Powrót
   

SAN FRANCISCO/PARYŻ                   2003

 

Czas: 5 sierpnia 2003 – 11 sierpnia 2003

Miejsce: Sydney - San Francisco – Frankfurt – Paryż – Berlin - Lubliniec

Osoby: Maciek Rabenda (29, Złotoryja), Dorota Rabenda (30, Złotoryja),

            Maksymilian Rabenda (0.2, Złotoryja), Dawid "Profi" Droń  

           (28, Złotoryja)

Cel: Alcatraz, Golden Gate Bridge, Wieża Eiffla, Luwr, Łuk Triumfalny

Koszt: $AUD 700 (+$AUD 2,571 za bilet)

 

 

Dzień 1 – 5 sierpnia 2003 – wtorek

 

                   ŻEGNAJ SYDNEY!

 

Po nocnym pożegnalnym grzaniu z Davem, byłem trochę zmęczony ale podekscytowany wylotem. Byłem prawie już spakowany. Drobne sprawdzenie wszystkiego i byłem gotowy aby opuścić Avoca Street. Wcześniej bezskutecznie próbowałem dodzwonić się do niejakiej Beverly w sprawie moich zaległych $230 ale nie udało mi się z nią połączyć.

 

Maciek wynajął samochód więc nie musiałem ani kłopotać Dave’a ani tłuc się autobusem. Dave z Simoną jednak też postanowili mnie odprowadzić więc musieli pojechać autobusem. Za parking Maciek nie pozwolił mi zapłacić, choć to najdroższy parking w Sydney.

 

Równiuteńkie 2 lata temu wylądowałem na tym lotnisku. Tym razem trzeba się zwijać. Najpierw odprawa. Zostawiłem bagaż podręczny pod opieką Dorotki a sam poszedłem do kolejki. Obawiałem się czy z moimi 30kg uda mi się bez problemu wsiąść do samolotu. Ale miałem fuksa bo trafiłem na bardzo miłą panią. Z powodu, że jestem Polakiem, a pani uwielbia polski akcent, zostałem potraktowany wyjątkowo. Nie wiem do końca co się tej pani podobało w moim akcencie ale była tak nim zachwycona, że nie było problemu z moją walizką. Co więcej, wybrała mi też specjalne miejsce w klasie economy plus. Zyskałem więc dodatkowe 5 cali miejsca na nogi w miejscu gdzie nie było jeszcze nikogo. Tak więc była szansa, że będę miał 3 wolne miejsca obok siebie.

 

Po tym miłym akcencie poszliśmy już wszyscy na ostatnią kawkę, a ja zacząłem wypełniać papierki, łącznie z jednym specjalnym, potrzebnym do wjazdu do USA. Wreszcie nadszedł czas pożegnania z Davem i Simoną. Ich już być może nie zobaczę, a w każdym razie przez rok na pewno nie. Z Maćkiem, Dorotką i Maksem zobaczymy się za kilka dni.

 

Przejście przez kontrolę paszportową było bezstresowe. Oddałem też moje kwity na duty free, szybkie sprawdzenie bagażu i już byłem w sklepie wolnocłowym. Tam miałem dwie sprawy do załatwienia. Najpierw odebrać cygara, co poszło gładko, a potem odzyskać pieniądze z podatku za discmana. Tam poszło gorzej, bo okazało się, że nie oddają gotówki tylko czek. Musiałem go wypisać na Maćka a przyjść ma za miesiąc.

 

W końcu wszystko pozałatwiałem jak trzeba. Wtedy ogłosili, że mój samolot wystartuje 20 minut później. Poszwędałem się więc trochę po sklepie i poszedłem pod moją bramkę. Tam przywitała mnie kolejna kontrola. I to jaka. Zaglądali wszędzie. Ludzie buty ściągali. Ale to amerykańskie linie więc zaostrzone procedury. Też musiałem wszystko wywalać z plecaka. Trwało to trochę. Później kazali nam przejść do innej bramki i dopiero wtedy byliśmy gotowi na wejście do samolotu. Wcześniej jednak... kontrola paszportowa. Ale pan życzył mi miłej podróży bo wszystko było w porządku.

 

Znalazłem swoje miejsce w samolocie. Miałem zewnętrzne miejsce. Rzeczywiście na nogi więcej miejsca ale obok mnie tylko 2 wolne miejsca. Po drugiej stronie siedziała jakaś dziewczyna. Od razu zagadała, że te dwa miejsca w środku będą wolne i będziemy mogli spać.

 

Start się opóźniał bo czekaliśmy na samolot z Melbourne więc zdążyłem jeszcze wysłać kilka SMSów za ostatnie centy na koncie. A potem już tylko start i 12.5 godziny lotu przez Pacyfik. Byłem mimo wszystko w dobrym nastroju. Co prawda opuszczałem Sydney ale leciałem do kolejnego kraju, w dobrych warunkach i z niezłą dupcią z Kanady obok mnie. Zaczęliśmy bowiem gadać i wyszło, że wracała do domu do Toronto z Auckland. Miała więc za sobą już trochę podróży.

 

Po przyzwyczajeniu się do warunków, do stewardess, po posiłku, który był bardzo dobry i całkiem spory zająłem się czytaniem. Po kilku godzinach uruchomiłem discmana, a że obok mnie siedziała Kanadyjka z Toronto to nie wypadało nie zacząć od jej ziomków  - Kanadyjczyków z Toronto czyli Rush. Potem kilka innych płyt i czas na rozprostowanie kości. W tym czasie Kanadyjka już gnieździła się na dwóch fotelach. Podpowiedziałem jej, że ja raczej nie będę spał i że może się wyłożyć na jeszcze jednym. Ale powiedziała, że jest all right więc nie nalegałem. Poszedłem połazić trochę, a jeden ze stewardów zagadał mnie skąd jestem. Gdy mu powiedziałem to zaczął pytać o Irak. Na mapce patrzyłem jak przekraczamy najpierw linie zmiany daty a potem równik.

 

Po powrocie na miejsce zauważyłem, że Kanadyjka spała w najlepsze już na 3 fotelach. Ja zająłem się oglądaniem jakiegoś głupawego filmu i też zasnąłem.

 

 

Dzień 2 – 5 sierpnia 2003 – wtorek

 

              DZIEŃ ŚWISTAKA

 

Obudziłem się kiedy zbliżaliśmy się do San Francisco. Podawali śniadanie. Dla mnie to była kolacja ale w San Francisco dopiero był ranek 5 sierpnia. A więc przeżyję 5 sierpnia jeszcze raz. Dziwne uczucie. Dwa razy ten sam dzień. Dwa wtorki. Wreszcie wylądowaliśmy.

 

Kanadyjka bardzo podziękowała za miejsce i powoli wygrzebaliśmy się z samolotu. Doszliśmy jednak do miejsca gdzie spotkaliśmy przed nami ogromną kolejkę. To odprawa paszportowa. Strasznie długa kolejka. Po lewej stronie obywatele USA i rezydenci a po prawej my. Po 2 godzinach, kiedy musieli prawą stronę przerzucić na lewą doczekałem się mojej szansy.

 

Niestety gościu pogonił mnie bo wypełniłem nie tę kartkę co trzeba. Zieloną zamiast białej. Kiedy byłem gotowy z białą, gościa już nie było. Musiałem dopychać się do grubej Murzynki. Po kilku minutach udało mi się. Zadawać zaczęła głupie pytania. Nie mogła zrozumieć, że nie przyleciałem z Polski. Koniecznie chciała wiedzieć czym się zajmuję, po co przyjechałem. Przysłuchiwał się temu wszystkiemu jeszcze inny gościu. Widać było po ich minach, że nie za bardzo dobrze mi szło przekonywanie ich o moich intencjach. Nie za bardzo chciała mnie wpuścić.

 

Najbardziej nie podobało jej się, że nie wypełniłem rubryki z adresem. Nie chciała wierzyć, że jestem turystycznie i oddając mi paszport powiedziała, że nie wpuszcza mnie na terytorium United States jeśli nie podam jej adresu dokąd się udaję. Wyciągnąłem więc przewodnik i wpisałem jej adres schroniska. Wtedy okazało się, że nie ma problemu. Mogłem iść.

 

Po tak długim czasie mój bagaż dawno zdjęli z taśmy i czekał na mnie na środku hallu. Wyszedłem wreszcie na zewnątrz. Pierwszą rzeczą było znalezienie bankomatu. Pobrałem $200 i zacząłem szukać przechowalni bagażu. Najpierw jednak chciałem część jeszcze przerzucić do głównego bagażu aby zabrać ze sobą tylko najważniejsze rzeczy. Kiedy się przepakowywałem to usłyszałem, że para siedząca obok mnie mówi po polsku. Zagadnąłem więc ich, licząc, że być może są z San Francisco to dadzą kilka cennych wskazówek.

 

-Andrzej??? – krzyknęła babka. – Nie. – odpowiedziałem. – Aha, no w sumie to Janek jest z Polski, bo ja to z Chicago... Wiedziałem więc z kim mam do czynienia. Babka zaczęła mówić do mnie po angielsku, przynosić mi ulotki. Facet był konkretniejszy ale że byli z poza San Francisco to na wiele mi się nie przydali.

