostatecznie zrezygnowaliśmy.

 

Następną rzeczą, z której zrezygnowaliśmy był słynny posąg Buddy, na który mieliśmy się wybrać rano. Kolejka zaczynała działać o 10.00, trzeba by było zostawić plecaki w przechowalni… Za dużo zachodu, poza tym najzwyczajniej się nam nie chciało. A takich posągów już sporo widzieliśmy. W związku z tym, postanowiłem zwrócić nasze Octopusy. Nie dość, że zwrócili nam niewykorzystane pieniądze, to jeszcze zwrócili za same karty. Ostatecznie staliśmy się bogatsi o $299! Wiedzieliśmy, że starczy nam na kolację i jutro na śniadanie.

 

Leżenie na ławkach na tym lotnisku jest utrudnione ze względu na poręcze przytwierdzone na stałe. Nie da się położyć więc na więcej niż jednym siedzisku, czego oczywiście nie można nazwać leżeniem. Ale dopisało nam szczęście, bo znalazłem miejsce gdzie jedna taka poręcz była wyrwana i nieobecna. Zrobiło się w takim razie więcej miejsca i Basia spokojnie mogła spróbować się położyć. W dodatku ławka była wciśnięta między przejście, a balkon zatem nikt się nie kręcił przed nami. Drogę zatarasowałem wózkiem i w ten sposób powstał nasz barłóg. Musieliśmy pilnować tego miejsca, bo lepszego nie znajdziemy, to pewne.

 

Lotnisko w Hong Kongu

 

Basia poszła kupić kolację, potem ja poszedłem na rekonesans i znalazłem znakomite miejsce na spanie! Niestety spanie w kaplicy było niedozwolone. A tak cicho, przytulnie tam było i na dokładkę na uboczu. Może i by się udało, bo nikt tam nie zaglądał ale lepiej nie ryzykować. Gdy Air France do Paryża o 23.35 poleciał, wyciągnęliśmy śpiwory, pozabezpieczałem bagaże przed kradzieżą i spróbowałem zasnąć.

 

Dzień 15: nocleg (A) – plaża Nai Yang (B) =  41km

 

Dzień 15: plaża Nai Yang (A) – lotnisko (B) =  2km

 

Dzień 15: Phuket – Hong Kong =  2293km

 

Dzień 16 - 26 lutego 2014 - środa

 

 BARDZO DŁUGI LOT

 

Noc nie była zbyt wygodna ale nawet nie było tak źle. Udało mi się coś przespać. Basia jak zwykle ma mniejsze problemy w takich sprawach. Najgorsze były komunikaty, które mnie wybijały ze snu oraz czasem ludzie obok, którzy często się zmieniali. Ale ogólnie mówiąc, nie było najgorzej.

 

Zaczęliśmy zbieranie naszego barłogu, szybka i bardzo ogólna toaleta, dopakowanie i szukanie stanowisk odpraw. Lot dopiero o 13.30 więc sporo czasu ale chcieliśmy pozbyć się naszych bagaży. Stąd wydawało się nam, że będziemy jednymi z pierwszych do odprawy.

 

Wymyślili, że mamy się odprawić sami przy pomocy tych maszynek. Szło gładko do momentu aż wyrzuciło nam nasze miejscówki. Okazało się, że siedzimy w różnych częściach samolotu. A to Boeing 747 wobec tego trochę konkretny samolot. Bardzo byliśmy zaskoczeni takim obrotem sprawy. Było bardzo niewiele wolnych miejsc, więc spróbowaliśmy ponownie, wyznaczając konkretne miejsca żeby siedzieć obok siebie. Pokazała się informacja, że mamy dopłacić. Myślałem, że będzie to kilka euro ale zdębieliśmy gdy pokazało nam cenę €750! Zawołaliśmy babkę stojącą obok do pomocy ale potwierdziła, że tyle musimy dopłacić.

 

Wybraliśmy oczywiście darmową wersję ale nie dawało nam to spokoju. Po pierwsze nie chcieliśmy siedzieć w dwóch różnych końcach samolotu przez 11 godzin. Po drugie, gdy staliśmy w kolejce z plecakami, dopiero zaczynały schodzić się osoby do odprawy na nasz lot. Jakim więc cudem wszystkie miejsca były zajęte skoro ludzie dopiero zaczynali odprawę? Coś tu śmierdziało i zdecydowaliśmy się poskarżyć.

 

Poszła Basia. Widziałem, że prowadziła ożywioną dyskusję i ostatecznie wróciła z załatwioną sprawą. Dostaliśmy miejsca obok siebie bez płacenia idiotycznej ceny. Do tej pory nie wiemy o co chodziło z tym zabukowanym całym samolotem.

 

Niestety popełniliśmy koszmarny błąd w momencie gdy zorientowaliśmy się, że nasze bagaże idą prosto do Warszawy. Mamy mieć dzień przerwy w Amsterdamie zatem sądziliśmy, że odbierzemy sobie bagaże, a tak zostaliśmy na lotnisku bez ciepłych ubrań. Mało tego, Basia została w japonkach! To oznaczało, że nie mamy szans aby wyjść poza lotnisko w Amsterdamie. Strasznie byliśmy wściekli na siebie za ten błąd.

 

Dopiero teraz poszliśmy szukać czegoś na śniadanie. Kiepsko tutaj z tym, bo serwują głównie lokalne rzeczy, które nie bardzo nam podchodzą. W końcu, już za bramkami, znaleźliśmy lokal "Pizza Express". W środku miało być wifi ale coś nie działało. Winą jednak był tablet, któremu coś odbiło. Nie mogłem go zresetować, nie miałem ani szpilki ani spinacza toteż pozostaliśmy bez wiadomości. Teraz i tak, ktokolwiek by się odezwał z Amsterdamu, to nie mielibyśmy szans na dojazd. W nocy, w lutym w japonkach i bez kurtek to raczej szybciej byśmy po drodze trafili albo do psychiatryka albo do noclegowni dla bezdomnych.

 

Pizza na śniadanie to nowość w naszym menu ale nie było dużego wyboru. Nie była to dobra decyzja, bo produkt był kiepski, a na dodatek zaskoczyli nas dopisanym napiwkiem. Bardzo tego nie lubię, gdy działają z zaskoczenia. Wybuliliśmy tam $150HK i bardzo żałowaliśmy.

 

Poszliśmy na stacjonarny internet. Posiedziałem do ostatniego momentu, a że znów zostały nam jakieś drobne więc poszedłem szukać kantoru żeby je wymienić na euro. Niestety pani w okienku stwierdziła, że kwota jest za mała i jej się nie opłaca taka wymiana. Wkurzyłem się na to. Musiałem więc wydać te drobniaki na przekąski. Zakupiłem trochę wody, jakieś batony, czekoladę.

 

Basia się już niecierpliwiła, bo kolejka dawno ruszyła i ludzie wchodzili już na pokład błękitnego Jambo Jeta linii KLM. Ale spokojnie wyrobiłem się w czasie, odnalazłem swoją małżonkę i mogliśmy wraz z innymi wejść do samolotu lecącego do Amsterdamu, w którym powitały nas raczej starsze panie w roli stewardess, co było szokiem po lotach z Air Asią. Ale zapewne te panie są bardzo doświadczone toteż nie miało to dla nas żadnego w sumie znaczenia.

 

Boeing 747 na lotnisku w Hong Kongu

 

Nasze miejsca były tuż przy wejściu dlatego nie musieliśmy się przeciskać na sam koniec samolotu. Obok nas zasiadła starowinka, której rodzina siedziała przed nami. Była godzina 13.35 miejscowego czasu, gdy samolot zaczął kołować. Zmieniłem czas na europejski i zrobiła się 6.35. W takim razie przed nami 11-godzinny, dzienny lot. Dla mnie masakra, bo wolę spać na takich długich lotach ale tutaj nie ma szans na sen. Dla Basi taki problem nie istnieje ale mi ciężko będzie, mimo kiepskiego zeszłego noclegu.

 

Lot odbywał się standardowo. Lecieliśmy w chmurach nad Chinami, potem nad Mongolią aż wreszcie dotarliśmy do Syberii. Tam już widać było białe połacie ogromnych terenów. Ciągnęła się ta biel cały czas, bezkresne obszary zamarznięte na kość.

 

W tym czasie ja zdążyłem obejrzeć dwa holenderskie filmy. Potem słuchałem muzyki, zacząłem nawet grać w gry! Posiłki trochę urozmaiciły ten czas, chodziłem też się przejść, rozprostować kości ale mimo to, lot był dla mnie straszliwie męczący. Nie wiem jak ta babinka obok mnie to wytrzymywała, bo nie włączyła nawet swojego telewizorka i całą drogę siedziała patrząc się w oparcie fotela przed nią. Szacun dla niej.