 

Poszedłem więc na górę do przechowalni bagażu. Murzyn zażądał $30 za moją walizę za 3 dni. Nie chciał słyszeć o żadnej zniżce. Znał wszystkie loty i ich numery na pamięć. Automatycznie wykonywał każdą czynność. Obsługiwał kilku klientów jednocześnie. Ale wszystko było do zaakceptowania.

 

Byłem więc wolny od bagażu, z małym plecaczkiem tylko. Następnym celem było wydostać się z lotniska. Wiedziałem o kolejce BART ale nie wiedziałem gdzie kupić bilet. W informacji skierowano mnie na dół ale pani zrobiła sobie przerwę na lunch. Wróciłem na górę i znalazłem dworzec kolejki. Tam po długiej rozmowie z panią z Azji w okienku na temat systemu komunikacji w SF, kupiłem dwa bilety. Jeden na kolejkę aby dojechać i wrócić z miasta na lotnisko. Kosztowało to $10, a drugie $10 wydałem na "paszport" czyli 3-dniowy bilet na wszystko w całym mieście. Tak zabezpieczony ruszyłem na podbój miasta.

 

San Francisco – (http://www.sfgov.org/) - to miasto w USA w stanie Kalifornia położone nad Oceanem Spokojnym. Obszar wodny, przy którym znajduje się nosi nazwę Zatoki San Francisco. Miasto ma 777 tys. mieszkańców. Aglomeracja miejska San Francisco Bay Area ma około 7 mln mieszkańców.

 

Miasto leży na 48 wzgórzach, z których część ma wysokie strome stoki, co utrudnia komunikację. Osią miasta jest Market Street. Za historyczne centrum uważa się okolice placu Union Square.

 

San Francisco ma zwartą zabudowę i w związku z tym łatwo się po nim poruszać. Śródmieście położone jest na wzniesieniach, nierzadko dosyć stromych, z których roztacza się wspaniały, czasami nieoczekiwanie przysłonięty mgłą widok na resztę miasta i zatokę. Również klimat panujący w mieście odbiega nieco od klimatu reszty Kalifornii. Bezchmurne niebo i nieznośne upały nie zdarzają się tu często, a temperatura rzadko przekracza 30°C. Trafiają się natomiast chłodne lata i gęste mgły.

 

Dzielnice położonego na wzgórzach San Francisco znacznie różnią się od siebie. Generalną zasadą jest zależność między wysokością geograficzną terenu a statusem jego mieszkańców. Bogacze mieszkają na wzgórzach, skąd rozciągają się piękne widoki, natomiast biedniejsi pozostają w często zamglonych dolinach. Dzielnice handlowe zajmują stosunkowo niewielką powierzchnię w centralnej części miasta, resztę metropolii zaś stanowią łatwe do przejścia na piechotę dzielnice mieszkaniowe z szeregami sklepików przy ulicach.

 

Miasto jest ważnym ośrodkiem naukowym Stanów Zjednoczonych. W obrębie aglomeracji znajdują się 4 uniwersytety, w tym światowej sławy Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley, szczycący się wielką liczbą wykształconych i wykładających na nim laureatów Nagrody Nobla oraz Uniwersytet Stanforda.

 

Kolejka jechała dość szybko i wkrótce wysiadłem na stacji Powell w samym centrum. Tam pierwsze kroki skierowałem do biura podróży. Miałem gotową listę atrakcji do zobaczenia i chciałem to skonfrontować z komunikacją miejską. Facet wyciągnął ulotkę z liniami autobusów, które dojeżdżały w najważniejsze miejsca miasta. Dodał jednak, że Alcatraz jest zabukowane do poniedziałku. Bardzo mnie zmartwiła ta wiadomość ale pomyślałem, że jeszcze spróbuję na przystani.

 

Najważniejszą rzeczą było znaleźć nocleg. Po momencie dezorientacji na ulicy Market znalazłem autobus #30, który zawiózł mnie pod samo schronisko. W czasie jazdy mignął mi między budynkami most. Pierwsze wrażenie było, że to Golden Gate Bridge ale nie zgadzało mi się to z mapą. I miałem rację. To inny most aczkolwiek bardzo podobny. Łączy San Francisco z Oakland. Golden Gate Bridge ujrzałem chwilę później kiedy wdrapywałem się na wzgórze gdzie było schronisko. Stamtąd też zobaczyłem Alcatraz.

 

Samo schronisko okazało się niewypałem. Zostało jedno łóżko na 24 osobowej sali za $24.50. Olałem to i wyszukałem inne w przewodniku. Teoretycznie było blisko więc ruszyłem z buta. Szło się fajnie bo z górki ale od kolejnego skrzyżowania trzeba się było wspinać. Jakoś doszedłem do schroniska "Pod Zielonym Żółwiem". Tam warunki lepsze i trochę taniej. Dostałem pokój z parą z Anglii za $22. W pokoiku totalny burdel ale nikogo nie było. Leżał tylko paszport więc wiedziałem, że to Angole. Zająłem górne łóżko, zostawiłem niepotrzebne rzeczy i wyszedłem na miasto.

 

Nie wiedziałem od czego zacząć i jak się poruszać. Postanowiłem zacząć od samego centrum. San Francisco to jednak malutkie miasteczko i rzeczywiście wszystko można obejść pieszo. Szybko znalazłem się w najważniejszych punktach miasta. Podszedłem do Lotta’s Fountain. To słynna fontanna, która działała jako punkt spotkań podczas słynnego trzęsienia ziemi w 1906 roku.

 

Potem podjechałem kawałek słynną kolejką linową do Union Square – absolutnego centrum miasta. Na samym środku stoi pomnik ku czci admirała Deweya. Oczywiście pstrykałem i prosiłem innych o jakieś zdjęcia. Sam plac był świadkiem dramatycznego wydarzenia o randze historycznej, gdyż właśnie tutaj, przed budynkiem St Francis Hotel, usiłowano dokonać zamachu na prezydenta Geralda Forda w 1975 r. Union Square posłużył także jako miejsce akcji filmu Francisa Forda Coppoli "Rozmowa", w którym Gene Hackman śledzi parę zakochanych. Akcja wielu powieści detektywistycznych Dashiella Hammetta, w tym "Sokoła maltańskiego", częściowo rozgrywa się właśnie w St Francis Hotel, gdzie w latach 20. autor pracował jako detektyw Agencji Pinkertona.

 

Kiedy tak chwilę stałem na Union Square podszedł do mnie Murzyn i zapytał czy wiem jaka nacja jest najlepsza na świecie. Odpowiedziałem mu, że chyba nie ma takiej a on na to, że jest i owszem, a nazywa się – donacja i podstawił mi kubek po coca-coli z kilkoma monetami w środku. Uderzyłem z nim w dyskusję o żebractwie, pracy w USA i tym podobnych. Skończyło się na tym, że wrzuciłem mu 50c i sobie poszedł.

 

Ja tym czasem kontynuowałem przemarsz przez centrum. Wszedłem w podobno słynne z morderstw Maiden Lane ale okazało się zwykłą uliczką. Potem jednak niedaleko miałem do równie słynnego Chinatown. To podobno drugie co do wielkości skupisko ludności chińskiej poza Azją. Chinatown posiada własne banki, szkoły, a nawet prasę. Cieszy się też zupełną niezależnością. Obecnie w Chinantown mieszka również spora liczba Wietnamczyków, Koreańczyków, Tajów i Laotańczyków. W ciągu dnia rejon ten kipi życiem, nocą zaś rozjaśniają go setki neonów. Na ulicach panuje duży tłok, spowodowany ogromną rzeszą turystów. Niestety, dzielnica ta może „pochwalić” się kilkoma najbardziej nędznymi i zaniedbanymi fasadami i sklepami, upodabniającymi ją do najbrzydszych terenów Hongkongu. W rzeczy samej, rzesze chińskich turystów odwiedzających to miejsce opuszczają je najczęściej z odczuciem głębokiego rozczarowania i udają się do nowej, ich zdaniem bardziej autentycznej chińskiej dzielnicy w Richmond przy Clement Street.

 

Już się chyba już też nie nabiorę na te chińskie dzielnice. Niczym się nie różni od sydnejskiego China Town, może jest trochę większe ale też zajmują się handlem duperelami i nic poza tym. Kupiłem kilka dupereli. Zacząłem od kartek. Cena była 15c za sztukę. Wziąłem 3 i daje jej 45c odliczone a ona mi na to, że to kosztuje 49c. Jakim cudem? – pytam. Tax. I to była prawda. Ceny w USA nijak się mają do tego co napisane. Zawsze trzeba płacić więcej przez jakiś śmieszny podatek. Tak już było do końca. Ciężko mi się było do tego przyzwyczaić.

 

Zaczął doskwierać mi lekki głód więc wstąpiłem do McDonalda. Brzmi to niewiarygodnie ale tak było. Zamówiłem jakiś meal, posiedziałem trochę i powoli zacząłem wracać w kierunku schroniska. Byłem poważnie zmęczony bo nie spałem od ponad 30 godzin, jeszcze to łażenie też mnie zmęczyło. Ale praktycznie całe centrum już zwiedziłem. Pozaglądałem w uliczki, sklepiki, przejechałem się kolejką i byłem w centrum.