 

Gdy na ekranie pojawiła się Estonia, potem Szwecja, Dania to już tylko obserwowałem mapkę. To już dom, choć jeszcze sporo czasu musi upłynąć zanim tam ostatecznie będziemy. Dokładnie wylądował o 18.45 czyli lecieliśmy 12 godzin i 10 minut. Pół doby!

 

Po wylądowaniu na Schiphol, mieliśmy identyczny plan jak w Hong Kongu aby spróbować złapać jakiś lot do Polski. Dlatego poszliśmy szukać na tablicy. Jest do Warszawy o 21.15 więc w te pędy do centrum logistycznego, dokąd skierowały nas stewardessy. Tam od razu nas poinformowano, że nawet jeśli znajdą nam miejsce to i tak będziemy musieli zapłacić karę za bagaż gdyż on już jest nadany i kara taka wynosi $100 na osobę. Poza tym lot jest całkowicie obłożony. Wygląda, że czeka nas kolejna noc na lotnisku. Nasz lot dopiero jutro o 14.00. Kiepska sprawa.

 

Zrobiło się za chwilę jeszcze bardziej dramatycznie gdy Basia oznajmiła mi, że w samolocie zostawiła śpiwór. Używała go, bo ona potrafi spać nawet w dzień, spakowała go ładnie ale w jakiś niepotrafiący się dać wytłumaczyć sposób, zostawiła go tam.

 

Postanowiliśmy wrócić do miejsca gdzie usiłowaliśmy przebukować nasz lot i spróbować czegoś się dowiedzieć. Dostaliśmy numerek jak na poczcie i po chwili okienko było wolne. Basia poszła załatwiać tę sprawę. Pani wykonała kilka telefonów, odczekaliśmy kilka minut i jest dobra informacja – śpiwór się znalazł. Pani zostawiła nas i obiecała go przynieść.

 

Nie było jej pół godziny! Przepraszała, że tak zeszło ale musiała przejść przez wszystkie kontrole. Rozbebeszyli go dokładnie, skanowali, psy obwąchały i w dodatku naraziła się ta pani, bo takie rzeczy odbiera się na drugi dzień. Nie miało dla nas żadnego znaczenia, że tak jej długo zeszło, byliśmy zadowoleni, że ta sprawa się wyjaśniła.

 

I co teraz robić? Krzesła nas załamały. Nie ma szans na nocowanie tutaj. Kilka osób czaiło się na nocleg i też szukali najbardziej ukrytych miejsc ale wszędzie tak samo. Wypuściłem się na zwiedzanie lotniska. Wyszedłem w końcu na zewnątrz, na duży plac ze sklepami. Było zimno jak diabli ale próbowałem poszukać informacji turystycznej.

 

Znalazłem informację od transportu i tam próbowałem czegoś się dowiedzieć. Dziewczyna była bardzo pomocna, bo sama w necie poszukała taniego hotelu i podała mi numer autobusu jaki tam jedzie. Ale było to ponad 4km od lotniska. Była to jakaś szansa ale nie mogłem znaleźć przystanku autobusowego. Zmarzłem już strasznie i musiałem zrezygnować. Wracając do Basi, zauważyłem informację turystyczną i po poinformowaniu Basi, poszliśmy się tam spytać czy coś się da z nami zrobić.

 

Nie było żadnego problemu ze znalezieniem noclegu. Rezerwacja obowiązywała przez 2 godziny. Busiki dowożą pod same drzwi, postój jest tuż za wyjściem. Wszystko było ok poza ceną. Musieliśmy zapłacić €69 plus €8 za fatygę, że pani nam znalazła. Policzyła po 4 euro od głowy. Dobrze, że nie przyjechałem z całą klasą na wycieczkę szkolną, bo bym wtedy nieźle zapłacił.

 

Natychmiast przenieśliśmy się na przystanek i na szczęście te busiki krążą co pewien czas dlatego długo nie staliśmy. Trochę zmarzliśmy ale udało się nam znaleźć ten właściwy i za moment już jechaliśmy do naszego hotelu, który nazywa się Park Inn.

 

Weszliśmy od tyłu, zameldowano nas i dostaliśmy klucz od pokoju. Pokój mały ale bardzo porządny. Czyściutka łazienka, z której z przyjemnością skorzystaliśmy, oczywiście internet i telewizja, no i najważniejsze - wielkie i wygodne łóżko.

 

Poprzednia niewygodna noc i dzisiejszy całodzienny lot wymęczył nas niesamowicie i dlatego oboje marzyliśmy o tym aby się jak najszybciej położyć spać. Nie minęła nawet północ kiedy już smacznie spaliśmy.

 

Dzień 16: Hong Kong - Amsterdam =  9290km

 

Dzień 16: lotnisko (A) – nocleg (B) =  8km

 

Dzień 17 - 27 lutego 2014 - czwartek

 

 OSTATNI DZIEŃ PODRÓŻY

 

Wstaliśmy o… 6 rano. Wszystko się pomieszało widocznie, bo zamiar mieliśmy żeby pospać do oporu. Nie udało się ale nie byliśmy jakoś zmęczeni. Widocznie spaliśmy twardo. A że nie trzeba było się spieszyć, to odpaliliśmy neta i telewizję i powylegiwaliśmy się kilka godzin.

 

Przy zdawaniu kluczy, Holendrzy znów mnie zaskoczyli, doliczając do rachunku 6% podatku dla miasta (city tax). W sumie więc zapłaciliśmy €81 za tę noc, co już nie jest tak małą kwotą.

 

 

W windzie spotkaliśmy Polaków pracujących w tym hotelu, a potem już oczekiwanie na busika, który zawiózł nas na lotnisko. Busik trochę się spóźniał, trochę zaczęliśmy marznąć i nawdychaliśmy się zapachów gnojówki.

 

Zanim weszliśmy do terminalu, musieliśmy iść na śniadanie. Znaleźliśmy miły lokal o nazwie Dutch & Delicious i zamówiliśmy zestaw śniadaniowy. Było bardzo dobre ale znów trochę drogie. No cóż, wróciliśmy do Europy, przyzwyczajeni do cen azjatyckich, trochę nas to bolało. Wyszło, że kilkugodzinny pobyt w Holandii kosztował więcej niż niejeden kilkudniowy pobyt w Azji.

 

 

Dalej wszystko potoczyło się swoim rytmem. Jedyną nowością było to, że złapali mnie na przemycie wody. Jakoś mi się zapodziała woda, którą nota bene dostaliśmy na pokładzie lotu z Hong Kongu, a skaner to wyłapał. Musiałem się tłumaczyć ale obyło się bez ostrej reprymendy.

 

Na dworze zaczęło lać. Widzieliśmy przygotowania naszego samolotu, nawet widać było nasze bagaże wjeżdżające do luku. W tym czasie dzwoniła też Hania zdziwiona, że my jeszcze w Holandii. Ale właśnie ogłosili, że można wchodzić na pokład małego Embraera i bez żadnych opóźnień wzbiliśmy się w gęste chmury wiszące nad lotniskiem Schiphol.

 

Plecak Basi ładowany do luku

 

Nad Niemcami pogoda się poprawiła i w Warszawie była też całkiem ok. Jak na luty, to była rewelacyjna. Gdy odebraliśmy bagaże, wreszcie mogliśmy się porządnie ubrać, co odciążyło też nasze plecaki.

 

Zeszliśmy na sam dół, kupiliśmy bilety na autobus i mogliśmy pojechać do centrum. Autobus wypełniał się powoli ludźmi ale podróż nie trwała długo i wysiedliśmy pod Pałacem Kultury. Zaczynało się ściemniać ale było dopiero późne popołudnie. Nasz autobus odchodził dopiero o 23.00 z Młocin więc postanowiliśmy sprawdzić czy czasem nie ma jakiegoś pociągu.

 

Centrum Warszawy

 

Pociąg odchodził za… minutę wobec tego nie mieliśmy szans zdążyć. Czekało nas kolejne wyczekiwanie na nasz środek transportu. Mieliśmy kilka godzin czasu i nie było sensu łazić z plecakami. Odszukaliśmy przechowalnię i za 20zł zostawiliśmy nasze bagaże i przynajmniej wolni, mogliśmy coś porobić.

 

Zaczęliśmy od Złotych Tarasów ale nie mieliśmy ochoty w sumie łazić po sklepach. Wtem, wpadłem na pomysł abyśmy poszli do kina. Zobaczyłem bowiem reklamę, że na ostatnim piętrze jest multikino więc możemy tam skoczyć. Kwestia czy zdążymy na film o 18.00, bo pewnie się zaczyna o tej porze.