 

W schronisku dostałem kartę magnetyczną do otwierania drzwi bo zamykają je już o 19.00. Powodem jest dzielnica w której znajduje się to schronisko. Początek włoskiej dzielnicy (nawet na słupach flagi włoskie wymalowane) ale jednocześnie dzielnica kin porno i pewnie burdeli. Jednak mój powrót nie przysporzył mi żadnych nieprzyjemnych przygód.

 

Po wejściu do pokoju spotkałem piegowatą Angielkę. Nie była zbyt długo bo gdzieś wychodziła. Przyszedł też jej chłopak. Wygląd pojeba: pół głowy biała, pół czarna, tatuaże wszędzie i kolczyki we wszystkich możliwych miejscach. Byłem padnięty więc tylko się wykąpałem i uderzyłem w kimono. Angole wrócili koło północy. Starali się być cicho ale i tak wszystko słyszałem co robili.

 

Dzień 1/2: Sydney – San Francisco 11,939km

 

 

 

Dzień 3 – 6 sierpnia 2003 – środa

 

                   W MIASTO

 

Wstałem dość późno. Angole już nie spali. Ona malowała go. Byłem w miarę wyspany. Chyba przestawiłem się na nowy czas. Mniej więcej. Na dworze upał. Na dziś zaplanowałem kilka rzeczy w tym próbę zdobycia Alcatraz. Założyłem szkła, przez to okularki słoneczne, czapeczkę i ruszyłem z mapą w kierunku Russian Hill.

 

Po drodze wstąpiłem na zakupy do supermarketu. Takie byle jakie zakupy na śniadanie. Znalazłem szybko park Washingtona i rozłożyłem się z moim majdanem żeby sobie zrobić śniadanie. Podjechał do mnie gruby Murzyn z wózkiem z supermarketu pełnym żarcia i obowiązkowo magnetofonem. Zaczął rozkładać sobie grilla.

 

Do Russian Hill było niedaleko ale najpierw postanowiłem wdrapać się na Coit Tower aby zobaczyć ponoć piękne widoki z wieży. Wieża o wysokości 64m została zbudowana w 1933 i ozdobiona rysunkami i malowidłami wykonanymi przez 26 artystów. Bilet kosztował $3.75. Nie zabawiłem jednak tam długo. Widoki owszem w miarę ale nic specjalnego.

 

Po chwili dotarłem do Russian Hill. To dzielnica słynna z pięknych widoków na miasto znana jako "najbardziej kręta ulica świata". Wdrapałem się na tę pokręconą ulicę, cyknąłem zdjęcie i ruszyłem w dół w kierunku portu. Postanowiłem dokładnie zbadać sprawę Alcatraz.

 

Alcatraz – (http://www.nps.gov/alcatraz/) - (znana także jako Twierdza, ang. The Rock) – to wyspa niedaleko San Francisco. Znajduje się na niej nieczynne więzienie o zaostrzonym rygorze, działające od 1934 do 1963. Zamknięte zostało głównie z powodu wysokich kosztów utrzymywania więzienia na wyspie oraz błędów konstrukcyjnych, które ułatwiały ucieczki.

 

Więzienie nie jest jedyną atrakcją wyspy Alcatraz. Także miłośnicy przyrody i architektury mogą oglądać tam interesujące rzeczy, wysepka jest bowiem siedliskiem wielu gatunków roślin i ptaków (zwłaszcza mew), które w marcu zakładają gniazda.

 

Znawców historii najnowszej na pewno zainteresują też ślady trwającej dwa lata (1969-1971) okupacji wyspy przez Indian, np. ruiny małego osiedla mieszkalnego przyległego do więzienia.

 

Kiedy doszedłem do portu wstąpiłem do agencji organizującej wycieczki na wyspę. Potwierdzili, że wszystko zabukowane do niedzieli. Czyli lepiej niż poniedziałek. Doradzili próbować w innych. Znalazłem kolejną ale tam dziewczyna powiedziała, że nie ma szans przed niedzielą. Oni organizują rejs pod most i wokół Alcatraz. Wypływają za 15 minut. Zastanowiłem się chwilkę i zdecydowałem, że popłynę.

 

Kupując bilet gościu spytał mnie skąd jestem a jak już wiedział to zapytał jak się czuje Papież bo go bardzo lubi. Potem już tylko wszedłem na łódź, dostałem słuchawki ale i tak nie korzystałem bo z głównego głośnika na pokładzie leciało to samo. Dosyć ciekawe rzeczy. Anglik robił mi zdjęcia pod mostem i koło Alcatraz. Rejs trwał godzinę i był bardzo przyjemny. Strasznie jednak wiało, aż nie dało się wytrzymać. Byłem jednak bardzo zadowolony choć trudno, że nie udało mi się zejść na wyspę i tylko opłynęliśmy ja dookoła.

 

Fot.1. Alcatraz.

 

Po zejściu na ląd byłem dość głodny. Postanowiłem przejść się na pobliską plażę w mniej więcej rejony wczorajszej mojej wyprawy. Tam zadowolony, że znalazłem zaciszne miejsce na trawce, rozłożyłem się ale musiałem się szybko zwijać bo okazało się, że trawka jest świeżo podlana. Załatwiłem się nieźle więc. Przeniosłem się gdzie indziej i tam zrobiłem sobie lunch. Potem krótka drzemka i zacząłem wczytywać się w przewodnik co by tu jeszcze zobaczyć.

 

Wyszło mi, że pozostało mi wejść na most oraz pojechać do dzielnicy hipisowskiej, gejowskiej i latynoskiej. Musiałem jakoś to rozdzielić na dwa dni. Na początku miałem plan pojechać do hipisów ale potem zmieniłem zdanie i pojechałem pod most. Złapałem dwa autobusy. Z początku myślałem, że linia #28 jedzie przez most ale to nie była prawda. Wysiadłem pod samym mostem.

 

Widoczne niemal z każdego punktu miasta pomarańczowe wieże Golden Gate Bridge (http://www.goldengatebridge.org/) są bez wątpienia najbardziej popularnym symbolem San Francisco. Zaprojektowanie i budowa mostu, którego długość wynosi 1280 m, zajęło zaledwie 52 miesiące. Obiekt oddano do użytku w 1937 r. Miesięcznie przejeżdża po nim około 3,4 miliona samochodów i liczba ta ciągle wzrasta. Szacuje się, że od momentu otwarcia mostu przejechało po nim około 1,6 miliardów pojazdów a ponieważ jest on od tego momentu płatny zarobił już na swoją konserwację około miliard dolarów.

 

Każda z lin na których wisi most ma 93 cm średnicy i składa się z 27572 oddzielnych żyłek kabla. Każda wieża wytrzymuje obciążenie 95 tysięcy ton, a każda zamontowana na brzegu blokada wytrzymuje naciąg 28,5 tysiąca ton. Od samego początku Golden Gate malowano na charakterystyczny kolor, znany jako międzynarodowy kolor pomarańczowy. W przypadku Złotych Wrót kolor ten sprawia, iż most jest lepiej widoczny podczas mgieł.

 

Most jest również popularny wśród samobójców – przeciętnie co roku rzuca się z niego kilkudziesięciu pozbawionych radości życia desperatów. Od momentu powstania mostu przez barierki skoczyło więc około 1200 samobójców. Śmierć nie następuje bynajmniej z powodu utonięcia, gdyż człowiek skaczący z tego mostu uderza w wodę z zawrotną prędkością 129 km/godz, ginąc na miejscu.

 

Fot.2. Most Golden Gate.

 

Przespacerowałem się nim. Robi wrażenie. Pamiętałem słowa Marcina, że najlepiej iść tam po południu i starać się wejść na górkę za mostem żeby zobaczyć trzy pięknie oświetlone słońcem obiekty: most, Alcatraz i miasto. Szedłem więc z nadzieją, iż uda mi się tam wdrapać. Ale po pierwsze się przeliczyłem - most jest cholernie długi, (w sumie ponad 2,700 metrów) a po drugie nie ma szans na przekroczenie go. Wróciłem więc niepocieszony ale i tak widoki z mostu były super.

 

Sam przemarsz zajął mi ponad godzinę. Zrobiłem też znów zakupy w malutkim sklepiku z pamiątkami. Autobus wracał do centrum ale ja wyskoczyłem wcześniej żeby coś przekąsić. Wyszedłem do meksykańskiego KFC. Znów wybrałem zestaw ale tym razem właśnie meksykański. Pizza, Taco i coś tam jeszcze. Siedziałem i obserwowałem ludzi. Część już tylko hiszpańskojęzyczna.

 

Kiedy skończyłem, postanowiłem zobaczyć most nocą. W tym celu zacząłem schodzić w dół, w kierunku zatoki ale podjechał autobus więc wsiadłem. Hindus w turbanie przejechał jednak tylko jeden przystanek i powiedział, że jedzie za szybko i musi poczekać 9 minut. Mi się nie chciało wysiadać więc poczekałem te 9 minut. Kiedy dotarłem do zatoki, spotkałem ludzi spacerujących wzdłuż wybrzeża, wędkarzy i biegaczy. Była wolna ławka poświęcona jakiejś 15 letniej Jenny, która skoczyła z mostu kilka lat temu. Długo jednak na niej nie wysiedziałem bo strasznie wiało. Ściemniało się powoli i mostu jeszcze nie oświetlili. Szedłem więc w stronę centrum i wspiąłem się na punkt widokowy koło tego schroniska gdzie najpierw próbowałem. Tam znalazłem ławeczkę, spotkałem wiewiórkę i doczekałem się zmroku. Most jednak mi nie zaimponował.

 

Wracałem pieszo wzdłuż portu. A tam nieźle się działo. Kluby, knajpki i muzea dziwnych rzeczy pootwierane. Na górze knajpy wycinał jakiś zespół bluesowy Red House Hendrixa, mnóstwo świateł, turystów i naganiaczy. Cały ten obszar tętnił życiem. Szedłem więc bardzo powoli, co chwilę zatrzymując się przy ciekawszych miejscach.

 

Do "Żółwia" wróciłem po 22.00. W pokoju zastałem szykującą się Angielkę. Wreszcie trochę pogadaliśmy. Przepraszała za wczorajsze hałasy i opowiadała o swojej wyprawie. Potem pożegnała się bo wychodziła na jakąś imprezę. Ja wykąpałem się i zacząłem czytać gazetkę oraz obmyślać plan na jutro. Niespodziewanie wróciła Angielka. Zmiana planów! – powiedziała. Przebrała się i znów wyszła. Przychodziła jeszcze dwa razy aż wreszcie wrócili oboje i nigdzie nie poszli.

 

 

Dzień 4 – 7 sierpnia 2003 – czwartek

 

         NIESPODZIEWANY NOCLEG

 

Musiałem wyjść przed 11.00 rano. Oddałem wszystko i zwrócili mi $20 depozytu. Wysłałem jeszcze SMSy z internetu i wyszedłem na miasto. Tym razem miałem cięższy plecak bo musiałem wszystko ze sobą targać. Najpierw do parku na śniadanie. Wybrałem park sekwoi tuż obok najwyższego budynku San Francisco – Transamerica Pyramid.

 

Transamerica Pyramid – (http://www.tapyramid.com/) – to 260 metrowy wieżowiec zbudowany w 1972 roku w kształcie ostrosłupa. Jest to najwyższa konstrukcja w San Francisco (48 pięter). Zaprojektowana tak sylwetka sprawia, że do otaczających budynek ulic dociera więcej światła i świeżego powietrza. W "skrzydłach" wyrastających blisko wierzchołka znajdują się szyby wind.

 

Fot.3. Centrum finansowe. Widoczne Transamerica Pyramid.

 

Tam śniadanko a potem znów poszedłem do Chinatown na ostatnie zakupy. Znalazłem pocztę, wysłałem kartki i poszedłem na autobus aby dojechać do dzielnicy Haight-Ashbury i odwiedzić miejsca spotkań hipisów z końca lat 60-tych. Autobusy prowadzili niesympatyczni Murzyni ale jakoś dojechałem.

 

Sława oddalonej o 2 mile na zachód od centrum miasta dzielnicy Haight-Ashbury (http://www.sanfranciscobay.com/haightashbury/) - wielokrotnie przerasta rzeczywistość. "The Haight", rozciągająca się na długość ośmiu przecznic i skupiająca się wokół skrzyżowania ulic Haight i Ashbury, była niegdyś spokojną, przyzwoitą wiktoriańską dzielnicą zamieszkaną przez uboższe warstwy społeczne, dopóki w latach 60. nie przeobraziła się w centrum kontrkultury młodzieżowej.

 

Wraz z nowymi trendami pojawiły się tu księgarnie wypełnione książkami radykalnych autorów, popularne kafejki, sklepy muzyczne i sklepiki z używanymi ciuchami. Obecnie już tylko nieliczni mieszkańcy dzielnicy hołdują nieco już wyświechtanym ideałom tamtych lat.

 

Przeszedłem się wzdłuż Haight i doszedłem do skrzyżowania z Ashbury. Zdziwiło mnie, że to takie małe miejsce a było tam podobno aż 75,000 ludzi w 1967 roku. Po drodze wstępowałem do sklepików i widziałem niezłe rzeczy kojarzone z "latem miłości". Gdybym miał więcej pieniędzy to kto wie z czym bym wrócił... A tak to skończyło się na kultowej lufce do gandzi.

 

Naturalnie musiałem mieć zdjęcie w tym miejscu. Tu gdzie stąpał Jimi, Jim, Jerry i inni. Wokół słynnego drogowskazu kłębiły się tłumy hipisów więc musiałem jakoś to zorganizować aby mieć zdjęcie. Stał tam jeden hipis i zbierał na farbę do włosów. Podszedłem więc do niego wrzuciłem mu kilka centów ale kazałem zrobić zdjęcie. Wyskoczył aż na ulicę żeby się dobrze ustawić (niestety spieprzył to zdjęcie dokumentnie) i pstryknął. Zadowolony poszedłem w kierunku pobliskiego parku.

 

Fot.4. Skrzyżowanie ulic Haight i Ashbury.

 

Park jednak to niewypał. Nie ma miejsca na rozłożenie się, wszędzie górki, wiewiórki i skały. Wkurzyłem się i wsiadłem w autobus, który zawiózł mnie do ogromnego Golden Gate Park. To park o powierzchni ponad 4km² słynny z różności botanicznych. Tam spotkałem całą rzeszę hipisów. I to takich prawdziwych, już niestety łysych, którzy siedzieli z gitarami i pili piwko. Oczywiście zaczepiali o szlugi ale jak to oni bez przemocy. Znalazłem sobie miejsce w cieniu. Znów coś przekąsiłem i zasnąłem na chwilkę.

 

Była 15.30 kiedy ruszyłem się w kierunku dzielnic Castro i Mission. W autobusie spotkałem Anglików, którzy robili mi zdjęcia na łodzi a potem przesiadłem się na autobus, który jechał ulicą Castro. Typowa ulica San Francisco: pod górkę i z górki. Wysiadłem na skrzyżowaniu bo chciałem iść do biura turystycznego zobaczyć płótno ludzi, którzy umarli na AIDS. Niestety nie udało mi się tego odnaleźć. Numeracja dziwnie się kończyła więc dałem sobie spokój. Było to wejście do dzielnicy gejowskiej i już zaczęły się pojawiać co lepsze wynalazki.

 

Ja jednak odbiłem w bok i skierowałem swe kroki ku dzielnicy latynoamerykańskiej. Chciałem zobaczyć te ich słynne restauracje, targi owoców, najstarszy budynek w mieście i grafitti (szczególnie to poświęcone Carlosowi Santanie). I to wszystko mi się udało zobaczyć. Rzeczywiście dzielnica latynoska. Billboardy, reklamy i inne tego typu rzeczy tylko po hiszpańsku. Na ulicy tylko hiszpański i ludzie z wyglądu też tylko śniadzi. Naturalnie zdarzają się sklepiki z Chinolami. Takiej liczby skośnych nie ma nawet w Sydney. Cała masa więc siłą rzeczy nawet w Mission się wpierdzielili.

 

Odwiedziłem Mission Dolores. Wybudowana w 1776 r. misja była szóstą z całej serii misji założonych przez Hiszpanów wzdłuż wybrzeża Pacyfiku w Kalifornii. Na pobliskim cmentarzu spoczywają zwłoki Indian, których próbowano "ucywilizować", jak również pierwszych w tych rejonach osadników.  jest to najstarszy budynek w mieście. Wszedłem do tego kościoła, posiedziałem chwilkę a potem przeszedłem się ulicami Mission.

 

Bajecznie kolorowa, tętniąca życiem i etnicznie bardzo zróżnicowana Mission to najbardziej nowatorska i postępowa dzielnica San Francisco. Prawdziwe serce dzielnicy znajduje się nieco na wschód od Mission Street, pomiędzy ulicami 16th a 24th. Znajdujące się tutaj liczne sklepy i restauracje rodem z Nikaragui, Salwadoru, Kostaryki i Meksyku, a także targi owoców tropikalnych i panaderias wypiekające tradycyjne ciasta pozwalają poczuć prawdziwą atmosferę Ameryki Łacińskiej.

 

Swoją odrębność i niepowtarzalny charakter dzielnica zawdzięcza jednak przede wszystkim ponad 200 malowidłom na murach domów. Malowidła ścienne pokrywające trzy budynki w miejscu, gdzie 22nd zbiega się South Van Ness stanowią hołd ku czci pochodzącego stąd Carlosa Santany, te zaś, które ozdabiają każdą wolną powierzchnię budynków na Balmy Alley, pomiędzy Folsom i Harrison, w bok od 24th St, ukazują polityczną klęskę Ameryki Środkowej.

 

Oglądałem grafitti ale chciałem zobaczyć to dla Carlosa. Na 22 ulicy doszedłem do tego miejsca gdzie on się wychowywał i znalazłem to słynne grafitti. Niestety już nie miałem filmu w aparacie więc zdjęcia nie zrobiłem.