 

Po dobiegnięciu do kina, przeczytaliśmy wszystkie możliwości i kiepsko to wyglądało. Fajne filmy albo się zaczęły albo zaczynały o 20.00, co raczej uniemożliwiało nam ryzyko przegapienia autobusu, który odchodził z Młocin. Dlatego ostatecznie wybraliśmy film "72 godziny", który nie okazał się rewelacyjny, ani nawet dobry ale przynajmniej zabił nam czas.

 

Po seansie, odebraliśmy plecaki i poszliśmy szukać jakiegoś baru z polską kuchnią. Zdecydowaliśmy się na pierogi, na które dość długo czekaliśmy. Porcja 7 sztuk kosztowała 17zł! W dodatku były okropne! To opinia zarówno moja jak i Basi więc ten pomysł był niewypałem ale mieliśmy dość wszystkich fast-foodów. Ryzyko się nie opłaciło. Być może inne rzeczy były lepsze, bo obok nas siedziała jakaś delegacja z Rosji i byli zachwyceni. Przynajmniej tak mówili.

 

Został nam teraz tylko dojazd do końca linii metra aby wsiąść do autobusu. Przeszliśmy pieszo obok Pałacu Kultury i weszliśmy do metra. Nie było już tłoku zatem wygodnie się jechało. Na miejscu z pewnymi problemami odszukaliśmy nasz autobus, który stał pod wiatą, a nie tam gdzie wysiedliśmy. Była też tam mała poczekalnia ale strasznie waliło bezdomnymi więc długo tam nie mogliśmy wytrzymać.

 

Niestety wiele osób postanowiło jechać z nami. Zajęliśmy sobie miejsce na samym końcu aby można się było położyć na 5 siedzeniach ale w ostatniej chwili przed przyjazdem, przyszedł jakiś gościu i usiadł w samym rogu. Z naszego planu wyszły nici. Trzeba się będzie pomęczyć na siedząco.

 

Ruszyliśmy punktualnie o 23.00 i o dziwo dość szybko zasnąłem. Basia sobie leżała, ja wyciągnąłem nogi w przejściu i obudziłem się na chwilę, gdy zrobiło się zamieszanie. To była Łódź. Dalej już gorzej mi szło ze spaniem ale głowa leciała co jakiś czas.

 

Do Wrocławia wjechaliśmy koło 5 rano. Było zimno, a gdy poszliśmy na dworzec, dopiero go otwierali. Musieliśmy poczekać na nim na naszego busika do domu. Aż trudno uwierzyć, że to był ostatni etap naszej podróży.

 

 

Zmęczeni doczekaliśmy się wyziębionego busika. Jechaliśmy praktycznie cały czas sami. Dopiero koło Jawora, ktoś wsiadł. Dojechaliśmy gdy było już w miarę jasno. Dzień dopiero się zaczynał, była 7.20, a my wróciliśmy z bardzo daleka. Czekało nas spore pranie i wyjazd na zakupy. Na szczęście przed nami weekend.

 

Dzień 17: nocleg (A) – lotnisko Schiphol (B) =  8km

 

Dzień 17: Amsterdam - Warszawa  =  1105km

 

Dzień 17: Okęcie (A) – centrum (B) – Młociny (C) =  18km

 

Dzień 17: Warszawa (A) – Wrocław  (B) - Złotoryja (C) =  446km

 

 

DZIEŃ

KILOMETRY

w powietrzu

Dzień 1

1802

1347

Dzień 2

9614

9607

Dzień 3

96

 

Dzień 4

41

 

Dzień 5

18

 

Dzień 6

1044

979

Dzień 7

147

 

Dzień 8

1194

1107

Dzień 9

240

 

Dzień 10

581

 

Dzień 11

46

 

Dzień 12

1100

1040

Dzień 13

48

 

Dzień 14

18

 

Dzień 15

2336

2293

Dzień 16

9298

9290

Dzień 17

1577

1105

 

29,200 km

26,768

 

 

 

 

 

ŹRÓDŁA: Wszelkie profesjonalne opisy zabytków i miejsc i in. zostały skopiowane ze strony:  www.wikipedia.org. Mapy pobrane z www.maps.google.com oraz www.gcmap.com  

Niektóre zdjęcia umieszczono z wykorzystaniem www.maps.google.com (street view). Dane i mapy lotów skopiowałem ze strony www.flightradar24.com/

I apologise to those authors of some photos who I was not able to identify and hence have not put down their names.