 

Robiło się niebezpiecznie późno więc zacząłem czytać mapę jak tu dojść do najbliższej stacji kolejki BART i jechać już na lotnisko. Stojąc tak, przypadkowo zastawiłem drogę rowerzyście. Ten jednak zamiast się wkurzyć spytał jak mi pomóc. No i skierował mnie do stacji, która była całkiem niedaleko. Nawet doradził, którędy iść żeby zobaczyć bardziej interesujące rzeczy.

 

Chciałem jeszcze coś szybko zjeść. Wstąpiłem do meksykańskiej restauracji ale kiedy dali mi kartę dań to wszystko było po hiszpańsku. Nie miałem czasu na dyskusje co jest co więc poszedłem znów do McDonalda. Było bardzo gorąco więc wziąłem dodatkowo ogromną colę. Niestety kubek był dziwnie zrobiony: wąska podstawa i coraz szerszy ku górze. Nie przewidziałem siły grawitacji i z chwilą kiedy się ruszyłem po słomkę, cały litr coli wylądował na ziemi.

 

Oprócz słowa "kurwa", które pojawiło się natychmiast, ściągnąłem na siebie oczy wszystkich, którzy byli w tym czasie w tym lokalu. Z kubka nie zostało nic, cały lód rozprysnął się po ziemi i powstała ogromna plama lepkiej coli. W tym czasie nastąpiły 3 rzeczy jednocześnie. Za moimi plecami pojawił się gość z mopem i już zmagał się z plamą, przede mną stał manager z kwaśną miną, którego przepraszałem za mój wybryk a Yolanda (gościówa, która mnie obsługiwała) już trzymała identyczny kubek pełen zimnej coli. A już myślałem, że będę musiał kupić sobie nową.

 

Tym razem ostrożnie doszedłem do stolika i delektowałem się jedzeniem. Potem poszedłem do WC i ku mojemu zdziwieniu odkryłem, że pisuary i suszarki do rąk są zamontowane na wysokości kolan. Zresztą jak wszystkie kible w Stanach brud również był i w tym miejscu.

 

Wreszcie byłem gotowy do wyjazdu z miasta na lotnisko. Planowałem być po 18.00 na lotnisku i tak się stało. Kolejka BART zawiozła mnie pod sam terminal. Pierwsze kroki skierowałem po odbiór bagażu. Potem troszkę się przepakowałem i zacząłem szukać swojego miejsca do odprawy. Lot do Monachium o 21.25 miał być odprawiany od 18.15 ale Niemcy już ustawili długa kolejkę dużo wcześniej.

 

Ustawiłem się i ja. Wtedy zaczęła się jakaś akcja z szukaniem ochotników na jutrzejszy lot. Padała jakaś kwota rekompensaty ale ja byłem umówiony z Rabendami więc nie brałem tego na serio. Zresztą nie znałem szczegółów choć babka namawiała mnie bo byłem podobno idealnym kandydatem. Ja jednak się odprawiłem i dostałem obie boarding pass.

 

Teraz miałem sporo czasu więc połaziłem po lotnisku a potem zająłem się czytaniem gazetki. Zacząłem jednak dokładniej się zastanawiać nad tą propozycją Lufthansy. Poszedłem sprawdzić jeszcze raz. Babka nadal walczyła i chyba nie za dobrze jej szło. Złapała jakiś Greków ale ja poprosiłem ją o dokładną prezentację oferty.

 

Zaczęła mówić do mnie po francusku bo wiedziała, że lecę do Francji ale szybko przeszła na angielski i wyznała, że mają za dużo ludzi na dzisiejszy lot do Monachium na Airbusa i chcą część ludzi przerzucić na jutrzejszy lot do Frankfurtu Boeingiem 747. Jako rekompensatę dają $800 USD w voucherach, które można zamienić w ciągu roku na dowolny lot Lufthansą lub $400 w gotówce. Ponadto oczywiście dzisiejsza noc w hotelu plus pełne wyżywienie. No i zdecydowałem się ku jej uciesze. Jednak powiedziała, że mamy przyjść (wraz z 3 Grekami) o 20.30 to wtedy będzie wiadomo na 100% czy lecimy czy nie. Mój bagaż został gdzieś tam zatrzymany, boarding passy jej oddałem, podpisałem zgodę i poszedłem czekać.

 

Ludzie dochodzili i się odprawiali aż wreszcie przyszła grupa chyba z 30 osób w koszulkach "Ukraine Tour" na którą chyba czekali w Lufthansie. Było już więc pewne, że nie polecę dzisiaj. Byli to chyba albo sportowcy albo artyści ale Amerykanie, którzy pewnie lecieli na Ukrainę.

 

Wreszcie o 20.30 poszliśmy konkretnie się dowiedzieć. Grecy mieli swoje bagaże ze sobą ja miałem odprawione. Grekom od razu powiedzieli, że zostają. Mnie za chwilę, że też. Zaczęło się wypisywanie wszystkich kuponów, voucherów i innych świstków. Dostałem te $800 do wykorzystania, voucher na nocleg w hotelu Clarion, 5 minut od lotniska. Pytali czy chcę bagaże ale mi nie były potrzebne więc zostały w biurze Lufthansy. Lepiej dla mnie, nie musiałem ich targać że sobą.

 

Wyszedłem przed lotnisko i zacząłem czekać na busika, który miał mnie zawieźć do hotelu. Jakiś koleś polecił zadzwonić po nich ale nikt się nie zgłaszał. Wreszcie zjawił się i wskoczyłem do środka. Rzeczywiście hotel nie był daleko. Poszedłem na recepcję i dostałem klucz, a właściwie kartę magnetyczną z numerem 6015 na 6 piętrze. Spytałem od razu o internet, bo koniecznie przecież musiałem powiadomić Maćka o zmianie. Jednak w hotelu był internet tylko na kartę kredytową. Pobiegłem więc najpierw zanieść bagaż do pokoju. Kiedy wszedłem nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Szerokie wyro, TV i 25 kanałów, w łazience nawet suszarka, balsamy i inne pierdoły, ekspres do kawy itp. Rzuciłem graty i pobiegłem szukać internetu.

 

Nie wyglądało to najlepiej. W każdym z hoteli była możliwość skorzystania z internetu ale zawsze przy pomocy karty kredytowej. Nie dawałem za wygraną i wreszcie znalazłem inny hotel. Tam ubłagałem panią na recepcji żeby mi pozwoliła skorzystać z jej komputera i na szczęście pani pozwoliła mi skorzystać za opłatą $5 za 15 minut u niej w gabinecie. Napisałem więc mejla do Maćka i Dorotki, że przylecę do Paryża w sobotę o 13.30 a nie w piątek o 20.40 Zadowolony, że udało mi się ich jakoś powiadomić wróciłem do swojego hotelu. Zbliżała się 22.00 a kuchnia czynna tylko do 23.00. Nie zdążę się wykąpać przed kolacją ale przynajmniej się ogoliłem.

 

Zszedłem na dół, a Grecy już kończyli. Zamówiłem sobie prawdziwego steka i oglądając TV jadłem sobie. Latali koło mnie jak natręty pytając czy czegoś nie potrzebuję. Posiedziałem chwilę, zostawiłem napiwek pod solniczką i wróciłem do siebie. Zrobiłem sobie kąpiel w wannie, rozkręciłem TV żeby słyszeć i się relaksowałem. Potem oglądałem TV przez dwie godziny aż wreszcie postanowiłem iść spać. Dochodziła 1.00 w nocy ale miałem wyjść przed 11.00 a lot mam o 14.20 więc wszystko pod kontrolą. Spało się ciężko bo samoloty lądowały i startowały ale jakoś udało mi się usnąć.

 

 

Dzień 5 – 8 sierpnia 2003 – piątek

 

                          LOT

 

Kiedy się szykowałem do wyjścia jakaś meksykańska pokojówka pytała czy może już wejść. Ale pogoniłem ją bo nie byłem jeszcze gotowy. Sprawdziłem czy wszystko zabrałem i zszedłem na dół na śniadanie. Wziąłem sobie śniadanie po San Franciskańsku. Znowu ugoszczono mnie z honorami. Obok mnie jakiś skośny z Singapoure Airlines z business class, dla którego też brakło wczoraj miejsc na jakiś lot.

 

Po śniadanku, poszedłem oddać klucz a pani mnie informuje, że mam zapłacić $120 za noc. Wytłumaczyłem, że dziś za to płaci Lufthansa i byłem wolny. Wskoczyłem do busika i po chwili byłem na lotnisku. Miałem sporo czasu ale odprawa już się zaczęła. Stanąłem w kolejce, fajnie bo bez bagażu a jakaś gościówa zaczęła sprawdzać bilety. Wtedy się zorientowałem, że wczoraj źle mi napisali datę. Zrobiło się zamieszanie ale zanim zacząłem się odprawiać już wszystko grało. Z bagażem było gorzej bo nie mogli go znaleźć ale zapewnili, że odbiorę go w Paryżu na pewno. Poprosiłem więc o miejsce przy oknie bo lot w dzień więc jest szansa zobaczyć Wielki Kanion z góry.

 

Na pełnym luzie, wypoczęty zająłem się czytaniem obserwując jak Szwaby szwargocą i się ustawiają do odprawy. O mały włos przeliczyłbym się z czasem bo znów zaczęły się cyrki z kontrolą. Prześwietlali wszystko, kazali zdejmować buty, paski itp. Stałem w tej długiej kolejce obok jakiejś Polki aż w końcu przeszedłem to wszystko. Odprawy paszportowej nie było.

 

Zostało niewiele czasu więc wkrótce znalazłem się na pokładzie. Nie dostałem miejsca obok okna a obok mnie usiadła mamusia z rozkapryszoną córeczką, która przez cały lot nie tknęła nic do jedzenia i tylko słuchała discmana. Lot się od razu na starcie opóźnił i wystartowaliśmy równo o 15.00.

 

Start był niesamowity bo myślałem, że ten Boeing się rozleci. Ale potem kiedy złapał już wysokość leciało się przyjemnie. Zdziwiła mnie trasa rozrysowana na mapce. Szybko opuszczał terytorium USA i kierował się do Kanady, przecinał na pół zatokę Hudsona, potem nad Grenlandią, pod Islandią, nad Szkocją i dopiero do Europy.

 

Na szczęście zdążył przelecieć nad Kanionem i miałem tę przyjemność zobaczyć go. Co prawda z wysokości 11km ale lepsze to niż nic, a pogoda była wyśmienita. Gapiłem się przez okno obok WC chyba z pół godziny ale warto było. Piękna rzecz, szczególnie ten kolor rzeki.

 

Nad Grenlandią miałem mniej szczęścia bo nic nie było widać – tylko chmury. Przez cały lot się nie ściemniło, zawsze było albo wczesny wieczór, a potem ranek. No i piękny zachód/wschód, sam nie wiem co to było, kiedy lecieliśmy w północnej Kanadzie.

 

Z rozrywek udało mi się zobaczyć dwa filmy choć ekran miałem tuż nad sobą i było bardzo niewygodnie zadzierać tak głowę. To niestety Lufthansa, a nie malezyjskie czy singapurskie linie z telewizorkami w siedzeniach. Żarcie też kijowe ale dałem radę. Lecieliśmy 10 godzin i we Frankfurcie byliśmy punktualnie o 10.00 rano.

 

Dzień 5: San Francisco – Frankfurt – Paryż  9,604km

 

 

Dzień 6 – 9 sierpnia 2003 – sobota

 

                   NOCĄ W DZIEŃ

 

Lotnisko we Frankfurcie jest ogromne. Niemcy wbili mi pieczątkę. Do lotu do Paryża miałem 2 godziny więc chciałem szybko sprawdzić mejla. Bezskutecznie szukałem i w końcu jakiś chłopak powiedział mi gdzie iść ale to było ponad 2,200m.! Mimo wszystko zaryzykowałem. Po trudach dotarłem do tego miejsca. Ale kolejka spora. Zanim się doczekałem zrobiło się późno. Kiedy dorwałem się do internetu... nie umiałem wpisać swojego adresu. A wszystko przez inną klawiaturę. Wszystko było odwrotnie, jakieś dziwne znaki, czcionki niemieckie i nie umiałem tego obsłużyć. Strasznie się "kurwy" sypały ale chyba po 20 minutach otworzyłem swoją skrzynkę i była odpowiedź od Maćka. Jak się okazało mój przełożony lot to szczęście w nieszczęściu bo zamiast wyjść po mnie, wszyscy posnęli i zapomnieli po mnie jechać. A więc wszystkim moja zmiana wyszła na dobre. Maciek zostawił mi też namiary na hotel.

 

Spokojniejszy wróciłem do miejsca gdzie miałem wylecieć do Paryża. Malutki samolocik, kilku pasażerów ale jeszcze nie zaczęli. Wszystko więc gra. No może oprócz czasu bo dla mnie była jakaś 2.00 w nocy, a tu cały dzień przede mną. Spanie i zmęczenie zaczynało mi doskwierać. W samolocie nic nie pospałem bo technicznie leciałem w dzień.

 

Lot do Paryża trwał 50 minut. Miałem wolne miejsce obok siebie. Widziałem "pokrakę" z góry kiedy lądowaliśmy i tylko się zastanawiałem czy wyjdą po mnie. Nie było żadnej odprawy paszportowej jednak na bagaże czekałem pół godziny. Strasznie irytujące to było. Kiedy udało mi się wyjść na zewnątrz nikogo nie było. Musiałem więc sobie jakoś sam dać radę. Najpierw poszedłem do bankomatu. Jeden nie zadziałał ale z drugiego wytargałem €200 i zacząłem rozglądać się za jakimś transportem. Przeszkadzał mi bagaż. Kiedy znów przechodziłem obok miejsca skąd wyszedłem spotkałem Maćka. Bardzo się ucieszyłem, przynajmniej wie gdzie jechać. Ale najpierw poszliśmy na browara bo upał straszny. Podobno 38ْC więc zimne piwko jest wskazane.

 

Maciek wiedział którym autobusem i dokąd jechać. Znaleźliśmy go ale trzeba było poczekać pół godziny. W tym czasie poszło kolejne piwko. Potem długa podróż autobusem po jakiś osiedlach aż w końcu dojechaliśmy do hotelu. Tam już była Dorotka z Maksem.

 

Paryż - (http://www.v1.paris.fr/en/) - stolica i największa aglomeracja Francji, położona w centrum Basenu Paryskiego, nad Sekwaną (La Seine). Miasto stanowi centrum polityczne, ekonomiczne i kulturalne kraju. W granicach administracyjnych Paryża zamieszkuje ponad 2 mln osób (wg spisu ludności z 2005 było to 2 153 600), ale w całym zespole miejskim już ponad 12 mln. W Paryżu znajduje się wiele zabytków z różnych epok, dzieł sztuki, budowli architektonicznych, muzeów, uczelni oraz instytucji o znaczeniu międzynarodowym. Paryż to również światowe centrum mody.

 

Hotel nie był zły, rozpakowałem się pobieżnie, wykąpałem i przebrałem w lekkie ubranko. Byłem już konkretnie zmęczony ale postanowiliśmy dziś pojechać pod Wieżę Eiffla. Wcześniej jednak pod oknami naszego hotelu wstąpiliśmy żeby coś zjeść. Ja wziąłem tatara w ziołach. Jakiś Murzyn przechodząc obok zabrał bułkę z koszyka z naszego stołu.

 

Byliśmy gotowi do wyjazdu. Na dworcu zakupiłem bilet na dziś i jutro. Potem zaczęło się noszenie wózka bo schodów ruchomych czy wind jak na lekarstwo. W dodatku za każdym razem trzeba było prosić obsługę o otwarcie bram żeby móc przejechać wózkiem.

 

Kiedy dotarliśmy do stacji docelowej i wyszliśmy na ulicę nie zauważyliśmy Wieży. Dziwne to, jak można nie zauważyć 300m konstrukcji. Dopiero kiedy uszliśmy kawałek, oczom naszym ukazała się ta stalowa "pokraka". Podążyliśmy więc ku niej. Okolice nie zachwyciły mnie tak jak i cały Paryż. Szczególnie ludzie. Mnóstwo kolorowych, nieuprzejmych i aroganckich ludzi. Wokół brudno i nieprzyjemnie.

 

Było bardzo gorąco więc jacyś kolesie robili niezły business sprzedając zimną wodę w butelkach. Byliśmy skazani na nich bo inaczej można było się wykończyć. Maciek z Dorotką mieli pewne wątpliwości co do owej wody, bo butelka wyglądała na odpieczętowaną. Facet zaklinał się, że jest nowa ale jakoś przeszło bez kłopotów. Kłopotem jednak było wdrapanie się na wieżę. Wózki zabronione a winda odjeżdża tylko z jednego filara. Dorotka namówiła Maćka na wjazd ze mną i na początku Maciek na to przystał ale kiedy zobaczył kolejkę to zrezygnował. Mnie ta kolejka też zniechęciła więc zdecydowałem się na wejście na piechotę.

 

Wieża Eiffla – najbardziej znany obiekt architektoniczny Paryża, nazywany Damą Paryża, rozpoznawany również jako symbol Francji. Wieża ta znajduje się u południowego krańca Pola Marsowego w centrum Paryża, nieopodal Sekwany.

 

Wieża została zbudowana z okazji Wystawy Światowej, jako przykład szczytu możliwości technicznych swoich czasów oraz symbol potęgi gospodarczej i naukowo-technicznej Francji w tym okresie. Po zakończeniu wystawy wieża miała zostać rozebrana, jednak dzięki temu, że na szczycie konstrukcji stworzono laboratorium meteorologiczne – wieża ocalała.

 

Jest to ażurowa, konstrukcja kratowa z kutego żelaza. Jej całkowita wysokość zwiększała się kilka razy za sprawą zamocowanej na jej szczycie anteny i obecnie wynosi 324 metry. Cała konstrukcja wieży składa się z 18 038 części metalowych i ok. 2,5 mln. nitów i jej całkowita masa, razem z betonowymi filarami wynosi ok. 10 000 ton. Wywiera na podłoże 4,5 ton/m² nacisku. Na sam szczyt wieży prowadzi 1665 stopni.

 

Fot.5. Wieża Eiffla.

 

Wziąłem kamerę i zacząłem się wspinać. Doszedłem dość szybko do pierwszego tarasu. Wiem, że spokojnie wszedłbym na sam szczyt ale ani nie chciałem zostawiać ich tam na dole na tak długo, ani nie chciałem tam być po zmroku a do tego by zapewne doszło. Pochodziłem więc tylko na pierwszym poziomie, pooglądałem Paryż i wróciłem. Przynajmniej mam po co wracać do Paryża...

 

Później przeszliśmy kawałek dalej aby sobie zrobić wspólne zdjęcie na tle migającej wieży. Ale kiedy Maciek rozstawił sprzęt, światełka przestały migotać co konkretnie określił jakiś Niemiec mówiąc: Es ist schon nicht blinken czy jakoś tak. Po sesji powolutku szliśmy w kierunku stacji. Niespodziewanie zamknięto jeden z filarów wieży i policjanci otoczyli cały teren. Musieliśmy iść naokoło. Wieczorny spacer nie był przyjemny, wszędzie pełno ciemnych typków. Ja już zresztą byłem padnięty. To kolejna zmiana stref czasowych, już sam nie wiedziałem czy to noc czy dzień. Myślałem już tylko o łóżku. Udało mi się to chwilę później kiedy dotarliśmy do naszego hotelu. Zasnąłem jak kamień choć upał straszny za oknem.

 

 

Dzień 7 – 10 sierpnia 2003 – niedziela

 

              WOJNA Z 3 SCHODAMI

 

Budziłem się kilka razy z gorąca ale chyba udało mi się przestawić na czas europejski. Dzisiaj mieliśmy zaplanowane kilka atrakcji. Najpierw jednak śniadanko na dole. Francuskie bułeczki, rogaliki, kawka. Dorotka prosiła o wodę dla Małego, dostała mleko – taki tam poziom angielskiego. Po śniadaniu już ostro grzało i chcieliśmy dotrzeć nad Sekwanę żeby przepłynąć się statkiem. Maciek miał ulotkę i tam się kierowaliśmy.

 

Znów noszenie wózka po wszystkich schodach. Paryż musi być utrapieniem dla niepełnosprawnych. Na nasze nieszczęście jeden z odcinków metra był nieczynny i musieliśmy się jakoś dotelepać autobusem. Wreszcie dotarliśmy we wskazane miejsce. Znów zejście po schodach, czyli noszenie wózka i byliśmy na miejscu. Statek czekał więc my z Maćkiem po browarku.

 

Rejs był obsługiwany przez sympatyczną studentkę historii sztuki, która całkiem dobrze radziła sobie po angielsku. Opowiadała o zabytkach, które mijaliśmy po drodze a było tego sporo. Dopiero teraz ujrzeliśmy piękno Paryża i powoli zaczynaliśmy zmieniać zdanie na jego temat. Z rejsu byliśmy wszyscy bardzo zadowoleni. Fajnie nam minęła ta godzinka.

 

Od miejsca zejścia na ląd był rzut beretem do Luwru. Szczerze mówiąc nie miałem ochoty na oglądanie obrazów i rzeźb ale jednak wypadało zajrzeć do Luwru.

 

Luwr – (http://www.louvre.fr/llv/commun/home.jsp?bmLocale=en) - to jedno z najstarszych i największych muzeów na świecie. Położony w centrum historycznym Paryża, między prawym brzegiem Sekwany, a ulicą Rivoli (Rue de Rivoli). Podwórze Luwru położone jest na jednej linii z Champs-Élysées, wchodząc w skład tzw. osi historycznej Paryża. Prezentowane w Luwrze obrazy, rzeźby i inne dzieła sztuki pochodzą z kolekcji kolejnych władców Francji, gromadzących je od ponad pięciu stuleci. Są wśród nich eksponaty z całej Europy, a także wspaniałe zbiory sztuki asyryjskiej, etruskiej, greckiej, koptyjskiej, islamskiej i starożytnej.

 

Spacerkiem dotarliśmy do "trójkąta" i zeszliśmy na dół. Bilety dziś taniej bo tylko po €5. W środku trochę chłodniej. Wziąłem mapę i zdecydowaliśmy co powinniśmy obejrzeć. Wyszło nam kilka najważniejszych eksponatów i tam się kierowaliśmy. Niestety nie wszystko szło nam gładko. Opisy tylko po francusku strasznie mi utrudniały orientację. Maksiu chyba był zadowolony, bo takich sufitów to nigdy nie widział. Jednak i jego dopadła zła chwila bo zaczął się bardzo głośno czegoś domagać. Mieliśmy więc obowiązkową przerwę.

 

Potem kontynuowaliśmy przemarsz po komnatach. Zaszliśmy nawet do pokoi Napoleona, widzieliśmy Wenus z Milo, Sfinksa Ramzesa no i na koniec Mona Lisę. Tam nawet udało się nam dzięki Maksiowi obejść całą kolejkę. Maksiu również pomógł nam w wydostaniu się bo skorzystaliśmy z windy. W sumie spędziliśmy ładnych kilka godzin w Luwrze.

 

Fot.6. Wejście do Luwru.

 

Teraz ja przejąłem inicjatywę i namówiłem wszystkich na wizytę na cmentarzu Per Lachaise. Aby tam dotrzeć musieliśmy przejść jedną stację i tam wsiąść do metra. Nie było to łatwe. Po drodze mieliśmy szybki lunch i obowiązkowe picie. W sumie picie kupowaliśmy jedno po drugim. Nie zawsze wszystko było zimne, maszyny na dworcach były puste i ogólnie odczuwało się brak zimnych napoi. Gdyby nie ci goście z wiadrami pełnymi lodu i z butelkami wody to kiepsko by to wyglądało. W sumie chyba wydałem z €50 na same napoje. Tak drastycznych upałów nie było w Paryżu od wielu lat.

 

Paryskie metro jest świetne. Oprócz faktu, że jest brudne i ma schodów o wiele za dużo. Jednak dojedzie się wszędzie. Na cmentarzu byliśmy chwilkę później. Jednak wcześniej wstąpiliśmy do knajpki na piwko. Było lekkie zamieszanie bo oczywiście facet nie kumał po angielsku i nie wiedziałem czy Maciek płacił czy nie.

 

Cmentarz Père-Lachaise - (http://www.pere-lachaise.com/) – to największy i najsławniejszy cmentarz paryski, założony w 1804. Powstał w ogrodach przylegających do willi Mont-Louis, podarowanej przez Ludwika XIV swojemu spowiednikowi, francuskiemu jezuicie François d'Aix de Lachaise.

 

Na cmentarzu leży obecnie ok. miliona osób (100 tys. grobów), w tym prochy ok. 60 Polaków, m.in. Jarosława Dąbrowskiego, Walerego Wróblewskiego, Klementyny Hoffmanowej, Józefa Wysockiego, Marii Walewskiej (serce) i Fryderyka Chopina.

 

Na cmentarzu na początku nie mogłem się odnaleźć z tymi nazwami uliczek. Potem się zorientowałem o co chodzi i doszliśmy do grobu Chopina, a potem Morrisona. Tam ironicznie wyraziłem się o gościu, który robił kilka takich samych zdjęć a okazał się Polakiem. W tym czasie grzało naprawdę niemiłosiernie i Dorota już była bardzo wykończona.

 

Ostatnim punktem dzisiejszego zwiedzania miał być Łuk Triumfalny. Na szczęście mieliśmy bezpośrednie połączenie i przemieszczenie (oprócz oczywiście noszenia wózka) nie przysporzyło nam żadnych problemów. W hallu stacji zaczepili mnie Australijczycy z Sydney, którzy wpadli na jeden dzień z Londynu. Zobaczyli moją australijską koszulkę i zagadnęli. Potem już wyszliśmy pod Łukiem.

 

Łuk Triumfalny (fr. L'Arc de Triomphe) - pomnik stojący na placu Charles'a de Gaulle'a w 8. Dzielnicy (dawniej Plac Gwiazdy, Place de l'Etoile) w Paryżu, na zachodnim skraju Pól Elizejskich (Avenue des Champs-Élysées). Jest to ważny element architektury Paryża, stanowiący zakończenie perspektywy Pól Elizejskich.

 

Jest to budowla empirowa w formie jednoarkadowego rzymskiego łuku triumfalnego o wysokości 49,4 m i szerokości 44,8 m. Fryz obiegający Łuk Triumfalny przedstawia wymarsz i powrót w chwale armii francuskiej. Przedstawiono także w mniejszej formie sceny z wielu znanych bitew.

 

Pod Łukiem znajduje się grób nieznanego żołnierza, którego "wieczny płomień" jest symbolicznie rozpalany każdego wieczora oraz niewielkie muzeum poświęcone historii tego obiektu. Na Łuku wyryto nazwiska 386 oficerów napoleońskich, w tym 7 Polaków.

 

Fot.7. Łuk Triumfalny.

 

Gorąc niemiłosierny więc odpuściłem sobie wspinanie się na niego. Maksiu był głodny więc Maciek znalazł ustronne miejsce w kantorze i tam zostawiliśmy Dorotkę, a sami poszliśmy poszukać czegoś do picia. McDonald przeżywał oblężenie ale przynajmniej mieli zimne shake’i. Kilka zdjęć i byliśmy gotowi na powrót.

 

Musieliśmy się przesiąść na stacji zwanej Stalingrad aby dojechać do naszej. Na naszej jednak znów nieprzyjemna sprawa. Nie udało się nam wyjechać wózkiem bo bramka była zamknięta. Pani nie chciała jej otworzyć tłumacząc coś po francusku. Jakiś starszy gość o coś się z nią wykłócał a Dorotka skorzystała z okazji i podpowiedziała mu o co ma się wykłócić dodatkowo. Facet tak przejął się swoją rolą, że wyprowadził nas, uprzednio wymuszając na pani wyjście ze swojej budy, do wyjścia. Byliśmy po całym dniu łażenia w upale. Zmęczeni ale zadowoleni. Przed nami ostatni punkt programu – pożegnalna kolacja.

 

Zobacz video z Paryża:  http://www.youtube.com/watch?v=BLgFraMNr4k

 

Kolacją tą mieliśmy zakończyć nasze wspólne dwuletnie mieszkanie w Sydney. Przed nami ostatnia wspólna noc pod jednym dachem. Przez ostatnie dwa lata dobrze zdążyliśmy się poznać i w tę ostatnią noc trochę nas wzięło na sentymentalne wspominki. Wykąpani zeszliśmy na dół i zasiedliśmy w restauracji pod naszymi oknami. Tym razem wziąłem baraninę a Maciek ślimaki. Wypiliśmy butelkę wina i wróciliśmy się pakować.

 

Mnie zajęło to niedługo i kiedy oni się pakowali ja już spałem. Jednak stres i upał wybudziły mnie o 1.00 w nocy i już do rana nie zmrużyłem oka. Nie mogłem spać. Z okna buchało niczym z pieca a myśl, że jutro będę w Polsce po 2 latach rozłąki napędzała bezsenność.

 

 

Dzień 8 – 11 sierpnia 2003 – poniedziałek

 

                        W DOMU...

 

O 6.00 rano dzwonił mi zegarek. Jednak już wcześniej byliśmy na nogach. Dorotka zajmowała się Maksem a Maciek się wybudzał. Wymyśliliśmy, że śniadanie zjemy o 7.00 a o 7.30 zapakujemy się do taksówki i pojedziemy na lotnisko. W czasie gdy jedliśmy śniadanie, gość z recepcji zamówił taksówkę. Kiedy skończyliśmy jeść, a była to 7.20, taksiarz już stał. Zapakowaliśmy się z wszystkim nie bez problemów ale udało się wszystko zmieścić. Wytłumaczyliśmy mu gdzie jechać. Kierowca to jakiś skośny, Chinol prawdopodobnie. Zaintrygowała nas kwota na taksometrze. Ledwo ruszył a było już €10.50. Zorientował się o co chodzi więc wytłumaczył, że to przez to, że na nas czekał.

 

W trakcie drogi stwierdziliśmy, że nie płacimy mu tych €10 bo miał być o 7.30, a nie o 7.20. Gościu całą drogę coś tam gadał po chińsku do swoich ziomków aż wreszcie nas zawiózł. Na liczniku wybiło €41.70 a on zażądał €47.00. Doliczył sobie €1 za każdą torbę. To już był szczyt wszystkiego. W tamtą stronę Maciek z Dorotką zapłacili €35 a teraz €12 więcej chciał.

 

Ja zająłem się wyciąganiem toreb a Maciek wręczył mu €40. Wtedy zaczęła się awantura bo gość nie popuszczał. Zaczął wyrywać torby i ładować je z powrotem do auta. Zaczęła się kłótnia, szarpanina lecz my sugerowaliśmy żeby zawołał policję. Na początku chciał ale potem się wycofał. Na odchodne rzucił, że jesteśmy źli ludzie i spytał skąd jesteśmy. Maciek odpowiedział mu, że jego oszukiwanie jest złe a my jesteśmy z Tajwanu. To on dorzucił, że te €7 to on daje dla dziecka ale Maciek źle go zrozumiał i o mało co nie skończyło się na bijatyce. Dobrze, że wkroczyłem pomiędzy nich i kazałem gościowi szybko odjechać. Dorota opieprzyła swego męża za to.

 

Byliśmy gotowi do odprawy. Ale jak to we Francji nieuprzejmi ludzie nie powiedzieli mi dokładnie gdzie Lufthansa ma swoje stanowiska. Dotarliśmy tam po chwili. Nasz lot opóźniony. Stanęliśmy w kolejce. Akurat ja miałem swoją walizkę i wózek z Maksiem więc do mnie zwrócił się jakiś Murzyn z propozycją obejścia kolejki. Jak najbardziej skorzystałem mimo protestów Dorotki, że to jej dziecko. No ale wszyscy przeszliśmy bez kolejki dzięki Maksiowi.

 

Z odprawą nie było szybko bo coś tam pani nie pasowało. Udało się na szczęście i mieliśmy czas na zakupy w bezcłowym. Ja nie miałem zamiaru niczego kupować więc pilnowałem Maksa, a jego rodzice robili zakupy. Dzięki mnie mogli wziąć więcej. Mieli jednak problem z cenami bo nie opuszczali Unii Europejskiej i ceny były wyższe. Gdyby lot był do Polski byłoby taniej.

 

Wreszcie byliśmy gotowi na wejście przez bramkę. Maksiu zażądał śniadania, a Maciek poszedł kupić perfumy. Przy sprawdzeniu bagaży facet zainteresował się moją nowozelandzką koszulką i wyraził swój podziw dla All Blacks. Przy naszej bramce stał samolot do Frankfurtu. Korzystając z okazji Maciek przyniósł po Fosterze – australijskim piwku. Ja sobie zrobiłem pożegnalne zdjęcie z Maksiem i już tylko czekaliśmy.

 

Samolot był bardzo malutki. Nawet bagaż podręczny nam zabrali. Jednak nie był pełny i przenieśliśmy się do klasy business. Maksiu strasznie się rozpłakał i znów musiał dostać coś jeść żeby się uspokoić. Stewardessy tiutały mu i nasz lot w końcu doszedł do skutku z 40 minutowym opóźnieniem. W sumie cieszyłem się bo dzięki temu TT nie spóźni się żeby mnie odebrać.

 

Lot trwał z 1.5 godziny. Malutkie lotnisko, szybka odprawa bagażowa, żadnej paszportowej ani w Paryżu, ani w Berlinie. Maksiu znów się sfajdał więc musieliśmy trochę poczekać i dopiero po przebraniu go ruszyliśmy do wyjścia. Maciek od razu zauważył swojego tatę ale ja mojego brata niestety nie.

 

Na mnie nikt nie czekał. Po przywitaniu zabrali rzeczy i poszli aby chwilę później wrócić do mnie. Ja czekałem ale nikogo nie było. Wszyscy wrócili żeby coś wymyślić i pogadać. Skorzystałem z telefonu, zadzwoniłem do ojca ale on wiedział tyle, że TT o 9.00 przekroczył granicę. Była już prawie 13.00 więc coś się musiało wydarzyć. Przeszedłem się z Maćkiem po terminalu ale nikogo nie spotkałem. Nie pozostało mi nic tylko czekać.

 

Rabendy więc zaczęli się zbierać i zostawili mnie samego. Siedziałem więc sobie sam w hallu denerwując się. Po pół godzinie jakiś gość podszedł do mnie i spytał czy może się przysiąść. To był mój brat. W samochodzie czekała Mama i wreszcie dojechali. A spóźnili się bo korki i pomylili drogę w Poczdamie. No ale to już nie było ważne.

 

Droga powrotna na Drezno była prosta. Doskwierał upał ale dawaliśmy sobie radę. Tak dojechaliśmy do granicy. Niemiec chciał zobaczyć co w bagażniku ale kiedy zobaczył torbę spytał tylko czy z lotniska, a potem pozwolił jechać. Polak był mniej kulturalny, żadnego "dzień dobry, proszę" czy "dziękuję" a tylko: "Co wieziemy?" Ale też puścił bez dodatkowych pytań.

 

Na drugim parkingu za granicą zjedliśmy obiad, a ja zadzwoniłem do Rabendów z informacją gdzie jestem. TT zadzwonił do ojca i już przed nami tylko droga do domu. Cały czas prowadził TT mimo pobudki o 4.20 dawał sobie radę. W domu byliśmy wieczorem. Walnęliśmy po browarze i poszliśmy spać. Wróciłem do domu po 2 latach. Dziwne uczucie.

 

Dzień 8: Paryż – Berlin - Lubliniec 1,294km

 

 

        SAN FRANCISCO/PARYŻ - 2003

 

 

 

 

1.

Sydney – San Francisco

11,939

2.

San Francisco - Frankfurt

  9,126

3.

Frankfurt - Paryż

     478

4.

Paryż - Berlin

     876

5.

Berlin - Lubliniec

     418

 

 

 

 

 

23,000 km

 

22,837km

 

ŹRÓDŁA: Wszelkie profesjonalne opisy zabytków i miejsc zostały skopiowane z poniższych stron:  www.wikipedia.org oraz www.przewodnik.onet.pl